Mój wrześniowy ogródek jest całkiem ładny, szkoda, że ciągle pada i rzadko w nim bywam. Najbardziej dekorują go kwiaty które dostałam od dyrekcji. Pierwszy raz mogłam sobie wybrać kwiaty jakie chcę i ile chcę. Te otrzymane kwiaty dekorują balkon ale widać je z daleka i przyciągają wzrok.
7 września, w czwartkową herbatkę, zamiast lekkiej rozrywki ma być czytanie ” WESELA” Wyspiańskiego, czyli ciężki kaliber. Natychmiast wzięłam się za lekturę, ponieważ tę pozycję czytałam ponad pół wieku temu i to na pewno bez zrozumienia. Czytając byłam bardzo zdziwiona wyborem, to według mnie porywanie się z motyką na słońce. Mówię do pani kierownik socjalnej – czy nie jest to przerost ambicji nad możliwościami? W odpowiedzi usłyszałam – no żeby się pani nie zdziwiła. No i nie zdziwiłam się. Odfajkowana lipa. Z ciekawością posłuchałam jako wstępu, pary prezydenckiej. Popatrzyliśmy na elegancję pani prezydentowej i w wyglądzie i w przedstawieniu wartości tego dramatu w literaturze polskiej, co jeszcze bardziej zróżnicowało występ naszych wykonawców. Zadziwił mnie, pozytywnie, wybór dialogów. To były dialogi wybiórcze, co łatwiejsze do czytania. Nie wpadłabym na to i to jest na plus. Ale kochani, nikt nie wiedział o co chodzi. Nie przedstawiono kto z kim rozmawia i że w ogóle ktoś z kimś. A przecież to była kwint esencja dramatu. Mówienie tak bardzo różnymi językami w jednym kraju. Przedstawienie całego wachlarza społeczeństwa polskiego, od chłopstwa, po inteligentów, wręcz światowców po przez mocno powiązaną z Polską warstwą Żydów i wreszcie mieszczaństwem. Od ludzi zaangażowanych w życie społeczno – polityczne i ludzi obojętnych. Pani Mar… przeczytała poprawnie swój dialog ale nie przedstawiła swoich rozmówców czytając za dwie osoby. Z panią Kar… było gorzej, pomijam pomyłki, ale nikt jej nie słyszał. Siedziała tyłem do widowni. Nie ma co mówić o dialogu czytanym przez pana Stasia, on sam nie wiedział co czyta i na dodatek nie umie poprawnie czytać, a na domiar złego miał najtrudniejszy tekst. Tak więc coś po bełkotał. Ludzie siedzieli jak na tureckim kazaniu, a wykonawcy i organizatorzy bili brawa sobie na wzajem. Niezbędny był narrator. Ale kto by się przejmował, że nikt nie wie o co chodzi, grunt, że wykazano taki ambitny punkt w działalności domu.
W piątek idąc na śniadanie usłyszałam wołanie Zygmunta – Danusia, chodź. Widzę radość w jego oczach. Dzwoniła Anetka – cieszy się Zygmunt. Dobrze jej tam, tylko tęskni. Chciałbym ją przytulić. Poradziłam mu żeby za jakiś czas poprosił dyrekcję o zawiezienie go do Anetki. Ale niestety wieczorem zaczęło się trzaskanie drzwiami. To emocje roznosiły Zygmunta. Mnie od niego oddzielają trzy pokoje, to nie było to nic strasznego ale Władzia, sąsiadka przez ścianę, przyszła do mnie z żalem – pomóż. Przecież tak nie da się żyć. Władziu, kochanie, chodzisz, mówisz i sama wiesz z kim rozmawiać. Niestety nie zapomniałam jak w ciężkich dla mnie czasach prosiła mnie żebym do niej nie przychodziła bo hołota nie da jej żyć. To teraz powinna iść do nich z prośbą o pomoc. Na pewno pomoc nadeszła by natychmiast bo hołota jest u szczytu łask i to jest bardzo widoczne. No wiadomo lizusi są zawsze w cenie i to na wagę złota.
