Ksenofobia.

Ksenofobia to niechęć do obcych, to postawa w której odmienność np. język, kultura narodowość, budzi wrogość.

W środę wybrałam się , chociaż już niestety z trudem, do miasta, chciałam rozejrzeć się u optyka za ładnymi oprawkami do ewentualnie nowych okularów. Podczas tej wyprawy spotkałam Andrzeja – kolegę mojego starszego wnuka jak również dawnego dzieciaka z ulicy Radiowej. Dzisiaj to 44letni pan, notabene bardzo przystojny. Bardzo miło mi się z nim rozmawiało, aż nagle przypomniał mi się bardzo przykry epizod, którego prowodyrem był właśnie tenże Andrzej, a epizod ten dotyczył mojego młodszego wnuka. Musiałam zmienić się na twarzy bo Andrzej od razu spytał – czy coś się stało ?. Wiesz, coś mi się przypomniało, jeszcze z czasów naszego podwórka. Pozwolisz, że zadam ci bardzo osobiste pytanie, nalegając na szczerą odpowiedź. Czy ty, jako już dorosły i mam nadzieję odpowiedzialny mężczyzna nadal jesteś ksenofobem, a może nawet rasistą, czy już z tego wyrosłeś ? Obowiązuje, jak za czasów podwórkowych, wyłącznie szczerość. Tym razem Andrzej się zmieszał i zaczął gorliwie przepraszać twierdząc stanowczo, że jest mu wstyd, że był taki jaki był; przecież już przepraszałem, litości pani Danusiu. A był hersztem gangu szkolnego ( w szkole podstawowej ) który znęcał się nad młodszymi uczniami z byle powodu, albo i bez powodu. Nic na ten temat nie wiedziałam dopóki sprawa nie dotyczyła mojego młodszego wnuka. Andrzej, jako dzieciak z ulicy Radiowej był bardzo grzeczny; a to był ten sam czas tylko nie to samo miejsce – szkoła i podwórko. Moje dzieciaki z ulicy Radiowej to najcudowniejsze dzieciaki świata – a tu taka dwulicowość. Mojego młodszego wnuka nikt nie znał. Urodził się w Zagrzebiu; jak już miał iść do pierwszej klasy wybuchła wojna na Bałkanach, tak więc córka z mężem i dwójką dzieci ( 7 lat wnuk i trzy miesiące wnuczka ) uciekli do Niemiec. To była bratobójcza wojna – sąsiad strzelał do sąsiada; Serb do Chorwata i odwrotnie, zięć nie wyobrażał sobie takiej sytuacji, dlatego uciekli z kraju. Wnuk z marszu musiał iść do szkoły, niestety niemieckiej. Nie znał ani jednego słowa w tym języku ale zacisnął zęby i uczył się. Jak zdał do czwartej klasy władze niemieckie stwierdziły, że ponieważ wojna na Bałkanach już się skończyła to uciekinierzy wojenni muszą opuszczać Niemcy. Moi zdecydowali, że nie pojadą do Jugosławii ( jeszcze wówczas to był jeden kraj – Jugosławia ) tylko pojadą do Polski i w ten sposób mój biedny wnuk znów trafił do kraju którego języka nie znał a do szkoły iść trzeba. Córka zaniechała nauki języka polskiego przez swoje dzieci ponieważ na tamtą chwilę priorytetem był język niemiecki. Wnuk w żadnym wypadku nie zgodził się pójść do pierwszej klasy, chociaż wiedział, że języka musiał się uczyć od podstaw. Sam zdecydował, że zgodnie ze świadectwem pójdzie do czwartej klasy a poznawać język będzie dodatkowo chodząc do klasy pierwszej do czasu aż uzna, że język polski opanował. Muszę dodać, że wnuk jako nieodrodny syn swojego taty, który zna sześć języków, ma wyjątkowe zdolności językowe i dziś jako doktor nauk włada perfekcyjnie czterema językami a jeszcze dwoma tak średnio. Ale w naszym kraju inność wywołuje wrogość i agresję i to nie tylko wśród dzieci. Pamiętam jak wnuk przyjechał do Polski mając 4 latka, uczył się wówczas mówienia po Polsku i w konsekwencji mieszały mu się słowa obu języków, to nawet wśród dorosłych wywoływało niepokój i uznano, że z tym dzieckiem jest coś nie tak i lepiej żeby ich dzieci nie bawiły się z nim. A wśród dzieci szkolnych to był horror .To dopiero było z czego drwić – jeszcze tego nie widzieli żeby ktoś chodził do IV i do I klasy jednocześnie. Niestety, ten spotkany przeze mnie Andrzej kierował bandą dzieciaków i tak długo nie dawali mu żyć aż mój wnuk pobity trafił do szpitala. Wtedy dopiero ja dowiedziałam się co się dzieje. jak moi przyjechali z Niemiec do Olsztyna ja im zostawiłam swoje mieszkanie i zamieszkałam na drugim końcu miasta, dlatego nie wiedziałam co się tam dzieje, a przecież do szkoły do której chodził mój wnuk chodziły wszystkie dzieciaki z ulicy Radiowej. Zwołałam sejmik wszystkich dzieciaków. Spotkaliśmy się w ogródku o który latami dbaliśmy my sami, po to żeby przypomnieć jaką byliśmy jednością i chlubą każdej rodziny. Były przeprosiny i po dziś dzień zapanowała zgoda.

W tym wpisie posługuję się często zwrotem – dzieciaki z ulicy Radiowej, pisałam o nich w tak właśnie zatytułowanym wpisie.

I to już wszystko na dziś. NARA !!

Haneczka – podlizucha,

tak nazywałam swoją siostrę, a dopiero teraz dotarło do mnie, jak użyłam tego sformułowania w ostatnim wpisie, że ona była zawsze nadzwyczaj miła do mamy ze strachu żeby mama nie oddała jej komuś, jakiejś cioci czy babci. Niestety była oddana do babci Anastazji na długich pięć lat, czyli na okres wojny. Cała rodzina przeżyła to bardzo tylko nie ja. Ja ją poznałam dopiero jak jechaliśmy już do Polski. Opisując dzieje naszej rodziny pisałam, że Tato, jako Piłsudczyk musiał ciągle się ukrywać i ciągle uciekać, z całą swoją rodziną. Ostatnim schronieniem była szkoła powszechna w Wilnie. Jak Go złapali i osadzili w więzieniu moja mama była w pierwszych miesiącach ciąży ze mną. Wyobraźcie sobie trwa wojna, Tato w więzieniu, mama z piątym dzieckiem w ciąży. Kilka ulic dalej mieszka babcia Anastazja – mama taty, i mimo wojny powodzi jej się całkiem znośnie – ma restaurację w centrum Wilna, która pozwala na dostatnie życie. Babcia wpada na niedorzeczny pomysł i żeby ulżyć mojej mamie bierze do siebie jedno dziecko, właśnie Haneczkę. Bierze ją do siebie w czasie kiedy na świat przychodzi rozwrzeszczany dzieciak czyli – ja. Moje starsze rodzeństwo zna Haneczkę i tęskni za nią. Mnie nie znoszą ponieważ wraz z moim przyjściem na świat na rodzinę spadają same nieszczęścia : brak ukochanego tatusia, wojna, tęsknota za siostrą i obowiązek zajmowania się tym kimś wrzeszczącym bo mama ciągle była w poszukiwaniu jedzenia dla dzieci, między Wilnem a Olkienikami czyli rodziną ze strony mamy u której zdobywała to jedzenie i kryjąc się przed bombami przenosiła je dla swoich dzieci. Babci Anastazji nie przyszło do głowy, że lepiej byłoby wyżywić, choć bardzo skromnie, rodzinę syna niż rozbijać rodzinę. Haneczce było bardzo źle u babci. Siedziała sama w domu z chorym dziadkiem bo babcia i ciocia były całymi dniami zajęte w restauracji. I ten strach, żeby zostać w rodzinie do której w końcu wróciła ukierunkował jej zachowanie się jako podlizuchy i pierwszego wroga swojej najmłodszej siostry, czyli mnie.

A co u nas? Uczęszczam, bardzo systematycznie, na zajęcia z logopedii. Ponieważ grupa jest dobrana pod względem intelektualnym to te zajęcia są dla nas zabawą. Jest bardzo dużo śmiechu i zawsze na początku zajęć strach, że tego nie ogarniemy, ale prowadząca – Natalka, tak zgrabnie poupycha wszystko w tych naszych głowach, że sami sobie się dziwimy, że wszystko umiemy na pamięć. Na koniec zajęć potrafimy, na wyrywki powtórzyć słowo w słowo, co powiedziała którakolwiek osoba z naszej dziesiątki. Bardzo się staram żeby nie opuścić ani jednego zajęcia.

Trochę mi smutno, że będę musiała zmienić formę naszego czwartkowego, śpiewającego spotkania. Do prowadzenia takiego spotkania przygotowuję się bardzo starannie razem z Natalką. Ponieważ myślą przewodnią ostatniego spotkania, była miłość, to na dużym ekranie były tulące się konie, słonie, koty, psy i my, i to wszystko w objęciach miłosnych i pięknych kwiatach. Był video clip do pięknej piosenki Kohena Tańcz, i miłosne zaloty z filmu Anna Karenina. Było też zakochane disco polo, a bardzo licznie zebrana widownia zajęta była wyłącznie zjedzeniem jak największej ilości ciastek.

I to już wszystko NARA !!

Komentarze

Dostaję ostatnio mnóstwo komentarzy i propozycji uwidoczniania reklam które dostaję na adres bloga prababcia 102. Takie ilości przeróżnych wpisów to miałam 9 lat temu, jak zaczynałam skarżyć się na cały świat jak jest mi źle, w brew moim oczekiwaniom. Wygląda to tak jakbym wróciła znów do łask czytelników, bo to że firmy reklamujące się włączają swoje reklamy automatycznie jak dany blog przekracza kilkadziesiąt tysięcy odsłon to już wiem. A zatem staję się od nowa popularna. Jakbym uwidoczniała wszystkie reklamy które otrzymuję to byłabym jak POLSAT wśród innych stacji telewizyjnych i moi czytelnicy musieliby przekopywać się przez te reklamy aż znudziłoby się im nawet zaglądanie na bloga. Ja zamiast podpowiedzi jak można wejść w spółkę i z kim to odpowiem Małgosi jak to się dzieje, że zapamiętałam kiedy zachorowałam na odrę będąc dzieckiem. Małgosia twierdzi, że to jest niemożliwe żeby z taką precyzją pamiętać co było w grudniu 1949 r. Kochana Małgosiu, stary człowiek szybko zapomni co było kilka dni temu a pamięta o szczegółach sprzed pół wieku, to jest główna cecha starości. A fakt mojej choroby na odrę w 1949 r. pamiętam bardzo dokładnie. Otóż, mieszkaliśmy w bloku w którym było 10 mieszkań w których mieszkało 16 rodzin, w czterech mieszkaniach mieszkało po dwie rodziny, tylko na pierwszym piętrze w każdym z czterech mieszkań mieszkały pojedyncze rodziny, to rodziny oficerów Ludowego Wojska Polskiego. Były też dwa mieszkania w suterynie . Wszystkie mieszkania były piękne, duże trzy pokoje, duża łazienka, duża kuchnia ze spiżarnią również okazałą. W naszym mieszkaniu nasza rodzina zajmowała 2 pokoje z kuchnią a druga rodzina zajmowała pokój z łazienką. W każdej z tych 16 rodzin były dzieci w wieku szkolnym. W okresie przedświątecznym dzieciaki biegały od jednych do drugich żeby zobaczyć czyja choinka jest najładniejsza. Na choince wieszało się cukierki w kolorowych, błyszczących papierkach, herbatniki, które sami wypiekaliśmy, malutkie, rajskie jabłuszka i duży łańcuch ze sklejonych kolorowych kółek, który oplatał całą choinkę. Czasem znalazły się aniołki swojej roboty z papieru lub ze słomy, no i niestety świece. Ponieważ mamy znały ten nasz zwyczaj biegania po mieszkaniach a blok był podzielony na dwie klatki wejściowe, moja mama żeby mnie ustrzec przed wychodzeniem z domu bo to mroźna zima i nie daj Boże przeziębić odrę, schowała mi buty, żeby mi nie przyszło do głowy przebiegać przez całe podwórko do Krysi Michałowskiej, z którą chodziłam do jednej klasy. Nic nie pomogło schowanie butów. Przez całe podwórko przebiegłam na bosaka kalecząc stopy od lodu. Długo słyszałam lamenty mamy – ty mnie Danuśka do grobu wpędzisz, a Haneczka – siostra, podlizucha, dodawała – mama się nie martwi ona prędzej sama siebie do grobu wpędzi. Jak widać nie wpędziłam i przeżyłam całą swoją najbliższą rodzinę; chociaż bardzo chciałabym żeby żyli.

Drugie pytanie na które chętnie odpowiem dotyczy scenariusza na mój pogrzeb i oburzenie czytelniczki, że drwię z tak poważnej sytuacji. Nie drwię, jestem realistką i wiem, że nic nie trwa wiecznie więc niech się zakończy pięknie. Nikt nie będzie po mnie rozpaczał co najwyżej zamyśli się chwilę. Przecież to nie będzie pogrzeb młodej osoby tylko staruszki; tak więc niech podłożem do zadumy będzie – w drodze – adagio – G mol Tomasa Albinoniego XVII wiecznego kompozytora włoskiego. Ten utwór był grany na pogrzebie mojego Taty przez orkiestrę a u nas będzie odtwarzany z płyty. Jak już cała ceremonia się zakończy to na odchodne niech zaśpiewa Alicja Majewska – Moje do widzenia. Piękne.

I to już wszystko – NARA !!

Smutny tydzień…

Zaczął się od pogrzebu rodzinnego. To był pogrzeb syna mojej starszej siostry. Okazało się, że jestem najstarszym członkiem rodziny, ( a byłam najmłodsza w rodzinie ) ; tak więc słyszałam po wielokroć, Jak dobrze, że ty jesteś zawsze – ciociu. To, że jestem stara świadczyła nie tylko moja metryka ale i zwyczaj w zachowaniu się na takiej ceremonii. Otóż, okazuje się , że już nie ma zwyczaju przychodzenia na pogrzeb z kwiatami i zniczami, wystarczy obecność. Bardzo mądry jest ten nowy zwyczaj. Nie pochwalają go najwyżej kwiaciarki ale wszyscy co sprzątają cmentarze to tak. Taki sam zwyczaj trzeba by wprowadzić na Zaduszki – przychodzi tłum ludzi, każdy co najmniej ze zniczem, a sprząta na ogół jedna osoba i to stale ta sama. — Będę musiała dowiedzieć się ile taka ceremonia pogrzebowa kosztowała, bo była bardzo bogata; a i na mnie chyba już pomalutku będzie pora. Wprawdzie aż tak okazałego pogrzebu to nie chciałabym ale scenariusz pogrzebowy już mam gotowy – muzyka i śpiew, to jest konieczne. I wcale nie kościelna pieśń tylko zaśpiewać powinna – tylko refren- Alicja Majewska w moim imieniu i ” moje smutne do widzenia „. Ta obecna ceremonia zaczęła się w pięknym, bogato wyposażonym kościele ( np. wszystkie ławy z obiciem tapicerskim, a kościół duży ) W całym kościele na ścianach freski i piękne obrazy. Mszę prowadziło aż troje księży, ale taca była skromniutka, nie większa niż u nas a ludzi dziesięciokrotnie więcej. Z około setki osób do komunii przystąpiło pięć osób. To jest znak czasu. Mnie zachwyciła dzielnica miasta, na której jest ten kościół – nieprawdopodobna czystość i oznakowania. Nie byłam na tej dzielnicy z 70 lat, jeszcze jak chodziłam do szkoły muzycznej, przejazdem owszem ale spacerkiem niestety. Chodziłam jeszcze do starej szkoły muzycznej, jak dzisiaj mówią chodziłam do pałacyku, który był początkiem pięknego parku na podzamczu, idąc od Starego Miasta. Park jest piękny, w porównaniu z tym co kiedyś. Kiedyś to był dziko zarośnięty park, dzisiaj ozdobiony jest rzeźbami wykonanymi przez Panią Balbinę Śwityć Widacką, artystkę rzeźbiarkę i poetkę, która była naszą sąsiadką w Kortowie i poetką piszącą dla mnie teksty do piosenek, zawsze na wczoraj bo to były czasy kiedy festiwal gonił festiwal a ja musiałam śpiewać na każdym. Rywalizację w śpiewie miałam chyba we krwi i musiałam dawać upust. Idąc spacerkiem po tej pięknej dzielnicy pełnej ogrodów, rozmyślałam o tym, który właśnie odszedł. Jak on się urodził ja miałam 8 lat. Rok później zachorowałam na odrę; moja mama przenosząc zwyczaje jakie panowały w jej rodzinie, rocznego Krzysia kładła przy mnie do łóżka, ( mieszkaliśmy jeszcze wszyscy razem, to był rok 1949 ) żeby jak najszybciej zachorował na tę odrę, bo zachorować musi, a im wcześniej tym lepiej. Na odrę chorowałam w grudniu a już w marcu wysiedlono nas do Jezioran; to wydarzenie opisałam na blogu dokładnie, jak sąsiedzi nas pięknie witali pomimo godziny 3 w nocy, również opisałam i że od pani Andzi dostaliśmy wielki obraz świętej rodziny. Jak mały Krzyś przyjeżdżał do nas zachwycał się tym obrazem w pięknych kolorach i mógł wpatrywać się w niego godzinami, zamęczał nas ciągłymi pytaniami – co to, co to ? bo właśnie uczył się mówić. Jego pierwsze słowa to: Bozia, bazia, titam. Bozia to wiadomo, bazie to owce których na obrazie było dość dużo, a titam to narzędzie stolarskie w rękach św. Józefa. Dlaczego właśnie titam to tylko on wiedział. Jak dorastaliśmy to nasze spotkania były coraz rzadsze, zawsze z okazji jakiś świąt u naszej mamy, czyli babci Krzysia, i rocznic rodzinnych. Później nastąpiła długa przerwa aż wszystkie dzieci w naszej licznej rodzinie dorosły i zaczęły się wesela. Wesel przeżyłam 8 nie na każdym byłam, ale jak już byłam to zawsze byłam wodzirejem, stąd właśnie młodsze pokolenie mnie zapamiętało. I tak się drogi rodzinne zaczęły rozchodzić. Poszczególne rodziny moich sióstr i brata stworzyły odrębności, czyli, że stworzyliśmy pięć odrębnych rodzin, które spotykały się ze sobą coraz rzadziej. Wszyscy zaczęli się oddalać od siebie, aż do 50 rocznicy ślubu mojej najstarszej siostry. Później były jej huczne 90 urodziny i zaczęły się pogrzeby. ——————————————————————To taka zwykła kolej losu, której nie sposób odmienić już. Mijają lata dni uniesień nadchodzi jesień i jest tuż, tuż. Maj nad polami, jaśminami, czerwiec ukoił nocą parną, lipiec i sierpień już za nami i świat ogarnie wrześniowy chłód. Przeminął urok dawnych dni, cóż powiem ci, idź swoją drogą. Zrozumieć chciej, że ani ty, ani twe łzy nic nie pomogą itd. Tak po prostu chce los.

I to tyle na dziś, dziękuję za komentarze, wszystkie dotyczyły zachowania się siostry przełożonej. NARA !!