Ksenofobia.

Ksenofobia to niechęć do obcych, to postawa w której odmienność np. język, kultura narodowość, budzi wrogość.

W środę wybrałam się , chociaż już niestety z trudem, do miasta, chciałam rozejrzeć się u optyka za ładnymi oprawkami do ewentualnie nowych okularów. Podczas tej wyprawy spotkałam Andrzeja – kolegę mojego starszego wnuka jak również dawnego dzieciaka z ulicy Radiowej. Dzisiaj to 44letni pan, notabene bardzo przystojny. Bardzo miło mi się z nim rozmawiało, aż nagle przypomniał mi się bardzo przykry epizod, którego prowodyrem był właśnie tenże Andrzej, a epizod ten dotyczył mojego młodszego wnuka. Musiałam zmienić się na twarzy bo Andrzej od razu spytał – czy coś się stało ?. Wiesz, coś mi się przypomniało, jeszcze z czasów naszego podwórka. Pozwolisz, że zadam ci bardzo osobiste pytanie, nalegając na szczerą odpowiedź. Czy ty, jako już dorosły i mam nadzieję odpowiedzialny mężczyzna nadal jesteś ksenofobem, a może nawet rasistą, czy już z tego wyrosłeś ? Obowiązuje, jak za czasów podwórkowych, wyłącznie szczerość. Tym razem Andrzej się zmieszał i zaczął gorliwie przepraszać twierdząc stanowczo, że jest mu wstyd, że był taki jaki był; przecież już przepraszałem, litości pani Danusiu. A był hersztem gangu szkolnego ( w szkole podstawowej ) który znęcał się nad młodszymi uczniami z byle powodu, albo i bez powodu. Nic na ten temat nie wiedziałam dopóki sprawa nie dotyczyła mojego młodszego wnuka. Andrzej, jako dzieciak z ulicy Radiowej był bardzo grzeczny; a to był ten sam czas tylko nie to samo miejsce – szkoła i podwórko. Moje dzieciaki z ulicy Radiowej to najcudowniejsze dzieciaki świata – a tu taka dwulicowość. Mojego młodszego wnuka nikt nie znał. Urodził się w Zagrzebiu; jak już miał iść do pierwszej klasy wybuchła wojna na Bałkanach, tak więc córka z mężem i dwójką dzieci ( 7 lat wnuk i trzy miesiące wnuczka ) uciekli do Niemiec. To była bratobójcza wojna – sąsiad strzelał do sąsiada; Serb do Chorwata i odwrotnie, zięć nie wyobrażał sobie takiej sytuacji, dlatego uciekli z kraju. Wnuk z marszu musiał iść do szkoły, niestety niemieckiej. Nie znał ani jednego słowa w tym języku ale zacisnął zęby i uczył się. Jak zdał do czwartej klasy władze niemieckie stwierdziły, że ponieważ wojna na Bałkanach już się skończyła to uciekinierzy wojenni muszą opuszczać Niemcy. Moi zdecydowali, że nie pojadą do Jugosławii ( jeszcze wówczas to był jeden kraj – Jugosławia ) tylko pojadą do Polski i w ten sposób mój biedny wnuk znów trafił do kraju którego języka nie znał a do szkoły iść trzeba. Córka zaniechała nauki języka polskiego przez swoje dzieci ponieważ na tamtą chwilę priorytetem był język niemiecki. Wnuk w żadnym wypadku nie zgodził się pójść do pierwszej klasy, chociaż wiedział, że języka musiał się uczyć od podstaw. Sam zdecydował, że zgodnie ze świadectwem pójdzie do czwartej klasy a poznawać język będzie dodatkowo chodząc do klasy pierwszej do czasu aż uzna, że język polski opanował. Muszę dodać, że wnuk jako nieodrodny syn swojego taty, który zna sześć języków, ma wyjątkowe zdolności językowe i dziś jako doktor nauk włada perfekcyjnie czterema językami a jeszcze dwoma tak średnio. Ale w naszym kraju inność wywołuje wrogość i agresję i to nie tylko wśród dzieci. Pamiętam jak wnuk przyjechał do Polski mając 4 latka, uczył się wówczas mówienia po Polsku i w konsekwencji mieszały mu się słowa obu języków, to nawet wśród dorosłych wywoływało niepokój i uznano, że z tym dzieckiem jest coś nie tak i lepiej żeby ich dzieci nie bawiły się z nim. A wśród dzieci szkolnych to był horror .To dopiero było z czego drwić – jeszcze tego nie widzieli żeby ktoś chodził do IV i do I klasy jednocześnie. Niestety, ten spotkany przeze mnie Andrzej kierował bandą dzieciaków i tak długo nie dawali mu żyć aż mój wnuk pobity trafił do szpitala. Wtedy dopiero ja dowiedziałam się co się dzieje. jak moi przyjechali z Niemiec do Olsztyna ja im zostawiłam swoje mieszkanie i zamieszkałam na drugim końcu miasta, dlatego nie wiedziałam co się tam dzieje, a przecież do szkoły do której chodził mój wnuk chodziły wszystkie dzieciaki z ulicy Radiowej. Zwołałam sejmik wszystkich dzieciaków. Spotkaliśmy się w ogródku o który latami dbaliśmy my sami, po to żeby przypomnieć jaką byliśmy jednością i chlubą każdej rodziny. Były przeprosiny i po dziś dzień zapanowała zgoda.

W tym wpisie posługuję się często zwrotem – dzieciaki z ulicy Radiowej, pisałam o nich w tak właśnie zatytułowanym wpisie.

I to już wszystko na dziś. NARA !!

Haneczka – podlizucha,

tak nazywałam swoją siostrę, a dopiero teraz dotarło do mnie, jak użyłam tego sformułowania w ostatnim wpisie, że ona była zawsze nadzwyczaj miła do mamy ze strachu żeby mama nie oddała jej komuś, jakiejś cioci czy babci. Niestety była oddana do babci Anastazji na długich pięć lat, czyli na okres wojny. Cała rodzina przeżyła to bardzo tylko nie ja. Ja ją poznałam dopiero jak jechaliśmy już do Polski. Opisując dzieje naszej rodziny pisałam, że Tato, jako Piłsudczyk musiał ciągle się ukrywać i ciągle uciekać, z całą swoją rodziną. Ostatnim schronieniem była szkoła powszechna w Wilnie. Jak Go złapali i osadzili w więzieniu moja mama była w pierwszych miesiącach ciąży ze mną. Wyobraźcie sobie trwa wojna, Tato w więzieniu, mama z piątym dzieckiem w ciąży. Kilka ulic dalej mieszka babcia Anastazja – mama taty, i mimo wojny powodzi jej się całkiem znośnie – ma restaurację w centrum Wilna, która pozwala na dostatnie życie. Babcia wpada na niedorzeczny pomysł i żeby ulżyć mojej mamie bierze do siebie jedno dziecko, właśnie Haneczkę. Bierze ją do siebie w czasie kiedy na świat przychodzi rozwrzeszczany dzieciak czyli – ja. Moje starsze rodzeństwo zna Haneczkę i tęskni za nią. Mnie nie znoszą ponieważ wraz z moim przyjściem na świat na rodzinę spadają same nieszczęścia : brak ukochanego tatusia, wojna, tęsknota za siostrą i obowiązek zajmowania się tym kimś wrzeszczącym bo mama ciągle była w poszukiwaniu jedzenia dla dzieci, między Wilnem a Olkienikami czyli rodziną ze strony mamy u której zdobywała to jedzenie i kryjąc się przed bombami przenosiła je dla swoich dzieci. Babci Anastazji nie przyszło do głowy, że lepiej byłoby wyżywić, choć bardzo skromnie, rodzinę syna niż rozbijać rodzinę. Haneczce było bardzo źle u babci. Siedziała sama w domu z chorym dziadkiem bo babcia i ciocia były całymi dniami zajęte w restauracji. I ten strach, żeby zostać w rodzinie do której w końcu wróciła ukierunkował jej zachowanie się jako podlizuchy i pierwszego wroga swojej najmłodszej siostry, czyli mnie.

A co u nas? Uczęszczam, bardzo systematycznie, na zajęcia z logopedii. Ponieważ grupa jest dobrana pod względem intelektualnym to te zajęcia są dla nas zabawą. Jest bardzo dużo śmiechu i zawsze na początku zajęć strach, że tego nie ogarniemy, ale prowadząca – Natalka, tak zgrabnie poupycha wszystko w tych naszych głowach, że sami sobie się dziwimy, że wszystko umiemy na pamięć. Na koniec zajęć potrafimy, na wyrywki powtórzyć słowo w słowo, co powiedziała którakolwiek osoba z naszej dziesiątki. Bardzo się staram żeby nie opuścić ani jednego zajęcia.

Trochę mi smutno, że będę musiała zmienić formę naszego czwartkowego, śpiewającego spotkania. Do prowadzenia takiego spotkania przygotowuję się bardzo starannie razem z Natalką. Ponieważ myślą przewodnią ostatniego spotkania, była miłość, to na dużym ekranie były tulące się konie, słonie, koty, psy i my, i to wszystko w objęciach miłosnych i pięknych kwiatach. Był video clip do pięknej piosenki Kohena Tańcz, i miłosne zaloty z filmu Anna Karenina. Było też zakochane disco polo, a bardzo licznie zebrana widownia zajęta była wyłącznie zjedzeniem jak największej ilości ciastek.

I to już wszystko NARA !!

Komentarze

Dostaję ostatnio mnóstwo komentarzy i propozycji uwidoczniania reklam które dostaję na adres bloga prababcia 102. Takie ilości przeróżnych wpisów to miałam 9 lat temu, jak zaczynałam skarżyć się na cały świat jak jest mi źle, w brew moim oczekiwaniom. Wygląda to tak jakbym wróciła znów do łask czytelników, bo to że firmy reklamujące się włączają swoje reklamy automatycznie jak dany blog przekracza kilkadziesiąt tysięcy odsłon to już wiem. A zatem staję się od nowa popularna. Jakbym uwidoczniała wszystkie reklamy które otrzymuję to byłabym jak POLSAT wśród innych stacji telewizyjnych i moi czytelnicy musieliby przekopywać się przez te reklamy aż znudziłoby się im nawet zaglądanie na bloga. Ja zamiast podpowiedzi jak można wejść w spółkę i z kim to odpowiem Małgosi jak to się dzieje, że zapamiętałam kiedy zachorowałam na odrę będąc dzieckiem. Małgosia twierdzi, że to jest niemożliwe żeby z taką precyzją pamiętać co było w grudniu 1949 r. Kochana Małgosiu, stary człowiek szybko zapomni co było kilka dni temu a pamięta o szczegółach sprzed pół wieku, to jest główna cecha starości. A fakt mojej choroby na odrę w 1949 r. pamiętam bardzo dokładnie. Otóż, mieszkaliśmy w bloku w którym było 10 mieszkań w których mieszkało 16 rodzin, w czterech mieszkaniach mieszkało po dwie rodziny, tylko na pierwszym piętrze w każdym z czterech mieszkań mieszkały pojedyncze rodziny, to rodziny oficerów Ludowego Wojska Polskiego. Były też dwa mieszkania w suterynie . Wszystkie mieszkania były piękne, duże trzy pokoje, duża łazienka, duża kuchnia ze spiżarnią również okazałą. W naszym mieszkaniu nasza rodzina zajmowała 2 pokoje z kuchnią a druga rodzina zajmowała pokój z łazienką. W każdej z tych 16 rodzin były dzieci w wieku szkolnym. W okresie przedświątecznym dzieciaki biegały od jednych do drugich żeby zobaczyć czyja choinka jest najładniejsza. Na choince wieszało się cukierki w kolorowych, błyszczących papierkach, herbatniki, które sami wypiekaliśmy, malutkie, rajskie jabłuszka i duży łańcuch ze sklejonych kolorowych kółek, który oplatał całą choinkę. Czasem znalazły się aniołki swojej roboty z papieru lub ze słomy, no i niestety świece. Ponieważ mamy znały ten nasz zwyczaj biegania po mieszkaniach a blok był podzielony na dwie klatki wejściowe, moja mama żeby mnie ustrzec przed wychodzeniem z domu bo to mroźna zima i nie daj Boże przeziębić odrę, schowała mi buty, żeby mi nie przyszło do głowy przebiegać przez całe podwórko do Krysi Michałowskiej, z którą chodziłam do jednej klasy. Nic nie pomogło schowanie butów. Przez całe podwórko przebiegłam na bosaka kalecząc stopy od lodu. Długo słyszałam lamenty mamy – ty mnie Danuśka do grobu wpędzisz, a Haneczka – siostra, podlizucha, dodawała – mama się nie martwi ona prędzej sama siebie do grobu wpędzi. Jak widać nie wpędziłam i przeżyłam całą swoją najbliższą rodzinę; chociaż bardzo chciałabym żeby żyli.

Drugie pytanie na które chętnie odpowiem dotyczy scenariusza na mój pogrzeb i oburzenie czytelniczki, że drwię z tak poważnej sytuacji. Nie drwię, jestem realistką i wiem, że nic nie trwa wiecznie więc niech się zakończy pięknie. Nikt nie będzie po mnie rozpaczał co najwyżej zamyśli się chwilę. Przecież to nie będzie pogrzeb młodej osoby tylko staruszki; tak więc niech podłożem do zadumy będzie – w drodze – adagio – G mol Tomasa Albinoniego XVII wiecznego kompozytora włoskiego. Ten utwór był grany na pogrzebie mojego Taty przez orkiestrę a u nas będzie odtwarzany z płyty. Jak już cała ceremonia się zakończy to na odchodne niech zaśpiewa Alicja Majewska – Moje do widzenia. Piękne.

I to już wszystko – NARA !!

Smutny tydzień…

Zaczął się od pogrzebu rodzinnego. To był pogrzeb syna mojej starszej siostry. Okazało się, że jestem najstarszym członkiem rodziny, ( a byłam najmłodsza w rodzinie ) ; tak więc słyszałam po wielokroć, Jak dobrze, że ty jesteś zawsze – ciociu. To, że jestem stara świadczyła nie tylko moja metryka ale i zwyczaj w zachowaniu się na takiej ceremonii. Otóż, okazuje się , że już nie ma zwyczaju przychodzenia na pogrzeb z kwiatami i zniczami, wystarczy obecność. Bardzo mądry jest ten nowy zwyczaj. Nie pochwalają go najwyżej kwiaciarki ale wszyscy co sprzątają cmentarze to tak. Taki sam zwyczaj trzeba by wprowadzić na Zaduszki – przychodzi tłum ludzi, każdy co najmniej ze zniczem, a sprząta na ogół jedna osoba i to stale ta sama. — Będę musiała dowiedzieć się ile taka ceremonia pogrzebowa kosztowała, bo była bardzo bogata; a i na mnie chyba już pomalutku będzie pora. Wprawdzie aż tak okazałego pogrzebu to nie chciałabym ale scenariusz pogrzebowy już mam gotowy – muzyka i śpiew, to jest konieczne. I wcale nie kościelna pieśń tylko zaśpiewać powinna – tylko refren- Alicja Majewska w moim imieniu i ” moje smutne do widzenia „. Ta obecna ceremonia zaczęła się w pięknym, bogato wyposażonym kościele ( np. wszystkie ławy z obiciem tapicerskim, a kościół duży ) W całym kościele na ścianach freski i piękne obrazy. Mszę prowadziło aż troje księży, ale taca była skromniutka, nie większa niż u nas a ludzi dziesięciokrotnie więcej. Z około setki osób do komunii przystąpiło pięć osób. To jest znak czasu. Mnie zachwyciła dzielnica miasta, na której jest ten kościół – nieprawdopodobna czystość i oznakowania. Nie byłam na tej dzielnicy z 70 lat, jeszcze jak chodziłam do szkoły muzycznej, przejazdem owszem ale spacerkiem niestety. Chodziłam jeszcze do starej szkoły muzycznej, jak dzisiaj mówią chodziłam do pałacyku, który był początkiem pięknego parku na podzamczu, idąc od Starego Miasta. Park jest piękny, w porównaniu z tym co kiedyś. Kiedyś to był dziko zarośnięty park, dzisiaj ozdobiony jest rzeźbami wykonanymi przez Panią Balbinę Śwityć Widacką, artystkę rzeźbiarkę i poetkę, która była naszą sąsiadką w Kortowie i poetką piszącą dla mnie teksty do piosenek, zawsze na wczoraj bo to były czasy kiedy festiwal gonił festiwal a ja musiałam śpiewać na każdym. Rywalizację w śpiewie miałam chyba we krwi i musiałam dawać upust. Idąc spacerkiem po tej pięknej dzielnicy pełnej ogrodów, rozmyślałam o tym, który właśnie odszedł. Jak on się urodził ja miałam 8 lat. Rok później zachorowałam na odrę; moja mama przenosząc zwyczaje jakie panowały w jej rodzinie, rocznego Krzysia kładła przy mnie do łóżka, ( mieszkaliśmy jeszcze wszyscy razem, to był rok 1949 ) żeby jak najszybciej zachorował na tę odrę, bo zachorować musi, a im wcześniej tym lepiej. Na odrę chorowałam w grudniu a już w marcu wysiedlono nas do Jezioran; to wydarzenie opisałam na blogu dokładnie, jak sąsiedzi nas pięknie witali pomimo godziny 3 w nocy, również opisałam i że od pani Andzi dostaliśmy wielki obraz świętej rodziny. Jak mały Krzyś przyjeżdżał do nas zachwycał się tym obrazem w pięknych kolorach i mógł wpatrywać się w niego godzinami, zamęczał nas ciągłymi pytaniami – co to, co to ? bo właśnie uczył się mówić. Jego pierwsze słowa to: Bozia, bazia, titam. Bozia to wiadomo, bazie to owce których na obrazie było dość dużo, a titam to narzędzie stolarskie w rękach św. Józefa. Dlaczego właśnie titam to tylko on wiedział. Jak dorastaliśmy to nasze spotkania były coraz rzadsze, zawsze z okazji jakiś świąt u naszej mamy, czyli babci Krzysia, i rocznic rodzinnych. Później nastąpiła długa przerwa aż wszystkie dzieci w naszej licznej rodzinie dorosły i zaczęły się wesela. Wesel przeżyłam 8 nie na każdym byłam, ale jak już byłam to zawsze byłam wodzirejem, stąd właśnie młodsze pokolenie mnie zapamiętało. I tak się drogi rodzinne zaczęły rozchodzić. Poszczególne rodziny moich sióstr i brata stworzyły odrębności, czyli, że stworzyliśmy pięć odrębnych rodzin, które spotykały się ze sobą coraz rzadziej. Wszyscy zaczęli się oddalać od siebie, aż do 50 rocznicy ślubu mojej najstarszej siostry. Później były jej huczne 90 urodziny i zaczęły się pogrzeby. ——————————————————————To taka zwykła kolej losu, której nie sposób odmienić już. Mijają lata dni uniesień nadchodzi jesień i jest tuż, tuż. Maj nad polami, jaśminami, czerwiec ukoił nocą parną, lipiec i sierpień już za nami i świat ogarnie wrześniowy chłód. Przeminął urok dawnych dni, cóż powiem ci, idź swoją drogą. Zrozumieć chciej, że ani ty, ani twe łzy nic nie pomogą itd. Tak po prostu chce los.

I to tyle na dziś, dziękuję za komentarze, wszystkie dotyczyły zachowania się siostry przełożonej. NARA !!

Przełożona,

która powinna być wyrzucona z pracy i to z hukiem a tkwi w tym naszym Domu, niszcząc podopiecznych i ucząc podwładny sobie personel, jak mieć za nic, podopiecznych. Pani dyrektor boi się jej i dlatego nie ruszy z posad tej bryły chociaż ta bryła zła powinna być już na emeryturze, jednak ma zbyt dużo znajomości, którymi może i zaszkodzić i pomóc. Dlatego robi co chce. Ona nie pracuje tylko załatwia wszystko po znajomości starym, zwyczajem. Jak podle postępowała ze mną opisałam wszystko na swoim blogu; o nie udzieleniu mi pomocy kiedy dostałam udaru, o odwołaniu zabiegów w szpitalu twierdząc, że jestem już osobą leżącą, o zrobieniu magazynu zużytej odzieży ochronnej w czasie pandemii covidu na najwęższym korytarzu naszego Domu, ale za to będącym vis a vis mojego pokoju, o tym jak już byłam chora na covid to wydała polecenie swojej ulubionej pielęgniarce, żeby tlen który miał mnie ratować żeby mnie udusił. Żeby nie przypadek to na pewno tak by się stało. O pochwalenie pielęgniarki, zamiast skarcenia, za podmianę moich leków z niewiadomymi mi lekami. Tak więc dzisiejsze jej zachowanie, które skłoniło mnie do przypomnienia tej sławnej z świństw wszelakich osobowości , to zupełny drobiazg. Otóż, jest poniedziałek, to jest jedyny dzień tygodnia w którym możemy zgłaszać zapotrzebowanie na leki. O tym, że jest to jedyny dzień informują ogłoszenia na każdej z tablic informacyjnych i na każdym piętrze. Ogłoszenie jest napisane wyjątkowo tłustym drukiem żeby rzucało się w oczy z daleka. Tak więc natychmiast po śniadaniu ludzie podążają ze swoimi zamówieniami – a tu stop – panie zajmujące się tym, właśnie jedzą śniadanie. Czas mija, a one jedzą. Ludzie czekają a tu ciągle nikogo nie ma. Wchodzę do pokoju socjalnego pielęgniarek ( tylko one mają taki luksus ) i widzę jak obie panie które zajmują się receptami, z półmiskami w rękach jedzą śniadanie. Jest z nimi również przełożona. Tylko weszłam usłyszałam od przełożonej – proszę nam nie przeszkadzać, nie widzi pani, że jemy śniadanie. A ja na to – śniadanie to się je w domu a jeśli już w pracy to pojedynczo. Przełożona obierając mandarynkę – ja właśnie zwołałam zebranie. Ja – to najpierw trzeba było pozrywać ogłoszenia o czasie załatwiania leków. Przełożona wymachując nożem którym obierała mandarynkę – proszę natychmiast wyjść. To panie powinny natychmiast wyjść z tego pokoju i wziąć się do roboty. To była lekcja dla podległego jej personelu jak należy traktować podopiecznych, bo u naszej przełożonej, im gorsza swołocz do nas tym lepszy pracownik według niej. Do pań asystentek lekarskich, osobiście nie mam najmniejszych zastrzeżeń, ale przy takim wzorcu jak ich przełożona bardzo szybko zejdą na psy. Co na to pani dyrektor, która wszystko słyszała, a dla pewności przypomniałam jej w obecności przełożonej, – oczywiście, starym zwyczajem – NIC. Jak ostrzegłam przełożoną, że to wszystko opiszę na swoim blogu, to usłyszałam lekceważące – a pisz sobie. Tak więc pozwolenie na ten opis mam. Będę musiała odwiedzić naszego Prezydenta, który już okrzepł na tym stanowisku i powinien dowiedzieć się jakie odpady społeczne pracują w naszym dps.

Po przeczytaniu komentarzy bardzo poprawił mi się nastrój. Otóż, osoba podpisująca się Lovewro, obsypała mnie miłymi słowami; zresztą już nie pierwszy raz. DZIĘKUJĘ !! No i oczywiście pozdrawiam serdecznie.

Dobry zwyczaj…

Wrócił do nas dobry zwyczaj stałych wyjazdów do miasta po zakupy. Kiedyś ten zwyczaj funkcjonował i było bardzo dobrze – w każdy piątek, kto chciał mógł pojechać samochodem służbowym na rynek; przez półtorej godziny mógł pochodzić po sklepach i o stałej godzinie i zawsze w tym samym miejscu był samochód gotowy do drogi powrotnej. Tak więc kto chciał coś kupić to sobie ten wyjazd planował. Jeśli była to osoba wymagająca pomocy innych to tę pomoc miała. Później, w ramach oszczędności, z tej wygody dla podopiecznych, zrezygnowano. Trzeba było kilku lat żeby się przekonać, że właśnie zbiorowe i stałe wyjazdy są oszczędne i nie koniecznie na drugi koniec miasta. Jak takich wyjazdów nie było to ludzie na różne sposoby załatwiali sobie samochód indywidualnie. Nasza dyrekcja bardzo długo uczy się i to na własnych błędach.

W środę były u nas z występem dwie aktorki z naszego teatru; jedna z pań reżyserowała i zajmowała się animacją, druga dała nam spektakl jednego aktora. Spektakl ten był wyreżyserowany na podstawie powieści Joanny Kuciel – Frydryszak zatytułowanej ” Chłopki ” . Oglądając go i wsłuchując się w każde słowo oniemiałam z wrażenia. Po przedstawieniu zachęcano nas do dyskusji. Według mnie była ona nie możliwa; a za ocenę spektaklu chyba wystarczyła wyrwana z moich trzewi odzywka: przewróciła nam pani bebechy do góry nogami i chce pani z nami rozmawiać. Po takim widowisku ja mogłabym tylko zwinąć się w kłębek i przetrawiać każde słowo. Po tej odzywce powinnam była przeprosić a ja po prostu, skulona wewnętrznie, wyszłam. Jak spytano mnie, na drugi dzień, czy mnie się to podobało, nie umiałam odpowiedzieć, nie pasowało mi do tego spektaklu takie lekkie słowo jak – podobało. To widowisko mnie pożarło żywcem i wypluło. To jakby w ciągu godziny przeżyć ciężki żywot kilku pokoleń swojej rodziny. Nie umiem znaleźć odpowiedniego na to słowa. Nic nie wiem o paniach które obdarowały nas tym widowiskiem, ale się dowiem, bo warto o nich wiedzieć jak najwięcej. Ten teatr jednego aktora mną po prostu wstrząsnął, bo to opowieść która pokazuje nam siłę kobiet, ich oddanie rodzinie i skryte marzenia o czymś lepszym. To wszystko do kupy rozrywa nam serce. Czy można powiedzieć, że nam się podobało coś co rozdarło serce na strzępy?

Muszę wyczytać wszystko co napisała owa autorka o kobietach, a czytając będę mocno zwiniętym kłębkiem czegoś.

I to już wszystko – NARA !!

… i po świętach

i chwała Bogu, że już po. Jak mówił mój kolega z młodości —- Chwała Bogu, że Bogu dzięki bo gdyby tak co nie daj Boże to niech Bóg broni—-Już w sobotę przedświąteczną zaczęłam czuć się źle, no ale obiecałam wnukowie, że wpadnę na chwilę w pierwszy dzień, tak więc wpaść musiałam. Zwłaszcza, że zapewniono mi dojazd w tę i na zat z wszelkimi wygodami. Po powrocie jak wpadłam dla odmiany w bety to i tydzień minął. Jednak jak w środku tygodnia poproszono mnie o zorganizowanie śpiewającego spotkania, odmówić nie mogłam. Jak mnie ktoś o coś prosi to czuję się taka dowartościowana dlatego nie odmawiam nigdy a już śpiewania, mowy nie ma. Odchorowałam to śpiewanie, dość ostro, ale kocham tę robotę i było pięknie.

Starość to potrafi płatać figle. Nawet nie sądziłam, że potrafię być taka oderwana od rzeczywistości. Otóż, zajrzałam do komentarzy na blogu i cała przejęta czytam życzenia świąteczne i nagle struchlałam – kochana córeczko – czytam, i dalej miłe życzenia od całej rodziny. Przerażona uwierzyłam, że są to życzenia z zaświatów. Przecież moi rodzice dawno nie żyją, a rodziny również dość dużo już się tam przeniosło. Nieprzytomna z przerażenia czytam te życzenia jeszcze raz, i jeszcze raz, aż wreszcie dostrzegłam, że to życzenia nie dla kochanej córeczki a dla kochanej cioteczki od Moniki. Po chwili doszło do mnie, że muszę bardziej uważać na wszystko bo starość niestety płata figle. Oczywiście Monice bardzo dziękuję i również pozdrawiam jej całą rodzinkę. Kiedyś, rozmawiam z Moniką przez telefon i nagle czuję zdecydowaną zmianę jej głosu – jakby ją ktoś zaczął tulić, czy nawet pieścić. Pytam więc, co się stało, twój głos zrobił się taki jakiś szczęśliwy. A ona mi na to – zobaczyłam przez okno, że mój mąż już wraca do domu. Czyż nie pięknie? Są od 15 lat małżeństwem, mają dwoje dzieci i codziennie się widzą, aż tu nagle mąż po 10 godzinach nieobecności wraca z pracy i tym wprawia w zachwyt żonę. Życzę takich stanów szczęśliwości w każdej rodzinie. Przeżyłam 85 lat a takich stanów zachwytu nie doznawałam. Wzruszyło mnie to bardzo. Po za życzeniami od Moniki dostałam kilka miłych słów od czytelników i one mnie zachwyciły. Cytuję – W pani tekstach jest spokojna stanowczość i prostota która wciąga. Prostota to zawsze była we mnie a spokojna stanowczość przyszła dopiero na starość. Kiedyś ta stanowczość nigdy nie była spokojna i nazywano ją uporem.

I to już wszystko – NARA !!

Niby Wielki a taki nieudany.

Mam na myśli Wielki Tydzień przed wielkanocny, a nieudany bo z kilku powodów szlak mnie trafiał. Pierwszy powód – od samego poniedziałku – odebrałam pranie z naszej pralni jak popatrzyłam na prawie nową kolorową bluzkę do szlak mnie trafił, wygląd pofarbowanej ścierki. Żeby ta bluzka była prana po raz pierwszy, to byłaby to wina nie znajomości materiału, ale ona była prana po raz trzeci i dwa razy było jak należy, czyli, że ten trzeci raz był prany z czymś co farbuje. Pofarbowało nie tylko bluzkę bo i nocną koszulę o pięknym łososiowym kolorze i ręcznik, ale to nie było nowe to nie bolało tak bardzo. Zmarnowana bluzka bolała ponieważ mam duże problemy z kupnem dla siebie czegokolwiek z ubioru ze względu na zbyt okazałe ” przedsięwzięcie ” . Bluzkę zaniosłam do ponownego prania z dopiętą kartką – przywróćcie jej kolor – wróciła w jeszcze gorszym stanie. Chyba na złość.

WE WTOREK był zastrzyk w oko zrobiony przez roztrzepaną panią doktor. Podczas badania wykrzykiwała do kolegi o przygodach jakie jej się przydarzyły w drodze do pracy. Chyba nawet nie wiedziała kogo bada. Przygotowanie do zastrzyku i sam zastrzyk był bolesny. Ciężki był również dzień po zastrzyku. Byłam leżąco cierpiąca z ciągłą wymianą okładów z soli fizjologicznej na oko. Wzrok pogorszył się znacznie. Już nie czytam bez okularów a okulary mogę zrobić dopiero po 6 maja, czyli po dwóch miesiącach od zabiegu. Nie wiem dlaczego usunięcie zaćmy nazywam skromnie zabiegiem; lekarze nazywają to bardzo poważnie – operacją. W końcu mam wszczepione w oko obce ciało.

W czwartek wybrałam się do miasta żeby sprawdzić czy przepisy odnośne rejestracji do lekarzy specjalistów osób posiadających legitymację Stowarzyszenia Polskie Dzieci Wojny są faktycznie respektowane. Bo jeśli o tych przepisach nic nie wiedzą w ZUSie, czy w naszym dziale socjalnym to może mnie się coś pokićkało. Wybrałam prywatną klinikę ortopedyczną i co ? i natychmiast zostałam zarejestrowana za okazaniem tylko owej legitymacji. Moi rówieśnicy z naszego dpsu zazdroszczą mi podejścia do różnych spraw a sami, dla swojego dobra nie kiwną nawet palcem. Słyszę tylko – ty wszystko potrafisz, wiesz co i jak, ja nie wiedziałabym. Tak więc tłumaczę w najprostrzy sposób – nie musisz już niczego szukać wszystko ci wyjaśniłam jak i co krok po kroku. I dalej tylko podziw jak to ja wszystko potrafię. Najlepiej jest im ” uwiesić się ” na możliwościach swoich dzieci albo personelu. Sami nie zrobią nic; a w rozmowach są bardzo elokwentni, po stokroć mądrzejsi ode mnie.

W stołówce podchodzi do mnie jedna z pań – ( prosiła żeby nie wymieniać jej imienia bo nie chce żeby było wiadomo o kogo chodzi ) i zaczynamy rozmowę: pójdziesz do kościoła na występ – pyta. Nie pójdę bo nie lubię płakać, a wiadomo teraz to same gorzkie żale. Mnie to się nie chce ani płakać ani śmiać się – odpowiada. Najchętniej to bym skopała komuś tyłek. Nasze szefostwo wybrało sobie kilka osób po których jeździ jak po starej kobyle. Co jakiś czas wysyłają do nas pokojowe żeby coś powyrzucały bo tego czy tamtego mamy za dużo. Jedna ma za dużo kubków, druga książek a trzecia ubrań. Co to ich obchodzi co kto ma. Czy u ciebie też tak rządzą? U mnie nikt nie ośmielił by się cokolwiek tknąć – odpowiadam. Wy po prostu sobie na to pozwalacie. Wystarczy, że te hieny zobaczą, że się ich boicie i będą się przed wami mądrzyć. Im trzeba ciągle przypominać, że muszą się nami opiekować nie zarządzać.

Widać ten Wielki Tydzień nie tylko dla mnie był nie udany. Bardzo poprawił mi się nastrój po przeczytaniu kilku ciepłych życzeń. Dziękuję za każde miłe słowo i życzę również zdrowych i pełnych życzliwości i miłości dni świątecznych i wszystkich pozostałych.

To już wszystko – NARA !!

Wiosna pod śniegiem

Aż trudno uwierzyć, że tyle śniegu sypnęło na południu Polski, i że właśnie na południu a nie u nas na północnym wschodzie. U nas słoneczko i wiosna; a bywało różnie. U nas śnieg w marcu to nie żadne aj waj, przecież nie raz był nawet w maju, fakt, nie w takich ilościach jak pokazuje to telewizja dzisiaj w górach, ale jak poleży do świąt, które już za tydzień to miłośnicy białego szaleństwa będą mieli frajdę na Wielkanoc.

Nowi mieszkańcy naszego dps i nowe zwyczaje okazywania swojego niezadowolenia. W ubiegłym tygodniu jedna z nowych mieszkanek wywiesiła kartkę na drzwiach swojego pokoju na której opisała swoje niezadowolenie z czegoś tam; to niezadowolenie było skierowane do kogoś tam. Czyli czeski film, tylko niepotrzebnie oklejone drzwi. Nikt nie wiedział o co chodzi a ni o kogo chodzi. Niezadowolenie było opisane w ostrym tonie i świadczyło tylko nie bardzo o autorce. To takie tupnięcie nogą i szybka ucieczka w kąt. Po krótkiej rozmowie Pani zerwała kartkę, widać powiedzieć wprost nie umiała a nawet nie wiedziała komu ma wyłuskać swoje żale a z pisma wynikało, że dobrze wie kto jej zalazł za skórę. Ludzie nie potrafią mówić wprost tylko obgadywać po kątach. Może i mają rację.

W poprzednim wpisie napisałam o nowych przepisach dotyczących pójścia do lekarza specjalisty bez skierowania tylko za okazaniem zaświadczenia o posiadaniu dawnej pierwszej grupy inwalidzkiej albo legitymacji kombatanckiej. Z tego wpisu wynikło, jak zwróciła na to uwagę moja czytelniczka, że nasz lekarz pierwszego kontaktu będzie miał ponad setkę mniej pacjentów w tygodniu. Przepraszam za źle sformułowane zdanie, takich pacjentów legitymujących się grupą inwalidzką czy kombatanctwem, jest u nas mniej więcej około 30 % ale i dla nich warto było pochylić się nad problemem. Ponieważ z tego przepisu skorzystałam to dodam jeszcze, że finansowo z mojej grupy inwalidzkiej bardziej skorzystał dps niż ja. Przecież dps zabiera 70% + 10% muszę dopłacić ja, czyli że ja korzystam z dodatku w 20 %, a pomimo to nikogo to z pracowników nie obchodzi. Ode mnie do kasy dps poszły grosze ale jak te grosze pomnożymy przez kilkadziesiąt osób to i zbierze się miarka. Ja mam legitymację Stowarzyszenia Polskie Dzieci Wojny, która uprawnia tak samo jak legitymacja kombatancka i właśnie z tą legitymacją mam zamiar wybrać się do specjalisty. Mam tylko zamiar bo ciągle nie mam czasu – ironia co ? Ale każdemu kto urodził się do 1945 roku polecam skorzystanie z przynależności do tego stowarzyszenia. Składka roczna za przynależność wynosi 40 zł. a korzyści nie współmierne, zwłaszcza w czasach biedy w Służbie Zdrowia.

I to już wszystko – NARA !!

WIOSNA !!

Ten tydzień minął jak z bicza strzelił – to takie przysłowie mówiące o szybkim upływie czasu. Byłam dwa razy w mieście, sama bez niczyjej pomocy. Wystarczyło, że wytknęłam jakieś nie tak w działaniu i już mam problem i z samochodem i z opiekunem. Niestety trzeba tylko chwalić. I znów wrócę do przysłowia bo bardzo pasuje do sytuacji – każdy pochlebca żyje kosztem tych którzy mu wierzą. I ja byłam takim pochlebcą, ale z ręką na sercu mówiłam mimo wszystko prawdę, ale mówiłam same miłe rzeczy i z tego korzystałam. Będąc w mieście, przy okazji dowiedziałam się o zmianie przepisów dotyczących wszelkich refundacji i dostępności do lekarzy specjalistów przez osoby starsze i posiadające grupy inwalidzkie. Aż wstyd, że to ja informowałam pracowników o tych zmianach nie oni mnie. Wychodzą z założenia, że jeśli zmieniony przepis nie przynosi korzyści firmie to nie ma co nim się interesować. Podopieczny ich nie interesuje. Ich czyli nasze kierownictwo. I tak wiem, że nie muszę już mieć skierowania do lekarza specjalisty i powinnam być przyjęta w ciągu 10 dni. Kochane szefostwo ja widzę w tych przepisach korzyść dla firmy a Wy nie? U nas lekarz przyjmuje raz w tygodniu a w naszym dps jest 146 osób starych i chorych i teraz te osoby nie będą musiały zawracać głowy naszemu lekarzowi tylko bezpośrednio specjaliście . Właśnie dlatego, że wybrałam się do miasta sama bez opiekuna i że jechałam autobusem, to teraz muszę iść do ortopedy żeby mi zrobił USG barku. Moja prawa ręka na wysokości barku była przyszyta laparoskopowo a jadąc autobusem przy nagłym hamowaniu kilka osób na mnie wpadło i ja niefortunnie chroniąc się skręciłam ten przyszyty bark. Boli jak jasna cholera, tak więc przyszły tydzień rozpocznę od poszukiwania odpowiedniego ortopedy, zostawiając w spokoju lekarza w dps. ———– A ten tydzień zakończył się dla mnie bardzo sympatycznie. Otóż wspólnie z Natalką zorganizowałyśmy śpiewające przywitanie wiosny, było pięknie. Mnie zachwycił tłum ludzi obecnych na spotkaniu, już dawno tak tłumnie nie śpiewaliśmy. Ten tłum, to nasi nowi mieszkańcy, których na razie wszystko interesuje. Oby tak dalej. Boję się, że ten tłum to po prostu z ciekawości – co to takiego to śpiewające przywitanie wiosny i dopiero teraz jak już wiedzą o co chodzi, to jeżeli przyjdą tłumnie na następne spotkanie to dopiero będzie znaczyło, że taka forma spotkań nowym mieszkańcom odpowiada i dopiero wówczas będę miała prawo się cieszyć. Następne moje spotkanie z mieszkańcami będzie 9 kwietnia.

Otrzymałam sympatyczny komentarz od osoby która podpisała się Kawa i która mi dziękuje za to o czym piszę. Kawa – to ja Ci dziękuję, że przeczytałaś i do tego dorzuciłaś miłe słowa – dziękuję.

I to byłoby na tyle – NARA !!