Przebaczanie

Przebaczanie to jest coś co przychodzi mi z wielkim trudem a najczęściej w ogóle nie przychodzi. Nie umiem wybaczać, jestem obrażalska, pamiętliwa i mściwa; do tej pory te cechy brałam za objaw ambicji a to są najprymitywniejsze wady ludzkie. Dobrze, że chociaż na starość zrozumiałam, że jestem zlepkiem wad a nie kimś nadzwyczaj ambitnym. Coraz częściej jednak zaczynam myśleć, że powinnam wybaczać i zapominać o tym co złe,ba, nawet w moich codziennych modlitwach zaczęłam prosić Ducha Świętego żeby nauczył mnie wybaczania. Możecie wierzyć lub nie ale jeśli w swoich modlitwach gorliwie o coś poproszę to to dostaję, a przecież wcale do świętoszek nie należę. Nie proszę zwykle o coś oderwanego od mojej rodziny, rzadko mi się to zdarza, ale jeśli tak, to dostaję to o co proszę. Aż wstyd się przyznać ale to, że poprzednia dyrektorka wyleciała z roboty to efekt moich modlitw., oczywiście popartych dowodami nadużywania władzy. Właśnie po to jedna z mieszkanek naszego DPS dała mi litanię do Św. Antoniego. Okazuje się, że Św. Antoni jest nie tylko od rzeczy zagubionych, ale po prostu od spraw trudnych. Jeśli chodzi o tę dyrektorkę to nie modlę się o wymianę jej na inny model, ponieważ mam nauczkę , że nie zawsze wyproszona zamiana wychodzi na dobre, ale o wybaczenie jej świństw robionych dla mnie całymi latami to owszem modliłam się jak też o to żeby i ona zrozumiała, że każde świństwo które komuś zrobi wróci rykoszetem. Jednak wybaczenie jej chyba się dzieje, Częściowe wybaczenie, nie wszystko na raz. W sobotę po południu wybrałyśmy się w kilka osób do naszego leśnego ogródka, gdzie wolontariusze ozdabiali go w kwiatki, krzewy i lampiony, żeby podziwiać efekt końcowy prac. Idąc spotkałyśmy po drodze P. Dyrektor. Smutno mi się zrobiło na jej widok. W moich oczach wydała mi się taka biedna, nie szczęśliwa. Jakaś taka wychudzona. Przyszło mi do głowy, że do tego smutku przyczyniłam się w dużej mierze i ja. Fakt nie ma skutku bez przyczyny ale może już wystarczy. Ja miewam się dobrze i to po mnie widać – jestem co dzień grubsza, ale zadowolona. Muszę się postarać żeby w okół mnie było jak najwięcej zadowolonych ludzi. Na razie zauważyłam, że osoby przychodzące na sobotnie śpiewanie są zawsze zadowolone i bezustannie chcą śpiewać, a przynajmniej zawsze jak mnie zobaczą. N.p. Krysia, która zarzekała się, że ona przenigdy śpiewać nie będzie teraz przy byle okazji coś nuci. W ogródku zauważyła, że ta szóstka która przyszła na rekonesans to wszystkie osoby nasze śpiewające. Nawet siódmy pan który do nas się dosiadł, też kilka razy śpiewał z nami; Danusia, chodź coś zaśpiewamy – powiedziała, i zaczęliśmy śpiewać. Ja dla odmiany zauważyłam, że jeśli chcemy śpiewać przy byle okazji, to musimy nauczyć się tekstów. Wiecznie trzymamy nosy w śpiewnikach a jak ich zabrakło to i krucho ze śpiewaniem. Od dziś, na każdym spotkaniu sobotnim wybierzemy jakąś piosenkę której będziemy uczyć się na pamięć aż do skutku. Ponieważ w tym towarzystwie w którym byłam czułam się bardzo dobrze to i poczęstunek który jest niezmiennie taki sam, czyli kaszanka i kiszka ziemniaczana, a z którego ja ciągle drwiłam, tym razem nawet mi smakował.

Ostatnio Dyrekcja zarządziła zamianę miejsca pokoju socjalnego opiekunek. Mam nadzieję, że jest to tylko na czas remontu byłego pokoju, bo słyszę tylko psioczenie na ten pomysł. To są skutki nie rozmawiania z ludźmi tylko podejmowania decyzji według swojego widzi mi się. Aż trudno sobie wyobrazić jak opiekunka np. z Medyka jedzie dwiema windami żeby zjeść kanapkę w wyznaczonym do tego celu miejscu. Każdy pracownik naszego Domu ma lepsze warunki na chwilę odpoczynku przy kubku kawy od opiekunek; a one nie dość, że mają najcięższą pracę to jeszcze nie mają odpowiednich warunków na odrobinę ciszy.Na zebraniu P. Dyrektor powiedziała, że ta zamiana jest w trosce o dobro opiekunek – bzdura. Opiekunki podlegają personalnie pod dozór Siostry Przełożonej a ona od lat tylko kombinuje kogo by tak przenieść do innego pokoju. Mieszkańcami pomiatała w ten sposób mnóstwo razy. Przeniesienie do innego pokoju to była kara za niesubordynację, a teraz nagroda ? Przypomnijcie sobie Witka – bardzo chorego człowieka, którego przenosiła czterokrotnie a jak Go przeniosła po raz ostatni to w pokoju tym był właśnie remont. Pamiętam Witka siedzącego na środku pokoju bo wszędzie był bałagan. Pamiętam też płaczącą Panią Tamarę której zmienili pokój podczas jej pobytu w szpitalu i wbrew jej woli. To samo było z Iwonną. A Grzesia ile razy przenoszono nie pytając o zgodę. Mogłabym tak wymieniać jako, że mieszkam tu już parę ładnych lat. Siostra przełożona już nie ma pomysłu na siebie to kombinuje jak koń pod górę. Znudziło jej się pomiatanie mieszkańcami to wzięła się za pracowników. Powinna Pani odejść już na emeryturę, wiek emerytalny określono nie bez powodu.

Od kilku tygodni godzinami muszę siedzieć przed komputerem i pozbywać się wpisów, które są do mnie adresowane w językach innych niż polski. Na ogół jest to język rosyjski. Mam wrażenie, że jest to celowe zakłócanie porządku i przekierowywanie wszystkich możliwych reklam na polskie komputery. Ilekroć zacznę od wrzucania owych wpisów do kosza to już później nie mam siły na nic. Jest to bardzo żmudna praca.

I to byłoby na tyle NARA!!

Poczta Polska.

Dostałam awizo i musiałam wybrać się na Pocztę, na Pocztę na którą chodziłam przez 60 lat. Od 1963r. do dziś należę do tej samej Poczty. Jak wprowadziłam się do DPSu zleciłam odbiór przesyłek poleconych administracji Domu; jednak bardzo szybko z tego się wycofałam ponieważ każdy list był otwierany i to bez skrupułów rozrywany. Fakt, wówczas prowadziłam ożywioną korespondencję a taka forma wglądu w nią była dla mnie obrzydliwa dlatego złożyłam pisemną prośbę o nie odbieranie mojej korespondencji przez administrację Domu. Wówczas była to prosta sprawa ponieważ listonosz przychodził do naszych pokoi, od czasu covidu listonosz po naszym Domu nie chodzi, także na pocztę musiałam wybrać się sama. Szok, to co zobaczyłam to nie była Poczta Polska tylko jakiś sklep wielobranżowy. Towaru w tym sklepie tyle , że nie mogłam dojść do okienka ze swoim chodzikiem. Kiedyś piękny hall ze stolikami i krzesłami dzisiaj musiałam uważać żeby poruszając się nie pozrzucać towaru z półek czy wieszaków. W każdym razie po powrocie z Poczty wycofałam pismo zabraniające odbioru mojej korespondencji, nie chcę oglądać nie miłych widoków niszczących wspomnienia., ale i takiego chamstwa jak otwieranie listów, już u nas nie ma. A korespondencja po którą się wybrałam dotyczyła odpłatności za mój pobyt w DPSie. No to teraz usiądźcie wygodnie bo jak przeczytacie ile kosztuje pobyt w takim Domu to się przewrócicie. UWAGA – 6 636 zł. miesięcznie. Ja rozumiem wszystko kosztuje ale aż tyle. Do takiej ceny doprowadzili rozrzutni dyrektorzy DPSów. Na pewno można było oszczędniej. Oto przykład: na zebraniu poruszamy temat niepotrzebnego przychodzenia do pracy na godzinę 7.30 przez pięć pracownic, co słyszymy w odpowiedzi P. Dyrektor – przecież zanim rozpoczną pracę muszą zjeść śniadanie, muszą się przebrać. A więc nie dość, że nie pracują to jeszcze im się płaci za zjedzenie śniadania. Każda z tych osób rozpoczyna pracę o godzinie 9.00 tak więc półtorej godziny ( koszt zaniżony ) mniej więcej 30 zł x 5 osób = 150 zł. x 25 dni daje nam 3750 zł. wyrzucone w błoto. UWAGA – ci co rozpoczynają pracę od śniadania, zjedzcie je w domu a DPS zaoszczędzi i to nie mało. Druga rzecz – ” w ramach oszczędności” Dyrekcja naszego Domu zgłosiła rezygnację z korzystania z autobusu miejskiego który podjeżdżał w okolice naszego Domu cztery razy dziennie, teraz do miasta wozi nas nasz samochód służbowy. Jakby tak jeszcze poszperać głębiej znalazłoby się jeszcze kilka tysięcy oszczędności.

Z innej beczki – dzisiaj ogłoszono próbę alarmu przeciwpożarowego, tak więc postanowiłam sprawdzić jak ewentualnie wyglądałaby ewakuacja. Organizatorzy tego próbnego alarmu zaplanowali, że pożar będzie tylko w jednej części budynku, tak więc wystarczy jak mieszkańcy się przemieszczą w część nie objętą pożarem. Bardzo optymistyczna wersja. Poinformowano nas, że do wind w czasie pożaru nie będzie można wchodzić. Mam to szczęście, że nie daleko mojego pokoju jest wyjście ewakuacyjne z budynku. Niestety nie zbyt przydatne, a mianowicie: na moim korytarzu jest jedenastu mieszkańców z tego tylko cztery osoby chodzą z trudem ale samodzielnie pozostałych siedmioro korzysta z chodzików albo jeżdżą na wózkach i te osoby wyjadą z budynku i natychmiast utkną wszyscy na jednym metrze kwadratowym ponieważ droga jest nie przejezdna, za wąska i zanieczyszczona. Tak to się u nas rządzi, wszystko jest na pokaz, przed budynkiem może być za budynkiem nie daj Boże. Sprawdzając drogę ewakuacyjną za budynkiem zobaczyłam teren byłych ogrodów należących swego czasu do mieszkańców bloku mieszczącego się przy naszym DPSie z których P. Dyrektor wysiudała właścicieli ponieważ dopatrzyła się, że ogrody są na terenie należącym do DPS. i w ten sposób piękne, bujne w roślinność ogrody, okolone pięknymi schodami i ogrodzone płotem sięgającym lasu zamieniły się w niedostępny i zrujnowany busz. A można było dogadać się z właścicielami ogrodów i pobierać jakąś opłatę, byłby zysk dla DPSu a nie strata i to bardzo bolesna właścicieli ogrodów.

To byłoby na tyle NARA !!

Śpiewanie zaczyna przeszkadzać…

W poprzednim wpisie napisałam, że muzyka w nasze sobotnie śpiewanie będzie teraz należała do Andrzeja; .niestety tak nie będzie. Ludzie przywykli do muzyki podawanej przeze mnie i do moich zdecydowanych akcentów w każdej frazie. Żeby akcentować frazę trzeba chociaż raz przesłuchać utwór, a ja niestety tych aranżacji nie znałam, wycofałam się więc z pomocy w śpiewaniu, ludzie się gubili i przestali śpiewać. Żeby po spotkaniu zostało miłe wspomnienie poprosiłam Andrzeja żeby puścił dobrze znane piosenki. Także wracamy do sprawdzonej formy muzycznej. Stara prababcia jeszcze nie może przekazać pałeczki, zawiodłabym naszych śpiewających, a w sobotę 8 VI było nas ponad 30 osób. Po za tym nie przestanę prowadzenia tych spotkań ze względu na powstałą złośliwą ” konkurencję „. ( rywalizacja to moja specjalność ). Otóż pan NIKT ubzdurał sobie, że stworzy śpiewającą konkurencję kościelną. Raptem codziennie o godzinie 10 ludzie spotykają się w kościele żeby pośpiewać, albo pomodlić się, nawet w sobotę. W sobotę nigdy nic się działo dlatego właśnie na realizację swoich pomysłów wybierałam zawsze sobotę. Życzę im wszystkiego najlepszego, tylko całkiem niepotrzebne są kierowane pod moim adresem bardzo brzydkie . złośliwości. W tę sobotę spotkaliśmy się w stołówce nie na sali widowiskowej, zajęcia prowadził Andrzej który grając lubi sobie pofolgować. Jak Andrzej zaczął grać ja byłam jeszcze w swoim pokoju. Idąc korytarzem do stołówki dopadła mnie Ania i zaczęła wrzaskiem ubliżać mi. Przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi, a ona wykrzykiwała – od tego hałasu głowa puchnie. Aniu, czy ja idąc krzyczę, o co chodzi, dlaczego mnie atakujesz. Nie słyszysz tej przeraźliwie głośnej muzyki – krzyknęła. Owszem może głośnej ale nie przeraźliwie. Jakaś ty wrażliwa – odpowiedziałam. Słyszy muzykę z pomieszczenia w którym mnie nie ma a atakuje mnie i to bardzo brzydko, czego po niej nigdy nie spodziewałabym się. Nie może zaatakować Andrzeja bo on zalicza się do grupy kościelnej, jeszcze się obrazi i nie będzie grał w kościele, a mnie można zbesztać do woli nawet za dobrą robotę. Czyli, że wraca stare. A już myślałam, że atmosfera jest czysta. I tak długo mnie znosili – śpiewamy już 9 miesięcy a atak nastąpił dopiero teraz. Jak prowadziłam radio to atakowano mnie od pierwszego dnia a wytrzymałam ponad trzy lata. Dopiero jak do moich wrogów dołączyła P. Dyrektor to się wycofałam. Człowiek zupełnie sam nie zdziała niczego – teraz nie jestem sama.

Niestety u nas nigdy nie będzie czystej atmosfery ponieważ zanieczyszcza ją sama Pani Dyrektor. Otóż, Pani Dyrektor prowadzi literackie spotkania z wybranymi mieszkańcami. Do wybrańców należą ci którzy nigdy i w niczym nie będą mieli innego zdania od Pani Dyrektor, nawet w recenzowaniu wiersza. Wybiera tych ludzi terapeutka – Kasia ; po prostu daje im imienne zaproszenia, jeśli któraś z tych osób będzie miała na takim spotkaniu, przeciwne zdanie od Pani Dyrektor więcej zaproszenia nie dostanie. Dziwię się bardzo po co ci ludzie tam przychodzą. Na ogół z osobami uczestniczącymi w takich spotkaniach jestem w miłych stosunkach. Często słyszę od nich pytanie – dlaczego nie dołączam do nich. Opowiadają mi co Pani Dyrektor przygotowała, chwalą jej przygotowanie do tematu które kończy niby prowokacją do dyskusji, jednak już wszyscy wiedzą o co chodzi w tej niby dyskusji. Wierzę, że tak jest ponieważ pierwszym jej stworem, zaraz po podjęciu u nas szefostwa było stworzenie cenzury, co w konsekwencji doprowadziło do upadku naszego kwartalnika pisanego od początku do końca przez samych mieszkańców. Teraz niby taki kwartalnik jest ale jest to po prostu kronika wydarzeń pisana w samych ochach i achach nad działalnością w naszym Domu. Czyli, że wszystko musi łechtać wolę P. Dyrektor. Jak szanowna P. Dyrektor pokazywała co potrafi i czego oczekuje po swoim chlubnym stanowisku opisuję na swoim blogu już w maju 2017r. w Części II rozdział 8, 9, 12, 13, 14 i w Części III strona 1. Tylko przez dwa pierwsze tygodnie swojej pracy była normalnym człowiekiem, już po dwóch tygodniach zaczęła przechodzić przeobrażenie i w tej przemianie na gorsze pozostała. Żeby P. Dyrektor istotnie organizowała spotkania literackie bez żadnych podtekstów to nie potrzebne byłyby zaproszenia z wyjaśnieniem, że to wyłącznie dla czytelników naszej biblioteki. Że to niby takie forum dyskusyjne. Na pewno kilka osób przyszłoby z ciekawości, żeby posłuchać; może w ten właśnie sposób zachęciłaby P. Dyrektor do czytania książek, albo, tych co źle widzą do słuchania. Mnie się zdaje, że P. Dyrektor przychodzi tylko tam gdzie Ją przywitają w ochach; nasza grupa ludzi śpiewających spotyka się już od 9 miesięcy a P. Dyrektor nie zaszczyciła nas. Zamiast pytać innych co dzieje się w śpiewające soboty proponuję przyjść i posłuchać.

W tygodniu była u nas kontrola. Nie wiem skąd były Panie kontrolerki ani co ich interesowało najbardziej. U mnie były same kontrolerki natomiast u innych osób w towarzystwie P. Kierownik Socjalnej. To nie profesjonalne podejście, nikt nie wypowie się szczerze przy obecnej jakiejkolwiek pracownicy DPSu. Chyba, że o to chodziło. Nie bardzo miałam ochotę na rozmowę, o tej porze zawsze jestem cholernie śpiąca – godz, 14. Spytano mnie czy coś zmieniło się od ostatniej kontroli i czy jestem zadowolona z opieki. Owszem, zmienił się skład pracowników socjalnych i kierownictwo. Poprzednie dwie kierowniczki socjalne to były dwa potwory, które nie powinny były zbliżać się do ludzi a nie nimi niby opiekować się. Obecna P. Kierownik jest życzliwa, pomocna, uczynna i taki sobie dobrała personel, idąc do pań socjalnych człowiek wie, że spotka się z życzliwością, czego nigdy wcześniej w tym Domu nie było, no może była ale fałszywa życzliwość. jak zaczęłam chwalić opiekunki i pokojowe, to kontrolerka przerwała mi mówiąc – poprzednio również chwaliła pani osoby na tych stanowiskach; owszem chwaliłam bo są to osoby najbliżej z nami związane i wszystko o nas wiedzą, także jeżeli ich chwalę to znaczy, że te osoby mają bardzo wysoką wartość i powinny być równie wysoko oceniane. ( W tym temacie zaczyna mieszać siostra przełożona przesuwając opiekunki na różne oddziały ). Najsłabszym ogniwem w naszym Domu jest P. Dyrektor ze swoimi ulubienicami. a jest ich pięć i siostra przełożona, która jakoś nie może odejść na emeryturę, jest niezbędna głównie dzięki swoim znajomościom, bez tych znajomości nasz Dom z tą dyrekcją nie przetrwałby roku. Wszystko zatuszuje starym zwyczajem – jakoś to będzie a po mnie choćby potop. Nie ma Samorządu Mieszkańców, który przecież mógłby coś doradzić, podpowiedzieć. Chyba dyrekcja wychodzi z założenia, że nie warto nikogo słuchać, bo i tak takich działaczy jak byli nasi ostatni Samorządowcy to już nie znajdzie, to było barachło najwyższego sortu – oby nigdy więcej takich działaczy. Mieszkańcy nie mają świetlicy w której mogliby się spotkać bez niczyjej pomocy, tak jak to robią spotykając się na korytarzu przed stołówką gdzie nikt ich dowozić nie musi, dojadą sami. Dlatego w ostatnią sobotę na naszym śpiewającym spotkaniu było aż tyle osób, do stołówki dojadą bez niczyjej pomocy, nie ma przeszkód, przeszkodą jest zakłócanie spokoju pracownikom kuchni.

I to byłoby na tyle NARA !!

Oczy

Minął ten przerażający piątek kiedy to wkłuwano się w moją gałkę oczną; minął zgodnie z powiedzeniem, że strach ma wielkie oczy. Przygotowania do zabiegu były bardzo poważne. Ponownie przeszłam badania, następnie przebrano mnie w kitel, ochraniacze na buty, czepek i zaprowadzono na salę operacyjną. Ułożyłam się odpowiednio na łóżku, na oczy założono siatkę -mapę, którą wydrukowano dzięki tym wszystkim komputerom którymi mnie badano, określające różne warstwy oka. Żeby ta siatka była nieruchoma założono na nią ramki. Powiekę usztywniono odpowiednim uchwytem a leciutkie uderzenie wilgotnego powietrza oznajmiło mi, że oko zostało znieczulone. Następnie Pani Doktor poinformowała mnie, że poczuję dotknięcie, ponieważ musi zaznaczyć miejsce wkłucia. To było takie uczucie dotknięcia miękkiego grafitu ołówka. I to było wszystko co czułam. Za chwilę usłyszałam – i to wszystko, dziękujemy. Od godziny 8 rano szykowano mnie do zabiegu. Ze szpitala wyszłam o godzinie 11 a moje cierpienia zaczęły się o godzinie 12. Miałam wrażenie, że zrobiono coś nie tak bo oko bolało mi sakramencko. Jednak po przespanej nocy ból się wyciszył. Przez całą sobotę miałam oko pełne piasku ale nie bolesne. W niedzielę dokuczało mi cholerne swędzenie oka a w poniedziałek było po wszystkim. Taki proces będę przechodziła co miesiąc, teraz 2 lipca.

Jak pisałam powyżej, w sobotę miałam oczy pełne piasku a sobota to dzień naszego śpiewania. Nie wiem w co kliknęłam w komputerze ale nagle przestał działać kursor. I przez taki drobiazg utknęłam z kierowaniem zajęć. Poprosiłam Andrzeja żeby przejął pałeczkę i on to zrobił. Jak dobrze że są ludzie nie tacy obrażalscy jak ja, tylko puszczający wszystko mimo uszu, tacy jak Andrzej, który pięknie zajął się stroną muzyczną. Mówił co będziemy śpiewać, muzykę ściągał z internetu i wszystko pięknie grało. Ustaliłam z nim, że strona muzyczna to teraz będzie jego broszka. On będzie decydował co śpiewamy. Jeśli będzie to coś nowego to zadbam o to żebyśmy mieli teksty i będę pilnowała żebyśmy śpiewali równo i wszyscy w tej samej tonacji. Bardzo się cieszę, że Andrzej chętnie odciąży mnie; co 50 lat to nie 80; no i te moje oczy, z nimi nie będzie lepiej pomimo zastrzyków, zachowam ten stan jaki jest, a jest kiepściutki.

Napisał do mnie Pan Jerzy, dziękuję, że napisał ale ja jestem nie wiernym Tomaszem – tyle miłych słów, tyle pochwał, że wydaje mi się, że Pan Jerzy pomylił adresata. Żeby pisząc, że mój blog jest źródłem wiedzy, że jest pouczający i taki szczegółowy, poparł jakimś fragmentem przeze mnie napisanym to może i uwierzyłabym ale jak dodał Pan, że niektóre fragmenty są zbyt techniczne to już wiedziałam, że to nie chodzi o mnie. Ale dziękuję za] wpis.

Jeden wieczór przeznaczyłam na wysłuchanie koncertu z Opola. W sumie nie bardzo wiem co to był za koncert; za moich czasów Festiwal w Opolu wyłaniał gwiazdy wśród debiutantów, nagradzał za wykonanie, interpretację, za twórczość.; czyli, że był nagrodzony kompozytor, autor tekstu i wykonawca. Ale to prehistoria. Brałam udział w Festiwalu Opolskim w 1967r. Doszłam do koncertu laureatów. Moja córka 20 lat później, została nagrodzona za interpretację. Koncert który oglądałam był poświęcony pamięci znanemu i bardzo popularnemu kompozytorowi – Januszowi Kondratowiczowi. Myślę, że ów kompozytor zbytnio by się nie cieszył słuchając tych interpretacji. Ucieszyłby się pamięcią o nim ale nie zniekształceniem wprost melodii przez niektórych wykonawców. To był szał improwizacji. Każdy wykonawca popisywał się wręcz improwizacją. Jak robią to dżezmeni to rozumiem ale żeby zniekształcać piękną melodię na koncercie poświęconym kompozytorowi tej melodii – to lekka przesada. Występowały same gwiazdy, tak więc jak Stanisław Soyka po prostu zaśpiewał piosenkę zgodnie z życzeniem kompozytora, to zrobiło mi się miło na sercu. Na zakończenie piosenki Soyka wstawił koroneczkę improwizacyjną, pokazując, że on potrafi tylko, że dzisiaj nie wypada. Poza Soyką bardzo podobała mi się Ania Rusowicz. Do łez wzruszył mnie jej głos identiko jak jej mamy – Ady Rusowicz. Niepowtarzalny, szorstki alt. Reszta wykonawców oburzyła mnie myląc nagminnie tekst i wirując w improwizacji zatracając właściwą melodię. Nie byłabym sobą żebym nie skrytykowała. Taką mam naturę.

I to wszystko – NARA !!

Pan Alzheimer

W komentarzach znalazł się wpis o nie zrozumiałej mojej sympatii do Alojzego. Przecież on był źle wychowany – napisała autorka wpisu. On był bardzo dobrze wychowany. Był grzeczny, uczynny np. o cokolwiek go poprosiłam zawsze mi pomógł, a prosiłam go jak trzeba było przenieść czy podnieść coś ciężkiego. Aluś dostał batonika i zrobił wszystko. W młodości był wice mistrzem obozu socjalistycznego w kulturystyce, a w okresie o którym mowa to był człowiek z chorobą Alzheimera a z tą chorobą bywa różnie. Po za tym, że był grzeczny i uczynny to zasłużył na wielki szacunek ze względu na trwałość poglądów. Wiadomo ta trwałość nie była może świadoma ale w tym czasie 90% mieszkańców odwracała się ode mnie, unikała mnie żeby uniknąć nieprzyjemności ze strony dyrekcji i innych mieszkańców, Aluś trwale darzył mnie sympatią bez względu na okoliczności i ta sympatia była wzajemna. Proszę przeczytać Część II rozdział 15, a zrozumiecie dlaczego Alusia uznałam przyjacielem po wsze czasy. Często na swoim blogu pisałam o ludziach z alzheimerem, czyli, jak u nas mówiono ludzie z Leśnej Chaty, tak nazywała się część budynku przeznaczona właśnie dla ludzi chorych. Darzyłam ich ogromną sympatią i oni to odwzajemniali. Spotykałam się z nimi dosyć często i śpiewaliśmy. To była bardzo rozśpiewana grupa. Ja zapominam się w śpiewie i jeśli piosenka dotknęła mojego serca to ze śpiewem zawsze polecę aż do nieba. I ci ludzie tak właśnie mnie odbierali i lecieli do nieba razem ze mną. Kiedyś prowadziłam z nimi, w naszej kaplicy majowe. Prowadziłam codziennie także wszystkie pieśni mieli w małym palcu i mogli sobie pozwolić na zapomnienie się i uniesienia do nieba. Śpiewaliśmy właśnie Antyfonę – Pod twoją obronę – w wielkim uniesieniu jak jeden z panów wyszedł na środek kaplicy i w pozie wielkiego artysty zaczął śpiewać wokalizę – bez słów a nawet z inną melodią ale ten jego śpiew współbrzmiał z naszym; wyobraźcie sobie, że nikt nie przestał śpiewać, każdy zrozumiał przeżycia tego pana i taki właśnie przekaz. To było coś nadzwyczaj pięknego. To była pasja. Pisałam już o ,tym. Bardzo chciałam się dowiedzieć czegoś o tym panu, aż upilnowałam jego wnuka. Okazało się, że ów pan był baletmistrzem w operze kalifornijskiej ale marzył o tym żeby być śpiewakiem tak więc dał sobie upust w zapomnieniu się i był śpiewakiem choć przez chwilę. A śpiewał bez słów ponieważ polskich pieśni kościelnych nie znał. Innym razem pani Halinka miała wystąpić przed publicznością i śpiewając zapomniała słowa; bez chwili wahania zaczęła zmyślać tekst, który może słownie nie pasował ale idealnie mieścił się we frazie. Ci ludzie wprowadzali mnie w zachwyt i w bardzo trudnych dla mnie czasach w naszym DPSie podtrzymywali mnie na duchu. Jak spotykaliśmy się w parku na spacerze, oni byli ze swoimi rodzinami, to jak zobaczyli mnie to uciekali od swoich rodzin i biegli do mnie ciesząc się, że mnie widzą. Rodziny były zażenowane, nie rozumieli co to za objaw miłości do obcej osoby, zawsze tłumaczyłam, że nie jesteśmy sobie obcy, jesteśmy przyjaciółmi. Mijają lata, już wiele z tych osób nie żyje a ja wspominam ich z ogromną miłością.

We wtorek rano otrzymałam telefon z Przychodni Okulistycznej, że w piątek 31 maja Pan doktor chce mnie widzieć w szpitalu na pierwszym zastrzyku. Ogarnęło mnie i przerażenie i radość. Przerażenie bo to jednak zastrzyk w gałkę oczną a radość, że nie spotykanie szybko Pan Doktor mnie zaprosił. Dopiero w czerwcu miały być wszystkie wyniki badań które miały być wysłane do Komisji Kwalifikacyjnej, a tu ciach i już wszystko załatwione. W niespełna dwa miesiące, od pierwszego telefonu do rejestracji szpitalnej, poprzez badania, do leczenia. U nas wiele osób przyjmuje te zastrzyki, toteż zostałam bardzo dokładnie poinformowana o całym procesie. Bo to będzie proces nie ciach i po zastrzyku. Ponownie przejdę dokładne badanie z kontrastem, zostanę odpowiednio przebrana i zawieziona na salę operacyjną, tam gruntowne przygotowanie, znieczulenie i ciach i po wszystkim. Przez okres trzech miesięcy będę otrzymywała taki zastrzyk raz w miesiącu a później raz na dwa miesiące i tak do końca życia. Tylko dzięki tym zastrzykom będę widziała. Spytałam panią Anię, która przyjmuje te zastrzyki od 7 lat, jak mam się po nich zachowywać. W piątek spokój i odpoczynek – powiedziała Ania. A w sobotę będę mogła śpiewać – spytałam, odpowiedź brzmiała – tak. I o to chodzi, żeby móc śpiewać, słyszeć to co się śpiewa i móc napisać i przeczytać tekst. To mi wystarczy do życia.

Kończę tę pisaninę. Buziaki. NARA!

Wiadomości z kraju i z korytarza.

Długo nie pobyłam uniżona do swoich śpiewaków. Szlak trafił tę uniżoność jak zobaczyłam rozpartego na kanapie Andrzeja który trzymając nogi w górze wszystkim w koło rozkazywał: Basiu choć to się przywitamy, Danusia podaj Gieni śpiewnik, Zygmunt włącz Danusi przedłużacz do kontaktu – aż ty taki nie taki, rusz te swoje cztery litery i podejdź do Basi żeby się z nią przywitać, rozdaj śpiewniki i wyręcz Zygmunta, a przede wszystkim zastanów się, wszyscy ci do których się zwracałeś są o 10, 20 i 30 lat od ciebie starsi. No i czar prysł. Koniec miłości szalonej.

Podsłuchane na korytarzu: pani Madziu ( to opiekunka ) co ta baba robi w mojej łazience? Jaka baba, nikogo w łazience u pana nie ma. Teraz nie ma ale od rana już trzy razy ją widziałem. Oj, chyba się panu coś przywidziało. Minęło około dwóch godzin, idę korytarzem spotykam opiekunkę – nie widziała pani Marianki ? od kilku minut ją szukam. Raptem zapala się światełko alarmowe u pana Gienia. Madzia biegnie i co widzi – Mariankę załatwiającą swoje sprawy u Gienia w łazience. o moje przywidzenie – krzyczy Gieniuś. Różne rzeczy dzieją się z nami na starość. Kiedyś w tym samym pokoju w którym mieszka Gieniuś, mieszkał Alojzy i dla odmiany to on chodził z wizytą do sąsiedniej łazienki. Władzia, do której przychodził Alojzy, przyłapała go kilka razy, a ponieważ wiedziała, że ja go bardzo lubiłam poskarżyła mi się. Pytam więc Alojzego – dlaczego uparcie załatwiasz się w łazience Władzi; a on ze stoickim spokojem – bo nie lubię jak u mnie śmierdzi. Kiedyś, ten sam Aluś długo spacerował po korytarzach i się zmęczył, wszedł do pierwszego lepszego pokoju odpocząć. Mieszkanka tego pokoju była w łazience a jej łóżko aż się prosiło żeby w nim odpocząć, tak więc Alojzy skorzystał z tej zachęty i się zdrzemnął. Obudził go krzyk właścicielki łóżka. Co to było – pytam Alojzego, a on spokojnie – zupełnie nie potrzebny krzyk.

Coś się dzieje z naszą przełożoną, chyba ktoś zwrócił jej uwagę, że nic nie robi, bo zaczęła coś w stylu ni w kijki ni w drewki. Co rusz zmienia rewiry prac opiekunów i pewnie sądzi, że robi coś mądrego. Niestety nie. Zarówno opiekun jak i podopieczny musi kogoś nowego poznawać. Opiekun rozpoczyna pracę nic nie wiedząc o podopiecznym, a podopieczny nie zawsze potrafi określić co się z nim dzieje. Przy zapoznawaniu się z dolegliwościami, zwyczajami i kaprysami podopiecznego, traci się bardzo dużo czasu, którego mają bardzo nie wiele. Od świtu, tylko wejdą do budynku, już przed 6 rano, słyszę bieganinę opiekunek. Muszą się spieszyć żeby do śniadanie uporać się z toaletą swoich podopiecznych. Później rozwożą śniadanie i wpadają w kołowrotek zajęć. Gdzie tu czas na poznawanie się. One wiecznie pędzą. W przeciwieństwie do przełożonej, która idzie sobie na spacer do lasu w godzinach pracy, może sobie na to pozwolić.

A co w wielkim świecie? Idea przewodnia – krzyże w urzędach. Po co dyskutować, zdjąć i tyle. Kiedyś w naszym DPSie krzyże nie mal dekorowały ściany. Jedna z podopiecznych poszła do ówczesnej dyrektorki i zażyczyła sobie żeby i jej krzyż prawosławny powiesić, np. w stołówce. Dyrektorka pomyślała logicznie – albo symbole wszystkich religii albo żadne. Wybrała drugą opcję i w ciągu dnia zlikwidowała wszystkie krzyże w pomieszczeniach ogólnodostępnych. Macie swoje pokoje róbcie w nich co chcecie od innych pomieszczeń, po za kaplicą, wara. Dewotki podyskutowały i ucichły. O sprawach kościelnych krzyczą ci co wszystko robią na pokaz.

Drugi medialny temat to zbyt stabilne życie naszych dzieci – za mało ruchu. Wiadomo, za dużo telefonów i komputerów no i izolacja naszych dzieci od rówieśników. Kiedyś trzepak przyciągał jak magnez towarzystwo. Kto zrobi na nim więcej wygibasów. Skakanka była w centrum zainteresowania na podwórku. Kto szybciej skusi. A skakało się na takich skakankach w pojedynkę, w dwójkę i w trójkę na raz. Tempo przy skakaniu przeróżne i zawsze można było wyło wyłonić mistrza. A klasy, całe chodniki na ulicach były porysowane klasami i samolotami. Dzieciaki wracając ze szkoły przy byle okazji poskakały i całe szczęśliwe wracały do domu, rzucały tornister w kąt, zrobiły sobie pajdę chleba z cukrem skropionym wodą z kranu i hajda na dwór, z którego bardzo trudno było ich się dowołać. To były piękne dni.

I tymi pięknymi wspomnieniami kończę pisaninę. NARA !

Skruszona prababcia

W ostatnim wpisie padło takie zdanie, że chciałabym żeby czytelnicy poznali skruszoną prababcię nie tylko taką wyniosłą jak rajgras francuski – to jest gatunek trawy; owszem jakby tak patrzeć na nią z osobna to trawa ta jest piękna ale to tylko trawa.W moim zaniedbanym ogródku rośnie ten rajgras i przewyższa krzewy, ma ponad metr wysokości i jest taki wyniosły. Wracam jednak do tej skruszonej prababci, wcale nie dziwię się, że panie które organizują jakieś imprezy czy po prostu zajęcia, nie chcą mnie na nich widzieć. Każda z tych pań wie dobrze, że ja widzę tylko wady, niedociągnięcia, żebym tak te wszystkie swoje zastrzeżenia przemilczała, ale nie, ja natychmiast muszę skomentować, albo demonstracyjnie wyjść, jest jeszcze trzecia opcja – nie korzystać z takich zajęć żeby organizatorzy czuli się swobodnie., bez ciężaru krytycznego spojrzenia. Jak sama prowadzę zajęcia np. to sobotnie śpiewanie, to nie ma we mnie wyniosłości, wręcz przeciwnie, jest uniżoność. Jak prowadziłam radio to emanowała ze mnie , a ściślej z aparatu radiowego, miłość do każdego słuchacza. Na każdym kroku słyszałam, że ludzie mój przekaz odbierali bardzo indywidualnie. Uczestnicy sobotnich spotkań słyszą ode mnie same miłe słowa i rewanżują się tym samym. Ostatnio usłyszałam, od człowieka ponad 20 lat młodszego ode mnie , uczestniczącego we wszystkich możliwych zajęciach w naszym Domu, że modli się za mnie codziennie, żebym jak najdłużej miała zdrowie do prowadzenia takich pięknych spotkań. Te spotkania nie są piękne, są po prostu miłe i radosne; ale każdego kto na nie przychodzi łączy jedno – miłość do muzyki..

Jak usłyszałam o tym, że ktoś modli się za moje zdrowie to złapałam się tego jak tonący brzytwy. Wydało mi się to bardzo potrzebne. W zastraszającym tempie tracę wzrok. Zaledwie półtora roku temu zrobiłam sobie okulary, na które poszła cała średnia krajowa a które niestety są już nie wiele przydatne – stanowczo za słabe. Okulistka która wypisała mi te szkła nie popisała się jako specjalista, bo chorobę którą teraz podejrzewa lekarz można było stwierdzić już parę lat temu. Napisałam, że obecny lekarz podejrzewa ponieważ zostałam zaproszona na powtórne badania. Na pierwszych badaniach przeszłam przez naście komputerów – byłam w czterech pokojach w których było po trzy albo i cztery komputery i przez każdy z nich byłam badana. Teraz te wyniki zostaną omówione przez konsylium a ja po tygodniu muszę przyjść ponownie i przejść ostateczne, upewniające badanie. I pomyśleć, że do takiego lekarza trafiłam przez zupełny przypadek, na takie samo skierowanie jak poprzednio. To nasz kierowca wspomniał mi żebym może spróbowała do okulisty w szpitalu ” kolejowym” , bo to i blisko i zawsze to szpital. Udało się, od pierwszego telefonu do rejestracji do przyjęcia mnie w przychodni szpitalnej, minęło zaledwie trzy tygodnie.. Nikt mnie o nic nie pytał tylko wzięto się za drobiazgowe badania. A w Przychodni Wojewódzkiej przy ul. Dworcowej odstawiono lipę, tak jak tam to badano kiedyś u optyka a nie u lekarza specjalisty; i już wszystko wiem – zwyrodnienie siatkówki, ślepota murowana. Jeszcze jedno oko jest jako tako i w związku z tym lekarz wystąpi do komisji kwalifikującej do leczenia zastrzykami w gałkę oczną. Taki zastrzyk jest bardzo drogi ale refundowany, dlatego komisyjnie podejmuje się decyzje, a komisja jest jedna ogólnopolska. Taki zastrzyk nie leczy tylko zatrzymuje dalsze postępowania choroby. Zanim jednak do tego dojdzie to pewnie upłynie kilka miesięcy. Dopiero pod koniec czerwca będą wszystkie wyniki, a ja z dnia na dzień gorzej widzę. Wnuk powiększył mi czcionkę w komputerze a ja i tak zmęczyłam się bardzo pisząc prawie nie widząc, tak więc i z pisania i ze śpiewania pewnie nic nie będzie. A ja głupia modliłam się o głos i co mi z głosu. Sobotnie śpiewanie to przygotowanie tekstów i muzyki, do tego są nie zbędne oczy, a one już są bardzo zmęczone a przy zmęczeniu wszystko pokrywa się pajęczyną. Nie widzę nie tylko druku ale i ludzi.

To byłoby na tyle NARA !

Analiza swoich zachowań,

Tam, tak – swoich. Chodzi o mnie i moje zachowanie się w danej sytuacji. Od razu zaznaczam, że nigdy wcześniej nie analizowałam siebie, zrobiłam to po raz pierwszy i przeraziłam się Szkoda, że jak zwykle o 50 lat za późno. . Ludzie mówili mi, że jestem apodyktyczna, że mam niewyparzony język .Nie patrzę do kogo mówię jeśli uważam, że mam rację to do każdego mówię wprost. Przeanalizowałam swoje zachowanie się podczas ” czwartkowej herbatki ” . Tak nazwane zostało cotygodniowe, czwartkowe spotkanie mieszkańców przy kawce i herbatce. Kiedyś chodziłam na takie spotkania ale od lat już nie. Od dwóch lat to po prostu przesypiałam je, o godzinie 14 robię , sobie drzemkę. To jest typowa oznaka starości. W ten czwartek – 2 maja – nie chciało mi się spać więc poszłam do ludzi. Spotkanie miało miejsce w atrium. Tylko weszłam od razu zwróciłam uwagę, że ludzie siedzą na słońcu i ściśnięci jeden przy drugim. Nikogo nie spytałam o zdanie tylko zarządziłam przemeblowanie – czyli przeniesienie ławek i stołów w miejsce zacienione. Tylko swoją myśl wyraziłam na głos wszystko zostało zrobione. Sama się zdziwiłam, że tak szybko, ale później refleksja – przecież zrobili to panowie z naszego sobotniego śpiewania a tam mówię tylko raz.. Przysięgam, że nigdy nie było rozmowy na ten temat, tym ludziom sama nie mogę się nadziwić, że cokolwiek powiem to oni przyjmują to do wiadomości i i respektowania.Przykład z ostatniej soboty- puściłam płytę z Mireile Mathieu, która zaśpiewała nam Santa Maryja ( to trudna piosenka jak na nasze możliwości ) i powiedziałam – ponieważ jest maj należałoby zaśpiewać coś Maryjnego i my zaśpiewamy właśnie to, tylko, że w języku polskim. Nie było żadnego szmeru, jeśli powiedziałam, że zaśpiewamy to zaśpiewamy. I zaśpiewaliśmy. To śpiewanie można było nazwać szemraniem, każdy śpiewał jak najciszej potrafił , ale śpiewał. Zawsze jak śpiewamy coś po raz pierwszy to każdy stara się śpiewać jak najciszej żebym nie zwróciła uwagi , że ktoś śpiewa źle, a wyszło z tego bardzo ładne, melodyjne mruczando. Wracamy do atrium – jak usadowiliśmy się w cieniu to Dorotka spytała – kawa czy herbata. Poprosiłam o kawę; niestety podanie kawy skomentowałam i to brzydko – o Boże, kawa w takim wielkim i brzydkim stakanie, to zniechęca do picia. Plastikowy, prawie półlitrowy kubek, nie dziwię się, że ciągle nie macie kawy, przecież to starczyłoby na trzy razy. Kawę przyniosła Krysia, tak więc od razu zarządziłam odśpiewanie dla niej piosenki życzeniowo dziękczynnej. Piorunem rozdałam teksty i zaśpiewaliśmy. Teksty miałam ze sobą ponieważ myślałam, że zaśpiewamy te życzenia Zygmuntowi, obchodził i imieniny i urodziny, ale Zygmunta nie było. Za chwilę Dorotka powiedziała kilka słów o tradycji 1,2 i 3 maja i włączyła muzykę. Muzyka niestety nie dobrana, aż krzyknęłam – Dorotka, to śpiewamy w listopadzie – Chór Wojska Polskiego śpiewał marsz pierwszej brygady – Legiony. Oczywiście skomentowałam, że jeśli macie problem z doborem tematycznej muzyki zwróćcie się do mnie, zawsze pomogę. Przecież to co ja mam w swojej płytotece to prawie wszystko zrobione jest przez was ( czyli Natalkę i Dorotkę ) jeszcze dla potrzeb radia, które prowadziłam przez 3 lata Poszłam do swojego pokoju ,wzięłam sobotnią płytę i śpiewniki i już za chwilę wszyscy śpiewali co popadnie, aby wesoło, przecież to majówka. DOROTKA PRZEPRASZAM ZA MOJE ZACHOWANIE. Powinnam była ugryźć się w język, wypić, albo i nie, kawę i udawać zadowoloną.tak robią na ogół kulturalni ludzi . Dlaczego ja tak nie umiem ?Poruszyłam temat przeprosin Dorotki na naszym sobotnim spotkaniu, stwierdziłam, że zachowałam się brzydko i przeprosić muszę. Chór głosów kategorycznie zabronił mi tego, powiedzieli – było minęło, Dorotka nie jest pamiętliwa, Ja jednak muszę się uderzyć w piersi, jakby ktoś tak się zachował na prowadzonych prze mnie zajęciach, ciekawa jestem co bym zrobiła, czy kazałabym wyjść i popisywać się gdzie indziej, czy sama bym wyszła, czy siedziałabym i patrzyła na tego kogoś jak na wariata. Pewnie to trzecie. Pewnie tak patrzyła na mnie Dorotka. Osobiście ją przeprosiłam ale ponieważ wiem, że bardzo dużo osób od nas czyta mojego bloga to niech poznają skruszoną prababcię nie tylko dumną i wyniosłą jak rajgras.

Mam ciągłe problemy z internetem tak więc nie czekam do soboty tylko te przeprosiny wysyłam już w czwartek. Buziaki, – NARA !

A- mole i C – mole.

Obiecałam, że wyjaśnię sprawę tych A- moli, C-moli, na które zwróciła uwagę jedna z czytelniczek. Napisała ona, że wiersz z wpisu – Jutro Sylwester z dnia 30 grudnia 2023, może i podobał by się gdyby wiedziała o co chodzi z tymi amolami. ( A ja byłam z nich taka dumna, że znalazły swoje miejsce w moim wierszyku, który zatytułowałam – Klezmerka ) Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę wyjaśniała zasady muzyki, zwłaszcza, że za mądra w tym temacie nie jestem jednak to o czym mam napisać to jest jedna z podstaw muzycznych, a że o to samo pytała również jedna z mieszkanek dlatego wyjaśnię najprościej jak można. Określenia powyższe mówią nam w jakiej tonacji mamy śpiewać albo grać na jakimś instrumencie żeby utwór muzyczny brzmiał znośnie dla ucha, zwłaszcza jak wykonawców tego utworu jest wielu. Ten sposób określeń wymyślono już setki lat temu. Literki C D E F G A H C określają od jakiej nutki należy rozpocząć granie żeby to granie miało ręce i nogi, natomiast mol informuje że to będzie utwór liryczny, gdyby przy literce było określenie – dur – znaczyłoby to, że utwór jest radosny, skoczny. Na scenie spotyka się kilkoro muzyków i każdy z nich musi zacząć grę od tej nutki. Te literki to nic innego jak – do re mi fa sol la si do – a te określenia muzyczne chyba zna każdy. Wyobrażacie sobie jakby jakąkolwiek melodię każda z osób zagrała w innej tonacji, czyli jak kto chceto byłby kociokwik. Tak więc żeby to uporządkować to wymyślone zostały zasady muzyczne i tak też, za moich czasów, był nazwany przedmiot w szkole muzycznej. Każdego kto ma słuch muzyczny przeraża śpiewanie jednego utworu w różnych tonacjach na raz, to po prostu aż boli, dlatego między innymi, przestałam chodzić do naszego kościółka. Jak usłyszę kilka tonacji, to nie wiem w którą mam wejść ( bo w tonację się wchodzi ) tak więc nie wchodzę w żadną, czyli nie śpiewam, a jak nie śpiewam to na pewno słuchać nie będę – bolą uszy, czasem nawet cała głowa. Wprowadzenie do utworu muzycznego musi być pewne, zdecydowane, żeby nikt się nie gubił np. w śpiewaniu. A nasi kochani sobotni śpiewacy wszyscy śpiewają pięknie w jednakowej tonacji. Żeby tak śpiewać trzeba mieć słuch muzyczny. Ktoś podaje tonację, w naszym wypadku wstęp do danej melodii gra zespół muzyczny z płyty, a śpiewacy wszyscy jednakowo wchodzą w daną tonację czyli w te A – mole. i C – mole.

Przez cały tydzień nie mogłam korzystać z laptopa ponieważ wysiadł mi internet. Po tygodniu zaglądam i czytam, w ogromnej ilości komentarzy, jest jeden mówiący ,że jestem hipokrytką. Oczerniam pielęgniarki które rzekomo nie mogą się obronić. a wymagam od innych reakcji na niesprawiedliwe zarzuty. Hola, hola, właśnie po to opisuję pracę pielęgniarki żeby wręcz zmusić ją do wytłumaczenia się. Jeśli napisałam, że nie ma mnie w pokoju i informuję o tym wyraźnie napisaną kartką umieszczoną przy wizytówce to znaczy, że nie życzę sobie wchodzenia do mojego pokoju podczas mojej nieobecności, to niech mi ta pielęgniarka odpowie dlaczego pomimo wszystko weszła i dlaczego zabrała mi moje leki, To nie jest oczernianie tylko stwierdzenie faktu. Gdzie tu hipokryzja ? Czekam na to wyjaśnienie, niech się broni. Chciałabym bardzo, żeby przełożona wytłumaczyła mi dlaczego na moim ciasnym korytarzyku podczas covidu, zrobiła magazyn zużytej odzieży ochronnej, chociaż było wiele innych miejsc oddalonych od pokoi mieszkalnych. O tym pisałam dwa lata temu a wyjaśnienie w tej sprawie otrzymałam 24 kwietnia br. Pani dyrektor wyjaśnia mi, że na mój wniosek była przeprowadzona kontrola i inspektorzy sanitarni nie wnieśli uwag odnośnie wymogów higieniczno sanitarnych. A CZY POKAZANY ZOSTAŁ TEN ” PODRĘCZNY „MAGAZYN. I jeżeli ta kontrola była przeprowadzona na mój wniosek to dlaczego nie zostałam poinformowana o jej przebiegu. To jest właśnie hipokryzja. Bo hipokryzja to obłuda, dwulicowość, nieszczerość, udawanie. W moim blogu tego nie znajdziesz ale w tym Domu spotykam się z nią jak tylko chcę coś od najwyższej i jej popleczników.

Ponieważ mam ciągłe kłopoty z internetem to szybciutko kończę tę pisaninę żeby zdążyć ów wpis wysłać. NARA !

CO TO BYŁO?

Na sobotnim spotkaniu Andrzej oznajmił, że w niedzielę będzie grał podczas mszy świętej w naszej kaplicy. Wprawdzie nie chodzę do naszego kościółka już od dłuższego czasu ale postanowiłam wysłuchać niedzielnego nabożeństwa korzystając z głośników zainstalowanych w naszych pokojach a od kilku lat podłączonego do nich kościelnego mikrofonu; byłam bardzo ciekawa jak to granie Andrzeja wybrzmi. Na sobotnich spotkaniach tylko słuchamy muzykowania Andrzeja , śpiewanie z nim nie wychodzi ale Andrzej lubi grać i jest z siebie zadowolony. Pięć minut przed godziną dziesiątą włączyłam głośnik, usłyszałam dość głośno i wyraźnie dukanie jakiejś melodii. Czasami grana melodia coś przypominała ale częściej nie. Nag Andrzej przestał grać ponieważ w tym momencie do akcji włączył się kościelny – pan NIKT, który każe się nazywać profesorem i zaczął musztrować wiernych przypominając im gdzie się w tej chwili znajdują. Jest to stały punkt programu kościelnego w wykonaniu pana NIKT. Zawsze znajdzie kozła ofiarnego. Przypominam, że jesteście w Kościele – krzyczał. Najbardziej sztorcował Zygmunta, że jak będzie nadal tak się zachowywał to go wyprosi z kościoła. Nikogo nie było słychać tylko pana NIKT. Zaczęła się msza bez muzyki Andrzeja tylko z nieumiejętnym korzystaniem z mikrofonu przez księdza. Śpiew również był bez muzyki Andrzeja, dopiero na zakończenie ceremonii, przy ogólnym śpiewaniu Barki słychać było dukanie pojedyńczej nutki. Zwrotki nie śpiewał nikt ponieważ Andrzej grał bardzo dziwnie, szatkował frazę, po prostu ucinał, nie dał się wybrzmieć frazie. udzie nie wiedzieli jak i kiedy zacząć śpiewanie, wchodzili dopiero na refren. I o dziwo, to co według mnie brzmiało najgorzej jak chodziłam do kościoła, to wysłuchując mszy z głośnika brzmiało najlepiej, czyli śpiew wiernych zebranych w kościele, Był on ledwo słyszalny, ponieważ nie ma ani jednego mikrofonu skierowanego na kościół, ale brzmiał jako tako. Jak do śpiewu włączał się ksiądz to miałam wrażenie, że on nie zna melodii pieśni kościelnych, bo to, że nie umie korzystać z mikrofonu to jest pewnik; jego głos od czasu do czasu wybuchał grzmotem i po chwili zanikał. W sumie w głośnikach była albo cisza albo wybuchy głosu księdza. Po mszy spotkałam Andrzeja i spytałam dlaczego ciął frazę, a on mnie spytał – czy grałaś kiedykolwiek na organach ? ( mowa o organach mechanicznych ) .Nie nie grałam, ale co to ma do rzeczy ? A on mi na to – organy wydłużają dźwięk i ja go muszę skracać. Z tego wychodzi szatkownica – mówię. A on ze stoickim spokojem – nie przejmuj się będzie coraz lepiej.

Ktoś zadał mi pytanie jak to jest mieć muzyczne serce. Nie wiedziałam jak to wytłumaczyć ale nagle przypomniało mi się spotkanie z orkiestrą Stefana Rachonia – występ bez żadnej próby, spotkanie na scenie, przy zasłoniętej kurtynie ponieważ w amfiteatrze był już komplet widowni. To był V Konkurs i jednocześnie I Festiwal Piosenki Rosyjskiej w Zielonej Górze, czyli prawie 60 lat temu. Śpiewałam wówczas ja i dziewczyna z Katowic piosenkę pt. Czarny kot. Zgarnęłam wszystkie możliwe nagrody – I miejsce za wykonanie przyznane przez Jurorów których przewodniczącym był Władysław Szpilman, Nagrodę dziennikarzy i nagrodę publiczności. Jedną z nagród było zaśpiewanie z Orkiestrą Stefana Rachonia kiedy pozostali laureaci śpiewali z sekcją rytmiczną. Jak Orkiestra S. Rachonia stawiła się żeby ze mną poćwiczyć mnie nie było, byłam w hotelu – maestro spytał kto śpiewa czarnego kota zgłosiła się dziewczyna z Katowic i z nią orkiestra przećwiczyła. Na to wszystko trafiła moja opiekunka, która zawaliła sprawę nie powiadamiając mnie o próbie, z kim pan ćwiczy- spytała, przecież to nie ona zdobyła ten zaszczyt śpiewania z panem. Natychmiast posłała samochód po mnie. Ja w ogóle nie przygotowana do występu, zapłakana po wizycie swojego męża – Otella – włosy spięte z tyłu na dwie wsuwki, jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy. Rachoń spojrzał na mnie z przerażeniem i politowaniem i spytał – śpiewała pani kiedyś z taką orkiestrą ? Nie – odpowiedziałam, wtrąciła się pani Zosia moja opiekunka – proszę się nie martwić ona da sobie radę. Jak wspominałam, amfiteatr wypełniony po brzegi, orkiestra gotowa do występu a Rachoń nie wie co ze mną zrobić. Zaczął kredą rysować koła i tłumaczyć – w tym kole będzie pierwszy skrzypek, w tym kole będę ja a to trzecie koło należy do pani. Popatrzyłam na te koła ze zdziwieniem i spytałam – to po co pan je rysował skoro ja będę stała tyłem do nich. Rachoń nie wiedział jak i o czym ze mną rozmawiać więc spytałam – ile taktów ma wstęp, czy są odstępy między zwrotkami czy śpiewam ciurkiem i jak wygląda zakończenie. I to dla pani wystarczy? No cóż, nie takie koncerty kładliśmy – powiedział. A ja mu na to, niczego nie położymy, ja nie muszę pana widzieć, osiem taktów wstępu wskaże mi mój obieg krwi w moim organizmie a dalej pójdzie samo. I jest odpowiedź na pytanie – jak to jest mieć muzyczne serce? dotyczy to fragmentu piosenki Ewy Bem który pasuje do mojego charakteru jak ulał, a o którym mowa w poprzednim wpisie. Przecież serce pompuje krew, w wypadku ludzi uzdolnionych muzycznie krew opływa rytmicznie, a więc serce mówi mi o rytmach, ,taktach i frazach, wystarczy więc słuchać swojego serca najlepszego koncertmistrza. W każdym razie piosenka zaśpiewana bez najmniejszej nawet próby, nagrana przez wóz transmisyjny krążyła w eterze przez cały rok, do następnego festiwalu. Inne pytanie dotyczyło mojego wiersza o A- molach i C- molach, a na to odpowiem w następnym wpisie.

A na razie to byłoby na tyle. NARA !!