I znów pomyłka!

Oczywiście chodzi o leki. W naszym Domu są dwie osoby o tym samym nazwisku. Obie te osoby mieszkają powyżej 10 lat w tym dps tak więc czas najwyższy wiedzieć o nich wszystko, zwłaszcza, że nowych pielęgniarek nie ma a to właśnie pielęgniarki dopuszczają się tych pomyłek. Mylą się nie tylko ze względu na nazwisko, po prostu nie mają warunków do spokojnego rozdzielenia leków. Przychodzę po lek o który poprosiłam wczoraj lekarza, leku nie ma – informuje mnie pielęgniarka. Zaczyna się szukanie, bo lek powinien być. Po dłuższym szukaniu okazało się, że pan doktor wypisał dla mnie inny lek, główny składnik ten sam a nazwa już inna. Zupełnie nie wiem dlaczego na opakowaniu leku zmieniono literkę imienia z D na K, tę zmianę widać wyraźnie, i ja leku nie mam a Krysia miałaby za dużo; ale znając Krysię brałaby go bez problemu. Ludzie szanujcie nasze zdrowie, w końcu od tego jesteście, jak sama nazwa wskazuje jesteście służbą dla naszego zdrowia, a każda praca wymaga myślenia. Wystarczy, że nasze kierownictwo nie myśli Wy średni personelu jesteście dla nas ważniejsi od waszych nie wiele wartych zwierzchników, mam na myśli pielęgniarkę naczelną która powinna zadbać o warunki pracy dla Was i dyrektorkę która wszystko co złe zwali na nas- podopiecznych tego Domu bo boi się zwrócić uwagę pielęgniarce naczelnej. Przecież te pomyłki lekowe to wyłączna wina pielęgniarki naczelnej, która pracując w naszym Domu od 30 lat nie zadbała o spokojne miejsce do rozdzielania leków. W jednym pomieszczeniu rozdziela się leki dla ponad setki osób, pobiera się krew, zmienia opatrunki, robi zastrzyki i udziela wszelkich informacji i to w pokoiku w którym trzy osoby robią tłok.

W środę były w naszym Domu, na zwiadach, pracownice Urzędu Wojewódzkiego. Trafiły też do mnie. Zaczęły od pytań o personel średni, zwłaszcza o opiekunki, powiedziałam więc, że ze mną to one nie mają wiele wspólnego ponieważ jestem osobą w miarę samodzielną. Napisałam w miarę, ponieważ już ze wszystkim mam problemy ale choć z trudem to jednak wszystko robię sama. Ale obserwując ich pracę to nawet nie ośmieliłabym się prosić o pomoc, są zapracowane, zabiegane, ledwie się wyrabiają. Wy lepiej zainteresujcie się pracą naszego kierownictwa, zwłaszcza pani dyrektor i pielęgniarki naczelnej. Ta ostatnia uczy jak pomiatać podopiecznymi, mieć ich za nic, a ta druga nie śmie zwrócić jej uwagę bo sama nie wiedziałaby co i jak robić. Naszym Domem kieruje pielęgniarka naczelna nie dyrektorka. Tak o jednej jak i o drugiej mam bardzo brzydkie zdanie. I opowiedziałam o wszystkich świństwach jakie mnie spotkały w tym Domu dzięki tym niby ludziom, które udają aniołów. Nie będę pisała co mówiłam ponieważ to wszystko jest przedstawione dokładnie na moim blogu. Czy te panie z Urzędu zrobią z tego jakiś użytek nie wiem, pewnie nie, jak zwykle i jak każdy urzędnik z którym rozmawiałam do którego się zwracałam w różnej formie, ale swoje zdanie o szefowych tego Domu mam wyrobione gruntownie i wypowiadam je zawsze niezmiennie tak samo. Ze strony pań kontrolerek padło pytanie – czy to możliwe żeby opiekunki domagały się jakiś rekompensat w zamian za swoje usługi? Natychmiast zaprzeczyłam, a po kilku dniach i zastanowieniu się pomyślałam, że przecież nie wiem jak zachowują się opiekunki w stosunku do innych osób. Ja z tym się nie spotkałam, ale na przykład znam przypadki, że jedna z pokojowych do mnie jest nadzwyczaj miła a na swoim odcinku ma osobę na której wręcz znęca się psychicznie. Nie znam przecież wszystkich zatrudnionych u nas osób i zupełnie nie wiem jak mogą zachowywać się względem innych. Jest mi głupio, że nie uwierzyłam komuś, ale w ramach przeprosin dodam tylko, że panie kontrolerki już czytają mojego bloga i na pewno przeczytają dzisiejszy wpis.

I to już wszystko – NARA !

Parapetówka !

Ten tydzień rozpoczęłam od parapetówki właśnie. Moja wnuczka chciała pokazać rodzinie i swoim przyjaciołom jak się mieszka w nowo wybudowanym domu i to wybudowanym osobiście przez jej męża i teścia. Jej mama, czyli moja córka, dziwiła się że spotkanie organizuje w poniedziałek, ale wnuczka wyjaśniła, że w sobotę to będzie spotkanie młodych, a więc długo i głośno. Niedziela będzie na odpoczynek i posprzątanie śladów balangi po to żeby w poniedziałek spotkać się ze starszyzną, czyli teściami z obu stron, plus z babcią i prababcią w mojej osobie. Dom budowano dość długo ponieważ mąż wnuczki jeździ tirem po Europie a budową zajmował się w czasie wolnym od pracy. Jak już szkielet domu był gotowy to zagospodarowały go bociany – uwiły sobie na nim gniazda, jako że dom stoi w głębokiej głuszy, na odludziu pod lasem na polanie, na której dotychczas wygrzewały się zwierzęta i ciągle uważają że to jest ich miejscówka. Oczywiście ich gniazda zostały starannie przeniesione na wybudowane maszty blisko domu. Ogrodzenie również musieli zlikwidować ponieważ żadnych ogrodzeń nie życzyły sobie jelenie i sarny. Na polanie, na której stoi dom można śmiało zlokalizować pole golfowe, ten duży teren to ich podwórko obsadzone małymi, srebrnymi świerkami. Ich dom wewnątrz tylko obejrzałam ponieważ pogoda była zbyt piękna żeby w nim siedzieć. Tak więc przy drinku i przeróżnych przekąskach, na hamakach przebujaliśmy poniedziałkowe południe i popołudnie. Dla mnie, niestety takie wypady choć leniwe są już męczące. Nie mogłam sobie pospacerować z prawnukiem ponieważ grunt pod nogami nie był zbyt stabilny a tego wymaga moja starość. Mój chodzić w ogóle nie chciał jeździć a o chodzeniu bez niego mowy nie ma. Do domu jest wiele wejść ale te wejścia nie mają jeszcze porządnych schodów; w ogóle jest jeszcze dużo do zrobienia ale już w nim mieszkają. Są to tereny skupywane przez lata przez rodziców męża wnuczki z planem zamieszkania całej rodziny obok siebie. Brat przyszytego wnuka, moim zdaniem postąpił mądrzej, sprzedał część gruntów i lasu i kupił mieszkanie w mieście a na pozostałych gruntach wybudował dom na wywczasy. Natomiast moja wnuczka zamieszkała tam na odludziu na stałe. Mają swoją wodę głębinową, swoje zasilanie prądotwórcze i ogólnie wszystko co potrzebne jest do życia, jednak ja nigdy w życiu nie odważyłabym się tam mieszkać pomimo to, że jest tam pięknie.

Jak tylko wróciłam do Domu to zanim padłam na swoim łóżku musiałam wysłuchać żalów sąsiadki – i znów pomyliły mi leki, mnie jest tak ciężko chodzić ale muszę iść z reklamacją. Ponieważ od dwóch miesięcy niemalże codziennie korzystałam z usług pielęgniarskich w ich gabinecie to zwróciłam uwagę, że powinno się odizolować pokój na rozdzielanie leków od obsługi mieszkańców Domu, bo jedno z drugim jest bardzo rozpraszające i wówczas nie trudno o pomyłki. Czyżby o tym nie wiedziała siostra przełożona. Ja kilkanaście razy zgłaszałam pomyłki, chociaż one nie powinny w ogóle mnie dotyczyć, ale jak zobaczyłam jak wygląda rozdzielanie leków, i to już od dziesiątek lat tak samo, to za tę bezmyślność wyrzuciłabym z roboty przełożoną. A jak zgłaszałam pani dyrektor o bałaganie z lekami to szanowna zamiast się wykręcać od odpowiedzi powinna zapoznać się z pracą pielęgniarek; ale to byłoby ingerowanie w zakres obowiązków siostry przełożonej, więc gdzieżby śmiała, lepiej zrobić durnia z podopiecznej albo nawet z siebie, żeby tylko nie narazić się przełożonej.

I to już wszystko – NARA !!

Rzetelność.

Nie wiem co się dzieje ale widzę radykalną zmianę w podejściu do mnie. Jeśli nawet najostrzejsza i najgłośniejsza z opiekunek, ba, nawet okazało się że powiązana rodzinnie z kierownictwem, w ostatnim słowie poddaje się, to jest to nie tak jak zwykle. Otóż na piątek zamówiłam samochód żeby mnie podrzucił do fryzjera. W zakładzie fryzjerskim miałam być o godz. 9, 15 a że to blisko to wystarczyło wyjechać o godzinie 9, oo. Jak zwykle miałam wrócić sama z buta. A że jestem ciągle myślącą osobą i posiadającą cechę główną – rzetelność we wszystkim, pomyślałam, że skoro o godzinie 9, 3o w każdy piątek ludzie jadą na rynek to trzeba to zgrać czasowo żeby kierowca nie jeździł dwa razy, bo to do fryzjera jedzie 5 minut i drugie 5 minut od fryzjera na rynek. Sprawdziłam ile osób jedzie na rynek. Czy w tej grupie są osoby jeżdżące na wózku czy z chodzikiem, ponieważ do samochodu wchodzi tylko jeden wózek więc byłby problem. Okazało się, jadą tylko dwie osoby sprawne fizycznie bez pomocy wózków. Dogadałam się z tymi osobami, żebyśmy wszyscy wyjechali o godz. 9. Osoby te się zgodziły. Ja zgłosiłam ten fakt do Działu Socjalnego i uważałam że wszystko gra, zwłaszcza, że na drugi dzień pracownica socjalna potwierdziła te ustalenia. Aż tu nagle w czwartek po południu przychodzi do mnie szefowa pokojowych i informuje mnie, że wyjeżdżam o godzinie 8, 50. Niby nic, ale jednak osoby które poszły mi na rękę z wcześniejszym o pół godziny wyjazdem znów mają mi ustępować. I zaczęła się przepychanka słowna z najgłośniejszą z opiekunek, ale ta przepychanka nie była złośliwa tylko, że każda chciała postawić na swoim. Wreszcie opiekunka mówi mi, że na rynek w ogóle samochodu nie będzie bo to i tamto. Ja się upieram, że wszystko dokładnie sprawdziłam i powinno być tak jak ustaliłam. Tej rozmowie przysłuchiwała się pokojowa z mojego odcinka i odezwała się – no i trafiła kosa na kamień. Moja oponentka uspokoiła panią Marię – że my się na pewno dogadamy. Fakt, że pomimo ostrej wymiany zdań czuć było obustronny szacunek. Wreszcie usłyszałam od mojej przeciwniczki – no nie sądziłam, że kiedykolwiek, ktokolwiek mnie przegada. I poszła. Ja się upierałam bo na prawdę wszystko dokładnie sprawdziłam a moja oponentka jest przyzwyczajona, że każdy jej ustępuje bo albo są to osoby nisko oceniające swoją wartość, albo na prawdę nie mają wartości; wówczas takie osoby podlizują się do niej, schlebiają we wszystkim. Ja swoją wartość znam. Nie upieram się jeśli czegoś dokładnie nie sprawdzę, ale to w moim wypadku jest nie możliwe. Rzetelność to moja cech główna i pewnie jedyna. W każdym razie pojechaliśmy zgodnie z marszrutą ustaloną przeze mnie.

PS. Bardzo dużo opiekunek podlizuje się do swoich zwierzchników i na tym ciągną ten roboczy kierat. Jak byłyby pracowite i kompetentne nie musiałyby stosować lizusostwa.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Głos Seniora.

Tak jest zatytułowane pismo – rocznik, a może półrocznik, wydawane przez nasz dps. Po przejrzeniu owego pisma, bo nie mogę powiedzieć, że po przeczytaniu – 80% druku zajmują zdjęcia i ilustracje, doszłam do wniosku, że nasi seniorzy nie mają głosu, albo nie mają nic do powiedzenia. A jeśli nie mają nic do powiedzenia to po co biorą się za pisanie? Jest to typowa kronika wydarzeń już zapomnianych. Notatki wspominają co wydarzyło się w styczniu i do czerwca. Każdy wpis opisujący jakieś wydarzenie artystyczne lub sportowe, to trzy, cztery zdania a w każdym wpisie są same ochy i achy. Na trzynaście opisów oczywiście w trzech zdaniach, pięciokrotnie powtarza się, że ciasto było pyszne albo, że był najważniejszy punkt spotkania – słodki poczęstunek. Za każdym razem ludzie wpadali w zachwyt bo zabawa była przednia i zawsze było bardzo miło. Dowiedziałam się, że na każdym spotkaniu redakcyjnym jest obecna pani dyrektor, a zatem osoby piszące są ubezwłasnowolnione i należy je pilnować żeby nie dopuściły się jakiejś samowolki. Tak się zachowuje tchórzliwy dyrektor, który wie, że nic dobrego ludzie o niej nie powiedzą a zatem trzeba pilnować żeby lepiej nic nie mówili. Pani dyrektor pierwszy raz na spotkanie redakcyjne przyszła natychmiast po objęciu stanowiska dyrektora u nas i pierwszą jej czynnością było zniszczenie poprzedniego Głosu Seniora, w którym było co czytać, ale po co, co za dużo to nie zdrowo. Później to już pani dyrektor niszczyła wszystko, bo tylko to jej wychodzi najlepiej.

PS. Te dziennikarki Głosu Seniora to w 50% moje koleżanki z logopedii, dostanie mi się po głowie, trudno – podlizuchy !

I to byłoby na tyle NARA !!

Dwie sprawy od i do moich czytelników.

Napisał do mnie pan Rafał, ze zrozumieniem na moją wściekłość i gotowość w czasie dziesięciodniowego oczekiwania na zakończenie remontu, twierdząc, i słusznie, że oczekiwanie jest gorsze niż trwanie. Po wskazówkach jakie mi udzielił można wnioskować, że to fachowiec. Pewnie to ten piękny, polski hydraulik, który zachwycił świat. W każdym razie bardzo dziękuję, że podzielił się pan ze mną swoją fachowością i że w ogóle napisał pan do mnie. Dziękuję bardzo.

Jedna z czytelniczek to nawet mnie odwiedziła. Tak zagadałyśmy się, że zapomniałam nawet jak ma na imię, a w sytuacji kiedy rozmowa zeszła na załatwienie dla pani pewnego ustroistwa to po za imieniem niestety musiałabym znać i pani wymiary i namiary do pani. Ja każdą rozmowę traktuję poważnie i już zaczęłam sprawę załatwiać, kiedy powiedziałam sobie – przystopuj, nic o kobiecie nie wierz, kupisz to ustroistwo i co z nim zrobisz? Tak więc kochana, powiedzmy pani ” Zosiu” bardzo proszę o napisanie do mnie w komentarzach i podanie np. telefonu, wówczas ja do pani zadzwonię i wszystkiego się dowiem. To co pani do mnie napisze nikt inny tylko ja będę mogła to odczytać. Natomiast jak ja podałabym swój numer telefonu to znali by go ludzie od Australii po Syberię i nigdy nie wiadomo na kogo by trafiło. Bardzo proszę o kontakt.

I to byłby na tyle – NARA !!

Pierwszy krok do chcenia

Moim pierwszym krokiem do chcenia było pójście na logopedię. Jak zwykle było miło, chociaż zauważyłam, że w głowie mam jakiś zastój. Ale było tak tylko na pierwszych zajęciach. Czyli, że gimnastyka jest niezbędna dla całego organizmu. Niestety na prawdziwą gimnastykę poranną do atrium, jeszcze nie chodzę, ciągle boli kręgosłup. Jak byłam we wtorek u lekarza poprosiłam go żeby wypisał mi nowy, ale normalny materac, na receptę, receptę taką do siostry przełożonej, bo to ona przydziela materace. Spojrzał na mnie zdziwiony, więc mu wyjaśniłam. Wprawdzie całkiem nie dawno dostałam nowy materac ale on nie nadaje się dla mnie, jest jakiś aerodynamiczny czy jakiś tam, w każdym razie jak leżę na boku to za plecami tworzy się taka otulina, której ja teraz będąc chora, nie mogę sforsować, po nocy jestem najbardziej obolała, a do siostry przełożonej nie pójdę bo jej nie cierpię, a jak pan doktor wypisze zlecenie, że ma mi wydać twardy, bez udziwnień, materac, to ona nie będzie miała wyjścia. Pan doktor to zlecenie wypisał i dalej miała działać jego asystentka. Przychodzę na drugi dzień do owej asystentki i pytam jak moja sprawa – jeszcze nie byłam. Przychodzę na dzień następny – byłam, a siostra przełożona kazała pani przekazać, że jeśli pani coś nie odpowiada to niech pani sobie kupi prywatnie to co pani chce. Od razu wybrałam się do siostry przełożonej i od progu informuję, że ja w sprawie materaca. Przełożona udaje, że nic na ten temat nie wie więc wyjaśniam, a ona na to, – za 15 minut materac będzie u pani w pokoju. Szok – co to było, czy moja wizyta zrobiła wrażenie, czy asystentka nie umiejętnie podeszła do sprawy? Pewnie przełożona sądziła, że jak usłyszę, że mam kupić sobie sama to już do niej nie przyjdę, a tu niespodzianka. W każdym razie mam nowy materac i spokojnie przewracam się z boku na bok. Podejrzewam, że tylko ja z nią rozmawiam z pozycji kogoś ważniejszego od niej, nikt ponadto, na pewno dyrektorka nie ośmieli się nigdy tak stanowczo z nią rozmawiać. Ja po prostu uważam, że każdy podopieczny jest w domu opieki ważniejszy od kogokolwiek innego. Jeśli pracownicy chcą żebyśmy ich szanowali to oni muszą szanować nas. Jeszcze parę lat temu jeździli po mnie jak po starej, nikomu nie przydatnej kobyle, teraz sobie na to nie pozwolę. Dotyczy to przede wszystkim kierownictwa dps. Teraz, odpukać, nie mam im nic do zarzucenia, jest dobrze i niech tak zostanie.

Czekam z utęsknieniem kiedy wyzdrowieję, zacznę ćwiczyć, zrobię jakiś program muzyczny, no i pojadę zobaczyć jak wygląda Olsztyn latem, a na razie – do zoba… NARA !!

Nie chce mi się…

Wiek, upał, niby remont w pokoju i łazience a do tego długotrwałe zapalenie nerwu kulszowego, wszystko na raz, myślę, że mam prawo nie chcieć niczego. Ten cholerny wiek powoduje, że byle co cię chwyta, ale leki to niechętnie działają. Zawsze nowy lek, czy nowy zabieg fizjoterapeutyczny, nawet nowe ćwiczenie gimnastyczne działa na mnie natychmiast i wpadam w euforię. Niestety to wszystko działa na mnie tylko raz. Teraz dostałam zastrzyki; pielęgniarka mi mówi – pani Danusiu na pewno od razu to nie przestanie boleć ale już po trzecim zastrzyku poczuje pani wyraźną ulgę. A u mnie jest sytuacja odwrotna, po pierwszym zastrzyku cud, miód i orzeszki, ja w euforii, a na drugi dzień zaczyna boleć jeszcze bardziej. Zawsze byłam taka szywarat na wywarat czyli odwrotna. To z rosyjskiego.

Remont, po prostu wymiana rur grzewczych i kaloryfera w łazience. Fachowcy przyszli jeden z nich wymontował rury i poszli. Po trzech dniach przyszli porobili dziury w ścianach i poszli. Za jakiś czas znów coś tam, coś tam i zginęli. Dziesiątego dnia przyszli i wszystko zrobili w ciągu trzech godzin. A ja przez te 10 dni byłam zawsze w gotowości i wściekła.

Nie chodzę na logopedię, nie ćwiczę, nie chodzę na żadne spacery, nie śpiewam bo nic mi się nie chce. Kochani, tak więc nie będę więcej pisała bo nie chce mi się.

NARA !!

Szaleństwa świeżo upieczonego wdowca

W poprzednim wpisie pisałam o panu którego kiedyś spotykałam dość często i zawsze gdzieś pędził, na ogół na jakieś występy z poczęstunkiem; a jego żona, która niestety już nie żyje, to była wiecznie zapracowana kobieta. Spotkałam go i w tym tygodniu. Zobaczył mnie z daleka, wchodząc już na swoją posesję, czekał aż do niego się zbliżę. Jego cała postać tryskała radością życia. Zaraz po dzień dobry spytał czy byłam w niedzielę w parku Jakubowym, była tam taka potańcówka, że jeszcze nie mogę się wyciszyć. A ludzi ile było, jak za starych dobrych czasów. Już dawno nie chodzę nigdzie, chyba, że do lekarza – odpowiedziałam. Przecież to stara pani dzielnica, nie ciągnie panią na stare śmieci ? Nic a nic. A ja, mówi ów pan, cały czas tańczyłem. Ludowa kapela grała polki, oberki, walce, nogi same chodziły. Pana nogi wiecznie gdzieś pana niosą. Teraz wygląda pan jak ktoś kto się zerwał z uwięzi i boi się, że za chwilę to co piękne może się skończyć. Pewnie i swaty zaraz się zaczną albo nawet już się zaczęły? Zaczęły się, zaczęły – odpowiada pan. Ten obiad na wsi, z ubiegłego tygodnia to już ze swatami pewnie był. Roześmiał się od ucha do ucha – głodny nie chodzę, a tam gdzie bywam stół zawsze jest bogato zastawiony. No i proszę jaki szczęśliwy wdowiec. Życzę panu żeby tak zostało, a w zasadzie tego życzę tym swatanym paniom żeby nie wpadły jak śliwki w kompot. Musi pan przyznać, że pociechy z pana, na dłuższą metę, to żadna z pań mieć nie będzie. A on na to – chyba, że byłaby to pani. Pani potrafiłaby wszystko zmienić. Zwariował pan z tego szczęścia zupełnie. Do widzenia !! Boże przebacz mu bo już nie wie co czyni. Mówię mu całkiem wprost, że jest nic nie wart a on w jakieś zaloty uderza, w zaloty do kobiety która sama ledwie zipie. Niech na prawdę na zawsze zostanie szczęśliwym wdowcem, to może ocalić jakąś białogłowę od nieszczęścia.

18 kwietnia pisałam o wystawionym u nas spektaklu jednego aktora, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pisałam też, że chciałabym o autorkach tego spektaklu dowiedzieć się jak najwięcej. Okazuje się, że to zainteresowanie zadziałało w obie strony. Pewnie z powodu mojej głośnej, jednozdaniowej recenzji. Otrzymałam od owych autorek ankietę zawierającą 31 pytań. To nie są pytania wprost, są to pytania bardzo złożone. Żeby na nie odpowiedzieć trzeba po prostu opisać swój życiorys na dodatek ujmując w nim życie moich przodków. Niestety moje życie nie nadaje się na teatr jednego aktora jeśli już to na serial i to tasiemiec. Weźmy 1 pytanie —-Gdzie się pani wychowała, jak wyglądało to miejsce. Proszę opowiedzieć o miejscu które panią ukształtowało. Jak pachniało powietrze, co było pierwszym dźwiękiem rano?—-To jest jedno pytanie z trzydziestu jeden pytań, kompletnie nie pasujące do początków mojego życia. Urodziłam się w środku wojny, w Wilnie, na dodatek kiedy właśnie tam przeniosło się centrum wojny. Urodziłam się jako piąte dziecko, kiedy już od pół roku tato był osadzony w więzieniu NKWD. Nie mieliśmy żadnego domu tylko schronienie. Szkoła i jedna z klas była schronieniem siedmioosobowej rodziny. To było trzecie już schronienie moich rodziców. Dom, który był ich dumą i ostają, został podpalony przez bojówki litewsko-rosyjskie i cała moja rodzina miała w nim spłonąć. Później to już były tylko mieszkania schronienia, zdobywane przez moją mamę, tatę UB tragicznie gnębiło, a to dlatego, że miał zbyt chlubny życiorys: legionista, Piłsudczyk, Ułan który się wsławił w sukcesach wojennych bez użycia szabelki. Ja od urodzenia do 16 roku życia zmieniałam miejsce zamieszkania sześciokrotnie. W każdym z tych miejsc byli ludzie do których wymykałam się z domu i o których nie sposób byłoby nie napisać. Tak więc sześć miejsc zamieszkania musiało by dać sześć odcinków serialu. Aż strach pomyśleć, przecież tym razem moje życie byłoby wybebeszone.

I to byłby na tyle. Coś szwankuje mi mój laptop. NARA !!

Rozmowy sprzed roku i teraz.

Ponieważ nie bardzo mam o czym pisać, zrobiłam przegląd wpisów z lipca ubiegłego roku i spróbowałam porównać te wydarzenia z dzisiejszymi. Pierwsza z nich to była rozmowa ze spotkaną na spacerze sąsiadką z ulicy Oficerskiej, czyli to takie sąsiedztwo ulic. Tej akurat sąsiadki nie spotkałam, już bardzo rzadko wychodzę, spotkałam dwie inne osoby. Rozmowy radykalnie inne. Pierwszą napotkaną osobą była pani, która była żoną poznanego kiedyś pana. Otóż ów pan, około 10 lat temu po prostu mnie zaczepił żeby pogadać. Z wyglądu bardzo nie ciekawy jegomość, taki nieduży pączuszek – wysokość i szerokość jednakowych wymiarów. Od pierwszej z nim rozmowy wpadłam w zachwyt nad tym osobnikiem płci bardzo brzydkiej. Bardzo lubiłam rozmowy z nim. To były takie chwilówki przy spotkaniu na ulicy, zwykle przed jego domem. Z chwilą kiedy poznałam jego żonę za każdym razem przy spotkaniu się z nią prosiłam żeby pozdrowiła ode mnie swojego męża. Jego widywałam coraz rzadziej a i ją nie częściej niż raz na rok. Spotkałam teraz, w lipcu, po krótkiej rozmowie, już na odchodne wrzucam – pozdrowi pani ode mnie swojego męża. Pani Danusia, on już od roku nie żyje. Idę dalej ze spuszczoną głową, wspominając cudne rozmowy z owym panem, aż nagle słyszę – dzień dobry, a co to taka zamyślona. To inny sąsiad z ulicy Oficerskiej. Taki pędziwiatr. Wiecznie gdzieś gonił. Nigdy nie usiedział w domu. Bywał na wszystkich imprezach organizowanych w mieście, zwłaszcza na tych gdzie był poczęstunek. A jego żona dla odmiany, wiecznie pracująca w ogródku. Kiedyś sama ją zaczepiłam pytając – czy pani kiedyś odpoczywa ? Wielki ogród, duży dom i wiecznie latający gdzieś mąż. Pomocy znikąd. To intelektualista, nie brudzi rąk pracą fizyczną – odpowiada owa pani. Boże, ta kobieta nawet śnieg zimą odgarniała sama, jesienią grabiła wiecznie spadające liście, a mąż słuchał w tym czasie jakiegoś koncertu. Dobrana para, nie ma co. Tym razem znów właśnie gdzieś pędził – gdzieś jest jakiś występ który nie odbędzie się bez pana – pytam. Nie, jadę na wieś, jestem zaproszony na obiad – odpowiada. Żona, to z pana nie ma żadnej pociechy; a pan na to – pani Danusiu, żona od roku nie żyje. I takie to teraz rozmowy – śmierć i choroby. Niestety i ja i moi znajomi to już ludzie wiekowi, choć młodsi ode mnie.

Opisywałam też o mojej znajomości z Krzyśkiem, jego podejściu do mnie i mojego do jego osoby. Krzysiek już od kilku miesięcy mieszka w naszym dps. Ponieważ w pierwszych tygodniach bez przerwy coś chciał ode mnie, a z nim rozmowa żadna i na żaden temat, ja szybko odcięłam pępowinę. I o dziwo Krzysiek od razu stał się samodzielny. Zaczął od zamiany pokoi. Pierwszy mu się nie podobał, pomieszkał w nim miesiąc. W drugim mieszkał też mniej więcej tyle. Aż wreszcie trafił do trzeciego, wymarzonego przez siebie pokoju. Poszłam zobaczyć jak mieszka. Byłam zaskoczona pięknym umeblowaniem, pytam – to są twoje meble z domu. Tak – odpowiada. A to nie prawda, to były meble, że tak powiem, służbowe. Przy okazji tej krótkiej wypowiedzi Krzyśka przypomniało mi się, że on nałogowo kłamie, tak więc jaki sens ma rozmowa z kimś takim. Któregoś dnia spotykam Krzyśka na korytarzu – wracam z pralni, mówi a w ręku trzyma jedną parę skarpet. Ty skarpetki nosisz do pralni? Przecież jeżdżę na wózku to i prać nie mogę. Całe życie mieszkałeś sam i sobie musiałeś radzić a teraz raptem stałeś się taką ofiarą losu. Denerwuje mnie takie pieszczenie się z sobą. Nie potrafię być miła w takiej sytuacji.

Trzecim tematem poruszanym na moim blogu w lipcu ubiegłego roku była nasza krajowa polityka. W tym względzie nic się nie zmieniło. Jedni na drugich plują tak jak pluli i nie zanosi się na zmiany.

I to byłoby na tyle NARA !!

Jak trwoga to do Boga…

Od miesiąca nie mogłam sobie poradzić z dziwnym uczuciem które mną zawładnęło. Stało się tak jak odeszła moja ostatnia siostra – Haneczka. Nie rozpaczam po niej ponieważ jak już pisałam nie lubiłyśmy się, nie spotykałyśmy się bo nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia. Ja chyba w ogóle nie rozpaczam po niczym i po nikim. Rozpacz odeszła razem z młodością. A że nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia to tylko tak mi się wydawało, przecież miałyśmy. Jako dorosłe osoby powinnyśmy do swojej niezgody podejść ze zrozumieniem. Niestety charaktery. ( I te charaktery odziedziczyły po nas nasze dzieci ). To dziwne uczucie które mi teraz towarzyszy to jakiś strach, że teraz jestem najstarsza w rodzinie. Jestem zatrwożona, tak ,to najwłaściwsze określenie. Przez 84 lata byłam najmłodsza, owszem już stara jednak nie najstarsza, aż tu raptem jestem najstarsza i jedyna. Poczułam jakiś strach przed obowiązkiem bycia najstarszą. Zaczęłam modlić się prosząc o pomoc żebym sobie z tym starszeństwem poradziła. Doszłam do wniosku, że muszę się skupić wyłącznie na swoich najbliższych, że na rodziny mojego rodzeństwa przecież wpływu nie będę miała. Chociaż nawet na swoich bliskich również nie mam wpływu, bo co ja mogę? Poszłam wystraszona do kościoła, dałam na mszę prosząc Boga żeby zajął się moją najbliższą rodziną. A jest tego trochę. To jest 14 osób których trzeba by chronić i wspierać. Ja to już tylko będę się modlić żeby nie zapomnieć ich imion. Jak cały Kościół pomodlił się za moją czternastkę żeby żyli w zdrowiu, miłości i po Bożemu do późnej starości razem, zrobiło mi się lżej. Pomyślałam, że w tej trosce nie jestem już sama. W sumie z Haneczką miałyśmy bardzo podobne losy. Obie rozwiedzione i do końca same wychowujące dzieci. Nasi mężowie mieli takie same imiona. Ona miała dwóch synów ja dwie córki. Tak jak my ze sobą nie rozmawiałyśmy tak samo jej synowie zagniewani byli na amen na siebie a i moje córki już od 15 lat ze sobą nie rozmawiają. Jeden z synów Haneczki już od 10 lat nie żyje; zostawił po sobie syna. Drugi syn ma dwie córki. Tak więc i Haneczka i ja mamy trójkę wnuków, z tym, że ona miała dwie wnuczki i jednego wnuka ja odwrotnie – dwoje wnuków i jedną wnuczkę. O pogrzebie Haneczki powiadomili mnie jej wnukowie, którzy całą trójką przyszli do mnie do dps. Są równie piękni jak i moi. Synowie Haneczki to wyjątkowo uparci chłopcy. Wyobraźcie sobie, że młodszy syn Haneczki tak był obrażony na ojca, że jak ojciec dwa lata temu, przysłał mu w ramach przeprosin 500 000 euro on te pieniądze ojcu odesłał, z dopiskiem – nie obchodziłem ciebie całe życie i niech tak zostanie. Ani żona jego ani córki nie odważyły się kwestionować decyzji ojca. W sumie ten młodszy to nawet nigdy nie widział ojca. Był jeszcze niemowlęciem jak ojciec zakochał się w innej kobiecie i wyjechał do Niemiec. Tam prowadził swoje biuro architektoniczne i żył na wysokim poziomie. Innych dzieci nie miał tak więc jak śmierć zajrzała mu w oczy przypomniał, że jednak dzieci ma i ma komu zostawić spadek. Nawet nie wiedział, że starszy syn nie żyje; wnuk po tym zmarłym synu nie obraził się na pół miliona, ale dziadka nie chciał poznawać, z szacunku do nieżyjącego ojca. A ów dziadek w Niemczech nie miał już nikogo i ślad po nim zaginął. Młodszy syn Haneczki wchodząc w życie dorastającego chłopaka napytał sobie biedy, z której sam się wykaraskał, dlatego miał taki a nie inny stosunek do ludzi. No nie zupełnie sam, pomógł mu ktoś kogo nawet nie znał. Otóż, będąc w drugiej klasie liceum sportowego, zakochał się w koleżance z klasy. Mając po 16 lat dowiedzieli się, że zostaną rodzicami. Zarówno matka jego jak i rodzice jej odwrócili się od nich. Zlitował się nad nimi dziadek dziewczyny mieszkający na zupełnym odludziu i żyjący z uprawy ziemi. Wziął ich do siebie, tłumacząc jednocześnie, że muszą być pod opieką starszych osób ponieważ są jeszcze dziećmi. Dziadek był samotnym, schorowanym człowiekiem a jednak rękę podał. Mieszkali razem do ich pełnoletności, później dziadek wyprowadził się do córki a dom i hektary zostawił młodym. Dzisiaj ci młodzi już nie tacy młodzi, są nadal razem. Na hektarach po dziadku założyli ogrodnictwo kwiatowe. Żyją w pięknym domu i powodzi im się bardzo dobrze. Dopiero na pogrzebie Haneczki poznałam jej synową – piękna kobieta; no ale i synowie Haneczki to chłopaki na schwał.

I takie to różne są koleje losu. NARA !!