Efektywność treści.

W sobotę nie mogłam nic napisać ponieważ mój blog nie otwierał się dla mnie. Już myślałam, że to znów jakiś haker dobrał się do niego a okazało się, że po prostu nie wniosłam corocznej opłaty za prowadzenie bloga. Wprawdzie to nie ja opłacam prowadzenie bloga prababci tylko mój wnuk który funduje swojej babci taką zabawkę; także miałam prawo zapomnieć, że to kosztuje. Zadzwoniłam do niego z pytaniem co mogło się stać, że nie mogę otworzyć strony, nie raz tak robiłam, wnuk mi tłumaczył przez telefon co mam zrobić, ja wykonywałam zalecone przez niego czynności i wszystko wracało do normy, a teraz po prostu przypomniało się wnukowi, że to już marzec i należy wnieść opłatę.

Napisałam, że mój blog to zabawka zafundowana babci przez wnuka. Najpierw to była bardzo bolesna zabawka, później bolało coraz mniej a teraz już nie boli wcale. Czyli, że wylewając swoje żale na stronach bloga za każdym razem czułam się jakbym wyszła z sesji od psychologa. I to jest wstęp do odpowiedzi mojemu internaucie który zadał mi pytania: – czy stosuję jakieś nietypowe narzędzia, czy algorytmy do analizy efektywności treści na moim blogu i dostosowania ich pod kątem preferencji czytelników ? NIE, niczego nie stosuję, nawet nie wiedziałabym jak to zastosować. No bo jak można podłączyć serce i umysł do jakichkolwiek narzędzi i jeszcze przy tym analizować efektywność treści i dostosowywać to wszystko do preferencji czytelników. Można by było podłączyć mnie do elektrokardiogramu ale wówczas to byłaby tylko analiza pracy mojego serca. Żadnych nietypowych narzędzi nie stosuję i w ogóle nie wiem o co chodzi. Jestem prababcią dla której wnuk przygotował zabawkę, pokazał jak w prosty sposób można z niej korzystać i to wszystko. Nawet jak chciałabym odpisać Panu, na Pana adres internetowy, to nie umiem. Przed pisaniem takim wnuk mnie ostrzegł, powiedział żebym nie odpisywała bo mogę kliknąć nie tam gdzie trzeba i tylko narobię sobie kłopotów. Tak więc odpisuję każdemu wyłącznie na stronie swojego bloga. Fakt, korciło mnie żeby do Pana napisać, jeszcze nigdy nikt nie przysłał mi swoje zdjęcia, a nie powiem jest Pan bardzo przystojny i elegancki, ale nie umiem. Pewnie gdybym była o pół wieku młodsza to widząc takiego przystojniaka to nawet nauczyłabym się korespondować, ale w tym wypadku nic z tego. A ta efektywność treści to taka przynęta jak robak na wędce. Fee, nie tknęłabym robala i w życiu do nikogo nie dostosowywałam się.

Pomiędzy mną a Panią dyrektor naszego DPSu trwa ożywiona korespondencja dotycząca moich zarzutów odnośnie pracy jednej z pielęgniarek, której notabene nie znoszę. Z pism Pani dyrektor wyraźnie wynika, że nie wie co ma ze mną zrobić, ze mną nie z ową pielęgniarką i sprawę przeciąga. W sobotę odtworzę treść mojego pisma i pisma Pani dyrektor do mnie. Ciekawa jestem jak to się zakończy, pewnie jak zwykle – ble, ble, ble.

NARA !

Wiosenny luty

8 stopni na plusie i to od kilku dni to naprawdę przypomina wiosnę. Dostajemy lekkiego zawrotu głowy, bo to już cieplejszy wieje wiatr a nam natychmiast ubywa lat – jak w piosence. W naszym atrium czyściutko, wiosennie. Ptaszki zaczynają swoją wiosenną działalność świergotem. Poszłam i ja do swojego ogródka, ciągnie wilka do lasu. Okazało się, że już nie wiele mogę, przy każdym schyleniu się ciemnieje w oczach, ale stare krzewy jeżyn obcięłam i o dziwo mimo zawrotów głowy nie przewróciłam się, jednak o pomoc poprosiłam i ją dostałam. Schylając się zauważyłam, że malutkie pierwiosnki, które ledwie wygrzebały się z ziemi – kwitną. No i jest powód do wiosennej radości. Jednak wiosna w lutym to nie powód do radości. Przypomniał mi się wierszyk który napisałam na cześć lutego. w roku 1999 a w tamtym roku luty był taki jaki powinien być ten najmroźniejszy miesiąc zimy i wtedy to ludzie narzekali na syberyjskie mrozy, ale to był luty. A oto wierszyk:

Kocham cię w tym roku mój ty luty srebrny, jesteś mroźny, śnieżny, wietrzny w swej aurze nie zmienny. .Malkontent narzeka, że w lutym jest zima, że śnieg we dnie pada, a nocą mróz trzyma.

Przez chwilę zawiodłeś odwilżą i pluchą; to czynność przedwiośnia – mówię ci na ucho. Robisz wstyd naturze, człowiek też tak czyni, szybko to naprawiaj zanim miesiąc minie.

Dajesz fory wiośnie żeby przymroziła, żeby swe kałuże śniegiem przypruszyła. Plucha, mżawka, chlapa, to marcowa sprawa, nie słuchaj zmarźlaków w śnieżki nas zabawiaj.

Słuchajcie zmarźlaki co wam teraz powiem: „gdyby luty pofolgował marzec by go reperował” . ” Gdyby luty ciepły był i po wodzie, wiosna późno przyjdzie i o chłodzie” „a gdy luty mrozy daje, wróży wielkie urodzaje”.

Więc kochajcie moi mili śniegi zimą, kwiaty wiosną, słońce latem, a jesienią złote liście, w lutym zaś, niech nas wszystkich mróz przyciśnie.

I tak po przypomnieniu przepowiedni ludowych mina zrzedła, bo taki luty jak jest teraz niczego dobrego nie wróży. Trudno, mimo wszystko cieszmy się z tego co mamy. Jutro sobota będziemy śpiewać. Andrzej przygotował muzycznie kilka piosenek, Krysia będzie musiała zająć się drukiem tekstów, a Basia pilnuje porządku – rozdaje śpiewniki, zbiera je i pilnuje żeby ludzie nie otaczali mnie kręgiem, tłumacząc wszystkim, że mnie wówczas brakuje powietrza. Ale to musi tłumaczyć tylko nowo przybyłym. Zygmunt instaluje moje ustroistwa a na koniec wszystko rozłącza i składa, Ala zajmuje cały środek sali i tańczy dla nas a ja to wszystko ogarniam śpiewająco. Jest fajnie , chociaż skleroza już wyciąga po mnie rękę; na ostatnim śpiewaniu, pierwszy raz w życiu zapomniałam melodię i to melodię która przed chwilą leciała i którą znają wszyscy, to ” Upływa szybko życie”. Nie podobała nam się aranżacja którą mieliśmy na płycie, ja chciałam zaintonować inną formę muzyczną a tu ciach zanik pamięci. Byłam wśród swoich także nic wielkiego ale sam fakt jest przykry. Co jak co ale muzyka, która jest ze mną przez calutkie moje życie robi mi takiego psikusa.

No i już minęło sobotnie spotkanie. Było bardzo wesoło, a spotkanie zakończyliśmy śpiewając – wszystkie rybki śpią w jeziorze. Musieliśmy śpiewać to co wszyscy znają, do czego nie potrzebne są śpiewniki bo niestety ich zabrakło. Jedna pani obraziła się na nas z tego powodu. Obiecałam jej, że dodrukujemy na pewno.

I to byłoby na tyle – NARA !

Renia i Dorota

To dwie pielęgniarki, dwa przeciwieństwa. Do napisania o nich skłoniła mnie wypowiedź jednej z podopiecznych – pani Danusiu, wreszcie zatrudnili porządną, fachową i życzliwą pielęgniarkę – powiedziała sąsiadka z naprzeciwka. Ponieważ widziałam jak pielęgniarka wychodziła z jej pokoju to natychmiast wyjaśniłam, że jest to pielęgniarka z najdłuższym stażem w naszej placówce tylko, że przebywała od kilku miesięcy na zwolnieniu lekarskim, z którego właśnie wróciła. Poparłam wypowiedź sąsiadki, że jest to wysokiej klasy fachowiec i nadzwyczaj życzliwy dla nas człowiek, to Renia, Dorota to gestapowiec to babsko nie interesujące się podopiecznymi tylko ślepo wykonująca polecenia swojej przełożonej. a przełożona została sprowadzona przez poprzednią dyrektorkę do niszczenia ludzi. Nie do pomocy w ich leczeniu tylko w wykańczaniu krnąbrnych, a krnąbrnym jest każdy kto czegokolwiek chce. Każdy z nas ma cicho siedzieć i wszystko chwalić; a ci nowi mieszkańcy, o dziwo potrafią mówić. Ponieważ o Dorocie pisałam dość często i zawsze źle, a ona ciągle pracuje chociaż wiek już emerytalny, postanowiłam wystosować pismo do pani dyrektor, że nie życzę sobie żeby owa pielęgniarka zbliżała się do mojego pokoju. To ona dwukrotnie podmieniła mi leki. Już za to powinna wylecieć z roboty; nie ważna czy to była pomyłka czy celowa szkodliwość, won z roboty i tyle, tym bardziej, że jest już dawno w wieku emerytalnym. To ona kilkukrotnie podczas pandemii odłączała mi aparat tlenowy i otwierała drzwi od pokoju który przełożona przeznaczyła na magazyn zużytej odzieży ochronnej. Ten magazyn zlokalizowano równiutko vis a vis mojego pokoju, a żeby zarazki na pewno powędrowały do mnie to otworzono również drzwi balkonowe ( a była to mroźna zima ) dla zasady, że jeśli nie zabije mnie covid to na pewno dostanę zapalenia płuc i będą mieli mnie z głowy. Nie udało się ani jedno ani drugie w stosunku do mnie ale trzy osoby z mojego korytarza zmarły od tych eksperymentów. Tego wszystkiego w ogóle nie dostrzega pani dyrektor, a ja o wszystkim pisałam na swoim blogu. We wszystkim powoływała się na SANEPID ale nie spytała czy można zlokalizować taki magazyn na wąskim korytarzu na którym po obu stronach są pokoje mieszkalne. Panią dyrektor interesowało czy za to że o tym piszę na forum można by mnie uznać za groźnie niepoczytalną i zamknąć w szpitalu psychiatrycznym na oddziale u swojego psychicznego psychiatry, którym wysługuje się w naszym DPSie. Pielęgniarka ta o której mowa powinna wylecieć z roboty z hukiem a ona pracuje i ma się dobrze, a brała udział w rewizji pokoju u pani Krysi, w wulgarnej przeprowadzce z pokoju do pokoju pani Tamary, w wizycie nocnej u pani Gieni, po której to Gienia straciła mowę i złote pierścionki i to ona odmówiła wezwania karetki dla pani Marii, która miała ciężki udar. Jak ja z udarem zgłosiłam się do pielęgniarek to właśnie ona patrzyła na mnie z głupkowatą miną i udawała, że nie wie o co chodzi. Ta pielęgniarka to żołnierz siostry przełożonej, żołnierz który po prostu wykonuje polecenia i to dlatego nie wolno jej nic zrobić a ona może wszystko. W tej sprawie napiszę do pani dyrektor z prośbą żeby przeczytała ten mój wpis i ustosunkowała się do niego. Wykorzystam fakt, że mój blok przechodzi wielkie odrodzenie i rozgłoszę temat na cały świat. Napisałam, że mój blok przechodzi odrodzenie bo jak kilka lat temu dobrał się do niego haker to musiałam go odtwarzać i niestety setki czytelników utraciłam. Czytelnicy wracali bardzo powoli przez te kilka lat a teraz jest bum…

Po zatem nic ciekawego, a zatem NARA!

Prąd, śpiewanie i polityczne rozdwojenie.

W ubiegłą sobotę wyłączono nam na jedną godzinę prąd. W takim kolosie jak nasz DPS to jest tragedia. W prawdzie miało to miejsce w godzinach przedpołudniowych, jednak pomimo to zrobiło się ciemno wszędzie głucho wszędzie. Dzień był ponury, nie można było posłuchać radia ani pooglądać czegoś w telewizji, windy nie działały, a w windzie, na całą godzinę utknęły dwie osoby. Całe szczęście, że te dwie osoby to pracownice, także bez paniki poplotkowały sobie przez godzinkę. Mnie, ta godzinka bez prądu trochę spłoszyła, ponieważ był to czas szykowania się do naszego sobotniego śpiewania. Do godziny 9, 30 czekałam w miarę spokojnie niestety po tej godzinie już spokojna nie byłam. O godz. 9, 40 błysnęło światło, ponieważ wszystko miałam przygotowane natychmiast ruszyłam w miejsce naszych spotkań; jakież było moje zdziwienie, jak w ciągu pięciu minut na sali było już 15 osób. Kilka osób zwątpiło czy w ogóle w takiej sytuacji będziemy śpiewać, osoby te przyszły później żeby sprawdzić i były zaskoczone jak cała sala śpiewała, że do Tanga Trzeba Dwojga. Mnie rozpierała radość, że są ludzie którzy bardzo lubią śpiewać a ludzie ci wszyscy śpiewają w tej samej tonacji i równo, czego nigdy nie mogłam doczekać się w naszym kościółku – ile osób tyle tonacji. Wolałam zrezygnować najpierw ze śpiewania w kościele a później z chodzenia do kościoła żeby do reszty nie kaleczyć uszu; a nasze sobotnie śpiewanie nagrałam celowo, żeby inni usłyszeli, że można, że wszyscy razem potrafimy już pięknie zaśpiewać. Tak równo to śpiewamy zaledwie trzy piosenki, reszta wychodzi różnie, ale to jest dowód, że trzeba dużo śpiewać. Na sobotnie harce przychodzi coraz więcej ludzi, dzisiaj były 23 osoby – trzy osoby nowe. Także zapewniam pana NIKT, że nic nie da to jego systematyczne niszczenie naszego ogłoszenia o sobotnim śpiewaniu, już weszło nam to w krew a pan NIKT tylko psuje sobie opinię.

We mnie jest takie polityczne rozdwojenie; jak słucham wypowiedzi polityków, to często jestem mile zaskoczona, że tak pięknie i rzeczowo mówią. Są w jakimś konkretnym resorcie a dziennikarzom odpowiadają mądrze z każdej dziedziny. Zwłaszcza ci młodzi politycy są wybitnie zdolnymi mówcami. Napisałam mówcami ponieważ nie wiem czy potrafią tak samo pięknie pracować jak i mówić zwłaszcza, że wsłuchuję się w nich od niedawna. Jakież było moje rozczarowanie jak okazało się, że ci którymi byłam najbardziej oczarowana to liderzy partii której się wstydzę, że w ogóle ich słucham. To Konfederaci, których program polityczny w całości zasługuje wyłącznie do wrzucenia do kosza, ( oczywiście to jest moje subiektywne zdanie ) a jak przypomnę ich poprzednich liderów to aż mną trzęsie. Ciągle mam przed oczami rozpartego w fotelu na obradach UE i ziewającego albo drapiącego się po brzuchu Korwina. Skąd w takiej partii tacy intelektualiści jak Bosak, Braun czy Mentzen. Oni na prawdę mówiąc czarują. Wierzyć się nie chce, że tacy mądrzy, młodzi i wykształceni tworzą tak irracjonalny program swojej partii.

To byłoby na tyle NARA !!

,

Złogi na duszy.

Zadzwoniła do mnie moja córka i tak od słowa do słowa wywnioskowałam, że ona ciągle rozmyśla o pracy chociaż jest już na emeryturze. Nie tęskni za nią ale analizuje swoje podejście do wszystkich jak była pracownikiem i swoje zachowanie teraz. Przez wieloletnie ugrzecznienie do wszystkich, często w brew swojej woli, nazbierały się w niej złogi frustracji, którą wyładowała na mnie – wiadomo matka to najlepszy worek treningowy, a teraz ta frustracja zamienia się w smutek i unikanie ludzi. Doszłam do wniosku, że tacy ludzie, którzy za wszelką cenę chcą być odbierani za chodzącą grzeczność i to przez całe życie, na starość są smutni, styrani życiem i jest im ciągle źle. Nie chcą już udawać a nie potrafią inaczej i zaczynają się frustrować i izolować. Jestem zupełnym przeciwieństwem takich ludzi. Jak ktoś nadepnie mi na odcisk to moja noga odruchowo daje kopniaka . Nie spuszczę głowy tylko powiem co myślę. Dlatego we mnie nie ma złogów zaszłości. ale niestety jestem pamiętliwa i jeśli nie teraz to przy okazji odgryzę się. Całe życie narzekałam na swój charakter i ja i inni, ale teraz widzę, że to super cecha, na starość jak znalazł. Przypomniała mi się kolacja przygotowana przez mojego byłego męża , wieki temu, dla mnie i naszych córek. Byliśmy już po rozwodzie jak nasz były zechciał złożyć nam wizytę i wspaniałomyślnie przygotować dla całej rodziny kolację. Ta jego wspaniałomyślność dotyczyła produktów z mojej lodówki. Zrobił jajecznicę na pomidorach, szynce i maśle i to wszystko sakramencko posolił. Reakcje moje i moich córek były radykalnie różne – ja po prostu wszystko wywaliłam. Córki cierpiały ale jadły, coraz wolniej, nawet jedna to ze łzami w oczach, ale nie można tatusiowi sprawić przykrości, wystarczy, że to zrobiła mama. Takie były przez całe swoje młodzieńcze życie. Nie sprawiały żadnych kłopotów, ani przykrości. Dopiero po latach zaczęły sobie folgować – widać kiedyś trzeba. Młodsza, jak tylko wyszła za mąż to odbiła swoją powściągliwość, starsza natomiast dopiero jak sama została emerytką, ale obie te wyładowania skupiły na matce. No trudno, na kimś musiały, padło na mnie. Teraz, obserwując swoich współmieszkańców DPSu widzę w ich oczach jakąś rezygnację, bo nie mogą sobie poradzić ze złogami zaszłości. Chcieliby wyładować się na kimś ale już nie potrafią i bardzo przy tym cierpią. Rozmowy z tymi najakuratniejszymi to wyłącznie narzekania i o dziwo narzekania na to co teraz, tak więc adresat jest pod ręką, można powiedzieć co się myśli i żądać zmiany postawy, niestety już nie potrafią. I teraz dla odmiany słyszę – pani to ma dobry charakter, zazdroszczę. kiedyś słyszałam, że mam okropny charakter, rogatą duszę i w ogóle wszystko co najgorsze, a teraz proszę… Wiem, że dla wszelkiej maści zwierzchników nadal mam okropny charakter, ( chociaż ja uważam, że żadnych zwierzchników nie mam ) jednak kochani żebyśmy tu w naszym DPSie w większości byli odważni i wymagający to nauczylibyśmy panią dyrektor być dyrektorem, wszak dyrektor chce czy nie musi ogarniać wszystko, a nasza pani dyrektor od problemów opędza się jak od natrętnej muchy. Jeśli ja napisałam, że 10 grudnia 2023r. o godz. 7 rano, podczas mojej nieobecności pielęgniarka weszła do mojego pokoju i podmieniła mi leki, do których nie miała żadnego prawa, to pani dyrektor powinna wezwać na dywanik siostrę przełożoną i wyjaśnić sprawę do cna. Okazało by się, że z tą pielęgniarką było bardzo wiele problemów, że to tacy jak ona psują opinię naszemu Domowi, nie ja opisując dziesiątki wstrętnych postępowań owej pani, ale też i pani dyrektor ( wspomnę tylko chęć zamknięcia mnie, Witka i mojej byłej sąsiadki w Szpitalu Psychiatrycznym ). Czyli, że pani dyrektor tylko chce być dyrektorem ale nie umie. Ludzie przychodzą do niej z różnymi skargami i to wszystko jak grochem o ścianę. Na dywanik to potrafiła wzywać podopieczną – czyli mnie, a szefów działów to woli nie ruszać, wszak święty spokój ceni sobie ponad wszystko. Ceni sobie pensję i prestiż. Żeby chociaż jedną sprawą zajęłaby się sprawiedliwie od początku do końca. Mam nadzieję, że może kiedyś, kto wie – cuda się zdarzają.

Kochani NARA!

Pismo od Prezydenta Miasta.

23 stycznia br. przyszła odpowiedź od Pana Prezydenta na moje pismo dotyczące wiecznie psujących się wind i konieczności ich wymiany. Pan Prezydent na wstępie wytłumaczył naszą Panią Dyrektor, że owszem był informowany przez nią o problemie już od dwóch lat, ale wiadomo finanse. W tym roku będą pieniądze na wymianę jednej windy. Nasz Dom na ten cel otrzyma 320 000 zł. Ta informacja była napisana z taką lekkością, że od razu to zdanie rzuciło mi się w oczy, że nadal problem wind to dla naszej dyrekcji i dla P. Prezydenta to żaden problem. Że to problem mieszkańców i opiekunów, nie ich. Wymienią jedną windę ( pomijam fakt, że nie wiadomo kiedy ), czyli, część mieszkańców będzie co jakiś czas uziemiana przez drugą wiecznie psującą się windę. Taka sytuacja trwa od lat, tak więc nic się nie zmieni, tylko trochę zmniejszy się częstotliwość uziemiania, chociaż nic nie wiadomo, przecież ta nie wymieniona winda będzie psuła się coraz częściej. Ratusz narzeka na brak finansów nadal będzie opłacał 100 m lokalu znajdującego się w naszym kompleksie, zupełnie nie potrzebnie. Nadal będą wyrzucane tysiące na naprawę psującej się windy. Pismo jest zakończone zdaniem – ” W związku z powyższym w kolejnych okresach planowania budżetowego, jeśli możliwości finansowe budżetu miasta będą wystarczające, postaramy się zabezpieczyć środki w celu wymiany drugiej windy, aby mieszkańcy DPS Kombatant mogli bezpiecznie korzystać z dedykowanego im obiektu „. Przepraszam bardzo ale jest i trzecia stara winda. Nasza dyrekcja będzie się cieszyła, że jest tyle pomieszczeń zamkniętych na klucz, ale jak się zechce to można będzie w nich wypić kawkę, ale sprzedać żal. Zupełnie nie jest im żal pracujących ponad siły opiekunów, w piśmie nie ma o nich ani słowa. Pani Dyrektor, ponieważ nic się nie zmieni to może by tak w umowie o pracę z opiekunami i pokojowymi , które im zawsze pomagają, umieścić dopisek – w razie potrzeby ganiać po piętrach bez windy z garami posiłków, koszami ubrań i pościeli i z pensjonariuszami razem z wózkami i chodzikami. To będzie stały dodatek specjalny bez wynagrodzenia. Jeszcze można też informować przyjmując nowych podopiecznych, że nasz Dom z przyczyn obiektywnych może przyjmować osoby wyłącznie chodzące samodzielnie. Wiem, windy są pioruńsko drogie, te 320 000 to faktycznie na jedną windę, ale nie ma wyjścia, trzeba zrobić wszystko żeby pieniądze zdobyć. A w przyszłości budować tylko parterowe Domy Opieki.

22 stycznia nasi pracownicy zechcieli umilić nam Dzień Babci i Dziadka swoimi występami. Wystąpił przed nami zwierzyniec egzotyczny. Zwierzęta ze wszystkich kontynentów spotkały się w jednym miejscu i brykały swawolnie. U wszystkich mieszkańców pojawił się uśmiech na twarzy, wiadomo lubimy zwierzęta a te zwierzęta nie dość, że były egzotyczne to jeszcze bardzo sympatyczne, choć różnie ucharakteryzowane. A zatem pomysł przedni i realizacja pomysłu udana dzięki zaangażowaniu i podejściu do pomysłu naszych pracowników. Jednak ja nie byłabym sobą gdybym tylko chwaliła. Miejsce na występ źle dobrane. Przedstawienie wymagało podium. Ponieważ wszystko było na równej płaszczyźnie ludzie z widowni zasłaniali sobie widok na wzajem. Siedziałam w trzecim rzędzie, na podwyższeniu – na chodziku – jestem osobą wysoką a widziałam zwierzęta w połowie, żadne z nich nie miało ogona, był za nisko, a jeśli zwierzak szedł na czterech łapach to go w ogóle nie było widać. Zmieniłam miejsce żeby lepiej widzieć, niestety nie było lepiej. Szkoda, ponieważ cały występ oparty był na pokazaniu się zwierzaków. Ja piszę, że siedziałam w trzecim rządzie a był jeszcze czwarty. Może jakby się ustawiło krzesła półkolem to automatycznie cztery rzędy zmieniły by się w dwa i zwiększyłaby się widoczność. Druga rzecz do której się przyczepię to zaproszenia. Można było wypisać zaproszenia oddzielnie dla babci i oddzielnie dla dziadka, rozdzielić je kolorystycznie i osobom rozdającym podać w jednym kolorze żeby im się nie myliło. U nas nie ma sparowanych babć z dziadkami żeby łączyć na zaproszeniu. No i podpis który mnie przeraził – masło maślane — wnuki i wnukowie. Przecież ktoś to napisał, ktoś wydrukował, ktoś naklejał i nikt nie zauważył, że jest coś nie tak.

Czepialska prababcia ale na 102 – NARA !

Pytania i odpowiedzi.

W komentarzach padło pytanie – co robimy jak nie możemy się umyć pod prysznicem? Każdy ma swój sposób, na ogół ludzie grzeją wodę w czajnikach i myją się w miskach, a ja odkryłam inny sposób. Napisałam, że odkryłam a to żadne odkrycie, opiekunki ten sposób mycia stosują od lat. Kiedyś, z wielkim oburzeniem, zwróciła się do mnie pani mieszkająca w pokoju dwuosobowym z drugą leżącą osobą i gniewnym głosem wykrzykiwała – czy pani wie, że opiekunki moją sąsiadkę ciągle myją jakąś chemią, jakąś pianką. Musi pani o tym napisać w swoim blogu. Ponieważ zupełnie nie wiedziałam jak to mycie wygląda postanowiłam zamówić sobie taką piankę i wypróbować. Do nas takie akcesoria trafiają raz w miesiącu tak więc musiałam poczekać, czekałam kilka miesięcy ponieważ tę piankę przekazano komuś innemu pomimo, że pieniążki za nią to potrącono z mojego depozytu i to bardzo szybko. ale ową pianką zachwyciłam się od razu. To takie cztery w jednym – nie potrzebna woda, mydło, ani ręcznik ani krem. Ta pianka zastępuje wszystko. Po pierwszej próbie stosuję tą piankę systematycznie raz w tygodniu. Są dni, że człowiek gorzej się czuje i nie jest w stanie stać pod prysznicem, są dni leniwe, albo kiedy po prostu nie ma wody wówczas taka pianka to cud. Polecam.

W czwartek, czyli wczoraj, miało miejsce spotkanie pani dyrektor z mieszkańcami. Pani dyrektor oznajmiła nam, że w tym roku mamy obiecane pieniądze na windę. Ten rok dopiero się zaczął, tak więc długo będziemy czekać. Poza tym obiecanki są na jedną windę, a psują się trzy. N.p. dzisiaj posiedziałam sobie w zepsutej windzie 15 min. to jest bardzo długo. To pewnie była odpowiedź na moje wpisy o windzie.

Poruszono również sprawę ewentualnej zamiany pokoju, jeśli ktoś by chciał takiej zamiany dokonać to tym zajmuje się pani kierownik socjalna. Od razu przypomniałam jak pomiatano ludźmi przesuwając ich z pokoju do pokoju i to po kilka razy i to zawsze wbrew ich woli. Np. Grzesiu, Witek, Tamara, nawet prawa ręka dyrekcji w podpisywaniu wszystkich świństw, czyli nieżyjąca już pani NIKT przed śmiercią była przenoszona z pokoju do pokoju, pewnie ciągle czegoś szukano, czegoś co było w jej posiadaniu, niczym innym takiego procederu wytłumaczyć nie można. To przenoszenie musiało dawać satysfakcję dyrekcji w pomiataniu ludźmi. A teraz, proszę bardzo, pełna kultura – jeśli ktoś miałby życzenie to je spełnimy.

Na pytanie po co pracownicy przychodzą do pracy na godzinę 7. 30 skoro pracę rozpoczynają o godzinie 9. 00 jak usłyszałam odpowiedź pani dyrektor to myślałam, że spadnę z krzesła – no przecież muszą zjeść śniadanie, muszą się przebrać. Tak rozpoczynają pracę tylko ci, którzy mają fory u pani dyrektor. Za moich czasów takie rozpoczynanie pracy było nie do pomyślenia. Śniadania jadłam w domu nie w pracy. Do pracy byłam gotowa zawsze 5 minut przed czasem, do pracy nie do śniadania.

Dość głupi temat poruszyła jedna z mieszkanek, chyba po prostu chciała coś powiedzieć, otóż zasugerowała żeby stoły w stołówce były przykryte obrusami. Odpowiedziałam na głos, a mój głos jest słyszalny w każdym zakątku, – że wszelkie propozycje powinny być związane z oszczędnością nie z rozrzutnością. Przecież takie obrusy trzeba by było codziennie prać. Pani dyrektor mnie poparła i temat zakończono.

I jak zwykle na każdym zebraniu zostaje poruszony temat utworzenia Samorządu Mieszkańców i jak zwykle zachęta do tego brzmi bardzo zniechęcająco. Tak więc dość butnie, wszem i wobec, przypomniałam ostatnie wybory do Samorządu, które miały miejsce ponad 10 lat temu. Ówczesna pani kierownik socjalna pozwoziła na salę kogo się da, najczęściej tych którzy nie bardzo wiedzieli o co chodzi, do nich plus słynne chórzystki, i chodząc razem z obecną panią dyrektor od osoby do osoby wypełniały za nich arkusze wyborcze. Przecież musiała wygrać pani NIKT a reszta nie ważna, ona sobie z każdym poradziła. Teraz nie mają odwagi na takie zachowania, a Samorząd nie wybrany przez naszą wierchuszkę, nie wchodzi w grę. Powiedziałam, że ja startować do Samorządu nie będę, mogą śmiało wybierać, ale sprawdzać czynności Samorządu będę i mam do tego pełne prawo.

Zupełnie z innej beczki. Chyba będę musiała zrezygnować z depozytu finansowego w naszej księgowości, ponieważ odkryłam w nim zbyt dużo pomyłek. Poprosiłam o wykaz roczny swoich operacji finansowych okazało się, że nie tylko są pomyłki związane z jednakowym nazwiskiem ( zawsze na moją niekorzyść ), to jeszcze są potrącenia za leki, a za leki zawsze płacę osobiście. W tym wypadku to nie wina księgowości, ktoś wystawia zlecenia na potrącenia za leki. Pomyłki związane z nazwiskiem szybko zostały naprawione niestety za leki pieniądze przepadły, nie jestem w stanie niczego udowodnić. Trochę mi szkoda, bo taki depozyt to wygoda, nie dość, że pod ręką to jeszcze doliczane są odsetki. Pomyślę jeszcze, może wystarczy bardzo dokładne sprawdzanie każdej operacji. po prostu trzeba trzymać rękę na pulsie. Ale przecież kiedyś zabraknie mi rozumu i nie wyczuję pulsu. Jest wiele osób które nie są w stanie myśleć, to co z ich finansami, Bóg raczy wiedzieć. Chyba te ciągłe przynoszenie do mnie nie moich leków było związane z potrąceniami za nie z mojego depozytu. Nawet ja, przez te wszystkie lata, nie zaskoczyłam co jest grane. Myślałam, że to pomyłka w roznoszeniu a to skutki wcześniejszej odpłatności. Nie dziwię się, że ludzie nie mają zaufania do depozytów jeśli z nich można ot tak potrącić za co się chce. I tu Samorząd miałby pole do popisu.

I to byłoby na tyle – NARA !!

W poszukiwaniu wczorajszego dnia.

W tym dniu, w którym wybrałam się do Prezydenta winda została zreperowana, tak więc dopisałam tę informację Prezydentowi na zasadzie – tydzień, dwa i na pewno któraś winda zepsuje się. Minęło tylko 4 dni i zepsuła się następna winda, a za tydzień, czyli 11 stycznia zepsuła się ta naprawiana przez dwa miesiące. Już nie umiemy się cieszyć sprawnymi windami. bo to nie na długo, a przede wszystkim boimy się, że utkniemy w nieczynnej windzie. Dzisiaj – 13 stycznia, korzystając z windy przyjechało na nasze śpiewanie pięć osób, niestety nie było jak wrócić po śpiewaniu do pokojów, winda zepsuła się. Nie wiem czy Prezydenta zainteresują nasze windowe problemy, ale wiem, że powinny, dlatego poinformować musiałam. Jeśli Prezydent nic nie zrobi poczekam do wyborów i jak nowy Prezydent okrzepnie wrócę do tematu. Według moich obliczeń jak poprzesuwa się pracowników po pokojach odpowiednio, to pomimo iż, zostałyby sprzedane dwa mieszkania to można by jeszcze zwiększyć ilość miejsc dla podopiecznych, o 6 miejsc a to daje 6 x 5600 zł miesięcznie . także byłby czysty zysk – trzy nowe windy, oszczędność w utrzymaniu mieszkań i dodatkowy zysk z większej liczby podopiecznych. Ale czy naszą dyrekcję to interesuje?

Wreszcie koniec ze świętami. Jeszcze raz nasza śpiewająca sobota kolidowała z kościelną- Święto Trzech Króli. Mnie to nie przeszkadzało, wiedziałam, że kilka osób śpiewających ubędzie ale obiecałam, że o godzinie 10 w każdą sobotę będę do dyspozycji lubiących śpiewać i słowa dotrzymuję. W końcu nie wszyscy muszą chodzić do Kościoła. Pan NIKT w walce ze mną postanowił założyć śpiewającą konkurencję, oczywiście kościelną. Założył kwartet męski, który po trzech ” występach ” rozpadł się. Franuś – najwierniejszy śpiewak trafił do szpitala, Andrzej wybrał nasze śpiewające harce, a jak trzeci z panów zgłosił swoją rezygnację z kościelnego śpiewania to spotkała go ze strony pana NIKT ostra reprymenda. tak że wolał wycofać swoją rezygnację. Pan Nikt nie przebiera w środkach może uprzykrzyć życie. Szkoda, że to się rozpadło, bo śpiewali nie najgorzej. Pan NIKT z tej wściekłości pozrywał nasze afisze przypominające o spotkaniu i powrzucał je do kosza. Ze złości to tak mu buzowały narządy wewnętrzne, że w stołówce nie mogłam przy nim wysiedzieć, nasze stoliki sąsiadują ze sobą. A może robił to z premedytacją- profesor samozwaniec. Nie na darmo mówi się, że ludzie na starość dziecinnieją. Nawet bez afiszy przypominających mamy swoich fanów, my sobotni śpiewający. Szkoda tylko, że pamięć nam ucieka i refleks już nie ten. Którejś soboty, na nasze spotkanie trafił pan Jan. Trafił przez przypadek, ale bardzo mu się podobało i poprosił mnie żebym mu przypominała o tych spotkaniach; tak więc w następną sobotę, 15 minut przed spotkaniem zapukałam do drzwi owego pana i przypomniałam głośno – panie Janie śpiewanie. Pan Jan nie przyszedł, nie mógł nas znaleźć, a że refleks już nie ten to zaczął nas szukać z piętnastogodzinnym opóźnieniem – czyli w środku nocy. Błądzącego po korytarzach spotkała dyżurująca opiekunka, chciała zaprowadzić do pokoju, nie dał się, on szuka tych co śpiewają. Opiekunka nie bardzo wiedziała o co chodzi. Żadnych śpiewów słychać nie było, dopiero skończyła obchód i niczego nie słyszała, ale pan Jan uparł się, że musi znaleźć – jak trza to trza. Nie wiedziała czy ma szukać śpiewających bo nie dają mu spać, czy chce z nimi śpiewać. Po dłuższych bezowocnych poszukiwaniach, pan Janek pozwolił się zaprowadzić do pokoju.

Pomalutku, bez pośpiechu wszyscy zaczniemy szukać wczorajszego dnia.

Ja tylko ciągle narzekam na rządzących, jednak mimo wszystko pobyt w naszym Domu doceniam zwłaszcza w te mrozy, ale i w upały również. Teraz jak widzę zmarzniętych ludzi biegnących ulicą, chociażby do sklepu po chleb to cieszę się, że ja nie muszę. Jestem w miejscu gdzie jest cieplutko, czyściutko i smacznie. Budzę się w ciepłym pokoju. Idę pod prysznic gdzie jest zawsze ciepła woda.( Powiedzmy, że nie zawsze, czasem jej nie ma np. dzisiaj, ale nic to ). Nie muszę się spieszyć z ubieraniem bo jest cieplutko. Tylko te windy uprzykrzają życie, bo jak już po wszystkim chcesz się dostać do stołówki na pyszne śniadanko, to uświadamiasz sobie, że nie każdy może do niej dojść. Są też pokoje w których trzeba się dogrzewać piecykami, to ten nieszczęsny nowy pawilon, w którym w tej chwili jest nie do wytrzymania – lodówka. Luksusów nie ma ale ogólnie może być.

I to byłoby na tyle –NARA !

WINDY

Wszystko pięknie, ładnie, możecie celebrować święta, ale kto może ten może. U nas z tą celebrą jest gorzej i to niestety przez ciągle psujące się windy. Ludzie zamiast świętować wściekają się ponieważ są odcięci od ” świata „, a mnie szlak trafia, że dyrekcja naszego DPS nie znajduje sposobu na wymianę wind i to już od lat. Na ciągłe ich naprawy wydaje grube tysiące, a windy psują się ustawicznie i na przemiennie, a cały ciężar tych zepsutych wind spada na opiekunów, pokojowe i na uwięzionych mieszkańców, którzy poza swoim pokoikiem nie mogą korzystać z niczego. I to mają być spokojne święta. To ma być ten luksus którym się chwali w internecie nasza dyrekcja. Mieszkańcy uwięzieni a opiekunowie biegają po schodach tam i z powrotem. Pisałam o roznoszeniu pojedynczych posiłków trzy razy dziennie, biegając po schodach, ale to przecież nie wszystko. Po posiłkach trzeba zebrać naczynia i zanieść je piętro wyżej. Trzeba wnieść całe wielkie kosze brudnej bielizny i znieść bieliznę czystą. A jak mieszkaniec jeżdżący na wózku chce skorzystać z rehabilitacji czy z wizyty u lekarza – to trzeba się spiąć i delikwenta razem z tym wózkiem wnieść po schodach, albo ciepło ubrać i siebie i podopiecznego żeby objeżdżając podwórze dostać się do budynku, Niestety , przez podwórze można tylko wtedy kiedy nie jest ślisko, kiedy nic nie pada bo trzeba wspiąć się pod stromą górę. Na czterdziestu podopiecznych są dwie opiekunki, wyobrażacie to sobie, a ta harówka bez wind to jest taki specjalny dodatek do codziennych licznych obowiązków. Podopieczny na ogół nie prosi o nic ponieważ jest skrępowany, że musi jeszcze i on obciążać kręgosłupy, nogi i ręce i tak spracowanych ludzi. Czuje się jak więzień tak więc prosi jak już nie wyrabia w tym uwięzieniu. A co na to Dyrekcja – nic, im windy nie potrzebne, jeszcze chodzą po schodach, a my już nie. Ci którzy jeszcze potrafili podejść kilka schodków, po tak długim czasie zepsutych wind ( już prawie dwa miesiące) przestają chodzić. Kolana wysiadły. Ciekawa jestem czy Prezydent Miasta wie cokolwiek o naszych problemach i czy myślał jak je rozwiązać.

A oto mój pomysł na rozwiązanie odwiecznego problemu wind; plan na zdobycie pieniędzy na zakup trzech nowych wind, które posłużą nam przez następnych trzydzieści a może i więcej lat. Nie na darmo pisałam, i to kilkukrotnie o bezsensownym wykorzystywaniu co najmniej pięciu pomieszczeń, które na ogół bywają zamknięte. Do każdej czynności potrzebne jest myślenie, tak więc proponuję wrócić do punktu wyjścia i wykorzystywania pokoi sprzed trzynastu lat, czyli – Jedna pracownia wystarczy i do klejenia i do lepienia. Przecież jedna grupa ludzi – ( 4 osoby ) pracuje od godz. 9 do 10, 30 a druga, również czteroosobowa, pracuje od 14 do 15,30 i to tylko dwa razy w tygodniu. Wszelkie zajęcia z których korzysta większa grupa osób powinny odbywać się tak jak kiedyś w sali widowiskowej a biblioteka , która teraz jest wiecznie zamknięta, powinna otwierać swoje drzwi codziennie i służyć do spotkań z mniejszą grupką osób. Tak było przez ponad 30 lat. a z zajęć korzystało po 20 osób nie po 4 osoby. Naszą administrację, kierowcę i behapowca powinno się przenieść do tych nie wykorzystanych pokoi a ich pomieszczenia plus hotel z którego nikt nie korzysta, przygotować do sprzedaży jako dwa mieszkania. Przypominam, że administracja zajmuje dwa pokoje z kuchnią i łazienką i hotel tak samo. Na hotel też znajdzie się miejsce w budynku. Tylko trzeba myśleć. Te dwa mieszkania mają oddzielne wejście. Trzeba by było tylko postawić ściankę zasłaniającą śmietnik, który znajduje się w pobliżu wejścia do budynku. Można to zrobić po sprzedaży już tych mieszkań bez narzekania, że nie ma na to pieniędzy. Po sprzedaniu tych lokali Gmina byłaby odciążona finansowo za ich utrzymanie. Wiem, że uznacie to moje pisanie za mrzonki, ale najpierw będzie szok, co to ja wygaduję, ale jak się weźmie wszystkie za i przeciw, to jednak warto sprawę przemyśleć i to jak najszybciej. Nie można oszukiwać potencjalnych przyszłych mieszkańców naszego DPSu, że u nas jest luksus i brać ze ten luksus niebotyczne pieniądze. Luksusu brak i będzie coraz gorzej jeśli nie będzie się myślało po gospodarsku. Po co trzem paniom terapeutkom aż osiem pokoi, które na ogół są zamknięte. Do tej pory jest tylko łatanina, żadnych planów z sensem. Trzeba spotykać się z ludźmi i rozmawiać o problemach a nie słuchać pochlebców i delektować się swoją pensją i stanowiskiem. Ludzie idą na spotkanie z panią dyrektor a organizatorka spotkania zastrzega – tylko żadnych problemów proszę nie poruszać. Bo z panią dyrektor można rozmawiać tylko o niczym, ot tak przelewać z pustego w próżne.

Ps. Tego samego dnia w którym opublikowałam wpis – windy – zaniosłam pismo do Prezydenta z prośbą żeby ten wpis przeczytał. Chciałabym żeby potraktował mnie poważnie, tak jak przed laty – podejście Prezydenta wówczas opisałam we wpisach z 2017. Później Pan Prezydent traktował mnie jak wroga. Ciekawa jestem jak potraktuje mnie teraz. A ja, przez to walenie mi w łeb – psychicznie, okrzepłam. Na zasadzie – co cię nie zabije to cię wzmocni.

I to byłoby na tyle. NARA!

Jutro Sylwester

Jakie to szczęście mieć kogoś na kim można polegać. Ostatnio tak mi się trafia. Od razu dziękuję komuś podpisującemu się ” Ja ” za podzielanie moich opinii odnośnie lektur. Na ogół jestem inna i nie zrozumiała, a od lat, czyli odkąd zamieszkałam w DPSie to już stało się moim kompleksem. Dwunastoletnia negacja zrobiła swoje. Czasem boję się nawet przyznawać do tego co czytam, o czym piszę i co o tym czy tamtym myślę, dlatego właśnie piszę bloga, ponieważ tu mogę robić co chcę. W każdym razie bardzo dziękuję za tytuły lektur. Do biblioteki wybrałam się już w środę i to sama osobiście żeby nie było, że coś wyszło nie tak. Mam wszystkie wymienione tytuły i zaczytuję się wybuchając śmiechem od czasu do czasu. Jak wspomniałam – trafia mi się ostatnio spotykać fajnych ludzi. Pani, z którą prowadzę sobotnie śpiewania okazała się osobą na której można polegać, która mnie dopinguje i niebywale zachęca do działania. Czyni to swoją postawą do życia, do codzienności. Jest to osoba z racji swojej niepełnosprawności zupełnie uzależniona od innych. Jakim cudem podporządkowuje sobie ludzi to zupełnie nie rozumiem. Mnie podporządkowała całkowicie. Kilka razy chciałam postąpić inaczej, nie da się, ona delikatnie wymusi takie a nie inne postępowanie. A że sama jest osobą ambitną i słowną to zasługuje na podziw i szacunek. Ona nie wychodząc z pokoju załatwi wszystko. Ja od niej słyszę – ty nie kręć nosem tylko ; doceń fakt, że za tobą ludzie chodzą. Jak ci ludzie na ciebie patrzą jak śpiewasz, jak się czują dumni, że mogą śpiewać z tobą , doceń to i bądź im wdzięczna, ja byłabym na pewno. A że nie potrafią, – nic to. Fakt, do tej pory ceniłam tylko talenty. Uważałam, że jeśli nie potrafisz, to nie zabieraj się za to. A ludzie chcą chociaż nie potrafią. Nareszcie godzę się z tym. Moją dewizą było, że w różnych konkursach czy w jakiejkolwiek rywalizacji, jeśli wiesz, że nie zajmiesz pierwszego miejsca, to nie zawracaj sobie głowy. Wiedziałam i rozumiałam, że może coś wyjść nie tak, że marzenia o pierwszym miejscu mogą spaść kilka pozycji niżej, ale brać udział w czymś z góry zakładając – co tam grunt, że będę, to jest nie do pomyślenia. Dzisiaj wiem, że takie uczestnictwo też jest potrzebne, to zdobywanie szlifów, przecieranie szlaków. Ale prababcia jak zwykle żeby cokolwiek zrozumieć potrzebuje ponad półwieku przemyśleń. Nigdy nie widziałam co dzieje się dookoła mnie. Dzisiaj, oglądając telewizję ze zgorszeniem patrzę na różne umizgi kobiet do mężczyzn, czy to do mężów swoich czy po prostu do płci przeciwnej. Nigdy, do nikogo nie przymilałam się, nie kokietowałam , nie mizdrzyłam się. I dopiero po ponad pięćdziesięciu latach dotarło do mnie, że mój mąż miał prawo być zazdrosny, wściekły, gotów mnie rozszarpać. Widział mnie na scenie gdzie dawałam upust wszelkim odcieniom uczuć i widział mnie w domu nijaką. Owszem, rzetelną, obowiązkową, dbającą o wszystko co zostało mi powierzone, ale bez tkliwości, bez wylewności. Nie na darmo mówi się, żeby człowiek za młodu miał ten rozum który ma na starość życie byłoby piękniejsze. Pewnie nie trzasnęłabym pozwem rozwodowym tylko postarałabym się jakoś to wszystko poukładać. A tak, to w samotności pisałam już w ubiegłym wieku:

Który to już rok samotną ją wita, prawie każdy styczeń , albo czekać kazał, albo lód przykładał na serce zbolałe. Żaden nie kołysał choć jemu śpiewała.

Oni mówią – ona przetańczyła wszystkie, prześpiewała wszystkie, sylwestrowe bale, a ona czekała z sercem gorejącym, że może ktoś, kiedyś zaprosi na galę.

Serce stygło w miarę jak lat przybywało. W Sylwestra tańczyła dwa razy, nie więcej. Wyśpiewała wszystko dla innych nie sobie, w tej jednej z tysiąca tytułów piosence:

O dobrej miłości – chyba w A- mol było. O tym, że jej gorzko w G- molu śpiewała, a w Czumbalalajkę tak bardzo wierzyła, że do Portofino za chłopcem pognała. Tam Una pertutta była dla każdego, a serce swe tutaj zgubiła na śniegu, w piosence jedynie w C- molu śpiewanej, bo przeżyć tę miłość nie było jej dane. Jak tango zazdrości zaśpiewała z ikrą to wszyscy truchleli wpatrzeni i milkli. Bo śpiewała wszystkim, wszystkim zazdrościła, słuchało ją wielu a samotną była.

I dalej mówili – ona przetańczyła wszystkie, prześpiewała wszystkie sylwestrowe bale. Kochało ją wielu, a ona ich…

Z NOWYM ROKIEM wszystkiego co najlepsze, co Wam tylko chodzi po głowie niech się spełni, tego życzy prababcia . NARA!