Psychologia.

Od 27 listopada mamy w Rządzie nowego Rzecznika Praw Dziecka, to Monika Horna Cieślak. Pięknie mówiła o swoich dotychczasowych dokonaniach w pracy z dziećmi i młodzieżą i o planach na przyszłość. Mówiła między innymi o konieczności zatrudnienia w każdej szkole psychologa. Mówiła to tak jakby miała stuprocentową pewność, że dobry psycholog zażegnałby wielu nieszczęściom naszych dzieciaków. Dodam od siebie – dobry psycholog czy dobry psychiatra – skąd ich brać; nie chodzi o to że jest ich mało ogólnie, tylko że dobrych, oddanych sprawie jest jak na lekarstwo. Nie raz oglądaliśmy programy telewizyjne jak okrutni potrafią być psychiatrzy w szpitalach dziecięcych. Jak działają psycholodzy w Domach Dziecka, serce się kroi z żalu nad tymi dziećmi, a takich psychiatrów i psychologów niestety jest bardzo wielu. Ich wszystkich wytępiłabym jak zarazę. Przechodząc do swojego podwórka, czyli do naszego DPSu poznałam tu u nas dwie psycholożki. Tak jedna jak i druga zbłaźniły się w moich oczach. Przyszły do mnie ale wyraźnie w imieniu dyrekcji żeby mnie przerobić na ich modłę. Pierwszą poznałam jak jeszcze prowadziłam Radio. Zbliżały się wybory do Samorządu Mieszkańców, notabene już wcześniej ustalono kto ma być wybrany do tego Samorządu niby mieszkańców. Idąc korytarzem spotkałam p. dyrektor i p. psycholog, które poinformowały mnie, że właśnie szły do mnie. To może usiądziemy tu na korytarzu i porozmawiamy – zaproponowała p. dyrektor. Wzięły mnie w środek, ale to było wyraźne wzięcie w dwa ognie, i zaczęły tłumaczyć co mam mówić w swoim programie radiowym na temat wyborów – najlepiej nic. Przypomniałam paniom, że ja prowadzę programy muzyczne i tylko jako dodatek jedna z pań powie wiersz o szlachetności charakterów a ja dodam tylko, że właśnie takich szlachetnych ludzi w poniedziałek będziemy, mam nadzieję wybierać do Samorządu. Obie panie aż krzyknęły – nie proszę tego tematu nie poruszać. To. że dyrektorka chciała mieć ludzi z Samorządu pod swoje zamierzenia – to rozumiem, dla mnie każdy dyrektor to nie człowiek, no powiedzmy prawie każdy, ale żeby pani psycholog – strażniczka moralności i zdrowej psychiki – tak się zachowała to wstyd. Niestety ” kiedy przemawia złoto elokwencja jest bezsilna. To samo, w stu procentach, odnosi się do naszego psychiatry. Drugą p. psycholog poznałam równie w nieciekawych okolicznościach. Opisywałam ich wizyty u mnie na swoim blogu. Przyszła do mnie ze skruszoną miną, taką niby mnie współczującą, a w rzeczywistości przysłano ją do wybadania – co ja na to, że moja ulubiona pracownica została zwolniona z pracy. Rozmowę zaczęła – „współczuję pani, taka strata panią spotkała „. Ja zaczęłam przelatywać myślami co to mnie takiego i kiedy spotkało. Do głowy mi przyszła utrata mojego psa 6 lat wcześniej, nic innego nie przyszło mi do głowy. Patrzę na nią pytająco, a ona na to – no, Anię zwolniono z pracy. To strata dla naszego DPS u i dla bardzo wielu mieszkańców nie tylko dla mnie – powiedziałam. Przyszła do nas nowicjuszka w zawodzie a zwolniono fachowca bardzo chętnego do pracy. Mnie jest po prostu wstyd, ponieważ dobrze wiedziałam, że zwolniono ją żeby zrobić przykrość dla mnie, a ta wizyta tylko to potwierdziła. Innym razem, ta sama psycholog, puka do drzwi i cała w skowronkach oznajmia – przyprowadziłam pani gościa. Moim zdaniem to był potworny niewypał ze strony p. psycholog. Jesteśmy starymi i chorymi ludźmi i różnie z nami bywa, najpierw należało się upewnić czy ja chcę przyjmować gości. Przyprowadziła do mnie faceta z którym ostatni raz rozmawiałam 50 lat temu. Z którym jak mijałam się na ulicy to przez 50 lat nie mówił mi dzień dobry. Jak by wcześniej spytała mnie czy chcę go widzieć powiedziałabym, że nie, nie znam gościa. I to są wykształceni ludzie, którzy mają za zadanie kierować naszą psychiką. A jeśli chodzi o dzieci to wręcz tę psychikę formować. To jest po prostu kpina. Najpierw trzeba by dobrze przetrzepać psychikę tych psychologów a później pozwolić im zbliżyć się do dzieci.

To byłoby na tyle – NARA !

Starcie drugie.

Po nie udanym pojedynku ze mną, pan NIKT postanowił się odgryźć, a gdzie czuje się jak wielkorządca ? – wiadomo w kościele. Któregoś dnia spotkałam na korytarzu panią która ni z tego ni z owego, zaprosiła mnie na mszę do naszego kościółka. To zaproszenie brzmiało bardzo poważnie to ze śmiechem spytałam czy mogę przyjść z osobą towarzyszącą. Owa pani szybciutko zaskoczyła, że to zaproszenie wzięłam za żart i już z uśmiechem dodała, że bardzo prosi żebym przyszła bo będzie to msza za jej rodzinę, a pani tak pięknie śpiewa – dodała. Tak więc odmówić nie wypadało i razem z Krysią stawiłam się w kościele. Wjechałam Krysinym wózkiem aż tu pan NIKT natychmiast ten wózek ode mnie przejął i ustawił go według swojego widzi mi się. Porządek musi być. Usiadłam w kąciku za filarem a za chwilę dosiadła się pani która mnie na tę mszę zaprosiła. Z powagą wysłuchałam Słowa Bożego i z przerażeniem je skomentowałam jednym zdaniem, na ucho pani przy której siedziałam. Powiedziałam tylko – Boże jakie to niesprawiedliwe, krzywdzić nieporadnego człowieka. Owa pani podjęła temat i dodała, że jest tego samego zdania. Pan NIKT musiał mieć swoje ucho nastawione na mnie bo natychmiast znalazł się przy nas i zaczął mnie besztać, że jeśli nie umiem zachować się w kościele to powinnam wyjść i pokazał mi gdzie są drzwi. Spojrzałam na niego z ironicznym uśmiechem, owa pani również. Pan NIKT odszedł. Nie wiem czy poczuł się zwycięzcą czy przegranym. Ja podczas tej mszy upewniłam się, że do naszego kościoła chodzić nie warto, nie ze względu na pana NIKT bo on mi wisi i powiewa ale z powodu nudy. Msza była potwornie nudna. Ksiądz podczas kazania chyba usypia sam i usypia innych. Od czasu do czasu powie coś głośniej a za chwilę nic go nie słychać. Pod koniec mszy były wypominki za zmarłych. Wymienionych zostało chyba kilkuset zmarłych, ( Krysia pytała z przerażeniem – czy on pozbierał tych zmarłych z całego województwa ), w każdym razie 6 razy po kilkadziesiąt, tak jak różaniec. To był koszmar, nuda i nijakość. Nie wiem czy ktokolwiek czuł się usatysfakcjonowany tempem wymiany imion i nazwisk zmarłych bo to była maszynka mieląca te nazwiska. W każdym razie po wyjściu z kościoła pani która mnie zaprosiła przepraszała za te nudy, ja przepraszałam swoją osobę towarzyszącą i obie postanowiłyśmy, że kościół będzie najwyżej raz na rok albo i to nie. Żeby taki młody ksiądz był aż tak nudny, to nieprawdopodobne – stwierdziła Krysia. Na zakończenie mszy okazało się, że panują w naszej kaplicy dziwne zwyczaje, otóż jedna z pań obchodziła urodziny i w związku z tym postanowiła ugościć zebranych ptasim mleczkiem. Częstowaniem zajął się pan NIKT i ksiądz. Już wyjeżdżałam z wózkiem Krysi jak podbiegł do nas pan NIKT i poczęstował demonstracyjnie tylko Krysię. Zobaczył to ksiądz i natychmiast podszedł do mnie z poczęstunkiem. No czyż nie dziecinada ? Mina księdza była bardzo wymowna, przepraszająca za nietakt pana NIKT i wdzięczna, że przyszłam do kościoła. Zrobiło mi się głupio. Przed chwilą postanawiałam z Krysią, że do naszego kościoła chodzić nie będę a patrząc na księdza minę, chyba jednak będę. Ta jego mina przepraszająco, błagająca – przychodź do nas.

Dostałam dwa komentarze dotyczące naszego życia w DPS, – jeden dotyczył gimnastyki, a drugi tego mojego szczęścia i niby braku rozumu obu pań dyrektorek. Zarzucacie mi, że nie tak dawno chwaliłam Asię – fizjoterapeutkę a teraz ją ganię. Przyznaję, że całkowicie zmieniłam zdanie o Asi. Albo zbyt szybko się zestarzała, albo przy niej misi być ktoś kto ją mobilizuje do pracy bo sama z siebie to już ona nic nie daje. Najchętniej siedzi w kantorku a ludzie ” zainstalowani ” do różnych urządzeń ćwiczą albo i nie, Ją to nie interesuje. Gimnastyka ogólna nie obchodzi ją, to jest dla niej zło konieczne. Ona nie zachęca do niej tylko wręcz odwrotnie zniechęca. Także oficjalnie informuję – tak jak przyszłam do naszego DPS w roku 2001 ze względu na gimnastykę prowadzoną przez Ninę i Olę, tak teraz po 22 latach ćwiczyć nie będę, chyba że dyrekcja zatrudni kogoś pełnego zapału do pracy.

Drugi temat wyrażał oburzenie, że podejrzewałam o brak mądrości w obu paniach dyrektorkach, – to z wpisu szczęście. Ponieważ obie panie dyrektorki nękały mnie przez całe lata, jedna strasząc sądem za prowadzenie bloga. Obie skarżyły na mnie do Prezydenta Miasta a Prezydent w odwecie straszył mnie zamiast ich. Chociaż poprzednią to trochę postraszył a obecnej to chyba sam się boi. Cały czas byłam pewna, że panie dyrektorki nękają mnie faktycznie za tego mojego bloga, więc wystarczyłoby wysilić trochę móżdżek i dać prababci pole do popisu i sprawa byłaby załatwiona. I na tej właśnie podstawie zakładałam, że rozumu brak, skoro nie wpadły na ten pomysł. Ale one nękały mnie dla samego nękania tak więc olałam owe panie i bloga prowadzę już 7 lat a dyrekcji chyba obrzydło nękanie, nie wiem.

Nasza śpiewająca sobota hula na całego. Dzisiaj była pełna sala chętnych do śpiewania.

NARA !

Sobotnie śpiewania.

Podczas naszego sobotniego śpiewania doszło do pewnego incydentu ze strony pana NIKT. Świadomość, że ja coś robię i to z grupą ludzi, wstrząsnęła nim dogłębnie i postanowił pokazać mi co ja znaczę wobec niego – nic. W kościele musiało być mniej ludzi niż się spodziewano a na tablicy ogłoszeń widniał afisz informujący o naszym śpiewającym spotkaniu, także pan NIKT wparował na salę widowiskową i od progu, podniesionym głosem zabełkotał – w kościele jest uroczysta msza z okazji Dnia Niepodległości a państwo tu, jak gdyby nigdy nic, śpiewają sobie. Zapraszam ze mną do kościoła. Ale to zapraszam zabrzmiało jak żądanie natychmiastowego pójścia z nim. Ponieważ nikt nawet nie drgnął, ponowił swój apel, ze zdziwieniem w głosie, że jak to tak, nie pójdziecie za mną. Odpowiedziałam mu swoim mocnym głosem z super dykcją – idź waść wstydu oszczędź. Do mnie dołączył jeden z panów i pan NIKT wyszedł. To był pojedynek ze mną, który przegrał. Broń Boże nie chciałam niczego zrobić wbrew kościołowi. Jeszcze w piątek pytałam pracowników – czy jutro coś będzie się działo w związku ze świętem niepodległości, od każdego słyszałam jednakową odpowiedź – nie, nic nie będzie się działo. Poszłam do terapeutki od rozrywki i swoją rozmowę zaczęłam od słów: mam do pani kilka pytań, ale wszystko zależy od odpowiedzi na pytanie pierwsze – czy jutro będzie coś w związku z dniem niepodległości. Musiałam się upewnić, bo na prawdę nie chciało mi się wierzyć, że w takie święto nie będzie żadnego akcentu na tę okoliczność. Odpowiedź brzmiała nie. Co roku to właśnie w kościele obchodzono święta narodowe a w tym roku nic ? W sumie ucieszyłam się, że coś zrobię i z czystym sumieniem przystąpiłam do działania, a tu zderzenie z panem NIKT. Cieszę się, że pan NIKT dostał po nosie, ma na swoim punkcie przewrócone w głowie.

W dzisiejszą sobotę – 18 XI, śpiewanie przeszło bez zakłóceń. Wydarzyła się jednak ciekawostka biologiczna – pan, który w ubiegłym tygodniu uroczyście obchodził wkroczenie w setną rocznicę swoich urodzin, pokazał nam jak się należy bawić – prosił nasze panie do tańca i śpiewał razem z nami. Jak dodam do tego, że to jest elegancki pan który może się podobać to tylko pozazdrościć takiego samopoczucia. Na prośbę opiekunek musiałam zmienić czas naszych spotkań, ponieważ są osoby chętne do skorzystania ze śpiewających spotkań ale osoby te trzeba przygotować do wyjścia i ewentualnie przywieźć na salę, a opiekunki niestety nie wyrabiają się z robotą – w sobotę jest jedna opiekunka na średnio 30 – 40 osób.

I to byłoby tyle – NARA!

Szczęście !

Każdy ma jakiś pogląd na to swoje szczęście, jeden chce więcej drugi mniej. Oczywiście te zachcianki i odczucia szczęścia zależą od sytuacji, samopoczucia, a przede wszystkim od wieku. Jeśli chodzi o mnie to aż sama się dziwię, że mnie do szczęścia brakowała tylko tycia iskierka – możliwość zrobienia czegokolwiek dla innych artystycznie. Np. przygotowanie spotkania ze śpiewem. To śpiewanie miało miejsce w sobotę a już na kilka dni przed tą sobotą i na bardzo długo jeszcze po, byłam szczęśliwa. Coś jednak z mądrości miały obie dyrektorki naszego DPSu choć ja sądziłam, że nic a nic; no bo jak można stawać do walki z osobą znacznie słabszą od siebie, samotną i zupełnie bezbronną, mając za sobą cały sztab ludzi, przecież to wstyd; a jeszcze z nią przegrać to już kompromitacja na całego, ale tak bardzo chciały mnie zgnębić, że łapały się wszystkiego a w pierwszym rzędzie odcięły mnie od jakiejkolwiek działalności. Dobrze wiedziały, że jak coś robię to z wielką starannością. Tym razem, o dziwo, od pomysłu do jego realizacji, wszystko było na tak. Pisałam nie tak dawno, że kilka pań, konkretnie pięć, zechciały się spotkać żeby sobie pośpiewać a ja obiecałam pomoc. Przygotowałam teksty na pendraifie i muzykę do nich na płytach. Do wydruku tekstów i ewentualnej rezerwacji sali zaangażowałam panią Krysię. Nie chciałam żeby to było, że to ja tego chcę, to taka asekuracja jakby zechciano mi odmówić. Owa pani – Krysia wszystko załatwiła i zgłosiła mi wykonanie zadania. A tu afront, dwie panie z pięciu są chore. Zostałyśmy tylko trzy – co robić? Tyle zachodu i klapa ? Trudno, spotkamy się o godz. 10 i będziemy śpiewać przy otwartych drzwiach to może ktoś usłyszy i dołączy. Jest sobota, godzina 9, 30 pukanie do moich drzwi – pani Danusiu, pod salą widowiskową czekają na panią. Miałam klucz od sali, szybko spakowałam komputer, głośniki, płyty i teksty, na chodzik i do przodu. Okazało się, że to śpiewanie było wpisane do raportu dziennego z uwagą żeby pomóc w dotarciu na salę osobom tego wymagającym. Szkoda wielka, że tego wpisu nie zrobiły panie z Działu Socjalnego tylko po prostu jedna z opiekunek która o tym śpiewaniu dowiedziała się pocztą pantoflową, a dobrze wie, że śpiew to terapia. W sumie było nas dwudziestka, która rozśpiewała się na całego. Bezustannie padało sakramentalne pytanie – kiedy znów. Ktoś na głos wyraził swoją opinię – no nareszcie powstała alternatywa dla kościoła. Było kilka osób, które zamiast do kościoła, w którym miał być różaniec przyszły pośpiewać. Nie chcą modląc się czekać na śmierć, a mnie to cieszy, bo bez porównania lepiej jest przejść przez granicę życia śpiewająco. Dzisiaj jest niedziela a ja ciągle słyszę – to była dobra robota, mogłaby pani robić powtórki. No i jestem szczęśliwa. Już szykuję się na dzień niepodległości. Będzie głośno – taka pobudka. Już mam dokładny plan spotkania. Jako że sobota przypada na dzień 11 listopada a jest to dzień powagi i szacunku dla tych którzy polegli walcząc o tę naszą niepodległość, to Jan Pietrzak zacznie, oczywiście po moim wprowadzeniu, od piosenki – Żeby Polska była Polską. Później przypomnę jak powstał HYMN i że będzie jego narodowe śpiewanie o godzinie 12 a my zaśpiewamy ROTĘ, pieśń która rywalizowała w konkursie na pełnienie honorów Hymnu Narodowego z Mazurkiem Dąbrowskiego. Obowiązkowo musi wybrzmieć – Pierwsza Brygada i wspomnienie o mistrzowskiej taktyce wojennej Marszałka Piłsudskiego. Dalej trzy pieśni o wojnie i ułanach, w tym jedna w wykonaniu naszego współmieszkańca, na zasadzie, że śpiewać każdy może. Dalej będziemy śpiewać, do oporu, ludowe piosenki z płyty – Echa Ojczyzny. Te piosenki znają wszyscy także rozśpiewają się na całego.

N A R A !!

Wszyscy Święci balują w niebie,

złoty sypie się kurz… , przy grobach moich najbliższych sypią się złote listeczki z brzozy. Jest ich bardzo dużo bo moje trzy groby rodzinne, są obok siebie i są pod trzema brzozami. Takie miejsce wybrała moja mama jeszcze za życia, a ponieważ wówczas już nie żył mój tatuś i brat, to mama ekshumowała ich w to właśnie miejsce. Każdy grób ma podwójną głębokość, a jeden to nawet potrójną, i te głębokości już są zapełniane; zostało już tylko jedno miejsce dla mnie. Ci Święci balują a my w związku z tym musimy zadbać o wystrój ich grobów, bo jeśli zechcą wpaść w to miejsce, a wpadną na pewno, to ono musi się ładnie prezentować. Jeszcze nie tak dawno przychodziłyśmy my – cztery siostry ze swoimi dziećmi, później wnukami. Jedna z sióstr ciągle mnie denerwowała bo przestawiała kwiaty które ja rozstawiałam tak żeby dawały estetyczny ogólny wygląd trzech grobów, a ona uważała, że jeśli ktoś postawił w to a nie inne miejsce to tak ma być. I to tłumaczyła swojej jedynej córce – nie słuchaj ciotki, ma być tak i tak. Niestety, tymi grobami zajmuje się tylko ta właśnie ciotka. Córka owej siostry nie żyje, nie żyje też jej ukochana wnuczka ( to Marcysia, która prowadziła u nas przez wiele lat sklepik, a zmarła w czasie covidu ) ich groby jak i pozostałych członków mojej rodziny, są zupełnie w innych miejscach. Reszta żyjącej rodziny wpada tylko z wizytą w dzień zaduszny ze zniczem i kwiatkami. Ja respektuję zalecenia mojej siostry odnośnie ustawienia kwiatów i zniczy, niech ma tak jak chciała. A po balu stara ciotka Danka musi to posprzątać. Groby moich najbliższych są już przygotowane na bal. Jest czyściutko i kwieciście. Dobrze, że są znicze które palą się przez pięć dni, takie właśnie kupiłam i zapaliłam już 30 października, bo w to miejsce przyjdę dopiero 10 listopada, żeby przygotować groby, zwłaszcza grób mojego ułana – taty, na Dzień Niepodległości, o którą mój ukochany ułan walczył od 16 roku życia; tydzień później przyjdę żeby wszystko posprzątać. I aż do wiosny.

Po drugiej stronie głównej alejki, nie daleko grobów moich rodziców, jest grób Edzia – lowelasa za życia, bawidamka i podrywacza, zarywającego wszystko co chodzi oprócz zegarków, jak mówiła moja koleżanka o swoim mężu. Piszę o nim dlatego, że Edziu przychodził do nas na pobyt dzienny i tak go właśnie poznałam. Ponieważ i on i ja przychodziliśmy do DPSu z psami, to po obiedzie szliśmy na długi spacer do lasu. Edziuś szybko się zorientował, że dla mnie może być tylko kolegą. Nie pomogły fotografie z Edziusiem pięknym i młodym na plaży czy motocyklu, ani opowiadania jak to łatwo mu szło uwodzenie kobiet. Ale opowiadania o jego podrywach rozbawiały mnie do łez. On opowiadał to z taką szczerością, że ręce opadały. Edziuś był wdowcem, tak że jak szłam na cmentarz to on też szedł ze mną na grób żony. Dziwny to grób, jego żona jest pochowana razem ze swoją siostrą i szwagrem. Oj, coś mi się widzi, że żona nie chciała być pochowana razem z tobą – mówię, tu nie ma miejsca dla ciebie, zgadłam? Zgadłaś. Czyli, że byłeś całe życie takie ladaco-pytam. Byłem. Dla mnie – Edziuś jako kolega był super. Poreperował mi w domu wszystko co tej naprawy wymagało, a nawet , porobił mi tapicerkę na taboretach, jak byłam chora to zabierał mojego psa na spacery, a ja mu w zamian piekłam ciasta; za te dobrodziejstwa Edziuś przedstawiał mi swoje miłosne zdobycze. Dlaczego o tym piszę? Bo przez taką zdobycz pozbył się życia. Na jego pogrzebie ja byłam a jego ostatniej wielkiej miłości nie było. Jak do mnie z NIĄ przyszedł, mnie zamurowało – piękna zadbana kobieta młodsza od niego około 30 lat. Już w przedpokoju mojego mieszkania, dumnie oznajmił – to jest moja ukochana. Oszacowałam ich spojrzeniem i bez pardonu powiedziałam, stańcie oboje przed lustrem i popatrzcie na siebie. Edziuś nie dostrzegł nic nie stosownego. Nie widzisz, że w ogóle do siebie nie pasujecie. Ona czyściutka i jak laleczka śliczna i zadbana a ty przy niej jak niedomyty dziadek, więc nie uwierzę, że to obustronne zauroczenie. Okazało się, że owa pani miała pod opieką czterech takich panów jak Edziuś i męża w zanadrzu. Przychodziła do nich niby do pomocy ale tak potrafiła oczarować, że żaden z panów nie pozwolił jej cokolwiek robić. Panowie wypłacali jej pensje z premiami, zabierali na spacery, do kawiarni. Jak już spoufalenie było znaczne to do ” pracy” zaczęła przychodzić z sześcioletnią córką. Panowie sądzili, że przyprowadzana córka świadczy o zacieśnianiu więzów, a dla pięknej pani to była obstawa, zabezpieczenie się przed ewentualnymi umizgami. Owa pani postanowiła swoim samotnym panom urządzić Wigilię u siebie w domu, nic nie mówiąc wcześniej, że panów jest czwórka plus mąż, oczywiście każdy z panów musiał tę Wigilię za sponsorować. Spotkali się wszyscy czterej panowie, mąż i córka owej pani przy jednym stole. Wigilia była bogata. Po uczcie Edziuś powiesił się w swojej piwnicy, zostawiając otwarte drzwi i od piwnicy i od mieszkania, żeby być jak najszybciej znaleziony. Musiała to być wielka miłość, albo wielki wstyd, że tak dał się zwieść. Edziuś jest pochowany ze swoimi rodzicami. Taka była jego wola którą spełnił jego jedyny syn.

PS. dziękuję komuś podpisującemu się – Ja – za komentarz do mojego ostatniego wpisu. Już dość dawno ta osoba do mnie nie pisała, także dziękuję, że trwa przy mnie. Piszę bezosobowo ponieważ nie wiem czy to JA to pani czy pan. Zalecenia odsłuchania i przeczytania dopełnię.

N A R A !!

Wybory i po…

Dwa tygodnie temu odbyły się wybory do Sejmu i Senatu naszej Rzeczpospolitej. Było to coś niebywałego. Czy gdziekolwiek były takie wybory w których nie było przegranych. Startowało do wyborów 14 partii i po wyborach wszystkie partie są szczęśliwe. Jedne, że osiągnęły najwyższą liczbę głosów, inne że mimo takiej ilości głosów to oni rządzić nie będą tylko my, ponieważ w sumie jako zjednoczona opozycja stanowimy większość, jeszcze inne, że jesteśmy nową partią i sam fakt, że weszliśmy na listy do Sejmu czy Senatu to już ogromny sukces. Aż miło słuchać, szczęście aż kipi, pomimo to, że zwycięstwo okazało się porażką a porażka obróciła się w nadzieję. Frekwencja również była niebywała bo 74% uprawnionych do głosowania wzięło w nich udział. Kolejki przed lokalami wyborczymi stały nieraz aż do rana, chociaż lokale miały być czynne do godz. 21. Ludzie byli do siebie bardzo mili, jeden drugiemu służył kubkiem gorącej herbaty; no po prostu CUD. Świat przed wyborami i po wyborach to dwa różne światy. Tylko żeby ten nowo uformowany rząd nie zniszczył tej euforii. Jest taka mądrość socjologiczna mówiąca, że dobre czasy stworzą mądrzy i silni ludzie; ale te dobre czasy tworzą słabych ludzi a ci z kolei słabi ludzie tworzą ciężkie czasy. JAKIE TERAZ CZASY NAS CZEKAJĄ ? Na razie wróciło stare, czyli wojna na słowa, jeszcze nie taka jak przed wyborami ale niestety już jest. Koalicjanci krzyczą – czy Prezydent nie umie liczyć, przecież nas wszystkich razem jest 248 posłów. Prezydent na to – to są tylko wasze słowa. Partia ” zwycięska ” ma tylko 194 posłów, ale jest zwycięska itp itd – wojna trwa.

W telewizji trafiłam na program literacki w którym wychwalano pisarkę Joannę Chmielewską: jaka lekkość pióra, jaka finezja, a płodność literacka niebywała. Wstyd mi się zrobiło, że w ogóle nie słyszałam o niej nic a nic. Postanowiłam ją poznać. Pytam Kasię czy ma coś tej autorki u siebie – niestety nie ma nic. Wybrałam się do biblioteki wojewódzkiej na Stare Miasto. Mówię pani bibliotekarce, że nie znam a chciałabym poznać. W odpowiedzi usłyszałam, że J. Ch. pisała kryminały; mina mi zrzedła, wcale się nie dziwię, że jej nie znam. Są to kryminały do śmiechu – mówi bibliotekarka. To już w ogóle nie wiadomo co. Wzięłam książkę zatytułowaną ” Trudny trup „. Na wstępie poznaję pisarkę – ma bardzo bogaty zasób słów. Słowem wręcz żongluje, ale to tylko na początku. Dalej poznaje czytelnika z osobami które występują w tym kryminale. Główne bohaterki to dwie kobiety, scenarzystki zatrudnione w telewizji które chleją piwo za piwem, jedzą śledzie i kiszone ogórki, ( wszystko to czego ja nie lubię ), a ich jedyną rozrywką jest hazard. I to byłoby na tyle. Książka jest o niczym. Prawie 300 stron o niczym. Niestety u mnie wszystko musi mieć sens, musi być po coś. Nie pamiętam jaki to zespół śpiewał -” ta piosenka jest tylko dla pieniędzy” I myślę, że tekst tej piosenki ma większy sens od tej książki, bo w piosence autor przyznaje się po co ją stworzył, a w wypadku tej książki to nie wiadomo o co chodzi , ale ludzie czytają.

Na tablicy ogłoszeń przeczytałam informację, że we wtorek, na naszej sali widowiskowej odbędzie się koncert pani Marty Andrzejczyk. Ponieważ nie znałam pani Marty to ta informacja była dla mnie zbyt enigmatyczna. Nie wiedziałam jaki to koncert, skrzypcowy, fortepianowy, może wiolonczelowy; bo nigdy występu aktora, nawet śpiewającego nie nazwałabym koncertem. Jednak to wszystko nie ważne w porównaniu z tym co zobaczyłam i usłyszałam. Piękna dziewczyna, pięknym anielskim głosem wyśpiewała teatr. Każda jej piosenka, ba nawet każde słowo w tekście było teatrem. Ten anielski głos miał dużą skalę i potęgę jak trzeba było. Byłam zachwycona i to chyba był jednak koncert, dla duszy.

W środę, czekając na sali widowiskowej na projekcję filmu zaczęła się wśród zebranych toczyć rozmowa, ot taka o niczym. Ktoś powiedział dowcip, ktoś coś zamruczał; okazało się, że melodię tego mruczanda zebrane panie znają. Znają i tekst, ale znają go tak jak na starsze panie przystało, coś tam znam, powiedzmy co dziesiąty fragment i ten co dziesiąty fragment złożył się w absolutną całość. Dla mnie to było coś pięknego. Jedna pani zaśpiewała kilka słów, druga natychmiast podchwyciła śpiewając dalej i tak pięć pań, każda po fragmenciku, odtworzyły piosenkę. Wykonawczyniom bardzo się ta zabawa spodobała i postanowiły spotykać się żeby pośpiewać. Obiecałam pomoc, jeśli nikt z dyrekcji mi nie przeszkodzi, to może być całkiem sympatycznie. Wstępnie umówiłyśmy się na soboty, na godzinę 10 w sali widowiskowej. Ale już pierwsza sobota odpada bo coś tam akurat ma się dziać. Odłożyłyśmy to spotkanie na następną sobotę. Może jednak ? A nawiasem mówiąc to film wypłoszył z sali kinomanów; została do końca tylko trójka która przysnęła.

Jak już pisałam, codziennie przed siódmą rano jestem w atrium. Za każdym razem temu spotkaniu towarzyszą mi ptaki. Kiedyś to były kosy, teraz takie maleństwa, mniejsze od wróbelków ale jest ich dużo. Jak przychodzę do atrium, to one jeszcze śpią. Dzisiaj obudziły się 10 minut po siódmej. Jak się budzą to w atrium rozlega się taki głos jak skwierczenie skwarek na patelni i to na bardzo dużej patelni z bardzo dużą ilością skwarek. Dzisiaj w nocy ma być zmiana czasu, jestem bardzo ciekawa o której te skwareczki się obudzą.

N A R A !

Resory…

Resory, wiadomo łagodzą wstrząsy. Jest ciągłe napięcie między mną a dyrekcją Domu, ale jest też resor, który łagodzi tę utajnioną wrogość – to Dział Socjalny na czele ze swoją Panią Kierownik, tyle, że ten resor to wyłącznie panie pracujące w dziale socjalnym, czyli Agatka, Ela i Kasia. One są zawsze życzliwe i chętne do pomocy; natomiast terapeutki podległe działowi socjalnemu, to już gorzej. wprawdzie robią wszystko na uśmiechu, z rzekomą życzliwością, ale to nie ma nic wspólnego z autentykiem. Chcą być uczynne są jednak pod bardzo silną presją pani dyrektor i w sumie są takie same jak ona. Jeszcze nie tak dawno, była kierownik dziełu socjalnego wiodła prim we wszystkich chamstwach, ale Chwała Bogu już jej nie ma. Różnie też ludzie mówią o pani dyrektor, jednak dla mnie to taki buldog z uśmiechem anielicy. Ślepo niszczy wszystko, chociaż wie, że zniszczyła wartościowe rzeczy, ale niszczy dalej. Mój blog , który jest poza jej zasięgiem niszczycielskim, zlikwidowałaby z największą przyjemnością, ale go czyta i stara się naprawić to co ja wytykam jako zło. Stara się, choć jakoś to kiepsko wychodzi ponieważ pracownicy wykonujący jej polecenia przywykli, że nikt nie sprawdza tych wykonań i szybko o wszystkim zapominają. Nie dawno pisałam o wentylacji w windach która powinna działać ze względu na zbyt częste korzystanie z wind przez mieszkańców, przez wywóz śmieci i transport posiłków tą samą windą. Zapachy które są pozostawiane przez korzystających z niej, są i wydzielane i wchłaniane. Tylko przez jeden dzień było mniej więcej tak jak powinno być. Nie było zapachów w windzie, wentylacja działała a śmieci były wywożone dwa razy dziennie, czyli w o połowę mniejszych ilościach i wagowo i zapachowo . TYLKO przez JEDEN DZIEŃ ! Czyli, że można ale po co. Już dwa lata temu pisałam, że windy to roznosiciele zarazków, wpis – windy i bakterie, ale młodzi pracownicy nie jeżdżą windami. Chyba o wszystko u nas trzeba walczyć przez dwa lata, bo właśnie tyle czasu zajęło mi upominanie się o otwarcie drzwi w dolnym pawilonie. W sprawie otwarcia drzwi składałam pisma do pani dyrektor, do naszego pracownika odpowiedzialnego za bezpieczeństwo pracy. Przypominałam o wypadku jakiemu uległa jedna z pracownic wracając z pracy w biały dzień , ( była pół roku na zwolnieniu lekarskim ), a na swoim blogu temat ten poruszałam w ośmiu wpisach. Już wydawało się, że drzwi są otwarte i dla mieszkańców i dla personelu. Nie prawda, na pewno nie zawsze. Drzwi miały być otwarte od godz. 5 do 22, niestety wiele razy, jak chciałam wyjść przed godziną 8 czipy nie działały. Pewnie i z gimnastyką będzie to samo. Na zebraniu, pani dyrektor obiecała, że jeśli w czwartek ( czyli dzień przeznaczony na gimnastykę ) będzie jakaś impreza to gimnastyka będzie przesunięta na inny termin. Była przesunięta z godziny 11,30 na godzinę 10 czyli na czas rozpoczęcia imprezy czwartkowej jako jej integralna część. Tłum ludzi na wózkach, krzesłach i chodzikach, otoczył kołem parkiet bez możliwości swobodnego poruszenia się. Przez dłuższą chwilę fizjoterapeutka nie wiedziała co z tym fantem zrobić, aż po kilkunastu minutach wpadła na pomysł, że będziemy ćwiczyć dłonie, bo nic innego ćwiczyć nie można było. Przez 20 minut ćwiczyliśmy dłonie i skończyła się gimnastyka. Żeby nie impreza którą zaplanowano, to wszystkie te osoby można by rozstawić, ale przecież nie chodziło o gimnastykę tylko zupełnie nie wiadomo o co. Jakby powiedziano, że gimnastykę z czwartku przekładamy na piątek to byłoby przyznanie mi racji, a to nie wchodziło w grę. Po dwudziestu latach korzystania z gimnastyki w naszym DPSie, mam ochotę z niej zrezygnować. Irytuje mnie takie podejście do spraw bardzo ważnych dla zdrowia; jak usłyszałam, teraz w poniedziałek, i to niestety po przyjściu już na salę, że gimnastyki nie będzie ponieważ jedna z terapeutek jest na zwolnieniu lekarskim, to mnie zemdliło. Spytałam, czy jak jest jedna terapeutka to nie może być gimnastyki, przecież o tej porze prawie nikogo nie ma na sali, najwyżej dwie osoby na rowerkach. Odpowiedź brzmiała – nie nie może. A dlaczego, drążyłam; bo tak ustaliłyśmy. Ja dam sobie radę. Terapeutki, które pracowały w naszym DPSie jak jeszcze przychodziłam na pobyt dzienny, tak wpoiły we mnie chęć do ćwiczeń, że robię to dwa razy dziennie, co dziennie, od lat, bez łaski obecnych pracownic. Ćwiczę jeszcze w łóżku, zaraz po przebudzeniu, czyli o godzinie 5 rano i o godzinie 7 rano w atrium. I znów składam wielkie dzięki byłym terapeutkom – Ninie i Oli. które nam wszystkim, których ćwiczyły, wpoiły gimnastykę na amen, na wieki, na mur. Ten wpis to hołd ludziom takim jak Nina i Ola oddanym swojej pracy i pomocy innym i policzek olewających wszystko i wszystkich.

N A R A !!

Gimnastyka i fruwanie…

Od dłuższego czasu w komentarzach są wpisy wyłącznie albo od mieszkańców naszego Domu, albo od pracowników byłych i obecnych. Są też wpisy z innych stron świata ale ponieważ nie pisane są w języku polskim to z automatu lądują w koszu. Ostatni temat najszerzej komentowany to gimnastyka. A zatem nie tylko ja jestem tak zapaloną jej zwolenniczką. Byli pracownicy przypomnieli mi, że i oni jako pracownicy mieli gimnastykę prowadzoną przez Ninę. Czyli, że gimnastyka była prowadzona trzy razy dziennie i dzięki terapeutkom zawsze był komplet chętnych do ćwiczeń. Dlaczego dzięki terapeutkom – ponieważ one chodziły po pokojach i agitowały, albo tylko przypominały. Ktoś zarzucił mi, że wówczas w naszym Domu byli ludzie w większości chodzący; a ja przypomniałam sobie jak na czas gimnastyki były przywożone osoby na łóżkach pionizujących i te osoby które na początku ani drgnęły po pół roku były już wożone na wózkach. Gimnastyka wykonywana przez innych pobudzała psychikę i motywowała do zrobienia czegokolwiek dla siebie. Przypomniał mi się epizod z mojego życia kiedy to w wieku 30 lat miałam całkowity bezwład od pasa w dół, a będąc w sanatorium ( przez dwa turnusy ) terapeuci przywozili mnie na salę gdzie była gimnastyka i kładli na materacu. Podczas pierwszego turnusu jak dochodziło do ćwiczeń bioder i nóg to ja zalewałam się łzami ponieważ pomimo wielkiej chęci nie mogłam zrobić nic. Na początku drugiego turnusu już zaczęłam wykonywać te ćwiczenia i wyobraźcie sobie, że po dwóch turnusach wracałam do domu na własnych nogach. Dlatego nie mogę zrozumieć tej obojętności naszej Dyrekcji.

Drugi temat dotyczył pasów na naszym niby rondzie. Gratulowano mi, że to moja zasługa. Kochani, mi w ogóle nie chodziło o pasy w tym miejscu w którym są teraz. Do tych pasów, którymi wymalowano cały środek ronda, to dla mnie powinni przysłać jeszcze instrukcję korzystania z nich, bo ja w ogóle nie wiem o co chodzi. I chyba napiszę do Zarządu Dróg prośbę o taką instrukcję. Ja prosiłam o kawałek chodnika, którego nie ma na samym ostrym zakręcie i o pasy przy przejściu już po za ten zakręt. Te pasy które teraz zostały namalowane, to według mnie upoważniają pieszych do chodzenia środkiem ulicy. Przecież one nie mają żadnego połączenia z jakimkolwiek chodnikiem. Pomalowany jest sam środek. Nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. A najdziwniejsze jest to, że nawet Straż Miejska przejeżdżając koło mnie, zatrzymała samochód i pogratulowała sukcesu w dążeniu do celu. Chyba mają nadzieję, że ludzie idący do naszego DPSu zaczną fruwać i pięknie przefruną z chodnika na pasy i z pasów na drugi chodnik.

I tak nie rozumiejąc ani naszej Dyrekcji odnośnie gimnastyki, ani Zarządu Dróg dotyczący świeżo namalowanych pasów kończę dywagacje. NARA !

Cygański Jazz.

Na naszej tablicy ogłoszeń przeczytałam, że jesteśmy zaproszeni na koncert TRIO WARMIA SWING a chętni do pójścia na ten koncert powinni się zgłosić do Działu Socjalnego. Zgłosiłam się natychmiast. Swing kojarzy mi się z takim lżejszym dżezem, z dżezem nowoorleańskim który już ponad sto lat temu zawładnął serca melomanów. Swing to Luis Amstrong, to Ella Fitzgerald, to orkiestra Glenna Millera, czyli sam miodzio. Byłam bardzo ciekawa jak sobie z tym radzą młodzi olsztyniacy, tak w ogóle jak wchodzi na scenę nasza młodość. Jakież było moje zdziwienie jak na scenie zobaczyłam tylko dwie gitary akustyczne. Pomyślałam sobie – na upartego swingować można na każdym instrumencie, chociaż trudno mi było wyobrazić Jazz bez bębnów, kontrabasu i dęciaków – chociaż jednego. Za moich czasów jak chłopcy swingowali to perkusista dawał takie solówki, że widownia podnosiła się z krzeseł. No trudno, zobaczymy co na tych gitarach wykombinuje młodość. No i gdzie tu trio. Okazało się, że trzeci muzyk – kontrabasista, jest chory, w tym wypadku chora bo to dziewczyna i musi nam wystarczyć duet. Dowiedziałam się, że będzie grany cygański jazz – frwiki. Nigdy o czymś podobnym nie słyszałam a okazuje się, że jazz cygański jest grany już od lat trzydziestych ubiegłego wieku. W roku 1930 spotkali się dwaj gitarzyści – amerykański Cygan i Francuz wirtuoz gitary. Grało im się ze sobą tak dobrze, że ich muzyka ogarnęła świat; jazz grany na dwóch gitarach to właśnie jazz cygański. A na naszej scenie dwudziestokilkuletni panowie zaczęli grać. Od pierwszych akordów grali pięknie i widać było, że znają swoją wartość muzyczną. Jak grali standardy dżezowe to moje serce rwało się żeby z nimi zaśpiewać, chociaż takiej muzyki nigdy nie śpiewałam. Swego czasu jak śpiewałam oczy czarne to bisom nie było końca a tu słyszę grają, pobeczałam się i wyszłam na hall. Żeby przed koncertem ktoś powiedział mi, że będę zachwycona słuchając przez godzinę dwóch gitar, to popukałabym się w czoło. A jednak byłam zachwycona. Gitary były podłączone do wzmacniaczy i ich dźwięk wypełniał całą salę. Szkoda, że panowie nie mieli do sprzedaży swoich płyt, kupiłabym na pewno. Takiej muzyki można słuchać non stop. TO BYŁ PIĘKNY KONCERT. I rozmarzona poszłam w świat.

PAŹDZIERNIK

Październikową idę aleją usłaną kolorami jesieni : brązem, purpurą i złotem i wszystko w słońcu się mieni.

Słońce rozjaśnia nam twarze, ciepłem otula nas jesień; zamykam oczy i marzę bo same dobre myśli taka jesień niesie.

Nic co piękne nie trwa wiecznie, chociaż człowiek ciągle ma nadzieję.

NADZIEJA

I znów przyszłaś i łudzisz i zwodzisz; a jak myśli nabierają barw, to po prostu odchodzisz. Człowiek im starszy tym ostrożniej słucha podszeptów twoich; nie mąć już więcej ani myśli ani uczynków moich.

A propos – miałam nadzieję, że stałym punktem mojego życia będzie gimnastyka. W końcu ze względu na nią trafiłam do naszego Domu. Wiadomo, w miarę upływu czasu ta gimnastyka będzie takim zaledwie rozruchem fizycznym ale będzie. Jak już pisałam gimnastyki nagminnie ubywało; tak jak kiedyś była 5 razy w tygodniu to teraz nie zawsze dwa razy. Poruszyłam ten temat na naszym spotkaniu mieszkańców z p. Dyrektor wychodząc z założenia, że gimnastyka powinna towarzyszyć naszemu życiu od przedszkola do późnej starości. Niby coś tam obiecano a wyszło jak zwykle wielkie nic. I co najdziwniejsze, to zauważyłam, że najmniej zainteresowana gimnastyką jest fizjoterapeutka, a najbardziej tylko ja, bo nawet jedna z uczestniczek wypowiedziała się głupio na zasadzie – wielka mi rzecz nie ma to nie ma. U nas jest wszechobecny TUMIWISIZM. Gdzie te czasy kiedy to dwie terapeutki : Nina i Ola, chodziły za każdym mieszkańcem agitując do ćwiczeń. Tęsknię za wami bardzo.

I to wszystko NARA !

Sny i wspomnienia…

Zadano mi pytanie czy horror senny potwierdził się w rzeczywistości. Czy lekarz znalazł coś w wynikach co zaważyłoby na moim samopoczuciu. Otóż nie, sen okazał się marą. Wszystkie wyniki mam w normie. Lekarz bardzo cierpliwie wytłumaczył mi zawiłość danych w wynikach. Znalazł jeden drobiazg, który zdziwił i mnie i lekarza – bezbolesne zapalenie ucha. Przecież zapalenie ucha zwykle cholernie boli, a w moim wypadku nic a nic. Może dlatego te sny były takie prorocze, to były takie ostrzeżenia, że może być źle właśnie dlatego, że nie boli. Przyznam się Wam, że od lat modląc się, proszę Bozię o to żeby przejść przez życie bezboleśnie, fizycznie bezboleśnie bo psychicznie to już wszystkie bóle przerobiłam i nie ma na mnie mocnych. No i wymodliłam. I tak źle i tak nie dobrze. Muszę prosić Bozię żeby to jakoś wypośrodkowała.

Kilka dni temu trafiłam w radiu na wywiad z panią Iwoną Pawlovicz – wielokrotną mistrzynią świata w tańcach towarzyskich i jurorką programu telewizyjnego – Taniec z gwiazdami. Przecież to Olsztynianka i to uczennica a później prowadząca, słynną na cały świat szkołę tańca towarzyskiego – Miraż – szkołę która rozsławiła nasze miasto. O latach spędzonych w tej szkole, pani Iwona mówiła bardzo pięknie; mówiła, że nauczyła się w niej nie tylko tańczyć ale i być człowiekiem. I wszystko byłoby pięknie żeby nie fakt że w tym długim wywiadzie nie wymieniła nazwiska założycielki, tej wówczas grupy tanecznej. To Mariola Felska, spod jej ręki wyszło mnóstwo sławnych tancerzy a ona nigdy sławna nie była. Po latach, jej siostra – Karolina Felska kontynuowała pracę o prawie 20 lat starszej siostry, i Karolina już postarała się o rozgłos i dla siebie i dla szkoły, a o Marioli nikt nie pamięta. Dlaczego tak się tym przejęłam – otóż wspominałam kilka wpisów temu ( wpis – deszczowe fryzury ), że w roku 1970 pracowałam w Wojewódzkim Domu Kultury a tam, w tamtym czasie toczyło się burzliwe życie artystyczne: Mariola, od rana do wieczora ćwiczyła swoich tancerzy. W innym pomieszczeniu pan Głuszczak bez wytchnienia pracował ze swoją pantomimą głuchych, która również osiągnęła światową sławę. Zespół Olsztyn jest wszystkim dobrze znany, a swoje pierwsze kroki stawiał w naszym WDKu. gdzie tancerze ostro obrywali od choreografa pana Wojtka Muchlado a śpiewacy byli cierpliwie i taktownie traktowani przez pana Włodzimierz Jarmołowicza. Oczywiście zespół Olsztyn stanowi połączenie zespołu Kolejarz z naszym zespołem. Edek Sulikowski, tworzył filmy para dokumentalne, w jednym z takich filmów nawet zagrałam zakonnicę pracującą w Domu Opieki w Barczewie. Trzeba było ratować film, który miał brać udział w festiwalu ogólnopolskim a na ostatnim zakręcie aktorka która miała grać zakonnicę zachorowała. Edek do mnie – Danka ratuj, masz na to dwie godziny. Dwie godziny – kupa czasu . Co miałam robić, szukać kogoś czy sama zagrać? Wybrałam to drugie. Edek został asystentem jednego ze sławnych reżyserów w Polsce, niestety nie mogę sobie przypomnieć nazwiska. Nie sposób jest nie wspomnieć o harcerskim zespole prowadzonym przez Janusza Laddego, w którym już występowała moja córka – chyba Legenda czy Gawęda, nie pamiętam. I wyobrażacie sobie że to wszystko musiałam ogarnąć jako koordynator działów artystyczno – administracyjnych, a zespoły artystyczne miały jeszcze garderobiane, krawcowe i panią perukarkę – cudowną Lucynkę. Każdy z zespołów prowadził różne szkolenia i konkursy którymi kierował Wydział Kultury Urzędu Wojewódzkiego i obejmował zasięg ogólnopolski – miałam przy tym pełne ręce roboty. Czułam się doceniana ale minęły dwa lata a ja ciągle miałam pobory jako pracownik początkujący – 1000zł. Pani Krystyna z Wydziału Kultury tak mnie chwaliła w domu, że jej mąż za wszelką cenę zechciał żebym zajęła się organizacją kursów języków obcych w MPiK dając mi pobory już jako wykwalifikowanemu pracownikowi – 2200 zł. Nie miałam pojęcia jak się za to zabrać ale lubiłam wezwania. Wyobraźcie sobie, że jak na pierwsze przywitanie roku szkolnego wystarczyła klasa szkolna to już trzeci rok rozpoczynaliśmy w Filharmonii. W MPIK poznałam mamę obu tancerek Felskich, kierowała pracą w czytelni. Karolina była rówieśnicą mojej młodszej córki, miały po 10 lat, także wypady za miasto jakie organizowałam dzieciom już bywały z jej udziałem, zwłaszcza jak jej mama cały dzień musiała być w pracy i nie chciała zostawiać Karolinki samej w domu.

Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia… Wszystkie osoby które znalazły się w moich wspomnieniach, wspominam z ogromną miłością.

I to wszystko – NARA!