Starość nie radość…

Coraz droższa jest starość; wreszcie zakończyłam bieganinę do optyków z doborem okularów. Dożyłam takiego momentu, że muszę mieć dwie pary okularów – do noszenia i do czytania, czyli dwa razy po dwa szkła = cztery szkła a jedno szkło, w moim wypadku, kosztuje 700 zł. Cena szkieł zupełnie nie interesuje lekarzy okulistów, wypisują recepty wg. swojego widzi mi się. Np. przychodzę do okulisty z prośbą o mocniejsze okulary ponieważ te które mam już nie zdają egzaminu, a pani doktor, po bardzo długim badaniu wzroku wypisuje mi słabsze szkła. Nie daj Boże żebyś się odezwała podczas badań. Pani doktor może się zdenerwować. Nigdy nie zwracałam uwagi ile dioprii wypisuje doktor, miałam całkowite zaufanie, aż do teraz. Minęło ponad rok zanim dobrałam jako tako odpowiednie okulary; najpierw była wymiana szkieł nowo zrobionych, a później wymiana oprawek które były ruchome i obsuwały się po policzku. To wszystko niestety kosztuje, jednak z tym się nie liczy ani lekarz, ani optyk. ( I pomyśleć, że moje stare okulary znalazłam w parku na ławce, najpierw szukałam właściciela a jak założyłam, po pół roku, to w zachwycie nosiłam je przez 10 lat ). Także kochani zanim zechcecie zmienić okulary sprawdźcie ile dioprii macie teraz i od razu popatrzcie ile ich wypisze lekarz na recepcie, to oszczędzi wam czas i pieniądze. Ja tego nie zrobiłam i odczułam skutki i w czasie i w finansach. Starość nie radość.

Nie wiele piszę ponieważ, po pierwsze nie ma o czym, a po drugie musiałam się trochę odchamić i wykorzystać te nowe okulary, tak więc czytam. Nie mogłam sobie dobrać lektury która by mnie wciągnęła, czytałam bo czytałam, aż do teraz, wreszcie trafiłam na książkę którą chce się czytać i o dziwo nie jest to lektura społeczno – obyczajowa, ani biograficzna, ( są to dwa gatunki które najbardziej lubię ) tylko książka prawie o niczym, bo tylko o przyjaźni kobiet w szarym, codziennym dniu w czasach nam współczesnych, ale jak napisana – to majstersztyk możliwości literackich pisarzy. W książce tej każde zdanie wprowadza w zachwyt i to już od pierwszej strony – jestem dopiero na 102 stronie ( jak przystało na prababcię 102 ) a książka ma tych stron 550. Autorka – pani Izabela Pietrzyk jest osobą o wyjątkowych zdolnościach literackich, jest nad wyraz inteligentna, bystra, słuchająca ludzi i pilnie obserwująca ich. Porusza tematy dobrze nam znane, posługuje się słownictwem takim samym jak my, ale tworzy z tych słów kwint esencję wyrażeń i emocji. Mowa jest o książce zatytułowanej ” Wieczór panieński „. Czytając te 102 strony co chwila wybuchałam śmiechem, gromkim śmiechem. Podobno będę też płakała, tak zapowiedziała osoba polecająca mi tę książkę. A poleciła mi ją, po długich i ciężkich cierpieniach – nasza Kasia a teraz ja polecam ją swoim czytelnikom.

Moje klepanie w klawiaturę przerwało pukanie do drzwi, otwieram a tam delegacja kościelna z pytaniem czy nie mogłabym wszystkiego odłożyć i pójść z nimi do kaplicy, bo ludzie się schodzą a nie ma kto poprowadzić majową. Ta informacja była dla mnie takim kopniakiem na wyzwolenie energii, że trudno sobie to wyobrazić. Szybko wyłączyłam komputer, bez kliknięcia w zapisz szkic, wyłączyłam pralkę w połowie prania, zebrałam swoje odręcznie zrobione śpiewniki i do kaplicy, w której już od progu zaczęłam śpiewać – Chwalcie łąki umajone i i poszło wszystko do przodu. Znów słowo – zaśpiewaj – stało się wyzwalaczem energii. Panie które po mnie przyszły pomyślały nawet o tym żeby wziąć swoje stare śpiewniki zrobione cztery lata temu przeze mnie.

To byłoby na tyle – NARA !

Cisza – próba mikrofonu…

Nie wiele mam do napisania, nic się nie dzieje. No może to, że nie ma miesiąca żeby ktoś nie obchodził 80 -tych urodzin. Ładnych kilka lata temu to obchodziliśmy dziewięćdziesiąte i setne urodziny, teraz coraz częściej osiemdziesiątki ” balują „. Ostatnio byłam na takich urodzinach u Pani Marysi i były one na zasadzie – zastaw się a postaw się, a przecież nie o to chodzi, prawie wszystko Marysia musiała zabrać do domu, jednak to spotkanie wznowiło cykl spotkań urodzinowo – imieninowych w wyselekcjonowanym gronie. Wiadomo, że nie sposób zaprosić wszystkich, takie spotkania zamykać się będą w grupie około dziesięciu osób i grono tych osób będzie się zmieniać, każda z nas kogoś lubi bardziej a kogoś mniej. Zaczynam się zbliżać do naszych towarzysko. Odizolowałam się zupełnie od osób z zewnątrz, czuję się przy nich jak eksponat nad którym trzeba skakać uważając żeby go nie uszkodzić, czyli cały czas bacznie mu się przyglądać. Natomiast wśród swoich uchodzę za młódkę ( pomimo, że od wielu jestem znacznie starsza ), od której oczekuje się pomocy, minimalnej pomocy ale jednak, i to mi bardziej odpowiada. Kilka lat temu obchodziliśmy 102 urodziny Pani Wandy, osoby którą bardzo lubiłam. Osoba ta już od lat nie żyje a ja Ją wspominam z wielką miłością. Teraz wśród gości była pani Irenka, była uczennica pani Wandy. Obie panie ukończyły studia na Wydziale Historii. To właśnie pani Wanda ucząc historii Irenkę zaraziła ją tą pasją. To aż się prosi żeby ten przypadek opisać w naszej gazetce. Opisując życie naszych mieszkańców tworzylibyśmy naszą historię. Każda z osób wniosłaby coś ciekawego z dziejów naszego kraju nie tylko ze swojego życiorysu. Nie mogę znieść, że ten nasz ” kwartalnik ” to takie ble, ble ble o niczym. To wyraźnie podrasowana kronika wydarzeń, której nikt nie czyta. Nikt nie umie zachęcić mieszkańców do pisania, ( cenzura miałaby za dużo roboty ) a przecież są ludzie mądrzy i wykształceni i mieliby o czym pisać. Uważam, że kwartalnik został zniszczony z premedytacją żeby nie zostało nic po świetności kulturalnej naszego Domu. Tak samo zostało zniszczone nasze radio, które nadawało zawsze kiedy w naszym Domu nic się nie działo, kiedy była cisza. Teraz mamy pięciodniową majówkę, przez pięć dni kompletna cisza. Przed laty podczas takiej ciszy organizowałam wspólne śpiewanie, teraz z przyjemnością robiłabym to ale do tego musi być pomoc i poparcie dyrekcji. Chodząc do kaplicy i słuchając jak ludzie śpiewają wyłapałam kilka ładnych głosów. Te głosy słyszałam przez moment, po chwili one łączyły się z resztą głosów i buczały nie śpiewały. Zła tonacja, a spotykając się na luźnych śpiewaniach można by wybrać tą wspólną tonację dla większości. Teraz, jak msza jest transmitowana przez radiowęzeł przydałoby się porządne śpiewanie.

Jeszcze trochę o brzmieniu głosów ale z innej beczki. W tygodniu mieliśmy spotkanie z funkcjonariuszem policji, który mówił o bezpieczeństwie ludzi starszych. Ale ja zupełnie nie o tym, ja o słyszalności mowy prelegenta, a zwłaszcza o umiejętności w korzystaniu z mikrofonu. Temat ten poruszałam nieraz i zawsze słyszałam od pani dyrektor, że w złym miejscu siadam. Jak dla mnie to jest kompletna ignorancja. Nie mamy mikrofonu super marki, jednak z umiejętnym podejściem do tego co jest mikrofon ów staje się pełnowartościowym narzędziem pracy. Zarówno pani dyrektor jak i prelegent trzymali mikrofon przy brodzie z kierunkiem na sufit, tak więc głos wychodzący z ust był wyłapywany przez mikrofon w połowie słowa, plus echo pozostałości po słowie. W większości ludzie słuchający bardziej się domyślali o czym mowa niż rozumieli. Nie na darmo osoby prowadzące imprezy robią próby mikrofonów, sprawdzają jak się ustawić do mikrofonu albo jak go trzymać żeby głos był w pełni słyszalny, głos a nie bełkot. W wypadku naszego mikrofonu należy go skierować na usta nie na sufit i przy sprawdzaniu odbioru dobrać odległość ust od mikrofonu; jak już dobraliśmy odpowiednią odległość to należy stworzyć jedność głowy z ręką trzymającą mikrofon. U pani dyrektor wygląda to tak, że mikrofon jest w jednym miejscu a głowa chodzi w różne strony ” i biedny mikrofon musi kombinować jak i co wyłapać ” . Piszę o tym dlatego ponieważ wiem, że pani dyrektor czyta mojego bloga, może wreszcie do niej dotrze, że warto poćwiczyć próbę mikrofonu, a nie z sarkazmem podchodzić do moich uwag. Owszem, słyszę gorzej niż kilka lat temu, jednak w naszym Domu nie ma mieszkańca z idealnym słuchem i należałoby o tym pamiętać.

To byłoby na tyle – NARA !

Połowiczna satysfakcja.

Nie zaglądałam do mojego bloga przez kilka dni a w nim ponad 20 wpisów. Niestety tylko jeden wpis był napisany w języku polskim; to od osoby która często zerka do mojego bloga i czasem do mnie pisze. Wpis owej osoby dotyczył pisma ZDZiT, a ściślej jego aroganckiego tonu na NIE sugerując abym pismo to wysłała do jakiejś redakcji. Czyli, że jest to osoba wierząca w moc dziennikarzy. Niestety w naszym mieście dziennikarze nie wychylają się, boją się utraty pracy, a poza tym każdy uzna, że jest to błahostka o którą nie warto walczyć. Ja będę walczyła zwłaszcza, że już czuję się jak zwycięzca, wiecie, że od trzech lat walczyłam o otwarcie drzwi na dolnym pawilonie i dla nas mieszkańców i dla pracowników. Otrzymałam trzy odpowiedzi na NIE, chociaż po roku i z bólami, drzwi zostały otwarte dla mieszkańców. Myślałam, że tego muru, jakim jest nasza dyrekcja, nie przebiję. A tu niespodzianka, w tym tygodniu drzwi na dolnym pawilonie zostały otwarte w godzinach od 5 rano do 22, czyli, że dla pracowników. Nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo się ucieszyłam; przecież wejście przez drzwi o których mowa znacznie skraca drogę i zapewnia bezpieczeństwo. Nikt już nie musi się wspinać pod górę idąc po jezdni bez poboczy, pod lasem i bez oświetlenia. Myślę, że ten mur został przebity jak dyrekcja dowiedziała się, że do mnie dołączają pracownicy. Przecież pisząc do mnie dają do myślenia, że bardziej wierzą prababci niż swoim szefom, a to trochę wstyd. Ponadto sprawa wyszła po za mury DPSu. Nie ważne co i dlaczego, ważne, że drzwi są otwarte. Pozostała sprawa bezpieczeństwa w ruchu drogowym u zbiegu ulic Fałata z Oficerską. Sprawa jest w toku trzeba cierpliwie czekać. Pismo odwołujące się od decyzji zaniosłam 19 kwietnia do biura podawczego. Do pisma dołączyłam 9 zdjęć, które szczegółowo opisałam, a które obrazują bardzo wyraźnie, że w najgorszym miejscu, na zakręcie, na którym spotykają się wszystkie pojazdy jadący i z miasta i do miasta, pieszy musi zejść na jezdnię. A jak już na niej jest to musi na niej stać z duszą na ramieniu. To jest 50 kroków bez chodnika w najbardziej newralgicznym miejscu. Trzeba nie mieć za grosz wyobraźni żeby robiąc chodnik pominąć ten kawałek drogi. Wchodząc w to miejsce tak z jednej jak i z drugiej strony, to ani pieszy ani kierowca nie widzi co dzieje się kilka metrów dalej. Dla świętego spokoju przez kilka lat jeździł w to miejsce autobus. Niestety ten autobus służył wyłącznie mieszkańcom, ponieważ dojeżdżał do nas 4 razy dziennie w środku dnia. A teraz ani autobusu ani chodnika. Gratuluję mądrych głów, a że najmądrzejsze te głowy nie są to można stwierdzić po ich piśmie firmowym gdzie nawet swojego adresu nie umieli poprawnie napisać i tego nie widzą. Trafić do nich mogą tylko wtajemniczeni, bo konia z rzędem temu kto znajdzie w naszym mieście ulicę Konsały. Tak więc jeśli nie widzą co mają u siebie pod nosem to jak mają zauważyć brak chodnika na drugim końcu miasta. Pewnie problem tkwi w tym, że chodnik otaczałby posesję prywatną, ale piesi chodzący po nim nie szliby do państwa X tylko byliby to publiczni uczestnicy dróg.

To byłoby na tyle – NARA

Odpowiedź na pismo dotyczące bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

Zarząd Dróg Zieleni i Transportu odpisał mi na pismo, w którym skarżyłam się, w imieniu pracowników naszego DPS na niebezpieczeństwo w poruszaniu się przy zbiegu ulic Oficerskiej i Fałata, w godzinach porannych i wieczornych kiedy to nasi pracownicy idą do pracy i z niej wracają. Pismo zacytuję w całości:

W odpowiedzi na pismo z dnia 28 02 2023r. ZDZ i T informuje, że nie jest planowane wyznaczenie przejścia dla pieszych w obrębie skrzyżowania ulic Fałata i Oficerskiej. Wyznaczenie przejścia z pełnym jego oznakowaniem nie tylko zobowiązuje kierowców do ustąpienia przejścia pieszemu, ale również nakłada na pieszych obowiązek bezwzględnego korzystania z tego przejścia. Przechodzenie przez jezdnię poza wyznaczonym przejściem stanowi wykroczenie, natomiast obecnie przejście przez jezdnię dozwolone jest w każdym jej miejscu przy zachowaniu ostrożności oraz po przepuszczeniu jadących pojazdów. Nadmieniamy, że zniżenie krawężnika chodnika prowadzącego od DPS do przystanku autobusowego należy traktować jako tzw. przejście sugerowane, którego definicja znalazła się z nowelizacji ustawy – Prawo o ruchu drogowym w 2022 roku.

Moim zdaniem na nasze pismo odpisywał nam ktoś kto siedzi wyłącznie przy biurku; ten ktoś nie wie, że ostatni autobus był na przystanku o którym mowa, ponad 4 lata temu, tak więc po dojściu do niby przystanku tzw. przejściem sugerowanym, którego kierowcy niestety nie widzą, każdy pieszy musi zejść na jezdnię, nie widząc co dzieje się za jego plecami ani przed nim; musi okolić zakręt drogi bez chodnika; i tak wchodząc na ul. Oficerską, „sugerowaną” ulicę jednokierunkową, ale tylko sugerowaną może trafić pod koła samochodu wyjeżdżającego z ul. Bydgoskiej i nie widząc pojazdu jadącego z ul. Fałata zatrzymuje go nie wiedząc o tym bo jest tyłem do pojazdu idąc jezdnią. Wychodząc z ulicy Oficerskiej, z za zakrętu nie widzi pojazdów jadących z ulicy Fałata. Po za tym, że to jest zakręt to jeszcze widoczność zasłaniają zaparkowane samochody przy samym przejściu „sugerowanym „. Jak byłyby tam pasy to byłby automatyczny zakaz parkowania i już z za zakrętu widać byłoby co dzieje się na ul. Fałata. Fakt, taka ostrożność nie jest niezbędna w środku dnia oraz w dni wolne od pracy, ale należałoby uszanować zdrowie i życie pracowników dwóch dużych zakładów pracy zatrudniających łącznie kilkuset ludzi. Piszecie, że pieszy musi uważać i przepuścić jadące samochody. Tych samochodów w godzinach porannych jest kilkadziesiąt i każdy jadący w tym samochodzie i pieszy śpieszy się do pracy czy do domu. W pierwszym zdaniu pisma o którym mowa, Z DZ i T informuje, że nie ma w planach oznakowania powyższych ulic, czyż nie byłoby grzecznie żeby pismo kończyło się zdaniem – zaplanujemy to na rok przyszły. Już jest wiosna, ruszają tą samą trasą działkowicze, a są to i piesi i zmotoryzowani. Wyszłam na spacer w środku dnia i przy samym WoDKanie i na jego dziedzińcu, naliczyłam ponad 150 samochodów prywatnych, do tego należy doliczyć samochody służbowe i różnego rodzaju dostawcze, oraz klientów WODKAnu oraz wizytujących DPS. Mieszkańcy tych ulic również korzystają z samochodów. Ktoś kto odpisywał mi na pismo, wyraźnie nosi w sobie pamięć o tych ulicach sprzed pół wieku.

Tak mniej więcej odpiszę na powyższe pismo dołączając do niego zdjęcia popierające moje słowa.

To byłoby na tyle – NARA !

Wielki Tydzień

Chyba z rok nie byłam w kościele. Zrobiłam dla siebie kościół w naszym atrium, na zasadzie, że właśnie tam, na porannym spacerze odmawiam swoje paciorki. Bo jak się słyszy wieczne pouczenia od pana NIKT – kościelnego samozwańca namaszczonego jeszcze przez panią NIKT i wyzwiska Felki, kwiaciarki kościelnej, że takich jak ja to nie należy wpuszczać do kościoła, to pal was sześć, nie będę chodziła i szukała dla siebie guza, zwłaszcza, że nie jestem aż taka święta. Jednak w Niedzielę Palmową coś mnie naszło. Szybciutko zrobiłam palmę i do kaplicy. A tu szok, niektóre osoby witają mnie jakbym przyszła do nich z wizytą. Felka, która wyzywając mnie na zebraniu oznajmiła, że mnie do kościoła nie wpuści, wita mnie słowami – no nareszcie, myślałam, że się nie doczekam, chyba już teraz będziesz przychodziła. – Przecież powiedziałaś na forum, że mnie do kaplicy nie wpuścisz, to wolałam nie ryzykować. A Felka na to – nigdy w życiu tak bym ci nie powiedziała, nie mogłam się doczekać kiedy razem pośpiewamy, a nagłośnienie wywalczyłaś, zaraz usłyszysz jak wszystko wyraźnie słychać. Fakt, nikt nie przysypia, księdza słychać bardzo wyraźnie. Odsłuch działa perfekcyjnie. Jednak z tym śpiewaniem w kościele to chyba nie za bardzo. Ksiądz intonuje swoją bardzo dziwną tonacją, żeby z nim śpiewać to muszę śpiewać nienaturalnym mezzo sopranem. Sama się dziwię, że jak cichutko śpiewam to nawet jakoś to brzmi ale satysfakcji nie daje. Msza zbliża się ku końcowi i ksiądz przechodzi do udzielania komunii świętej; podchodzi do mnie a ja mu na to – niestety na komunię nie zasłużyłam. Ach, jak się ksiądz rozczulił. Cieszę się, że w ogóle pani jest, do Wielkiej Nocy został jeszcze tydzień możemy się umówić na spowiedź czy w kaplicy czy u pani w pokoju, najważniejsze, że pani jest. No i masz babo placek, trzeba będzie chodzić, no ale nie codziennie jak mają to niektórzy w zwyczaju. Jak dla mnie, to msza była nieskończenie długa, trwająca półtorej godziny. Ksiądz dołożył do mszy jeszcze Gorzkie Żale, a to był dla mnie temat nie znany, ale wytrwałam. No i cóż, w środę do spowiedzi i Komunii Świętej i nobliwe życie czas zacząć jak przystało na staruszkę

Przepraszam wszystkich którzy piszą do mnie w różnych językach, ale nie w języku polskim, dlatego nie odpisuję. Nie umiem korzystać z tłumacza tak więc Wasze komentarze pozostają nawet nie przeczytane. Przepraszam!

Nie wytrzymałam żeby nie iść do mojego ogródka, musiałam go uprzątnąć. Chodziłam przez dwa dni i pracowałam po godzince. Ogródek na święta jest czysty, mogę patrzeć przez okno. Wprawdzie trawa jest zeszłoroczna i bardzo wysoka ale zielona, tak więc może być.

Moim kochanym czytelnikom życzę spędzenia świąt – Przy rodzinnym stole, ukwieconym wiosną, przy którym rozkwitnie kwiatek, twój kwiatek miłości. Nie musi być różą, pierwiosnkiem niech będzie ale z Tobą i przy Tobie w drodze, w domu, wszędzie.

Tego życzy prababcia Danusia – NARA

RODO.

Dziwacznie okazują przestrzeganie przepisów rodo w naszym DPSie. Dostałam takie małe pisemko upoważniające, ewentualnie, szpital do udzielania informacji przez telefon na temat stanu mojego zdrowia, wszystkich pracowników DPS . Uwaga, jest ich około kilkudziesięciu i podano stacjonarny numer telefonu do którego niemalże każdy ma dostęp. Wręczając mi to pismo i oczekując mojego podpisania się pod nim, pracownica zastrzegła, że to właśnie ze względu na rodo. Żeby pozwolono mi wybrać z pośród pracowników kogoś do kogo mam zaufanie, to ewentualnie mogłoby być, ale na moje pytanie – czy mogę kogoś jednego upoważnić, okazało się, że nie. Wszyscy albo nikt. Tak więc nikt. Wyłącznie rodzina. Pozwolę sobie przypomnieć jak zachowywała się w stosunku do mnie ( i nie tylko do mnie ) upoważniona do zajmowania się naszym zdrowiem, najwyższa rangą pod tym względem – pielęgniarka przełożona. Widziała u mnie ewidentne oznaki udaru – utrata mowy, brak umiejętności czytania i pisania ; co zrobiła? Wydała polecenie pielęgniarce żeby mi podała 20 gram neospazminy i zaprowadziła do łóżka. Ja to wszystko w pełni świadoma widziałam i słyszałam, tylko nic nie mogłam zrobić. ( O mnie takiej, właśnie marzono – widzisz nic nie możesz zrobić a my możemy wszystko i wcześniej czy później wykończymy ciebie ). Opiekunce zleciła żeby co jakiś czas zaglądała do mnie patrząc co się ze mną dzieje. Wiedziała, że nie mogę takich leków przyjmować ze względu na bardzo niskie ciśnienie z tendencją spadkową, a mimo to kazała je podać. Leżałam w śpiączce dwa dni. Po przebudzeniu długo nie wiedziałam o co chodzi. Przez okres dwóch miesięcy uczyłam się mówić, ( sama bez pomocy ). Nigdy nie zleciła skierowania mnie do neurologa. Właśnie dlatego chodzę podpierając się chodzikiem. A i ten chodzik kazała zabrać spod moich drzwi i dać komuś innemu. Komuś zupełnie nowemu i mieszkającemu dwa piętra wyżej., żebym nie natknęła się na niego. ( Chodzik zlecił mi nasz lekarz) Jak poszłam do niej z pretensją, bo powiedziano mi, że to jej polecenie, to z ironią spytała – a był podpisany ? Był odpowiedziałam i to w kilku miejscach. Chodzik znalazł się natychmiast. I to jest DOM OPIEKI i SŁUŻBA ZDROWIA ? Jak już byłam w stanie sama załatwić sobie wizytę u neurologa, który z przerażeniem wypisywał mi skierowanie na zabiegi po udarowe, na które czekałam prawie rok, nasz cerber w osobie jak wyżej, zadzwoniła do szpitala klinicznego i poinformowała, że nie będę korzystała z zabiegów ponieważ jestem już osobą leżącą. To widać było jej marzeniem. Mam jednak więcej szczęścia niż myślałam i tego samego dnia co przełożona, tylko dwie godziny później zadzwoniłam do szpitala z potwierdzeniem przychodzenia na zabiegi. I wydało się, że nasza przełożona to już nie człowiek tylko jakiś odpadek ludzki. A jej zachowanie się podczas covidu, kiedy to vis a vis mojego pokoju zleciła zrobienie składu zużytej odzieży ochronnej, a żeby być pewną, że mnie już wykończy ( przecież właśnie byłam chora na covid ) to ten skład był na jej polecenie, wieczorami i nocą wietrzony, przez otwieranie drzwi. Myślę, że to ją szlak trafił zamiast mnie, jak zobaczyła, że ja jak zwykle wyszłam cało, a że przy tej okazji zmarło troje moich sąsiadów – to co tam, to tylko wypadek przy niechlubnej pracy. Cała nagonka na mnie zaczęła się jak się okazało, że moje mieszkanie nie będzie dla nich – czyli dla poprzedniej dyrektorki albo dla siostry przełożonej – dwóch kolekcjonerek mieszkań. Teraz myślę, że to miało być właśnie dla przełożonej bo ciągle leżę jej na wątrobie i ustawicznie mnie gnębi. I ja takim ludziom mam powierzać swoje zdrowie ? A przecież to nie tylko ona tak działa, jest jeszcze lekarz psychiatra, który koniecznie chciał zamknąć mnie w szpitalu psychiatrycznym, jest pielęgniarka, która celowo odłączała aparat tlenowy kiedy leżałam chora na covid, i kilka posłusznych jej osób a nad tym wszystkim szanowna pani dyrektor która nic nie widzi i nic nie słyszy. ( Nie widzi co w dole bo stoi na cokole ). O tego typu działalności piszę od 7 lat i za to dostawałam pisma od Prezydenta miasta, że szkaluję opinię najlepszemu domowi opieki. Zamiast uprzątnąć ten śmietnik to on mnie obwiniał za całe zło. – uważał, że wyrządzać zło można ale pisać o tym na forum to już przestępstwo. Ale jak chciał się pozbyć poprzedniej dyrektorki, to we wszystkim zgadzał się ze mną a drzwi do prezydenckiego gabinetu były dla mnie zawsze szeroko otwarte, pisma od prezydenta do mnie przywoził mi osobiście prezydencki kierowca . Czyli, że ta koszula jest bliższa jego ciału choć tak samo cuchnie jak poprzednia.

N A R A !

Nauka rezygnacji…

rezygnacji ze wszystkiego, po prostu z życia. Człowiek chce coś zrobić a tu stop, nie dasz rady. Poszłam do ogródka żeby go trochę uprzątnąć, owszem trochę uprzątnęłam a na koniec tak się potłukłam spadając z górki, że to już koniec z moimi możliwościami, lepiej nie ryzykować. Nie wiem czy przetrzymam, narzucony przez siebie zakaz wchodzenia do ogródka, bo jak wyjrzę przez okno i zobaczę pożółkłą trawę i wyschnięte liście, to nie wiem… ale będę się uczyła rezygnowania ze wszystkiego co lubię ponieważ już nie dam rady. To samo będzie z chodzeniem do miasta, a ściślej mówiąc z jazdą autobusem. Jeszcze wsiąść do autobusu to nie problem, gorzej z wysiadaniem. Kierowcy tak różnie stają na przystankach, że często muszę przerzucić chodzik przez odległość dzielącą autobus od krawężnika i za każdym razem mam stracha czy mi się to uda, a mimo to jeżdżę autobusami.

U nas ludzie zaczynają zdrowieć. Covid przeleciał przez nasz Dom i już ucieka. Nie słyszałam żeby komuś stało się coś gorszego. Ludzie przechorowali i tyle. Nie wiem czy to dlatego, że większość została zaszczepiona, czy już każdy wie jak się ma zachowywać w czasie choroby, w każdym razie nie było reżimu sanitarnego a ludzie i tak zaczęli zakładać maseczki, ot tak na wszelki wypadek, przestali się odwiedzać, ale na spacery mogli śmiało wychodzić.

Odsunęłam się od naszych spraw codziennych czytając książkę ” Dziewczyny z Syberii ” i na długo po jej przeczytaniu. Nastąpiło we mnie tąpnięcie psychiczne; o niczym innym nie mogę myśleć, a przecież jest ro temat dobrze znany i nie obcy niemalże w każdej polskiej rodzinie, a jednak. Teraz jest nawiązanie tematu do wojny na Ukrainie i do tej niebywałej podłości ze strony i władz rosyjskich i żołnierzy.

Kończę. Nara !

Marzec

Dokoła słyszę narzekania na ten niezdecydowany miesiąc; jedni psioczą w oczekiwaniu na wiosnę, inni tak jak ja, wiedzą, że śnieg musi się wypadać a mróz musi swoje wymrozić i lepiej żeby to było jeszcze w marcu a nie odwlekało w nieskończoność. Zerknęłam do swoich rymowanek sprzed laty, żeby porównać te marce. I tak w 2001 roku pod koniec marca pisałam:

Ociągasz się w tym roku, moja wiosno miła, śnieg zalega w okół a wody mróz ścina. To już przecie marca dzień dwudziesty trzeci, a wiosny wciąż nie ma, tej zsypanej kwieciem. Botki znów wkładamy, otulamy szalem, jak to kiedyś było wspominamy z żalem. –Dlatego użyłam słowa znów, ponieważ luty chodził w pantofelkach, było bardzo ciepło, ale za to kwiecień w 2001r. był cały mroźny.

W 2006r. pisałam do ilustracji w kwartalniku kombatanckim: To marcowy kulig dzwoneczkami dzwoni. Roześmiana dziatwa chce wiosnę dogonić, a wiosna ucieka za lasy i morza; u nas ziemia skuta lodem, do nas wiosna dojść nie może.

Chyba cała zima w 2006 r. była taka mroźna. W prawdzie miesiąca lutego nie opisałam ale styczeń straszył przez cały miesiąc syberyjską zimą. Natomiast w 2007r. już pierwszego marca przyszła do nas wiosna … chociaż i styczeń i luty nie mógł się zdecydować jakim jest miesiącem czy wiosennym czy zimowym.

Także nic nie wiadomo jak będzie dalej. Dzisiaj jest słonecznie i w miarę ciepło ( +9 ). Skorzystam z tego dnia i pójdę do ogródka, choć już niestety boję się prac ogródkowych. Boję się, że jak się schylę to i się przewrócę a ogródek jest położony na skarpie, także mogę się potoczyć w dół, a sama już się nie podniosę. Próbowałam nie raz – nie wstanę, nawet jak usiądę na podłodze sama to już się nie podniosę. Ale oczyścić ogródek z jesiennych zabrudzeń trzeba.

Eureka! pomaleńku ale sukcesywnie powraca do mnie mój psi węch. Jeszcze nie jest psi ale już jako taki jest. Wrócił również, choć tylko częściowo, słuch, który się stępił podczas pierwszej choroby na covid. Zwaliłam to na starość i już nawet kupiłam sobie przez internet takie aparaciki słuchowe, które przez kilka dni używałam przed telewizorem. Aż któregoś dnia wydmuchuję nos a tu coś pyknęło w lewym uchu i zaczęłam słyszeć. Zaczęłam cudować – kupiłam irygasin do płukania zatok, zaczęłam codziennie używać Akustone, które do tej pory używałam od czasu do czasu aż tu znów – pyk, pyk w obu uszach. Szybko musiałam wyciszyć telewizor; ogarnęła mnie radość, czy na długo ? nie wiem, ale dobre i to. Muszę wybrać się do laryngologa żeby wzmocnić swój aparat słuchowy wewnętrznie. Dało się odblokować a teraz należy ten stan utrzymać, co daj Boże, amen.

U nas na całego rozpanoszył się covid. Na każdym korytarzu są dwie, trzy osoby chore. Poznajemy to po czarnych wycieraczkach pod drzwiami. Na stołówce prawie pusto. Zerknęłam na korytarze tak zwane medyczne a tam prawie pod każdymi drzwiami czarne wycieraczki, płyny dezynfekujące i fartuchy ochronne. Aż ciarki przechodzą po plecach. Oby nie zaczęło się umieranie.

To byłoby na tyle –Nara !

Droga pod górkę.

Każdy swój wpis kończyłam przesyłając Wam buziaki, aż wreszcie do mnie dotarło, że to żadna przyjemność być całowanym przez staruchę; zwłaszcza teraz jak starucha jest znów chora. W końcu przez dwa tygodnie byłam zdrowa, nie ma co narzekać. Przechodzę zwykłe przeziębienie a pierwsze objawy były takie same jak podczas choroby na covid – omdlenie całego organizmu. Trwało to tylko kilka godzin ale dało mi do zrozumienia, że to właśnie covid spustoszył mój organizm. No i straciłam mój psi węch, nie czuję w ogóle zapachów. A jeszcze nie dawno pisałam, że różnica między mną teraz a mną sprzed pół wieku, jest tylko w wyglądzie, niestety to różnica w całości funkcjonowania organizmu. Z każdym rokiem coś człowiekowi ubywa; żeby tak chciały ubywać kilogramy, ale nie, one się trzymają a nawet wręcz odwrotnie.

Znów napisali do mnie pracownicy naszego DPSu z prośbą żebym poruszyła temat ich drogi do pracy ze wspinaniem się pod górę, po jezdni bez poboczy, na zakręcie , pod lasem. Zobaczę co da się zrobić ; ale o to samo pisałam do pani dyrektor przez rok, a dotyczyło podopiecznych z chodzikami, wózkami, czy o kulach. Po roku, z wielkim trudem, dostaliśmy czipy do drzwi dzięki którym omijamy całą niebezpieczną górę. I było to pozwolenie do korzystania z tego co mieliśmy latami. Przed laty pracownicy również korzystali z tego dobrodziejstwa, a później stop ! Nie wolno. Za dobrze by było. A przecież na dole są dwa wejścia do budynku; do jednego trzeba dotrzeć również idąc pod górkę, ale ta górka jest już bezpieczna bo jest już na naszym podwórku, za ogrodzeniem. Szybko zapomniano o wypadku naszej pracownicy (właśnie w tym miejscu o którym mowa) i to w biały dzień – kobieta wracała z pracy po porannym dyżurze, czyli około godz. 14. Po wypadku była na zwolnieniu lekarskim kilka miesięcy. Ale co to kogo obchodzi. Nasza dyrekcja wsiada w luksusowe auta i omija przeszkody. Na drogę do naszego DPSu psioczą również goście przychodzący z wizytą, nie ci jeżdżący autami ale ci wspinający się pod górę na własnych nogach. Dziesiątki razy wchodzili na nasz teren przy pawilonie i szukali wejścia do budynku. Czy tego nie widzi i nie słyszy o tym pani dyrektor. Nie żal jej ludzi którzy idąc do ciężkiej fizycznej pracy przed jej rozpoczęciem już muszą się zmęczyć wdrapując się pod górę.

Dzisiaj wybrałam się do miasta, nagle widzę jak samochód straży miejskiej zbliża się do mnie i zatrzymuje, a pracownik straży przez uchylone okno samochodu, melduje mi, że moja sprawa nabrała tempa: ów pan przekazał ją z pełną dokumentacją fotograficzną, swojemu naczelnikowi a pan naczelnik już ją zgłosił na Komisji Ruchu Drogowego. Oczywiście chodzi o oznakowanie styku ulic Oficerskiej i Fałata. Przyznałam mu się, choć trochę w zażenowaniu, że sprawa idzie trójtorowo, że zgłosiłam ją i do Zarządu Dróg Zieleni i Transportu i do Inżyniera Ruchu Drogowego.

Jak widzicie działam z rozmachem, Oby coś z tego wyszło. No i nie wiem jak mam Was pożegnać może – PA albo NARA !

Bartosz!

Pisałam już, że pracownicy naszego DPSu napisali do mnie o swoim problemie z poruszaniem się ulicami Oficerską i Fałata w drodze do pracy i z pracy. Nie wiem dlaczego napisali o tym do mnie, ale napisali i muszę coś z tym zrobić. Któregoś dnia zobaczyłam jak pracownik Straży Miejskiej, przy ul. Oficerskiej, zakładał blokadę na koła czyjegoś samochodu, poprosiłam owego pana do siebie i przedstawiłam mu nasz problem. Ów pan wysłuchał mnie uważnie i zajął się sprawą natychmiast. Pojechał w to miejsce o którym mówiłam i zanim do niego doszłam on już je obfotografował. Poinformował mnie, że sprawę zgłosi swojemu naczelnikowi a ten z kolei uczestniczy w Komisji Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego i problem przedstawi. Wyjaśnił mi, że już same pasy uporządkują poruszanie się w tym miejscu. Nie będzie można parkować samochodów tak jak jest to teraz, ponieważ będzie musiała być zachowana odległość 10 m. od pasów, no i kierowcy będą musieli zwalniać i ustępować miejsca pieszym. Pomyślałam sobie – to takie proste a nigdy nikomu nie przyszło do głowy żeby to załatwić. Niedługo wiosna, będzie odświeżanie pasów; nie będę czekała aż zajmie się tym naczelnik Straży. Zadzwoniłam do Kom. Bezpieczeństwa żeby wypytać czy to na pewno dobry adres i jak mam do nich trafić. Okazało się, że pod tym adresem zajmują się szkoleniem kierowców. Ale jednocześnie zostałam poinformowana, że moja sprawa leży w kompetencji Zarządu Dróg Zieleni i Transportu Urzędu Miasta i do Inżyniera Ruchu. Napisałam pismo: dotyczące poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego a właściwie niebezpieczeństwa w ruchu drogowym przy zbiegu ulic Fałata z Oficerską ( przy Wodociągach), wyjaśniając, że jest to miejsce gdzie krzyżują się drogi i pojazdów i pieszych z czterech ulic a nie ma na nim ani znaków, ani pasów, ani nawet chodnika. W poruszaniu się jest kompletna samowolka z duszą na ramieniu. Do tego jeszcze dochodzi samowolka w parkowaniu pojazdów zasłaniająca widoczność. Najgorzej jest w godzinach : 5, 45 – 7 i 21,45 – 22,30 W godzinach tych kończą i zaczynają pracę zmiany pracownicze i DPSu i Wodociągów , dochodzą do tego mieszkańcy wymienionych ulic, samochody dostawcze i ciężki sprzęt wodno – kanalizacyjny. Tworzy się rondo ” śmierci „. Pierwsza rzecz która musi być zrobiona i to już to są pasy, które chociaż trochę poskromią użytkowników tych dróg. Chodnik to jest chyba rzecz oczywista, choć zupełnie zignorowana, a jest to zaledwie kilkanaście metrów kostki brukowej.Czekam z niecierpliwością na reakcję w tej sprawie.

Pismo zgrałam na pendrajwa i wybrałam się do miasta szukać punktu ksero. Szukałam przez godzinę ( ja drepczę nie chodzę ), wszędzie gdzie dotarłam była wywieszona informacja – lokal do wynajęcia lub na sprzedaż. Wreszcie znalazłam. Cała szczęśliwa ponieważ miałam w perspektywie już tylko kancelarię w Ratuszu i powrót do Domu. Nic z tego, w owej kancelarii dowiedziałam się, że owszem oni mogą pismo przyjąć i jak przy okazji będą na ulicy Knosały to pismo doręczą komu trzeba ale nie pokwitują mi przyjęcia. No i już prababcia Danusia wkurzyła się i nawtykała, ponieważ prababcia jest starej daty i wszystko musi mieć czarno na białym. Zmęczona jak sto nieszczęść ruszyłam dalej. Znalazłam – Knosały 3 Inspektor Ruchu Drogowego. Boże, on urzęduje na drugim piętrze w budynku bez windy. Jakoś dociągnęłam się ale ze zmęczenia miałam mroczki przed oczami. Wiem, że powinnam napić się wody, wodę mam ale boję się pić bo nie wiem kiedy dojdę do domu, mogę nie donieść. Proszę napotkaną panią żeby powiedziała mi gdzie dokładnie jest pokój inspektora bo już nie będę miała siły go szukać. Pani mi tłumaczy, że tam na końcu korytarza ale inspektora nie ma jest na kontroli. Nie trudno sobie wyobrazić co wówczas czułam. Ale w naszej rodzinie wszyscy tak mają, że jak jest źle to zaraz po tym będzie dobrze; mamy taki gen naprzemienny w sobie i wywołujemy to dobro u innych. Ja ten gen odziedziczyłam. Raptem słyszę: chciałbym pani pomóc tylko proszę powiedzieć co mogę zrobić. Podnoszę wzrok i widzę przystojniaka około czterdziestki, pytam więc – czy bardzo chce mi pan pomóc? Owszem – słyszę. Tłumaczę więc po co tu przyszłam i że pismo które mam trzeba doręczyć koniecznie za pokwitowaniem odbioru. Pan to pismo wziął i po przeczytaniu nagłówka stwierdził, że to pismo skierowałam do dwóch odrębnych instytucji i że to musi być tak a tak. To niech to pan poprawi. Pan poprawił poszedł w odpowiednie miejsce i wrócił z pokwitowaną kopią. Widziałem, że ma pani jeszcze dwa egzemplarze tego pisma, proszę mi je dać, teraz to pismo skierujemy do drugiej części pani adresata, czyli do Zarządu Zieleni…. który mieści się w innym budynku i stanowi odrębną instytucję, nie podlegającą pod Urząd Miasta. Proszę poczekać pójdę po kurtkę i działamy dalej. Zeszliśmy z drugiego piętra na dół, ja usiadłam na chodziku a pan pobiegł załatwiać sprawę. Wrócił, wręczył mi moje pismo z pokwitowaniem odbioru i wytłumaczył – teraz to już na pewno sprawa zostanie załatwiona. Pani pismo trafiło do jednostki zajmującej się tym o co pani prosi i do jednostki nadzorującej to wykonanie. Pan jest istnym Aniołem, dziękuję bardzo. A pan na to – nie jestem Aniołem tylko Urzędnikiem Państwowym. A jak pan ma na imię – spytałam – B A R T O S Z – odpowiedział. Pomyślałam wówczas, że imię tak samo piękne jak on sam. A wracając do naszych znaków drogowych, to nimi zajmować się będą nie dwie instytucje a trzy, przecież jeszcze Straż Miejska z dokumentacją fotograficzną. Jak myślicie – będzie załatwione?

Buziaki !