OPTYK.

Jak tylko piękny mężczyzna spojrzał mi głęboko w oczy od razu zechciało mi się ładnie wyglądać. Oczy już mam stare, malowanie oczu odpada, a zatem tylko ekstra okulary. Nie żałowałam pieniędzy, to nic, że ich cena to cała moja emerytura razem z dodatkiem opiekuńczym, ale dodadzą mi uroku. Pełna nadziei czekałam długo na wizytę do okulisty a potem natychmiast do optyka. Niestety, nikt z nas nie wie czy optyk który będzie nas obsługiwał to fachowiec czy przypadkowy sprzedawca towaru jakim są okulary. Wybrałam optyka w Przychodni Wojewódzkiej przy ul. Dworcowej. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że przychodząc do niego będę tylko traciła czas a w szczególności nerwy. Obsługiwały mnie dwie panie, jedna przepraszała, że żyje a druga darła się, że nie może mi dogodzić, cały czas podkreślając, że jest fachowcem z 25 letnim stażem pracy. A ja im przypominałam ile pieniędzy u nich zostawiam i że tyle płacąc muszę być z a d o w o l o n a. Żadna z pań nie zwróciła uwagi na błąd fabryczny w oprawce. Niby błąd minimalny ale nie dodawał mi uroku tylko mnie szpecił. Zaraz po założeniu okulary pomalutku a systematycznie zsuwały się na prawą stronę. Po paru minutach trzeba było je poprawiać. Są u nas, w naszym Domu dwie panie które mają podobny problem z okularami; jedna podkleiła sobie kawałeczek gumy do żucia a druga wyrobiła w sobie taki trik – marszczy odpowiednio nos i okulary wskakują na miejsce. Przepraszam ale ja tak nie chcę. Jak pierwszy raz przyszłam z reklamacją to bez problemu jedna z pań wzięła się za poprawianie – ( ta krzycząca ) .Ale jak przyszłam ósmy raz to miałyśmy siebie na wzajem dosyć. Słyszałam, że to wina czapki, nosa, że każdy człowiek ma jakieś krzywizny, że okulary często się zsuwają itp i itd. Ja musiałam te zarzuty odpierać. Cały czas, niby fachowiec, skracała mi nauszniki, aż okulary zaczęły wpijać mi się w nos tak, że myślałam, że mi ten nos odpiłują. Prawdziwą wadę ja już zauważyłam, one nie i ciągle jedna z nich darła się, że ona robi to od 25 lat i żebym jej nie pouczała. Niestety powód zsuwania się okularów nie był w nausznikach a w oparciu na nosie. Z jednej strony oparcie było dłuższe a z drugiej krótsze i okulary w zsuwały się w tę lukę. Każda ze stron upierała się przy swoim. Czyli czort swajo, pop swajo. Poszłam do optyka w Aurze – do Wiktora, żeby ktoś potwierdził albo zaprzeczył moją rację; usłyszałam, że ta wada powinna była być zauważona przy pierwszym podejściu i że to ja mam rację. Powiedziano mi że to jest drobiazg który poprawią mi od ręki i to bezpłatnie – mają specjalistyczne maszyny. Tak więc pewna siebie, przy następnej wizycie uprzedziłam, że oddam sprawę do Sądu Konsumenckiego i opiszę wszystko w internecie. Tylko wróciłam do domu otrzymałam telefon – pani wrzeszcząca przepraszała i poprosiła żebym jeszcze raz do nich przyszła ponieważ ustaliły, że zwrócą mi pieniądze. Czyli, że nadal nie znały przyczyny opadania okularów. Pieniądze zwróciły. Nerwy mi przeszły. Pożytek z tego taki, że mam kilka kilometrów w nogach, a to mi dobrze zrobiło, prababcia się rozchodziła i odżyła, no i jeszcze mogę wam doradzić, że jeśli czujecie że macie rację to nie ustępujcie, w ten sposób tych ” super fachowców ” nauczymy staranności w podejściu do klienta. Od poniedziałku zaczynam starania o nowe okulary. Będą miały jedną dioprię więcej, to może i ten pan który tak głęboko spojrzał mi w oczy wcale nie będzie taki piękny, wszak ” nic dwa razy się nie zdarza… nie ma dwóch jednakich spojrzeń w oczy „.

Cały czas wertuję swojego bloga żeby przypomnieć sobie o czym już pisałam a o czym jeszcze nie. W spisie treści doszłam do 271 wpisu a jest ich teraz 445, a więc mam co robić. Przecież czaję się do opisania miłości pana Wacława i pani Ludmiły i nie chciałabym niczego dublować.

Przepraszam tych co do mnie piszą w innych językach niż język polski niestety odpisuję tylko na treści polskie.

BUZIAKI NOWO ROCZNE

Koniec roku 2022

Szukając na łamach swojego bloga ewentualnego opisu miłości pana Wacława do Ludmiły, ( tak jak obiecałam ) czyli kierownika USC z lat czterdziestych i pięćdziesiątych w naszym mieście, musiałam przewertować bloga. Nawet nie wyobrażałam sobie jaki to kolos ten mój blog. Skoro już go przeglądam – pomyślałam, to zrobię taki spis treści, żeby w przyszłości, jeśli będę czegoś szukała to z łatwością znajdywała. No i wpadłam jak śliwka w kompot. Sporządzenie takiego spisu potrwa bardzo długo. Udało mi się opisać 162 wpisy a jest ich 444 – ogrom. Przeglądając go interesującego mnie tematu nie znalazłam jeszcze, ale niestety przypomniałam jakie tortury psychiczne fundowała mi dyrekcja tego DPSu. nie tylko mi, bardzo wiele osób notabene starych i chorych, było maltretowanych przez młode, wykształcone osoby na kierowniczych stanowiskach, i to za równo przez poprzednią dyrekcję jak i przez obecną. Jakie podłe trzeba mieć charaktery żeby tak postępować ze swoimi podopiecznymi. Ja to tłumaczę tym, że jeśli nie wiele umiesz a chcesz być kimś to musisz być byle kim. I pomyśleć, że to przez to moje mieszkanie ( nastąpił rozbrat również w rodzinie ), które ubzdurała sobie poprzedniczka, że będzie jej. Tak tego była pewna, że jak okazało się , że nic z tego nie będzie dostała szału. W tym szaleństwie kształtowała umysły swoich podwładnych i sześciorga podopiecznych – swoich wybranek do robienia świństw. Jak okazało się, że te świństwa są wystarczającym powodem do podziękowania jej za pracę, odchodząc pozostawiła nie utulonych w żalu swoich poddanych; ci z kolei opętani szaleństwem swojej guru przekazali je następczyni. Żeby móc cokolwiek zrobić, pani następczyni musiała się poddać, przecież to byli: przełożona pielęgniarek i trzy pielęgniarki, kierowniczka działu socjalnego ze swoimi podwładnymi a zwłaszcza z osobą zajmującą się rozrywką i prowadzącą chór, chór nie umiejący śpiewać ale wprawiony w robienie świństw. Do tego dochodził zawsze psychiatra; jak jednego wyrzucili drugi natychmiast wszedł w jego buty. Pomalutku ludzie ci zaczęli odchodzić – młodzi zmienili pracę, starzy na tamten świat. Została tylko garstka: jedna pielęgniarka ze swoją przełożoną, lekarz psychiatra, trzy pracownice socjalne i absztyfikant naczelnej chórzystki – czyli pan NIKT. Naczelna chórzystka już dawno przeszła na tamten świat ale wytyczne pozostawiła i on je realizuje jak potrafi. Te wszystkie osoby, jak dla mnie są nic nie znaczące. Po co pani dyrektor w tym tkwi, nie wiem. Ja przed nimi już dawno nie drżę, ( to jednak prawda, że co cię nie zabije to cię wzmocni ) oni chyba przede mną tak, skoro odsuwają mnie od wszystkiego. Ot, choćby Wigilia. Ludzie wychodzili z niej zdegustowani. Sala, w której spotkaliśmy się jest dość duża, ksiądz stojąc mniej więcej na środku sali coś poszeptał tak że był słyszalny tylko dla pani dyrektor która stała obok niego, a później zaczął śpiewać kolędę, spojrzał na mnie żebym mu pomogła, ale on śpiewał w dla siebie znanej tonacji, ja nie mogłam wejść w inną tak więc trochę pośpiewałam i miałam dość. Puszczono z płyty smętne kolędy, które były słyszalne tylko przy moim stole, ponieważ radio stało obok. Ludzie w cichości zajęli się jedzeniem, a stół był obficie zaopatrzony i elegancko nakryty, tak więc najedli się i wyszli powtarzając – ale nudy. Wystarczyłoby powiedzieć – pani Danusiu, w Wigilię nie będzie pracowników od rozrywki,mogłaby się pani zająć stroną muzyczną, – to wszystko, nic więcej. Jeśli bali się, że zepsuję im mikrofon ( aż wstyd, że tak myślą ) wzięłabym swojego laptopa z głośnikami i chociaż ludzie pośpiewaliby piękne kolędy z Kapelą Jakubową albo z Mazowszem. Musiałabym jednak o tym wiedzieć przynajmniej dwie godziny wcześniej, niestety niczego nie lubię robić na łapu capu. Z SYLWESTREM było znacznie lepiej. Zorganizowano go dzień przed owym dniem, a główną atrakcją był chór APASjONATA, chór pięknie śpiewający z osobą i śpiewającą i prowadzącą imprezę, czyli takim łącznikiem pomiędzy chórem a publicznością, kiedyś zwanym konferansjer. Tym razem aż takich ochów i achów jak poprzednio, nie będzie. Słabiutki repertuar, chociaż przez chór pięknie wykonany, gorzej z solistą; śpiewając Apasjonatę smędził straszliwie a udając Presleya za głośno puścił płytę ze śpiewającym Presleyem. Jak na sylwestrowe spotkanie to było za dużo kolęd. A ogólnie, żeby zostawić po sobie miłe wspomnienie należy publiczność pozostawić w niedosycie, w tym wypadku czułam niestety przesyt. Po za częścią artystyczną było oczywiście coś dla ciała, a mianowicie: kawa, herbata, herbatniki z czekoladą, szampan bezalkoholowy i oczywiście tort. Tort wyjątkowo smaczny.

Wszystkiego dobrego w NOWYM ROKU !

To jest historia …

W poprzednim wpisie była mowa o uczuciach pana NIKT do mojej osoby. O jego uczuciach celowo pisałam w dwuznaczniku. Ja dobrze wiem, że pan NIKT darzy mnie wyłącznie nienawiścią a ta dwuznaczność była po to żeby go doprowadzić do furii. Wiem, że czyta mojego bloga. Jeśli mi się udało to bardzo się cieszę. Skutek już jest widoczny – pan NIKT od tygodnia mnie nie widzi.

Ale dzisiaj zupełnie o czymś innym – poważny temat o zbieraniu i szanowaniu wszystkich śladów które dotyczą , naszych rodzin i nas samych. O dokumentach, zdjęciach, pamiętnikach czy książkach, o czymś co do tej pory wydawało nam się czymś zbędnym, czymś co już można wyrzucić a po latach okaże się, że to były dokumenty historyczne, które coś obrazowały. Tym właśnie zajmuje się pani, która była u nas w DPSie w ubiegły czwartek, to pracownica Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, która przyszła do nas z prelekcją o niezwykłości naszych starych szpargałów które wyselekcjonowane odtwarzają historię. Nikomu z nas do głowy nie przyszło, że możemy mieć coś co może stać się cennym dokumentem historycznym. Dopiero jej wykład o swojej pracy otworzył nam oczy. Zobaczyliśmy notatki z pamiętnika prowadzonego przez ponad 60 lat, w którym nie było nic nie zwykłego: tytuły lektur szkolnych, opis samych lekcji w szkole powszechnej, później średniej i dalej nauka w wyższej szkole. Prelegentka zwróciła naszą uwagę na tytuły książek, których już nie znamy, czy sposoby nauczania. Jakie to wszystko było inne niż dzisiaj, a wyobrażacie sobie jeszcze za drugie pół wieku jakie będzie zdziwienie czym ten człowiek pisał; a on pisał najpierw piórem ze stalówką, którą maczał w atramencie zwanym wówczas inkaustem, później pisał wiecznym piórem aż w końcu długopisem. Minie następne pół wieku i nie wielu będzie pamiętało co to było ten długopis. Na ekranie ukazał się obrazek – Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej, Mam taką samą, czyżby to był dokument historyczny. Tak, to jest dokument świadczący o skromności naszego Kościoła w poprzednim stuleciu i nas, zwykłych ludzi. To co zobaczyliśmy na ekranie było opatrzone datą z 1963rr. a moja pamiątka jest opatrzona datą 9 lipca 1950r. czyli, że wydrukowano tysiące takich samych obrazków i rozesłano po całej Polsce, ja ten obrazek dostałam mieszkając w Jezioranach ( a jak trafiliśmy do Jezioran to opisałam w częściach bloga zatytułowanych : 1. W domu muzyka i przerażenie, 2. Jeziorany. 3. Moje życie w Jezioranach ). i te obrazki służyły przez dziesiątki lat, tysiącom dzieci w Polsce .Nie tylko pamiątkowy obrazek świadczy o skromności ludzi z tamtego okresu. Ze wzruszeniem przypominam przyjęcie komunijne – na dziedzińcu kościelnym stały stoły przykryte białymi prześcieradłami a na nich ogromne stosy ciasta drożdżowego i dzbany kakao. To wszystko. Na to przyjęcie mógł przyjść kto chciał i przybiegała dzieciarnia z całego miasteczka i każdy się cieszył. Każdy mógł przyjść bo prawie każda z rodzin przyczyniła się w jakiś sposób do tego święta. Piekarz upiekł ciasto a mąkę i mleko na to ciasto dostał od młynarza i mleczarza. Kakao było z paczek UNRA przysłanych dla kościoła . Ubranka dla dzieci były od koleżanek i kolegów którzy mieli komunię w zeszłym roku, a jak ktoś nie miał to pani Glejznerowa uszyła prościutką sukieneczkę, którą mamy udekorowały gałązkami sparagusu. Czyż nie było pięknie. i to jest historia właśnie. Raptem na ekranie zobaczyłam reklamę firm – Spółdzielni Mazur i Spółdzielni Rolnik – skąd znam te reklamy? Przypomniałam sobie, że mam całą stronę z Gazety Olsztyńskiej z roku 1945 w której reklamują się nasze olsztyńskie zakłady pracy. A mam to dlatego, że opisując dzieje mojej rodziny od dziewiętnastego wieku po dzień dzisiejszy i pisząc o rodzinie taty znalazłam reklamę zakładu introligatorskiego, który mieścił się w Olsztynie przy ul. Świętej Barbary 5. a był własnością brata taty. Do Olsztyna przyjechaliśmy w kwietniu 1945r. i tego samego roku stryj już reklamował swój zakład. Na tej stronie reklamuje się dziesięć różnych zakładów pracy. S ą oferty na remonty i odbudowy z informacją, że otwarcie ofert będzie miało miejsce w dniu 10 listopada 1945r.. Firma Pionier dokładnie informuje co można u nich kupić a mianowicie: kosmetyki, galanterię, papier, nici, igły, mydło, baterie, wodę kolońską i żyletki. Po za reklamą są zapowiedzi przedślubne i tak np. Pan Wincenty … kawaler wyznania rzymsko katolickiego zamieszkały i tu wymienione ostatnie trzy adresy chce poślubić panią Irenę, również wymieniono ostatnie adresy zamieszkania, imiona rodziców i wyznanie. Zapowiedzi zakończono informacją, że o przeszkodach zawarcia związku małżeńskiego, jeśli takie są, należy niezwłocznie powiadomić Urząd Stanu Cywilnego w Olsztynie. A kierownikiem U S C był późniejszy mój dobry znajomy z którym wiąże się piękna historia miłosna, która zatacza krąg i kończy się w naszym DPSie .

Nie wiem czy nie opisywałam owej historii miłosnej na swoim blogu, ponieważ dotyczy ona moich sąsiadów z ul. Radiowej. Sprawdzę to i pewnie napiszę coś na ten temat za tydzień.

BUZIAKI !

Oryginalne wyznanie uczuć…

Od kilku dni pan NIKT wznowił swoje obelżywe zachowanie się wobec mnie. Nie mam pojęcia dlaczego tak się zachowuje i zaczynam podejrzewać, że jest to taka forma wyznania uczuć, zmuszenie mnie do zwrócenia uwagi na siebie. W każdej głowie różnie interpretowane są uczucia; jak wiadomo mózg do tej pory jest czymś nie znanym nawet dla naukowców. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć agresywnego zachowania się osobnika na którego nie zwracam uwagi, nie widzę go i nie słyszę, a on komentuje moją fizjonomię i każde moje odezwanie się do kogokolwiek. Komentuje to w obelżywym tonie. To już druga osoba z agresywnym podejściem do mnie. Poprzedni agresor już nie żyje a to jego godny, czy może nie godny następca . Fakt, moje zachowanie się może drażnić niektórych – chodzę z zadartym nosem. Sprawiam wrażenie niedostępnej, ale to mylne wrażenie, kto mnie zna to wie o tym doskonale. Jedna z nowych mieszkanek naszego DPSu zaczepiła mnie i powiedziała : pani Danusiu, pomimo tego, że korzysta pani z chodzika, czego na ogół każdy się wstydzi, to pani z nim dumnie kroczy. ( No proszę, ja nawet chodzić nie umiem tylko kroczę ). Tak było zawsze, już taka jestem i tylko ci co mnie znają to wiedzą, że to nieświadoma przykrywka. Pisałam kiedyś, że jestem jak ten rajgras wyniosły, ale ten rajgras to tylko trawa która jest dumnie wyniosła. ( Teraz trawy wróciły do łask ). Tak więc jeśli ktoś chce być postrzegany jako ktoś ważniejszy od innych to przy mnie nie ma szans i pewnie to drażni moich agresorów. Pan NIKT żeby dodać sobie ważności bierze pod pachę plik papierów i tak paraduje po DPSie, a ja zadzieram nosa. Dawno, dawno temu, będąc w delegacji służbowej, na dworcu spotkałam męża swojej koleżanki z pracy, podeszłam do niego i zaczęłam rozmowę. Podeszłam do niego ponieważ już dobrze wiedziałam, że żaden mężczyzna nie odważy się podejść do mnie pierwszy a ten o którym mowa był bardzo nieśmiały. Na drugi dzień owa koleżanka opowiada mi jak jej mąż wrócił do domu podekscytowany, że spotkało go coś nie bywałego, wyobraź sobie, że rozmawiałem z tą twoją Danką. I co w związku z tym, pyta go żona. Słuchaj, ona jest normalna. A jaka miałaby być? No taka niedostępna, taka, że strach się bać, a tu taka niespodzianka. A żona mu na to – zapewniam cię, że Sosna jest najbardziej normalna z normalnych; siedzimy biurko w biurko od lat i znamy się bardzo dobrze.

Ps. Wczoraj wybrałam się z Panią Jadzią na rynek. Siedzimy przed budynkiem czekając na samochód i widzimy, że idzie nasz ksiądz. No tak za chwilę msza piątkowa a my na rynek, głupia sprawa. Tak więc jak ksiądz spytał dokąd tak panie, to ja natychmiast zełgałam – do lekarza. A ksiądz ciągnie temat i kieruje pytanie do P. Jadzi – wczoraj była pani u okulisty a dzisiaj do jakiego? Struchlałam, będzie wtopa, wyda się że skłamałam. A Pani Jadzia dyplomatycznie – dzisiaj do innego.

„Jak zostać gwiazdą…”

to tytuł filmu telewizyjnego który oglądałam w ubiegłym tygodniu, żeby przypomnieć jak to kiedyś było i porównać z dniem dzisiejszym. Młodzież dzisiejsza i ta sprzed 60 laty to zupełnie inni ludzie. Nas cechowała powaga w podejściu do każdego zamierzenia, natomiast dzisiaj, w moim mniemaniu, każdą rywalizację cechuje krzyk, może dlatego, że jurorzy wszelkich artystycznych przedsięwzięć to idole młodzieżowi byli lub obecni przy których i uczestnicy i publiczność czują się swobodnie. Za moich czasów w jury zasiadały takie wybitne osobowości jak: Władysław Szpilman, Jerzy Wasowski, czy Stefan Rachoń, przy których krzyk był czymś nie przystojnym. Dostać dyplom za zajęcie pierwszego miejsca w jakimś festiwalu podpisany przez takie osobowości jak wymieniłam, to natychmiast podnosi prestiż i rangę i owego przedsięwzięcia artystycznego i samego siebie. Dzisiaj, dyplom podpisany przez któregoś z jurorów to co najwyżej ogromna radość i pieniądze jak mniemam nie małe, ale to nie ta ranga. Dzisiaj przeróżnych festiwali piosenkarskich i różnego rodzaju konkursów jest bardzo dużo, a i wykonawców którzy śpiewają pięknie jest ogrom. Wszelkie finałowe imprezy błyszczą przepychem; a festiwale w których ja brałam udział były szare. W nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w ogólnopolskim konkursie, w którym brało udział ponad trzysta tysięcy ludzi dostałam radio z adapterem ale i dyplom podpisany przez Władysława Szpilmana. To pierwsze miejsce było przyznane mi przez Jurorów, dziennikarzy i publiczność. W niektórych festiwalach poza dyplomem i informacją w gazetach czy w radio, nie było nic więcej; wiem to, ponieważ zajmowałam zawsze pierwsze miejsce, poza jednym przypadkiem kiedy to zajęłam drugie miejsce. Jurorzy przyznali mi drugie miejsce a publiczność pierwsze. Nagrodą publiczności był pozłacany, ręczny zegarek z budzikiem. To drugie miejsce bolało mnie bardzo. Już nawet chciałam zaprzestać śpiewania, no bo jeśli się nie podobam to po co mam to robić Jednak po latach poczułam się bardzo dumna z tego drugiego miejsca, ale dopiero po latach, jak ponownie przeczytałam artykuł o tym wydarzeniu artystycznym, ponieważ trzecie miejsce zajęła Pani Krystyna Prońko, wówczas tak samo jak ja prawie nikt, a był to Festiwal Piosenki Kolejowej, na którym śpiewałam piosenki Pani Balbiny Śwityć Widackiej. Jeszcze bardziej dumna czuła się zdobywczyni pierwszego miejsca – Małgosia Chodorowska, Olsztynianka i wieloletnia moja koleżanka, choć znacznie młodsza ode mnie. Z Małgosią spotykamy się do dziś, ponieważ w naszym DPSie mieszka jej siostra. Wielu znanych piosenkarzy brało udział w tych samych konkursach co ja, z tym że uczestnicy ci zakładali, że zostaną gwiazdami i zostali nimi, ja natomiast stawiałam na zajęcie pierwszego miejsca, na zwycięstwo, i tylko to było moim celem. Po ogłoszeniu werdyktu nikt już mnie nie widział, uciekałam tylnymi drzwiami ale nabuzowana satysfakcją zwycięstwa. Jak tylko usłyszałam o jakimś konkursie to rywalizacja i chęć zwycięstwa pchała mnie na scenę. To był jakiś zew, żądza, nie odparta siła. Umierałam ze strachu przed wejściem na scenę ale po mimo to musiałam wejść i wyśpiewać to pierwsze miejsce. Niczego więcej nie chciałam, a nawet bałam się być kimś w rodzaju gwiazdy. Wystarczyło mi moje miasto i moje województwo. Chociaż występowałam w całej Polsce i w Krajach Demokracji Ludowej to jednak moje miasto było mi najważniejsze. Reasumując — wszystkich piosenkarzy i tych dzisiejszych i tych z poprzedniej epoki łączy jedno – TREMA i chęć zwycięstwa, chociaż dla każdego to co innego znaczy.

Powspominałam sobie i podniosłam się na duchu. Zrobiłam to celowo, bo jest mi bardzo źle. Jakieś cholerne tąpnięcie i psychiczne i fizyczne. B U Z I A K I !

Życie pod kloszem.

Jestem pełna podziwu fachowości naszych fizjoterapeutek. Nic nie mówiąc co o moim stanie zdrowia powiedział lekarz, u którego byłam we wtorek, zaczęłam biadolić, jak na staruchę przystało, że to i tamto boli. Asia wysłuchała i postawiła diagnozę: kręgosłup – ręce to kręgosłup szyjny, nogi to kręgosłup lędźwiowy. Po rozmowie zaczęła się nasza ogólna gimnastyka, którą prowadziła Ola. Po południu w pokoju, zaczęłam przeglądać pisma kolorowe i trafiłam na obszerny artykuł o moim biadoleniu, diagnozie Asi i ćwiczeniach Oli. Artykuł zaczynał się – jeśli dolega ci to a to, ( drętwienie rąk i nóg ) czyli wszystko to co odczuwam ja, to jest to dolegliwość związana z kręgosłupem; czyli trafna diagnoza Asi. Dalej w tym artykule były opisane, z dołączonymi rysunkami, ćwiczenia gimnastyczne które należy wykonywać przy takich dolegliwościach i był to opis ćwiczeń toczka w toczkę prowadzonych przez Olę. Jednym słowem nasze dziewczyny to fachury. Szkoda tylko, że gimnastyka jest prowadzona tylko dwa razy w tygodniu; byłoby wspaniale żeby była codziennie wówczas bylibyśmy znacznie sprawniejsi. Przecież stary człowiek robi się drętwy po kilku godzinach w bezruchu.

Podobno na świecie jest kryzys. Ceny różnych artykułów szaleją, ale nie u nas. U nas, moim zdaniem, jest większe bogactwo na stołach niż było. U nas serwuje się: polędwiczki zapiekane w sosie pieczarkowym, podaje się paprykę faszerowaną czy cukinię nadziewaną, przeróżne mięsa i surówki. Na śniadania czy kolację są zupy mleczne, wędliny w dwóch gatunkach, jakieś warzywko, owoce czy ciasta. Moim zdaniem tego jest stanowczo za dużo. Po posiłku na stołach zostają wędliny, masło czy sałatki różnego rodzaju. Owszem jest kilka osób które zjadają wszystko i jeszcze by coś zjedli, ale to jest dosłownie kilka osób. Im można by zwiększyć porcje a reszta mogłaby mieć połowę tego co dostaje. Ja jestem kawał baby, na ogół nie jem wędlin a mimo to, to co dostaję na śniadanie wystarcza mi na dwa posiłki. Nie chodzę na kolację ponieważ obfite śniadanie dzielę na dwa posiłki. Mnie ten obecny dobrobyt przeraża, bo w końcu pieniądze się skończą. Budżet Gminy nie jest z gumy, a miesięczny pobyt w DPS kosztuje już 5 500 zł. Kogo na to stać? Zacznie się selekcja w przyjmowaniu, będzie się wybierać wyłącznie ludzi których na to stać a to grozi mniejszym obłożeniem czyli stratą dla Gminy tak czy siak. My na prawdę żyjemy pod kloszem, mamy czyściutko, cieplutko i syto, zacznijmy jednak oszczędzać.

Buziaki !

Dotrzymałam słowa…

i nie rozsypałam się ku uciesze Dyrekcji DPSu. Wprawdzie muszę przyjąć jedną na dobę tabletkę przeciwbólową ale po jej zażyciu funkcjonuję prawie normalnie. Chodzę na spacery i to dalekie, dwa razy udało mi się przejść drogę od naszego DPSu na cmentarz przy ul. Poprzecznej a jest to droga cały czas pod górkę i to częściowo stromą górkę, a ja cieszę się, że daję radę. Trwa to dwukrotnie dłużej niż np. rok temu ale daję radę. Od tygodnia próbuję wrócić do swojej gimnastyki porannej i tak codziennie idzie mi coraz lepiej. Jeszcze dokucza mi głuchym bólem, cała klatka piersiowa. Muszę zrobić USG klatki. Nie wiem nawet do jakiego specjalisty mam z tym się udać; we wtorek wybiorę się do naszego lekarza żeby mi wytłumaczył co i jak. I to byłoby tyle na temat dolegliwości prababci.

A u nas – były eleganckie obchody Święta Niepodległości. Jak przeczytałam informację, że to będzie zespół działający przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku, to poczułam niesmak. Parę lat temu był u nas zespół od nich i nie podobało mi się nic a nic. A tu niespodzianka; wystąpił przed nami chór, który w ogóle nie śpiewał jak ktoś z trzeciego wieku, śpiewali bardzo energetycznie, pobudzali nas nie tylko do śpiewania ale i do życia. Zespół wyglądał bardzo elegancko. Pani dyrygent kierowała śpiewem prężnie. Zespół śpiewał gromko, równo i czysto; a prowadzący zachwycił mnie swoją lekkością prowadzenia, radością życia, współgraniem z widownią i elegancją ; pomijając to, że i przed występem i w jego trakcie usłyszałam od niego dużo miłych słów z mojej odległej młodości. Ponieważ miłych słów nie słyszałam już od dawien dawna to odcisnęły one we mnie wręcz bolesne ” piętno „. Po południu wybrałam się do Pani kierownik Działu Socjalnego z prośbą; a tam gadu, gadu i do rozmowy wtrąciła się pracownica działu, ( nie znam imienia, to nowa osoba ) a z jej ust padło sarkastyczne pytanie : a kim to pani była, bo jakoś nie wiem. Dla mnie to pytanie było ni w kijki ni w drewki. Raczej powinno zabrzmieć – a kim to pani jest – odpowiedziałabym wówczas, że jeśli pani nie wie to nie powinna pani pracować tu gdzie pracuje. Bo jestem, dla pani informacji pani podopieczną.

Coś się stało w stosunkach Felka – pani dyrektor, wyraźnie wypadła z łask szefostwa. Do tej pory byłam jej wrogiem i wyrażała swoją opinię o mnie nawet na forum. Aż tu następuje zmiana frontu, dołącza do mnie podczas mojego spaceru i zaczyna nadawać na Natalkę, Dorotę i Kasię ,( którym jeszcze nie tak dawno wchodziła bez wazeliny)- rozmowę o nich zaczyna od słów: ty tyle nie widzisz co ja. Te kobiety nie wiele potrafią a są faworyzowane i zaczyna mówić o nich wszystko to o czym ja już pisałam na blogu, a ta nowa to pracować nie lubi tylko godzinami gadałaby przez telefon; chodzi po atrium i plotkuje sądząc, że jej nikt nie słyszy a ludzie widzą, słyszą i komentują. A o tym, że pan kierownik zbyt często przesiaduje w pokoiku przy sali gimnastycznej to mówiła mi już chyba dziesiąta osoba. Popija kawkę z pięknymi dziewczętami a nie widzi, że na dworze niszczeją drewniane meble ogrodowe, a przecież jest szefem administracyjno – gospodarczym. Za rządów poprzedniej dyrektorki w miesiącu listopadzie wszystkie ławki i stoły były składowane pod zadaszeniem. Dzisiaj przed takim składowaniem trzeba by jeszcze dokładnie opisać braki żeby na wiosnę być przygotowanym do wszelkich napraw. Za rządów obecnej dyrektorki, czyli już od około 10 lat nie zrobiono tego ani razu. Nikogo nie obchodzi, że to nasz majątek i należy go szanować. Wygląd tych mebli ogrodowych świadczy o naszym gospodarzu.

Buziaki !

Jestem żywą historią…

a przynajmniej tak się czuję odkąd pani redaktor wprowadziła mnie w życie pani Balbiny Świtycz Widackiej. Ponieważ artystka jest patronką ulicy w naszym mieście, zaczęłam wertować nazwy ulic i znalazłam bardzo dużo znajomych mi osobiście patronów., Poznawałam ich od najwcześniejszych moich lat. Np. Pana Michała Lengowskiego poznałam jak miałam 13 czy 14 lat. Przyszedł na moje podwórko przy ul. Warmińskiej, zwiedziony moim głosem. Jak zwykle w godzinach po południowych miałam swój podwórkowy występ. Pan Lengowski przyszedł z panem Lubomirskim i cichutko stojąc przy koszach na śmieci, wysłuchali cały mój występ. To wydarzenie jak i jego ciąg dalszy opisałam na swoim blogu na wpisie zatytułowanym – Wszyscy razem w Olsztynie. Drugą, bardzo bliską mi znajomą i od bardzo dawna, była pani Maryna Okęcka Bromkowa. Poznałam ją jak zaraz po wygraniu konkursu – Mikrofon dla wszystkich, na który zgłosiła mnie pani Balbina, zostałam nie tylko solistką zespołu studenckiego ale i solistką zespołu Olsztyńskiej Rozgłośni Polskiego Radia prowadzonego przez Zbigniewa Chabowskiego a pani Okęcka była w naszej rozgłośni znanym dziennikarzem zajmującym się razem ze swoim mężem Bromkiem, folklorem. Ta para dziennikarzy znana była w całej Polsce, nie tylko w Olsztynie. Mężowi pani Maryny – panu Bromkowi bardziej przypadła do gustu praca w stolicy a pani Okęcka została w Olsztynie. Pani Maryna zajmowała się również pisaniem wierszy które ja musiałam jej prześpiewać. To były takie wiersze bajki. Przychodziłam do niej do domu i bawiłam się w kompozytora. Znajomość z panią Maryną trwała długo, aż do jej śmierci. Ostatnie lata spędziła mieszkając w naszym DPSie jak ja przychodziłam tam na pobyt dzienny. Bywałam u niej dość często i wówczas śpiewałyśmy piosenki ludowe i wspominałyśmy ludzi, założycieli naszego olsztyńskiego radia; wszak ja z radiem współpracowałam niemal, że od dzieciństwa. Dwoje naszych patronów – pana Henryka Panasa i Władysława Gębika znałam tylko przez ich synów. Syn pierwszego z nich pracował w naszym radiu a znajomości radiowe opisałam na swoim blogu na wpisie zatytułowałam – aktualności i wspomnienia.. Natomiast drugi pan to znany olsztyński ginekolog ale dla mnie to kolega z zespołu studenckiego. Andrzej postanowił być sławnym saksofonistą. Rano był ginekologiem a po południu przybiegał do nas do Kortowa i był saksofonistę. Szło mu coraz lepiej ale też coraz częściej wolał być konferansjerem. Mieliśmy jeden wspólnie zrobiony utwór – ja śpiewałam a on podgrywał na saksie – to był blues – Alabama i do końca życia tak mnie nazywał. Następny patron to mój sąsiad z ul. Radiowej ale z czasów kiedy ta ulica nazywała się Lumumby , to pan Władysław Leonhard. Znaliśmy się całymi rodzinami. Jest też kilkoro znajomych lekarzy – patronów ulic – Bolesław Laszko dbający o moje struny głosowe laryngolog, Edward Mróz pediatra nadzorujący zdrowie moich córek od niemowlęctwa. Jest też patron, słynny chirurg, którego nie wymienię z nazwiska bo go nawet nie znałam a podobno przyczyniłam się do rozbicia jego małżeństwa. Co to zazdrość nie wymyśli. Przychodzi do mnie któregoś dnia moja teściowa z pretensjami, że rozbijam małżeństwo jej przyjaciółki. To małżeństwo wisiało na włosku ale przez ciebie jest już sprawa w sądzie. Ja Bogu ducha winna, nie wiem o co chodzi. Teściowa określa mi o kogo chodzi. Przysięgam, że nie znam człowieka. Nie wiem nawet jak ten ktoś wygląda. .Śpiewałaś na balu medyków dwa tygodnie temu – pyta teściowa. Śpiewałam. Dedykowałaś piosenkę wyznającą miłość jednemu z lekarzy? Co najwyżej śpiewałam jako dedykację od kogoś nie od siebie. Ale śpiewałaś tak, że wszyscy znajomi stwierdzili, że to było oficjalne wyznanie miłości. Przypomniała mi się ta dedykacja. Kierownik zespołu, rok wcześniej, na takim samym balu, dostał ataku wyrostka robaczkowego. Zemdlał na scenie. Ów pan doktor nie patrząc na nic, wezwał karetkę i pojechał z nim do szpitala żeby go zoperować. Ja wówczas z nimi nie śpiewałam, nie byłam przy tej sytuacji. W rok później ów muzyk chciał pokazać, że pamięta i że jest mu bardzo wdzięczny, poprosił mnie żebym najpiękniejszą piosenkę tego karnawału zadedykowała doktorowi. Dedykację ogłosił Zygmunt, ja tylko zaśpiewałam, ale jak zaśpiewałam i co zaśpiewałam to kwalifikowało się na rozwód, wg. pani doktorowej. Była to najmodniejsza wówczas na całym świecie piosenka włoska – Nie wolno mi kochać ciebie. Cytuję : Nie wolno mi, nie wolno mi kochać ciebie, nie wolno mi przy tobie być nawet we śnie. Mówią, że mam za mało lat żeby wiedzieć, czy to już jest prawdziwa miłość czy nie. Niech mówią tak, cóż obchodzi mnie cały świat ja wiem jedno, że bardziej cię kocham każdego dnia.- itd. – ja ten dramat wyśpiewałam z głębi serca, tak zresztą jak każdą piosenkę. Dla żony pana doktora to nie była każda piosenka, to było dramatyczne, publiczne wyznanie miłości i powód do rozwodu. A ja do dziś nie mam pojęcia jak ten ktoś wyglądał. Śpiewając nigdy nie widziałam nikogo z widowni, nikogo ze słuchaczy, widząc kogokolwiek pomyliłabym tekst, a w najlepszym razie nie byłoby tego serca w piosence. Niestety zazdrość dośpiewa sobie wiele, krzywdząc w ten sposób najbardziej zazdrośnika. Taki problem jak pani doktorowa miał też mój mąż, ciągle szukał na widowni kogoś dla kogo śpiewem wyznaję miłość. Czy państwo X się rozwiedli ? Nie wiem. W każdym razie żaden z patronów już dawno nie żyje a były to piękne osobowości.

Komentarze na temat…

Zasypana zostałam komentarzami dotyczącymi mojego listu do Pani Redaktor – na zasadzie – o co tu chodzi? Przepraszam, istotnie nie wyjaśniłam. List napisałam jako odpowiedź dlaczego nie możemy się spotkać na wywiad; ponieważ po pierwsze jestem chora, po drugie nie wiele mam do powiedzenia, bo nie wiele pamiętam. Owa Pani Redaktor to Beata Brokowska, dziennikarka naszej Gazety Olsztyńskiej, Stypendystka Marszałka Województwa Warmińsko Mazurskiego, która jest w trakcie zbierania materiałów do swojej pracy doktorskiej – Śladami Balbiny Świtycz Widackiej, ponieważ zbliża się 50 rocznica śmierci artystki.. Zbiera wszystkie wiadomości jakie się da i w ten sposób trafiła na moje nazwisko. Ponieważ byłam na takim etapie choroby, że nawet rozmowa przez telefon sprawiała mi trudność powiedziałam jej, że to co wiem napiszę na swoim blogu jak tylko poczuję się chociaż trochę lepiej; a na blogu dlatego, ponieważ innego e adresu nie mam i nie umiałabym napisać na adres Pani Redaktor. Pani Redaktor, po przeczytaniu tego listu zadzwoniła do mnie i spytała czy może w swojej pracy dosłownie zacytować mój wpis i odwołać się do mojego bloga. Ponieważ wiedziałam, że sponsorami Jej pracy są władze naszego miasta, a na swoim blogu jadę po nich ostro, uprzedziłam Panią Redaktor, że takie odwołanie się do mojego bloga przyczyni się do jego reklamy co sprawi mi przyjemność, ale nie jestem pewna czy nie zagra Pani na nosie swoim sponsorom, w ten sposób szkodząc sobie. Domyślam się, że nie przeczytała Pani mojego bloga dlatego tak odważnie odsyła pani swoich czytelników do niego. Teraz ten mój blog to jest takie trochę ble, ble, ble ale od początku przedstawiał zakulisowe, bezpardonowe rozgrywki dyrekcji DPSu. wobec swoich podopiecznych za zgodą i wiedzą władz olsztyńskich – świadczą o tym w całości cytowane pisma od Prezydenta Miasta straszące Sądem mnie a nie swoich dyrektorów. Już wcześniej pisałam, że bardzo lubię czytać prace doktorskie ale nigdy nie przypuszczałam, że w jednej z tych prac będę wymieniona z nazwiska razem z adresem mojego bloga. Tak więc prababcia102pl. dostaje drugie życie. Bardzo się cieszę.

Jestem jeszcze słabiutka dlatego nie wiele napisałam, ale za tydzień będzie okey.

I już jest jako tako.

Dawałam sobie czas zbierania się do kupy do końca miesiąca października, a tym czasem jest 22 X a już pełzam jako tako. Już wyszłam o godzinie 7 rano do atrium, jak za dobrych zdrowych czasów. Wprawdzie nie ćwiczyłam, nie miałam siły, ale poruszałam się troszeczkę. I pomyśleć, że wszystkim zrządził przypadek. Do kompletu moich dolegliwości zaczęła mnie męczyć rwa kulszowa, a na nią mam bardzo dobry lek – Diklowit, przyjęłam jedną tabletkę i wszystkie bóle zmniejszyły się o 90%. Oszalałam z radości – sama wstaję z łóżka. Nie muszę nikogo o nic prosić. Ogromna ulga. Jeszcze daleka droga do całkowitego wyzdrowienia ale już ta droga jest prościutka i na uśmiechu nie na skwaszonej minie. Jeszcze wiele rzeczy nie mogę zrobić, np. ułożyć się w łóżku na boku, którymkolwiek boku, ciągle leżę na plecach i prosto jak decha z marzeniami o ułożeniu się na którymkolwiek boku.

Podobno na feysbooku krąży jakiś artykuł o mnie a ja nie mam możliwości zobaczenia bo nie mam swojego konta. Tak więc teraz zadanie dla prababci to nauczyć się założenia sobie konta. Nie mam pojęcia jak się do tego zabrać ale mam wyznaczony cel i to jest ważne.

Życie bez celu jest straszne. BUZIAKI.