Zatorzanka.

W tygodniu pochodziłam trochę po sklepach mieszczących się w Zatorzance. ( Oczywiście jak jeszcze była pogoda do wytrzymania, a był to poniedziałek i wtorek, Przez pozostałe trzy dni leżałam plackiem). Nie chodziło mi o zakupy, snułam się bez celu, patrząc jak wszystkie punkty handlowe w Zatorzance są jeden po drugim likwidowane. To na prawdę przeraża, a dowodzi temu, że kupujących jest coraz mniej. Społeczeństwo ubożeje, a przecież w te miejsca przychodzili i tak nie bogaci ludzie. Nawet ciucholandy są zlikwidowane. Było ich chyba z dziesięć a został jeden. Ten jeden jest po sufit zawalony ciuchami a kupujących zero. Zieleniaki jakoś się trzymają, ubyło ich we wnętrzu Zatorzanki ale na zewnątrz handelek się toczy. Zaszłam do Biedronki – może jakimś cudem – będzie cukier. Potrzebuję 1 kg. cukru na rok a media wszem i wobec głoszą, że cukru nie ma. W Biedronce był, a przy regale z cukrem nie było nikogo. Długo rozrywałam ofoliowane paczki dziesięciokilogramowe, przecież chciałam tylko kilogram. Zaszłam też do ” Ludwika ” czyli sklepu, jak kiedyś nazywano z 1001 drobiazgów. Niczego nie kupiłam ale humor poprawił mi się. Jak zawsze w tym sklepie. Otóż od około 40 lat wita wchodzących ten sam pan. Kiedyś młodzieniaszek świeżo po handlówce a teraz lekko szpakowaty pan kierownik. Zawsze widok tego pana w tym miejscu wzrusza mnie bardzo. Widoki okolic handlowych nasuwają mi taką refleksję, że może wróci do łask rzemiosło. Może ludzie zaczną naprawiać zepsute rzeczy, nie ciągle tylko kupować. Wróci do łask : krawcowa, szewc, gorseciarka, złota rączka, guzikarz – bardzo często korzystałam z ich usług. Zakładów krawieckich i szewskich było w naszym mieście dużo, zakład gorseciarski i guzikarski były tylko po jednym. Krawcowe szyły kreacje a guziczki do tych kreacji obszywał guzikarz. Cieniutkie drewienka oblekało się masą ceramiczną, drobnymi zdobieniami albo materiałem. To były maleńkie dzieła sztuki. Dzisiaj guziki to produkt bardzo niszowy a w sklepach guziki są drogie i na dodatek kupujesz mniej więcej takie guziki jakie byś chciała. Niestety, żeby korzystać z pracy guzikarza to trzeba by najpierw kupić materiał i coś z niego uszyć, a sklepów z materiałami nie uświadczysz. Kiedyś takie sklepy nazywały się sklepami bławatnymi, w sklepach tych były wyłącznie tkaniny naturalne – wełny, bawełny i jedwabie. Jak uszyłaś sobie jakąś kreację to chociaż było pewne, że nikt cię nie zdubluje. Kiedyś zechciało mi się na kupno sukienki w Modzie Polskiej. Byłam nią zachwycona. Szykowała się wielka uroczystość rozpoczęcia roku kulturalnego. Impreza organizowana przez Wydział Kultury Urzędu Wojewódzkiego. Do otwarcia imprezy wybrano dwie osoby – Panią Krystynę Rut. z Urzędu Wojewódzkiego i mnie. Było nam bardzo głupio jak stanęłyśmy obok siebie w takich samych sukienkach. Pięknych, ale takich samych. Na szczęście lubiłyśmy się i na scenę weszłyśmy przytulone do siebie a wyglądające jak bliźniaczki. Wszystko odchodzi w zapomnienie i to dobre i to złe. Odchodzi razem z nami.

A u nas w DPSie – wróciła ze szpitala Marianka – śmieszka. Chociaż trudno powiedzieć, że wróciła, przywieziono ją. Jest w ciężkim stanie. Leży wpatrzona w sufit bez reakcji na otoczenie. Karmiona jest przez sondę. Żal patrzeć.

Dowiedziałam się, że pani dyrektor rozmyśliła się z przeprowadzką Grzesia do pokoju jednoosobowego. Pokój na moim korytarzu stoi od dwóch tygodni pusty. Wszyscy wiedzieli, że czeka na Grześka a tu klops.

Ogrodowa Izba Przyjęć.

To już będzie panegiryk na cześć Działu Socjalnego. Panie z tego Działu są niebywale uczynne. Ostatnio, żeby spełnić moje życzenie zaangażowały się same i dołączyły do tego działania Krzysia, Sławka i Gabrysia. Jednak całość uwieńczył sukcesem Grzesiu. Chodziło o możliwość podlewania ogródka z balkonu. Kiedyś miałam tę możliwość ale przeprowadzając się z pokoju do pokoju, wszystko polikwidowałam. Byłam pewna, że ogródek zostanie mi tylko we wspomnieniach to i narzędzia porozdawałam. Teraz mam zamiar tylko dbać o czystość w ogródku, który nazwałam Izbą Przyjęć, to po zorganizowaniu przyjęcia imieninowego właśnie w ogródku na trawie, na której rozłożone były koce i poduszki. Położenie tego miejsca tworzy odizolowaną od reszty „świata „, enklawę. Cały ogródek leży na skarpie tworząc taką kotlinę. Ta skarpa do prac porządkowych jest bardzo nie wygodna, zwłaszcza dla starych ludzi, ale kilka dni po moich imieninach, przyszedł do mnie wnuk z żoną i zrobili porządki w ogródku. Ogródek przekopali i zrobili tarasy obsiewając je trawką. Niestety o trawnik trzeba dbać, a tu upały i susza. Zaczęłam nosić wiaderka z wodą i podlewać i jak na prababcię przystało zaczęłam się przewracać no i oczywiście niszczyć to co było zrobione przez wnuka. A miało być tak pięknie. Trzeba było znów wrócić do podlewania z balkonu; w tym właśnie pomogli mi pracownicy. Przez to, że są ogródkowe tarasy to mogłam chociaż sama się podnosić po upadkach. Zsuwałam się na dolny taras i byłam w pozycji siedzącej dzięki której spokojnie wstawałam ale też niszczyłam młodziutki trawnik. Znów trzeba brać się do roboty i naprawić co się zniszczyło. Prababcia jak żółwik, ale wszystko zrobi. Będzie godzina pracy i dzień odpoczynku, ale do jesieni Izba Przyjęć będzie gotowa. W tym moim ogródku jest pięknie jak ogólnie jest lekkie ochłodzenie, ponieważ w nim jest taki mikroklimat utrzymujący stałe ciepło, jak przystało na kotlinę.

Tyle lat zajmuję się ogródkiem a jednej rzeczy nie przewidziałam – walki róży z powojem. Nie wiem skąd wziął się powój i oplątał całą górną grządkę – teraz górny taras. Wydawało mi się, że jest pięknie. Powój obficie kwitnący na biało i różowo jak oplutł krzaczek róży to wyglądało to cudnie – to był taki słup pełen trój kolorowych kwiatów; niestety to była walka róży z powojem podczas której róża poległa, został tylko kikut; a był to krzak kwitnący od lipca do października. Wytępiłam powój, ale już swoje zrobił. Nie wiem czy będzie odrastał, oby nie.

Pracując w ogródku nadwyrężyłam swoją ” przyszytą ” rękę – prawą, teraz mam problemy z jedzeniem, zwłaszcza zup. Ten ruch jednostajnie przyspieszony osłabia rękę. Podczas jedzenia zup po pewnym czasie rękę muszę oprzeć, najlepiej o blat stołu, a mój stół jest za niski. Postanowiłam znaleźć miejsce przy wysokim stole, ale tych stołów jest zaledwie pięć i są zajęte. Usłyszał moją rozmowę na ten temat Jarek, siedzący przy takim wysokim stole i swoim zachowaniem wzruszył mnie bardzo; natychmiast podjął decyzję, że on przysiądzie się do Bogusi a swój stół zostawi do mojej dyspozycji. To piękny gest ale nie mogłam się na to zgodzić. Jarek nie widzi, że Bogusia jedząc zajmuje cały stół i będzie im nie wygodnie. Zrezygnowałam z zamiany ale wzruszenie zostało. Czy ja potrafiłabym się tak zachować?

W tygodniu mieliśmy spotkanie mieszkańców z panią Dyrektor. Zebranie to było zupełnie nijakie. Kilka zgłoszeń o drobne naprawy i to wszystko. Przecież to mogło być zgłoszone Sławkowi, a jeśli chcemy żeby Sławek nie zapomniał, to problem zgłaszamy opiekunce, ta z kolei wpisuje do raportu dziennego i sprawa na 100% będzie załatwiona. Jednak pani Dyrektor taka nicość bardzo się podobała i z radością zaproponowała cykliczne, co miesięczne spotkania. Przecież było tak miło. A ludzie nadal swoje problemy wypłakują po kątach. Jak zwracam im na to uwagę to słyszę – a po co się narażać, ja już chcę tylko spokoju. Na następnym spotkaniu postaram się ożywić wszystkich zebranych.

Co u nas słychać?

Zaskoczyła mnie informacja, że Marianka – śmieszka, jest w szpitalu z powodu udaru. Dziwne, że mnie to zaskoczyło? A no dziwne. Widać przełożona zapomniała przećwiczyć nowy personel, iż w razie udaru nie wzywa się pogotowia. Otępiały pensjonariusz po udarze jest bardzo wygodny dla dyrekcji Domu, przestaje chcieć cokolwiek, jeśli nawet chce to nie potrafi tego wyrazić. Doświadczyłam tego osobiście i wiele innych osób. Żeby do mnie w odpowiednim czasie wezwano pogotowie to nie musiałabym dzisiaj podpierać się chodzikiem. W przypadku Marianki pogotowie wezwał personel opiekuńczy, nie pytając nikogo o pozwolenie ponieważ uznał prawidłowo, że tak musi być, że każda minuta przy udarze jest ważna. Przed laty nic nie było ważne po za interesem dyrekcji. A już na pewno nie było nigdy ważne zdrowie mieszkańca Domu. Pewnie sama przełożona zaczyna niedomagać – ( wiek emerytalny ) – stąd ta, odrobina chociaż, empatii, albo skleroza, a może wstyd przed nowym personelem który mógłby się oburzyć na tego typu sugestie. Poprzedni personel medyczny nauczony był swoje spostrzeżenia trzymać w butonierce. Mając własne zdanie wylatywało się z pracy.

Druga sprawa która mnie również zadziwiła, to przeprowadzka Grzesia. Z pokoju jednoosobowego z bezpośrednim wyjściem do ogrodu, Grzesiu zamieszkał w pokoju dwuosobowym i bardzo ponurym bo z widokiem na jezdnię i las. Grzesiu, który przez wszystkie lata wychwalał personel pod niebiosa jednak się naraził. To zażyłość z Felicją nie wyszła mu na dobre – oboje niestety nadużywali i to z brzydkimi objawami. Jeśli chodzi o Grzesia, to ja osobiście nigdy nie widziałam go w stanie po nadużyciu; Felicję w takim stanie widziałam niejednokrotnie i to z bardzo brzydkimi skutkami. Dlaczego ukarany został tylko Grześ ? Jak spytałam o to Panią Dyrektor to usłyszałam, że na Felicję skarg nie było. Może skarg nie było ale na pewno były notatki w raportach dziennych – o rozkładówce Felicji pod drzwiami Małgosi czy Wandy. Jestem pewna, że Felicja to jednoosobowy Samorząd Mieszkańców wybrany przez Dyrekcję w tajemnicy przed wszystkimi; dlatego właśnie ” nie ma ” na nią skarg. Zaczęliśmy się upominać o wyrozumiałość dla Grzesia wszak to człowiek naprawdę zasłużony dla naszego Domu. Upominał się o niego i personel – o dziwo, skąd ta odwaga – i mieszkańcy; a zaszkodziły mu panie – jego byłe sąsiadki którym najwięcej pomagał. Dowiedziałam się, że Grzesiu będzie mieszkał na moim korytarzu, z czego bardzo się cieszę. Do byłego pokoju Grzesia wprowadził się Andrzej; panie z tego korytarza już go pilnują bo dowiedziały się, że podobno zbyt głośno słucha muzyki.

Jeszcze uwaga do Dyrekcji – poinformujcie mieszkańców dolnego pawilonu, że nie powinny przepuszczać różne osoby przez swoje pokoje. Skoro ktoś nie ma czipa do drzwi wyjściowych to coś to znaczy. Ludzie chcą być grzeczni a mogą zaszkodzić. Widziałam panią spacerującą po wertepach łąkowych przy naszym Domu a która samodzielnie nie powinna wychodzić, może któregoś dnia zajść za daleko.

Samotne wyjścia do miasta,

do mojego miasta w którym przeżyłam 3/4 wieku. Takie wyjścia nastrajają mnie melancholijnie, a jeszcze jak spotkam kogoś, z kim w jakiś sposób byłam związana to wracam do DPSu z głową w chmurach. Tak się właśnie zdarzyło jak któregoś dnia przechodząc ulicą Warmińską, z sentymentem patrzyłam na każdy dom a zaglądając na niektóre podwórka to i nie jedną łezkę uroniłam. Nie byłam w stanie opuścić tej ulicy, tu przecież dorastałam. To tu przeżywałam i te dobre i te złe chwile. To tu dawałam pierwsze występy z kapelą podwórkową i dla widowni podwórkowej. To tu organizowałam wyścigi biegając przez kwadrat ulic – Warmińska, Mazurska, Dąbrowszczaków ( wówczas ulica Generalisimus Stalina ), Mickiewicza i znów Warmińska. Bieg zaczynał i kończył się na naszym podwórku. Do dziś mam pod skórą kolan wrośnięty piasek. Każdy zawodnik to ma, przecież biegając po ruchliwych ulicach, przewracaliśmy się nagminnie. Na pokaleczone nogi sypaliśmy piasek żeby zatamować krew. Jak krew przestała lecieć to dopiero robiliśmy okłady z krwawnika i babki lancetowatej. Boże, ile wspomnień… Przysiadłam na ławeczce, na skwerku koło ZUSu i utonęłam we wspomnieniach. Nagle usłyszałam pięknie brzmiący baryton – Nie wiele tu się zmieniło… czy mogę się dosiąść? Proszę, ale czy my się znamy? Pan przedstawił mi się… Boże, to dopiero wspomnienia. Chodziliśmy razem do podstawówki, do jednej klasy. To były lata pięćdziesiąte, dokładnie rok 1952 – 1956, i od tamtej pory nie widzieliśmy się. Słyszeliśmy co nieco o sobie, ja nawet czasem widziałam go w telewizji, przecież to filharmonik, grający przepięknie na trąbce – koncertmistrz. Czy on coś o mnie wiedział, nie wiem. Do klasy IV b dołączyłam jako nowa. Nie miałam żadnych dylematów z byciem nową, wprost przeciwnie, od razu poczułam się jak u siebie. Chciałam jak najwięcej wiedzieć o swoich rówieśnikach tak więc bacznie ich obserwowałam. Zauważyłam, że Bogdan, to pan który się dosiadł, jest zawsze głodny i podkrada dzieciakom kanapki. A że w naszym domu czego jak czego ale jedzenia i to dobrego, nigdy nie brakowało, zaczęłam zabierać coraz więcej kanapek do szkoły i kłaść je tak pod blatem ławki, żeby łatwo je można było wziąć nie zauważenie. Jak zginęły, to w przeciwieństwie do innych którzy robili larum na całą klasę, ja się cieszyłam. I tak bez słów zaprzyjaźniliśmy się. W szkole w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy, chyba nie zamieniliśmy ani słowa przez wszystkie lata. Nawet nie wiedziałam, że Bogdan, chyba w ramach wdzięczności, obserwował mnie po szkole. żeby być przy mnie w razie potrzeby. Wiedział, że kilka razy w tygodniu, późnym popołudniem biegałam do babci Anastazji, czyli mamy mojego taty, która mieszkała na Starówce. Któregoś dnia, to było jesienią bo mimo iż była dopiero godzina 16 było dość ciemno, zaczepił mnie znacznie ode mnie starszy chłopiec i to w dość niegrzeczny sposób. Chciałam się od niego wyrwać a nie udawało mi się. Raptem chłopak mnie puścił i złapał się za oczy. Odwróciłam się i zobaczyłam Bogdana. Co to było – spytałam. a Bogdan ze spokojem odpowiedział, że sypnął mu piaskiem w oczy, ( to miało miejsce na tym samym skwerku na którym spotkaliśmy się po siedemdziesięciu latach). Wychodząc z domu sama, powinnaś zawsze mieć pod ręką garść piasku. Noś jakiś fartuszek z kieszeniami a w nich piasek. Obronisz się zawsze. Zauważyłem, że ty w samo obronie plujesz i to dużo, to jak połączysz to swoje plucie z piaskiem to obronisz się zawsze. Miał rację, w ten sposób wyszłam z opresji i to po latach. To moje obfite plucie było objawem chorobowym po przyjęciu podwójnej dawki szczepionki przeciw gruźliczej – wzięłam ją za siebie i za koleżankę, która panicznie się bała igły. Zauważyłeś, że my znając się dziesiątki lat rozmawiamy ze sobą dopiero po raz drugi. Ale wspominamy siebie z wielkim sentymentem , mam nadzieję – odpowiedział Bogdan. Nie wiele zostało przed nami lat ale wspominać siebie będziemy z miłością wspomnień do końca swoich dni. Jak widać nie zawsze potrzebne są słowa.

Grzesiu jako złoty chłopak, nie tylko złota rączka.

Piątek po południu, a tu ciach, telewizor nie działa. Nie ma już pracowników typu Sławek czy Gabryś, którzy znają temat i sprawdzili się przy „dłubaniu ” w dekoderze. Co robić ? Wyszłam na korytarz żeby rozejrzeć się za kimś sensownym kto ewentualnie pomoże; a że była to pora kolacji to trochę ludzi na korytarzach było. Popytałam czy u nich telewizory działają, okazało się, że u innych tak a u innych nie. Antoś mi mówi, że u Iwonki telewizor nie działa ale już szukał opiekunów znających się na tym i będą na dyżurze dopiero jutro po południu. Przechodząc przez hol zobaczyłam Grzesia, którego zainteresowała moja zafrasowana mina – co się stało? spytał. ( O tej porze, na korytarzach nikt nigdy mnie nie widywał ponieważ od 7 lat nie przychodzę na kolację stąd to zainteresowanie moją osobą ). Powiedziałam o co chodzi. No jak pani może chodzić i szukać chętnych do pomocy zamiast przyjść od razu do mnie. Zapomniała pani gdzie mieszkam? Do głowy by mi nie przyszło, że znasz się i na elektronice – odpowiedziałam. Nie ma możliwości żeby znać się na wszystkim. A cóż to za filozofia – odpowiedział Grzesiu, po kolacji przyjdę do pani. W życiu nie wierzyłam, że Grzesiu wyratuje mnie z kłopotu rozrywkowego. Przyszedł, a dając mi do zrozumienia, że czyta mojego bloga, zapytał – i co, jutro będę opisany na łamach prababcia pl. Jeśli telewizor będzie w porządku to napiszę o twojej wizycie a jeśli ci się nie uda, w co bardziej wierzę, to nie będzie pisane. Ale ja chcę żeby pani opisała moją wizytę i jeszcze proszę dodać, że od lat jestem zakochany, nie powiem w kim, to może wreszcie ta osoba zauważy to i zbliży się do mnie. Takiej odwagi w Grzesiu to jeszcze nie widziałam, przez co baczniej na niego spojrzałam i zauważyłam, że Grzesiu jest po kieliszeczku stąd ta odwaga. Tak więc szanowne panie podchodźcie bliżej do Grzesia może zauważycie którą z was tak wytrwale kocha. Jak dobrze, że te tematy mnie już nie dotyczą, że wyrosłam z tematu miłości już bardzo, bardzo dawno. Swoją drogą to nasi mężczyźni jak tylko zaczerpną trochę wody ognistej to od razu są zakochani. Jakieś czary mary, czy co?

Telewizor działa pięknie, za co bardzo dziękuję Grzesiowi i przepraszam, że jestem człowiekiem małej wiary. Nie znam drugiego takiego człowieka, który znałby się jednocześnie na technice, mechanice, hydraulice, ogrodnictwie, budownictwie, normalnym i miniaturowym, na stolarstwie, elektronice i jeszcze n wiadomo na czym. Przepraszam, że nie wierzyłam w ciebie i bardzo dziękuję za wszelką pomoc. Podglądając Grzesia przy pracy, zauważyłam, że on do wszystkiego podchodzi pomalutku, starannie i to dało mi do zrozumienia, że ja wszystko robię za szybko, a teraz telewizor z dekoderem to tak jak komputer i trzeba trochę uważniej, a nie tak jak ja naklepię, naklepię a później się dziwię, że telewizor się rozkraczył.

Już lipiec…

kiedy to zleciało, nie wiem. Wrócę jeszcze. do maja i czerwca. U nas rok w rok odbywały się majówki. Zjeżdżali się do nas ludzie z całego miasta; to było prawdziwe święto wiosny z bogato zastawionymi stołami i gronem zaproszonych gości – delegatów z poszczególnych Domów, no i zawsze zaproszonymi artystami, ku radości zebranym. W tym roku majówkę trzeba było przełożyć na inny termin. Zmiana terminu nastąpiła nie ładnie. Tak jak informację o majówce ogłosiła sama Pani Dyrektor na zebraniu mieszkańców, tak jej odwołanie nastąpiło cichaczem, małą karteczką na tablicy ogłoszeń, którą zawieszono w godzinach popołudniowych dnia w którym miała być majówka; czyli po terminie. W ten sposób z majówki zrobiono czerwcówkę. Byłam na tej czerwcówce przez godzinę, dłużej niestety nie wysiedzę na żadnym przyjęciu. Jakby to było coś ekstra to wysiedziałabym dłużej. Ledwie wytrzymałam śpiew jakiegoś pana. Trochę lepiej było z występem sześciolatków; ale wiadomo dzieciaki im bardziej im nie wychodzi tym bardziej zachwycają. I to już wszystko co widziałam. Naszych mieszkańców, terapeutki nauczyły wrzasków, że niby to było piękne, tak więc krzykom nie było końca. Ale to jest domena Natalki i Dorotki – krzykiem udawać zachwyt i radość. Na pytanie Pani Dyrektor – czy coś mi się podobało na imprezie, odpowiedziałam, że owszem, nawet zachwyciło – Pani kreacja. To było z mojej strony naprawdę szczere. Byłam zachwycona kreacją i wyglądem Pani Dyrektor. Przyćmiła wszystkich. To był tylko kombinezon, ale wytworny, podkreślający piękno i tuszujący ewentualne mankamenty. Żadnych mankamentów nie widziałam – byłam zachwycona.

Kupiłam, dzięki pani socjalnej, aparat wzmacniający słuch. Niby z tym moim słuchem nic się nie dzieje, a jednak coś jest nie tak. Bałam się, że zacznę być męcząca dla sąsiadów, oglądając telewizję ze zbyt głośną fonią. Miałam taką sąsiadkę, która przez swoją głuchotę wykańczała sąsiadów. Nastawiała telewizję na ful a sama zasypiała. Telewizor barabanił całe noce. Nikt z nią nie mógł się dogadać długo, nie wiem co się stało teraz, ale już jest cicho, chyba przestała ją interesować telewizja. Mój aparacik kupiłam na ALLEGRO za niespełna trzy stówki, a profesjonalny aparat słuchowy kosztuje kilka tysięcy i na dodatek co dwa tygodnie trzeba wymieniać baterie. Mój aparat ma ładowarkę i mogę go wybierać z uszu i wkładać kiedy chcę. Nawet mogę korzystać tylko z jednego guziczka, do jednego ucha. Ma jedną wadę – wzmacnia wszystkie dźwięki, tak więc jak wieczorem szykowałam się do oglądania telewizji to zdejmowałam ze ściany zegar, bo przesuwanie się sekundnika było mi zbyt głośne. Ostatnie zdanie napisałam w czasie przeszłym bo już aparacik leży w szufladzie, nie muszę z niego korzystać odkąd korzystamy z dekoderów. Teraz głos w telewizji jest wyraźny i mogę go wyciszyć. Jednak aparacik na pewno przyda mi się kiedyś, jest całkiem ładny, to takie małe dwa guziczki, wyglądające jak klipsy. Nie mają żadnych kabelków, mogę niespostrzeżenie włączać i wyłączać, regulować głośność czy po prostu wybrać z uszu.

To byłoby na tyle. Buziaki!

Lato!

wypadałoby krzyknąć – HURA, bo ” razem z latem czeka rzeka, razem z rzeką czeka las, a tam ciągle nie ma nas „. Przykro mi, ale lato i to takie upalne wcale mnie nie cieszy. Starocie szuka ochłody, cienia. Radość z lata, to tylko wspomnienia; piękne słonce, wielka woda – Boże, żebym była młoda. Te jeziora, pełne żagle – moja młodość przeszła nagle. To se ne wrati, nie ma co się rozczulać. Także kto młody niech rusza do wody. Nie mogę dzisiaj pisać bo wszystko mi się głupio rymuje. Dzisiaj, po wczorajszych imieninach, mam ciężką głowę i nic mi się nie chce. Także, do następnego …

Radość, smutek i polityka.

Tak mało trzeba nam i dużo tak, żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać… tak śpiewała Anna Jantar. To szczęście do którego było tak bliziutko, poczułam jak mogłam wreszcie stanąć pod prysznicem, to zdarzyło się 13 czerwca. Szkoda, że czekano tak długo. Udostępnienie nam prysznica mogło nastąpić już w środę 8 czerwca, już w tym dniu były wyniki badań, tylko nie miał kto tym się zainteresować. A tak swoją drogą to nasza Dyrekcja umie dawkować nam to szczęście. Najpierw pozbawi nas czegoś zupełnie prozaicznego a później nam to odda a w nas wstępuje radość, że dostaliśmy np. czipy do drzwi i możemy swobodnie wychodzić, że możemy umyć się pod prysznicem… to jest polityka dawkowania szczęścia, którego byśmy nie odczuwali gdyby to wszystko było dostępne nam przez cały czas. To szczęście odczułam również jak wróciłam do swojego pokoju a jeszcze bardziej jak przy drobnej awarii musiałam prosić o pomoc i ta pomoc była natychmiastowa ze strony opiekunki i ze strony Sławka – pracownika technicznego, a to dlatego, że mój pokój jest dla każdego z nich bliziutko i zawsze po drodze. Jak mieszkałam na dole, to te osoby musiałabym poszukać, a one musiałaby znaleźć czas żeby przyjść do mnie. Mieszkając w tym pokoju, słyszę ich obecność przez drzwi tak więc wychodzę proszę o pomoc, a w odpowiedzi słyszę – skoro już tu jestem … i sprawa załatwiona.

Pisałam o szczęściu a teraz napiszę o smutku. Smutek ogarnia mnie jak ze szczęścia chce mi się śpiewać, a tu stop, nie mogę śpiewać tego co lubię, a nawet bardzo lubię. To piosenki rosyjskie. Czuję się jakbym była w żałobie. Mój głos stworzony jest do śpiewania piosenek rosyjskich. Pamiętam jak kiedyś śpiewałam piękną, sercoszczypatielną piosenkę na konkursie, to przewodniczący konkursu, nie wytrzymał i na głos wyraził swój zachwyt – Boże, to głos jak opium- a był to dyrygent wielu orkiestr i nie jedno słyszał. Kocham te piosenki. Znam ich dziesiątki. To poczucie, że ich może nigdy nie zaśpiewam ogarnia mnie wielką żałością. Rosja pogrzebała przed światem cały swój kunszt artystyczny, całe swoje piękno. Jak miałabym zaśpiewać coś w języku rosyjskim to poczułabym się jakbym bezcześciła człowieczeństwo. Nawet tylko nucąc jakąś rosyjską melodię, nie używając słów, czułabym się podle; to w ogóle nie wchodzi w rachubę. I jest mi z tego powodu bardzo smutno. W Rosji wszyscy wielcy artyści byli od zawsze trzymani na smyczy. Jeśli jakieś dzieło artystyczne utorowało sobie drogę na świecie to musiało być i wartościowe i piękne, a teraz wszystko jest wrzucone do kosza historii. To wszystko przez wielkomocarstwowość wodzów Rosji. W kraju takim jak Rosja wszystko jest polityką. Nie ważne, że jesteś wielkim twórcą, takim np. jak Dymitr Szostakowicz, którego utwory grały największe orkiestry świata, jeśli Stalin powiedział swego czasu – nie – to było – nie. Andre Reay światowej sławy dyrygent, za każdym razem jak grał walca nr. 2 dziękował kompozytorowi, że go stworzył, bo dzięki temu utworowi świat poznał Reaya jako dyrygenta. Co teraz będzie z tą muzyką ? Pamiętamy Ałłę Pugaczową, przez fanów nazwaną ostatnią carycą Rosji. Rosjanie ją uwielbiali i traktowali jak chlubę Rosji. Dziennikarze natomiast określili jako gwiazdę bez słuchu politycznego – niestety mieli rację. Artystka urodziła się za Stalina, dorastała za Chruszczowa, debiutowała za Breżniewa, na którego mówiono, że to działacz polityczny epoki Pugaczowej, a zniszczył ją Putin. Założono partię polityczną która była w kontrze z Kremlem, a twarzą tej partii była Ałła Pugaczowa. We wszystkich rankingach kandydatur na wodza Rosji Pugaczowa z Putinem szła łeb w łeb i raptem słuch o niej zaginął. Z szefowej trzęsącej całym schow biznesem w Rosji stała się nikim. Ci co ją promowali skończyli źle.

Przez tą bezsensowną wojnę na Ukrainie świat artystyczny otulił się kirem.

Smutno mi.

Panegiryk

na cześć Działu Socjalnego. Tego jeszcze z mojej strony nie było, ale jak trza to trza. Zasłużyły panie na to. Z czym bym nie przyszła do owego Działu, to mam załatwione. Pierwsza sprawa z którą się zwróciłam to była prośba o powrót z ” tułaczki ” do mojego pokoju. Było mi bardzo głupio zwracać się z tą prośbą, ponieważ sama prosiłam o przeniesienie mnie na parter dolnego pawilonu, nie minęło dwa tygodnie a ja znów z prośbą tym razem o powrót do swojego starego pokoju. Poprosiłam na zasadzie jeśli nic z tego nie wyjdzie to trudno, sama jestem temu winna; a tu wyszło. Druga sprawa która leżała mi na sercu to brud w atrium. Dziwiłam się bardzo, że tego brudu nie widziały terapeutki które w atrium prowadzą zajęcia. Na wiosnę pod zadaszeniem, to było aż nie przyjemnie. Przez dwa ostatnie lata, chociaż raz do roku sprzątnęłam sama. Pokazałam jakie to proste – wiadro z wodą plus mop i po pięciu minutach czyściutko. Usłyszałam tylko, od Kasi: chociaż nauczy nas pani sprzątać. To był sarkazm z jej strony, bo żadna z nich tego nie zrobiła. W tym roku, pod koniec maja nie mogłam patrzeć na ten ciągły brud. Poszłam do Działu Socjalnego, żeby wyrazić swoje oburzenie, na drugi dzień było w atrium czyściutko i o dziwo jest sprzątane co kilka dni. Tego jeszcze nie grali od kiedy mieszkam w DPSie. Mam zastrzeżenia do sprzątającej – najpierw wytarła parapety, później zaczęła zamiatać. Zamiatała na sucho, robiła to długo, nawet bardzo długo, a kłęby kurzu unosiły się nad jej głową. Odeszłam jak najdalej od pani sprzątającej, nie chciałam być zapylona brudnym piaskiem, wszak do atrium przychodzę raniutko żeby trochę poćwiczyć i powdychać czystego powietrza. To trochę wyglądało tak jakby to sprzątanie było mi na złość – chciałaś to masz, będzie czysto ale ty nie będziesz mogła ćwiczyć o tej porze dnia, pomimo, że robisz to codziennie od kilku lat. No ale tym razem miałam tylko chwalić, więc muszę pochwalić Panią Elę socjalną, która poświęciła mi dużo czasu żebym mogła zrobić poważny zakup przez internet. Wyszukała mi to co chciałam kupić i użyczyła mi swojego prywatnego konta bankowego. To już drugi raz jak Dział Socjalny pomógł mi w zakupach, poprzednio sama Pani Kierownik a teraz Ela. Miło jest wiedzieć, że masz do kogo przyjść z problemem i ten problem będzie załatwiony z życzliwością.

Z pochwał to byłoby na tyle. Czy wyobrażacie sobie, w dzisiejszych czasach, brak możliwości umycia się pod prysznicem, przez miesiąc. Trudno to sobie wyobrazić a my tak żyjemy. Dyrekcji nie zależy na tym żeby ponaglić, przyspieszyć to badanie wody. Podejrzewam, że wyniki badań są, tylko komu by się chciało zająć się tym w piątek i na dodatek po południu. Wytrzymały staruchy miesiąc to jeszcze kilka dni ich nie zbawi. A czy wyobrażacie sobie codzienne mycie około setki osób, przez opiekunki, którym owszem pomagają w tych czynnościach pokojowe, ale jest to praca ponad siły albo na odczepnego. Normalnego, codziennego mycia, bez prysznica, w domu w którym mieszka prawie 150 osób, nie wyobrażam sobie, ale niestety u nas tak jest.

Niedomówienie.

Jak już pisałam poprzednio, w naszym DPSie od dwóch tygodni nie możemy skorzystać z prysznica. Przynajmniej tak ja zrozumiałam. Dwa tygodnie temu Sławek powykręcał sitka prysznicowe, powiedział dlaczego i dla mnie to było jasne, że mam przyjąć do wiadomości i respektowania, że z prysznica nici. Z wody która jest nad zlewem korzystać można; tak więc jako człowiek który każde słowo traktuje poważnie, męczyłam się w łazience z kubeczkiem i gąbeczką w ręce. Powiedziano mi, że tak ma być przez trzy tygodnie, a więc przeżyłam już dwa to pozostał tylko tydzień. Damy radę, musimy. W koło słyszałam pytania – to co to za awaria jeśli nad zlewem woda jest? Moim zdaniem to proste, są to dwa różne ujęcia. Okazało się, że nawet personel zrozumiał to opacznie. Niektóre opiekunki myją podopiecznych szlauchem bez sitka ponieważ zrozumiały, że jest to czyszczenie rur z kamienia, a sitka zostały zabrane żeby ich nie zanieczyścić . Boże, czyli, że ja mogę choćby teraz pójść do łazienki i lać na siebie strumień wody, za którym tak tęsknię. Muszę się upewnić u źródła, czyli w administracji. Nie mogę uwierzyć, że aż tak źle odczytałam informację wiszącą na tablicy. Co z moim myśleniem. Kiedyś myślałam zawsze logicznie i to lotem błyskawicy, a dzisiaj. Po dwóch tygodniach dopiero przyszło mi do głowy, że mogłam zamienić armaturę łazienkową z armaturą tą nad zlewem i miałabym normalny prysznic. Parametry tych urządzeń są takie same. Wystarczyłby uśmiech do Grzesia i sprawa byłaby załatwiona, tym bardziej, że zawory do tych ujęć wodnych są w mojej łazience. I pomyśleć, że nawaliło i narobiło mi szkody tempo mojego myślenia. Idąc do działu administracji spotkałam Krzysia, pytam czy pana szef jest u siebie, a on mi na to, że pojechał do SANEPIDU z próbkami wody. Tak więc problem tkwił w wodzie. Czyli, że dobrze zrozumiałam i pomimo nie wygody uchroniłam swoją skórę przed czort wie czym. Czy to możliwe, że wiele osób zamiast dopytać się o szczegóły, oblewało się bakteriami. Spytałam pani Jadzi jak wyglądało u niej mycie, jej odpowiedź mnie przeraziła – nagrzałam wody, wlałam do miski – mówi p. Jadzia, umyłam się porządnie, a później podłączyłam sitko do szlauchu, bo go nie oddałam, i cała pięknie się opłukałam prysznicem. Zupełnie nie rozumiem podejścia p. Jadzi do problemu, ona chyba też niczego nie zrozumiała. Z tego wniosek, że w tłumaczeniu należy nam wszystkim poświęcić więcej czasu żeby nie było niedomówień.

Inne niedomówienie, a w zasadzie dwa, miało miejsce w stołówce 30 maja. Podeszła do mnie Marianka, ta o której pisałam ostatnio i zaczęła od słów – ale narozrabiałaś tym swoim wpisem o porządkach na moich półkach, nie zdawałam sprawy, że jesteś taka poczytna. Nie dokończyła ponieważ do rozmowy wtrącił się PAN NIKT zachwycony tym, że to ja narozrabiałam i myśląc, że Marianka przyszła do mnie z pretensjami zaczął wykrzykiwać – niech pani nigdy nie rozmawia z tą tam bo ona obsmaruje panią i będą tylko kłopoty. Za jej pisanie brał się sam prezydent i prokuratura itd i itp. Na szczęście Marianka nie rozumiała jego bełkotu, tak więc trochę posłuchała i odeszła. W zasadzie zrozumiała tak na opak, nie tak jak chciał PAN NIKT. Po obiedzie podeszłam do niej, pytając co chciała mi powiedzieć i jeśli byłoby coś nie tak to się wytłumaczyć. Było jednak wszystko na tak. Marianka była zdziwiona, że tym wpisem narobiłam tyle szumu, że cały DPS aż huczy, a jej opiekunki miały pretensje, że z tym problemem poszłam do ciebie. Zaczęły kręcić, że niby przy tych porządkach byłam i zgodziłam się na nie, I właśnie te słowa mnie ponownie zdenerwowały, w rewanżu odpowiedziałam, że następnym razem pójdę bezpośrednio do dyrektorki. Wywody PANA NIKT uświadomiły jej, że moje pisanie ma większą moc od jakichkolwiek rozmów, bo nawet prezydent zgina przed mną kolana – tyle zrozumiała Marianna, a Jasiu tyle się natrudził żeby mnie obluzgać. Z nami starymi należy rozmawiać powolutku, mówić wyraźnie, a na koniec jeszcze upewnić się czy oby wszystko zrozumieliśmy. To wszystko po to żeby nie było niedomówień.