Spotkanie znajomej – nieznajomej

To spotkanie wywołało we mnie dużo wspomnień ale ściśle związanych z moim psem – Niuniusiem – tak został nazwany przez mieszkańców naszego Domu i tak już zostało. Ten mój Niuniuś to był hrabia – dżentelmen. Mimo, że był kundlem, prezentował się po wielkopańsku. Był bardzo dziwnie umaszczony – jak stał na łapkach ze spuszczonym ogonem to był czarny i miał lekko podpalane boczki. Jak leżał na plecach był bielutki jak mleko. Zwykle biegnąc kładł na grzbiecie swój piękny puszysty ogon, który odwrócony był biały. Ów Niuniuś, nauczył mnie, że nie muszę go szukać jak on się gdzieś oddali, bo zawsze w to miejsce wróci. Poznawał mnie ze swoimi znajomymi i z gatunku – człowiek i z gatunku pies. Z ludźmi poznawał bezustannie biegając od danej osoby do mnie, aż ze zdziwieniem zbliżyliśmy się i poznali. Bardzo się wówczas cieszył jak bliskie mu osoby poznawały się. Pieski, z którymi mnie poznawał, to zwykle były suczki, z tak zwanych dobrych domów, bo mieszkające w domkach jednorodzinnych, Niuniuś wbiegał na ich posesję swoim tajnym wejściem, polizał po pyszczku pannę a ona w zamian zapraszała go do swojej miski. Wybiegając od panny, zamaszyście oblizywał się żebym wiedziała, że pies jest najedzony. Odwracał się do swojej niuni coś tam zaszczekał i cały szczęśliwy szedł ze mną dalej. Niuniuś bardzo lubił dawać mi prezenty. Z każdego dłuższego spaceru wracałam z prezentem. Zawsze coś znalazł : apaszkę, torebkę, portmonetkę, rękawiczkę czy np. buta. Wprawdzie jednego ale jednak. I właśnie przez takiego buta poznałam ową znajomą nieznajomą. Na końcu ul. Fałata, pod lasem, oczywiście w domku jednorodzinnym, mieszkała piękna suczka w której sympatyzował Niuniuś i to z wzajemnością. Jak przechodziliśmy koło jej posesji to wołała go z daleka. Niuniuś wpadał do niej i pieszczotom nie było końca. Niestety, Niuniuś nie był mile widziany przez właścicieli owej panny, toż to mezalians – kundel i piękna Collie. Chociaż kundel był równie piękny, ale niestety kundel. Kiedyś, jak para baraszkowała sobie w kąciku za domem, pani domu wróciła właśnie z zakupów. Długo chwaliła się mężowi co kupiła, aż wreszcie zobaczyła parę psich kochanków, ze złością zaczęła przeganiać absztyfikanta. Niuniuś uciekając podbiegł do wyłożonych na podmurówce zakupów i zabrał jej coś co uważał za najwłaściwszy prezent dla mnie – otóż, wprawdzie jednego ale pięknego nowego buta. Podejrzewam, że było to na złość owej pani – ty mi możesz to ja tobie też. Ja tego zajścia nie widziałam. Nie wiedziałam skąd mój pies wytrzasnął dla mnie taki prezent. Niuniuś bardzo się cieszył, że mógł mi go dać. Widziałam z daleka jak trudno mu było trzymać w pysku buta i śmiać się od ucha do ucha. ( Niuniuś był zawsze uśmiechnięty, na to zwracali uwagę wszyscy którzy go poznawali). Wygłaskałam swojego darczyńcę i położyłam tego buta pod krzaczkiem na skraju lasu. Za kilka dni, ( byłam w mieście ze swoim Niuniusiem ), podeszła do mnie nieznajoma pani pytając – czy przypadkiem mój pies nie przyniósł mi buta, a jeśli tak to gdzie on może być. Owa pani opowiedziała mi historię z butem. But został znaleziony i od tej chwili owa nieznajoma stała się taką trochę znajomą na dystans. Kiedyś, idąc z Niuńkiem ulicą Oficerską ( oczywiście Niuniuś biegał samopas ) zobaczyłam wystraszoną panią, która z krzykiem zwróciła się do mnie żebym wzięła swojego psa na smycz. Dlaczego? spytałam, mój pies jest dżentelmenem i nikomu krzywdy nie zrobi. Pani, wystraszona zaczęła pokazywać, że tam chodzi jej pies a on jest bardzo chory, boję się, że może dojść do nieszczęścia. Uspokoiłam panią i poprosiłam żeby ze spokojem czekała aż pieski się do siebie zbliżą. Dodałam jeszcze, że pieski się znają i szanują. Owa pani ( mama jednego z naszych sławnych artystów rockowych ) czekała na moment spotkania psów, w napięciu. Jak to zobaczyła to oniemiała – pieski zbliżyły się do siebie, polizały po mordkach, przytuliły na chwilę boczkami i się rozeszły. Innym razem, wchodząc do apteki, Niuniusia przywiązałam na smyczy. Wracam, a mój pies bardzo nerwowo daje mi znać, że muszę go odpiąć i coś zobaczyć, kogoś poznać. Odpięłam go więc i obserwuję – co to takiego ważnego ma mi do pokazania mój pies. A on zaczął wprost tańczyć w okół jednego z zaparkowanych tam samochodów. Zrozumiałam, że jest to samochód kogoś bardzo ważnego dla mojego psa. A zatem poczekamy i zobaczymy. Czekaliśmy z 15 minut, aż wreszcie do samochodu podszedł ksiądz z naszego DPSu. I ksiądz i pies bardzo się ucieszyli na swój widok. Ksiądz, z poważną miną podszedł do mnie i przedstawił Niuńka jako swojego ministranta. Pisałam już, że Niuniusia wzięłam do siebie z naszego DPSu. Zanim Niuniuś trafił do DPSu to uciekł od swojego oprawcy, który przez pierwsze 4 lata życia psa znęcał się nad nim. Opowiadali mi o tym sąsiedzi tego nastoletniego bandziora. Nie będę o tym pisała bo skóra cierpnie na samą myśl. Pies bardzo się bał owego pana. Kiedyś spacerując z psem, patrzę a mój Niuniuś położył się na ziemi, zaczął skowyczeć i posiusiał się leżąc. Nie wiedziałam co to może być, aż zobaczyłam jego byłego pana – bandytę. Pies się tak wystraszył, ponieważ sądził, że ten pan może i mnie zrobić krzywdę i ze strachu stał się bezwolny. Ponieważ znałam życiorys i Niuńka i jego byłego pana, nie czekając na nic chwyciłam leżącą opodal wielką gałąź i zaczęłam okładać tego bandziora wykrzykując za co to wszystko. Chłopak zwiewał co sił w nogach, a mój Niuniuś oczom nie wierzył, że ma taką panią która poradziła sobie z bandziorem którego wszyscy się bali. Podszedł do mnie, patrząc z zachwytem i podziwem zaczął lizać mi ręce. Zrozumiał, że razem to my zdobędziemy świat i nic i nikt nie stanie nam na przeszkodzie. Minęło kilka lat, szłam jak zwykle ulicą Fałata wracając ze spaceru ze swoim Niuniusiem ( idąc ulicą Fałata kończyłam spacer, a idąc ulicą Oficerską zaczynałam), aż tu nagle wybiega z domu były oprawca mojego psa. Podbiega do mnie, obejmuje i całuje w policzki. To już nie chłopiec tylko mężczyzna. Pytam go – chłopie nie pomyliłeś mnie z kimś? Nie boisz się, że ci sprawię łomot? Nie, nie pomyliłem i bardzo przepraszam, ale jak zobaczyłem panią to tak się ucieszyłem, że musiałem panią wyściskać. Jest pani pierwszą znajomą mi osobą którą spotkałem po wyjściu z więzienia. Trzy lata za kratkami to nie żarty. Od tej pory spotykaliśmy się w zgodzie. A jak zobaczył, że zaprzyjaźniona z nim menażeria jest w stosunku do mnie bardzo grzeczna to był dumny, że mnie zna i był równie bardzo grzeczny. A ta menażeria to dzieciaki z ulicy Radiowej – dziś już tatusiowie.

Świat zniknął – 4 X 2021r.

Taka wiadomość brzmi tragicznie, ale ten świat zniknął w internecie, i przeraził tych którzy swoje życie w nim ulokowali. Niestety Jesteśmy pokoleniem internautów, czy tego chcemy czy nie. Może my starzy nie w takim stopniu jak młodzi ale jednak – lekarze, recepty, banki, zakupy, informacje, rozrywka – wszystko przez internet. Jak do tego dodamy wszelkie komunikatory to cała rzeczywistość staje się analogowa i uzależnia. To taka substancja psychoaktywna, z którą bardzo trudno walczyć. Wiemy, że przesiadywanie przy komputerze niszczy psychikę, zwłaszcza młodych, ale wiemy też, że internet rozwija. Jak walczyć z czymś co uzależnia jak narkotyk i niszczy jak narkotyk, a jednocześnie kształci, rozwija i wznosi na wyżyny intelektualne. Odcina od świata i jednocześnie przybliża świat. Wiadomo, że tak jak we wszystkim, należy mieć umiar. Tych korzystających ze wszystkiego z umiarem informacja o zniknięciu ” świata” nie przeraziła. Nie przeraziła też jednego z kabareciarzy, który na pytanie – co zrobił jak się zorientował, że świat zginął – odpowiedział: w końcu porozmawiałem z rodziną, okazuje się, że są to bardzo mili ludzie

25 września moja siostra obchodziła ( wbrew swojej woli ) 90 urodziny, o których pisałam. Tydzień później ja miałam 80 urodziny – nie napisałam, że obchodziłam, ponieważ niczego nie robię wbrew swojej woli. Ale zmierzam do zalet internetu. Teraz jest moda na takie ekstra albumy z życia jubilata i ja dostałam na urodziny taki album w którym były już zdjęcia z uroczystości urodzin mojej siostry. Jeden z jej synów umieścił zdjęcia w internecie. Moja córka je ściągnęła i już był materiał do albumu dla mnie. Ja już taka mądra nie jestem i nie umiałabym ściągnąć z internetu ale zrobiłam sobie kilka zdjęć telefonem i mam je pod ręką. A dzień swoich urodzin spędziłam właśnie u swojej najstarszej siostry. Z rozmów naszych wynikło, że ona również w dzień swoich 80 urodzin uciekła z domu i zaznaczyła, że ani myśli obchodzić tego typu ” świąt ” w przyszłości. Tak więc synowie zrobili dla niej niespodziankę – wszystkim się wydawało, że super miłą a nią tak ta niespodzianka wstrząsnęła, że nie może się otrząsnąć do dziś. Nie mogła uspokoić swoich skołatanych nerwów, przez 10 dni nieustannie brała coś na uspokojenie aż przedawkowała. Leży w szpitalu w śpiączce. Jak wszyscy na jej urodzinach świetnie się bawili, ona ze zdziwieniem przyglądała się swoim gościom nie mogąc uwierzyć, że te blisko 40 osób to jej najbliższa rodzina. I czy kogoś z tej rodziny ona naprawdę obchodzi?

W naszej starej rodzinie, urodzin się nie obchodziło. Obchodziliśmy tylko imieniny – takie nic nie znaczące wesołe świętowanie. Urodziny natomiast, są ważne dla dzieci, ponieważ im przybywa z roku na rok lat, no i przybywa prezentów. Jak już dzieci stają się osobami dorosłymi to spotykają się z ciekawości czy ktoś jeszcze o mnie pamięta. ( No chyba, że bezustannie wbijam wszystkim do głowy datę swoich urodzin ). Natomiast im człowiek starszy tym częściej myśli – i po co to wszystko? Czy mam rozmyślać ile mi jeszcze zostało? Czy w ogóle dla kogokolwiek jeszcze coś znaczę? Czy naprawdę mam uwierzyć, że to wszystko jest szczere, przecież tyle blizn pozostało na sercu. Gratulujemy tym którzy ślepo wierzą w dobre intencje wszystkich którzy się do nas uśmiechają.

Puki pamięć jako taka…

Z tą pamięcią jest coraz gorzej. Ostatnio usiadłam do komputera, chciałam zajrzeć do bloga, a tu stop – nie pamiętam hasła. Wpisałam dwa razy coś około i niestety to nie to. Nie mogłam wpisywać po raz trzeci bo już nie dostałabym się do bloga. Swojego hasła nigdzie nie zapisałam. Teraz, mimo, że przypomniałam je to niestety też nigdzie nie zapisałam. Żeby go nie zapomnieć będę częściej używać, ale nie zapiszę. Jak zapomnę to będzie to dla mnie znak, że pora kończyć pisaninę droga prababciu.

Od kilku dni zamęcza mnie moja sąsiadka żebym wezwała do niej pogotowie albo zadzwoniła na policję bo jej nikt nie chce pomóc a ona bardzo cierpi. Tłumaczę jej – Zosiu, poproszę opiekunkę – nie nie chcę, była kilka razy i nic nie pomogła. To pójdę po pielęgniarkę – nie. To może zadzwonię po kogoś z rodziny. Była synowa, to ją przełożona wyrzuciła za drzwi. To ona mogła zadzwonić po pogotowie. Z Zosią bardzo trudno rozmawia się, ona jest głucha. Nie mogę jej wykrzyczeć, że skoro jeździ wózkiem po budynku to nie podlega wzywaniu pogotowia. Policję również nie zainteresuje fakt, że ją od tygodnia boli coraz gorzej. Zosi przydałby się jakiś specjalista ale jaki to musi zdecydować nasz lekarz nie ja. Obraziła się na mnie. Była bowiem pewna, że kto jak kto ale ja to pomogę na pewno. Nie chcę ponosić kary za nie uzasadnione wezwanie karetki czy policji, ale Zosia tego nie rozumie. Sama zadzwonić nigdzie nie może bo z nikim się nie dogada. Jest mi bardzo przykro ale jestem bezradna. Zosia po prostu odczuwa brak zainteresowania się nią.

Przy niedzieli postanowiłam poznać trochę bardziej swoje miasto. Dowiedziałam się, że jest u nas ulica Smerfów i postanowiłam ją znaleźć. Gdzie jest to wiedziałam tak mniej więcej. Wiedziałam tylko do jakiego autobusu mam wsiąść. Ten wyjazd to była dla mnie wyprawa : 20 min. szłam do autobusu ( za lepszych czasów autobus mieliśmy prawie pod Domem, ale to już nie wróci ). Na pętli poczekałam drugie 20 min. – przecież to była niedziela, i wreszcie jadę. Myślałam, że jadę bez końca. Nikt w autobusie nie wiedział gdzie jest ulica Smerfów. Od centrum i dalej, całe miasto rozkopane, a zatem jedziemy objazdami. Po 50 minutach jazdy miałam jej dosyć. Wysiadłam i zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem. Jadąc widziałam, że miasto kończyło się dwa razy, dwa razy jechaliśmy przez las po to żeby wrócić do miasta. Nie chciałam już niczego szukać tylko jakoś wrócić do Domu. Spytałam więc o jakiś autobus jadący do Centrum i w drogę. Oczywiście trzeba poczekać bo to niedziela. Ujechałam trzy przystanki powrotne i zobaczyłam z daleka osiedle maleńkich domków, to była właśnie ulica Smerfów na Osiedlu Bajkowym. Wracając do Domu musiałam wracać przez las bo autobus którym jechałam miał przystanki zupełnie z drugiej strony naszej dzielnicy. Tak spędziłam niedzielne przedpołudnie, od śniadania do obiadu, i miałam po czym odpoczywać. Szczerze mówiąc to wstydzę się sama siebie jak odpoczywam nie mając po czym.

A teraz najlepszy dowcip jaki słyszałam. Otóż Marianna zgubiła dolną protezę ( to się zdarza jeśli proteza jest źle zrobiona i uwiera. Delikwent wówczas co chwila ją wybiera i gdzieś kładzie aż w końcu nie wie gdzie położył). Z tym problemem wybrała się do pielęgniarek żeby jej pomogły w dotarciu do protetyka stomatologii, chciała zrobić nową protezę. A nasza wybitnej klasy pielęgniarka, ze współczuciem w głosie powiedziała – po co ma pani się fatygować , da pani pieniądze dla kierowcy i on protezę przywiezie. Aż wierzyć się nie chce, że mamy taki mądry personel. Taką troszczącą się o nas kadrę. Dla mnie to zabrzmiało jak czarny humor, bo nie wiem czy owa pielęgniarka zakpiła sobie z jednej z nas czy jest faktycznie nie douczona.

Miłe zaskoczenie…

…chociaż to nie dotyczyło mnie ale mnie bardzo miło zaskoczyło. Otóż, Felicja w ramach przeprosin za obłamanie kwiatka Małgosi zobowiązała się dbać o jej grządkę kwiatową. Małgosia, istotnie nie zbyt zajmowała się swoją grządką pod oknem. Zawsze liczyła na kogoś. Także jak usłyszała, że od dziś Felicja będzie dbała o jej grządkę to się najpierw bardzo zdziwiła a potem ucieszyła. Ja również byłam zdziwiona i zaskoczona jednocześnie, ale muszę przyznać, że po takim geście wybacza się wszystkie grzeszki. Małgosia mieszka w nowym pawilonie na parterze z bezpośrednim wyjściem z pokoju na zewnątrz budynku. Jest tam 13 pokoi i każdy z mieszkających tam ma swoją grządkę kwiatową, która łączy się w jedną całość i o którą powinno się dbać. Kiedyś mieszkały tam same chodzące osoby i bardzo dbały o swoje grządki, teraz niestety tych chodzących jest tam pół na pół i tak samo pół na pół wyglądają ich grządki. Jeden wielki bałagan, jak do tego dodamy samowolę kotów i brud z tym związany, to już nic więcej na ten temat pisać nie trzeba. Może jeszcze dodam, że piękną pamiątkę po sobie zostawił Witek, ( który nękany przez kadrę kierowniczą, zmarł ) – pięknie owocujące w tym roku drzewka brzoskwiniowe, bo róże również miał piękne ale ktoś je wykopał i zabrał.

W tej chwili patrzę przez okno i widzę chodzącego z aparatem fotograficznym pana, który bardzo dokładnie fotografuje nasz budynek. Podchodzi do okien, zagląda w nie. Fotografuje wszystkie piętra ogólnie i każdy zakamarek. Nie wiem do czego ma to służyć, ale ów pan chodzi już kilkanaście minut i zagląda w każdy kąt. ( Jest sobota godzina 9. 45).

Ostatnio mówi się dość dużo o karach za umyślne narażanie zakażeniem ludzi na korona wirusa. Korci mnie bardzo żeby odpłacić pięknym za nadobne naszej pielęgniarce przełożonej, osobie odpowiedzialnej u nas za nasze zdrowie epidemiologiczne. Opisywałam dokładnie jak szanowna założyła magazyn wirusów na gęsto zaludnionym, wąskim korytarzyku. Z tego powodu covidem zaraziły się 4 osoby w tym 3 osoby zmarły. To tylko na moim korytarzu, ogólnie to zmarło ze 40 osób. Art. 165 KK mówi – kto sprowadza umyślnie niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, ten podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. A wiele osób to co najmniej 10 i tyle właśnie osób mieszkało na naszym korytarzu ; w jedenastym pokoju zrobiono składowisko używanej odzieży ochronnej, a w ramach higieny, co wieczór wietrzono ten pokój otwierając drzwi na korytarz. Niech ktoś mi powie, że to nie nieumyślne działanie. ( O przepraszam jak postawiłam ten zarzut pani dyrektor, to była bardzo zdziwiona, że to mogło być działanie celowe ). Były różne pomieszczenia na takie składowiska np. 4 pomieszczenia na fizykoterapii, które stały puste i odizolowane od pokoi mieszkalnych. Pisałam o tym do SANEPIDU – bez odzewu. Szerokie znajomości załatwią wszystko. Poobserwuję zachowanie siostry przełożonej przy następnej fali korona wirusa. Tym razem będę filmowała wszystko, bo to co mam teraz to trochę za mało. To, że ja żyję będąc pod opieką przełożonej, to istny cud. Magazyn wirusów miał mnie załatwić. Już chorowałam a wirusy z pokoju na przeciwko wwiewały do mojego pokoju. Jakże musiała być zawiedziona pani Irenka, że ja wciąż żyję. Namówiła swoją ostatnią poddaną pielęgniarkę, żeby mnie poddusiła aparatem tlenowym. Bo nie można nazwać inaczej, kiedy chorą na covid podłącza się do aparatu tlenowego na niby, bo aparat wyłącza się z sieci. Nie wiem jaką moc ma szanowna przełożona, że każdy w jej pobliżu chamieje. Będę wszystko nagrywała i filmowała to może rozgryzę.

Wielki świat

Nawet się nie obejrzałam jak minęło dwa tygodnie od ostatniego wpisu. Czas ucieka jak szalony. Mój dzień jest bardzo krótki, chociaż wstaję o godzinie piątej rano. Coś tam zrobię i już kilku godzin nie ma, a jak zrobię jeszcze coś to i dzień się skończył. Jak usiadłam na podłodze to potrzebowałam 2 godzin żeby się podnieść i to nie sama. Od jutra będę załatwiała kabelek do szafki z alarmem; alarm niby jest ale jak siedzisz na podłodze to go nie sięgniesz, także muszę mieć odpowiednie połączenie w odpowiednim miejscu, łatwym do sięgnięcia. I ta właśnie niedorajda, czyli ja, była w sobotę w ” wielkim świecie”. Nigdy bym nie pomyślała, że wyjście do ekskluzywnej restauracji i spotkanie się z dalszą rodziną, nazwę ” wielkim światem”. Przyznać jednak muszę, że w takiej restauracji to jeszcze nie byłam. Restauracja na plaży naszego pięknego jeziora. Wychodząc na papieroska możesz położyć się na leżaczku i patrzeć jak na wodzie bujają się zacumowane na nabrzeżu jachty. Budynek piętrowy, cały oszklony, łącznie z windami. Cały parter wyglądał jak jedna wielka sala, a to jest kilka sal tylko tyle, że za szybami. Każda sala ma swój bufet i swoją obsługę, do całkowitej dyspozycji gości. Ze wszystkich stron widok na jezioro. Wyglądało to tak jakby ta restauracja była na wyspie. Obsługa nie wyobrażalnie grzeczna, pomocna, życzliwa. Zechciałam być oprowadzona po budynku, to byłam, zechciałam pochodzić po molo – to razem z obsługą. No i wreszcie ktoś pokonał w smakach naszą kuchnię. Jedzonko – palce lizać. No a goście, wśród których byłam, to dopiero wielki świat: lekarze, dziennikarze, właściciele firm, prawnicy i to tacy z górnej półki, których często oglądam w telewizji i którzy do swojej babci ( bo to było jej święto ) przylecieli samolotami. Ta babcia to moja najstarsza siostra, która 25 września obchodziła 90 urodziny. I to z tej okazji był zorganizowany zjazd rodzinny. Rodziny z jej linii, i tylko z jej, było ponad 30 osób. Osobiście znałam 16 osób, reszta niestety widziana po raz pierwszy. Bardzo podobała mi się prezentacja tych osób. Najpierw po prostu każdy z każdym się przywitał ale później każda rodzina wstawała i mówiła z którego syna to odnoga. Ta prezentacja była specjalnie dla dwóch sióstr ich babci. Moja siostra ma trzech synów, ci synowie mają dorosłe dzieci, które mają już swoje rodziny i dzieci. W naszym domu rodzinnym, nasi rodzice mieli nas pięcioro, ( została tylko trójka ) także jakbyśmy zechcieli spotkać się z całą rodziną to sala musiała by być ogromna i organizacyjnie również trudne by to było do opanowania. Spotkanie trwało w pełni jak ja zechciałam do domu. Zupełnie zapomniałam, że czerwone wino to ja piję na sen i tym razem, po obiedzie siostrzeniec zaproponował mi czerwone wino – ciociu winko prima sort; no i ciocia Danusia wypiła dość obfitą lampkę tego wina, skutek wiadomy, prosiłam żeby mnie jak najszybciej odwieźli do domu bo oczy same mi się zamykały. Nie byłam w stanie utrzymać powiek. W domu już o godzinie 19 byłam w łóżku i spałam, jak zwykle do godziny 5 rano.

Utrzymanie obecnego stanu zdrowia.

Pismo, które nazwałam zakresem czynności dla personelu średniego, istotnie było zakresem czynności ale w krótkiej formie poinformowania mnie czego mogę się domagać od wymienionych osób, jako podopieczna Domu. Dla mnie to nie było nic odkrywczego, no ale nowych mieszkańców może to zainteresować. Pismo było imiennie skierowane do mnie, zatytułowane było – cel do realizacji, a podtytuł to – utrzymanie obecnego stanu zdrowia i zapewnienie właściwej opieki. Co do tego mam dużo wątpliwości czy komukolwiek zależy na naszym zdrowiu. Wszystko co najgorsze spotkało mnie właśnie pod opieką naszej służby zdrowia. Cały mój blog jest o tym. Nawet to zamknięcie nas to jest wywoływanie depresji. Wczoraj – w sobotę 11 września – wychodząc po śniadaniu na długi spacer ( o dziwo bez większych problemów w poszukiwaniu chętnych do otwarcia mi jakichkolwiek drzwi) spotkałam ludzi stojących pod drzwiami budynku. Opiekunka otwierająca mi drzwi odezwała się do nich niegrzecznie: panie miały być o godzinie 9, 30 to jeszcze nie pora, odeszła zamykając za sobą drzwi. Spojrzałam na zegarek, była 9, 20. Wstyd mi się zrobiło w imieniu całego personelu i mieszkańców ; w imieniu każdego kto ma z naszym Domem cokolwiek wspólnego. Jedna ze stojących tam pań spytała mnie – jak wy to wytrzymujecie, zamknięcie i opryskliwość. Ja pracuję w takim Domu – mówi owa pani, mamy w nim drzwi pootwierane i każdy może przyjść z wizytą. Odpowiedziałam, że każdy inaczej rozumie słowo opieka; jedni wyrażają ją troską a inni zamkniętymi drzwiami.

W ciągu minionego tygodnia trzy osoby poskarżyły mi się na swój los w naszym Domu. W piątek wyszłam do atrium, podczas zajęć dla osób z demencją, żeby zobaczyć czy są wśród nich moje kochane znajome. Jedna z nieznajomych mi pań szybko usiadła koło mnie, przytuliła się i z żalem poskarżyła się na pokojową która ją przyprowadziła – ona jest taka niegrzeczna, krzyczy na nas, ja czasem się jej boję – powiedziała pani.

Kilka dni temu rozmawiałam z córką Anielci, która z żalem w głosie poskarżyła się na opiekę u nas. Pani Danusiu – mówi córka Anielci, moja mama jakiś czas temu chorowała. Personel dla swojej wygody wybrał mamie protezy zębowe i już zapomniał o nich. Nikt do was przyjść nie mógł żeby upomnieć się o swoich bliskich. Dziąsła mojej mamy zmieniły po miesiącach kształt i protezy już się nie nadają do użytku. Ale kogo to obchodzi.

Stasiu, skierowany do mnie przez Anię, wylewał żale przez ponad godzinę. Ludzie sądzą, że ja coś mogę. Niestety poza opisaniem tych żali nie mogę nic. Stasiu między innymi, również uskarżał się na brak pomocy w dograniu sprawy protez zębowych. Ci co nami niby się opiekują, są młodzi i nie zdają sobie sprawy jakie to jest ważne. Zaprowadzono Stania do gabinetu prywatnego i Stasiu niby zrobił sobie protezy, ale nikomu nie przyszło do głowy żeby dopilnować bezwzględnego noszenia tych protez przez co najmniej tydzień, po to żeby one ułożyły się do dziąseł a jeżeli byłoby coś nie tak to trzeba, nawet kilkukrotnie, chodzić do poprawki. Ale co to kogo obchodzi, chciałeś protezy to masz, ale że nie dobre to już nie nasza sprawa. Pieniądze wyrzucone w błoto a po protezie tylko chore dziąsła. Stasiu przy okazji sprawy z zębami nabluzgał komu trzeba i nie trzeba. Z wyrzutami sumienia poszedł do spowiedzi poradzić się księdza co może zrobić, żeby naprawić to zło; a ksiądz poradził mu, dając ulotkę reklamową jakiegoś zakonu, żeby kupił dla osób pokrzywdzonych medaliki po 24zł. każdy. Odradziłam mu to. Medalik za 24 zł. to jakaś blaszka. Dla ciebie to będzie wydatek, a obdarowane wyrzucą to w kąt.

Kościół od zawsze skupuje i sprzedaje grzechy. Wszystko za odpowiednią opłatą. A nasi, w ramach utrzymania obecnego stanu zdrowia, olewają nas.

Zakresy czynności

Już myślałam, że przynajmniej w tym miesiącu, pisać nie będę, jednak jeśli coś się dzieje to trzeba. Otóż wczoraj 6 września, przyszła do mnie Dorotka z prośbą żebym podpisała pismo z którym przyszła. Poprosiłam żeby je przeczytała i ponieważ nie miałam żadnych zastrzeżeń co do treści, pismo to podpisałam. I jak przystało na prababcię myślenie przychodzi ze znacznym opóźnieniem, do mnie przyszło na drugi dzień – po co Dorotka przyniosła mi do podpisania zakresy czynności całego personelu średniego naszego Domu. To były zakresy czynności w kilku zdaniach dla poszczególnych grup pracowniczych – dla pielęgniarek, opiekunek, pokojowych, terapeutów i pracowników socjalnych. W zupełności zgadzam się z tym zakresem czynności i dlatego to pismo podpisałam – ale dlaczego to trafiło do mnie, tego zupełnie nie rozumiem. To było pismo w jednym egzemplarzu, który po podpisaniu został zabrany przez Dorotkę. Muszę rozwiać swoje wątpliwości i dowiedzieć się – co to było.

Co się dzieje z jedną z pielęgniarek, którą dotychczas stawiałam za wzór? O Beatce pisałam nie jednokrotnie w samych superlatywach, a teraz już po raz któryś, dała plamę. Pewnie to bliskość siostry przełożonej tak na nią działa, pewnie dostała polecenie bycia nie grzeczną. Muszę popytać innych czy potwierdzą moje spostrzeżenie, czy dotyczy ono tylko mnie. Dotychczas jak przynosiłam kartkę z wypiską na leki, to nawet jak nikogo w pokoju nie było kładłam kartkę na biurku i sprawa była załatwiona; aż tu nagle, owa pielęgniarka, zaczęła domagać się dokładnej receptury leku i podania nie ilości opakowań tylko ilości sztuk tabletek. Jak napisałam, że chcę 40 szt. to dostałam 90 szt. i nie miałam nic do powiedzenia; a cena podwójna. Innym razem napisałam, że chcę 10 fiolek soli fizjologicznej, to zaczęła domagać się informacji jaką ta fiolka ma mieć pojemność. Mówię jej, że jest mi wszystko jedno czy będzie miała 10, 20 czy 30 ml, a ona swoje. Czy mam przynosić wzory opakowań – spytałam. Najlepiej będzie – odpowiedziała. Tak więc oświadczyłam, że przyjęłam do wiadomości i respektowania. Moim zdaniem to było nie grzeczne zachowanie, bo jeśli nawet ma wątpliwości co do składu leku to przecież może zajrzeć do mojej karty pacjenta. Dostałam jeszcze od niej polecenie, że mam tę wypiskę przynosić do niej do godz. 8 rano. Już chciałam odpyskować – moja panno, jeśli już to ty do mnie po tę kartkę będziesz przychodzić. Ale machnęłam ręką. Może wstała lewą nogą. Innym razem potwierdziła aptece wydanie dla mnie zamiennika na mój lek podstawowy na serce, uparcie twierdząc, że on jest tak samo dobry jak ten który dotąd przyjmowałam. Niestety, temat ten był wielokrotnie wałkowany, miałam różne zamienniki i nie mogę brać żadnego z nich. Muszę mieć ten lek i żaden inny. W niegrzecznej formie usłyszałam odpowiedź – to będzie bez leku, jego nie ma już w hurtowniach już go nie produkują. Odpowiedziałam, że słyszę to w każdej aptece która tego leku nie ma i jakoś cały czas go mam. Siadłam do komputera, wypisałam telefony do aptek z naszej dzielnicy, zadzwoniłam do pierwszej z brzegu i lek był. Wczoraj znów starcie z ową pielęgniarką. Poprosiłam żeby sprawdziła co jest napisane na skierowaniu do okulisty. Skierowanie było wypisane w kwietniu i jest ono w mojej kartotece. To jest ważne ponieważ wówczas chorowałam na oczy a teraz chciałabym mieć badanie zakończone receptą na szkła. Odmówiła mi tej przysługi, nie grzecznie odpowiedziała mi, że nie umie czytać. Proszę przyjść jutro do lekarza – powiedziała. Odpyskowałam jej, że faktycznie ostatnio jest coraz gorzej z pani czytaniem. Na drugi dzień odsiedziałam pół godziny pod drzwiami u lekarza, jak weszłam do gabinetu to moja wizyta trwała sekundę, lekarz miał moją kartę na wierzchu, przeczytał, że na skierowaniu jest napisane pogorszenie wzroku. Podziękowałam i wyszłam. Myślałam, że pielęgniarka pracująca z lekarzem jest od tego żeby mu ulżyć w pracy okazuje się, że jest odwrotnie.

Jeszcze o naszych pielęgniarkach. Od kilku dni pokazują w telewizji jak dziecko zadławiło się lizakiem i jak policjant temu dziecku pomógł. Przypomniał mi się fakt zadławienia się przeze mnie, podczas obiadu, listkiem laurowym , który był dziwnie zwinięty i niewidoczny a jak go połknęłam to się rozłożył i zaczęłam się dusić. Wybiegłam na korytarz, zaczepiłam pielęgniarkę prosząc o pomoc. Pielęgniarka, sarkastycznie odpowiedziała, że nie wie co ma w tym wypadku zrobić. ( No ale to była Dorotka – ostatnia z trójki pielęgniarek gestapowców ). Zobaczył to Sławek i natychmiast ruszył z pomocą. Przełożył mnie na swojej ręce tak, że byłam twarzą do podłogi, dwa razy mną dziwnie szarpnął i listek wypadł. Wszędzie są ludzie i ludziska.

Dzień jak co dzień

20 sierpnia otrzymałam odpowiedź od naszej dyrekcji, odnośnie otwarcia nieszczęsnych drzwi na dolnym pawilonie. To już trzecia odpowiedź i zawsze taka sama – NIE, ale proście a będą otwarte. Wszelkie odpowiedzi na nasze skargi mają na celu zniechęcenie nas do pisania w jakiejkolwiek sprawie. Odpowiedzi są tak sformułowane, że jak czyta ktoś obcy to wydają się one całkiem logiczne, natomiast my dobrze wiemy, że to jest pic na wodę, foto montaż. W odpowiedzi czytamy – personel domu kolejny raz przeanalizował kwestie bezpieczeństwa mieszkańców… – nie wiem co ma piernik do wiatraka, a otwieranie drzwi czipem do bezpieczeństwa mieszkańców, ale według dyrekcji ma. Przeprowadzono również indywidualne rozmowy z mieszkańcami – na wszelkie tematy rozmawia się tylko z panią Jadzią Zb. która chociaż ma zupełnie inne zdanie zawsze przytaknie. Na pytanie dlaczego tak się zachowuje, odpowiada, że nie chce robić przykrości pani dyrektor. No to pani dyrektor zrobiła przykrość dla niej. Dalej w piśmie wyjaśnia się, że po ustaleniu z personelem godziny wyjścia, mieszkaniec może wyjść bez przeszkód drzwiami o których mowa. No i oczywiście … po przeprowadzeniu rozmów z mieszkańcami ustalono, że takie postawienie sprawy jest właściwe. To jasne, że z takimi mieszkańcami jak pani Jadzia, która tylko przytakuje. Za to przytakiwanie dostała po nosie – i dobrze jej tak. Otóż, umówiły się z panią Gienią na spacer chcąc wyjść drzwiami o które bezustannie walczymy. ( To znaczy ja walczę na prośbę współmieszkańców ). Zgodnie z instrukcją poprosiły personel o otwarcie drzwi i utknęły pod tymi drzwiami na pół godziny. Mówiłam nie jednokrotnie, że klucz powinien być w kantorku pracowniczym na parterze, ponieważ w tej chwili trzeba po niego biegać trzy piętra wyżej, to do tego potrzebny byłby goniec, wprawiony do takich czynności. Dyrekcja jest ciągle na nie. Na prośbę p. Jadzi, Pani pokojowa poszła na to trzecie piętro, wróciła z kluczem ale nie od tych drzwi. Poszła po raz drugi, niestety nie wiedziała co do czego i wróciła z niczym. Sprawą zajął się sam pan kierownik i uf… udało się. Jadzia już o nic prosić nie będzie, ( i oto chodziło ) bo na samą myśl o wyjściu przez drzwi dolnego pawilonu, dostaje drgawek, ale czy przestanie przytakiwać? Wątpię.

Druga sprawa to afera kwiatowa. Ktoś obłamał piękny krzaczek na grządce Małgosi. ( Napisałam piękny krzaczek ponieważ nie wiem jak nazywa się to cudo. To krzew bez kwiatów ale za to z pięknymi, aksamitnymi, purpurowo czerwonymi liśćmi z czarnym haftem w okół tych liści. Istne cudo ). Ponieważ Małgosia nigdy nie zajmowała się kwiatkami – to naukowiec, a pod namową udało jej się wyhodować duży, piękny krzew to obłamanie tego krzewu zabolało ją bardzo. Od razu wiedziałam, że to robota Felki. Felka to osobnik bez zasad. Jak ktoś się zbliży do jej kwiatków to obrzuca wyzwiskami z całą mocą swojego aparatu gębowego, natomiast jeśli jej się coś podoba to bierze jak swoje bez skrupułów. Tak pokierowałam dochodzeniem, że Felka przyznała się. Tłumaczyła się, że te obłamane gałązki zaniosła do naszego kościoła. Skradzioną rzecz zanieść do kościoła to jak napluć Panu Bogu w twarz. Wpadłam na pomysł jak wyplątać Felkę z tej potwarzy. Ponieważ sprawa oparła się o p. dyrektor, podpowiedziałam, że Felka może wziąć do dyspozycji mój ogródek, i hodować w nim kwiaty z przeznaczeniem na bukiety do kościoła. W ogródku jest już kilka bylin. Ziemia jest bardzo dobra, a ja mogę pomóc w podlewaniu ogródka, ponieważ mogę to zrobić z balkonu, bez wychodzenia z domu. Pani dyrektor zachwyciła się pomysłem i miała z Felką porozmawiać. Ja ze swojej strony obiecałam, że nie wtrącę się w żadnej formie i ani jednym słowem. Felka ma rękę do kwiatów ale przez to już tak obrosła w piórka, że jej nie toleruję.

To byłoby na tyle…

Koniec moich wojaży.

Zakończyłam podróże na rehabilitację do szpitala. Miałam już szczerze dosyć codziennych wyjazdów i głupio mi było, że dokładam pracy kierowcy. Jeśli chodzi o naszych kierowców – woził mnie Pawełek i Krzysiu – to spisali się na najwyższą ocenę. W ostatnim dniu rehabilitacji szpitalnej musiałam jeszcze po południu jechać na prześwietlenie kolana. Głupia sprawa, czas wizyty to godzina 15. Nasz kierowca pracuje do godziny 15.30. Zwróciłam się z prośbą do osoby planującej wyjazdy, żeby załatwiła mi samochód tylko na 5 minut – żeby o godzinie 14. 30 zwiózł mnie z nieszczęsnej, ruchliwej o tej porze ulicy koło naszego DPSu z ominięciem dziurawych chodników na ulicy Oficerskiej, a dalej pójdę i wrócę sama. ( Jeszcze nie tak dawno wychodziłam dolnym wyjściem i pięknym chodniczkiem dochodziłam na przystanek autobusowy, oszczędzając pracę kierowcy. Teraz nie ma ani drzwi otwartych dla nas ani autobusu ). Usłyszałam od pani dyrektor, że Krzysiu mnie zawiezie na miejsce, poczeka na mnie i przywiezie, ale o to muszę prosić go sama – on pani nie odmówi. A zatem szanowna pani dyrektor wie, że byłoby to już po godzinach pracy dlatego o to prosić muszę sama. Nie miałam śmiałości o to prosić. Nawet nie przyszło mi to do głowy. Zajęłam Krzysiowi tylko 10 minut – 5 min. w jedną i 5 min. w drugą stronę.

,Po tych męczących codziennych wyjazdach do szpitala, z przykrością stwierdziłam, że były one nie konieczna. Wszystkie ćwiczenia jakie wykonywałam w szpitalu mogłabym wykonywać u nas na sali gimnastycznej. Niestety od naszych rehabilitantów usłyszałam (3 lata temu), że nie wiedzą jakie to mają być ćwiczenia. Tak więc teraz już będą wiedzieli i od września, co miesiąc, przez 10 dni w miesiącu, będę te ćwiczenia powtarzała. No, może nie wszystkie, bo nie ma u nas jedynie specjalnego fotela do ćwiczeń karku i rąk, ale wszystko inne jest. Problem będzie tylko w tym, że co 10 minut, trzeba będzie mnie odpinać i przypinać do podwieszek, a tego sama nie zrobię.

A u nas na miejscu, dowiedziałam się, że ktoś obłamuje piękne kwiaty rosnące na grządce Małgosi. Ktoś inny wyrzuca jedzenie z balkonu, zanieczyszczając podwórze pod oknami swoich sąsiadów. Usłyszałam bunt przeciwko osobom nie zaszczepionym na COVID – dlaczego ci ludzie poruszają się swobodnie w okół nas a my o nich nic nie wiemy, gdzie jest osoba odpowiedzialna za nasze zdrowie? Ot, taki dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień, drzwi skrzypnęły, zaśpiewał ptak w ogrodzie … płyną chmury, myśl za myślą goni, jakże wolno płynie dla nas czas, a tęsknota dzielnie trzyma straż… – Tak mniej więcej, śpiewał Zbigniew Kurtycz przed laty.

Komentarze i inne sprawy

Dostałam kilka komentarzy, jeden był z Rosji, kilka z Niemiec za wszystkie bardzo dziękuję jednak jak już wielokrotnie informowałam – odpisuję tylko na komentarze pisane w języku polskim, a taki też był. Komentarz napisany w języku polskim był chyba od kogoś bliskiego naszej dyrekcji, wywnioskowałam to z pytania, które brzmiało – skąd wiem jak jest w psychiatryku. To takie pytanie sugestia. Już wyjaśniam. Jestem technologiem żywienia ale zanim nim zostałam musiałam napisać i obronić pracę dyplomową, praca nosiła tytuł – żywienie ludzi psychicznie i nerwowo chorych. W związku z tematem musiałam poznać takich ludzi. Otrzymałam od dyrekcji Szpitala Psychiatrycznego pozwolenie na przebywanie w nim ponieważ musiałam sprawdzić jak są żywieni chorzy i porównać z tym jak powinni być. W tym celu zapisałam się na Pobyt Dzienny dzięki czemu przez miesiąc mogłam chodzić po wszystkich szpitalnych oddziałach. Jak sięgam pamięcią to obraz był identyczny jak obecnie u nas w DPSie. Wszystkie drzwi pozamykane i błądzący po korytarzach ludzie z beznadziejną pustką w oczach; czasem przemknął ktoś z normalnym spojrzeniem. Różnicę widzę tylko w pokojach, u nas są pokoje jednoosobowe lub dwu. a w szpitalu były pokoje zbiorowe albo izolatki. Ponieważ pobytem dziennym w Szpitalu byłam zachwycona, to jak u nas już nie wyrabiałam psychicznie, przez to wieloletnie znęcanie się nade mną, wówczas postanowiłam zwrócić się z prośbą o pomoc do ordynatora oddziału dziennego wiedząc, że tam znajdę wsparcie i pomoc.

A teraz te inne sprawy. Od tygodnia jeżdżę codziennie do szpitala uniwersyteckiego na terapię po udarową. Wprawdzie dzięki naszej siostrze przełożonej jest ona o 8 lat za późno, ale jest. Co zaobserwowałam podczas tych wyjazdów, otóż to, że nasi kierowcy mają bardzo ciężką pracę. ( Napisałam nasi kierowcy a przecież mamy tylko jednego – Krzysia, jak wiezie nas ktoś inny to jest to zastępstwo ). Do nie zbyt pojemnego samochodu kierowca musi nas załadować razem z naszymi wózkami czy chodzikami. Wpychają takiego delikwenta ważącego 100kg. będącego na wózku i muszą to zrobić umiejętnie bo koło niego musi się zmieścić jeszcze jeden ktoś na wózku i kilka chodzików. Każdy jedzie w inne miejsce. Za każdym razem trzeba wyładować chodziki żeby delikwent mógł być wywieziony z auta. Znów chodziki załadować i jechać dalej, po to żeby zrobić za chwilę to samo. Jak już pięć razy powtórzy się tę czynność to zaczyna się zbieranie delikwentów a po drodze załatwianie różnych spraw służbowo papierkowych albo zakupowych. Te czynności są powtarzane kilkukrotnie w ciągu dnia. A my słyszymy – nie musi pani chodzić pod górkę przecież można do miasta pojechać i wrócić samochodem. Tak może mówić ktoś kto nie ma pojęcia o pracy kierowców. A ponadto, w tym pojeździe są upchani ludzie z różnymi chorobami. Np. w poniedziałek jechała z nami Hania, jechała do szpitala. Po dwudniowym pobycie w szpitalu wróciła i okazuje się, że jest zakaz odwiedzin Hani bo może zakażać. Razem z Hanią jechało 6 osób. Czy ten zakaz nie jest przypadkiem opóźniony. ( To pytanie do przełożonej, odpowiedzialnej za bezpieczeństwo epidemiologiczne w naszym Domu). Dla odmiany w piątek wracałam z terapii razem z osobami które były na rynku po zakupy. Wchodzimy do naszego Domu i co widzimy, rodziny wracające z wizyt w pokojach. Jedna z pań krzyknęła na głos – czy to nie jest bezczelność ze strony dyrekcji ? Są osoby które odwiedzać można a są i takie których niestety nie można. To byłoby na tyle.