Windy i bakterie

Od tygodnia nie zaglądałam do mojego pamiętnika a tu zatrzęsienie wpisów. Niestety wszystkie w obcych mi językach. Przykro mi ale reakcji z mojej strony nie będzie. Przepraszam.

Był jeden wpis w języku polskim i dotyczył naszych spraw codziennych – windy jako rozwoziciele zarazków. Ktoś podpisujący się – Krystyna zasugerował mi żebym nie tylko wytykała błędy ale i podpowiadała wyjście z patowej sytuacji. Ponieważ kiedyś, całkiem nie dawno, poruszałam temat otwierania drzwi zewnętrznych na dolnym pawilonie w celu umożliwienia nam mieszkańcom wychodzenia z budynku bezpośrednio na chodnik a nie jak dotąd na jezdnię, bez biegania personelu po klucz od tych drzwi trzy piętra w górę i w dół, i sprawa, tak pół na pół, została załatwiona to i teraz powinnam coś zasugerować, a nuż bez unoszenia się honorem uznają podpowiedź za sensowną i zmniejszą ilość przenoszenia zarazków windami. Kochani, nasza dyrekcja nigdy nie przyzna się do faktu, że mieszkaniec, czyli ich podopieczny może jeszcze logicznie myśleć, na tyle logicznie, że te propozycje można zastosować z korzyścią dla wszystkich. Poruszałam sprawę ciucholandu w sklepiku, sprawę klucza do drzwi wyjściowych w nowym pawilonie; obie sprawy zostały załatwione prawie tak jak jak sugerowałam, ale ile dostałam za to po głowie to moje. Dostawałam pisma w tej sprawie poniżające mnie, bo górą musi być dyrekcja. Ciągle, w każdym piśmie do mnie, podkreśla się, że mieszkam w Domu przeznaczonym dla ludzi chorych. To stwierdzenie brzmi tak, że co ja tutaj robię albo, że jestem na tyle chora, że kudy mi do logicznego myślenia. Jak myślicie, dlaczego u nas nie ma Rady Mieszkańców? A no dlatego, że dyrekcja Domu musiałaby ich chociaż trochę posłuchać, nawet z ironicznym uśmieszkiem na ustach ale posłuchać, a to byłoby poniżeniem dla dyrekcji. No bo jak mogą tak wybitne umysły słuchać takich półgłówków jak my. Każde pismo od dyrekcji i to do każdego z nas, potwierdza powyższe zdanie. A wracając do naszych wind którymi wozi się śmieci i zaraz po nich jedzenie, to proponuję: śmieci wywozić w różnych miejscach, omijając windy.

1 Drzwi w nowym pawilonie, które są przy schodach i prowadzą na tyły budynku, ( nie wykorzystywane do niczego ) można wykorzystać do wynoszenia śmieci z parteru .

2. Pierwsze piętro nowego pawilonu oraz łącznik starej części z nowym pawilonem, może korzystać z przejścia na tyły budynku przez palarnię.

3. Drugie piętro nowego pawilonu, całe pierwsze piętro starego budynku, oraz parter i pierwsze piętro tak zwanego medyka dolnego, może korzystać z drzwi wychodzących na zewnątrz budynku przy Leśnej Chacie. ( Chociaż byłaby wykorzystywana winda zewnętrzna ).

3. Całe drugie piętro korzystałoby z drzwi głównych, czyli tak jak dotychczas.

Obowiązywałby kategoryczny zakaz wnoszenia śmieci, różnych odpadów sanitarnych oraz brudnej pościeli do jakiejkolwiek z wind. I ludzie skorzystaliby na tym i windy przedłużyłyby swoją żywotność. To jest tylko pomysł jednej głowy. Do tak poważnej sprawy przydałoby się logiczne myślenie przynajmniej kilku głów, jako, że zawsze trzeba analizować i to za i to przeciw, wychodząc z założenia, że co kilka głów to nie jedna.

Pierwszy śnieg.

Dzisiaj – 29 listopada spadł śnieg. Spadł dość obficie, jest pięknie, ale niestety ja zimą będę uziemiona. Zachciało mi się ładnego, lekkiego chodzika to teraz muszę cierpieć. Ten mój piękny chodzić staje dęba z byle powodu. Już wiem, że do lasu to z nim nie pójdę, bo każda najmniejsza nawet szyszeczka powoduje, że chodzik staje dęba. Nie przypuszczałam, że nawet trochę zlepionego śniegu to dla mojego chodzika trudność. Żeby rano pochodzić w atrium będę musiała najpierw odgarnąć śnieg inaczej mój chodzik nie pojedzie. No i tak wygląda moja zamiana dobrego na lepsze.

W niedzielę oglądając telewizję natknęłam się na program o wiewiórkach. Przypomniały mi się moje przygody z wiewiórkami. Kilka lat temu, ale już mieszkając w DPSie, codziennie raniutko chodziłam z kijkami do lasu żeby sobie poćwiczyć. Zimą zabierałam ze sobą jakąś karmę dla zwierząt, mógł to być wysuszony na sucharek chleb czy owoce i warzywa, co mi się udało zdobyć, a zdobywało mi się dość dużo, bo codziennie niosłam dwie siatki jedzenia. Najpierw przyglądałam się tropom zwierząt a później rozkładałam jedzenie. Pierwsza dostawała śniadanko sarenka i jakieś zajączki. Piszę jakieś ponieważ zajęcy nie widziałam natomiast sarence przyglądałam się codziennie z przyjemnością. Schodziłam kilkadziesiąt metrów niżej i za chwilę widziałam jak biegnie na śniadanko rozradowana sarenka. Tę radość było w niej widać po każdym skoku. Ona biegnąc wiedziała, że śniadanko na nią czeka. Jak powiedziałam mieszkańcom naszego domu, że sarenka jest w ciąży, to dostawała takie łakocie, że hej. Jeden z panów chodził codziennie na rynek pod koniec dnia i przynosił całe torby warzyw i owoców. Sarenka zjadała nie wiele, resztę zostawiała albo na później albo swoim kompanom. Po śniadanku pięknie sprzątała swoją stołówkę – grabiła kopytkiem tak że było idealnie czysto. Któregoś dnia, jak zwykle ćwiczyłam przy pieńku ze ściętego drzewa, jak co jakiś czas spadała mi na głowę mała szyszka. Pierwsza, druga, przy trzeciej zaczęłam się rozglądać co się dzieje. Nagle usłyszałam taki świst jak przy strzelaniu z bata. Świst powtarzał się. Za chwilę spada mi na głowę szyszka i powtarza się świst. Wreszcie zorientowałam się, że to wiewiórka. Ten świst jak z bicza to głos wiewiórki, a to rzucanie we mnie szyszkami to zmuszenie mnie żebym zwróciła na nią uwagę. Tak więc pogadałyśmy sobie i zrozumiałam, że wiewióreczka miała pretensje dlaczego wszystkim przynoszę jedzenie a dla niej nie. Jedzenie dostawały sarenki, zajączki, dziki, ptaki nawet myszy polne, które porobiły otwory w ziemi i ściągały tam chleb. Dziki wyczuły chlebek pod ziemią, to któregoś dnia tak się dokopywały do niego, że wykopały cały ogromny pień z korzeniami. Wyglądało to jakby ten pień wykopała koparka, był ogromny. Dogadałam się z wiewiórką i zaczęłam przynosić razowy chlebek ze słonecznikiem, pokrojony w kosteczkę i wysuszony. Kładłam go w widocznym miejscu i świstałam przywołując wiewiórkę. Przychodziła i pięknie chrupała chlebek trzymając go w łapkach jak orzeszek. Ja robiłam swoje – czyli ćwiczyłam, ona czy on wiewiór spokojnie się zajadał. Kto pierwszy skończył ten po świstał i odchodził. Tę zabawę zakończyłam jak syn poprzedniej dyrektorki zaczął mnie atakować. Bałam się, że znając mój rozkład dnia, dopadnie mnie bez skrupułów. Dlatego zmieniłam marszrutę i zaczęłam chodzić na swoją starą dzielnicę, gdzie i ludzie dobrze mi znani i cały park w kamerach. Inną przygodę z wiewiórką miałam bardzo dawno temu. Jeszcze w dzieciństwie, miałam wiewiórkę w domu, która nie wiadomo skąd znalazła się na zabetonowanym podwórku przy ulicy Warmińskiej. Centrum miasta, podwórko z kamienia a tu wiewiórka, to ją wzięłam do domu. Brat przyniósł z lasu maleńkie drzewko i trochę szyszek, tatuś kupił orzechy które zawiesiliśmy na tym drzewku. Wiewiórka skakała po gałązkach i sprawiała wrażenie szczęśliwej. Wiewiórka spała ze mną na jednej poduszce. Kiedyś brat zechciał się zamienić ze mną miejscem do spania, bo był ciekaw czy ona idzie do mnie czy na to posłanie. Wiewiórka poszła na swoje stałe posłanie. Brat wiercąc się w łóżku, nie chcący położył się na wiewiórce i niestety tego samego dnia wszystkie dzieci z całej dzielnicy centrum płakały za wiewiórką idąc w kondukcie pogrzebowym. Dzieciaków było mnóstwo. Każde dziecko miało zrobiony z gałązek krzyżyk. Szliśmy od ulicy Warmińskiej do tunelu i tam pochowaliśmy naszą Basię. Chodziliśmy na ten grób codziennie i modliliśmy się na głos. Dowiedział się o tym ksiądz prowadzący z nami lekcje religii i pięknie pokierował sprawą, tłumacząc, że nasze modlitwy będą miały większą moc jak będziemy się modlić w kościele. I w ten sposób zaczęliśmy chodzić codziennie po lekcjach do kościoła. W czasie wakacji zapomnieliśmy o naszych zwyczajach.

PS. Znów dostałam wpis niestety nie w języku polskim, przepraszam ale nie odpisuję na nie.

Cicho bądź…

Czyli ciszej jedziesz, dalej dojedziesz. Jadąc autobusem, podsłuchałam fragment rozmowy dwóch pań, takich w moim wieku, cytuję – ” Oj, Jadziu, Jadziu to ty jeszcze nie wiesz, że w naszym wieku to się tylko słucha nie dyskutuje. Za dużo powiesz to zostaniesz sama „. Nie zgadzam się z tym, nie, nie nie ! Niby dlaczego mam tylko słuchać. Słuchać to ja mogę wykładu, występu słowno muzycznego czy czytania mi książki a nie wywodów ludzi którzy uważają się za mądrzejszych od innych. Tym swoim milczeniem mam wzmacniać jeszcze ich mniemanie o sobie, ich rzekomą mądrość. To będzie znaczyło, że tak mądrze prawili, że mnie zatkało. To niech sobie mówią do ściany, wyjdzie na to samo, albo jak ten dziad co mówił do obrazu a obraz do niego ani słowa i taka była ich rozmowa. Wolę być sama niż zostać manekinem, bo w samotności to jeszcze mogę być sobą. Zdaję sobie sprawę, że podczas rozmowy obie strony mogą powiedzieć za dużo i może zrobić się kwas, może zaboleć, można nawet kogoś boleśnie zranić a jak mówi przysłowie – łódź gdy przypływa z daleka może zawrócić, słowa gdy poszły za daleko już nie zawrócą, a złe czyny mogą przeciąć wszystko. Dotyczy to obu stron. Pomimo wszystko nie chcę być taką babcią która siedzi w kąciku z dobrotliwym uśmieszkiem na twarzy – jak śpiewa Maryla Rodowicz. Można jeszcze tak prowadzić rozmowę żeby wszyscy byli zadowoleni, czyli według mnie podlizywać się i być nikim. Chociaż – ” nierzadko chwiejne zdanie zapewnia utrzymanie „. Nie chcę takiego dobrobytu za cenę chodzenia ze spuszczoną głową. Nie raz słyszałam, że moje podejście do życia przynosi mi same szkody, ale też daje mi satysfakcję chodzenia z podniesioną głową. Mogę wejść w każde, nawet największe grono ludzi bez obawy, że ktoś plunie mi w twarz, a tu w naszym DPSie poznałam takich ludzi, że nic z nimi nie wiadomo, bo cały ich dobrobyt to chwiejne zdanie, podstęp i chciwość.

Teraz z innej beczki. W naszym DPSie panuje wirusówka. Tak ją nazwał personel i zostało to przyjęte do wiadomości. To jakaś, dość często powtarzająca się, dwu, trzy dniowa choroba, która w tym roku dopadła i mnie. Dopadła z lekka, osłabiła mnie na dwa dni. Zaczęłam analizować gdzie to świństwo mogło mnie dopaść. Podczas pandemii nauczyłam się samotności, ( byłam z nią za pan brat od lat, choć nie aż w takim stopniu ), teraz żyję wręcz w izolacji, poza stołówką w której widuję ludzi ( a która od dziś jest zamknięta ) i wyjściem do miasta. Widuję ludzi nie obściskuję się z nimi. Mówimy sobie dzień dobry i to wszystko. Jak z kimś rozmawiam to zachowuję dystans. To skąd to cholerstwo przylazło do mnie? Przeanalizowałam wszystko za i przeciw i doszłam do wniosku, że powodem roznoszenia chorób w naszym DPSie są windy. Tymi windami jeździ wszystko i jeżdżą prawie wszyscy i zdrowi i chorzy. 80 % mieszkańców korzysta z chodzików czy wózków inwalidzkich, musi więc korzystać z windy. Windy jeżdżą bez przerwy. Przewozi się nimi śmieci, posiłki, różne odpadki po higienie osobistej. Robi się dzięki nim przeprowadzki czy wywozi czy przywozi ludzi do lekarzy czy szpitala. W windzie ludzie kaszlą, kichają a nawet plują. Chciałabym móc wyjść z budynku bez korzystania z windy ale to nie możliwe. Ciekawa jestem co na to osoba odpowiedzialna za nasze zdrowie, czyli siostra przełożona; na pewno ma wszystko gdzieś przecież w razie czego to jest na emeryturze i można jej nagwizdać. Pracując u nas pomnaża swoją emeryturkę i śmieje się wszystkim w nos, a dyrektorka zachwyca się jej śmiechem.

PS przepraszam Karlę i Gienię, że nie reaguję na wpisy, ale wielokrotnie informowałam, że odpowiadam tylko na wpisy zamieszczone w języku polskim. Całuski.

Ciąg dalszy następuje…

Okazało się, że sprawę Franka potraktowałam na wyrost. O jego chorobie, personel opiekujący się nim, wie. Na pewno brak odpowiedniego obuwia pogorszyło jego stan zdrowia. Miesiąc bez butów i kapci, tylko w skarpetkach, w takim pokoju w jakim mieszka Franek, jak dla mnie to dramat. Franuś poprzeziębiał wszystko co się da i już z tego się nie wyliże. Cóż z tego, że opiekunka smaruje mu żelami, stopy; chodzenie po podłodze bez jakiejkolwiek izolacji i to w takim wieku jest nie do pomyślenia. U nas nie ma troski profilaktycznie, ewentualnie dopiero jak coś się stanie a jak tylko człowiek zaczyna chorować na cokolwiek, to natychmiast rozsypuje się całkowicie i to w zawrotnym tempie. Z Frankiem już za wiele nie pogadasz, a jeszcze miesiąc temu wszystko było w porządku, był nawet członkiem zespołu recytatorskiego i kandydatem do samozwańczego Samorządu Mieszkańców, a dzisiaj dramat – szare komórki zaczęły uciekać mu z głowy, która szybciej.

Ponieważ zanosiło się, że nie będę miała o czym pisać ruszyłam na zwiady, na pogaduchy na tematy konkretne, i bardzo konkretnie dowiedziałam się, od bardzo konkretnych osób, że odchodzą z pracy trzy + jedna, osoby: opiekunka, terapeuta, kier. socjalna i ktoś kogo wymieniono chyba żeby mi sprawić przyjemność, bo okazało się to nie prawdą. Reakcja ludzi na ten temat była taka sama u wszystkich – odejście opiekunki jest wręcz opłakiwane. Usłyszałam o niej bardzo wiele ciepłych słów. Osoba pracująca na najcięższym odcinku, z ludźmi przy których trzeba wszystko zrobić, dawała z siebie wszystko, żeby ludzie ci byli zadowoleni. Ci ludzie cieszą się na jej widok i boją się braku tego widoku. – Odejście terapeuty potraktowano ze zrozumieniem – szkoda, że odchodzi ale w końcu będzie miał jakieś widoki na przyszłość .Przecież to młody człowiek, głowa rodziny, u nas bez żadnych perspektyw. Bez szans na jakąkolwiek poprawę. A to, że tak jest, pracownicy zawdzięczają dwom, pozostałym ( szkoda, że rzekomo ) odchodzącym osobom, których nie żałuje nikt. Padały tylko słowa – nareszcie, dopiero teraz na nich się poznali. Uciekają jak myszy z tonącego okrętu a same do tego tonięcia doprowadziły. Nikt nie liczy na to, że następcy tych osób będą jacyś super, Wszyscy wiedzą, że kierownictwo DPSów myśli wyłącznie o sobie. Mają bardzo wysokie mniemanie o sobie, najważniejsi są oni. Oni mają opływać w luksusie i czuć ten prestiż, który daje ogromną satysfakcję maluczkim. Później jest personel który musi harować za grosze i dbać o ich dobro, ( personelu jest coraz mniej) a pensjonariusze mają tylko siedzieć cicho i ewentualnie ich chwalić choć kompletnie nie ma za co. Ponieważ chętnych do chwalenia jest coraz mniej, to tworzy się różne kółka zainteresowań w których robi się ludziom wodę z mózgu i ludzie plotą trzy po trzy. Kiedyś do tych celów służył chór, który wykonywał wszelkie polecenia w niszczeniu kogo trzeba i chwaleniu kogo należy. Teraz próbowano stworzyć Samorząd Mieszkańców ale reprezentujący interesy dyrekcji. Jak spytałam; czy z tego już niemalże powstałego Samorządu, ktokolwiek wie co należałoby do ich obowiązków, to żadne z nich nie umiało odpowiedzieć. Pandemia przerwała ten proceder tworzenia Samorządu Mieszkańców działającego na rzecz dyrekcji. Wystarczyła Felka która podpisała wszystko bez żadnych grantów, tylko za drobne ustępstwa, Tyle się nasłuchałam a okazało się, że odejście tej czwartej osoby to tylko marzenie wielu i mieszkańców i pracowników. Niestety tylko marzenie. Można też nazwać to plotką ale jakże piękną.

APEL – kochani szczepcie się i namawiajcie innych do szczepień. Śmierć covidowa jest straszna, tygodniami jak wyżymaczka, wykręca życie. – 15 listopada, byłam na pogrzebie młodego, silnego człowieka, który był bezsilny wobec korona wirusa, nie zaszczepił się, bo takich jak on choroba się nie ima. A ona go złapała i wyssała mu życie. Niewyobrażalny tłum ludzi popłakiwał, matka stała skamieniała, a żona – serce się kroiło patrząc na nią – ale czy wszyscy w tym tłumie byli zaszczepieni? Szkoda, że ksiądz mówiąc piękną homilię o miłości i pamięci o zmarłym, nie zagrzmiał z całą mocą – w dowód miłości i pamięci o zmarłym wszyscy nie zaszczepieni idźcie się zaszczepić !

Podopieczny Franuś

Franusia poznałam w stołówce naszego DPSu już kilka lat temu. nasze stoliki stały obok siebie. Franuś w dzieciństwie przeszedł nie leczoną chorobę – Hajne medinę ( nie wiem nawet czy dobrze napisałam, ale wiadomo o co chodzi ), która odbiła się piętnem na jego zdrowiu i sprawności fizycznej – ma duże problemy z nogami. Mimo swoich ułomności przeżył na starość, tu u nas – ” miłość „. Z Marianką nie rozstawali się nawet na chwilę, zawsze i wszędzie razem. Widać było, że troszczą się o siebie wzajemnie. Miło było na nich popatrzeć. Miło było i bum. Franuś przestał przychodzić na stołówkę. Najpierw myślałam, że to przez ” koniec miłości szalonej ” trochę głupio przed ludźmi, ale męczyło mnie to puste miejsce w stołówce – teraz puste miejsce to pusty stolik – siedzimy każdy pojedynczo . Zaczęłam wypytywać o Franka i od każdego słyszałam, że jest chory. Jak któregoś dnia jego miejsce w stołówce zajął ktoś inny, postanowiłam pójść na zwiady. Oczywiście poprosiłam pracownicę żeby mnie zaanonsowała pytając czy mogę przyjść. Przecież każdy z nas ma jakieś swoje przyzwyczajenia o których nic nie wiemy, także nie wypada zakłócać harmonogramu dnia. Po kilku sekundach już poznałam przyczyny nie wychodzenia z pokoju, ta choroba nazywa się – brak jakiegokolwiek obuwia, Franuś nie ma ani butów ani kapci, które mógłby założyć. Jego stopy zrobiły się nadwrażliwe, dotychczasowe obuwie nie nadaje się do noszenia. Inna rzecz, że jak obejrzałam to obuwie, to stwierdziłam, że jest ono za twarde na każde stare nogi. I w tym miejscu wrócę do części tytułowej mojego wpisu – podopieczny Franuś, gdzie tu jakakolwiek opieka. Człowiek nie wychodzi z pokoju od miesiąca z braku butów – to gdzie jest opiekun ? Franuś mieszka na niskim parterze, podłoga w jego pokoju leży na ziemi, nie ma żadnej podmurówki, on boi się stanąć na podłodze ponieważ bez obuwia łapie go skurcz. Bardzo bolesny skurcz. Podczas takiego skurczu Franuś się przewraca, nie może ustać ale i nie może się podnieść. Opowiadał mi jak przez godzinę jeździł tyłkiem po podłodze. Zresztą nie musiał opowiadać, znam ten ból podnoszenia się i braku jakiejkolwiek pomocy. Postanowiłam działać, przecież tak nie może być, trzeba szanowny personel pogonić do roboty. I tu stop – kogo mam pogonić przecież my teraz nie mamy stałych opiekunów. Jak opiekun przychodzi na kilka dni to na prawdę nie jest w stanie poznać problemów ponad czterdziestu podopiecznych, zajrzy tylko do tych chodzących ,żeby się z nimi przywitać i zobaczyć czy żyją. Poszłam do socjalnych. Nie znają problemu. Poszłam do księgowości spytać czy Franuś ma jakieś pieniądze żeby kupić mu byty. Pani Kasia odpowiedziała, że owszem ma ale resztą musi się zająć dział socjalny, musi ustalić z podopiecznym ile ma mu wypłacić i kiedy. Poprosiłam p. Kasię żeby pogoniła socjalną w tej sprawie. Za kilka godzin idę żeby się dowiedzieć czy socjalna była u Franka i tu spotyka mnie ostra odpowiedź – byłam, skontaktowałam się z jego rodziną i wszystko jest ustalone, nie musi się pani tym przejmować. W odpowiedzi usłyszała, że przestanę się tym przejmować jak zobaczę Franka w jakimś obuwiu w stołówce. Czyli, że ciąg dalszy nastąpi.

Żałobne reminiscencje

Czas – ten szybko biegnący, nie zatrzymujący się czas. Czas – mówią, że leczy rany, może i tak ale też niszczy człowieka. Jeszcze nie tak dawno chodziłam po cmentarzach i odwiedzałam wszystkie znajome mi groby a dziś ledwie doczłapałam się na groby swoich najbliższych, to jest mamy, taty, siostry i brata. Dobrze, że są w jednym miejscu, to zasługa mojej mamy. Tatuś zmarł w 1958r. w wieku 60 lat – młodo, ale droga jego życia to kawał historii Polski – Piłsudczyk, Legionista, Ułan. Więzień NKWD i naszego polskiego UB. Czas zmienia nasze zwyczaje, tradycje. Przypomniał mi się pogrzeb naszego taty, jakże inny od pozostałych pogrzebów. Mama chciała podkreślić rangę i zasługi swojego męża dla Polski. Nie mogła pogodzić się z tym, że człowiek który od 16 roku życia walczył o Polskę ( której przecież nie było, a która wróciła dzięki takim jak On ) zginął po 20 letnim znęcaniu się nad nim jako nad wrogiem socjalizmu. A znęcali się nad nim, przez ostatnie 10 lat jego życia – Polacy. To go najbardziej bolało, że Polacy. Nie mogła nad jego grobem tego wszystkiego wykrzyczeć to zorganizowała taki pogrzeb, że całe miasto żegnało naszego tatę. Kondukt żałobny, na czele z kapłanami, dziesiątkami ministrantów i orkiestrą wojskową, obchodził wszystkie ulice naszego miasta po których chodził mój tato. Orkiestra grała nie to czego chciałaby mama, grała na ogół nokturny Chopina, ale był też utwór którego nie znałam a który został we mnie na całe moje, długie niestety, życie, to Adagio G – mol Tomasa Albinoniego XVII wiecznego, włoskiego kompozytora, które teraz wróciło do łask melomanów. ( Chciałabym żeby było grane na moim pogrzebie. Nagranie jest przygotowane. Posłuchajcie go a zostanie w myśli i w sercu na zawsze ). Tak więc mój tato, wbrew ówczesnym władzom został pochowany z honorami, bo na nie zasłużył. A mama, wydawało by się taka prosta kobiecinka, a jakiego fortelu użyła żeby postawić na swoim, żeby Ułan III Szwadronu 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich – pułku który dwukrotnie zasłużył na krzyż kawalerski Virtuti Militari ale odznaczony mógł być tylko raz, tak więc za drugim razem dostali pozwolenie na złote hafty na mundurach, tak więc żeby ten żołnierz został pochowany tak jak na to zasłużył.

Wchodząc na cmentarz od strony ul. Jagiellońskiej zawsze mijam grobowiec rodzinny znajomych z dzieciństwa. Zaraz po wojnie, bo w latach 1946 – 1949 mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu, oni w nim zajmowali pokój i łazienkę a my dwa pokoje z kuchnią. Ich była tylko trójka a nas siódemka. ( Z tej siódemki została tylko dwójka ). Nigdy nikogo przy tym grobowcu nie spotkałam ( aż do teraz ) ale zawsze coś świeżego przy nim było – jakieś kwiaty czy znicze. Tym razem spotkałam przy nim młodą kobietę którą zaczepiłam i która mnie bardzo zaskoczyła swoim podejściem do osób o tym samym nazwisku co ona. Okazało się, że to bardzo dalekie kuzynostwo. Ale przecież to samo nazwisko jak jej panieńskie. Tak długo grzebała w historii rodzinnej aż doszukała się pokrewieństwa a ponieważ dowiedziała się, że nikogo bliskiego z tej rodziny nie ma w Polsce, to postanowiła chociaż troszeczkę zadbać o ich pamięć. Jak się okazało, że to moi znajomi z wczesnego dzieciństwa to długo sondowała wszystkie wiadomości o nich. Po długiej rozmowie, na ławeczce przy grobie, okazało się, że znam jej mamę i całą rodzinę ze strony mamy. Wymieniłam jej wszystkie ciocie i wujków z imienia, przy okazji dowiedziała się, że jeden z jej wujków mieszka w naszym DPSie. Oby jak najwięcej było takich dociekliwych osób, wówczas pamięć o nas nigdy by nie zginęła.

PS. Przypomnienie dla pana Tomasza i pana Roberta – nie odpisuję na wpisy w języku innym niż język polski. Tak pięknie po polsku podpisujecie się to i postarajcie się trochę bardziej.

Zupełnie nie wiem co mam zrobić żeby pozbyć się reklam. Wrzucam je do kosza ale one ciągle przychodzą i wszystkie dotyczą zwierząt.

Jak złość przeszła w melancholię

Mam receptę na nowe okulary w związku z tym chcę się wybrać do miasta żeby pochodzić po optykach. Od naszego Domu do najbliższego przystanku jest kawałek drogi, kiedyś to był moment a teraz niestety wyprawa. Idę do osoby która poniekąd koordynuje wyjazdami naszego samochodu do miasta żeby pomogła mi się załapać na jakiś kurs, taki tylko w jedną stronę – do miasta. Jak w jedną stronę pojadę samochodem to będzie mi lżej tuptać po mieście szukając odpowiednich okularów. Dzisiaj nic z tego nie będzie – słyszę – samochód wyjeżdża dopiero o godzinie 10. 40 i to z kompletem pasażerów. Dla mnie taka godzina to trochę za późno, jestem rannym ptaszkiem i o godzinie 9 to już chciałabym być w mieście. Poszłam z buta; jakoś się doczłapałam do przystanku, odczekałam swoje i jadę. Zerkam przez szybę autobusu i oczom nie wierzę – przez całą drogę za autobusem którym jadę, jedzie nasz samochód bez nawet jednego pasażera. Dopiero w centrum na rondzie samochód pojechał inną ulicą. Może człowieka szlak trafić? – MOŻE ! Na szczęście ten „szlak ” nie trafił zbyt mocno bo wchodząc w ulicę Mickiewicza dopadła mnie melancholia. Kiedyś mieszkałam przy ul. Warmińskiej mniej więcej w pobliżu ul. Mickiewicza, jaka różnica w wyglądzie kamienic, jak pięknie odnowione. Po obu stronach ulicy Warmińskiej, przy zbiegu z ul. Mickiewicza są budynki do których kiedyś chodziłam dość często; w jednym był sklep spożywczy, na samym rogu budynku, miał takie piękne zaokrąglone schody – teraz ich nie ma. To w tym sklepie ekspedientka strzeliła mnie z liścia, jak po przyjeździe z obozu pionierskiego, jako dziesięciolatka, zwróciłam się do niej per. towarzyszko. Pisałam o tym w swoim pamiętniku, jak najpierw gnębiono mnie żeby wymusić mówienie towarzyszko a nie pani, a później dostawałam za to, że tak właśnie mówiłam. Ale to był rok 1951. Po przeciwnej stronie ulicy, również z wejściem schodkami na samym narożniku, była tak zwana kuchnia mleczna. Do tej kuchni swoje mleko przynosiły matki karmiące. Dzisiaj zadziwia mnie ta mądrość i organizatorów zbiórki mleka i matek – również i mnie samej. Ta świadomość, że mleko matki jest takie ważne w żywieniu niemowląt, że są matki które tego pokarmu nie mają i należy im pomóc. Przecież nie dostawałyśmy za to ani grosza. Ja już mieszkałam w Kortowie i trzy razy dziennie, na swój koszt, przywoziłam mleko do tej kuchni. nie wyobrażałam sobie, żeby coś tak cennego mogło się zmarnować. Miałam nadmiar a u kogoś były nie dobory. Dostawałyśmy specjalne, sterylnie czyste buteleczki które były napełniane bezpośrednio z piersi. Co by nie mówić ale ten znienawidzony socjalizm miał bardzo dużo mądrości w sobie i ludzie byli jacyś inni. Nie było w nas materializmu ani za grosz. Wszystko szanowaliśmy. Nie zaśmiecaliśmy świata. Wszystko było naprawiane i buty i odzież i każdy sprzęt. A dzisiaj robią nam wykłady w telewizji jak dbać o świat. Nawet dziurawe wiadro było cynkowane nie wyrzucane. Każdy skrawek papieru był przydatny w ten czy inny sposób. Ale wodę z rzeki można było pić a deszczówka miała takie samo znaczenie co dzisiejsze odżywki do włosów. Każdej szmatce dawano drugie życie. Porwana odzież, taka już nie nadająca się do reperacji, była zbierana bezinteresownie, w każdym domu ją zbierano a raz na jakiś czas inne kobiety zabierały i robiły kilimki na ścianę, kapy na łóżka czy chodniki na podłogę – dzisiaj taki rarytas to już tylko w Cepelii , a kiedyś w każdym domu. Nikt od nikogo nie oczekiwał żadnej zapłaty; wystarczyło dziękuję. Ulica Warmińska rozciąga się od ulicy Mazurskiej do ulicy Mrągowiusza, a przy ulicy Mrągowiusza był zakład naprawy wszystkiego. Ten zakład działał dziesiątki lat i zatrudniał same ” złote rączki „. Już mieszkałam w naszym DPSie jak zepsuł mi się młynek do kawy – zwykły ruski 50 letni młynek. Nawet do głowy mi nie przyszło żeby go wyrzucić, natomiast przypomniałam sobie o zakładzie przy ul. Mrągowiusza. Wchodzę, a tam sklep AGD. Ze smutkiem w głosie, ale na głos, wyraziłam swoje ubolewanie, że niestety przyjdzie mi mojego staruszka wyrzucić, bo nie ma tu tych kochanych złotych rączek. Naraz, z zaplecza pokazał się pan, którego poznałam natychmiast i rozradowana aż krzyknęłam – jednak mój staruszek będzie naprawiony. Ów pan, kiedyś dwudziestolatek dziś starszy pan odezwał się – pokaże go pani. O, nic już z niego niestety nie będzie. Przerażona prawie krzyknęłam – pan mi to mówi. Jestem pewna, że jeśli by pan chciał to tchnął by pan w ten młynek życie. No dobrze, to pani mi zaśpiewa a ja w międzyczasie zobaczę co się da zrobić. Co mam zaśpiewać, spytałam. ” Portofino”. Piosenka trwała 3 minuty i ja i pan dostaliśmy brawa od klientów a młynek działa do dziś. Czyli, że stare dobre czasy każdego wprowadzają w błogi stan melancholii.

PS. Po poprzednim wpisie o moim NIUNIUSIU dostałam propozycje na reklamę karmy dla psów. Ale to aż dziwne, ponieważ takie propozycje przyszły z czterech różnych krajów i to jednocześnie. Nie mam pojęcia na jakiej zasadzie to działa. Podobno reklamodawcy mają tak ustawione swoje komputery, że jak jakiegoś bloga czyta ponad sto tysięcy czytelników i jest poruszany temat jaki reklamodawców interesuje to komputer sam to sygnalizuje. Czyli prababcię się czyta. Buziaki!

Spotkanie znajomej – nieznajomej

To spotkanie wywołało we mnie dużo wspomnień ale ściśle związanych z moim psem – Niuniusiem – tak został nazwany przez mieszkańców naszego Domu i tak już zostało. Ten mój Niuniuś to był hrabia – dżentelmen. Mimo, że był kundlem, prezentował się po wielkopańsku. Był bardzo dziwnie umaszczony – jak stał na łapkach ze spuszczonym ogonem to był czarny i miał lekko podpalane boczki. Jak leżał na plecach był bielutki jak mleko. Zwykle biegnąc kładł na grzbiecie swój piękny puszysty ogon, który odwrócony był biały. Ów Niuniuś, nauczył mnie, że nie muszę go szukać jak on się gdzieś oddali, bo zawsze w to miejsce wróci. Poznawał mnie ze swoimi znajomymi i z gatunku – człowiek i z gatunku pies. Z ludźmi poznawał bezustannie biegając od danej osoby do mnie, aż ze zdziwieniem zbliżyliśmy się i poznali. Bardzo się wówczas cieszył jak bliskie mu osoby poznawały się. Pieski, z którymi mnie poznawał, to zwykle były suczki, z tak zwanych dobrych domów, bo mieszkające w domkach jednorodzinnych, Niuniuś wbiegał na ich posesję swoim tajnym wejściem, polizał po pyszczku pannę a ona w zamian zapraszała go do swojej miski. Wybiegając od panny, zamaszyście oblizywał się żebym wiedziała, że pies jest najedzony. Odwracał się do swojej niuni coś tam zaszczekał i cały szczęśliwy szedł ze mną dalej. Niuniuś bardzo lubił dawać mi prezenty. Z każdego dłuższego spaceru wracałam z prezentem. Zawsze coś znalazł : apaszkę, torebkę, portmonetkę, rękawiczkę czy np. buta. Wprawdzie jednego ale jednak. I właśnie przez takiego buta poznałam ową znajomą nieznajomą. Na końcu ul. Fałata, pod lasem, oczywiście w domku jednorodzinnym, mieszkała piękna suczka w której sympatyzował Niuniuś i to z wzajemnością. Jak przechodziliśmy koło jej posesji to wołała go z daleka. Niuniuś wpadał do niej i pieszczotom nie było końca. Niestety, Niuniuś nie był mile widziany przez właścicieli owej panny, toż to mezalians – kundel i piękna Collie. Chociaż kundel był równie piękny, ale niestety kundel. Kiedyś, jak para baraszkowała sobie w kąciku za domem, pani domu wróciła właśnie z zakupów. Długo chwaliła się mężowi co kupiła, aż wreszcie zobaczyła parę psich kochanków, ze złością zaczęła przeganiać absztyfikanta. Niuniuś uciekając podbiegł do wyłożonych na podmurówce zakupów i zabrał jej coś co uważał za najwłaściwszy prezent dla mnie – otóż, wprawdzie jednego ale pięknego nowego buta. Podejrzewam, że było to na złość owej pani – ty mi możesz to ja tobie też. Ja tego zajścia nie widziałam. Nie wiedziałam skąd mój pies wytrzasnął dla mnie taki prezent. Niuniuś bardzo się cieszył, że mógł mi go dać. Widziałam z daleka jak trudno mu było trzymać w pysku buta i śmiać się od ucha do ucha. ( Niuniuś był zawsze uśmiechnięty, na to zwracali uwagę wszyscy którzy go poznawali). Wygłaskałam swojego darczyńcę i położyłam tego buta pod krzaczkiem na skraju lasu. Za kilka dni, ( byłam w mieście ze swoim Niuniusiem ), podeszła do mnie nieznajoma pani pytając – czy przypadkiem mój pies nie przyniósł mi buta, a jeśli tak to gdzie on może być. Owa pani opowiedziała mi historię z butem. But został znaleziony i od tej chwili owa nieznajoma stała się taką trochę znajomą na dystans. Kiedyś, idąc z Niuńkiem ulicą Oficerską ( oczywiście Niuniuś biegał samopas ) zobaczyłam wystraszoną panią, która z krzykiem zwróciła się do mnie żebym wzięła swojego psa na smycz. Dlaczego? spytałam, mój pies jest dżentelmenem i nikomu krzywdy nie zrobi. Pani, wystraszona zaczęła pokazywać, że tam chodzi jej pies a on jest bardzo chory, boję się, że może dojść do nieszczęścia. Uspokoiłam panią i poprosiłam żeby ze spokojem czekała aż pieski się do siebie zbliżą. Dodałam jeszcze, że pieski się znają i szanują. Owa pani ( mama jednego z naszych sławnych artystów rockowych ) czekała na moment spotkania psów, w napięciu. Jak to zobaczyła to oniemiała – pieski zbliżyły się do siebie, polizały po mordkach, przytuliły na chwilę boczkami i się rozeszły. Innym razem, wchodząc do apteki, Niuniusia przywiązałam na smyczy. Wracam, a mój pies bardzo nerwowo daje mi znać, że muszę go odpiąć i coś zobaczyć, kogoś poznać. Odpięłam go więc i obserwuję – co to takiego ważnego ma mi do pokazania mój pies. A on zaczął wprost tańczyć w okół jednego z zaparkowanych tam samochodów. Zrozumiałam, że jest to samochód kogoś bardzo ważnego dla mojego psa. A zatem poczekamy i zobaczymy. Czekaliśmy z 15 minut, aż wreszcie do samochodu podszedł ksiądz z naszego DPSu. I ksiądz i pies bardzo się ucieszyli na swój widok. Ksiądz, z poważną miną podszedł do mnie i przedstawił Niuńka jako swojego ministranta. Pisałam już, że Niuniusia wzięłam do siebie z naszego DPSu. Zanim Niuniuś trafił do DPSu to uciekł od swojego oprawcy, który przez pierwsze 4 lata życia psa znęcał się nad nim. Opowiadali mi o tym sąsiedzi tego nastoletniego bandziora. Nie będę o tym pisała bo skóra cierpnie na samą myśl. Pies bardzo się bał owego pana. Kiedyś spacerując z psem, patrzę a mój Niuniuś położył się na ziemi, zaczął skowyczeć i posiusiał się leżąc. Nie wiedziałam co to może być, aż zobaczyłam jego byłego pana – bandytę. Pies się tak wystraszył, ponieważ sądził, że ten pan może i mnie zrobić krzywdę i ze strachu stał się bezwolny. Ponieważ znałam życiorys i Niuńka i jego byłego pana, nie czekając na nic chwyciłam leżącą opodal wielką gałąź i zaczęłam okładać tego bandziora wykrzykując za co to wszystko. Chłopak zwiewał co sił w nogach, a mój Niuniuś oczom nie wierzył, że ma taką panią która poradziła sobie z bandziorem którego wszyscy się bali. Podszedł do mnie, patrząc z zachwytem i podziwem zaczął lizać mi ręce. Zrozumiał, że razem to my zdobędziemy świat i nic i nikt nie stanie nam na przeszkodzie. Minęło kilka lat, szłam jak zwykle ulicą Fałata wracając ze spaceru ze swoim Niuniusiem ( idąc ulicą Fałata kończyłam spacer, a idąc ulicą Oficerską zaczynałam), aż tu nagle wybiega z domu były oprawca mojego psa. Podbiega do mnie, obejmuje i całuje w policzki. To już nie chłopiec tylko mężczyzna. Pytam go – chłopie nie pomyliłeś mnie z kimś? Nie boisz się, że ci sprawię łomot? Nie, nie pomyliłem i bardzo przepraszam, ale jak zobaczyłem panią to tak się ucieszyłem, że musiałem panią wyściskać. Jest pani pierwszą znajomą mi osobą którą spotkałem po wyjściu z więzienia. Trzy lata za kratkami to nie żarty. Od tej pory spotykaliśmy się w zgodzie. A jak zobaczył, że zaprzyjaźniona z nim menażeria jest w stosunku do mnie bardzo grzeczna to był dumny, że mnie zna i był równie bardzo grzeczny. A ta menażeria to dzieciaki z ulicy Radiowej – dziś już tatusiowie.

Świat zniknął – 4 X 2021r.

Taka wiadomość brzmi tragicznie, ale ten świat zniknął w internecie, i przeraził tych którzy swoje życie w nim ulokowali. Niestety Jesteśmy pokoleniem internautów, czy tego chcemy czy nie. Może my starzy nie w takim stopniu jak młodzi ale jednak – lekarze, recepty, banki, zakupy, informacje, rozrywka – wszystko przez internet. Jak do tego dodamy wszelkie komunikatory to cała rzeczywistość staje się analogowa i uzależnia. To taka substancja psychoaktywna, z którą bardzo trudno walczyć. Wiemy, że przesiadywanie przy komputerze niszczy psychikę, zwłaszcza młodych, ale wiemy też, że internet rozwija. Jak walczyć z czymś co uzależnia jak narkotyk i niszczy jak narkotyk, a jednocześnie kształci, rozwija i wznosi na wyżyny intelektualne. Odcina od świata i jednocześnie przybliża świat. Wiadomo, że tak jak we wszystkim, należy mieć umiar. Tych korzystających ze wszystkiego z umiarem informacja o zniknięciu ” świata” nie przeraziła. Nie przeraziła też jednego z kabareciarzy, który na pytanie – co zrobił jak się zorientował, że świat zginął – odpowiedział: w końcu porozmawiałem z rodziną, okazuje się, że są to bardzo mili ludzie

25 września moja siostra obchodziła ( wbrew swojej woli ) 90 urodziny, o których pisałam. Tydzień później ja miałam 80 urodziny – nie napisałam, że obchodziłam, ponieważ niczego nie robię wbrew swojej woli. Ale zmierzam do zalet internetu. Teraz jest moda na takie ekstra albumy z życia jubilata i ja dostałam na urodziny taki album w którym były już zdjęcia z uroczystości urodzin mojej siostry. Jeden z jej synów umieścił zdjęcia w internecie. Moja córka je ściągnęła i już był materiał do albumu dla mnie. Ja już taka mądra nie jestem i nie umiałabym ściągnąć z internetu ale zrobiłam sobie kilka zdjęć telefonem i mam je pod ręką. A dzień swoich urodzin spędziłam właśnie u swojej najstarszej siostry. Z rozmów naszych wynikło, że ona również w dzień swoich 80 urodzin uciekła z domu i zaznaczyła, że ani myśli obchodzić tego typu ” świąt ” w przyszłości. Tak więc synowie zrobili dla niej niespodziankę – wszystkim się wydawało, że super miłą a nią tak ta niespodzianka wstrząsnęła, że nie może się otrząsnąć do dziś. Nie mogła uspokoić swoich skołatanych nerwów, przez 10 dni nieustannie brała coś na uspokojenie aż przedawkowała. Leży w szpitalu w śpiączce. Jak wszyscy na jej urodzinach świetnie się bawili, ona ze zdziwieniem przyglądała się swoim gościom nie mogąc uwierzyć, że te blisko 40 osób to jej najbliższa rodzina. I czy kogoś z tej rodziny ona naprawdę obchodzi?

W naszej starej rodzinie, urodzin się nie obchodziło. Obchodziliśmy tylko imieniny – takie nic nie znaczące wesołe świętowanie. Urodziny natomiast, są ważne dla dzieci, ponieważ im przybywa z roku na rok lat, no i przybywa prezentów. Jak już dzieci stają się osobami dorosłymi to spotykają się z ciekawości czy ktoś jeszcze o mnie pamięta. ( No chyba, że bezustannie wbijam wszystkim do głowy datę swoich urodzin ). Natomiast im człowiek starszy tym częściej myśli – i po co to wszystko? Czy mam rozmyślać ile mi jeszcze zostało? Czy w ogóle dla kogokolwiek jeszcze coś znaczę? Czy naprawdę mam uwierzyć, że to wszystko jest szczere, przecież tyle blizn pozostało na sercu. Gratulujemy tym którzy ślepo wierzą w dobre intencje wszystkich którzy się do nas uśmiechają.

Puki pamięć jako taka…

Z tą pamięcią jest coraz gorzej. Ostatnio usiadłam do komputera, chciałam zajrzeć do bloga, a tu stop – nie pamiętam hasła. Wpisałam dwa razy coś około i niestety to nie to. Nie mogłam wpisywać po raz trzeci bo już nie dostałabym się do bloga. Swojego hasła nigdzie nie zapisałam. Teraz, mimo, że przypomniałam je to niestety też nigdzie nie zapisałam. Żeby go nie zapomnieć będę częściej używać, ale nie zapiszę. Jak zapomnę to będzie to dla mnie znak, że pora kończyć pisaninę droga prababciu.

Od kilku dni zamęcza mnie moja sąsiadka żebym wezwała do niej pogotowie albo zadzwoniła na policję bo jej nikt nie chce pomóc a ona bardzo cierpi. Tłumaczę jej – Zosiu, poproszę opiekunkę – nie nie chcę, była kilka razy i nic nie pomogła. To pójdę po pielęgniarkę – nie. To może zadzwonię po kogoś z rodziny. Była synowa, to ją przełożona wyrzuciła za drzwi. To ona mogła zadzwonić po pogotowie. Z Zosią bardzo trudno rozmawia się, ona jest głucha. Nie mogę jej wykrzyczeć, że skoro jeździ wózkiem po budynku to nie podlega wzywaniu pogotowia. Policję również nie zainteresuje fakt, że ją od tygodnia boli coraz gorzej. Zosi przydałby się jakiś specjalista ale jaki to musi zdecydować nasz lekarz nie ja. Obraziła się na mnie. Była bowiem pewna, że kto jak kto ale ja to pomogę na pewno. Nie chcę ponosić kary za nie uzasadnione wezwanie karetki czy policji, ale Zosia tego nie rozumie. Sama zadzwonić nigdzie nie może bo z nikim się nie dogada. Jest mi bardzo przykro ale jestem bezradna. Zosia po prostu odczuwa brak zainteresowania się nią.

Przy niedzieli postanowiłam poznać trochę bardziej swoje miasto. Dowiedziałam się, że jest u nas ulica Smerfów i postanowiłam ją znaleźć. Gdzie jest to wiedziałam tak mniej więcej. Wiedziałam tylko do jakiego autobusu mam wsiąść. Ten wyjazd to była dla mnie wyprawa : 20 min. szłam do autobusu ( za lepszych czasów autobus mieliśmy prawie pod Domem, ale to już nie wróci ). Na pętli poczekałam drugie 20 min. – przecież to była niedziela, i wreszcie jadę. Myślałam, że jadę bez końca. Nikt w autobusie nie wiedział gdzie jest ulica Smerfów. Od centrum i dalej, całe miasto rozkopane, a zatem jedziemy objazdami. Po 50 minutach jazdy miałam jej dosyć. Wysiadłam i zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem. Jadąc widziałam, że miasto kończyło się dwa razy, dwa razy jechaliśmy przez las po to żeby wrócić do miasta. Nie chciałam już niczego szukać tylko jakoś wrócić do Domu. Spytałam więc o jakiś autobus jadący do Centrum i w drogę. Oczywiście trzeba poczekać bo to niedziela. Ujechałam trzy przystanki powrotne i zobaczyłam z daleka osiedle maleńkich domków, to była właśnie ulica Smerfów na Osiedlu Bajkowym. Wracając do Domu musiałam wracać przez las bo autobus którym jechałam miał przystanki zupełnie z drugiej strony naszej dzielnicy. Tak spędziłam niedzielne przedpołudnie, od śniadania do obiadu, i miałam po czym odpoczywać. Szczerze mówiąc to wstydzę się sama siebie jak odpoczywam nie mając po czym.

A teraz najlepszy dowcip jaki słyszałam. Otóż Marianna zgubiła dolną protezę ( to się zdarza jeśli proteza jest źle zrobiona i uwiera. Delikwent wówczas co chwila ją wybiera i gdzieś kładzie aż w końcu nie wie gdzie położył). Z tym problemem wybrała się do pielęgniarek żeby jej pomogły w dotarciu do protetyka stomatologii, chciała zrobić nową protezę. A nasza wybitnej klasy pielęgniarka, ze współczuciem w głosie powiedziała – po co ma pani się fatygować , da pani pieniądze dla kierowcy i on protezę przywiezie. Aż wierzyć się nie chce, że mamy taki mądry personel. Taką troszczącą się o nas kadrę. Dla mnie to zabrzmiało jak czarny humor, bo nie wiem czy owa pielęgniarka zakpiła sobie z jednej z nas czy jest faktycznie nie douczona.