Miłe zaskoczenie…

…chociaż to nie dotyczyło mnie ale mnie bardzo miło zaskoczyło. Otóż, Felicja w ramach przeprosin za obłamanie kwiatka Małgosi zobowiązała się dbać o jej grządkę kwiatową. Małgosia, istotnie nie zbyt zajmowała się swoją grządką pod oknem. Zawsze liczyła na kogoś. Także jak usłyszała, że od dziś Felicja będzie dbała o jej grządkę to się najpierw bardzo zdziwiła a potem ucieszyła. Ja również byłam zdziwiona i zaskoczona jednocześnie, ale muszę przyznać, że po takim geście wybacza się wszystkie grzeszki. Małgosia mieszka w nowym pawilonie na parterze z bezpośrednim wyjściem z pokoju na zewnątrz budynku. Jest tam 13 pokoi i każdy z mieszkających tam ma swoją grządkę kwiatową, która łączy się w jedną całość i o którą powinno się dbać. Kiedyś mieszkały tam same chodzące osoby i bardzo dbały o swoje grządki, teraz niestety tych chodzących jest tam pół na pół i tak samo pół na pół wyglądają ich grządki. Jeden wielki bałagan, jak do tego dodamy samowolę kotów i brud z tym związany, to już nic więcej na ten temat pisać nie trzeba. Może jeszcze dodam, że piękną pamiątkę po sobie zostawił Witek, ( który nękany przez kadrę kierowniczą, zmarł ) – pięknie owocujące w tym roku drzewka brzoskwiniowe, bo róże również miał piękne ale ktoś je wykopał i zabrał.

W tej chwili patrzę przez okno i widzę chodzącego z aparatem fotograficznym pana, który bardzo dokładnie fotografuje nasz budynek. Podchodzi do okien, zagląda w nie. Fotografuje wszystkie piętra ogólnie i każdy zakamarek. Nie wiem do czego ma to służyć, ale ów pan chodzi już kilkanaście minut i zagląda w każdy kąt. ( Jest sobota godzina 9. 45).

Ostatnio mówi się dość dużo o karach za umyślne narażanie zakażeniem ludzi na korona wirusa. Korci mnie bardzo żeby odpłacić pięknym za nadobne naszej pielęgniarce przełożonej, osobie odpowiedzialnej u nas za nasze zdrowie epidemiologiczne. Opisywałam dokładnie jak szanowna założyła magazyn wirusów na gęsto zaludnionym, wąskim korytarzyku. Z tego powodu covidem zaraziły się 4 osoby w tym 3 osoby zmarły. To tylko na moim korytarzu, ogólnie to zmarło ze 40 osób. Art. 165 KK mówi – kto sprowadza umyślnie niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, ten podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. A wiele osób to co najmniej 10 i tyle właśnie osób mieszkało na naszym korytarzu ; w jedenastym pokoju zrobiono składowisko używanej odzieży ochronnej, a w ramach higieny, co wieczór wietrzono ten pokój otwierając drzwi na korytarz. Niech ktoś mi powie, że to nie nieumyślne działanie. ( O przepraszam jak postawiłam ten zarzut pani dyrektor, to była bardzo zdziwiona, że to mogło być działanie celowe ). Były różne pomieszczenia na takie składowiska np. 4 pomieszczenia na fizykoterapii, które stały puste i odizolowane od pokoi mieszkalnych. Pisałam o tym do SANEPIDU – bez odzewu. Szerokie znajomości załatwią wszystko. Poobserwuję zachowanie siostry przełożonej przy następnej fali korona wirusa. Tym razem będę filmowała wszystko, bo to co mam teraz to trochę za mało. To, że ja żyję będąc pod opieką przełożonej, to istny cud. Magazyn wirusów miał mnie załatwić. Już chorowałam a wirusy z pokoju na przeciwko wwiewały do mojego pokoju. Jakże musiała być zawiedziona pani Irenka, że ja wciąż żyję. Namówiła swoją ostatnią poddaną pielęgniarkę, żeby mnie poddusiła aparatem tlenowym. Bo nie można nazwać inaczej, kiedy chorą na covid podłącza się do aparatu tlenowego na niby, bo aparat wyłącza się z sieci. Nie wiem jaką moc ma szanowna przełożona, że każdy w jej pobliżu chamieje. Będę wszystko nagrywała i filmowała to może rozgryzę.

Wielki świat

Nawet się nie obejrzałam jak minęło dwa tygodnie od ostatniego wpisu. Czas ucieka jak szalony. Mój dzień jest bardzo krótki, chociaż wstaję o godzinie piątej rano. Coś tam zrobię i już kilku godzin nie ma, a jak zrobię jeszcze coś to i dzień się skończył. Jak usiadłam na podłodze to potrzebowałam 2 godzin żeby się podnieść i to nie sama. Od jutra będę załatwiała kabelek do szafki z alarmem; alarm niby jest ale jak siedzisz na podłodze to go nie sięgniesz, także muszę mieć odpowiednie połączenie w odpowiednim miejscu, łatwym do sięgnięcia. I ta właśnie niedorajda, czyli ja, była w sobotę w ” wielkim świecie”. Nigdy bym nie pomyślała, że wyjście do ekskluzywnej restauracji i spotkanie się z dalszą rodziną, nazwę ” wielkim światem”. Przyznać jednak muszę, że w takiej restauracji to jeszcze nie byłam. Restauracja na plaży naszego pięknego jeziora. Wychodząc na papieroska możesz położyć się na leżaczku i patrzeć jak na wodzie bujają się zacumowane na nabrzeżu jachty. Budynek piętrowy, cały oszklony, łącznie z windami. Cały parter wyglądał jak jedna wielka sala, a to jest kilka sal tylko tyle, że za szybami. Każda sala ma swój bufet i swoją obsługę, do całkowitej dyspozycji gości. Ze wszystkich stron widok na jezioro. Wyglądało to tak jakby ta restauracja była na wyspie. Obsługa nie wyobrażalnie grzeczna, pomocna, życzliwa. Zechciałam być oprowadzona po budynku, to byłam, zechciałam pochodzić po molo – to razem z obsługą. No i wreszcie ktoś pokonał w smakach naszą kuchnię. Jedzonko – palce lizać. No a goście, wśród których byłam, to dopiero wielki świat: lekarze, dziennikarze, właściciele firm, prawnicy i to tacy z górnej półki, których często oglądam w telewizji i którzy do swojej babci ( bo to było jej święto ) przylecieli samolotami. Ta babcia to moja najstarsza siostra, która 25 września obchodziła 90 urodziny. I to z tej okazji był zorganizowany zjazd rodzinny. Rodziny z jej linii, i tylko z jej, było ponad 30 osób. Osobiście znałam 16 osób, reszta niestety widziana po raz pierwszy. Bardzo podobała mi się prezentacja tych osób. Najpierw po prostu każdy z każdym się przywitał ale później każda rodzina wstawała i mówiła z którego syna to odnoga. Ta prezentacja była specjalnie dla dwóch sióstr ich babci. Moja siostra ma trzech synów, ci synowie mają dorosłe dzieci, które mają już swoje rodziny i dzieci. W naszym domu rodzinnym, nasi rodzice mieli nas pięcioro, ( została tylko trójka ) także jakbyśmy zechcieli spotkać się z całą rodziną to sala musiała by być ogromna i organizacyjnie również trudne by to było do opanowania. Spotkanie trwało w pełni jak ja zechciałam do domu. Zupełnie zapomniałam, że czerwone wino to ja piję na sen i tym razem, po obiedzie siostrzeniec zaproponował mi czerwone wino – ciociu winko prima sort; no i ciocia Danusia wypiła dość obfitą lampkę tego wina, skutek wiadomy, prosiłam żeby mnie jak najszybciej odwieźli do domu bo oczy same mi się zamykały. Nie byłam w stanie utrzymać powiek. W domu już o godzinie 19 byłam w łóżku i spałam, jak zwykle do godziny 5 rano.

Utrzymanie obecnego stanu zdrowia.

Pismo, które nazwałam zakresem czynności dla personelu średniego, istotnie było zakresem czynności ale w krótkiej formie poinformowania mnie czego mogę się domagać od wymienionych osób, jako podopieczna Domu. Dla mnie to nie było nic odkrywczego, no ale nowych mieszkańców może to zainteresować. Pismo było imiennie skierowane do mnie, zatytułowane było – cel do realizacji, a podtytuł to – utrzymanie obecnego stanu zdrowia i zapewnienie właściwej opieki. Co do tego mam dużo wątpliwości czy komukolwiek zależy na naszym zdrowiu. Wszystko co najgorsze spotkało mnie właśnie pod opieką naszej służby zdrowia. Cały mój blog jest o tym. Nawet to zamknięcie nas to jest wywoływanie depresji. Wczoraj – w sobotę 11 września – wychodząc po śniadaniu na długi spacer ( o dziwo bez większych problemów w poszukiwaniu chętnych do otwarcia mi jakichkolwiek drzwi) spotkałam ludzi stojących pod drzwiami budynku. Opiekunka otwierająca mi drzwi odezwała się do nich niegrzecznie: panie miały być o godzinie 9, 30 to jeszcze nie pora, odeszła zamykając za sobą drzwi. Spojrzałam na zegarek, była 9, 20. Wstyd mi się zrobiło w imieniu całego personelu i mieszkańców ; w imieniu każdego kto ma z naszym Domem cokolwiek wspólnego. Jedna ze stojących tam pań spytała mnie – jak wy to wytrzymujecie, zamknięcie i opryskliwość. Ja pracuję w takim Domu – mówi owa pani, mamy w nim drzwi pootwierane i każdy może przyjść z wizytą. Odpowiedziałam, że każdy inaczej rozumie słowo opieka; jedni wyrażają ją troską a inni zamkniętymi drzwiami.

W ciągu minionego tygodnia trzy osoby poskarżyły mi się na swój los w naszym Domu. W piątek wyszłam do atrium, podczas zajęć dla osób z demencją, żeby zobaczyć czy są wśród nich moje kochane znajome. Jedna z nieznajomych mi pań szybko usiadła koło mnie, przytuliła się i z żalem poskarżyła się na pokojową która ją przyprowadziła – ona jest taka niegrzeczna, krzyczy na nas, ja czasem się jej boję – powiedziała pani.

Kilka dni temu rozmawiałam z córką Anielci, która z żalem w głosie poskarżyła się na opiekę u nas. Pani Danusiu – mówi córka Anielci, moja mama jakiś czas temu chorowała. Personel dla swojej wygody wybrał mamie protezy zębowe i już zapomniał o nich. Nikt do was przyjść nie mógł żeby upomnieć się o swoich bliskich. Dziąsła mojej mamy zmieniły po miesiącach kształt i protezy już się nie nadają do użytku. Ale kogo to obchodzi.

Stasiu, skierowany do mnie przez Anię, wylewał żale przez ponad godzinę. Ludzie sądzą, że ja coś mogę. Niestety poza opisaniem tych żali nie mogę nic. Stasiu między innymi, również uskarżał się na brak pomocy w dograniu sprawy protez zębowych. Ci co nami niby się opiekują, są młodzi i nie zdają sobie sprawy jakie to jest ważne. Zaprowadzono Stania do gabinetu prywatnego i Stasiu niby zrobił sobie protezy, ale nikomu nie przyszło do głowy żeby dopilnować bezwzględnego noszenia tych protez przez co najmniej tydzień, po to żeby one ułożyły się do dziąseł a jeżeli byłoby coś nie tak to trzeba, nawet kilkukrotnie, chodzić do poprawki. Ale co to kogo obchodzi, chciałeś protezy to masz, ale że nie dobre to już nie nasza sprawa. Pieniądze wyrzucone w błoto a po protezie tylko chore dziąsła. Stasiu przy okazji sprawy z zębami nabluzgał komu trzeba i nie trzeba. Z wyrzutami sumienia poszedł do spowiedzi poradzić się księdza co może zrobić, żeby naprawić to zło; a ksiądz poradził mu, dając ulotkę reklamową jakiegoś zakonu, żeby kupił dla osób pokrzywdzonych medaliki po 24zł. każdy. Odradziłam mu to. Medalik za 24 zł. to jakaś blaszka. Dla ciebie to będzie wydatek, a obdarowane wyrzucą to w kąt.

Kościół od zawsze skupuje i sprzedaje grzechy. Wszystko za odpowiednią opłatą. A nasi, w ramach utrzymania obecnego stanu zdrowia, olewają nas.

Zakresy czynności

Już myślałam, że przynajmniej w tym miesiącu, pisać nie będę, jednak jeśli coś się dzieje to trzeba. Otóż wczoraj 6 września, przyszła do mnie Dorotka z prośbą żebym podpisała pismo z którym przyszła. Poprosiłam żeby je przeczytała i ponieważ nie miałam żadnych zastrzeżeń co do treści, pismo to podpisałam. I jak przystało na prababcię myślenie przychodzi ze znacznym opóźnieniem, do mnie przyszło na drugi dzień – po co Dorotka przyniosła mi do podpisania zakresy czynności całego personelu średniego naszego Domu. To były zakresy czynności w kilku zdaniach dla poszczególnych grup pracowniczych – dla pielęgniarek, opiekunek, pokojowych, terapeutów i pracowników socjalnych. W zupełności zgadzam się z tym zakresem czynności i dlatego to pismo podpisałam – ale dlaczego to trafiło do mnie, tego zupełnie nie rozumiem. To było pismo w jednym egzemplarzu, który po podpisaniu został zabrany przez Dorotkę. Muszę rozwiać swoje wątpliwości i dowiedzieć się – co to było.

Co się dzieje z jedną z pielęgniarek, którą dotychczas stawiałam za wzór? O Beatce pisałam nie jednokrotnie w samych superlatywach, a teraz już po raz któryś, dała plamę. Pewnie to bliskość siostry przełożonej tak na nią działa, pewnie dostała polecenie bycia nie grzeczną. Muszę popytać innych czy potwierdzą moje spostrzeżenie, czy dotyczy ono tylko mnie. Dotychczas jak przynosiłam kartkę z wypiską na leki, to nawet jak nikogo w pokoju nie było kładłam kartkę na biurku i sprawa była załatwiona; aż tu nagle, owa pielęgniarka, zaczęła domagać się dokładnej receptury leku i podania nie ilości opakowań tylko ilości sztuk tabletek. Jak napisałam, że chcę 40 szt. to dostałam 90 szt. i nie miałam nic do powiedzenia; a cena podwójna. Innym razem napisałam, że chcę 10 fiolek soli fizjologicznej, to zaczęła domagać się informacji jaką ta fiolka ma mieć pojemność. Mówię jej, że jest mi wszystko jedno czy będzie miała 10, 20 czy 30 ml, a ona swoje. Czy mam przynosić wzory opakowań – spytałam. Najlepiej będzie – odpowiedziała. Tak więc oświadczyłam, że przyjęłam do wiadomości i respektowania. Moim zdaniem to było nie grzeczne zachowanie, bo jeśli nawet ma wątpliwości co do składu leku to przecież może zajrzeć do mojej karty pacjenta. Dostałam jeszcze od niej polecenie, że mam tę wypiskę przynosić do niej do godz. 8 rano. Już chciałam odpyskować – moja panno, jeśli już to ty do mnie po tę kartkę będziesz przychodzić. Ale machnęłam ręką. Może wstała lewą nogą. Innym razem potwierdziła aptece wydanie dla mnie zamiennika na mój lek podstawowy na serce, uparcie twierdząc, że on jest tak samo dobry jak ten który dotąd przyjmowałam. Niestety, temat ten był wielokrotnie wałkowany, miałam różne zamienniki i nie mogę brać żadnego z nich. Muszę mieć ten lek i żaden inny. W niegrzecznej formie usłyszałam odpowiedź – to będzie bez leku, jego nie ma już w hurtowniach już go nie produkują. Odpowiedziałam, że słyszę to w każdej aptece która tego leku nie ma i jakoś cały czas go mam. Siadłam do komputera, wypisałam telefony do aptek z naszej dzielnicy, zadzwoniłam do pierwszej z brzegu i lek był. Wczoraj znów starcie z ową pielęgniarką. Poprosiłam żeby sprawdziła co jest napisane na skierowaniu do okulisty. Skierowanie było wypisane w kwietniu i jest ono w mojej kartotece. To jest ważne ponieważ wówczas chorowałam na oczy a teraz chciałabym mieć badanie zakończone receptą na szkła. Odmówiła mi tej przysługi, nie grzecznie odpowiedziała mi, że nie umie czytać. Proszę przyjść jutro do lekarza – powiedziała. Odpyskowałam jej, że faktycznie ostatnio jest coraz gorzej z pani czytaniem. Na drugi dzień odsiedziałam pół godziny pod drzwiami u lekarza, jak weszłam do gabinetu to moja wizyta trwała sekundę, lekarz miał moją kartę na wierzchu, przeczytał, że na skierowaniu jest napisane pogorszenie wzroku. Podziękowałam i wyszłam. Myślałam, że pielęgniarka pracująca z lekarzem jest od tego żeby mu ulżyć w pracy okazuje się, że jest odwrotnie.

Jeszcze o naszych pielęgniarkach. Od kilku dni pokazują w telewizji jak dziecko zadławiło się lizakiem i jak policjant temu dziecku pomógł. Przypomniał mi się fakt zadławienia się przeze mnie, podczas obiadu, listkiem laurowym , który był dziwnie zwinięty i niewidoczny a jak go połknęłam to się rozłożył i zaczęłam się dusić. Wybiegłam na korytarz, zaczepiłam pielęgniarkę prosząc o pomoc. Pielęgniarka, sarkastycznie odpowiedziała, że nie wie co ma w tym wypadku zrobić. ( No ale to była Dorotka – ostatnia z trójki pielęgniarek gestapowców ). Zobaczył to Sławek i natychmiast ruszył z pomocą. Przełożył mnie na swojej ręce tak, że byłam twarzą do podłogi, dwa razy mną dziwnie szarpnął i listek wypadł. Wszędzie są ludzie i ludziska.

Dzień jak co dzień

20 sierpnia otrzymałam odpowiedź od naszej dyrekcji, odnośnie otwarcia nieszczęsnych drzwi na dolnym pawilonie. To już trzecia odpowiedź i zawsze taka sama – NIE, ale proście a będą otwarte. Wszelkie odpowiedzi na nasze skargi mają na celu zniechęcenie nas do pisania w jakiejkolwiek sprawie. Odpowiedzi są tak sformułowane, że jak czyta ktoś obcy to wydają się one całkiem logiczne, natomiast my dobrze wiemy, że to jest pic na wodę, foto montaż. W odpowiedzi czytamy – personel domu kolejny raz przeanalizował kwestie bezpieczeństwa mieszkańców… – nie wiem co ma piernik do wiatraka, a otwieranie drzwi czipem do bezpieczeństwa mieszkańców, ale według dyrekcji ma. Przeprowadzono również indywidualne rozmowy z mieszkańcami – na wszelkie tematy rozmawia się tylko z panią Jadzią Zb. która chociaż ma zupełnie inne zdanie zawsze przytaknie. Na pytanie dlaczego tak się zachowuje, odpowiada, że nie chce robić przykrości pani dyrektor. No to pani dyrektor zrobiła przykrość dla niej. Dalej w piśmie wyjaśnia się, że po ustaleniu z personelem godziny wyjścia, mieszkaniec może wyjść bez przeszkód drzwiami o których mowa. No i oczywiście … po przeprowadzeniu rozmów z mieszkańcami ustalono, że takie postawienie sprawy jest właściwe. To jasne, że z takimi mieszkańcami jak pani Jadzia, która tylko przytakuje. Za to przytakiwanie dostała po nosie – i dobrze jej tak. Otóż, umówiły się z panią Gienią na spacer chcąc wyjść drzwiami o które bezustannie walczymy. ( To znaczy ja walczę na prośbę współmieszkańców ). Zgodnie z instrukcją poprosiły personel o otwarcie drzwi i utknęły pod tymi drzwiami na pół godziny. Mówiłam nie jednokrotnie, że klucz powinien być w kantorku pracowniczym na parterze, ponieważ w tej chwili trzeba po niego biegać trzy piętra wyżej, to do tego potrzebny byłby goniec, wprawiony do takich czynności. Dyrekcja jest ciągle na nie. Na prośbę p. Jadzi, Pani pokojowa poszła na to trzecie piętro, wróciła z kluczem ale nie od tych drzwi. Poszła po raz drugi, niestety nie wiedziała co do czego i wróciła z niczym. Sprawą zajął się sam pan kierownik i uf… udało się. Jadzia już o nic prosić nie będzie, ( i oto chodziło ) bo na samą myśl o wyjściu przez drzwi dolnego pawilonu, dostaje drgawek, ale czy przestanie przytakiwać? Wątpię.

Druga sprawa to afera kwiatowa. Ktoś obłamał piękny krzaczek na grządce Małgosi. ( Napisałam piękny krzaczek ponieważ nie wiem jak nazywa się to cudo. To krzew bez kwiatów ale za to z pięknymi, aksamitnymi, purpurowo czerwonymi liśćmi z czarnym haftem w okół tych liści. Istne cudo ). Ponieważ Małgosia nigdy nie zajmowała się kwiatkami – to naukowiec, a pod namową udało jej się wyhodować duży, piękny krzew to obłamanie tego krzewu zabolało ją bardzo. Od razu wiedziałam, że to robota Felki. Felka to osobnik bez zasad. Jak ktoś się zbliży do jej kwiatków to obrzuca wyzwiskami z całą mocą swojego aparatu gębowego, natomiast jeśli jej się coś podoba to bierze jak swoje bez skrupułów. Tak pokierowałam dochodzeniem, że Felka przyznała się. Tłumaczyła się, że te obłamane gałązki zaniosła do naszego kościoła. Skradzioną rzecz zanieść do kościoła to jak napluć Panu Bogu w twarz. Wpadłam na pomysł jak wyplątać Felkę z tej potwarzy. Ponieważ sprawa oparła się o p. dyrektor, podpowiedziałam, że Felka może wziąć do dyspozycji mój ogródek, i hodować w nim kwiaty z przeznaczeniem na bukiety do kościoła. W ogródku jest już kilka bylin. Ziemia jest bardzo dobra, a ja mogę pomóc w podlewaniu ogródka, ponieważ mogę to zrobić z balkonu, bez wychodzenia z domu. Pani dyrektor zachwyciła się pomysłem i miała z Felką porozmawiać. Ja ze swojej strony obiecałam, że nie wtrącę się w żadnej formie i ani jednym słowem. Felka ma rękę do kwiatów ale przez to już tak obrosła w piórka, że jej nie toleruję.

To byłoby na tyle…

Koniec moich wojaży.

Zakończyłam podróże na rehabilitację do szpitala. Miałam już szczerze dosyć codziennych wyjazdów i głupio mi było, że dokładam pracy kierowcy. Jeśli chodzi o naszych kierowców – woził mnie Pawełek i Krzysiu – to spisali się na najwyższą ocenę. W ostatnim dniu rehabilitacji szpitalnej musiałam jeszcze po południu jechać na prześwietlenie kolana. Głupia sprawa, czas wizyty to godzina 15. Nasz kierowca pracuje do godziny 15.30. Zwróciłam się z prośbą do osoby planującej wyjazdy, żeby załatwiła mi samochód tylko na 5 minut – żeby o godzinie 14. 30 zwiózł mnie z nieszczęsnej, ruchliwej o tej porze ulicy koło naszego DPSu z ominięciem dziurawych chodników na ulicy Oficerskiej, a dalej pójdę i wrócę sama. ( Jeszcze nie tak dawno wychodziłam dolnym wyjściem i pięknym chodniczkiem dochodziłam na przystanek autobusowy, oszczędzając pracę kierowcy. Teraz nie ma ani drzwi otwartych dla nas ani autobusu ). Usłyszałam od pani dyrektor, że Krzysiu mnie zawiezie na miejsce, poczeka na mnie i przywiezie, ale o to muszę prosić go sama – on pani nie odmówi. A zatem szanowna pani dyrektor wie, że byłoby to już po godzinach pracy dlatego o to prosić muszę sama. Nie miałam śmiałości o to prosić. Nawet nie przyszło mi to do głowy. Zajęłam Krzysiowi tylko 10 minut – 5 min. w jedną i 5 min. w drugą stronę.

,Po tych męczących codziennych wyjazdach do szpitala, z przykrością stwierdziłam, że były one nie konieczna. Wszystkie ćwiczenia jakie wykonywałam w szpitalu mogłabym wykonywać u nas na sali gimnastycznej. Niestety od naszych rehabilitantów usłyszałam (3 lata temu), że nie wiedzą jakie to mają być ćwiczenia. Tak więc teraz już będą wiedzieli i od września, co miesiąc, przez 10 dni w miesiącu, będę te ćwiczenia powtarzała. No, może nie wszystkie, bo nie ma u nas jedynie specjalnego fotela do ćwiczeń karku i rąk, ale wszystko inne jest. Problem będzie tylko w tym, że co 10 minut, trzeba będzie mnie odpinać i przypinać do podwieszek, a tego sama nie zrobię.

A u nas na miejscu, dowiedziałam się, że ktoś obłamuje piękne kwiaty rosnące na grządce Małgosi. Ktoś inny wyrzuca jedzenie z balkonu, zanieczyszczając podwórze pod oknami swoich sąsiadów. Usłyszałam bunt przeciwko osobom nie zaszczepionym na COVID – dlaczego ci ludzie poruszają się swobodnie w okół nas a my o nich nic nie wiemy, gdzie jest osoba odpowiedzialna za nasze zdrowie? Ot, taki dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień, drzwi skrzypnęły, zaśpiewał ptak w ogrodzie … płyną chmury, myśl za myślą goni, jakże wolno płynie dla nas czas, a tęsknota dzielnie trzyma straż… – Tak mniej więcej, śpiewał Zbigniew Kurtycz przed laty.

Komentarze i inne sprawy

Dostałam kilka komentarzy, jeden był z Rosji, kilka z Niemiec za wszystkie bardzo dziękuję jednak jak już wielokrotnie informowałam – odpisuję tylko na komentarze pisane w języku polskim, a taki też był. Komentarz napisany w języku polskim był chyba od kogoś bliskiego naszej dyrekcji, wywnioskowałam to z pytania, które brzmiało – skąd wiem jak jest w psychiatryku. To takie pytanie sugestia. Już wyjaśniam. Jestem technologiem żywienia ale zanim nim zostałam musiałam napisać i obronić pracę dyplomową, praca nosiła tytuł – żywienie ludzi psychicznie i nerwowo chorych. W związku z tematem musiałam poznać takich ludzi. Otrzymałam od dyrekcji Szpitala Psychiatrycznego pozwolenie na przebywanie w nim ponieważ musiałam sprawdzić jak są żywieni chorzy i porównać z tym jak powinni być. W tym celu zapisałam się na Pobyt Dzienny dzięki czemu przez miesiąc mogłam chodzić po wszystkich szpitalnych oddziałach. Jak sięgam pamięcią to obraz był identyczny jak obecnie u nas w DPSie. Wszystkie drzwi pozamykane i błądzący po korytarzach ludzie z beznadziejną pustką w oczach; czasem przemknął ktoś z normalnym spojrzeniem. Różnicę widzę tylko w pokojach, u nas są pokoje jednoosobowe lub dwu. a w szpitalu były pokoje zbiorowe albo izolatki. Ponieważ pobytem dziennym w Szpitalu byłam zachwycona, to jak u nas już nie wyrabiałam psychicznie, przez to wieloletnie znęcanie się nade mną, wówczas postanowiłam zwrócić się z prośbą o pomoc do ordynatora oddziału dziennego wiedząc, że tam znajdę wsparcie i pomoc.

A teraz te inne sprawy. Od tygodnia jeżdżę codziennie do szpitala uniwersyteckiego na terapię po udarową. Wprawdzie dzięki naszej siostrze przełożonej jest ona o 8 lat za późno, ale jest. Co zaobserwowałam podczas tych wyjazdów, otóż to, że nasi kierowcy mają bardzo ciężką pracę. ( Napisałam nasi kierowcy a przecież mamy tylko jednego – Krzysia, jak wiezie nas ktoś inny to jest to zastępstwo ). Do nie zbyt pojemnego samochodu kierowca musi nas załadować razem z naszymi wózkami czy chodzikami. Wpychają takiego delikwenta ważącego 100kg. będącego na wózku i muszą to zrobić umiejętnie bo koło niego musi się zmieścić jeszcze jeden ktoś na wózku i kilka chodzików. Każdy jedzie w inne miejsce. Za każdym razem trzeba wyładować chodziki żeby delikwent mógł być wywieziony z auta. Znów chodziki załadować i jechać dalej, po to żeby zrobić za chwilę to samo. Jak już pięć razy powtórzy się tę czynność to zaczyna się zbieranie delikwentów a po drodze załatwianie różnych spraw służbowo papierkowych albo zakupowych. Te czynności są powtarzane kilkukrotnie w ciągu dnia. A my słyszymy – nie musi pani chodzić pod górkę przecież można do miasta pojechać i wrócić samochodem. Tak może mówić ktoś kto nie ma pojęcia o pracy kierowców. A ponadto, w tym pojeździe są upchani ludzie z różnymi chorobami. Np. w poniedziałek jechała z nami Hania, jechała do szpitala. Po dwudniowym pobycie w szpitalu wróciła i okazuje się, że jest zakaz odwiedzin Hani bo może zakażać. Razem z Hanią jechało 6 osób. Czy ten zakaz nie jest przypadkiem opóźniony. ( To pytanie do przełożonej, odpowiedzialnej za bezpieczeństwo epidemiologiczne w naszym Domu). Dla odmiany w piątek wracałam z terapii razem z osobami które były na rynku po zakupy. Wchodzimy do naszego Domu i co widzimy, rodziny wracające z wizyt w pokojach. Jedna z pań krzyknęła na głos – czy to nie jest bezczelność ze strony dyrekcji ? Są osoby które odwiedzać można a są i takie których niestety nie można. To byłoby na tyle.

Rozmowy

… jednej pani z drugą panią. Wybrałam się do jednego z DPSów w którym od lat przebywa moja znajoma. Owa znajoma napisała do mnie na bloga i poprosiła żebym do niej przyszła bo nie ma komu się wyżalić. Chodziło o jej sprawy rodzinne. Rodzina, wydawałoby się taka och, ach na każdą prośbę gotowi do pomocy, ale takiej pomocy, która za wszelką cenę zostawi babcię w DPSie, a to skakanie nad babcią to nic innego jak dawanie do zrozumienia – sieć, gdzie ci będzie lepiej, ( chociaż jest jej źle ), spełnimy każdą zachciankę tylko nie przychodź do domu. Nawet jakbyś pobyła u nas tylko kilka dni, to dla nas byłby już problem. Rozmowy z babcią to i owszem, ale nie na spacerze, czy w kawiarni tylko przez telefon. Podczas jednej takiej rozmowy telefonicznej z córką, Zosia – tak ma na imię owa znajoma- zorientowała się, że jej 18 letnia prawnuczka nosi wielki żal w sercu. Żal do swoich rodziców. W tym żalu wykrzyczała ojcu, że pozbawi go praw rodzicielskich. Dla mnie to było oczywiste, że był to krzyk rozpaczy. Krzyk, zobaczcie mnie wreszcie, zainteresujcie się. POMÓŻCIE! – mówi Zosia. Rodzice się rozwiedli. Pozakładali nowe rodziny. Mają dzieci którymi zajmują się z wielką troską, a o niej nikt nie pamięta. Nie ma nikogo kto by ją przytulił i wysłuchał. Miała być oczkiem w głowie a jest piątym kołem u wozu. Zosia postanowiła jakoś pomóc prawnuczce. Jeszcze nie wiedziała jak. Na początek chciała się z nią spotkać. I tu zaczynają się schody. Niestety, dziewczynka mieszka w innym mieście a ona nie ma nawet do niej telefonu. Zadzwoniła do córki z prośbą o telefon do swojej prawnuczki. Nigdy w życiu nie sądziła, że spotka się z odmową. Podobno wnuk zabronił swojej matce dawać telefon do córki babci. Zosia poczuła się jakby ktoś walnął ją obuchem w głowę. Poczuła się wykluczona z rodziny. Nagle zrozumiała, że ta wieloletnia usłużna pomoc we wszystkim to była fałszywka. Poczuła się tak samo odrzucona jak jej prawnuczka. I z takim żalem mówi do mnie – Danusiu, nie wolno wnukom oddawać wszystkiego co masz. Teraz nie mam czym nimi potrząsnąć. Ale jak zaczęłyśmy analizować wszystko za i przeciw to okazało się, że to ich NIE jest niczym w porównaniu z jej ewentualnym NIE. Zosia aż krzyknęła – jednak zemsta jest słodka i przypomni im, tej mojej rodzinie, że ja ciągle jestem ich rodziną i to mocno osadzoną w realiach. Zosia od poniedziałku rusza do adwokata. Umówiłam ją ze swoją adwokat, która podpowiedziała, że takie zachowanie wnuków może świadczyć o ich złych intencjach które doprowadziły do wyłudzenia darowizny w postaci mieszkania. Przecież miało być inaczej. Oj, będzie się działo!

Wracając od Zosi, musiałam się spieszyć; zostawiłam kartkę w drzwiach, że wrócę około dwunastej, a to już było po dwunastej. a jeszcze kawał drogi przede mną. Spotkanie po latach jest zawsze czasochłonne. Żeby po dojściu do DPSu nie szukać kogoś kto otworzy mi drzwi ( nasze więzienie jest zawsze zamknięte ) wybrałam drogę na skróty ale prowadzącą pod zawsze otwarte drzwi. Nigdy więcej tej drogi. Były to leśne wertepy, pełne korzeni drzew i szyszek pod nogami i na dodatek pod stromą górę. Chodzik, na ogół musiałam wnosić. Zziajana wchodzę na korytarz naszego Domu a tu ludzie siedzący pod stołówką zasypują mnie pytaniami. A czas leci i kartka w drzwiach jest. Było tyle pytań, że kartkę wzięłam dopiero po obiedzie, czyli po 13.30. Były w tej grupie dwie nie znajome panie – nowe mieszkanki i z wielkim zainteresowaniem wypytywały mnie – jakim cudem byłam na zewnątrz. Przecież z tego więzienia nikt nie może wyjść. Jedna z pań nazwała nasz Dom więzieniem a druga oddziałem zamkniętym w psychiatryku. Obie te panie miały rację. My, nasz dom również nazywamy i tak i tak, a to dlatego, że dyrekcja domu to chyba uciekinierki z psychiatryka, które zwyczaje szpitalne zastosowały u nas. Logiki w ich postępowaniu brak. Nas tylko by zamykali. Do jednych mieszkańców przychodzą całe rodziny i mogą wejść nawet do pokoju mijając wiele innych pokoi. Inni mają całkowity zakaz na tego typu zachcianki. Mnie obsztorcowano za spotkanie z rodziną w ogródku, kilkadziesiąt metrów od naszego Domu; Małgosia ma pokój przez który można wyjść na zewnątrz i ona to robi, ale jak spytała czy mogłaby gościć u siebie córkę, to usłyszała, że w żadnym wypadku. Córka Małgosi mogłaby wejść i wyjść nie wchodząc do budynku, ale jest nie. Córka Małgosi jest lekarzem i wie jak ma się zachować, ale nasza emerytowana pielęgniarka – siostra przełożona, wie lepiej. Są osoby które mogą wychodzić z budynku, inne pomimo, że nie są chore umysłowo, nie mogą. Witka za jednorazowe wypicie alkoholu próbowali wykończyć. Jurek pije codziennie, robi awantury i nikogo to nie obchodzi. Jurek idąc do sklepu po alkohol zostawia drzwi otwarte, a przez nie można wejść na teren budynku.

DROGA DYREKCJO ! Moglibyście ustalić w jakich godzinach drzwi w dolnym pawilonie będą otwarte z klucza i dać czipy osobom które według was mogą wychodzić. Np. przed południem otwieracie drzwi w godzinach od 10 do 12 i po południu od 16 do 18. Wszyscy byliby zadowoleni, a to nasze więzienie byłoby tak jakby dla osadzonych z lżejszymi wyrokami.

Dzień dobry małego dżentelmena

W sobotę, zaraz po śniadaniu, wybrałam się na SOR okulistyczny; ponieważ po powtórnym badaniu wymazu z oczu okazało się, że gronkowiec nadal jest, a zatem wizyta u okulisty była konieczna. Na SOR miałam bliziutko, kilka metrów przez las i kilkaset metrów po ulicy Fałata. Zaraz po wyjściu z lasu, przy znajomym domku zobaczyłam dziewięcioletniego chłopca, który na mój widok wyprężył się i elegancko skłonił mówiąc mi – dzień dobry. Szok, takie dzień dobry w wykonaniu dziewięciolatka? Skąd wiem, że ów chłopiec ma dziewięć lat ? Już wyjaśniam, w tym celu muszę sięgnąć pamięcią jedenaście lat wstecz. Często chodziłam na spacery po ulicy Fałata. Miałam taką swoją trzygodzinną trasę na spacery z psem i jeśli byłam na ul. Fałata to znaczyło, że za pół godziny będę w domu. Jeszcze nie mieszkałam w DPSie, ale mój pies był wzięty z naszego DPSu i bardzo lubił na moment do niego wpaść, ale tylko na moment. Któregoś dnia przechodząc koło domu owego chłopczyka ( jego jeszcze nie było na świecie ) zobaczyłam wybiegającego z niego pana ( to przyszły dziadek), który coś wyrzucił do lasu. A ja, jak to ja od razu na niego siadłam – tak, wszystkie śmieci aby dalej od siebie. A on na to – nie wtrącaj się do nie swoich spraw, ty moherowy berecie. Nie byłam mu dłużna i nazwałam go aksamitnym kapeluszem. Ponieważ często przechodziłam koło tego domu to i zwyczaje mieszkańców poznałam dość szybko. Rodzina prawników, z jednym siedemnastoletnim synem i babcią na przyczepkę. Jak tylko tata z mamą wsiadali do samochodu żeby gdzieś wyjechać to już z za winkla widać było grupę kolegów nastolatka. Wchodzili całą czeredą do garażu ,drzwi od garażu zawsze były szeroko otwarte, ze sobą mieli skrzynkę piwa i natychmiast robili zrzutkę na pół litra. Jeszcze wówczas sklep był na końcu ulicy, a więc bliziutko. Tak było za każdym razem i dość często. Przy okazji bezpośredniego spotkania z ojcem nastolatka, powiedziałam mu – aksamitku, zwracaj większą uwagę na swojego syna. A on na to – moherku, a ty znów się wcinasz. Jak zamieszkałam w DPSie, okna z mojego pokoju wychodziły na ” Leśną Chatę” czyli na miejscówkę ludzi chorych na alzhejmera. Któregoś dnia zobaczyłam jak mój aksamitek z żoną i z maleńkim, kilkumiesięcznym dzieckiem, przywożą swoją babcię do nas. Zaczęliśmy się spotykać dość często. Zaprzyjaźniliśmy się, no może to za duże słowo, ale rozmawialiśmy często i z sympatią. Odnośnie baczniejszej uwagi na swojego syna – przyznał mi rację, bo okazało się, że to kilkumiesięczne dziecko to synek niesfornego nastolatka, a obecny dżentelmen z pięknym dzień dobry. Nastolatkowi garaż służył do różnych celów, za które małolat nie miał zamiaru ponosić odpowiedzialności. Któregoś dnia, szesnastoletnia dziewczyna podrzuciła pod dom dziecko z liścikiem – umiałeś zrobić to zechciej wychować. Rodzice nastolatka wzięli to dziecko z wielką miłością i zostali jego rodziną zastępczą. Chyba na stałe, bo lata mijają a mały dżentelmen wita przechodzących koło jego domu z wielkim szacunkiem. Chyba wita tak wszystkich bo przecież mnie nie zna, to tylko ja go znam.

Muszę słów kilka o młodziutkiej pani doktor z SORu. Myślałam, że do gabinetu wpadnę i wypadnę, przecież miałam diagnozę z laboratorium a nawet dwie diagnozy; brałam pod uwagę też fakt, że nie będę przyjęta, przecież SOR służy pacjentom po nagłych wypadkach. A tu niespodzianka, pani doktor stwierdziła, że ona nie jest od leczenia zaświadczeń diagnostycznych tylko od leczenia oczu. Przebadała moje oczy na wszystkie strony. Wyjaśniła, co w nich się dzieje. Wypisała leki. Wytłumaczyła, że to moje złe widzenie to nie starość tylko gronkowiec i korona wirus jednocześnie i pouczyła mnie co mam robić żeby zachować ten stan albo nawet go poprawić. Żeby udrożnić kanaliki które nie przepuszczały płynów muszę poza antybiotykiem i kropelkami, który mi wypisała, robić ciepłe okłady na oczy i masaże gałki ocznej. Dając mi opis stanu moich oczu, dała mi również skierowanie do okulisty na kontrolę.

TAK ZACHOWUJĄ SIĘ PIĘKNI LUDZIE. Oby ich było jak najwięcej. Wyobrażacie sobie jakie życie byłoby piękne.

Spacerkiem w okół Domu

Pierwsza napotkana osoba po wyjściu z Domu, no i oczywiście po przejściu jezdni- ale z górki, była nasza Małgosia. Spotkałam ją spacerującą po chodniczku przed Domem. Małgosia idąc bez przerwy oglądała się za siebie; domyśliłam się, że to przez pozostawione otwarte drzwi od swojego pokoju. I to jest dowód na kiepskie myślenie naszej kadry kierowniczej. Nie chcą nam ponownie udostępnić czipów do samodzielnego otwierania i zamykania drzwi, twierdząc, że już wiele osób ma te czipy i moglibyśmy mieć nieproszonych gości, a faktu, że przez otwarte drzwi kilkunastu pokoi mogliby by ludzie przejść i chodzić po budynku dowolnie, to już dyrekcja nie bierze pod uwagę. Bez przerwy ktoś z tych pokoi jest na spacerze; mają oficjalne zezwolenie od dyrekcji. Mieli je nawet wówczas jak my byliśmy pozamykani w pokojach ze względu na Covit. Bardzo wiele osób o tym wie. Wystarczyłoby wyjść od strony stołówki i niezauważonym wejść, przez gościnnie otwarte drzwi, mając do dyspozycji wszystkie pokoje w naszym Domu. Są wszak że kamery, ale jak sama pani dyrektor mówiła – one służą nam po czasie. Wiele bezsensownych decyzji widzi się na każdym kroku. N.p. w dniu moich imienin przyszła do mnie rodzinka, którą przyjęłam w ogródku pod lasem, pod tak zwanym „grzybkiem „, za co dostałam reprymendę od pani kier. socjalnej. Dlaczego, a no dla tego, że nie poprosiłam łaskawie o możliwość przyjęcia gości. Jak idę z nimi na spacer to nie muszę się tłumaczyć a jak usiadłam przy stole, pod lasem, to już tak. W ramach wyjaśnień usłyszałam – ponieważ ogródek ten należy do posesji DPS. Nie ważne, że w soboty i niedziele korzystają z niego różne osoby nie będące powiązane z nami. Te osoby mogą bo ich dyrekcja nie widzi a moich gości widziała. Na drugi dzień widzę jak pani socjalna oprowadza rodzinę nowo przyjętej osoby, po całym naszym Domu. To jednak można ? Ostatnie nasze spotkanie z panią dyrektor zakończyło się takim właśnie pytanie – to można czy nie można, bo nic nie rozumiem – stwierdził Bolek.

Drugą spotkaną osobą była pani mieszkająca w budynku po sąsiedzku. Budynek ten kiedyś należał do naszego DPSu Ponieważ po latach stał się drogi w utrzymaniu dyrekcja zrzekła się tego majątku. Ludzie tam mieszkający porobili sobie pod domem ogródki. Warunki na ogródki cudowne. Ta idylla trwała przez wiele lat, dopóty, dopóki nasza obecna dyrektorka nie dopatrzyła się, że pole na którym są te ogródki jest własnością DPSu. Nakazała ogródki zlikwidować. Żal było właścicieli ogródków ale myśleliśmy, że w miejscu ogródków powstanie piękny, duży wybieg dla mieszkańców DPS. Niestety i ogródków nie ma i wybiegu nie ma. Przez 8 lat powstał na tym miejscu busz. Jeśliby od razu po likwidacji ogródków przystąpiono do zrobienia spacerniaka, to pracy nie byłoby dużo, tylko porobienie ścieżek. Szerokich trój poziomowych ścieżek. Teren sięgający lasu, cały ogrodzony z pięknymi schodami – wszystko poszło w ruinę. A za tę ruinę opłaty wnosić trzeba. Poprzednia dyrektorka to nawet oddzieliła ogródki dodatkowym płotem, na zasadzie – niech sobie mają. To są skutki braku Samorządu Mieszkańców, który by doradził. Taki konwent seniorów. Nasza szefowa wybrała obstawienie się karierowiczami, którzy nie myślą ani o mieszkańcach ani o mądrym rządzeniu. U nas nie szanuje się nikogo i niczego. Wywiozą ludzi przed budynek, postawią wózki na betonie i myślą, że to jest opieka. Co z tego, że nad głowami są parasole, ale pod nogami nagrzany beton. A to nasze atrium, jak sama nazwa wskazuje to jest pomieszczenie okolone budynkiem. W nim się chodzi jak w kieracie; żeby pochodzić 10 minut trzeba klomb obejść około 10 razy. Jak ktoś zapali papierosa to dym roznosi się po całym atrium. To nie są warunki na spacery. Kwiatki owszem są ale pod nogami beton. A mogło być tak pięknie.