Rozmowy

… jednej pani z drugą panią. Wybrałam się do jednego z DPSów w którym od lat przebywa moja znajoma. Owa znajoma napisała do mnie na bloga i poprosiła żebym do niej przyszła bo nie ma komu się wyżalić. Chodziło o jej sprawy rodzinne. Rodzina, wydawałoby się taka och, ach na każdą prośbę gotowi do pomocy, ale takiej pomocy, która za wszelką cenę zostawi babcię w DPSie, a to skakanie nad babcią to nic innego jak dawanie do zrozumienia – sieć, gdzie ci będzie lepiej, ( chociaż jest jej źle ), spełnimy każdą zachciankę tylko nie przychodź do domu. Nawet jakbyś pobyła u nas tylko kilka dni, to dla nas byłby już problem. Rozmowy z babcią to i owszem, ale nie na spacerze, czy w kawiarni tylko przez telefon. Podczas jednej takiej rozmowy telefonicznej z córką, Zosia – tak ma na imię owa znajoma- zorientowała się, że jej 18 letnia prawnuczka nosi wielki żal w sercu. Żal do swoich rodziców. W tym żalu wykrzyczała ojcu, że pozbawi go praw rodzicielskich. Dla mnie to było oczywiste, że był to krzyk rozpaczy. Krzyk, zobaczcie mnie wreszcie, zainteresujcie się. POMÓŻCIE! – mówi Zosia. Rodzice się rozwiedli. Pozakładali nowe rodziny. Mają dzieci którymi zajmują się z wielką troską, a o niej nikt nie pamięta. Nie ma nikogo kto by ją przytulił i wysłuchał. Miała być oczkiem w głowie a jest piątym kołem u wozu. Zosia postanowiła jakoś pomóc prawnuczce. Jeszcze nie wiedziała jak. Na początek chciała się z nią spotkać. I tu zaczynają się schody. Niestety, dziewczynka mieszka w innym mieście a ona nie ma nawet do niej telefonu. Zadzwoniła do córki z prośbą o telefon do swojej prawnuczki. Nigdy w życiu nie sądziła, że spotka się z odmową. Podobno wnuk zabronił swojej matce dawać telefon do córki babci. Zosia poczuła się jakby ktoś walnął ją obuchem w głowę. Poczuła się wykluczona z rodziny. Nagle zrozumiała, że ta wieloletnia usłużna pomoc we wszystkim to była fałszywka. Poczuła się tak samo odrzucona jak jej prawnuczka. I z takim żalem mówi do mnie – Danusiu, nie wolno wnukom oddawać wszystkiego co masz. Teraz nie mam czym nimi potrząsnąć. Ale jak zaczęłyśmy analizować wszystko za i przeciw to okazało się, że to ich NIE jest niczym w porównaniu z jej ewentualnym NIE. Zosia aż krzyknęła – jednak zemsta jest słodka i przypomni im, tej mojej rodzinie, że ja ciągle jestem ich rodziną i to mocno osadzoną w realiach. Zosia od poniedziałku rusza do adwokata. Umówiłam ją ze swoją adwokat, która podpowiedziała, że takie zachowanie wnuków może świadczyć o ich złych intencjach które doprowadziły do wyłudzenia darowizny w postaci mieszkania. Przecież miało być inaczej. Oj, będzie się działo!

Wracając od Zosi, musiałam się spieszyć; zostawiłam kartkę w drzwiach, że wrócę około dwunastej, a to już było po dwunastej. a jeszcze kawał drogi przede mną. Spotkanie po latach jest zawsze czasochłonne. Żeby po dojściu do DPSu nie szukać kogoś kto otworzy mi drzwi ( nasze więzienie jest zawsze zamknięte ) wybrałam drogę na skróty ale prowadzącą pod zawsze otwarte drzwi. Nigdy więcej tej drogi. Były to leśne wertepy, pełne korzeni drzew i szyszek pod nogami i na dodatek pod stromą górę. Chodzik, na ogół musiałam wnosić. Zziajana wchodzę na korytarz naszego Domu a tu ludzie siedzący pod stołówką zasypują mnie pytaniami. A czas leci i kartka w drzwiach jest. Było tyle pytań, że kartkę wzięłam dopiero po obiedzie, czyli po 13.30. Były w tej grupie dwie nie znajome panie – nowe mieszkanki i z wielkim zainteresowaniem wypytywały mnie – jakim cudem byłam na zewnątrz. Przecież z tego więzienia nikt nie może wyjść. Jedna z pań nazwała nasz Dom więzieniem a druga oddziałem zamkniętym w psychiatryku. Obie te panie miały rację. My, nasz dom również nazywamy i tak i tak, a to dlatego, że dyrekcja domu to chyba uciekinierki z psychiatryka, które zwyczaje szpitalne zastosowały u nas. Logiki w ich postępowaniu brak. Nas tylko by zamykali. Do jednych mieszkańców przychodzą całe rodziny i mogą wejść nawet do pokoju mijając wiele innych pokoi. Inni mają całkowity zakaz na tego typu zachcianki. Mnie obsztorcowano za spotkanie z rodziną w ogródku, kilkadziesiąt metrów od naszego Domu; Małgosia ma pokój przez który można wyjść na zewnątrz i ona to robi, ale jak spytała czy mogłaby gościć u siebie córkę, to usłyszała, że w żadnym wypadku. Córka Małgosi mogłaby wejść i wyjść nie wchodząc do budynku, ale jest nie. Córka Małgosi jest lekarzem i wie jak ma się zachować, ale nasza emerytowana pielęgniarka – siostra przełożona, wie lepiej. Są osoby które mogą wychodzić z budynku, inne pomimo, że nie są chore umysłowo, nie mogą. Witka za jednorazowe wypicie alkoholu próbowali wykończyć. Jurek pije codziennie, robi awantury i nikogo to nie obchodzi. Jurek idąc do sklepu po alkohol zostawia drzwi otwarte, a przez nie można wejść na teren budynku.

DROGA DYREKCJO ! Moglibyście ustalić w jakich godzinach drzwi w dolnym pawilonie będą otwarte z klucza i dać czipy osobom które według was mogą wychodzić. Np. przed południem otwieracie drzwi w godzinach od 10 do 12 i po południu od 16 do 18. Wszyscy byliby zadowoleni, a to nasze więzienie byłoby tak jakby dla osadzonych z lżejszymi wyrokami.

Dzień dobry małego dżentelmena

W sobotę, zaraz po śniadaniu, wybrałam się na SOR okulistyczny; ponieważ po powtórnym badaniu wymazu z oczu okazało się, że gronkowiec nadal jest, a zatem wizyta u okulisty była konieczna. Na SOR miałam bliziutko, kilka metrów przez las i kilkaset metrów po ulicy Fałata. Zaraz po wyjściu z lasu, przy znajomym domku zobaczyłam dziewięcioletniego chłopca, który na mój widok wyprężył się i elegancko skłonił mówiąc mi – dzień dobry. Szok, takie dzień dobry w wykonaniu dziewięciolatka? Skąd wiem, że ów chłopiec ma dziewięć lat ? Już wyjaśniam, w tym celu muszę sięgnąć pamięcią jedenaście lat wstecz. Często chodziłam na spacery po ulicy Fałata. Miałam taką swoją trzygodzinną trasę na spacery z psem i jeśli byłam na ul. Fałata to znaczyło, że za pół godziny będę w domu. Jeszcze nie mieszkałam w DPSie, ale mój pies był wzięty z naszego DPSu i bardzo lubił na moment do niego wpaść, ale tylko na moment. Któregoś dnia przechodząc koło domu owego chłopczyka ( jego jeszcze nie było na świecie ) zobaczyłam wybiegającego z niego pana ( to przyszły dziadek), który coś wyrzucił do lasu. A ja, jak to ja od razu na niego siadłam – tak, wszystkie śmieci aby dalej od siebie. A on na to – nie wtrącaj się do nie swoich spraw, ty moherowy berecie. Nie byłam mu dłużna i nazwałam go aksamitnym kapeluszem. Ponieważ często przechodziłam koło tego domu to i zwyczaje mieszkańców poznałam dość szybko. Rodzina prawników, z jednym siedemnastoletnim synem i babcią na przyczepkę. Jak tylko tata z mamą wsiadali do samochodu żeby gdzieś wyjechać to już z za winkla widać było grupę kolegów nastolatka. Wchodzili całą czeredą do garażu ,drzwi od garażu zawsze były szeroko otwarte, ze sobą mieli skrzynkę piwa i natychmiast robili zrzutkę na pół litra. Jeszcze wówczas sklep był na końcu ulicy, a więc bliziutko. Tak było za każdym razem i dość często. Przy okazji bezpośredniego spotkania z ojcem nastolatka, powiedziałam mu – aksamitku, zwracaj większą uwagę na swojego syna. A on na to – moherku, a ty znów się wcinasz. Jak zamieszkałam w DPSie, okna z mojego pokoju wychodziły na ” Leśną Chatę” czyli na miejscówkę ludzi chorych na alzhejmera. Któregoś dnia zobaczyłam jak mój aksamitek z żoną i z maleńkim, kilkumiesięcznym dzieckiem, przywożą swoją babcię do nas. Zaczęliśmy się spotykać dość często. Zaprzyjaźniliśmy się, no może to za duże słowo, ale rozmawialiśmy często i z sympatią. Odnośnie baczniejszej uwagi na swojego syna – przyznał mi rację, bo okazało się, że to kilkumiesięczne dziecko to synek niesfornego nastolatka, a obecny dżentelmen z pięknym dzień dobry. Nastolatkowi garaż służył do różnych celów, za które małolat nie miał zamiaru ponosić odpowiedzialności. Któregoś dnia, szesnastoletnia dziewczyna podrzuciła pod dom dziecko z liścikiem – umiałeś zrobić to zechciej wychować. Rodzice nastolatka wzięli to dziecko z wielką miłością i zostali jego rodziną zastępczą. Chyba na stałe, bo lata mijają a mały dżentelmen wita przechodzących koło jego domu z wielkim szacunkiem. Chyba wita tak wszystkich bo przecież mnie nie zna, to tylko ja go znam.

Muszę słów kilka o młodziutkiej pani doktor z SORu. Myślałam, że do gabinetu wpadnę i wypadnę, przecież miałam diagnozę z laboratorium a nawet dwie diagnozy; brałam pod uwagę też fakt, że nie będę przyjęta, przecież SOR służy pacjentom po nagłych wypadkach. A tu niespodzianka, pani doktor stwierdziła, że ona nie jest od leczenia zaświadczeń diagnostycznych tylko od leczenia oczu. Przebadała moje oczy na wszystkie strony. Wyjaśniła, co w nich się dzieje. Wypisała leki. Wytłumaczyła, że to moje złe widzenie to nie starość tylko gronkowiec i korona wirus jednocześnie i pouczyła mnie co mam robić żeby zachować ten stan albo nawet go poprawić. Żeby udrożnić kanaliki które nie przepuszczały płynów muszę poza antybiotykiem i kropelkami, który mi wypisała, robić ciepłe okłady na oczy i masaże gałki ocznej. Dając mi opis stanu moich oczu, dała mi również skierowanie do okulisty na kontrolę.

TAK ZACHOWUJĄ SIĘ PIĘKNI LUDZIE. Oby ich było jak najwięcej. Wyobrażacie sobie jakie życie byłoby piękne.

Spacerkiem w okół Domu

Pierwsza napotkana osoba po wyjściu z Domu, no i oczywiście po przejściu jezdni- ale z górki, była nasza Małgosia. Spotkałam ją spacerującą po chodniczku przed Domem. Małgosia idąc bez przerwy oglądała się za siebie; domyśliłam się, że to przez pozostawione otwarte drzwi od swojego pokoju. I to jest dowód na kiepskie myślenie naszej kadry kierowniczej. Nie chcą nam ponownie udostępnić czipów do samodzielnego otwierania i zamykania drzwi, twierdząc, że już wiele osób ma te czipy i moglibyśmy mieć nieproszonych gości, a faktu, że przez otwarte drzwi kilkunastu pokoi mogliby by ludzie przejść i chodzić po budynku dowolnie, to już dyrekcja nie bierze pod uwagę. Bez przerwy ktoś z tych pokoi jest na spacerze; mają oficjalne zezwolenie od dyrekcji. Mieli je nawet wówczas jak my byliśmy pozamykani w pokojach ze względu na Covit. Bardzo wiele osób o tym wie. Wystarczyłoby wyjść od strony stołówki i niezauważonym wejść, przez gościnnie otwarte drzwi, mając do dyspozycji wszystkie pokoje w naszym Domu. Są wszak że kamery, ale jak sama pani dyrektor mówiła – one służą nam po czasie. Wiele bezsensownych decyzji widzi się na każdym kroku. N.p. w dniu moich imienin przyszła do mnie rodzinka, którą przyjęłam w ogródku pod lasem, pod tak zwanym „grzybkiem „, za co dostałam reprymendę od pani kier. socjalnej. Dlaczego, a no dla tego, że nie poprosiłam łaskawie o możliwość przyjęcia gości. Jak idę z nimi na spacer to nie muszę się tłumaczyć a jak usiadłam przy stole, pod lasem, to już tak. W ramach wyjaśnień usłyszałam – ponieważ ogródek ten należy do posesji DPS. Nie ważne, że w soboty i niedziele korzystają z niego różne osoby nie będące powiązane z nami. Te osoby mogą bo ich dyrekcja nie widzi a moich gości widziała. Na drugi dzień widzę jak pani socjalna oprowadza rodzinę nowo przyjętej osoby, po całym naszym Domu. To jednak można ? Ostatnie nasze spotkanie z panią dyrektor zakończyło się takim właśnie pytanie – to można czy nie można, bo nic nie rozumiem – stwierdził Bolek.

Drugą spotkaną osobą była pani mieszkająca w budynku po sąsiedzku. Budynek ten kiedyś należał do naszego DPSu Ponieważ po latach stał się drogi w utrzymaniu dyrekcja zrzekła się tego majątku. Ludzie tam mieszkający porobili sobie pod domem ogródki. Warunki na ogródki cudowne. Ta idylla trwała przez wiele lat, dopóty, dopóki nasza obecna dyrektorka nie dopatrzyła się, że pole na którym są te ogródki jest własnością DPSu. Nakazała ogródki zlikwidować. Żal było właścicieli ogródków ale myśleliśmy, że w miejscu ogródków powstanie piękny, duży wybieg dla mieszkańców DPS. Niestety i ogródków nie ma i wybiegu nie ma. Przez 8 lat powstał na tym miejscu busz. Jeśliby od razu po likwidacji ogródków przystąpiono do zrobienia spacerniaka, to pracy nie byłoby dużo, tylko porobienie ścieżek. Szerokich trój poziomowych ścieżek. Teren sięgający lasu, cały ogrodzony z pięknymi schodami – wszystko poszło w ruinę. A za tę ruinę opłaty wnosić trzeba. Poprzednia dyrektorka to nawet oddzieliła ogródki dodatkowym płotem, na zasadzie – niech sobie mają. To są skutki braku Samorządu Mieszkańców, który by doradził. Taki konwent seniorów. Nasza szefowa wybrała obstawienie się karierowiczami, którzy nie myślą ani o mieszkańcach ani o mądrym rządzeniu. U nas nie szanuje się nikogo i niczego. Wywiozą ludzi przed budynek, postawią wózki na betonie i myślą, że to jest opieka. Co z tego, że nad głowami są parasole, ale pod nogami nagrzany beton. A to nasze atrium, jak sama nazwa wskazuje to jest pomieszczenie okolone budynkiem. W nim się chodzi jak w kieracie; żeby pochodzić 10 minut trzeba klomb obejść około 10 razy. Jak ktoś zapali papierosa to dym roznosi się po całym atrium. To nie są warunki na spacery. Kwiatki owszem są ale pod nogami beton. A mogło być tak pięknie.

Przegląd bloga pod kontem opieki w DPSie.

,Przegląd rozpoczęłam od Części II rozdziału 2, czyli od końcówki pracy poprzedniej dyrektorki i początku pracy nowej. Ta końcówka to tylko pół roku, a w ramach ” opieki ” działo się bardzo dużo. Np. doprowadzenie do bankructwa finansowego pana Zygmunta Marczew. Pan Marczew. był człowiekiem niepełnosprawnym fizycznie a dyrekcja złapała się za jego finanse jakby był upośledzony umysłowo. Mam pełną dokumentację starań pana Marczew. o odsunięcie dyrekcji Domu od jego finansów. Nic nie pomogło. Wpłacił swoje pieniądze do naszego depozytu, duże pieniądze za wiele lat pracy podczas wojny, w Niemczech; emerytura wpływała co miesiąc bezpośrednio do depozytu a on nie miał nic do powiedzenia. Jak zmarł, to żeby nie Antoś – nasz mieszkaniec, pan Marczew. nie miałby nawet nagrobka . Antoś za wcześnie zaczął rozrabiać i Dyrekcja Domu w pośpiechu załatwiła mały dziecięcy pomnik a faktura opiewała na czterokrotnie wyższą cenę.

Drugą osobą którą nasza Dyrekcja „opiekowała się szczególnie troskliwie” był pan Eugeniusz Łazic. Znęcano się nad tym człowiekiem bez żadnych zahamowań. Upadlano go na każdym kroku. Serce nie wytrzymało tej ” opieki ” pan Eugeniusz zmarł na zawał serca na oczach kilkudziesięciu osób, podczas zebrania na którym znęcano się nad nim szczególnie, a którym kierowała p. dyrektor i siostra przełożona, jednak pomocy mu nie udzielono.

Trzecia osoba która była pod ” szczególną opieką” to pani Maria. Tak się nią zajmowano, że popełniła samobójstwo. Tłumaczono, że miała depresję, że trudno było ją upilnować. Jeśli w DPS nie ma osób umiejących zajmować się ludźmi chorymi na depresję to takich ludzi nie należy przyjmować . Był zatrudniony psychiatra, ale w DPS psychiatra to pomocnik w niszczeniu nie w leczeniu ludzi. Pani Maria powiesiła się w swoim pokoju.

Po przeczytaniu kilku rozdziałów pamiętnika uświadomiłam sobie, że nie tylko ja byłam całymi latami nękana, poniżana, napastowana. Na de mną znęcano się ponieważ nie otrzymano mojego mieszkania w brew życzeniom. Pan Zygmunt miał za dużo pieniędzy i nie miał rodziny. Pan Eugeniusz założył Zrzeszenie Osób Poszkodowanych przez DPSy. Dlaczego tak postąpiła pani Maria to nie wiem. Była jeszcze pani Lodzia która ogłosiła strajk głodowy bo nic jej się nie podobało w tym Domu. Każdy kto zgłaszał jakiekolwiek pretensje to już nie miał życia do końca swoich dni. Obecna dyrektorka przyczyniła się do zatruwania życia : Witkowi, Antosiowi, Justynowi, Irenie – koleżance Justyna. Pani Tamarze, Józi i Krysi, których eksmitowała z ich ulubionych pokoi w brew ich woli. No i tragicznie pomogła w wykończeniu pani Kown. którą w kaftanie bezpieczeństwa odwieziono do szpitala psychiatrycznego, gdzie ordynatorem był zatrudniony u nas psychiatra. Córka tego samego dnia zabrała ją do domu, była pewna, że coś mamie podano; mama nigdy tak się nie zachowywała – mówiła córka.

Znam ból nękania i nie dziwię się, że ludzie nie wytrzymują. To tylko ja mam kamienną wytrwałość i cały czas pokazuję tym niby ludziom ” gdzie babcia koszyk nosi „. Przecież za mnie się brały same szychy od dyrektorów MOPSU, po dyrektorkę Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej, Prezydenta Miasta, obie dyrektorki naszego DPSu, pielęgniarki na czele z siostrą przełożoną, lekarz psychiatra, personel średni naszego Domu i kilka zdeprawowanych mieszkanek – i co, i nic. Dalej robię swoje a gnębicieli uważam za karłów ludzkich. Wszystkie te karły to nasi ” opiekunowie ’.

Jeszcze tak dla uśmiechu. Wczoraj zaczepia mnie nasz Zygmunt i swoim starym zwyczajem mówi mi ile ma lat i że jest kawalerem. To jego stara śpiewka – Danusia, ja mam 67 lat – mówi Zygmunt. A ja mam 80 – odpowiadam. Zygmunt aż usiadł z wrażenia na podłodze – 80, to ty jesteś bardzo stara, Boże, taka stara to była tylko moja mama a ona już dawno nie żyje.

Prawda to czy fałsz

Spotykam p. Gienię a ona z radością informuje mnie, że dowiedziała się o możliwości wychodzenia z Domu przez drzwi z dolnego pawilonu – a jest to wyjście o które walczymy. Drzwi mają nam otwierać nasze opiekunki albo pokojowe. W niedzielę sprawdzam – prawda to czy fałsz – niestety fałsz. Może dlatego, że to niedziela tak więc poczekamy do poniedziałku.

Piszecie dużo o moim gronkowcu, że miałam szczęście, że ktoś mi powiedział i że ja chodzę i że sama mogłam tym się zająć, przecież mógł mi on zniszczyć organizm doszczętnie. Jednak bardzo mnie martwi fakt, że tego cholernego gronkowca nabawiłam się jak cały nasz Dom był w rzekomym reżimie sanitarnym. Nawet ćwiczyłam na balkonie, nie wychodziłam nigdzie. Gronkowiec dostaje się do organizmu przez pokarm, dotyk, drogą kropelkową, jest w glebie, w wodzie, zostaje na różnych przedmiotach. Mógł być wszędzie, jednak mimo wszystko ktoś musiał mi go zafundować. Posiłki podawane były przez osoby nie koniecznie przestrzegające ten reżim. Był również jakiś czas, kiedy posiłki były przywożone. Ciekawa jestem czy Pan Doktor powiadomił SANEPID o przypadku gronkowca. ( Dwie chore osoby na zakaźną chorobę to już epidemia, nie wierzę, że chora byłam tylko ja ). Chyba jednak nie powiadomił, bo to trochę za późno. Wiele osób już w tym czasie zmarło. Nie wiadomo czy nie przy pomocy gronkowca, czy on nie przyspieszył tego odejścia. Mimo swoich 80 lat mam jednak bardzo silny organizm no i nie złe myślenie, choć do koła słyszymy, że jesteśmy głupi i zapominający. To już nie pierwsza diagnoza którą sobie sama wystawiłam a specjaliści potwierdzili. Nasz lekarz nie ma dla nas czasu. Przyjmuje raz w tygodniu a przecież w tym Domu mieszkają sami chorzy i starzy ludzie. Z nami bez przerwy coś się dzieje.

Dopiero po kilku dniach wybrałam się do Działu Socjalnego, żeby wyjaśnić sprawę wychodzenia z naszego Domu, w dowolnie wybranym czasie, przez drzwi z dolnego pawilonu. Z tego co usłyszałam wnioskuję całkowity brak szacunku do ciężko pracujących ludzi w naszym DPSie. To dowolne wychodzenie dotyczy wyłącznie dni roboczych – od poniedziałku do piątku w godzinach pracy, czyli od 7 do 15 w sobotę i niedzielę nie powinno nam się zachciewać żadnych spacerów. O wyjście w dni powszednie możemy poprosić pracowników socjalnych, opiekunkę lub pokojową która jest na naszym rewirze i oni ” chętnie ” nam te drzwi otworzą. Nikt z nas, waszych podopiecznych, nie ośmieli się prosić nikogo o taką przysługę, ponieważ po klucze od tych drzwi pracownik musiałby wspiąć się trzy piętra wyżej, albo jechać dwiema windami; przejść przez cały labirynt korytarzy i wrócić taką samą drogą zostawiając na ten czas swoje obowiązki, a jest ich huk. Jak spytałam panią kierownik socjalną czy te klucze nie mogłyby znajdować się na stałe w kantorku przy tych właśnie drzwiach, to usłyszałam, że w żadnym wypadku. Czyli, że sprawa pozostaje bez zmian ponieważ my w przeciwieństwie do dyrekcji DPSu, szanujemy pracę ludzi ciężko pracujących i nie będziemy dokładać im roboty, a nas chcących korzystać z tych drzwi jest około15 osób. Trzeba nie mieć za grosz wyobraźni żeby wpaść na pomysł ganiania pracowników po budynku. Taka niestety, jest filozofia naszej kadry kierowniczej w stosunku do nas podopiecznych i do swoich podwładnych – niby mamy wszystko co trzeba, a jednak tego nie mamy. Dają nam to czego wziąć nie możemy.

Od Pani kierownik usłyszałam jeszcze, przypomnienie, że to jest Dom Opieki, nie mieszkanie socjalne. Że przychodząc tu wypełnialiśmy dokumenty świadczące o tym, że wymagamy całodobowej opieki. Nic to, że ta opieka polega wyłącznie na zamknięciu nas i na różnych zakazach.

W następnym wpisie pozwolę sobie na przypomnienie jak ta opieka wyglądała przez wszystkie lata kiedy tu mieszkałam; a w związku z tym muszę przewertować cały swój pamiętnik. Dobrze, że go mam przynajmniej nic nie ulegnie zapomnieniu.

Odpowiedź na pismo…

Jak zwykle odpowiedź na pismo dotyczące wypuszczania nas przez „nowy pawilon” czyli z ominięciem niebezpiecznej jezdni, przyszła na tak zwany ostatni gwizdek. Jak ludzie zaczepiali mnie pytając czy dostałam odpowiedź to mówiłam – poczekajcie cierpliwie ponieważ odpowiedzi przychodzą zawsze na ostatnią, możliwą chwilę. Chyba przez ten czas pisma nabierają mocy a odpisujący ważności. Odpowiedź usatysfakcjonowała mnie tak pół na pół. To będzie taka sama sytuacja jak teraz- szukanie chętnych którzy nam te drzwi otworzą, a w sobotę i niedzielę chętnych będzie brak bo nawet ludzi do pracy brakuje; ale ponieważ nacisk kładłam na niebezpieczeństwo chodzenia jezdnią to już po niej chodzić nie muszę. Pewnie już w ogóle chodzić nie będę. Pożyjemy, zobaczymy. Myślę, że to będzie wyglądało jak łapanka – złapiesz opiekunkę to wyjdziesz z domu, nie złapiesz to nie wyjdziesz.

Ty, Danusia to chociaż masz komu się poskarżyć – mówi Franuś. Masz tego swojego bloga i wszystkie żale w nim wyłuskasz, a reszta mieszkańców nie mają do kogo pójść na skargę. Nikogo nie obchodzimy. Nikt dla nas nie ma czasu. Podczas choroby Marianny opiekowałem się nią – mówi Franuś. Ona chyba miała udar bo straciła mowę. Nikt się tym nie zainteresował. Pomagałem jak mogłem ale przykro, że tak jest w Domu Opieki. Na szczęście Marianka wyzdrowiała, jestem z siebie dumny – mówi Franuś. Do tej rozmowy dołączyła Małgosia – jesteśmy traktowani jak zło konieczne, bo przecież jesteśmy głupi i nagminnie zapominamy o tym, że wszyscy tak bardzo nam pomagają. Ostatnio była jakaś impreza przed budynkiem – mówi Małgosia. Widziałam jak terapeutki podchodziły do ludzi i coś szeptały na ucho. Później dowiedziałam się, że tak właśnie są zapraszane wyjątkowe osoby. Jak poruszyłam temat pytając – dlaczego mnie nikt nic nie powiedział o tej imprezie, to usłyszałam – na pewno mówiono pani, tylko pani zapomniała. Dla mnie zabrzmiało to jak obelga.

Ja ostatnio również musiałam sama zadbać o swoje zdrowie, ale ponieważ nie zapominam o tym, że trzeba z ludźmi rozmawiać, to po nitce do kłębka postawiłam sobie diagnozę a lekarz zajął się resztą. Otóż, od czasu otrzymania szczepionki na covid zaczęłam odczuwać różne dolegliwości. Najpierw myślałam, że mam jakąś alergię, cholernie swędzącą pokrzywkę. Lekarz w związku z tym był u mnie dwa razy. Wypisywał leki. Nic nie pomagało. Na szczęście kategorycznie odmówiłam przyjmowanie sterydów. Moją terapią był prysznic dwa razy dziennie i smarowanie się różnościami. Jak się zorientowałam, że po prysznicu na kilka godzin jest okey, to stwierdziłam, że to nie alergia tylko zrobiła się u mnie skóra atopowa. Smarowidła na tę dolegliwość pomogły, czyli oliwka dla niemowląt. Przy tym wszystkim zaczęłam mieć duże problemy z oczami. U nas prawie wszyscy cierpią na suchość oczu albo na ropienie. Ponieważ trwało to miesiącami i było coraz gorzej, poprosiłam o wizytę u okulisty. Termin – ponad pół roku. Córka wytłumaczyła mi, że takie terminy są na badanie wzroku a nie podczas choroby. Podpowiedziała mi żebym poszła na SOR okulistyczny. Jedna z naszych opiekunek ( dziękuję jej za to bardzo ) podpowiedziała mi żebym zbadała wysięg z oczu. To się robi prywatnie, ale nie drogo i warto. Wyniki są niemalże natychmiast. Z tym wynikiem idź na SOR – powiedziała mi opiekunka. Okazało się, że od kilku miesięcy gronkowiec pustoszy mój organizm. Wynik wykazał chorobę ale i podał spis leków, które mi na tę chorobę pomogą. Tak więc SOR nie był mi już potrzebny. Z takim opisem choroby wystarczy nasz lekarz internista, który przeanalizował wszystkie moje dolegliwości z ostatnich kilku miesięcy i dobrał odpowiednie antybiotyki. Jestem na tej terapii antybiotykowej dopiero cztery dni, a mam być siedem, także jeszcze nic na ten temat powiedzieć nie mogę, ale jestem dobrej myśli.

Chwasty pod oknem.

Po ostatnim wpisie dostałam mnóstwo komentarzy różnej treści . Jedni pisali, że za odważnie wypowiadam swoje poglądy, inni, że nawet jakby nie grzecznie. Kochani, jeśli człowieka coś zdenerwuje to na ogół nie przebiera w słowach. To co napisałam to było bardzo grzeczne w porównaniu z tym co chodzi mi po głowie. Przecież jeśli chodzi o mnie to p. Dyrektor tylko niszczy, udając, że pomaga. Radio, prowadzone przeze mnie zniszczyła w pierwszym miesiącu pracy u nas. ( Przykro mi ale ja nie zapominam wyrządzanych mi świństw ). Zrobiła wszystko żebym nie pisała do Kwartalnika – Głos Seniora, tworząc cenzurę która odrzucała moje artykuły. Moja psychika była niszczona ustawicznie nawet za pośrednictwem psychiatry – pożal się Boże. Mój ogródek był niszczony przez nie udzielani mi żadnej pomocy i przez złośliwy wandalizm, a on jak na złość kwitł i to bujnie. Wreszcie korona wirus ( sprzymierzeniec pani dyrektor ) mnie nie zniszczył mimo usiłowań ale pomógł w zniszczeniu ogródka. Z taką łapczywością zamknęła nas w Domu i ciągle nie wypuszcza choć twierdzi, że możemy wychodzić. Pewnie po każdym zniszczeniu czegokolwiek, rozpiera ją duma. Poprzednia dyrektorka zaczęła tę wojnę ze mną ponieważ nie dostała mojego mieszkania na które bardzo liczyła. Obecna po prostu przejęła po niej pałeczkę.

Pani dyrektor twierdzi, że możemy wychodzić z budynku kiedy chcemy. Nie prawda, przez dwie ostatnie soboty i w poprzednią niedzielę usiłowałam wyjść na spacer – nic z tego. Przez pół godziny czekałam aż ktoś się pojawi i otworzy mi drzwi, nie doczekałam się. Na żadnym korytarzu nie widziałam ani jednej pielęgniarki, opiekunki, czy pokojowej. Musiałabym chodzi po 150 pokojach i szukać. Tak więc ze spaceru nici. Ostatnio to nawet w piątek w południe nie mogłam wyjść z budynku. Napotkaną, ” na medyku ” pokojową poprosiłam o otwarcie drzwi a ona skierowała mnie do pielęgniarek. Dyżurująca pielęgniarka na prośbę o otwarcie drzwi, powiedziała mi, że jest zajęta pisaniem raportu i nie będzie tego przerywać. Nadmieniam, że tym pisaniem zajmowała się w gabinecie przy samych drzwiach wyjściowych. Ja nie wychodziłam na spacer tylko do Przychodni Lekarskiej – ale kogo to obchodzi. Żeby wyjść musiałabym odpowiednio wcześniej zaanonsować swoje zamiary, a u mnie to wyszło tak na szast prast. Na szczęście był to czas przyjścia do pracy drugiej zmiany opiekunek, tak więc dorwałam Danusię i wyszłam z budynku. Wracałam przez stołówkę, bo okazało się, że pielęgniarki nie mają kluczy od drzwi wyjściowych. NIE ŻYCZĘ NIKOMU TAK NIE UDOLNEJ DYREKCJI.

Opiszę teraz moją drogę do ogródka, co wyjaśni rezygnację z niego. Ogródek jest pod moim oknem a droga do niego wygląda następująco – muszę jechać windą dwa piętra wyżej, wyjść z budynku i z posesji, wejść na jezdnię którą muszę schodzić kilkaset metrów z górki a po wejściu ponownym na posesję muszę wchodzić pod górkę. To jest jednak nic w porównaniu z drogą powrotną. Po pracy w ogródku, zmęczona jak sto nieszczęść muszę wspiąć się pod górę idąc szosą, konkurując z prawem pierwszeństwa z samochodami na zakręcie. Mając dwa wyjścia z budynku bezpośrednio do ogródka, taki galimatias stworzono chyba specjalnie dla mnie. Cały marzec i kwiecień pracowałam w ogródku żeby doprowadzić go do wyglądu, bo przecież przez cały bity rok nie mogłam do niego wejść ani na moment. Pracowałam z przyjemnością ponieważ z dnia na dzień były widoczne efekty mojej pracy. W tym czasie byłam łaskawie wypuszczana drzwiami przy których jest winda która zatrzymuje się w moim ogródku. Niestety, jak już pisałam, ten luksus dotyczy miesięcy wczesnowiosennych i późno jesiennych. Od maja muszę zmienić godziny przebywania w ogródku ze względu na temperaturę, a wówczas nie ma kto otworzyć mi drzwi. Po południu czasem udaje mi się wyjść, niestety gorzej jest z powrotami, powroty są nie realne. Także odechciało mi się takiej wyprawy. Jakoś przeżyję chwasty pod oknem, w końcu odbieram je jako pomnik sławy i chwały.

Co leży mi na sercu…

Rosnącą we mnie z dnia na dzień, nienawiść do naszej dyrektorki. Ona na każdym kroku zatruwa nam życie udając, że pomaga. Nawet ci co odnoszą się do niej całkiem miło, bo inaczej oko w oko nie potrafią, jak są wśród swoich to nie zostawiają na niej suchej nitki. Cały czas chodzi o poniżanie nas i zmuszanie żebyśmy o wszystko prosili. Te cholerne drzwi – pozamykane jak w psychiatryku. Szanowna p. dyrektor ośmieliła się powiedzieć do Gieni, że mogłybyśmy – ja i Gienia, wychodzić na zewnątrz przez pokój Basi. Nie wstydzi się pani takich decyzji, przecież jest pani DYREKTOREM. Ja miałabym codziennie zakłócać komuś spokój. Mdłości dostaję jak pomyślę o takich decyzjach. Zanim pani cokolwiek powie, to proszę przemyśleć. I Gienia i ja korzystamy przy poruszaniu się z chodzików które niestety nie przechodzą przez drzwi balkonowe a bez chodzików żadna z nas z domu nie wyjdzie. Ale skąd to pani może wiedzieć, żeby to wiedzieć to trzeba interesować się swoimi podopiecznymi a nie tylko sobą. Już wielokrotnie po powrocie ze spaceru nie mogłam wejść jak człowiek do budynku tylko musiałam doszukiwać się sposobów. A od pani dyrektor słyszę – przecież każdy ma obowiązek otworzyć drzwi mieszkańcom. Każdy czyli nikt, bo ten każdy myśli, że ktoś inny może to zrobi i nie przerywa swojej pracy licząc na kogoś innego. A my jak te palanty stoimy pod drzwiami i psioczymy, na kogo? Na panią, pani dyrektor. Przez decyzję o zamknięciu drzwi wejściowych do budynku musiałam zrezygnować z ogródka. W ciągu jednej nocy ślimaki ( ich trzy gatunki ) i różne inne zarastwa, zżarły roślinki z 16 doniczek. Widziałam z balkonu jak ta menażeria właziła do doniczek, niestety zapobiec temu nie mogłam, wszystkie drzwi w budynku zamknięte a personel zajęty. Jak na drugi dzień zobaczyłam to spustoszenie w ogródku to decyzja była szybka, koniec z ogródkiem. Po 10 latach koniec. 14 doniczek przeniosłam na balkon a z ogródkiem niech się dzieje co chce. To będzie następny pomnik rządów pani dyrektor. Co z tego, że dostawałam nasiona, ziemię, nawozy i kwiatki; ogród wymaga stałej pielęgnacji. W moim ogródku można pracować tylko w godzinach popołudniowych inaczej słońce nie pozwala, niestety w tych godzinach nie ma kto otworzyć mi drzwi. Przed południem mogłam w ogródku pracować tylko w marcu i kwietniu, od maja musiałam zmienić godziny pracy. Ten mój kącik to cieplarnia, którą mam pod oknem a iść do niej muszę okrążając cały budynek z powodu tych cholernych, pozamykanych drzwi. Przez 10 lat kilkanaście ogródków naszych pracowników zaopatrzyłam w różne sadzonki, bo u mnie wszystko rosło jak na drożdżach, a teraz … został tylko pomnik dla pani dyrektor, czyli chwasty i kikuty objedzonych roślin.

Cud

W piątek rano, ( 4 czerwca ) ćwiczę jak zwykle w atrium, co widzę, idą do mnie dwie panie. Myślałam, że chcą ze mną ćwiczyć, a one mają do mnie prośbę. Cóż to za prośba nie cierpiąca zwłoki, że trzeba o niej mówić już o 7 rano. Byłam autentycznie zdziwiona ponieważ jedną z pań była pani Gienia, która swego czasu, jak mnie zobaczyła to uciekała gdzie pieprz rośnie. Żeby nie powiedzieć mi dzień dobry albo przypadkiem nie odpowiedzieć na dzień dobry to wpadała do pierwszego lepszego pokoju i czekała aż przejdę. Gienia zamieszkała w naszym Domu w okresie kiedy ja byłam najbardziej gnębiona i każdy kto zamienił ze mną choć słowo był również gnębiony. Nie wiem kto ją tak do mnie nastawił i co jej powiedział, ale bolało mnie to bardzo. A tu proszę – pani Danusiu, mówi Gienia, załatwi pani samochód na rynek. Nie rozumiem dlaczego z tym do mnie. Nie planuję żadnego wyjścia na rynek, niczego nie potrzebuję a po za tym dzisiaj nie ma nawet kierowcy. Jest długi weekend nie ma wielu pracowników łącznie z panią Dyrektor. Pani Danusiu nam bardzo zależy żeby to było dzisiaj, a kto jak nie pani. Jak trza to trza; zaraz po śniadaniu poszłam do sekretariatu żeby wybadać sprawę a tam pani kier. socjalna i od pierwszego słowa wszystko na tak. Zupełnie nie rozumiałam co się dzieje, ani tego, że prośba była skierowana do mnie ani tego, że w jednej sekundzie wszystko było załatwione pozytywnie. Czyż nie cud? Fama się rozeszła i już od poniedziałku sypią się prośby – załatw samochód i na ten piątek. Ludzie, dlaczego ja, przecież jak słyszę to mówić umiecie, wystarczy z tą prośbą od razu do socjalnej i po temacie. Od kont poznałam życie w DPSie to myślę, że czeka mnie jakaś niespodzianka, nie wierzę w takie zmiany bez powodu i to na wszystkich frontach.

A w atrium, każdego dnia przybywa coraz więcej nie upierzonych pisklaczków. W piątek przybył jeden, w sobotę była ich trójka a w niedzielę już piątka. Niestety są to pisklęta nie lubianych ptaków – sroki. Może obcowanie z młodymi kosami zmieni ich pogląd na życie. Kosy są już starsze o dwa tygodnie, fruwają w koło małych sroczek, nawet już próbują śpiewać, a pisklę sroki w odpowiedzi tylko skrzeczy, ale jak ostro. Trójka bardzo szybko odfrunęła a dwoje pisklaczków siedzi przytulonych do siebie. Zrobiłam im zdjęcie z bardzo bliskiej odległości. W ogóle nie boją się ludzi. Natomiast dorosłe sroki są postrachem innych zwierząt. Widziałam kiedyś jak sroka porwała ze stawku, maleńką kaczuszkę, jak kot widząc, że sroka wyjada mu z miski przysmaki nie śmiał ingerować bo wiedział co sroki potrafią. One żyją bardzo stadnie, choć tego nie widać, jak jakaś sroka wyjada coś z miski kota lub psa, całe stado srok czai się na drzewie, nie daj Boże jakiś zwierzak zechciałby się pozbyć intruza to już byłoby po nim, zadziobałyby. Zwierzęta o tym wiedzą i nie ryzykują. A u nas w atrium jedzą i piją z tej samej miski wszystkie ptaszki. Ale przy okazji strasznie brudzą. We wtorek, wszystkie maluchy odfrunęły w świat.

Będąc na rynku kupiłam dla Jadzi JEL. tygrysią maść przeciwbólową – od ruskich. Jadzia ma od lat nerwobóle policzka, na które działa tylko ta maść. Nie pamiętam jak wpadłam na to, że ta maść działa, ale wiem, że działa i po kilku ruchach masażu policzka, Jadzia przestaje płakać tylko się uśmiecha ze słowami – już nie boli. Śmiejemy się wówczas, że mam ręce które leczą. Do takiego masażu Jadzię przygotowuję – staram się żeby wygodnie usiadła i w miarę możliwości zrelaksowała się, a ja udając Kaszpirowskiego zaczynam liczyć: adin, dwa, tri i nagle słyszę – już nie boli. Nie pomagają dla niej ani tabletki ani zastrzyki tylko ta maść i relaks który jest nie zbędny przy leczeniu nerwobólów a na stworzenie takiej relaksującej sytuacji nikt u nas nie ma czasu. Niestety, w związku z tą maścią miałam kilka nieprzyjemnych incydentów. Po raz pierwszy miało to miejsce już parę ładnych lat temu i to brzydkie zachowanie wówczas terapeuty, opisałam na swoim blogu. Teraz, dwukrotnie poznałam pazerność i chciwość pracownic, które zaczęły robić machlojki w związku z tą maścią, która kosztuje zaledwie 6 zł, co dla nich pewnie stanowi bogactwo przez które owe pracownice gotowe były upodlić się. Pierwszy raz miało to miejsce pół roku temu jak udało mi się, mimo kwarantanny, zdobyć tą maść. Poprosiłam jedną z opiekunek, żeby przekazała ją Jadzi ponieważ ja po powrocie z miasta będę w izolacji. Zaznaczyłam żeby nie brała żadnych pieniędzy, jak skończy mi się izolacja to rozliczę się z Jadzią. Opiekunka owa, pomyślała sobie, że izolacja to 10 dni to obie staruchy o tym zapomną ( przecież stare i głupie ), wzięła te mizerne 6 zł. od Jadzi ale dla mnie ich nie przekazała. A tu starucha ma pamięć i pieniążki trzeba było oddać. I tak owa opiekunka jest u mnie na indeksie. Teraz, dla odmiany pieniążki dla mnie pokojowa zostawiła ale maść zginęła. Przeszukałam każdy kąt, nie było. Raptem znalazło się puste, stare pudełeczko, po maści sprzed roku, a pokojowa i opiekunka zaczęły tłumaczyć, że Jadzia sama się smarowała i zużyła całą maść. Jadzia ma niedowład rąk i nie sięgnie sama do czoła, nie mówiąc o tym, że smarując musiałaby wykonywać ruchy a ona tego nie zrobi. Po za tym, drogie panie, na ostatnich dwóch pudełeczkach była napisana cena a tu jej nie ma. Nie będziemy pani słuchać – odpowiedziały pracownice. Jesteście dwie wstrętne baby, a jedna z nich w rewanżu – za to pani jest piękna. Takie pracownice powinny wylatywać z hukiem z pracy, a one niczego się nie boją, ponieważ u nas to jest norma. Jak jeszcze raz coś podobnego się powtórzy to bez skrupułów chamstwo wymienię z nazwiska.

Dla złodzieja to każda skradziona rzecz ma wysoką wartość, nawet te głupie 6 zł. Przypomniało mi się, jak za rządów poprzedniej dyrektorki, okradziono z pieniędzy i dokumentów Janeczkę – farmaceutkę, to dyrektorka zamiast zrobić dochodzenie i zorganizować pomoc, to zaproponowała jej od siebie prywatną pożyczkę w wysokości 7 zł. bo bidulka tylko tyle miała. Pisałam o tym na blogu.

Otwórzcie nam drzwi!

W dniu 1 czerwca doręczyłam do sekretariatu DPS pismo dotyczące otwarcia drzwi w „nowym pawilonie” . Pismo było skierowane do p. Dyrektor, ale z poinformowaniem o problemie inspektora BHP w\m i to wszystko za potwierdzeniem odbioru. Nie bardzo wiedziałam czy powinnam powiadamiać o tym BHP- owca , ale przecież pismo dotyczyło naszego bezpieczeństwa. Nie tylko mieszkańców ale i personelu. Nie każdy przyjeżdża do pracy samochodem. Ci co jeżdżą autobusami to żeby dojść do DPS muszą wspiąć się pod górę i idą z duszą na ramieniu, bo a nuż coś wyskoczy z za zakrętu. Personel chodzi w różnych godzinach do pracy; przez 8 miesięcy w roku jak zaczynają czy kończą pracę to jest ciemno. Przypomnę, że ostatnio zlikwidowano połączenie autobusowe z naszym DPSem. Jak znam życie to p. Dyrektor nie będzie walczyć o to udogodnienie dla swoich podopiecznych i podwładnych ponieważ układy z Prezydentem Miasta są dla niej ważniejsze. Zabrać nam można wszystko ale żeby coś dać to już gorzej. W piśmie poruszałam sprawę bezpiecznego wyjścia z budynku wychodząc przez nowy pawilon na znajdujący się tuż przy furtce chodnik, o który walczyliśmy kilka lat po to żeby dostęp do niego odebrała nam nasza dyrekcja. W piśmie przypomniałam o tym, że ulica po której muszą teraz chodzić mieszkańcy i pracownicy, jest ulicą przeznaczoną wyłącznie dla pojazdów – nie ma poboczy. A nawet dla pojazdów może stwarzać niebezpieczeństwo ponieważ jest umiejscowiona na dość wysokiej górce i na zakręcie. To nie wszystko, zakole drogi stanowi las, a las to zwierzęta. Przypomniałam o bardzo poważnym wypadku jakiemu uległa pracownica DPS. A jak to wszystko przeczytałam, to pomyślałam, że ten kto kieruje na taką ulicę starych ludzi, i w ogóle ludzi, to nie ma za grosz wyobraźni.

Jak pismo to wręczyłam panu od BHP, miał bardzo zdziwioną minę. Byłam pewna, patrząc na jego minę, że tego jeszcze nie było żeby mieszkaniec miał do niego jakąś sprawę – cóż on może? Przecież pracownicy DPSu są od wykonywania poleceń nie zabierania głosu na jakikolwiek temat. Wytłumaczyłam więc, że ponieważ na piśmie jest notatka o powiadomieniu pana, to pewnie pani Dyrektor będzie chciała z panem rozmawiać a w związku z tym chciałabym żeby pan był przygotowany do tej rozmowy. Żeby zdążył pan przeanalizować temat, czy machnąć ręką czy jednak uzmysłowić czym grozi taka postawa.

Idąc korytarzem naszego Domu, rozmawiam ze współtowarzyszką niedoli o tym, że jedna z najlepszych pielęgniarek odchodzi z pracy. Obie wyraziłyśmy na głos swój żal, słowami – wielka szkoda. Z za pleców usłyszeliśmy głos – jaka szkoda, niech się dziewczynie wiedzie; wszędzie będzie jej lepiej. Fakt, u nas nie docenia się dobrej roboty, właściwego podejścia i troski o podopiecznych. U nas, im jest gorzej tym lepiej. Nie wychylaj się tylko bądź posłuszna. Wręcz rygorystycznie posłuszna, a nie zginiesz. Odchodzi też z pracy jedna z najlepszych opiekunek. To będzie ogromna strata dla podopiecznych. Ona jednak odchodzi na emeryturę. Marysię, bo o niej mowa, nie jest w stanie zastąpić nikt, to opiekun z powołania, wiem o czym piszę, Pani Marysia jest jeszcze moją opiekunką a jest nią od kilku lat.

No i jeszcze jeden temat, niestety wstydliwy – kradzież. Ludzie ciągle mówią o tym, że coś im ginie a w odpowiedzi słyszymy – stare i głupie. Zapominają i zmyślają. Słyszymy też, że jesteśmy dla nich – czyli dyrekcji – wszyscy tacy sami i jeśli nam się coś nie podoba to nie musimy tu być. Pomimo to, że zginęła mi w pralni nowiutka i droga podkoszulka, to nie bardzo wierzyłam w te kradzieże. Jak moja sąsiadka z Radiowej mówiła mi o tym, że wszystko co najlepsze jej poginęło, również słuchałam o tym wierząc tak pół na pół. Ale jak Iwona poprosiła żebym zajrzała do jej szafy a w niej zobaczyłam pustkę, to uwierzyłam we wszystkie kradzieże. Od lat podziwiałam ubiory Iwony. Były jakieś inne, wyjątkowo piękne. W każdym ubiorze było coś co przyciągało wzrok. Nie raz zaglądałam do jej szafy, żeby zobaczyć coś nowego i innego. Iwonie ostatnio zmieniono pokój. Podobno zamiana zawsze wiąże się ze zginięciem najcenniejszych rzeczy. Już na początku pandemii bardzo ciężko zachorowała na ten nieszczęsny COVID , a jest to osoba chora na SM . Leżała dość długo w szpitalu w stanie krytycznym. Było pewne, że z tego się nie wyliże. A tu cud, Iwona wraca ze szpitala. Przeniesiono ją na tak zwany medyk. Ale jak obejrzałam jej szafę i komodę, to prawie nie było co przenosić. Z dwóch komód wystarczyła jedna, a w szafie pustki. Zawsze, wszelkie kradzieże odbywają się podczas przeprowadzki, to słyszałam wielokrotnie. Przy przeprowadzce pracuje wiele osób i wówczas winnych brak. Konsekwencji nigdy się nie wyciąga bo ryba u nas jest zepsuta od głowy.