Spacerkiem po Zatorzu.

Pochodziłam trochę po naszej dzielnicy – Zatorzu, dzielnicy na której jest nasz Dom i moje stare podwórko; czyli po moich starych i nowych „śmieciach”. Tak więc chodząc wśród samych swoich, zdziwiło mnie zadawane kilkukrotnie pytanie, przez spotykane osoby, o Witka, naszego mieszkańca, który zmarł podczas Covidu. Jedni pytali o niego jako o bohatera kilku moich wpisów, a inni bo dawno nie widzieli pana jeżdżącego elektrycznym wózkiem. Dziwiło to mnie ale i było miło, że ludzie zwracają na nas starych uwagę i pamiętają. Przecież Witek przyjechał do naszego miasta bezpośrednio do naszego DPSu, nikogo nie znał, a został zapamiętany. Dziękuję Wam za to.

Pytano mnie również o pana NIKT, jak sobie radzi bez swojej pani. Pan NIKT przez jakiś czas był cichutki, nie było go widać, widocznie przeżywał żałobę; teraz znów wcina się wszędzie i wszędzie go pełno, a jak mnie zobaczy to dostaje piany. Ale to jest nikt. Na miejsce pani NIKT, kreuje się jedna z mieszkanek. Nie interesuje ją pan NIKT, bo akurat o nim ma takie samo zdanie jak większość mieszkańców, ale pokazuje wszem i wobec swój brzydki charakter. Życiorys prywatny obu pań jest identiko. Jak NIOBE pochowały swoje dzieci, tyle tylko, że z rozpaczy zaczęły pić i stawać się złośliwe. Byłam pewna, że ludzie będący w tak tragicznej żałobie, kulą się w sobie, zamykają przed światem. Że z nimi trzeba bardzo delikatnie, żeby serca nie pękły z bólu; a tu okazuje się, że nie, w takich osobach narasta wściekłość na cały świat i nienawiść do ludzi. Kiedyś pracowała u nas pielęgniarka która po śmierci swojego syna stała się przywódczynią podłości wśród pielęgniarek. Zwerbowała w okół siebie jeszcze dwie pielęgniarki, które nazwałam – Hytler Yungen, brały dyżury nocne i hulaj dusza. Chwała Bogu z tych trzech została tylko jedna, to ta która tak mi podłączała tlen, żeby go nie podłączyć. Pani NIKT, której też już nie ma, słynęła z podłości i rządzenia wszystkimi. Jak sobie kogoś upatrzyła to robiła wszystko żeby wykończyć. Każda z tych osób upatrywała mnie jako cel do niszczenia. Chodzę z zadartym nosem patrząc na wszystkich z góry. Taka jest obiegowa opinia o mnie. Ale ja nos zadzieram przed padliną, żeby nie czuć smrodu. No bo jak inaczej nazwać osoby które same się upadlają żeby zrobić coś komuś na złość. Np. Felka, na moje grządki w ogródku nasypała spleśniałą kocią karmę licząc na to, że koty rozgrzebią mi świeżo wysiane kwiaty i w ten sposób dadzą satysfakcję Felce. Przecież koty to jej sprzymierzeńcy. Owszem grzędy trochę były rozgrzebane, ale jak koty wyczuły pleśń to grzebanie zaniechały. Tyle tylko, że ja miałam dość dużo dłubaniny wybierając karmę z ziemi. Wczoraj, w atrium, gdzie za cały kwiatostan odpowiada Felka, nachyliłam się nad klombem żeby spod krzaczka wybrać dwie małe doniczki, już nie potrzebne Felce a mnie tak. Usłyszałam potworny wrzask i obelgi. Czyli, że Felka przez całe 50 minut mojego pobytu w atrium obserwuje mnie. Nie patrzyła do końca co ja zrobię, od razu podniosła wulgarne larum. Była pewna, że to zemsta za kocią karmę. Ja podniosłam rękę do góry, żeby pokazać jej po co sięgnęłam. A to możesz, usłyszałam. Jaka łaskawa a przecież 50 % doniczek jakie ma to dostała ode mnie, jak bym zechciała zwrotu to w atrium nie było by tak pięknie ani na jej balkonie.

Spotykani podczas spaceru pracownicy uczyli mnie jak mam się zachować wracając z miasta do Domu, żebym nie musiała czekać na łaskawość otwarcia drzwi. Kochani bardzo Wam dziękuję ale pisząc o trudnościach dostania się do Domu chcę uzasadnić konieczność otwarcia drzwi w nowym pawilonie i ponowne korzystanie z czipów. Mam zamiar poważnie zająć się tą sprawą. Nie może tak być, że My musimy podporządkowywać się głupim pomysłom. W związku z tym napiszę do pani dyrektor pismo uzasadniające nasze racje nie jej.

Sprawdzam

tę naszą wolność. Otóż, jak dla mnie ( niestety chyba tylko dla mnie ) to z wyjściem z Domu problemów nie ma, ale te nieszczęsne powroty. Przecież nikt nie siedzi przy drzwiach, nie ma portierów. Każdy pracownik jest czymś zajęty a tu mieszkaniec cały szczęśliwy, wracający z miasta, czyli z wolności, naciska na dzwonek i odrywa od pracy. Nie zawsze można od tej pracy oderwać, są różne sytuacje i my mieszkańcy o tym wiemy, dyrekcja chyba o tym nie wie, albo po prostu z tym się nie liczy. Ogłoszono dobrą nowinę i szlus. Ja np. po powrocie siadam na ławce przed Domem i czekam aż ktoś będzie wchodził czy wychodził to i ja przy okazji się załapię. Dzwonków z których korzystamy nikt nawet nie słyszy. W każdym razie ta nasza wolność nie jest tak do końca przemyślana. Wiele osób skarżyło mi się, że nawet wyjść nie może. To wszystko jest na zasadzie – kombinuj, może ci się uda, bo my dyrekcja pomysłu nie mamy. Jedna z mieszkanek określiła Panią Dyrektor nie jako osobę decyzyjną a jako asekurantkę, która wszystkiego się boi i tak na wszelki wypadek nie ryzykuje. Moim zdaniem ryzykuje i to bardzo wypuszczając i wpuszczając nas głównym wyjściem; idąc z tego wyjścia gdzie byśmy nie szli to zawsze musimy iść ulicą. Ulicą, która nie ma nawet żadnych poboczy. Nas starych ludzi wypuszcza się na ulicę, czyli prosto pod koła samochodów. Całkiem nie dawno jedna z młodych pracownic uległa bardzo poważnemu wypadkowi idąc tą przeznaczoną dla nas drogą. Pracownicy jeżdżą samochodami nic nie wiedzą na temat spacerów po ulicy. Przecież są drzwi wyjściowe z budynku prowadzące bezpośrednio na chodnik, jednak nie dla nas. Ten chodnik został zrobiony dla naszego bezpieczeństwa. My sami o niego staraliśmy się. Ja będąc na Pobycie Dziennym pisałam pismo do Prezydenta w tej sprawie. Pisałam artykuły w naszym kwartalniku, który był wówczas czytany przez nasze władze. Dziś ten wywalczony chodnik jest nie użytkowany, my nie mamy do niego dostępu, chyba, że przejdziemy najpierw po ulicy. Jest dwoje drzwi którymi można wyjść bezpiecznie. To nie jest tłumaczenie,że różni ludzie są w posiadaniu czipów do naszych drzwi. Można zmienić kod a nowe czipy każdy mieszkaniec opłaci i musi za niego odpowiadać. Może przypomnę – Dom istnieje ponad 30 lat w tym przez lat 20 żyliśmy przy otwartych drzwiach – dosłownie przy otwartych – i wszystko grało. Obecna pani dyrektor najpierw nas zamknęła ( co bardzo brzydko mi się kojarzy) a po jakimś czasie wprowadziła „czipy ” korzystaliśmy z nich parę ładnych lat a teraz co, strach, przed czym? Przecież jesteśmy wyzwoleni z COVIDU. A bo jedni są odpowiedzialni a inni nie. Tak więc nagrodzić tych odpowiedzialnych. Pani dyrektor – strach przed zamknięciem, czyli utratą wolności jest jednym z powodów rezygnacji z pobytu w naszym Domu. Nikt nie chce oddawać swojej wolności, zostaliśmy bezprawnie ubezwłasnowolnieni. Dyrekcja musi nas wyzwolić od samych siebie.

Trochę siadłam na Panią Dyrektor a ona w stosunku do mnie jest nadzwyczaj miła. Dostałam, już dwukrotnie, kwiatki do ogródka i nasiona, i ziemię; a ja niestety pamiętam jak wszyscy dostawali kwiatki tylko nie ja. Nawet jak ja sama coś załatwiłam ( np. obornik i transport do niego ) to skradziono mi to. Obornik załatwiłam do wszystkich ogródków i wszyscy mieli tylko nie ja. Nikt się tym nie przejmował i ja nie miałam komu się poskarżyć. Teraz, Natalka robiła podchody – może bym coś napisała do kwartalnika, może do internetu na stronie naszego Domu ? NIE. Pamiętam dobrze jak powołałyście, na czele z obecną panią dyrektor, komisję cenzorów żeby odrzucała moją pisaninę. Bałbochwalcą nigdy nie byłam i nie upodlę się na stare lata. Pracownicy naszego Domu są wytresowani do posłuszeństwa, muszą robić to co im się karze i pisać tak żeby połechtać dyrekcję. Każdego, kto ma inne zdanie, wyrzuca się z pracy albo tworzy taką atmosferę, że sam odchodzi. Jak pod koniec ostatniego zebrania, pani dyrektor została i rozmawiała z grupką pań, to personel bardzo nieśmiało spytał – czy może odejść. A przecież były tylko po to żeby zająć się osobami z niesprawnością, ich już nie było, ale dryl wojskowy wśród personelu jest. Mnie to przeraziło; a gdy już zostało tylko kilka osób, pani dyrektor skierowała do mnie zdanie o utworzeniu Samorządu Mieszkańców, niestety bardzo dobrze pamiętam wszelkie oszustwa związane z wyborami i nie chcę mieć z nimi nic wspólnego, co najwyżej chętnie im się przyjrzę i opiszę na swoim blogu. Jeszcze jedna i zaskakująco niby miła rzecz dotycząca podejścia do mnie. Zechciałam kupić sobie nowy chodzik. Nie musiałam nawet wyjść z budynku jak wszystko co trzeba załatwiła p. Beatka i p. Michał. Powinnam się cieszyć, prawda ? A mnie przypomina się od razu świństwo odnośnie tego tematu. Jak to na polecenie siostry przełożonej zabrano mi mój chodzik spod drzwi i dano do użytku p. Franciszkowi, wówczas nowemu mieszkańcowi. On go trzymał w swoim pokoju i szukaj wiatru w polu. To nie było omyłkowe przestawienie z miejsca na miejsce, tylko przewiezienie go dwa piętra wyżej. To była złośliwość z premedytacją. I jak tu się cieszyć kiedy jak szydło z worka wyłażą dziesięcioletnie świństwa. Teraz to mam chociaż komu poskarżyć się – WAM kochani moi czytelnicy. Dziękuję WAM za to, to mi w zupełności wystarczy.

Czy wiecie, że…

ja nie wiedziałam dlatego teraz o tym piszę, może jeszcze ktoś nie wie. Chodzi mi o życie ptaków, Zupełnie nie dawno opisywałam awanturę dwóch samiczek, które szykowały sobie gniazdka do wylęgu młodych; to było zaledwie miesiąc temu, a tu patrzę coś mi się plącze pod nogami i to całkiem nie małe – pisklaczek tłuściutki. Musiałam poczytać skąd to się wzięło, tak szybko. Otóż, samiczka buduje sobie gniazdko na ostatnią chwilę. Przez dwa tygodnie wysiaduje jaja, później przez dwa tygodnie zajmuje się pisklaczkami w gniazdku, a po dwóch tygodniach – frrrrrr w świat. Maluch chodzi sobie i nie bardzo wie co ze sobą zrobić. Ludzi się boi, chowa się po kątach, ale mama obserwuje go z daleka. Pokierowałam jego ruchem tak, żeby schował się pod krzaczek nie za popielniczkę, to jego mama niemalże natychmiast przyniosła mu robaczka na śniadanko. Czytając dowiedziałam się również dlaczego jak przyniosłam zimą ziarna zbóż to one leżały nie tknięte prawie miesiąc. Otóż, kosy jedzą robaczki i drobne owoce. Tak więc do póki na krzaczkach były owoce ( a były ) to one nic innego nie chcą. Po za tym dowiedziałam się, że kosy żyjące w lasach mają w ciągu roku trzy lęgi, żyjące w mieście po cztery albo i pięć lęgów. Jeszcze jedna ciekawostka – kosy wędrowne, fruwające po całym świecie, znają znacznie więcej melodii do wyśpiewania. Są to tacy zbieracze folkloru. Kosy osiadłe, żyjące w jednym miejscu, znają dwie albo trzy melodie Ornitolodzy po śpiewie ptaków rozpoznają czy to ptak osiadły czy wędrowny.

Wracamy do spraw ludzkich. W piątek 14 maja mieliśmy spotkanie mieszkańców z Dyrekcją Domu. Pani Dyrektor cała szczęśliwa, że może ogłosić dobrą nowinę – możecie wychodzić, była zdziwiona, że po usłyszeniu tej nowiny nikt nie okazał radości. 14 miesięcy w zamknięciu zrobiło swoje. Dlaczego nikt się nie cieszył? A no dlatego, że o każde wyjście trzeba będzie prosić. Dyrekcja nie zdaje sobie sprawy jakie to jest upokarzające – prosić. To gdzie tu wolność – spytałam. Mam ogródek pod oknem a żeby do niego wyjść muszę prosić. Na myśl o tym proszeniu dostaję mdłości. A pani Dyrektor na to – no przecież chodzi tylko o poproszenie otwarcia drzwi. TYLKO ! Nie mogę wyjść kiedy chcę tylko wtedy jak będzie miał kto mnie wpuścić i wypuścić. Nikt nie siedzi przy drzwiach, trzeba się umówić na konkretny czas w jedną i drugą stronę. W niedzielę zechciałam skorzystać z tej naszej wolności i wyjść sama na spacer. Traf chciał, że miał kto mnie wypuścić, gorzej było z wpuszczeniem. Dzwoniłam przez pół godziny, na zmianę to do drzwi przy gabinecie pielęgniarek to do drzwi przy portierni – nikt nie słyszał. Chodziłam od drzwi do drzwi. Ja sobie poradziłam, znam wszystkie zakamarki Domu no i miałam trochę szczęścia a inni. Po takim powrocie już by nie ryzykowali z wychodzeniem na wolność.

Z tym naszym wychodzeniem sprawa ma się następująco. Należy wyrobić sobie legitymację potwierdzającą szczepienie i z tą legitymacją wychodząc do miasta zgłaszać wyjście i powrót. Rodziny które chcą nas odwiedzić również muszą mieć taką legitymację i wówczas mogą się z nami spotkać na wolnym powietrzu. Czy to zda egzamin, o to jest pytanie. I goście i my będziemy musieli podporządkować się możliwościom naszych pracowników. Od poniedziałku będę sprawdzała tę formę wolności na własnej skórze.

Nagrabiłam to teraz mam…

Dziękuję, że napisaliście do mnie, żeby nie te wpisy to nie zmobilizowałabym się do pisania. Pytacie dlaczego tak rzadko piszę, czyżby nie było o czym? A no nie ma o czym, nic się nie dzieje. Chyba, że jako wydarzenie potraktuję swoje wyjście na cmentarz, a to jest godzina drogi w jedną stronę. Oczywiście w ten czas są wliczone moje możliwości. Ale spacer bez nadzoru, to jest dopiero ulga dla psychiki. Fizycznie niestety zrobiłam wysiadkę i już więcej na taką wyprawę nie pójdę. To było trzy godziny na nogach, chociaż z odpoczynkiem na chodziku to jednak już ponad moje siły. Po tej wyprawie odpoczywałam dwa dni a w ranek po wyprawie, po przebudzeniu dziwiłam się, że żyję. Teraz znów muszę o każde wyjście prosić i nie mam na myśli wyjścia po za teren naszego ośrodka tylko o wyjściu do swojego ogródka. Już przecież trzeba rozsadzić aksamitki i astry, a przede wszystkim powyrywać mlecze i to już po raz trzeci. Wiem, że zezwolenie będzie, ale prosić trzeba.

Wiele osób pisało o pogodzie, że zimno, że kto to widział żeby 3 maja padał śnieg. Kochani w ubiegłym roku 12 maja śnieg obficie zasypał co się dało. Pisałam, że wielką czapą położył się na moich liliowcach, które już tworzyły pączki. Ta czapa leżała trzy dni. Wszędzie już śnieg stopniał a na moich liliowcach leżał.

Jeden z moich znajomych pisał o pieniądzach. Jego mama była mieszkanką naszego Domu, zmarła już 12 lat temu a on dopiero teraz dowiedział się, że są po niej jakieś pieniądze. Podałam mu numer telefonu pod który ma dzwonić w sprawach finansowych, bo przecież nie do mnie. Teraz każdy ma swoje konto o którym nikt z rodziny nawet nie wie. Kiedyś rodzina miała jedno konto – bieliźniarka w szafie – i wszystko grało. Teraz małżeństwo musi być bardzo zgodne żeby miało wspólne konto, bo ile jest osób w rodzinie tyle i kont bankowych, przecież już dzieci mają konta a jak coś chcesz załatwić to przez Sąd. Tak właśnie musi postąpić ów znajomy

.Jeszcze kilka słów o nabożeństwach majowych. 7 maja nasz ksiądz poprosił mnie żebym w sobotę 8 maja poprowadziła majową ponieważ on w tym dniu nie będzie mógł przyjść, a ogłoszenia na kilku tablicach informują. że majowe są od poniedziałku do soboty codziennie to lepiej nic nie zmieniać. Zgodziłam się bardzo chętnie. Mnie nie trzeba długo prosić żebym coś zrobiła. Majowe w naszym DPSie prowadziłam, z przerwami od 20 lat bo jeszcze będąc na Pobycie Dziennym. W tym roku majowe prowadzi ksiądz i to codziennie. W ubiegłym roku ksiądz nie mógł do nas przychodzić – covid – więc ja z czystym sumieniem tym się zajęłam. W poprzednich latach, poprzedni ksiądz nie prowadził majowych w dzień powszedni, więc mogłam robić to ja. Teraz poprowadziłam majową raz i dostałam po głowie. Jak kościelny usłyszał o co mnie prosił ksiądz, wściekł się i bez pardonu naskoczył na mnie z pytaniem – czy ja wiem, że tu jest kaplica i co to znaczy kaplica. ( Już wiem, bo dla mnie to już naprawdę kaplica ). Pani Felicja, szefowa od kwiatów kościelnych, z oburzeniem i na cały głos wykrzyczała – ta to się wszędzie wepcha. Pomyślałam – no tak przecież to ich terytorium i jest to jedyna okazja żeby mi odpłacić za obsmarowanie ich na moim blogu. Nie zważali, że ludzie, że kościół i że oni niby tacy święci. Pomyślałam – nagrabiłaś prababciu 102 to teraz masz za swoje. Ksiądz ich udobruchał. Kościelny obiecał, że otworzy kaplicę o czasie, że włączy mikrofony i w ogóle wszystkiego dopilnuje. Owszem kaplicę otworzył. Mnie kilkukrotnie przypomniał co to znaczy kaplica a mikrofony to tak włączył jak kiedyś, podczas mojej choroby covidowej, pielęgniarka podłączała aparaturę tlenową – tak włączała żeby nie było włączone. Obeszło się bez mikrofonów. To było na złość ludziom leżącym w pokojach, nie na złość mnie. No ale nie zawsze myślenie towarzyszy chęci zemsty. Kościelny – czyli pan NIKT i Felicja, demonstracyjnie wyszli z kaplicy. Do końca majowej zostali ci którzy chodzą zawsze tam gdzie ja robię jakieś spotkania z muzyką. Biję się w piersi – moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Szkoda, bo każdy z nas ma piękne hobby – Felicja kwiatki, kościelny porządek w kaplicy, ja muzykę, można by to połączyć z pożytkiem. a tak to znów przestanę chodzić do kościoła. Dzisiaj – w niedzielę, wytrzymałam w kościele tylko kilka chwil; grupka pań utyskiwała na swoje choroby. Robiły to głośno ponieważ siedzimy z zachowaniem odległości, tak więc cały kościół musiał tego słuchać. Przyszedł ksiądz, myślałam, że skończą się rozmowy jak na targu, a tu nic z tego, ksiądz zaczął opowiadać co mu się śniło. Ponieważ ani jedno ani drugie mnie nie interesowało to przeżegnałam się i wyszłam. Zdecydowanie to nie moja parafia.

Nie wiem o co chodzi…

Jak tak dalej pójdzie to nie będę miała o czym pisać. 10 lat nękania i wszystkiego na NIE, zniknęło, nie ma. Jest wszystko na Tak. Nie mogę w to uwierzyć. Miałam sprawę urzędową do załatwienia – proszę bardzo, samochód do dyspozycji i pani Danusia pojechała i załatwiła wszystko co trzeba. Bardzo chciałam wybrać się na cmentarz; ostatnio byłam tam w listopadzie 2019r. a już rok 2021 – pytam czy to jest możliwe? I co słyszę – tak, oczywiście pani Danusiu, proszę się umówić z kierowcą i on panią zawiezie. Ale wrócić chcę sama – mówię. Co słyszę – dobrze pani Danusiu. Tak więc zaraz po 3 maja pojadę na cmentarz. Chciałabym w tych dniach świątecznych – 1, 2, 3, maja – móc chodzić na spacery do lasu. Oczywiście pani Danusiu, sama czy z kimś? Z panią Małgosią, wychodziłybyśmy o godzinie 11 i wracały na obiad. Dobrze. Zepsuł mi się zamek w mojej ulubionej bluzie polarowej; pamiętacie może co to było jak pralnia zepsuła mi zamek od płaszcza zimowego, jak mnie wówczas traktowano – jak natręta którego trzeba się pozbyć. A dzisiaj, grzecznie po pańsku pani Renatka powiedziała, że sprawdzi tylko czy mają taki zamek i pomyśli co da się zrobić. Zamek taki mają, więc nie muszę kupować, jednak wszyje go dopiero za kilka dni jak wrócą z urlopu koleżanki. MOŻNA ? MOŻNA. Jeszcze mogłabym wymieniać mnóstwo takich drobiazgów ale wraz z rozpamiętywaniem miłych gestów wracają wspomnienia z podłości. Niby jest pięknie, ja niestety nie zapomnę tego co było. Nie tylko ja byłam gnębiona i poniżana przez 10 lat ale każdy kto się do mnie zbliżył. Ani wtedy nie zasłużyłam na takie traktowanie, ani teraz na taką łaskawość. Ludzie którzy zachowują się raz tak a innym razem inaczej, są nie stabilni emocjonalnie, a z takimi nic nie wiadomo. Odbieram te łaskawości na każdym kroku i jeśli są one od osób które zawsze takie były to jest mi miło, jeżeli natomiast uniżony w stosunku do mnie jest mój dawny gnębiciel, to dostaję mdłości. Jeszcze żeby tak ktoś zdopingował mnie do prowadzenia majowych; nie ma mojej Eli i nie ma kto pogonić mnie do roboty. A to maj przecież. Ksiądz poprowadzi majowe w kaplicy, ale tylko dla kilku osób. Osoby te muszą być zaproszone przez księdza, ja niestety zaproszona nie byłam, mimo, że sama miesiąc temu proponowałam oprawę muzyczną na Majowych. Nie to nie.

Byłam na dwugodzinnym spacerze po lesie i ledwie żyję. Bolą mnie wszystkie kości, jednak mimo wszystko jutro i pojutrze pójdę na pewno. Przynajmniej wiem, że jak będę wybierała się na cmentarz to o własnych siłach tylko w jedną stronę, w obie już nie dam rady. Bardzo opadłam z sił. Pocieszam się, że to osłabienie po covidowe, że mogę czuć się słabiej jeszcze przez kilka miesięcy. Bo jak pomyślę, że tak może zostać, ta moja niemoc, to trafia mnie szlak.

Aktualności i wspomnienia

Zacznę niby od aktualności a jednak od wspomnień, czyli od jubileuszu naszej Gazety, nie gazetki tylko Gazety naszego miasta. Dawno jej nie czytałam, kiedyś tak, bo to nasza regionalna. Czytałam ponieważ ciekawa byłam o czym lub o kim, piszą. Żal ścisnął mi serce; Boże, przecież ja znałam wszystkich dziennikarzy i tych z gazet i tych z radia i tych tworzących w naszym mieście telewizję, i tych co pisali i tych o których pisali, a teraz nie znam nikogo. Nie wiem dlaczego, ale przypomniałam sobie, jak zepsuł mi się telewizor, jeszcze taki lampowy, one dość często się psuły, idąc do pracy wstąpiłam do telewizji, powiedziałam o problemie prosząc, że jakby ktoś znalazł czas i mógł mi go zreperować to klucz od mieszkania zostawiłam pod wycieraczką. Jak jeszcze nie było telewizji to wpadałam do radia z podobnymi problemami. Te dwie instytucje znajdowały się w obrębie naszego wspólnego podwórka. Z drugiej strony również były dziwne choć zwykłe prośby np. dwunasta w nocy, telefon z pytaniem – może zostało ci coś po obiedzie, jestem cholernie głodny a mam całonocny dyżur. Takie to były znajomości, najzwyklejsze w świecie. Wystawiałam delikwentowi, garnek z zupą, na taborecie, przed drzwiami mieszkania i szłam spać dalej. Ten ktoś zupę zjadł a garnek odstawił na miejsce. Domofonów nie było, na klatkę schodową można było spokojnie wejść i wyjść. Nie było też takich możliwości jak dziś z zamawianiem jedzenia pod wskazany adres. Prawie niczego nie było, a było fajnie. Ot, takie to wspomnienia mnie naszły. Dzisiaj wzięłam do ręki tę jubileuszową gazetę i ledwie ją mogłam utrzymać, taki ciężar. Czy ktoś widział kiedyś gazetę która ma 132 strony. Żeby określić jednym zdaniem jaka jest różnica pomiędzy gazetą sprzed pół wieku a tą dzisiejszą to stwierdzam, że żadna. I kiedyś i teraz tematy zaczynały się i kończyły w stylu – ” Matulu chwalą nas. Kto córuniu? Ty mnie a ja was „. Wiadomo jubileusz, a więc trzeba się pochwalić. Po przeglądnięciu gazety nie mogłam domyć rąk, takiej kiepskiej farby użyli drukarze – kiedyś również sami swoi. Na tyle sami swoi, że szef Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego, dzwonił do mnie z prośbą – Ty moja ” Matko Polko ” – (tak zwracał się do mnie, od kiedy wspólnie szukaliśmy mojej córki jak wybrała się na wagary, a była bardzo potrzebna do uświetnienia oficjalnego spotkania, swoim śpiewem ) – załatw mi przyspieszenie druku – prosił. Nie tylko dziennikarze i drukarze byli mi bliscy, oczywiście i przede wszystkim muzycy i kompozytorzy, do poetów również wpadałam z prośbą o tekst do piosenki. Bliscy mi byli również cenzorzy. Bardzo znany wszystkim wówczas cenzor, prowadzący rozrywkowy tryb życia, był wiecznie i u wszystkich znajomych, w taki czy inny sposób zadłużony, ale też każdy mu pożyczał czego ów pan sobie życzył. Np. przychodzi do mnie z prośbą – Danusiu pożycz. Ile? Ile możesz. Do kiedy ? Jak wiedziałam do kiedy to obliczałam ile potrzebuję dla siebie na ten czas, a resztę mogłam mu pożyczyć. Oddawał zawsze w terminie. Jak nie miał to pożyczył od kogoś innego ale dług oddawał zawsze wszystkim w porę. Z pięć lat temu dotarła do mnie informacja, że ów cenzor zmarł. Smutno mi się zrobiło, że nie byłam na pogrzebie. Pomyślałam, spytam rodzinę gdzie został pochowany i pójdę z kwiatkami. Dzwonię, odbiera córka, przedstawiam sprawę z nutą żalu w głosie a jego córka na to – pani Danusiu ,to ja może oddam słuchawkę tatusiowi. Wyśmialiśmy się do słuchawki oboje jak za starych dobrych czasów. Zawsze każde spotkanie z nim to było zrywanie boków ze śmiechu. No bo jak można traktować człowieka, na stanowisku, wykształconego, a składającego się niemal z samych wad, można tylko śmiać się do rozpuku. Wszyscy o których napomknęłam w tym wpisie, znaliśmy się jak przysłowiowe łyse konie. Każdy każdemu pomógł, choćby miał stanąć na głowie i nie za coś tylko po prostu. Boże jak dawno to było, a jakie to były piękne czasy i przepiękni, bezinteresowni ludzie, choć składaliśmy się niemal z samych wad.

Drugi temat to nasz Dom i jego renoma. Kompletne przeciwieństwo dawnej bezinteresowności. Teraz już gotowi by byli być bezinteresowni ale już za późno, opinia zepsuta. Dostałam kilka wpisów na ten temat, dlatego go poruszam. Dom jest gotów na przyjęcie nowych pensjonariuszy a chętnych brak. Na pensjonariuszy czeka około 30 wolnych miejsc. Ludzie przychodzą do MOPSU z prośbami o przyjęcie do Domu Opieki, otrzymują ofertę naszego Domu i ją odrzucają. Źle im się kojarzy. Żeby tak Pan Prezydent nie obrzucał mnie inwektywami jak go o wszystkim informowałam, tylko wziął je do serca, Dom miałby dobrą renomę. Nie raz słyszałam, że to mój blog podważył opinię. Kiedyś na miejsce w naszym Domu czekało się nawet 4 lata. Wszyscy chcieli do tego właśnie Domu. Ale nikt nie zwrócił uwagi, że terminy oczekiwań skracały się z roku na rok. Mądra głowa już tym powinna się zaniepokoić. Przeprowadzić analizę i znaleźć powód. Przed laty, wszystkie brudy zamiatano skrzętnie pod dywan, a było ich nieprawdopodobnie dużo. To co opisałam na blogu to tylko nie wielki procent świństw. I co, i każdy myślał, że jakoś to będzie. Gmina nie ma zysku ale my rządzący mamy. Teraz Gmina ma straty a rządzący nadal zyski, już nie takie, ale jednak. Nie wiem czy jeszcze Pana Prezydenta interesuje mój blog, kiedyś interesował i to bardzo. Do dziś mam pisma którymi Pan Prezydent straszył mnie sądem za niszczenie reputacji Domu. Nie będę przypominała kto tę reputację niszczył bo o tym jest mój blog. On właśnie dlatego powstał żeby Panu Prezydentowi otworzyć oczy.

PANIE PREZYDENCIE , moja rada. Na początek proszę wezwać na dywanik panią dyrektor Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej i proszę ją spytać skąd wytrzasnęła takie podgatunki ludzkie jak nasi psychiatrzy i siostra przełożona. Oni myślą wyłącznie o sobie niszcząc innych. O psychiatrach napisałam w liczbie mnogiej ponieważ i obecny i poprzedni psychiatra … i tu użyłabym najgorszych określeń jacy oni są lub byli. Oczywiście ci osobnicy działali i działają na zlecenie siostry przełożonej, ( ciągle tej samej ) a ona wie, że są to jej ostatnie podrygi w rządzeniu więc popisuje się na zasadzie – i co mi zrobicie, wy mi nic a ja wam mogę pokazać co potrafię. I pokazuje – chcesz jechać na zabiegi? Ale ja nie chcę, więc nie pojedziesz. Doznałaś udaru mózgu, no i dobrze, szybciej się ciebie pozbędziemy, a na twoje miejsce przyjdzie ktoś bardziej nam przydatny. Wszyscy wiedzą, że tak jest ale wiadomo, ręka rękę myje, a ja głupia ciągle mam nadzieję, że do czasu dzban wodę nosi.

Wojownicze Kosy

Codziennie rano jak jestem w atrium towarzyszą mi dwa kosy. Przyglądają mi się, a jak im przyniosę jakieś smakołyki to nawet mi zaśpiewają. To co zobaczyłam w sobotę – 10 kwietnia – przeszło moje wyobrażenie o ptakach. Nie wiele o nich wiem, tak więc po obejrzeniu sceny walki na patyczki, musiałam o nich trochę poczytać. Byłam pewna, że to walczyły samce chroniące swoje samice przed intruzami, okazuje się, że nie, to walczyły samice. To samice budują gniazda lęgowe i znoszą na nie budulec, a więc to one noszą w dziobach gałązki którymi przyszło im walczyć. Atrium to spokojne miejsce gdzie ptaki mogą żyć i zakładać swoje gniazdka lęgowe. I od lat było tu cichutko. Po za śpiewem ptaków nic, aż tu nieprawdopodobne zamieszanie. Łopot skrzydeł, pisk. Jak samice wezmą się za siebie to klękajcie narody. Dwie samice postanowiły wybudować gniazda nie daleko siebie a niestety nie tolerowały się na wzajem i żadna nie chciała ustąpić przez siebie wybranego miejsca. One tłukły się tymi patykami a samce przyglądały się z rozłożonymi ogonami jak cietrzewie podczas tokowania. Wreszcie jedna z nich ustąpiła, odfrunęła w inne miejsce, samce natomiast tylko złożyły swoje ogonki i nadal trwały w tym samym miejscu jak przed wojną samiczek. Dzisiaj 11 kwietnia, jeden z ptaków – nie wiem czy samiec czy samiczka – upomniał się o coś na dziób. Jak to pięknie i mądrze ptaszynka zrobiła; otóż, ja robiłam okrążenia a ptak cały czas dreptał przede mną. Podczas któregoś okrążenia ptaszysko odfrunęło i przysiadło w miejscu gdzie sypałam dla nich ziarna, pokazując w ten sposób, że coś tu nie gra, nie ma co dziobać. Głupio mi się zrobiło i jutro będę musiała coś przynieść.

Podglądanie ptaków to ogromna przyjemność. W ich postępowaniu jest tyle mądrości, że aż trudno uwierzyć. Jeszcze jak mieszkałam na Radiowej tygodniami podglądałam kaczora który uczył swoją partnerkę być dobrą matką. Wiosną wszystkie mamy – kaczki razem ze swoimi pisklaczkami, okupowały wysepkę na stawku i z tej wysepki uczyły swoje dzieci, wchodzenia do wody i pływania. Wszystkie mamy nadzorowały naukę pływania swoich pociech, a jedna mama jak tylko zobaczyła, że nikt z rodziny kaczej jej nie obserwuje, zostawiała dzieciaki i fru na plotki. Myliła się, była cały czas obserwowana przez swojego partnera, który natychmiast zjawiał się obok wyrodnej mamuni i dziobiąc ją w kuperek gonił do dzieci. Trwało to dość długo ale w końcu nauczył młodą mamę, bycia mamą. Po tygodniu pływała dumna ze swoimi dziećmi. Różnych ciekawostek z życia ptaków widziałam i mogłabym o tym w nieskończoność.

,Dość dużo komentarzy znalazłam na swoim blogu. Na ogół odnosiły się one do przyjaźni. Takie filozoficzne mądrości. Np. taka złota myśl – Żeby znaleźć przyjaciela trzeba przymknąć nieco oko, żeby go zachować trzeba przymknąć oba.- Myślę, że to odnosi się do zwykłej znajomości nie do przyjaźni. Do takiego powierzchownego kumplowania się, nigdy do przyjaźni. Jak mam chodzić w okół kogoś i przymykać oczy, albo w ogóle je zamknąć, to tylko sobie nabiję guza, a więc dzięki za taką przyjaźń. To, że przyjaźń może istnieć wyłącznie pomiędzy osobami o jednakowych dochodach, to powiedzmy, że coś w tym jest. Ktoś mi filozoficznie napisał o życiu – życie po prostu jest. Trzeba płynąć wraz z nim. – No płynę, kiepsko mi to idzie bo pływać nie umiem, tak więc unoszę się bezwiednie na fali. Kilka wpisów miałam takich, że nie wiedziałam do czego mam je dopasować. To były pochlebstwa, ale nie mogłam je nijak do czegokolwiek dopasować. Mam na myśli tekst bloga.

Do miłego…

Kwiecień plecień

Kwiecień plecień wybielił całą ziemię w okół naszego Domu. Przykrył białą pierzynką nasze ogródki. Wszystkie są jednakowe i te ukwiecone i te zaśmiecone. To jednak dopiero 6 kwietnia. Jak zwykle raniutko, zarzuciłam na siebie pelerynę i idąc na codzienną gimnastykę zobaczyłam swoje odbicie w oszklonych drzwiach. No istna ruska Katiusza, jestem nieprawdopodobnie gruba. Na pewno już ważę ze 100 kg. czy ten cholerny COVID nie skończy się nigdy. Czy ja ciągle będę tylko jeść i leżeć. Na pewno z każdym dniem przybywa mnie coraz więcej. Po śniadanku zajrzałam do swojego sztambucha, coś przecież robić trzeba, i znalazłam wierszyk o kwietniu. Wierszyk opatrzony datą 2003r. To już 18 lat temu, jak przyszła do mnie moja koleżanka ze swoją wnuczką, wówczas 8 letnią drugoklasistką., wyjątkowo zdolną dziewczynką, jeszcze zanim poszła do szkoły już umiała pisać i czytać. Ta ośmiolatka była dla mnie jak gdyby koleżanką po fachu – ja pisałam wiersze do szuflady a ona bajki. Bardzo lubiłam rozmowy z nią, czyli z Małgosią, jednak rozpoczynając rozmowę, zawsze musiałam najpierw spytać jak dzisiaj moja rozmówczyni, ma na imię. Ona od zawsze, budząc się wiedziała, że dzisiaj będzie miała na imię Jola albo Haneczka i właśnie bajka którą zamierzała dzisiaj napisać była o dziewczynce o tym imieniu. Jeśli budziła się jako Małgosia to znaczyło, że dzisiaj pisania bajek nie będzie. Osobie postronnej to taka sytuacja jest zabawna ale jej rodzinie wcale nie było do śmiechu. N.p. babcia mogła pół dnia wołać Małgosię a ona nie reagowała. Dopiero po jakimś czasie babcia zorientowała się o co chodzi. Zanim do tego doszło uznawała, że jej ukochana i jedyna wnuczka jest po prostu nie grzeczna. Któregoś dnia babcia Małgosi, cała w nerwach, wpadła do jej pokoju i w ostrych słowach wygarnęła co myśli o takim zachowaniu wnuczki i że odezwanie się w jakikolwiek sposób chyba nie byłoby takie trudne. Ty mnie doprowadzasz czasem do szału tym swoim zachowaniem. A Małgosia, ze stoickim spokojem, odpowiedziała – Babciu, ty wołałaś Małgosię a ja dzisiaj mam na imię Jagna. I teraz mam do ciebie tak właśnie się zwracać zawsze – spytała babcia. A Małgosia na to – nie, na pewno nie zawsze, ale jak długo to nie wiem, może dzień, a może dwa, a może jeszcze dłużej. Po prostu rano mnie spytaj jak mam na imię, może właśnie będę Małgosią. Swoich bajek Małgosia nie pokazała nigdy i nikomu a do mnie przyszła z prośbą. Otóż, pani nauczycielka poprosiła dzieci żeby przygotowały coś o miesiącu kwietniu. Jakieś przepowiednie, przysłowia, może jakieś wierszyki. Teraz to panna Małgorzata usiadłaby do komputera i gotowe, a wówczas trzeba było kombinować . I Małgosia wykombinowała, że jej przyszywana babcia napisze wierszyk o kwietniu, wówczas jej praca będzie zupełnie wyjątkowa. No i napisałam wierszyk dla ośmiolatki.

Kwiecień – Plecień 2003

Coś, błysnęło słoneczkiem, zapachniało kwiatkiem, zaćwierkało wróbelkiem, przeleciało wiatrem. Coś deszczykiem skropiło, kolorami nęciło – co to było? Co to było? Naraz śniegiem zawiało, chłodem przeniknęło i zginęło. Nie, nie zginęło, ostro trzyma – to zima? Nie, to plecień, czwarty miesiąc roku, który nie wie kim jest i tak miesza po trochu. Trochę zimą postraszy, trochę wiosną przygrzeje i z nas wszystkich po prostu się śmieje

.Niestety nie umiem, komputerowo, napisać wiersza z właściwą jemu szatą graficzną, żeby ten wierszyk miał kształt wiersza; dlatego on wygląda tak jak wygląda. Jednak miesiąc kwiecień co roku jest podobny do siebie. Dzisiaj – 8 kwietnia, obudziłam się później niż zwykle, o godz. 5,45 i żeby wyjść na gimnastykę o stałej porze musiałam się sprężyć. Wyjrzałam przez okno a tam cud zimy. Było nieprawdopodobnie pięknie. Śnieg padał wielkimi płatkami a dokoła było bielusieńko. Jakim cudem śnieg się utrzymywał to nie wiem, według mnie było ciepło – powyżej zera. Zachwycona tymi ostatnimi podrygami zimy ćwiczyłam i spacerowałam z ogromną przyjemnością.

Zmiana czasu

,Mam bardzo dziwny organizm, od dwóch tygodni czekałam na zmianę czasu jak na zbawienie. Od dwóch tygodni budziłam się coraz wcześniej. Doszło do tego, że godzina 3.30 to dla mnie pora na rozpoczęcie dnia. Przecież to istne wariactwo, zwłaszcza dla osoby, która nie ma nic do roboty. Po zmianie czasu ta 3.30 stała się godziną w pół do piątej, a to już zupełnie co innego. Po ćwiczeniach „łóżkowych” – czyli ćwiczeniu nóg w pozycji leżącej, prysznicu i kawce, o godzinie 6. 50 wyruszyłam, w pelerynie, bo lało, do atrium na swoją codzienną gimnastykę. Mój organizm kocha deszcz a w atrium jest miejsce z zadaszeniem pod którym można spokojnie i z rozmachem ćwiczyć. Wczoraj, czyli w dzień przed zmianą pogody, ze słonecznej na deszczową, ledwie ćwiczyłam. Połowę ćwiczeń opuściłam a dzisiaj 28 marca, w deszczową niedzielę, przerobiłam ćwiczenia podwójnie. We mnie, wraz z deszczem, wstępuje nowe życie. Moje córki zawsze mi powtarzały – u ciebie mamo, wszystko jest nie tak jak u normalnych ludzi, wszystko na odwrót. Przyznaję, coś w tym jest. Nie tylko aura wpływa na mnie nie tak jak na większość ludzi, nawet szczepionka na covid poprawiła moją odporność z którą miałam problemy już od lat. N.p. już od paru lat temperatura moja ciała oscylowała zawsze w granicach 35 st. Zanim do tego doszłam, że to u mnie normalka, to zwalałam winę na termometry, że już w aptece mają zepsute, aż wreszcie zwróciłam uwagę, że termometry nie wskazują temperatury poniżej tylko powyżej 35 st. Od czasu przechorowania i podwójnym zaszczepieniu się na covid temperatura moja jest zawsze w granicach 36,6 st. Jeszcze kilka miesięcy temu, każde moje wyjście na balkon zimą bez odpowiedniego ubrania się, kończyło się przeziębieniem; teraz jest wszystko w porządku nawet pracując teraz, w marcu, w ogródku, w samym podkoszulku, żadnego przeziębienia. O tym, że głos mój się poprawił to już pisałam. Tak więc jestem taka ” szywarat na wywarat”. Nie tylko u mnie nastąpiła zdecydowana poprawa w zdrowiu, po szczepieniach. Np. Jadzia Jel. bardzo chory człowiek- ma SM, cukrzycę i łuszczycę; czy wiecie, że po szczepionkach zniknęła u niej łuszczyca. Tak więc szczepcie się kochani bo to zdrowie i dla Was i dla osób towarzyszących nam w życiu.

Przed oknem mam już kolorowo; kwitną, w dużej ilości, prymulki. Ogródek jest czyściutki, wiosenny. Dostałam kolorowy prezent od P. Dyrektor – dwie piękne sadzonki bratków. Myślałam, że to z puli kwiatów do wysadzenia przed naszym Domem, okazuje się, że nie, przed naszym Domem, nic nie kwitnie, a w doniczkach po kwiatach zeszłorocznych, są tylko śmieci, u mnie zaś czyściutka i kwitnąca wiosna. To dlatego P. Dyrektor proponowała mi przeprowadzkę do tak zwanego nowego skrzydła; miałabym zamieszkać na parterze z bezpośrednim wyjściem z pokoju przed Dom i z ogródkiem przed samymi drzwiami. Ogródek miniaturowy ale na długość 14 pokoi. Znając mnie, wiedziała, że zadbałabym o to żeby było tam kwitnąco. Niestety nie wszyscy mieszkańcy tych czternastu pokoi dbają o wygląd swojego ogródka. Mieszka w tym skrzydle nasz Grzesiu, który dba o porządek a jeszcze jakbym tam zamieszkała ja, to byłoby jak należy, zwłaszcza, że ogródki te widoczne są od ulicy, mój ogródek widoczny jest tylko dla mnie a jest kilkukrotnie większy.

To byłoby na tyle. Wszystkim czytelnikom tego blaga życzę zdrowych Świąt .

Sukces i szczęście

” Sukces polega na tym, że zdobywa się to co się chciało. Szczęście polega na tym, że podoba się to co się ma „. Taki wpis znalazłam w swoich komentarzach; przykro mi ale ani jedno ani drugie nie pasuje do mojej obecnej sytuacji, ani do mojego charakteru. Sukcesy dotyczą młodych którzy do czegoś dążą, ja mam siedzieć cicho i przytakiwać. To i tak cud, że nie jestem z tych co przytakują, tylko walczą o swoje i moim sukcesem może być tylko to, że mimo przeciwności trwam przy swoim, czyli, że jestem sobą. Ktoś może nazwać to głupotą i pewnie będzie miał rację, ja jednak, uważam, że również mam rację w takim a nie innym postępowaniu. To tyle o sukcesach, natomiast o szczęściu to nawet grzech pisać. Co może powiedzieć o szczęściu stary człowiek zamknięty od roku w czterech ścianach a dokoła niego umierający ludzie. W naszym Domu, tak jak i w całym kraju, jest trzecia fala pandemii. Mam być szczęśliwa, że jestem zdana na innych, że swoje upodobania mam schować w butonierkę. Nie nie jestem szczęśliwa, po prostu jestem z tym pogodzona ale jak tylko zwrócona zostanie mi moja wolność, natychmiast wrócę do swoich upodobań, wówczas będziemy mogli porozmawiać o szczęściu, ale będą to tylko chwile szczęścia złapane w locie.

Uparliście się żeby mi wmówić, że jestem szczęśliwa i że jest pięknie . Tym razem dostałam wpis z pięknem w tle – cytuję: ” życie jest straszne ale ja postanowiłem, że jest piękne „. Ani nie jestem zachwycona pięknem życia, ani nie czuję się szczęśliwa; ot po prostu trwam pogodzona z rzeczywistością. Nie rozmyślam nad swoim losem, robię wszystko żeby się zmęczyć fizycznie a później usatysfakcjonowana odpoczywać. Pracownicy śmieją się ze mnie, że skoro świt lecę na swoją gimnastykę jak do roboty. Ćwiczę tak długo aż się zmęczę. Po śniadanku i odpoczynku znów idę się pomęczyć, tym razem do ogródka. Po takich zajęciach z przyjemnością oddaję się rozrywce, ale żeby się zachwycać nad życiem to nie przyszło mi do głowy.

Po za szczęściem i pięknem życia, jeszcze powinna być nadzieja a ja ją tracę razem z odchodzącymi osobami. Np. odejście Eli zabrało mi nadzieję, że będę robiła to co kocham robić – programy słowno muzyczne. Ela codziennie mnie wypytywała o czym będzie następny program. Co nam będziesz opowiadała? Jak przychodziłam na miejsce spotkań to grupka ludzi już na mnie czekała. Ta grupka cieszyła się na mój widok. Jak mówiłam to słuchali, jak chciałam żebyśmy wszyscy śpiewali, to tak było. Niestety, mam taki charakter, że mnie trzeba o wszystko poprosić, sama w nic nie wejdę. Owszem buntowałam się przeciwko zakazom dyrekcji o prowadzeniu moich spotkań, ale najpierw to byłam o te spotkania poproszona przez ewentualnych słuchaczy i obiecałam, że spotkania będą a później buntowałam się przeciw zakazom dyrekcji. Nie wiem co będzie dalej, przecież liczba codziennych zachorowań podcina skrzydła – na dzień 26 marca nowych zachorowań było ponad 35 ooo, dla nas oznacza to, że nic nam nie wolno, że mamy tylko jeść i spać.