Pakt

Najpierw kilka słów o Korona wirusie w naszym Domu. Niestety ludzie znów zaczynają chorować. Musiałam przeprowadzić wywiad czy osoby chore były szczepione – dlaczego zachorowały? Okazało się, że chorują i tacy co byli zaszczepieni i ci co nie byli. Wszystkie te osoby, to osoby leżące, ktoś ich obdarował tą panoszącą się zarazą przychodząc do ich pokoju. Bardzo to jest przykre. Może osoby zaszczepione i mimo to chorujące, wytworzyły za mało antyciał. Może leki które przyjmują obniżają ich odporność ? W każdym razie już nawet nadziei jest coraz mniej. Nasz personel jest w całości ( mam nadzieję) zaszczepiony.

W nawiązaniu do poprzedniej strony, mówiącej, co nie co, o przyjaźni, znalazłam w komentarzach wpis którego treść bardzo mi się spodobała cytuję – Przyjaźń między kobietami jest niczym więcej jak paktem o nieagresji. – Myślę, że nie tylko między kobietami, zwłaszcza tu w DPSie takie określenie przyjaźni jest bardzo adekwatne. Ludzie bardzo różne sytuacje międzyludzkie nazywają przyjaźnią. N.p. mojemu zięciowi wystarczy kilka sympatycznych rozmów z kimś i już ta osoba jest określana mianem przyjaciela. Ja natomiast przez całe swoje życie – w końcu osiemdziesięcioletnie, tylko trzy osoby nazwałam przyjaciółmi, ponieważ dla mnie przyjaźń to jest bardzo wielkie słowo. Ostatnio wyraźnie odczuwam, że łączy mnie ze wszystkimi mieszkańcami, taki właśnie pakt o nieagresji. Nikt z mieszkańców nie robi mi żadnych świństw. Po 10 latach życia w bagnie poczułam się czysta, nikt mnie nie opluwa, nie wyzywa. Moje „wielbicielki” wybrały się już na tamten świat, jeśli nie zupełnie to jedną nogą już tam są. Nie podpisałabym takiego paktu z jedną z mieszkanek, z Felicją ani z jej absztyfikantem, ponieważ są to sprzedawczyki; dla kieliszka wódki sprzedadzą każdego, ale np. z Panem NIKT, który był prawą ręką mojego największego, nie żyjącego już, wroga to taki pakt mogłabym podpisać. Jest on teraz naprawdę Panem NIKT. Samotnym i zupełnie nie groźnym. Już nie biega z pismami do dyrektorki, nikt go do tego nie zmusza. Słyszałam rozmowę pana NIKT z Zygmuntem, w ogóle nie ma porównania rozmowa sprzed roku czy dwóch lat a rozmowa dzisiaj. Pan NIKT bardzo cierpliwie przysłuchiwał się każdemu słowu Zygmunta, a zrozumieć go jest bardzo trudno i mało komu starcza na to cierpliwości. A zatem jest to całkiem znośny, człowiek który był pod złym wpływem. Jego wadą jest słaby charakter, uległość. Chociaż muszę przyznać, że pani NIKT umiała jak nikt inny, podporządkowywać sobie ludzi. Ludzie ci z pełną pokorą jej usługiwali i wykonywali wszelkie sugestie czy wręcz polecenia. Najpierw, przez wiele lat jej paziem była Maria Kar. – obrzydliwa postać, wszystkie polecenia wykonywała z naddatkiem; wygryzła ją z tego zaszczytnego stanowiska Brońka, aż wreszcie tę fuchę przejął pan NIKT i pełnił ją aż do śmierci zleceniodawczyni świństw wszelakich. Przy nim pani NIKT poczuła się wysoce dowartościowana, w końcu to mężczyzna, całkiem przystojny i o 20 lat młodszy. Jeśli zaś chodzi o dyrekcję, to z nimi paktu nie podpiszę. Co innego jak posuwa się do robienia świństw stary, samotny, schorowany człowiek, który na coś liczy, chce być zauważony, a co innego jak staremu człowiekowi robi świństwa ktoś młody, wykształcony i na stanowisku. Na ten temat również znalazłam kilka interesujących wpisów w moich komentarzach, cytuję – Gdyby któraś z pań decydentek miała ludzkie odruchy, nigdy nie zaszłaby tak daleko. Zarządzanie DPSami to duże pieniądze a pieniądz przyciąga zło i to zło w czystej postaci zarządza nami.

Luty 2021

Kocham cię w tym roku mój ty luty srebrny, Jesteś mroźny, śnieżny, wietrzny, w swej aurze niezmienny. Malkontent narzeka, że w lutym jest zima, że śnieg we dnie pada a nocą mróz trzyma. Przez chwilę zawiodłeś, odwilżą i pluchą, To czynność przedwiośnia, mówię ci na ucho. Robisz wstyd naturze, człowiek też tak czyni, Szybko to naprawiaj zanim miesiąc minie.Dajesz fory wiośnie żeby przymroziła, żeby swe kałuże śniegiem opruszyła. Plucha, mżawka, chlapa to marcowa sprawa Nie słuchaj zmarzlaków, w śnieżki nas zabawiaj.

Słuchajcie zmarzlaki co wam teraz powiem: ” Gdyby luty pofolgował, marzec by go reperował” ” Gdyby luty ciepły był i po wodzie wiosna późno by przyszła i o chłodzie” ” A gdy luty mrozy daje, wróży wielkie urodzaje”.

Więc kochajcie moi mili – śniegi zimą, kwiaty wiosną, słońce latem, A jesienią złote liście, w lutym zaś – niech nas wszystkich mróz przyciśnie.

Ten wierszyk napisałam w lutym 1999r. Chyba czułam się szczęśliwa jeśli miłością ogarniałam nawet miesiące. W tym roku jest ze mną gorzej. Nadal zachwycam się mroźnym lutym ale coraz częściej wyściubiając nos spod kołdry. Przecież od grudnia do 26 stycznia miałam to kwarantannę to izolację. 28 stycznia już byłam zaszczepiona, myślę, że stanowczo za wcześnie bo ten fakt odchorowałam bardzo. Przez 8 dni byłam całkowicie padnięta. Z każdym dniem nabierałam siły po to żeby znów zmusić organizm do tworzenia antyciał – 18 lutego miałam drugie szczepienie. Na szczęście to drugie przechorowałam tylko przez jeden dzień, ale po tym wszystkim, do pełnych sił będę długo dochodzić. W ciągu siedmiu tygodni cały czas walczyłam z tą zarazą. Optymistycznie patrząc na ten stan rzeczy, to jeśli wygrałam trzykrotną walkę z tą zarazą, to znaczy, że nie ma na mnie mocnych. A wracając do mojego wierszyka i do porzekadeł ludowych to wniosek nasuwa się jeden – zima wróci, a u mnie w ogródku już irysy wysuwają noski do słońca.

W komentarzach dostałam znów filozoficzny wpis – ” Przyjaciel to ktoś kto przychodzi, gdy inni wychodzą”. Kochani, tu u nas w DPSie nie ma przyjaciół. Każdy myśli o sobie. Jeśli ktoś do kogoś się zbliży to w jakimś celu. A ponadto, nam prawie od roku nie wolno było nawet siebie odwiedzać. Unikamy siebie. Taką psychozę zasiali w nas zarządzający naszym Domem. Oni nie mają pomysłu na nas więc zamykają i mają święty spokój. W poniedziałek – 24 lutego, nie wytrzymałam – uciekłam z DPS i poszłam pieszo do miasta. W końcu jestem zdrowa, a czy silna to musiałam sprawdzić maszerując przez dwie i pół godziny. Dałam radę, wróciłam zmęczona ale i nieprawdopodobnie szczęśliwa. Jak psiak, który zerwał się ze smyczy. Oczywiście z maseczką chirurgiczną na nosie i ustach. Teraz niestety znów będziemy w zamknięciu mimo szczepień – trzecie nasilenie pandemii. Będę musiała świecić przykładem żeby dyrekcja zapomniała o mojej nie subordynacji.

Ostatnio dostaję bardzo dużo komentarzy, na ogół nawiązujących do filozofii życia. Bardzo za nie dziękuję i jednocześnie przepraszam ale czytam tylko wpisy w języku polskim, a dostaję je z całego świata. Nie uczyła się babcia języków to teraz ma za swoje.

Życie moje…

Jak tylko napiszę w swoim pamiętniku, o tych co odeszli, albo szykują się do tej drogi, od razu dostaję wpis w komentarzach z myślą Roberta Cody – ” Miej odwagę żyć, umrzeć każdy potrafi”. Czyżby z mojego pamiętnika nie wynikało, że mam tę odwagę? Nie tylko mam odwagę żyć ale mam odwagę upomnieć się o życie innych. Kochani, moje całe życie zostało po za murami DPSu. A teraz, kiedy od roku nie wychodzę po za te mury, to każda wiadomość o znajomych z ” tamtego życia „, mnie wzrusza i nadchodzą wspomnienia. Kocham te wspomnienia i dlatego z przyjemnością o nich piszę bez względu na to jakie one są. Dostałam również wpis o treści : Nigdy nie zapomnij najpiękniejszych dni swojego życia. Wracaj do nich ilekroć w twoim życiu zaczyna się walić „. Kochani, to jest wręcz motto mojego życia. Szkoda, że dopiero na starość. Młodość rozpacza nad najmniejszym niepowodzeniem a starość upiększa wszystko co było i bez względu na to jakie ono było.

W poprzedniej części pisałam o p. Halince i o tym, że wprowadziła się do nas jako lokator wtórny; a teraz chciałam wspomnieć poprzednich lokatorów mieszkania p. Halinki. Jak to obiecująco wkraczali w życie a jak smutno ono się skończyło.

Wyprowadzając się z naszego bloku nie wyprowadzili się daleko, tylko do bloku o bok, także spotykaliśmy się na spacerach ze swoimi pieskami, codziennie. Wszyscy posiadacze czworonogów z naszej dzielnicy, znali się i rozpoznawali z daleka pieska a później właściciela. Jak mnie pytano z nazwiska o kogoś to nic nie mogłam powiedzieć, zadawałam pytanie pomocnicze – czy ten ktoś ma psa, jeśli tak to jak ten psiak się wabi albo chociaż jak wygląda i wówczas mogłam powiedzieć co i jak. Jeśli ten ktoś psa nie miał to i tematu nie było. Myśmy siebie określali imieniem swoich piesków, np. ja byłam Smykowa, bo mój pupil wabił się Smyk.

Państwo P… byli, tak jak i reszta mieszkańców, pierwszymi lokatorami naszego bloku. Wprowadzając się do mieszkania dwupokojowego wiedzieli, że to nie na stałe tylko na chwilę. ( Okazało się, że ta chwila trwała prawie 20 lat ). To byli ludzie zasługujący na piękne duże mieszkanie. Dwoje architektów stworzyło nie jedną dzielnicę w naszym mieście, ale widocznie chcieli mieszkać w tej a nie w innej. Zanim wybudowano blok, w którym wreszcie było piękne, czteropokojowe mieszkanie specjalnie dla nich, to ich dzieci dorosły i poszły w świat. Pan P… pomieszkał w tym mieszkaniu tylko dwa lata; dostał zawału i zmarł. Tak więc w tym wymarzonym mieszkaniu została już tylko pani P… z pieskiem. Dzieci były tak zajęte swoim życiem, że nie znalazły chwili żeby odwiedzić matkę. A matka w tej tęsknocie i bolesnej samotności, zanikała, Podobno te wszystkie choroby z zanikaniem pamięci to ucieczka psychiki od tego co jest. Jej jedynym towarzyszem był zawsze tylko pies, jeden potem drugi… aż nagle choroba posunęła się tak daleko, że już opieka sąsiadów i opiekunów z Opieki Społecznej, nie wystarczała. Powiadomiono dzieci o konieczności zajęcia się matką. Syn nawet nie przyjechał. Córka wpadła do matki na dwa dni. Wszystko załatwiła błyskawicznie – nie miała czasu – sprzedała mieszkanie, psa oddała do schroniska a matkę do Domu Opieki i to jak najdalej od miasta w którym, razem z mężem, była Honorowym Obywatelem.

Sąsiadka z ul. Radiowej

… wiesz babciu, następna twoja sąsiadka chyba trafi do DPSu – mówi mi przez telefon żona mojego wnuka. To super, odpowiadam, będę miała kogoś bliskiego. Nie masz się czego cieszyć, ona nie wie co dzieje się w okół niej, nie wie nawet kim jest. Ale to temat na dłuższą rozmowę – mówi mi wnuczka.

Zanim wnuczka zacznie tę dłuższą rozmowę na temat obecnego stanu Pani Halinki, to ja zacznę jeszcze dłuższą i sięgnę pamięcią na 35 lat wstecz.

Pani Halinka wprowadziła się do naszego bloku jak ja i inni mieszkańcy, mieszkaliśmy już w nim około 20 lat. Czyli, że była lokatorką wtórną. Wprowadziła się z mężem i dwójką dzieci. Filigranowa pani, wyglądająca zawsze dużo młodziej niż wskazywał wiek. Mąż kiedyś również był filigranowy ale przez alkohol zaczął rosnąć w szerz. Przez alkohol nabawił się też padaczki, ale niestety pić nie przestawał, a wręcz odwrotnie, wciągnął w to picie swojego już dorosłego syna. Syn w każde popołudnie przychodził do tatusia i siadając po przeciwnych stronach stołu najpierw zgodnie pili a później się czubili. Dosłownie doskakiwali do siebie jak dwa koguty, ale siedząc cały czas po przeciwnych stronach stołu. Skąd wiem? Widziałam niejednokrotnie ten obrazek. Otóż jak panowie zaczynali się czubić to pani Halinka wzywała pomocy, krzycząc – ratunku. Sąsiedzi myśląc, że coś się dzieje złego biegli na pomoc. A Pani Halinka robiła szparę w drzwiach wejściowych do mieszkania i w tę szparę krzyczała. A w domu mąż z synem pili i wykrzykiwali swoje pretensje do siebie nie zwracając uwagi na Halinkę. Aż któregoś dnia dowiadujemy się, że mąż pani Halinki zmarł. Ciężko pani teraz – pytam, a Halinka na to: pani Danusiu, przecież ja się jego panicznie bałam, nigdy nie wiadomo było co mu strzeli do głowy. Spałam z nożem pod poduszką. A teraz wezmę rodzinę wnuczki do siebie i będzie dobrze – mówi Halinka. Wnuczka zanim się wprowadziła to zrobiła generalny remont mieszkania, wymieniła meble, a po remoncie Halince odwidziało się wspólne mieszkanie. Powiedziała wnuczce wprost – nie chcę z wami mieszkać. Ja byłam przerażona tak postawioną sprawą a co dopiero wnuczka Halinki. Jak mogłaś tak postąpić. Jakbym tak postąpiła ze swoimi to do końca życia nie odezwali by się do mnie – a Halinka na to, a tam, im złość przejdzie a ja będę miała spokój. Nie spodziewałam się po niej takiego podejścia do sprawy. Okazało się, że nowo poznana koleżanka, z bloku na przeciwko, namówiła ją do znalezienia sobie męża, a nie zajmowania się wnukami, czy prawnukami. No ale jak go znaleźć, gdzie go szukać – tego męża. Koleżanka Halinki miała gotowy plan – przecież mieszkamy w parku, do którego na spacery zjeżdżają się ludzie z całego miasta, wystarczy zacząć chodzić na te spacery. I zaczęły – dwie babinki z chusteczkami na głowach zawiązanymi pod brodą, całymi dniami chodzić po parku. Do takich to można śmiało podejść i porozmawiać o wszystkim, a na dodatek czuć się mądrzejszym, a to w wypadku mężczyzn jest bardzo ważne. Któregoś dnia jak panie przysiadły na ławeczce podszedł do nich pan z zapytaniem czy może się dosiąść. Ponieważ ów pan był w przybliżonym wieku i i również nie zbyt wysoki, koleżanka Halinki odpowiedziała natychmiast, że tak, zapraszamy. Ów pan całkiem śmiało zaczął opowiadać swoją historię, że Jest od 5 lat wdowcem, mieszka razem z rodziną córki i ma po dziurki w nosie tego wspólnego mieszkania. Przyjechał kilkanaście kilometrów od swojego miasteczka, żeby jak najdalej od dzieci i wnuków, znaleźć sobie żonę i z nią zamieszkać, u tej żony. I w ten właśnie sposób Halinka poznała swojego drugiego męża. Bardzo szybko zamieszkali razem a mniej więcej po roku znajomości wzięli ślub i urządzili weselisko z pompą. Przeżyli ze sobą ponad 20 lat jak papużki nierozłączki. Wszędzie razem i za rączkę – po zakupy, do lekarza, na spacer. Zawsze zajęci rozmową, zerkający z zachwytem w swoje oczy. Często ich spotykałam już mieszkając w DPS, zawsze szczęśliwych i uśmiechniętych.

…., któregoś dnia – mówi wnuczka, przyszła do mnie p. Halinka i nie wiedząc jak powiedzieć o co jej chodzi, wzięła mnie za rękę i prowadzi do swojego mieszkania. Zaprowadziła do pokoju, gdzie w łóżku leżał jej mąż i pokazuje na niego. Nie mówi, już dawno nic nie mówi – to słowa p. Halinki. Przyjrzałam się sąsiadowi i stwierdziłam, że on nie żyje i to już od dłuższego czasu. Zadzwoniłam po pogotowie i chciałam zadzwonić po kogoś z rodziny ale p. Halinka nie wie gdzie są jakieś dokumenty, adresy czy telefony. Lekarz nie może niczego stwierdzić bo z żoną denata nie można się dogadać no i brak dokumentów utrudnia sprawę. Pobiegłam po męża, mówi wnuczka, może on spojrzy na sprawę innym wzrokiem i wybrniemy jakoś z tej sytuacji. Faktycznie, dzięki niemu znaleźliśmy dokumenty. Lekarz wszystko posprawdzał i zabrali denata. Ja zostałam, żeby zapewnić jakąś opiekę p. Halince – mówi wnuczka. Nikt z rodziny nie mógł przyjść – Cowid. Zadzwoniłam do DPSu okazało się, że p. Halinka miała stałą opiekunkę, która została wezwana, tak więc poczekałam aż przyjdzie. Za kilka dni przyszła córka p. Halinki żeby podziękować za pomoc i wyjaśniła, że mama musi być u siebie w domu tak długo aż Sąd stwierdzi jej niepoczytalność, wówczas oddamy ją do Domu Opieki. Mama zachowuje się różnie. Nigdy nie dotrzymuje słowa. Nie chcę wypaść przed ludźmi na wyrodną córkę, ale z nią nie można inaczej.

Tak kończy się nasze życie. Pomalutku odchodzimy jeden po drugim; tylko dlaczego ta końcówka życia jest taka przykra…

Dziękuję !

To podziękowanie to moja reakcja na ostatni wpis do komentarzy. Ten wpis to jedno zdanie podpisane przez kogoś kto nazwał siebie ” ego ” a tym zdaniem bardzo mocno poruszył moje ego. Dla takiego jednego zdania warto pisać. Dziękuję!

Wpisy podpisane Jau McDonald i Metale XMCpl. ( jeden z nich z zaproszeniem do siebie – po co ? ) Dziękuję, że napisaliście ale zostałam ostrzeżona przez wnuka żebym do nikogo nie klikała i tego się trzymam. Jak ktoś zachęca mnie do kliknięcia w jego adres to nawet przestaję wierzyć w miłe słowa. Ale dziękuję za wpisy.

Troska…

Niedziela 31 styczeń, zmuszam organizm do w miarę normalnego funkcjonowania, trzeba ćwiczyć, trochę w pokoju, bo to na leżąco a reszta w atrium. Do atrium wyszłam 20 min. później niż zwykle, nie o godz. 7 a o 7,20 ponieważ czas moich ćwiczeń jest zawsze taki sam – 40 min. tak więc przed 8 rano nie było mnie w pokoju. Nigdy bym nie przypuszczała, że tym faktem zaniepokoję swoją opiekunkę, że ktoś w ogóle zwraca uwagę na to czy jestem w pokoju czy mnie nie ma. Wychodząc zostawiam zawsze kartkę w drzwiach informującą gdzie jestem, a zatem wiadomo gdzie jestem, a mimo to opiekunka zaniepokoiła się, że o zwykłej porze nie było mnie w pokoju. Przybiegła do atrium sprawdzić czy wszystko w porządku. Przeprosiłam i wyjaśniłam dlaczego tak się stało, obiecałam, że od dziś będę przestrzegała czasu ćwiczeń od 7 do 7, 40. Jestem wzruszona troską. A już myślałam, że jak coś by mi się stało w tym atrium, to bym zamarzła i nikt by nie wiedział, a tu proszę jaka miła niespodzianka.

Wybrałam się do pielęgniarek żeby uzupełnić leki i przypomnieć, że od dziesięciu miesięcy leży u nich skierowanie dla mnie od neurologa na TK głowy, ( jeszcze po uderzeniu przez Leona ). Ponieważ mam dość silne zawroty głowy postanowiłam wykorzystać to skierowanie. Trafiłam na dwie najcudniejsze pielęgniarki – Justynkę i Beatkę. Oczywiście wszystko o co prosiłam zostało od ręki załatwione. To są dwa wzory do naśladowania, chociaż dwa zupełnie inne wzory. Ich wspólne cechy to bardzo życzliwe podejście do podopiecznych i załatwienie każdej sprawy z poszanowaniem każdego z nas. Justynka – to iskierka, która wszystko zrobi błyskawicznie i ciągle do kogoś biegnie, a Beatka emanuje spokojem. Jak wchodzi do nas Beatka to doznajemy takiego dziwnego uczucia, że od tej chwili nikt inny się nie liczy tylko ten do kogo przyszła. ( Proszę spokojnie wyłuskać swoje problemy wszak jestem do wyłącznej pani \pana dyspozycji). Wśród pielęgniarek jest też jedna o której muszę napisać chociaż nie wymienię jej imienia bo to plama na honorze i pielęgniarek i tych co ją przyjęli do pracy. Pielęgniarka ta powinna być za kratkami ale ponieważ ma ogromne długi do spłacenia ( okradła swoje koleżanki pracując w szpitalu ) których nigdy nie da rady spłacić, udaje, że pracuje. Jest nie miła, opryskliwa, ale chyba ktoś taki może się przydać naszemu kierownictwu, bo dla nich im gorzej tym lepiej.

Podobno naprawdę u nas wszyscy są zdrowi. Zapadła decyzja, że już w tym tygodniu rozpocznie się przyjmowanie nowych pensjonariuszy. Tyle wolnych miejsc w DPS to katastrofa finansowa. Ceny utrzymania poszybują w górę a już sięgają „gwiazd”.

Szczepienie miałam 28 stycznia, dzisiaj jest już 4 luty, a ja dopiero dzisiaj poczułam się jako tako. Przez te wszystkie dni czułam się jak po chorobie, osłabienie tragiczne. Już myślałam, że tak zostanie, że zdecydowanie za wcześnie zostałam zaszczepiona, ale dzisiejszy świt dodał mi otuchy. Wyszłam do atrium o godzinie 6, 40, ( wcześniej, żeby wrócić na czas ), co krok jakaś opiekunka przestrzegała mnie, że nie dam rady z chodzikiem na taki śnieg. Dałam radę, a na dodatek cieszyłam się, że moje zwiotczałe mięśnie trochę popracowały. Koła chodzika całe były zanurzone w śniegu tak więc pchałam ten swój chodzik i byłam szczęśliwa jak głupia, że mam siłę. Czułam z każdym krokiem, że wraca we mnie życie. Za dwa tygodnie następne szczepienie. Mam pietra, no bo ile stary człowiek może wytrzymać. Pewnie znów padnę i to na długo, ale teraz jest dobrze.

Przepraszam autorów ostatnich wpisów, że nie odpowiem na żaden z nich, ale ciągle przypominam, że odpisuję tylko na treści pisane w języku polskim. Dziękuję, że czytacie i piszecie do mnie, ja niestety nie umiem korzystać z tłumacza i już nie chcę się uczyć, jednak bardzo dziękuję za wpisy.

Tak mi siebie jest żal…

Wyobraźcie sobie, chociaż to wprost nie do wiary, ale w naszym DPS podobno, wszyscy są zdrowi. Nie ma wirusa. Część mieszkańców została nawet zaszczepiona. Oczywiście ci co zachorowali to albo wyzdrowieli albo zmarli, ale chorych już nie ma. Ludzie są wolni, chodzą na ćwiczenia, na spacery, tylko ja muszę do 26 stycznia być w izolacji a później lekarz zdecyduje.

Lekarz na temat Covidu nie powiedział nic, tak więc natychmiast poczułam się wolna. Wybrałam się do Działu Socjalnego, żeby opłacić leki i o dziwo od razu usłyszałam, że za dwa dni mam mieć pierwsze szczepienie. Nie wiem czy to nie za wcześnie, ale ucieszyłam się bardzo, przecież to oznaczałoby, że jeszcze tylko trzy tygodnie do drugiego szczepienia i wolność absolutna. Ale idąc korytarzem spotykałam bardzo zdziwionych ludzi którzy zadawali mi to samo pytanie – to ty żyjesz, wszyscy mówią, że umarłaś. To dobrze, że tak mówią, znaczy to bowiem, że będę żyła długo. Z tej radości, że żyję i jestem na 50% wolna, poszłam na spacer do atrium, a na drugi dzień, swoim starym zwyczajem o godz. 6, 50 byłam już w atrium. Po ćwiczeniach i głębokich oddechach na świeżym powietrzu, poczułam się szczęśliwa a saturacja tlenowa wskoczyła na właściwe tory – 98%. Czekam z niecierpliwością co będzie jutro – zaszczepią czy nie zaszczepią? Zaszczepili! Czekając na swoją kolej do szczepienia pochodziłam po dwóch korytarzach, po dwóch, a jest u nas 11 korytarzy, tylko na tych dwóch korytarzach jest osiem wolnych miejsc, nie pokoi tylko miejsc, a to znaczy, że tyle osób zmarło. Najwięcej osób zmarło na medyku w pokojach dwuosobowych.

Szczepienie było w ogóle nie odczuwalne. Zanim się zorientowałam to pielęgniarka już naklejała plaster. Jak widzi się w telewizji taką grubą igłę, którą wkłuwają prawie całą, to aż przeraża; a u nas była cieniutka igiełka i chyba tylko dotknięcie. Młodziutki lekarz, siedzący przy komputerze z naszymi danymi, raptem na cały głos powiedział – ale z pani szczęściara… Bardzo proszę rozwinąć temat, bo nie rozumiem. A on patrząc w monitor mówi – przeszła pani chorobę bardzo ciężko a skutków ubocznych nie ma żadnych. Teraz życzę spokojnego przeżycia szczepionki. Za bardzo spokojne to przeżycie nie było. Z godziny na godzinę coraz bardziej zaczęła boleć ręka. Na drugi dzień, po nie przespanej nocy, czułam się fatalnie. Nie miałam siły chodzić. Poszłam o świcie do atrium, ale po pół godzinie wróciłam do pokoju i położyłam się. Czułam się tak słaba jak podczas choroby. Było mi potwornie zimno, miałam wrażenie jakbym wpadła do przerębli. Takiego odczucia doznawałam kilkukrotnie i to po parę godzin. Koszmar. Ale wieczorem usnęłam i spokojnie przespałam całą noc. Dzisiaj 30 stycznia nic się nie dzieje ale jestem bardzo osłabiona dlatego łóżko mam w ciągłej gotowości.

Noce w DPSie

Nie tak dawno pisałam, że nie wiadomo dlaczego pielęgniarki rozpoczynają swoją wędrówkę z lekami, nocą. Wiem, że mają obowiązek zaglądać do nas dwa razy w nocy. Robią to około godziny 23 i 4 rano. Jako wizyta sprawdzająca czy wszystko w porządku, to może być i noc, ale leki ? No i jak wchodzą do pokoju nocą, to powinny to robić jak najciszej, nie z hukiem i światłem po oczach. Ale to moim zdaniem. Ostatnią noc grudnia spisałam na straty, jeśli chodzi o spanie. Cały dzień źle się czułam, także jak opiekunka załatwiła mi jakieś leki, a była godzina 22,30 – usiłowałam zasnąć. Raptem błysk latarki po oczach. Wystraszyłam się nie na żarty. Przepraszam, ale muszę zmierzyć pani temperaturę. Ma pani 36,5 , jest dobrze, może pani spać. Zbliżała się godzina 24, tak więc łazienka i lulu. Raptem budzi mnie wędrujące po pokoju światło. Nie zgasiłam światła jak byłam w łazience? Nie to nie możliwe, zawsze i wszędzie gaszę nie potrzebnie zapalone światło. Ale to światło dziwnie chodzi. Jest tu ktoś – pytam. Czy mogę od pani pożyczyć mopa, pyta postać stojąca już z mopem w przedpokoju. Już była w mojej łazience, już wiedziała co jej się przyda, już to sobie wzięła, aż tu babsko się budzi i zadaje pytanie. Nie wiadomo kto to jest, ponieważ teraz wszyscy chodzą zamaskowani. Może pani – odpowiedziałam. Znów usiłuję zasnąć. Za pół godziny – pełnym głosem – oddaję, ale bez dziękuję. Wówczas zwróciłam uwagę, że to wędrujące światło padało przez otwarte drzwi z korytarza. Drzwi to się otwierały to zamykały, a światło wędrowało. Spojrzałam na zegarek – zbliżała się godz. 2 Niestety już o spaniu mowy nie ma. Po pokoju rozchodzi się duszący smród. Najpierw wywietrzyłam pokój – nie pomogło. Szukam przyczyny – a to mop został wykorzystany do śmierdzącej sprawy i zwrócony bez wyprania go. Zanim zlikwidowałam smród była już godzina 4 rano, a o godzinie 4,30 światłem po oczach i pytanie za dziesięć punktów – jak się spało? Natomiast noc następną spędziłam na podłodze w przedpokoju i niestety od 22 do rana nikt nie zajrzał. Nie wiem jak to się stało, że się przewróciłam, po prostu na moment urwał mi się film. Przewracając się potłukłam głowę, uderzając o kant taboretu, i rękę. Do rana usiłowałam doczołgać się do łóżka, jak się to udało to byłam zupełnie wycieńczona. Starzy ludzie nie są w stanie po upadku podnieść się samodzielnie, przeżywałam to wielokrotnie. Co z tego, że mamy w pokojach dzwonki alarmowe, do tego dzwonka trzeba wstać. Jak moja córka dowiedziała się o moim spędzeniu nocy na podłodze zadzwoniła i spytała jak to jest, że jednej nocy bezustannie ktoś przychodził a drugiej nikt. Po tym telefonie, przez całą moją chorobę, czyli przez bite dwa tygodnie, przez całą dobę co dwie godziny, mierzono mi temperaturę i saturację tlenową. Wszystkim opiekunom zakupiono takie naparstki którymi dokonywano pomiarów i termometry. Myślę, że nikt nie nauczył ich jak dokonywać tych pomiarów. U mnie saturacja tlenowa co dwie godziny miała inny procent. Ponieważ zupełnie się na tym nie znam tak więc przyjmowałam do wiadomości i tyle. Aż po długiej przerwie w pracy, wróciła do nas pielęgniarka, którą oceniam bardzo wysoko i to nie tylko ja. Przyszła do mnie spokojnie, tak jakby miała dużo czasu. Zmierzyła ciśnienie, temperaturę, usiadła przy mnie i zaczęła masować mi palce u rąk. Co mnie Pani tak pieści – pytam. Rozgrzewam palce bo chcę zmierzyć u pani saturację tlenową. Zimne palce nie wykażą tego prawidłowo. Od razu saturacja skoczyła do 90%. Owa pielęgniarka zmieniła mi moje podłączenie do tlenu – zamiast rurek w nosie, przez które byłam unieruchomiona, podała mi maseczkę. Wytłumaczyła jak mogę sama podłączać i wyłączyć aparaturę. Czyli, że można swoją pracę wykonywać należycie. Za pół godziny wpada do mnie Agnieszka i chce robić pomiary. Tłumaczę jej, że nie trzeba, przed chwilą wszystko zostało pomierzone. To nic, odpowiada Agnieszka, ja to muszę zrobić, kazali. To ile ci wyszło z tym tlenem – pytam. 77% – odpowiada. To wzywaj pogotowie, bo to jest bardzo zły wynik. Po tej wizycie doszłam do wniosku, że opiekunowie biegając cały dzień po pokojach mierząc saturację, to tylko sieją wiatr. Co dwie godziny pomiary a poza tym wszystkie inne czynności których jest ogrom. I po co to?

Znikający podopieczni

Dostałam bardzo miły wpis od Pani Alicji – dziękuję. Pyta Pani, czy Helenka o której pisałam, że zmarła, jest tą którą Pani znała. Niestety tak. Tak więc jak Pani widzi, to dobrze, że Pani mama od nas uciekła. Była króciutko moją najbliższą sąsiadką. Kto wie co by było gdyby była jeszcze z nami. Teraz to nikt nic nie wie, siedzimy w swoich pokojach jak w więzieniu, wprawdzie luksusowym więzieniu, ale jednak. Ja więcej widzę co dzieje się w innym skrzydle budynku niż na naszym korytarzu. Przez okno zobaczyłam, że jest przeprowadzany remont pokoju na tak zwanym medyku, a to znaczy, że ktoś ” zwolnił ” pokój. Pytam pracowników – czy tam ktoś zmarł? Dużo osób zmarło – usłyszałam w odpowiedzi. Jest mi bardzo przykro, że nawet nie wiem kto. Chociaż o jednej osobie dowiedziałam się przy okazji – zmarła pani NIKT, mój wróg numer 1, wróg który kierował wszystkimi świństwami. Czy wiecie, że zrobiło mi się bardzo przykro. Przecież nasz DPS bez niej, to już zupełnie nie to. To był diabelsko silny wróg, podły, zawzięty ale i nie głupi a przebiegły ponad wszystko. Dopiero teraz dowiedziałam się dlaczego, i ta dyrekcja i poprzednia wolała we wszystkim jej ustąpić, żeby się tylko nie narazić. Otóż ona owszem podpisała każde świństwo, czy to na pracownika, czy mieszkańca, ale ze wszystkiego robiła notatki i w ten sposób miała dyrekcję w garści. Przecież ona, jako podopieczna Domu, mogła nie rozumieć, nie wiedzieć, a dyrekcja niestety musi wiedzieć co robi. Przez 10 lat życia w naszym DPSie, było mi bardzo ciężko, upadałam i podnosiłam się, niestety miałam bardzo dużo wrogów, bezwzględnych, prostackich do bólu. Już ich nie ma. Została tylko siostra przełożona i jej jeden żołnierz. Będzie mi smutno bez prężenia muskułów. Nie udało im się wykończyć mnie przy okazji pandemii, to sama jestem ciekawa co teraz wymyślą. Takie drobne świństewka jak nie zawiezienie mnie, na SOR po wypadku w ogródku, zlekceważenie doznanego przeze mnie udaru z utratą mowy, odwołanie zabiegów po udarowych, czy wreszcie trzymanie mnie przez 4 godziny pod atrapą tlenową, kiedy ledwie oddychałam, jakoś przeżyłam, a to dlatego, że jestem pod najwyższą ochroną tych tam w niebiosach.

List do SANEPIDU

Jestem mieszkanką DPS, aktualnie chorą na COVID ale z przekazanym do Was wywiadem nie zgodnym z prawdą. Przełożona pielęgniarek, odpowiedzialna za nasze zdrowie, wybielając siebie zwaliła moją chorobę na rzekome kolędowanie w dniu wigilii.

Otóż jeszcze w grudniu, na naszym korytarzu nie było ani jednej chorej osoby. Raptem zachorowała pani Julia, która z pokoju wychodziła tylko w nocy żeby pochodzić po korytarzu. Julię przeniesiono na inny oddział. Po niej dowiadujemy się, że pani Helenka, która tylko czasem otwierała drzwi ze swojego pokoju na korytarz, zachorowała i zmarła. ( Pani Helenka uczestniczyła w naszym śpiewaniu kolęd w wigilię ). Nie minęło kilka dni jak padłam ja i mój sąsiad jednocześnie. Ja to chociaż otwierałam czasem drzwi od swojego pokoju, nie chodziłam nigdzie; a mój sąsiad odkąd u nas zamieszkał to nie wstał z łóżka. Dopiero jak choroba trochę zelżyła i powoli zaczęło wracać myślenie zaczęłam też analizować co się dzieję. Pierwsza rzecz jaka zwróciła moją uwagę to potworne zimno które co wieczór około godziny 20 z mojego pokoju robiło zamrażarkę. Jeszcze jak nie było minusowej temperatury to było jako tako. Przy minusowej temperaturze jedną noc wytrzymałam pod kołdrą i trzema kocami a w drugą noc ubrałam się w palto i poszłam na zwiady. Daleko nie musiałam iść. W pokoju, na przeciw mojego były szeroko otwarte drzwi i okno balkonowe. Weszłam żeby pozamykać i odkryłam, że to pomieszczenie służy za pokój do przechowywania używanej odzieży ochronnej. Odzież była zrzucona w łazience a późnym wieczorem wietrzono pokój z wirusów. Wirusy, przy pierwszym podmuchu wbijały w pokoje na przeciwko, czyli w mój p. 88 i pokój sąsiada 89. A mnie ciągle proszono żebym nie wychodziła z pokoju, powtarzała mi to w kółko pani dyrektor, najwyraźniej była świadoma tego co może się stać i marzyło jej się pozbycie się mnie.

W poprzednim wpisie dokładnie opisałam jak zachorowałam i jak ze mną postępowano. Niestety tych co opiekowali się mną troskliwie opisać nie mogę ponieważ wówczas nieprzyjemności ze strony Dyrekcji byłyby gwarantowane.