Pani Mgiełka

Od ponad roku mieszka z nami pani którą jestem urzeczona. Jest drobniutka, cichutka, delikatniutka – kompletne moje przeciwieństwo. Mimo swoich ponad 90 lat jest śliczniutka. Bardzo dba o swój wygląd. Swoje bujne włosy koloryzuje, żeby wyglądały jak naturalne. Ubiera się kolorowo i bardzo gustownie. Jak gościłam u niej na kawie to byłam wręcz zaskoczona wszystkim, bo wszystko było miniaturowe. Miałam wrażenie, że goszczę u pani Krasnoludkowej. Do maleńkiej filiżanki sypana była kawa z maleńkiego słoiczka, maleńką łyżeczką. Na stole stała maleńka cukierniczka i jeszcze jakieś naczynko dekoracyjne o miniaturowej wielkości. Pani M. mówiła cichutko, jak dla mnie to wręcz szeptem, a przecież była wykładowcą Uniwersyteckim; jakaż cisza musiała być na jej wykładach żeby można było usłyszeć o czym mówi. Ja muszę wytężać słuch żeby ją słyszeć, no fakt słyszę coraz gorzej a jak mówię to zagłuszę wszystko. Ale szczerze, to czuję się zaszczycona, że mogę przebywać czasem w jej towarzystwie. Nie zbliżymy się zbytnio do siebie bo mgiełka zawsze będzie unikać kowadła. Obawiam się, że tak jak ja jestem nią zachwycona to ona mną przerażona, pewnie nigdy nie miała nic wspólnego z ludźmi aż tak wprost. Ale łączy nas wspólny mianownik – to samo zdanie na wszystko co się w okół nas dzieje.

We wtorek 24 listopada zmarł mój najbliższy sąsiad – Pan Józef. Jak dowiedziałam się jak zmarł to od tej chwili modlę się za niego i proszę Bozię o taką samą śmierć. Zmarł „między zupą a kompotem” w trakcie obiadu. Po śniadaniu, jak zwykle,obejrzał w telewizji u sąsiada wiadomości, rozmawiał dłuższy czas z opiekunką, prosząc ją żeby wybrała z konta jego pieniądze i zrobiła mu zakupy, aż tu ciach i po wszystkim. Był to cichutki, prawie nie widzialny człowiek. Nasz Dom traktował jak szpital, chodząc zawsze wyłącznie w piżamie. Po za porannym dzień dobry, nie zamieniłam z nim ani słowa, a jednak żal.

Bujaj się Fela…

Dostałam kilka komentarzy, wszystkie napisane w języku polskim, a tylko jeden był dla mnie zrozumiały, w pozostałych zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Pełno w nich jakiś znaków, na których pewnie znają się wyłącznie młodzi. Przepraszam, że nie odpiszę. Tylko jeden wpis był zrozumiały, był to wpis wyjaśniający, że Witek – nasz mieszkaniec, który przyszedł do mnie ze skargą na dyrekcję, na ich różne podejście do każdego z nas, nie był w szpitalu, a ja napisałam, że przyszedł do mnie po powrocie ze szpitala. Już wyjaśniam – otóż z Witkiem widziałam się około 10 października jak szykował się do wyjazdu na rehabilitację po udarową chyba do Mrągowa. Przez miesiąc nie widziałam go, myślałam więc, że jest w szpitalu. Jak po miesiącu zapukał do mnie to byłam pewna, że przyszedł się przywitać po powrocie. Byłam zdziwiona, że od razu, w progu, zaczął od skargi. To tyle w tym temacie. W ogóle, teraz prawie nikt nikogo nie widuje. Siedzimy w swoich pokojach. Tylko jedna Felka wszędzie łazi, zbiera i roznosi zarazki. Ja np. jak dwa razy wyszłam pochodzić po korytarzach i w jednym dniu natknęłam się cztery razy na Felicję, zdając sobie sprawę, że ona powinna być w permanentnej kwarantannie, to wolę nie chodzić, przecież ona sama nie wie czy jest zdrowa czy chora, a jest to osoba z bardzo wysokim ryzykiem zachorowalności. Jak ją widzę to mam wrażenie, że w około jej jest ściana zarazków. Dla mnie Felicja to jeden wielki wirus. Wolę ją omijać. Niestety nie da się; w czwartek wyszłam na korytarz przy portierni i co widzę – Felicja ze swoją sąsiadką właśnie wychodzi na spacer. Robi to tak ostentacyjnie, że aż dziw. W portierni jest terapeuta i wice dyrektor, a ona w ogóle nie zwraca na nich uwagi i wychodzi. Oni również nie reagują na takie zachowanie się. Spytałam owe panie – czy to samowolka czy specjalne względy? Na to pytanie nie zareagowali ani panowie odpowiedzialni za wszelkie wyjścia, ani Felicja, która zrobiła tylko dwa kroki w tył i usiadła na kanapie, siedziała tak długo aż ja sobie poszłam. Panie były w kurtkach i czapkach, na pewno było im bardzo gorąco, a ja krążyłam po korytarzu około pół godziny. W piątek idąc do biura również trafiłam na Felicję. Ostrzegę wszystkich chodzących żeby uważali na nią i najlepiej omijali szerokim łukiem. Naszą dyrekcję nie obchodzi czy Felicja jest zdrowa czy chora, wyraźnie widać, po zachowaniu dyrekcji w stosunku do Felicji, że jest to następczyni pani NIKT. I jedna i druga, na głodzie alkoholowym upodli się w najwyższym stopniu i podpisze wszystko co trzeba oby mieć dostęp do alkoholu. Pani NIKT to już czas przeszły, a zachowanie się Felicji na głodzie opisałam w rozdziale pt. Święta, święta i już po – wpis z 2 stycznia 2019r. Dziwi mnie bardzo zachowanie się pana wice dyrektora, który wygląda jak gladiator a zachowuje się jak trusia, boi się sprzeciwić swoim zwierzchniczkom. A zatem nie chodzę nigdzie, po za wyjściem do atrium na swoją poranną gimnastykę i od czasu do czasu z grupą 4 osób, pod opieką terapeuty, na spacer do lasu. Niestety w tej grupie również jest Felicja. Jak już pisałam, ona jest wszędzie, jak korona wirus.

Eureka

Opisując, trzy tygodnie temu, swój stan psychiczny, dziwiłam się sama sobie, że czuję się szczęśliwa bez powodu, a to jest największe szczęście – cieszyć się nie znając powodu. Nic nam nie wolno, mamy tylko siedzieć, leżeć i tyć, ewentualnie krążyć po korytarzach; i czego tu się cieszyć. Należę do osób które są szczęśliwe jak mogą pracować, wprawdzie już tylko umysłowo, ponieważ wysiłek fizyczny nie wchodzi w grę, ale pracować. No i EUREKA, przecież ja bezustannie pracuję, a że we śnie to trudno, jednak pracuję. Nie wiedziałam, że w każdym swoim śnie robię coś bardzo ważnego, ponieważ po przebudzeniu, nie mogłam sobie przypomnieć co to było, co ja takiego śniłam, ale ponieważ budziłam się rozśpiewana to znaczy, że śpiewałam. Dzisiaj obudziłam się usatysfakcjonowana z dobrze wykonanej pracy, w trakcie robienia czegoś ważnego, otóż, w szkółce dla młodych piosenkarzy prowadziłam zajęcia z analizy tekstów piosenek i doboru odpowiedniego sposobu interpretacji. Byłam już mieszkanką DPSu i dwa razy w tygodniu jeździłam do Domu Kultury, żeby prowadzić takie zajęcia, oczywiście w ramach wolontariatu. Budziłam się szczęśliwa po dobrze wykonanej pracy i widocznych jej efektach. Tak więc jeśli całą noc pracowałam to w dzień mogę zasłużenie odpoczywać. Odpoczynek po pracy daje szczęście. Tak więc mogę siedzieć, leżeć i tyć. Uważam, że mam najwspanialszą psychikę na świecie – nic mi nie wolno a ja i tak robię co chcę, mało tego, robię coś o czym mogłabym na jawie tylko pomarzyć, i jestem szczęśliwa – mam powód, czy go nie mam? Nie ważne, ważny jest efekt.

Następne moje odkrycie to pokoje pani Nikt i Tereski, w których nie ma tego co było. Obie panie były dość okazale zagospodarowane i o obie panie nie ma kto się upomnieć. Tak więc to nie zadośćuczynienie dla jednej z nich, za wierność w pomocy robienia świństw przez 30 lat, tylko okazja do zrobienia bałaganu po którym nikt nie wie o co chodzi. Stała metoda. Jeszcze dziwniejszym dla mnie było spotkanie z Lucyną następnego dnia. Lucyna chwyciła mnie za rękaw i prowadzi do swojego pokoju. W pokoju pokazuje mi łóżko swojej współlokatorki, szok, to pani NIKT. W pierwszej chwili pomyślałam, że przeszła do tego pokoju sama i położyła się w cudzym łóżku; ale ona już jest warzywem, nie mogła tego zrobić. Przypomniało mi się jak kiedyś, mój kochany Alojzy, zmęczony po długim spacerze korytarzami, dostrzegł otwarte drzwi do jakiegoś pokoju z zachęcająco posłanym łóżkiem, a w pokoju nikogo; wszedł i cały szczęśliwy wślizgnął się pod pierzynę i smacznie zasnął. Właścicielka tego przybytku była aktualnie w łazience za długotrwałą potrzebą i jak to kobieta jeszcze mycie, jeszcze zerknięcie w lusterko, trochę to trwało. Po powrocie do pokoju miała duży kłopot z intruzem. W pierwszej chwili pomyślałam, że właśnie to przydarzyło się współlokatorce Lucynki – nieproszony gość z którym coś trzeba zrobić. Przecież wczoraj mieszkała w pokoju na przeciwko. Pytam opiekunki – skąd tu pani Mark. Okazało się, że mieszka w tym pokoju od dziś. Bardzo dziwne jest to pomieszanie z poplątaniem ale jednak czemuś to ma służyć.

Inna stała metoda i moje odkrycie, to trzymanie w garści kogoś kto przez swoje zachowanie się podpada na każdym kroku i zamiast nim potrząsnąć, przywołać do porządku to mu się pobłaża po to żeby mając na tego kogoś haka wykorzystać do specjalnych celów. Chodzi mi a zachowanie się Felicji, o którym mówi już większość mieszkańców, i wyjątkowym pobłażaniu wszystkiego przez dyrekcję, i personel – już się słyszy od personelu – a co ja mogę. Na tej samej zasadzie urobiono sobie przed laty panią NIKT. To również była osoba nadużywająca i to w znacznym stopniu, i dla swego nałogu sprzedałaby każdego. Tak więc sprzedawała i miała się dobrze. A teraz co ? Handelek się skończył, można więc poprzesuwać z kąta w kąt. Uważaj Felicja tu nie szanuje się żadnych zasług na zasadzie co było a nie jest… Ale mi odkrycie!

Babki prawie na 102

Prawie sto dwa lata mają moje ukochane współtowarzyszki niedoli, mieszkające w naszym Domu, Wandzia ma 101 i pół roku a Tereska 101 i trzy miesiące.

Po dłuższym siedzeniu przy komputerze postanowiłam przejść się po naszych labiryntach korytarzowych żeby zobaczyć co słychać u innych. O dziwo zobaczyłam, że w pokoju w którym mieszkała pani NIKT mieszka Tereska, ta moja kochana prawie 102 latka. Paniom zamieniono pokoje; widocznie pani NIKT wymaga więcej ” troski ” od Tereski bo przeniesiono ją na oddział medyczny. Tereska akurat spała jak zajrzałam, dostaje takie leki, że ciągle śpi. One tak śpią, że jak dotkniesz ręki to natychmiast się budzą. Tym razem nie budziłam, ale kiedyś właśnie jak tak zrobiłam to o dziwo całkiem sympatycznie porozmawiałam z moją prawie stu dwulatką. Przykro mi się zrobiło, Tereska w naszym Domu mieszka ponad 20 lat i zawsze mieszkała w tym samym pokoju. Bezduszna oddziałowa przeniosła ją do innego skrzydła budynku i na koniec korytarza, uznając, że umrzeć to ona może gdziekolwiek i nikt jej do tego nie jest potrzebny. Tereskę na medyku wszyscy znali i bardzo ją lubili. Mieszkańcy tej części Domu z dumą mówili o swojej stulatce, ale co to dla naszej dyrekcji. Na stuletnie urodziny to co innego, zeszli się oficjele to dyrekcja wypinała pierś do ” orderów”, Już po urodzinach. Następnych nie będzie, do kąta z nią. Pani NIKT to chociaż przydawała się do robienia świństw i różnych przekrętów, ( przypominam, że obiecała, iż zatańczy razem ze swoją hołotą, na moim grobie ) a Tereska do niczego nie była przydatna, bo do czego może się przydać szlachetny człowiek? Tereska ma tylko dalszą rodzinę, tak więc spokojnie można robić z nią co się chce. Mam po Teresce pamiątkę w postaci płyt CD – 5 płyt z zespołem Mazowsza i 5 płyt z klasyką. Dostałam je w okresie świetności mojego radia, czyli 8 lat temu. Wracając od Tereski zajrzałam do drugiej stu dwulatki – Wandzi. Ona akurat wojowała z kocem, który spadł jej na podłogę. Wandzia mnie zadziwia i to bardzo. W ubiegłym roku, na moje urodziny, zaśpiewała mi ” My pierwsza brygada „. Jak zaczyna się rozmowę z Wandzią to ona najpierw zupełnie nie wie o co chodzi, ale bardzo szybko trybiki zaskakują i zaczyna się rozmowa,( w końcu Wandzia to historyk). Ponieważ chciała żebym ją ubrała i wzięła na spacer, musiałam jej wytłumaczyć, że nie bardzo możemy gdziekolwiek wychodzić, jest pandemia. Zaciekawiło ją to słowo, więc zaczęła się rozmowa na ten temat. Wandzia zadawała mi całkiem rzeczowe pytania a ja jej tłumaczyłam. Wreszcie spytała mnie jak się nazywam – zachwyciła się moim nazwiskiem, więc wytłumaczyłam, że nie ma czym się zachwycać bo to nazwisko po mężu a w nim nie było nic pięknego. A twoje imię, skąd je znam – pyta pani Wandzia, po namyśle krzyknęła – ty jesteś nasza Danka. Tak mnie nazywała od lat. Jak prowadziłam Radio to kończąc audycję mówiłam – i to już wszystko na dziś, żegna się z państwem Wasza Danka. Nie sądziłam, że Wandzia zapamięta mnie z ustawiania i nakręcania jej ściennego zegara. No to zrób to co zawsze i będzie wesoło; ale co pytam – no nakręć zegar przecież potrafisz. Istotnie potrafię, w moim domu rodzinnym był taki zegar ścienny. Zegarem Wandzi zajmowałam się kilka razy, a Ona właśnie to zapamiętała. Ustawiając go, zegar musiał wybić swoje godziny, inaczej nie można go nakręcać, tak więc wybijał dziewiątą, dziesiątą i jedenastą, wybijał pięknie, a Wandzia na to – i widzisz jak wesoło. A spod drzwi słyszę – tam gdzie jest Danka to zawsze jest wesoło. Patrzę a pod drzwiami, na wózkach, stoją Iwona, Bogusia i Krysia, sąsiadki Wandzi. Wy tu skąd – pytam. My za twoim głosem. Mnie niestety wesoło nie było, to przez tę eksmisję Tereski. O Wandzię ma kto się upomnieć, ma dość liczną rodzinę, a kto się upomni o Tereskę ? Płakać się chce.

Po szpitalnej kuracji wrócił do Domu Witek. Przyszedł do mnie wzburzony – pamiętasz co te takie nie takie zrobiły ze mną jak swego czasu będąc w mieście pozałatwiałem swoje sprawy, Jak się na de mną znęcały, a wówczas w Polsce było około 300 zachorowań dziennie, dzisiaj jest ponad 27 000 a Felka z Bolkiem, dwoje alkoholików, może wszystko. Felka w sobotę skończyła kwarantannę, podczas której Bolek przesiadywał u niej a później łaził po całym budynku, dzisiaj już była w mieście i właśnie wróciła z dwiema torbami pełnymi zakupów. Inni mieszkańcy nie mogą zrobić bezpośrednich zakupów nawet w naszym sklepiku, a ona może w mieście. Przypomnę szanownej dyrekcji jak to karciła wszystkich pijusów na zebraniu, a te dwa pijaczki to mogą wszystko. Najlepiej byłoby żeby ktoś z dyrekcji przynosił im alkohol, bo Felka dźwigając takie ciężary może sobie zrobić krzywdę.

Niestety, nasza dyrekcja na szacunek nie zasługuje.

Komentarze

Dostaję pytania dotyczące protestu kobiet – co ja na to. A ja na to, że czuję się obrażona przez jedną z uczestniczek protestu, która odsyła PIS do swojego elektoratu, czyli pod kościół, bo stare babcie na pewno są tego samego zdania co Jarek. Kochani, jestem starą babcią, głosowałam na PIS a żebym mogła wyjść z DPSu natychmiast dołączyłabym do protestujących. Jestem dumna, patrząc na te walczące o swoje prawa kobiety, że jestem kobietą. Mimo, że codziennie modlę się to z klerem mi nie po drodze. To nie są godni naśladowania ludzie. Już sobie wyobrażam jak zajmują się ciężko chorymi dziećmi – wejdą do pomieszczenia gdzie leży ciężko chore dziecko i umierająca z niemocy matka, poświęcą wszystko do koła i pójdą. A jak dziecko umrze to nawet nie pochowają bez godziwej zapłaty. Zdarzyło się, że byłam kilka godzin w domu w którym było niemowlę tragicznie chore – nie widzące, nie słyszące a wewnątrz zżerane rakiem. Dziecko, które od chwili narodzin przeraźliwie krzyczało. W okół tego niemowlęcia krzątali się lekarze, pielęgniarki, rodzice i babcia i wszyscy byli bezradni i wycieńczeni ze zmęczenia. Ja byłam przerażona i wykończona po paru godzinach. Wróciłam do domu to padłam na kolana i modliłam – Boże jeśli jesteś to zabierz to dziecko do siebie. Dziecko zmarło w wieku 5 miesięcy. Po co była ta katorga. Wszyscy zainteresowani wiedzieli, że dziecko w łonie matki jest nieuleczalnie chore, ale nikt nie śmiał niczego sugerować a matka jak matka, będzie kochać i cierpieć pełna ufności i nadziei. Od tego wydarzenia minęło 10 lat – matka się nie podniosła. Także drogie rewolucjonistki jestem z Wami. Wytrwajcie i pokażcie, że można.

” NAWET DZIECKO O TYM WIE WKURZYSZ MAMĘ BĘDZIE ŹLE ” a będzie źle, bo żadna myśląca kobieta na PIS już nie zagłosuje, chyba że jakaś karierowiczka albo fanatyczka religijna. Na pohybel z nimi.

Wszystko i nic

Ponieważ nie wiele mam do powiedzenia tak więc dzisiejszy wpis będzie o wszystkim i o niczym. Takie typowe wpisy pamiętnikowe.

Od jakiegoś czasu wściekam się jak dostaję informację o wprowadzaniu różnych aktualizacji do komputera. Uważam, że nie jest mi to potrzebne ponieważ nie wiele z tych informacji rozumiem i z niewielu tych udoskonaleń korzystam. A ponadto uważam, że przez te udoskonalenia mój komputer chodzi coraz wolniej. Jednak wczoraj przydało mi się takie udoskonalenie, które mnie ostrzegło przed komentarzem jaki otrzymałam z Rosji. To był wpis pełen pochlebstw ( miałam takich całe mnóstwo ) jednak nawet chcąc go wrzucić do kosza mogłam przekierować mój komputer na niewłaściwe tory, na jakie to nie wiem, ale na nie właściwe i właśnie przed tym zostałam ostrzeżona dzięki jakiejś aplikacji. Wprawdzie już wnuk mnie ostrzegał przed taką formą zawieraniem znajomości, ale ostrzeżenie przez aplikację przystopowało mnie natychmiast. Po samym ostrzeżeniu wnuka to mnie dość często korciło jeszcze żeby się z tym kimś skontaktować a tym razem to było takie – STOP! Ani kroku dalej. A propos komputera, to chciałabym go wykorzystać do kontaktu on- line z fizjoterapeutami w szpitalu klinicznym do którego mam skierowanie na ćwiczenia po udarowe a z których ciągle nie mogę skorzystać. Myślę, że taka forma mogłaby by mi pomóc, zwłaszcza, że w DPSie byłby znający się na wszystkim terapeuta, który zajął by się mną i komputerem a w Szpitalu inny terapeuta kierowałby sprawą. Zadzwonię do Szpitala i wypytam o tę możliwość.

Pogoda jest ciągle piękna tak więc chodzimy na spacery do lasu. Jest nas nie wielu, bo zaledwie czwórka i jak chodzimy to w znacznej odległości od siebie. Czasem bliżej mnie podchodzi Krysia a rozmowy z nią to najprawdziwsza śmiechoterapia. Co choroba może zrobić z człowiekiem to aż niewiarygodne. Swego czasu mądra i wykształcona kobieta, dzisiaj na godzinnym spacerze potrafi kilkanaście razy powiedzieć, że jest Sybiraczką i robi mi wykłady jak powstaje las, chociaż skąd tyle drzew w lesie to już nie wie. Otóż, ten wielki las ma swoje korzenie w ziemi a korzenie zapuszczają się z liści, dlatego tych opadłych liści zbierać nie można, chyba, że te zupełnie stare i zwiędłe. I takie właśnie liście zbiera Krysia. Jak tylko chcę jej podać jakiś ładny kolorowy liść to mam reprymendę – ty chyba sądzisz, że te drzewa to spadają z nieba, jesteś chyba z tych co to sądzą, że wszystko jest od Boga – wykrzykuje Krysia, tylko wytłumacz mi skąd tyle drzew. Więc jej tłumaczę – liści dużo to i drzew dużo. Krysi nie można niczego negować bo natychmiast się złości i to bardzo, zamienia się wówczas z Krysi w Furię, a śmiać się z jej wykładów mogę, wówczas ona cieszy się razem ze mną. Zawsze lubiłam rozmowy z ludźmi z demencją albo z alchaimerem. Chociaż tyle mam kontaktu z ludźmi. Rano, w atrium jak ćwiczę jestem zupełnie sama i to mi bardzo odpowiada, a po spacerze to już tylko samotność w pokoju. I właśnie w sprawie samotności dzwonił do mnie Krzysiek – kolega z Dziennego Pobytu i partner brydżowy, z którym pokłóciłam się przy kartach i od roku nie rozmawialiśmy; aż tu dzwoni i żali mi się, że jest mu smutno. Jest zupełnie sam, nie ma nikogo z rodziny a teraz to i przyjaciół nie ma. Chyba wolałbym być w DPSie – mówi. Będę musiała zrobić wywiad czy jest możliwość przyjęcia kogokolwiek w czasie pandemii.

PS – dzwoniłam do Szpitala w sprawie moich ćwiczeń on – line , niestety nie ma takiej możliwości. Inne ćwiczenia rehabilitacyjne takie usprawniające można by przeprowadzić komputerowo a po udarowych niestety nie. Dowiedziałam się również, że jeśli chciałabym korzystać z nich teraz to mnie zapraszają. Ludzie boją się chodzić do miejsc zbiorowych, ja również wolę nie ryzykować zwłaszcza, że moje skierowanie będzie ważne w nieskończoność.

W komentarzach otrzymałam propozycję z Niemiec na wspólny interes, czyli publikacji mojego bloga w przetłumaczeniu na język niemiecki. W życiu nie zgodzę się na taki interes. Czort wie co byłoby na tym niemieckim blogu.

Krzysiek już nie chce u nas zamieszkać. Wystarczyło, że kolega mieszkający na wsi zaprosił go do siebie i już Krzysiu nie czuje się samotny.

Mój stan psychiczny.

Nie wiem jak mam nazwać swój stan psychiczny w jakim się znajduję. Czy na ten nietypowy okres jestem szczęściarą? Ci co do mnie dzwonią to mi współczują, a ja współczuję im. Oczywiście, że brakuje mi wolności, możliwości swobodnego wychodzenia kiedy chcę i dokąd chcę, jednak przy takiej liczbie zachorowalności dobowej – ponad 14 tysięcy – to wolę być w nietypowej niewoli. Po za wolnością mam wszystko co mi potrzeba i czasem aż wstyd przyznać się – ale czuję się szczęśliwa. Jak mawiała przed wiekami Krystyna Wazówna – Królowa Szwecji – ” cudownie być szczęśliwym nie znając powodu”, właśnie to dzieje się ze mną. Na nowo odkrywam piękno muzyki, np. oszalałam na punkcie twórczości Brahmsa, nie tylko jego twórczości ale i jego życia. Posłuchajcie Tańców Węgierskich Brahmsa zwłaszcza tańca nr. 1, albo jego Kołysanki, istne cudeńka. Wprawdzie spotkania muzyczne odwołałam, ale programy szykuję, przecież kiedyś ten trudny czas się skończy. Nauczyłam się już żyć w niewoli. To szczęście bez powodu odczuwałam dopóty, dopóki nie dostałam pisma od Dyrekcji Domu w ramach odpowiedzi na zarzut nie frasobliwego podchodzenia do przepisów obowiązujących podczas pandemii. Ja zarzucam Dyrekcji personalne widzimisię, wybiórcze podejście do spraw naszego bezpieczeństwa, a w ramach odpowiedzi otrzymuję instrukcję jak mam się zachowywać podczas pandemii. Instrukcja poparta przepisami i paragrafami jest podana mi na dwóch stronach formatu A4. Jak byłabym dyrektorem i ktoś podsunął by mi taką treść pisma do podpisania w ramach odpowiedzi: stwierdziłabym kompletny brak logiki i przydatności do pracy tego kogoś. Wszystkie pisma jakie dotychczas otrzymałam w ramach odpowiedzi od naszej Dyrekcji to odwracanie kota ogonem i wypisywanie byle czego aby dużo. Tak zachowują się nasi politycy – na zadane pytania mówią, mówią bez sensu aby długo. Ja pewnie też piszę dużo za dużo, sądzę jednak, że sens jakiś w tym jest. Opisuję przecież swoje stany emocjonalne. Było szczęście bez powodu, był niesmak, jako stały stan odczuwany przy każdym kontakcie z Dyrekcją, obojętnie w jakiej formie, a jak wyjdę na balkon to objawia się u mnie żal, bo jest mi żal mojego ogródka, jest zarośnięty chorymi roślinami, (a w ubiegłym roku był przepięknie ukwiecony). Niby mogę do niego wchodzić ale pod nadzorem, to mi nie odpowiada bo każde takie wejście to ciężka harówka żeby jak najwięcej zrobić w tym ograniczonym czasie. W takiej sytuacji wysiada serce prababci Danusi. Po jednym wyjściu przez dwa dni nie nadaję się do życia. Tak więc wolę nie chcę. To ograniczenie we wszystkim bardzo mnie osłabiło, już nie jestem taka hop do przodu, tylko pomalutku, ostrożnie i rozważnie. Nie wiem, czy jak świat wróci do normy czy i ja do niej wrócę; chyba już nie zdążę.

Wspomnienia

Obudziłam się nucąc jakąś piosenkę. Takie sytuacje zdarzają mi się często. Budzę się śpiewająco, ale nie wiem dlaczego śpiewam, czy mam jakiś występ, czy śpiewam dla siebie, nie wiem. Tym razem nie wiem nawet co śpiewam, wiem, że to jakaś piękna piosenka, ale co to za piosenka? Skąd ją znam? Opętało mnie to śpiewanie. Po za melodią zaczęły mi się przypominać jakieś słowa, słowa pełne miłości i smutku. Co to za piosenka? Internet musi mi pomóc. Ale nie znam tytułu. Zwykle w refrenie znajdują się słowa tytułu. Refren zaczyna się od słów – To nie ty. Szukam. Jest taki tytuł ale to na pewno nie to. Może pierwsze słowa pomogą mi odnaleźć to cudo. Nic z tego, nie ma. Kto to mógł śpiewać? Może Rena Rolska – nie. Dana Lerska – nie. Przypominałam wszystkie piosenkarki z lat 70 tych i żadna nie pasowała mi do tej piosenki. Raptem olśnienie – przecież to śpiewałam ja. Tę piosenkę napisał dla mnie Tadeusz, napisał ją jak już od kilku lat był w Warszawie i pomimo, że miesiącami przebywał w szpitalu ukończył Kompozycję w Konserwatorium Muzycznym. Jak mi przysyłał piosenki to rozumiałam; prawie każdy kompozytor z naszego miasta chciał słyszeć swoją piosenkę w moim wykonaniu, chociaż pisał ją z myślą o kimś innym. Tadeusz cokolwiek skomponował to mi to przysyłał. Po co? Przecież ja nie czytam nut, w każdym razie nie czytam ich tak jak muzyk powinien czytać; ja się nimi tylko wspieram. Miałam jego koncerty na instrumenty smyczkowe, różne fugi, etiudy… Dlaczego on to robił? Dostawałam też co miesiąc od niego liścik – wykaligrafowany, zawsze z jakąś grafiką przez siebie wykonaną, wszystko pisane tuszem i na czerpanym papierze. Te liściki, oprawione w ramki, nadawały się na wystawę. Każdy zaczynał się słowami ” Szanowna Danuto „. Aż tak oficjalnie nie byliśmy ze sobą. Byliśmy przecież przyjaciółmi. Występowaliśmy od wielu lat w jednym zespole. W całym zespole panowała autentycznie serdeczna, przyjacielska atmosfera. Nie było żadnych romansów ani umizgów ale też nikt nie był aż tak oficjalny żeby zaraz – szanowna. Tłumaczyłam to tym, że przecież byłam mężatką a liściki Tadeusz przysyłał mi na adres domowy. W zespole było dwóch nieprawdopodobnie przystojnych chłopców, to właśnie Tadeusz i Ryszard, pianista i perkusista. Późniejsi – kompozytor i architekt. Widywaliśmy ich zawsze razem. Zachowywali się jakby byli co najmniej o 30 lat starsi od siebie. Oblegani przez dziewczyny nie pysznili się tym, traktowali te piszczące dziewczyny na dystans ale bardzo elegancko. Chodząc na ogół podpierali się jakąś laseczką albo wystruganym kijkiem nazwanym perswazją. Ich powiedzonka zapamiętywali wszyscy w zespole np.- ” Chwała Bogu, że Bogu dzięki, bo gdyby tak co nie daj Boże to niech Bóg broni”. Zawsze żartowali, wymyślali różne cuda i rozbawiali każde towarzystwo. Po latach obaj studiowali w Warszawie. Ryszard będąc na studiach ożenił się i ich przyjaźń uległa rozluźnieniu. Tadeusz został sam i bardzo ciężko chory. Ja w tym czasie dość często wyjeżdżałam do Warszawy w celach artystycznych wówczas zawsze widywałam się z Nim. To On, będąc już ciężko chory przygotowywał mnie do wszystkich spotkań muzycznych w Warszawie. Dzwoniłam do niego, że za tydzień będę, chciałabym zaśpiewać to czy to, a Tadeusz już dobrze wiedział w jakiej tonacji i jak to będę interpretowała, od razu pisał aranżację. Znał mnie lepiej niż ja sama siebie. Oczywiście pod względem muzycznym. Miałam jedną bardzo wierną fankę – Olę, która kochała się w Tadeuszu i dość często jeździła do niego, to ona przywoziła dla mnie Jego kompozycje. Liściki wysyłał pocztą. Ostatni list jaki przywiozła mi od niego Ola był bardzo zgnieciony. Pytam ją – dlaczego jest taki wymięty, to nie pasuje do Tadeusza. Okazało się, że Tadeusz zmarł ściskając w ręce list do mnie. Ten list miał bardzo intensywny zapach szpitala. Dopiero po ponad czterdziestu latach dotarło do mnie co było grane. Jak wszystko zresztą dociera do mnie z półwiecznym opóźnieniem. Może po prostu teraz mam więcej czasu na przemyślenia. Kiedyś, na życie to ja tylko zerkałam w biegu. Nie miałam czasu na oglądanie się za siebie ani na analizowanie tego co dzieje się w okół mnie. Zaczęłam przeglądać wszystkie swoje szpargały i znalazłam jeszcze 12 grafik wykonanych przez Tadeusza ale na zwykłym papierze. Wyglądają tak jakby szykował je do przeniesienia w inne miejsce. Włożyłam je w jakąś byle jaką okładkę pomazaną przez dzieci i podpisałam – kreska Tadeusza G. I to wszystko co po naszym pięknym życiu zostało.

Niżej jest tekst piosenki napisanej dla mnie. To właśnie ją natrętnie nuciłam po przebudzeniu i jeszcze przez kilka kolejnych dni.

– Ciebie tak mi brak, że wyrazić tego wprost nie starczy słów. Jesteś, masz swój świat za tysiącem rzek, tysiącem moich snów. Swoje masz miejsce na śmiech i łzy, w każdą noc przychodzisz pod me drzwi. Otwieram drzwi, na oścież drzwi, to wiatr był tylko nie ty. To nie ty, to nie ty, to nie ty przychodzisz to był tylko wiatr. To nie ty a u drzwi wyczekiwałem ciebie tyle długich lat. To nie ty szukasz mnie by na wieczność siebie mieć dla siebie. To nie ty, to nie ty, to nie ty przychodzisz to przychodzi wiatr… Dalej niestety nie pamiętam. Wiem, że coś było o minionych latach które spędziliśmy osobno, o wydeptanych ścieżkach w parku pod moim domem, którymi krążył zaglądając w moje okna. Istotnie mieszkałam w parku, a ponieważ mieszkałam na 4 piętrze to z każdej odległości moje okna były widoczne. Dzisiaj jak o tym myślę to aż mi skóra cierpnie. Że też ja nie domyśliłam się ani o drobinę, że Tadeusz może na mnie zerkać inaczej niż po koleżeńsku. Byłam od niego starsza o 5 lat i będąc mężatką mającą dwoje dzieci miałam zupełnie co innego w głowie. Po Jego śmierci muzycy z naszego miasta zrobili koncert z Jego kompozycjami i wystawą moich listów od Niego. Wszystko co było na wystawie Ola zawiozła do Jego rodziców. Mój Boże, Tadeusz zmarł mając 30 lat, a ja mam 79 i jeszcze żyję. Pewnie kiedyś się spotkamy, tylko jak to będzie wyglądało – będę Jego prababcią, przecież mam żyć 102 lata.

Sprawy codzienne

W poniedziałek skończyła się moja osobista kwarantanna także we wtorek natychmiast poszłam z maleńką grupą na spacer do lasu. Nie zdawałam sobie sprawy, że tydzień bez wychodzenia z pokoju może aż tak osłabić. Spacer godzinny a ja aż trzy razy odpoczywałam. Moja poranna gimnastyka również wymagała ode mnie wysiłku a do tej pory była mi tylko przyjemnością; także jak w środę miałam jechać na badania do miasta a po nich znów nie wychodzić z pokoju przez tydzień, to wolałam nie jechać. Skwapliwie skorzystałam z przestrogi pani dyrektor, co to strasznego dzieje się poza terenem naszego DPS jak to ludzie chorują i umierają. Pani Dyrektor i siostra Przełożona o nikogo tak się nie troszczą jak o mnie. Ludzie jeżdżą na różne badania i nie było przypadku, żeby na dzień przed wyjazdem składały im wizytę takie osobistości z prośbą żeby uważały na siebie. Paniom głównie chodziło o to żebym nie robiła zakupów. Ja nie mogę ich robić inni mogą. Biorąc wszystko za i przeciw przeważyło przeciw i nie pojechałam. Dwa bardzo istotne powody przeciw – to właśnie przebywanie w izolacji i drugi to bezsens robienia badań skoro wiem dobrze, że po zdiagnozowaniu mnie i zleceniu zabiegów, dyrekcja nie pozwoli mi z nich skorzystać. Przecież badania takie już robiłam i właśnie po nich miałam skierowanie na szpitalną fizjoterapię, którą to bez mojej wiedzy i zgody szanowna przełożona odwołała. To właśnie ta wyjątkowa troska o mnie uświadomiła mi, że tak będzie i dlatego nie pojechałam.

Muszę przeprosić kucharzy gotujących teraz dla nas. Potrawy przywożone do nas są z dnia na dzień lepsze, zwłaszcza potrawy smażone są zupełnie innej jakości niż te u nas. Są bez porównania lepsze. Dlatego tak wyjątkowo smakowała mi ryba, a w niedzielę jak spróbowałam „schabowego „( wzięłam to słowo w cudzysłów ponieważ u nas tak się mówi na wszystko co zostało usmażone w takiej formie jak schabowy) to oniemiałam. Byłam pewna, że jak zwykle po żuję i wypluję, że moje zęby nie dadzą sobie rady z takim ogromem mięsa, a tu zaskoczenie – kotlet na pół talerza, grubości 1 cm. bez panierki, kruchusieńki, soczysty, mięciutki, po prostu pycha. Myślę, że ci co tak smażą to mają jakieś specjalne urządzenia albo swoje kucharskie tajniki. Ciasta również były bardzo smaczne, śmiało można porównać z naszymi, natomiast w jakości zup, absolutnie wszystkich zup, nikt nie może się równać z naszymi paniami. Najlepiej byłoby, żeby nasze panie podszkoliły panie z kateringu w gotowaniu zup a te drugie zdradziły swoje sekrety odnośnie smażenia to jedni i drudzy byliby super.

W czwartek rano niespodzianka – na śniadanie dostaję białą zupę mleczną. Moja kochana zacierka. Panie wydające posiłki proszą żebym podała kubek na herbatę, ja im na to – z herbatą to ja poczekam aż Nasi wrócą. A Asia odpowiada – właśnie wrócili, nalewać? Nalewaj. Wszyscy ucieszyli się bardzo z powrotu naszych kuchareczek. Co nasi to nasi. Ale niestety podobno jest nowe zachorowanie wśród pracowników. Nie wiem kto jest chory ale do nas zaczęto podchodzić znów bardzo rygorystycznie. Odwołano wszystkie zajęcia, w tym nasze spacery leśne. Podobno sklepik będzie zamknięty, chociaż zupełnie nie wiem dlaczego. Cały towar jest za szybą, sprzedająca w rękawiczkach i w maseczce – o co chodzi z tym zamknięciem? Dla nas byłoby to duże utrudnienie. Zawsze coś tam nam potrzeba. Przecież jeszcze ciągle jesteśmy ludźmi, – chyba? Pewnie i moje spotkania muzyczne będą odwołane. Znów reżim sanitarny. Jak dla mnie to w tym reżimie coś nie gra. Np. jeszcze na razie sklepik jest otwarty ale my nie możemy osobiście zrobić w nim zakupów, możemy to zrobić za pośrednictwem pracowników; tak więc opiekunka czy pokojowa robi te zakupy dla 20 osób do których przychodzi po kilka razy na dzień i roznosi wszystko co można poroznosić po pokojach, – kompletny bezsens. Moim zdaniem to opiekunowie i pokojowe powinni być chronieni i oszczędzani na tyle na ile jest to możliwe, bo szybko padną. Przecież ci ludzie robią już prawie wszystko. Na jak długo starczy im zdrowia? Co będzie jak ich zabraknie? Owszem w takim Domu każdy jest ważny, ale ten każdy ma za zadanie jedną rzecz: prać, gotować, roznosić leki czy organizować zajęcia; a pokojowe i opiekunowie: robią poranną toaletę ze zmianą pościeli i goleniem , sprzątaniem pokoi i korytarzy, rozwożenie posiłków, sprzątanie po posiłkach – posiłki są cztery. To właśnie opiekunowie jeżdżą z nami do lekarzy specjalistów i teraz jeszcze mają nam robić zakupy. a na 11 pokoi jest jeden opiekun. W tych jedenastu pokojach co najmniej 6 osób potrzebuje bezustannie pomocy – a to kropelki zapuścić do oczu, a to nakarmić 4 razy dziennie, a to obciąć paznokcie czy włosy, wreszcie odpowiedzieć na dwadzieścia bezsensownych pytań, które zajmują czas. Oszczędźmy tych ludzi.

Wirus dotarł i do nas,

wprawdzie w jednej zakażonej osobie, ale natychmiast odczuwamy to wszyscy. Byłam od dwóch dni na kwarantannie osobistej, po wizycie u specjalisty jak dowiedziałam się, że nasza kuchnia będzie nieczynna przez 10 dni ponieważ u jednej z pracownic kuchni stwierdzono wirusa. Za wiele mówić nie trzeba było, brak naszych kuchareczek od razu odczuliśmy w smakach potraw. Posiłki dla nas są przywożone, nie wiem skąd, ale nie chciałabym być na garnuszku tych którzy nas teraz karmią. Moim ulubionym, porannym daniem, od zawsze, była zupa mleczna; to co dostałam w piątek na śniadanie zamurowało mnie. W miseczce był jakiś szary płyn, to miała być owsianka, a była przypalona woda z kropelką mleka. Kiedyś mówiono o kucharce bez pojęcia o gotowaniu, że ona nawet wodę przypali, przysięgam, że owsianka miała smak przypalonej wody. Jak spróbowałam herbatę to już wiedziałam, że będę ją musiała sama sobie zaparzać. Zupa obiadowa, pomimo, że były w niej warzywa, nie miała żadnego smaku, żadnego. Natomiast ryba, mimo, że było jej odrobinkę, była bardzo smaczna. Bez porównania lepsza od ryb podawanych u nas. U nas do ryby sporządza się jakieś sosy, jakieś ciasto czy panierki do których dodaje się jakieś zioła i to wszystko powoduje, że smaku ryby nie ma. A ryba z kateringu była odpowiednio osolona, leciutko obtoczona w mące i usmażona na oleju z dodatkiem odrobiny masła – pycha! Może dlatego pycha, że to mój sposób przyrządzania ryb, że wróciłam do swojego smaku, ale uważam, że każda potrawa powinna zachować smak swojego podstawowego składnika. Jak do ciasta doda się za dużo cukru to ciasto nie będzie miało smaku, będzie po prostu słodkie. Jak do czegokolwiek dodasz za dużo tłuszczu to to będzie po prostu tłuste. Cokolwiek dodaje się do potraw to ma to podkreślić smak potrawy nie przekreślić go. Ma go wyeksponować, nie zatuszować. Wszystko inne nasze dziewczyny robią lepiej od każdego. Teraz dopiero będziemy Was doceniać, chociaż ja doceniałam Was zawsze i nie mogę się doczekać Waszego powrotu.