Skargi !

Czuję się jakby lepiej ( nie mam na uwadze moich oczu, bo te coraz gorsze ) ale nogi i zawroty głowy, z tym jest lepiej. Od trzech tygodni nie przyjmuję leków i czuję się jakby silniejsza. Zwłaszcza leki nasercowe odbierały mi siły, a teraz bywam coraz częściej w mieście. Pokonuję coraz większe odległości. Cieszę się z tego powodu. Ale ponieważ długo nie wychodziłam to znajomi jak mnie zobaczą to nawet przebiegają przez ulicę żeby porozmawiać. Ostatnio jedna z pań wypytywała – jak ma się zachować podopieczny naszego Domu, któremu dzieje się krzywda. Owa pani sądziła, że ja wskażę prostą drogę i będzie po sprawie. To co ode mnie usłyszała to ją załamało. Powiedziałam jej, że przede wszystkim osoba która chce iść na skargę musi być cholernie silną osobą psychicznie. W naszym Domu każdy skarżący jest na przegranej pozycji, dyrekcja nie lubi skarżących się i jeśli uprzesz się, choćby w najmniejszym stopniu, przy swoim to odwet będzie natychmiastowy. Bez wiedzy petenta do akcji wkroczy doktor psychiatra i petent nawet nie zauważy, że ma jedną tabletką więcej po której już nie będzie wiedział czy mu w tym Domu jest dobrze czy źle, czy ktoś go kiedyś skrzywdził, czy okradł, czy zaniedbał, nie będzie wiedział nic. Owa pani na taką informację oburzyła się – tak nie może być, trzeba iść z tym do Telewizji. Toteż ostrzegłam, że jeśli ktoś chce się skarżyć to musi być bardzo silny psychicznie i nie może być sam. A do Telewizji to oczywiście najlepiej do TVN, natychmiast zajmą się sprawą. A jeśli tak zrobię, pyta owa pani, to będę mogła liczyć na pani wsparcie. Oczywiście, wystarczy przeczytać mój blog, w nim nie ma ani odrobiny nieprawdy, jest przerażająca prawda którą potwierdzę przed każdym Sądem.

W tym rozpędzeniu to i zakupy zrobiłam i na cmentarzu byłam a w ramach odpoczynku, teraz, przygotowałam już program śpiewający na Zaduszki, zatytułowany – Niech żyje bal, który odbędzie się w najbliższy czwartek i zabieram się za program o naszej kochanej Niepodległej , która będzie uczczona tydzień później. Program na Święto Niepodległości szykuję z ogromną przyjemnością. Zawsze jak piszę o tym święcie to w moim sercu wzbiera ogromna fala miłości do mojej kochanej Polski; przecież to między innymi, mój kochany tatuś wywalczył tę wolność. Mając 16 lat poszedł w świat za swoim idolem J. Piłsudskim a od swojej mamy, czyli mojej babci Anastazji usłyszał – idź i walcz, bo tak żyć jak my Polacy żyjemy teraz, nie można. I walczył od Europy po Azję zdobywając Krzyże Zasługi i do Cudu nad Wisłą również się przysłużył. Niestety od roku 1939 spotykały go same nieszczęścia. Zapoczątkowali sowieci a Polacy, ściślej UB wykończyli go. Tak jak tysiące Polaków drogo zapłacił za naszą niepodległość.

Miałam opisać jeszcze wernisaż artystycznych prac naszych mieszkańców, niestety nie jestem w nastroju.

I to już wszystko – NARA!!

U mnie – nic !

Dziękuję za wpisy, zwłaszcza za te rodzinne z odnogi mojej siostry. Nawet nie wiedziałam, że w naszej rodzinie aż trzy osoby urodziły się 8 października. Przepraszam, że dopiero teraz o tym piszę, dziękując za pamięć, ale ja bardzo rzadko zerkam do swojego bloga, wiadomo oczy.

Na Zaduszki szykuję spotkanie śpiewające, a mając takie oczy jak ja mam to jest niestety trudność. No ale dobrnęłam do końca scenariusza teraz już tylko szlif. No i na cmentarz wypadałoby pójść. W środę jadę po kwiaty, znicze już mam i to takie siedmiodniowe. Celowo wybrałam aż siedmiodniowe znicze, ponieważ na cmentarz pójdę tylko raz, właśnie już w środę.

Po za tym kilkukrotnie usiłowałam posłuchać jak grają wybitni pianiści – Chopeniści. W końcu najlepsi z całego świata. Ciężko mi szło to słuchanie. Wykonawcy wybrali zbyt ciężki, jak dla mnie, repertuar. No i żal, że Polak jest dopiero piąty. Gdzie te piękne czasy kiedy to nasi błyszczeli na scenie konkursowej.

Biorę się za szlifowanie programu na Zaduszki. NARA !!

Urodziny, których nie lubię.

Na szczęście zaćma nie zaszła na oko na stałe, ona zachodzi i znika tak więc zdarza się, że widzę wystarczająco żeby móc pisać na laptopie. Mając dobre oświetlenie daję radę. To dzięki Wam, swoim komentatorom wzięłam się w garść i robię to co lubię najbardziej. A dzięki dyrekcji dps. tracę wzrok i słuch systematycznie. To przez to, że nie udzielono mi nawet najmniejszej pomocy kiedy miałam udar, a udar był centralny i właśnie skutkami centralnego zawału mózgu ( tak to określiła pani neurolog ) jest systematyczna utrata wzroku i słuchu. Słyszałam w telewizji, że pewna staruszka mająca 95 lat, wpadła do studni a jak przyjechała straż żeby ją wydostać z tej studni, to usłyszeli od niej – zrzućcie mi tylko drabinę ja sama wyjdę i wyszła, strażak ją tylko asekurował. I ja zapowiadałam się na taką staruszkę dopóki mną nie zajęło się szefostwo naszego Domu.

8 października obchodziłam swoje 84 urodziny, jak zwykle ” hucznie „. Nie lubię obchodzić urodzin, to nie jest zwyczaj z moich stron rodzinnych. U nas obchodzono imieniny, to rodzina ze strony mojego zięcia wprowadziła ten urodzinowy zwyczaj. Jak przypadły mi 80 urodziny i wiedząc, że to będzie denerwująca mnie pompa, uciekłam z Domu i wyłączyłam telefon. Najbardziej denerwuje mnie fakt, że cała moja rodzina przyjęła ten zwyczaj natychmiast i nie słuchają mojego zdania, przychodzą gremialnie z prezentami i dziwią się, że ja tego nie lubię. Weź i spamiętaj daty urodzin wszystkich z rodziny, żeby móc się zrewanżować. Fakt część rodziny miałaby problem z obchodzeniem imienin bo takich imion bałkańskich nie ma w naszym kalendarzu : Branko, Damir, Iwo, Roko, tak nazywają się – mój zięć, wnuk i dwójka prawnuków. Tym razem, ponieważ mój wnuk przypomniał sobie smak z dzieciństwa z mojej kuchni i prosił o przepis na ciasto – sernik na budyniu czekoladowym -, postanowiłam zrobić mu niespodziankę i sprawdzić przy okazji czy jeszcze coś potrafię.Skoro poprosił o przepis to znaczy, że mu smakowało, a ja dowiedziałam się o tym przez przypadek i po 20 latach. Rodzina mojego zięcia zachowuje się bardzo powściągliwie w wyrażaniu czegokolwiek. W moim rodzinnym domu był zwyczaj wyrażania odczuć smakowych. Wszyscy jedli i chwalili smaki a gospodyni była szczęśliwa; rodzina zięcia, która rozrosła się licznie w Olsztynie, niczego nie wyraża jedząc. Byłam więc pewna, że im nie smakuje, a tu taka niespodzianka, prośba o przepis. Tak więc prababcia zakasała rękawy i do roboty. Ponieważ miałam kłopot ze znalezieniem odpowiedniej blachy do pieczenia, wyszedł sernik ogrom, bo tylko takie ogromne blachy znalazłam. Nie znałam działania kuchenki, nie umiałam jej nawet włączyć, ale wyszło wszystko jak trzeba. W każdym razie obczęstowałam, po za rodziną ze 30 osób a dla trzech moich rodzin popakowałam jeszcze ciasto na wynos. Cały Dom pachniał tym ciastem. O przepis prosiło chyba z 10 osób, czyli, że smakowało; a do wyrabiania ciasta, sera i budyniu miałam tylko widelec, żadnych innych narzędzi pracy. Od wyrabiania wszystkiego widelcem narobiłam sobie odcisków na palcach. Nie wiedziałam, że dzisiejsze kury znoszą takie wielkie jajka, że te jajka mają bardzo grubą skorupę a białka nie chciały się ubić na pianę. Było ciężko ale się udało, jestem dumna z siebie.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Nie ma rady trzeba wracać na łamy,

na łamy swojego bloga oczywiście. Dostałam tak dużo miłych wpisów typu : nie możesz, nie powinnaś, nie wolno ci, przyzwyczaiłaś nas do siebie, jak przestaniesz pisać to zapomnimy o sobie nawzajem a szkoda by było; a jeśli za pół roku już nie będziesz widziała, to dlaczego przyspieszasz rozstanie, u ciebie tak dużo się dzieje i my czytelnicy, chcemy o tym wszystkim wiedzieć. Nawet jak przestaniesz widzieć to powinnaś spotykać się z nami na video, przecież jesteś kul.

Nie ma rady wracamy na tyle na ile się da. Rzeczywiście trochę się dzieje i u mnie w dps i w Polsce i na świecie. Teraz to chyba największe zmartwienie ma Donald Tramp. Był pewien, że nagrodę Nobla już ma w ” kieszeni „; przecież on jest taki mądry, taki zasłużony dla ludzkości, a tu taki afront. Był pewien, że cały świat albo go kocha, albo się go boi i chociażby dlatego Nobel musi być, a tu nic z tego. Chwali się, że będzie przemawiał w KNESECIE, to słowo przemawiał zupełnie nie pasuje do jego wystąpień które zamykają się w kilku w kółko powtarzanych słowach – będzie wspaniale, będzie bardzo dobrze, widzę świetlaną przyszłość. O jego zwycięskiej konkurentce nie wiedziałam nic, jednak z tego co usłyszałam dzisiaj to już mi wystarczy żeby stwierdzić, że Pani Machado jest dyplomatką najwyższych lotów. Pomimo to, że od 26 lat walczy z dyktaturą wenezuelską, że musi żyć w konspiracji, to po otrzymaniu nagrody najpierw zadzwoniła do Trampa; wiedziała, że tę ” bombę ” trzeba rozbroić jak najszybciej.

Szkoda, że u nas nie ma takich wysokiej klasy dyplomatów. Jeszcze do niedawna ceniłam bardzo jako dyplomatę ministra Sikorskiego, niestety dał plamę. Na spotkaniu przez siebie zorganizowanym, obstawionym ochroniarzami wypowiadał się na temat Palestyny, stwierdzając, że wojna w Gazie to jeszcze nie ludobójstwo. Na takie słowa zbuntowała się, będąca na tym spotkaniu, Palestynka; coś zaczęła wykrzykiwać, w odwecie ochrona wzięła ją pod pachy i wyniosła z sali. Na to wszystko nasz minister, na uśmieszku – szkoda,że pani już wychodzi, moglibyśmy na ten temat wymienić swoje poglądy. Zamiast wrzasnąć na ochronę, żeby zostawiła kobietę i pozwoliła jej się wypowiedzieć, on z ironią stwierdził, że szkoda, że wychodzi. WSTYD !

A u nas – gra muzyka. Dosłownie gra, a w słuchaniu muzyki i wspólnym śpiewaniu, bardzo pomaga mi Natalka. Na szczęście z wyszukiwaniem odpowiednich utworów do słuchania i śpiewania w nasze muzyczne czwartki, problemu nie mam bo całą płytotekę mam w głowie. Wygląd płyt również znam na pamięć tak więc jak wiem czego chcę to i znajduję bez problemu. Na ostatnim spotkaniu muzycznym Natalka zrobiła mi cudowną niespodziankę, otóż przechodzimy do kącika melomana w którym mamy wysłuchać pięknego koncertu na dwie wiolonczele z towarzyszeniem orkiestry, siedząc tyłem do ekranu rozwieszonego na ścianie, czuję że coś się dzieje, oczom nie wierzę, na ekranie widzę przystojnego Norwega – Rolfa Lovlanda kompozytora tegoż utworu i bohatera moich opowiadań. Cudowna pomoc ” naukowa „. Za chwilę mamy przejść do wysłuchania koncertu zatytułowanego Sekret Garden, ja mówię – a teraz zamykamy oczy i wsłuchujemy się w to piękno; i znów zerkam przez plecy na ekran a tam jak żywe, przepiękne ogrody kwiatowe, aż krzyknęłam – otwierajcie oczy i przeżyjcie to piękno wszystkimi zmysłami. Wspaniale mi się współpracuje z Natalką i Dorotką. Z taką pomocą to dam radę w prowadzeniu muzycznych spotkań.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Czy to oko może kłamać?

Z bólem serca będę musiała zawiesić pisanie bloga, ze względu na chorobę mojego jedynego oka, które trochę jeszcze widzi. Jak wiecie od półtora roku chodzę na zastrzyki w oko i podczas tych zabiegów wykryto, że tworzy się na nim zaćma i właśnie ona rozwinęła się na dobre co bardzo ogranicza mi i tak bardzo słabe widzenie. Jeszcze dwa miesiące temu czytałam cztery linijki liter z planszy u okulisty, a wczoraj przeczytałam tylko jedną. Badania te przeprowadzał asystent mojej pani doktor i jak porównał wynik badań sprzed dwóch miesięcy i stan obecny, to aż krzyknął, z taką trochę irytacją w głosie – przecież jeszcze nie dawno czytała pani znacznie więcej – to zabrzmiało tak jak by był pewien, że ja udaję, że nie widzę. A ja mu na to – jeszcze nie tak dawno całkiem zgrabnie tańczyłam a dziś chodzę z balkonikiem. Moja pani doktor zerwała się od swojego stanowiska, podeszła do lekarza badającego mnie i podpowiedziała mu, że trzeba dać mi skierowanie na dokładne zbadanie oka pod kątem zaćmy celem ustalenia terminu zdjęcia jej z oka. Zaćmę się zdejmuje. Ustalono termin badania na 19 stycznia; co będzie dalej nie wiem. Nie wiem jak długo będę czekała na sam zabieg, no i przede wszystkim czy on się uda, bo jeśli nie to czeka mnie całkowita ślepota. Wiem natomiast, że teraz to bardzo kiepsko widzę a w najbliższy czwartek mam prowadzić muzyczne spotkanie korzystając z włączania i wyłączania 12 płyt CD. Będę prosiła o asystenta ponieważ ustawienie numeru utworu na płycie będzie dla mnie trudne. Program ów to sentymentalne podróże jesienne, oczywiście w piosence. Kącik melomana natomiast wprowadzi nas na chwilę w ogrody kwiatowe a słuchać będziemy mało znanego kompozytora norweskiego Rolfa Lovlanda i jego przepięknego koncertu na dwie wiolonczele. Podczas słuchania tego utworu zamyka się oczy i marzy, bo ten utwór to istne cudo – Sekret Garden.

I to już wszystko NARA !!

EUREKA – nasi politycy ” odkrywają Amerykę „…

Najpierw muszą zniszczyć wszystko co stworzyli poprzednicy, nawet jeśli było to sensowne, a później, tym razem po wielu latach, robią to po swojemu, nawet gorzej, ale już pomysł jest ich. Tym razem zachęcają do zbierania szklanych i plastikowych opakowań. Przecież to tradycja stara jak świat, niestety zmarnowana również przez polityków. 70 lat temu w każdym sklepie można było zwrócić szklane opakowania, a jeśli ktoś uzbierał tego więcej to musiał się wybrać do dużego sklepu w którym znajdował się specjalny punkt skupu. Opakowań plastikowych nie skupowano bo jeszcze nikt nie wymyślił tego świństwa które zatruwa całą kulę ziemską. Wszystko było przetwarzane nie wyrzucane na śmietniki świata. Dzieci zbierały makulaturę za co w szkołach wygrywały różne nagrody ( nawet z samych pochwał dzieci były dumne ) a w skupach makulatury zamieniano ją na papier toaletowy. Dzisiaj z tej zamiany, co niektórzy śmieją się, – tylko głupcy śmieją się z mądrych rzeczy. Na pewno znalazłoby się wiele osób które w zamian za papier toaletowy wysprzątałyby zaśmiecone środowisko. Za czasów mojej wczesnej młodości nikt nikogo nie uczył segregacji śmieci, z tą mądrością chyba rodziły się dzieci. W każdym domu było miejsce na zużyte ubrania, makulaturę czy butelki. Był dzień, że po te skarby ktoś przyjechał i zabierał. Ktoś też przyjeżdżał po resztki jedzenia. To tylko jak nasi politycy, w miarę upływu lat, stawali się coraz ” światlejsi ” to glob zaczął zarastać brudem i hałdami śmieci. Teraz nasi mędrcy wymyślili żeby nie zrywać etykiet ze szklanych opakowań bo będzie można te właśnie opakowania ze starą etykietą użyć ponownie. Pomysłodawca tego absurdu powinien walnąć się w głowę – ile miejsca trzeba będzie przeznaczyć na tak określone opakowania i komu będzie się chciało tego miejsca szukać. Wyszło też zarządzenie, że tekstyliów nie można wyrzucać. Podobno i do tego są przeznaczone jakieś miejsca, ale gdzie ich szukać? Tekstylia od zawsze były zbierane jeśli nie na przeróbki to na tkanie różnych kilimków czy chodniczków. Teraz to tylko w CEPELII można zobaczyć cudeńka ze zużytych szmatek, a kiedyś takie cacka były w każdym domu. Wszystko można było naprawić lub zamienić. Niczego nie wypadało wyrzucić. No ale są różne punkty widzenia. Nawet w mojej rodzinie był kiedyś spór – wyrzucić czy naprawić ? Ja byłam i jestem za naprawą a już moje dzieci za wyrzucaniem i kupnem nowego. Mamo, kupując nowe zapewniamy pracę ludziom bo rośnie zapotrzebowanie. Tej mądrości nie wyniosły z domu, przecież można też pracować przy naprawach prawie wszystkiego. To stąd nazywano niektórych panów – złotą rączką – bo ten ktoś potrafił naprawić wszystko. Jestem dumna z tego, że mam do dziś siedemdziesięcioletni młynek do kawy, reperowany czterokrotnie. Córki śmieją się ze mnie pytając – mamo, a ten historyczny młynek to jeszcze żyje ? Żyje i funkcjonuje całkiem nie źle bo naprawiały go zawsze złote rączki. Dzisiaj punkt napraw z szyldem – Złota rączka – miałby powodzenie.

I to już wszystko – NARA !!

Przesyłka od Alinki.

Alinka to moja znajoma od wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To pianistka – akompaniatorka mieszkająca w pięknej dzielnicy willowej nad jeziorem. Nie zawsze tak było, jak poznałyśmy się to mieszkała w mieszkanku jednoizbowym, czyli, że wszystko mieściło się w jednym pomieszczeniu: pokój, kuchnia, sypialnia i łazienka; toaleta natomiast była jedna na całe piętro, oczywiście na korytarzu. W takim mieszkanku mieszkała razem z rodzicami. Połowę tej izby zajmował fortepian, który Alinka otrzymała od władz miasta Lidzbark Warmiński, będąc uznaną przez te władze za cudowne dziecko. To było zaraz po wojnie w roku 1948. wówczas właśnie tam mieszkała Alinka razem z rodzicami. Podejrzewam, że władze miasta uzyskały go jako zdobycz po wojenną i nie miały co z nim zrobić; przecież cała Polska była w gruzach a instrument trzeba było odrestaurować i gdzieś go trzymać, a nie było gdzie. W tym jednoizbowym mieszkanku przeżyli 10 lat. W między czasie rodzice Alinki budowali dom w którym ona mieszka do tej chwili. W tym domu to fortepian ma ” swój pokój „, nazwany pokojem błękitnym, w którym jest biblioteczka muzyczna i wszelkie pamiątki związane z działalnością artystyczną. Wychodząc z pokoju przez drzwi balkonowe, widzisz tylko ogromne, nie kończące się, lustro jeziora. I właśnie robiąc porządki w tym pokoju pozbierała pamiątki związane ze mną i postanowiła przekazać mi je. Do naszego dpsu przychodzi pani która jest wieloletnią przyjaciółką jednego z mieszkańców i jednocześnie sąsiadką Alinki. To ona co jakiś czas coś mi przynosi od Alinki, a Alinka swoim starym zwyczajem, po za tym, że przekazuje mi jakiś prezent czy wspólną pamiątkę, to jeszcze przemyca jakieś mądrości – świętości, tym razem przemyciła – żywoty świętej Ryty. Jak zadzwoniłam żeby podziękować za przesyłkę to Alinka tak tłumaczyła mi się : Danusiu, ja nie mam żadnej rodziny, jak wiesz byłam jedynaczką i nie miałam nigdy dzieci, tak więc jak ktoś obcy,kiedyś wejdzie do tego domu to wszystko powyrzuca, a ty masz rodzinę wielopokoleniową i na dodatek artystyczną, to dla kogoś z nich to co ci przysyłam będzie pamiątką. No fakt, moja najbliższa rodzina liczy 16 osób, to może kogoś zainteresuje prababcia w wieku 20 lat.

I to wszystko co mam do powiedzenia – NARA !!

Już czytam tylko w języku polskim.

Dzisiejszy wpis zacznę od przeprosin swoich stałych komentatorów: Angeli, Russel, Thomasa, Giowani, Christiana, Jenny, Kirka, Petera i Rolpha. Kochani, ja nawet nie wiem w jakim języku do mnie piszecie – nie znam języków obcych; a jeśli kiedyś znałam co nie co, to już zapomniałam. Ja już zaczynam zapominać określenia w swoim ojczystym języku. Czytając piąte przez dziesiąte, zrozumiem nie tak jak powinnam i wyjdzie z tego groch z kapustą. Wnuk mnie ostrzegł, – babciu lepiej te wpisy obcojęzyczne omijaj, klikniesz nie tam gdzie trzeba i mogą być kłopoty. A mój wnuk jest bardzo mądry, tak więc dostosowuję się do jego rad. Założył mi bloga, nadzoruje, opłaca, naprawia, poucza i mówi – baw się babciu. Szybko się zorientował, że bardzo lubię pisać, tak więc przygotował mi zabawkę wedle moich oczekiwań. Kiedyś, to musiał też wgrywać mi muzykę i wideoklipy na pulpit, jak szykowałam jakiś program muzyczny; teraz takie rzeczy potrafi każdy młody człowiek, a takich jest u nas w dps dostatek, i właśnie dlatego babcia nie umie pewnych rzeczy robić na komputerze i nie chce jej się już niczego nowego uczyć, bo zawsze ktoś wyręczy. Tak więc jeśli chcecie żebym odczytywała wasze wpisy, piszcie w języku polskim. To wy użyjcie tłumacza, ja tego nie potrafię, ale odpisywać będę wyłącznie na swoim blogu. Temat ten poruszałam nie jednokrotnie a wy i tak robicie po swojemu. Trochę litości dla prababci okażecie pisząc do niej w języku polskim, a wówczas ja z ogromną przyjemnością odpiszę, bez względu na to czy ten wpis będzie miły czy nie. A muszę się przyznać, że bardzo lubię rzeczowe wpisy, nawet takie nie za bardzo na mój temat ale prawdziwe. Do czytających bloga dołączyła moja młodsza, śpiewająca koleżanka, taka niewiele starsza od mojej córki. Cieszę się, że dołączyła jednak wiem, że niczego rzeczowego od niej nie usłyszę, ona umie tylko chwalić, i to potrafi lać wodę bez opamiętania. Skąd to się w niej bierze nie mam pojęcia. Ja jak chcę kogoś skomplementować to powiem dwa, trzy słowa nie więcej a ona morze sto i dwieście, żadnego problemu z tym nie ma. Słuchając tych ochów i achów mnie ręce opadają – jak można tak bajerować. I co kochana Gosiu, dostało ci się po nosku. Jesteś pięknym i bardzo dobrym człowiekiem ale opanuj w sobie te pochlebstwa i będzie git. Dzięki Gosi wiem, że moi nowi czytelnicy czytają bloga od końca tak więc często nie wiedzą o co chodzi w moich wypowiedziach. Ja bloga piszę od marca 2017r. i ten blog to był mój krzyk rozpaczy po piekle jakie przechodziłam przez długie lata w dps. Jeśli chcecie dokładnie wiedzieć o co chodzi to należy czytać od początku, czyli wejść w kalendarz i kliknąć w pierwszy wpis z marca 2017r. Na łamach bloga są nie tylko skargi, dla zmiany tematu, dla takiego resetu, pisałam i o sąsiadach z mojej ulicy Radiowej i o dzieciakach z tej ulicy. opisywałam swoje korzenie rodzinne; przecież to jest 9 lat pisania. Mówisz mi Gosiu, że powinnam pisać teksty do piosenek, i to również znajdzie się na blogu, może nie do piosenek ale teksty.

W miniony czwartek odbyło się nasze comiesięczne, śpiewające spotkanie. Już po pierwszych minutach zorientowałam się, że za dużo na siebie wzięłam – już nie te lata, żeby opanować jednocześnie teksty piosenek i obraz na dużym ekranie, który trzeba odpowiednio przesuwać, muzykę która leciała z płyt, raz z laptopa a innym razem z odtwarzacza, i to wszystko wyśpiewać dla wyrównania głosów. Nasze spotkanie było podzielone na cztery części i właśnie ta pierwsza część była dla mnie najtrudniejsza a trwała 20 minut. To był program zatytułowany – żegnaj lato na rok – i przez te pierwsze 20 minut śpiewaliśmy piosenki na pożegnanie lata. Dalej to już poleciało dobrze. Chociaż zdarzyła mi się wpadka zapomnienia jednego potrzebnego mi słowa. Druga część to był tak zwany kącik melomana a w nim Dymitr Szostakowicz i jego cudowny Walc nr. 2 zobrazowany balem z filmu Anna Karenina i baletem klasycznym przy śpiewie tego walca przez Demisa Russosa, powiązane to wszystko moim opowiadaniem o wielkim kompozytorze. Trzecia część naszego spotkania to śpiewanie piosenek które postanowiliśmy się nauczyć i czwarta część to relaks całkowity w rytmie disko. Zechciało mi się spotkań programowych to teraz mam trochę pracy i podczas przygotowania się do programu i podczas trwania programu. Plan jest taki, że na przyszłość dużym ekranem zajmą się terapeutki, wówczas ja poprowadzę resztę na zupełnym luzie.

I to już wszystko – NARA !!

Jestem w kropce…

zdaję sobie sprawę, że wycierpiałam w tym dps niemiłosiernie, aż dziw, że to wszystko przetrzymałam. 13 lat katorgi psychicznej i fizycznej, ze strony wielu osób i to osób odpowiedzialnych za mnie. Od dwóch lat jest dobrze. Codziennie modląc się dziękuję, że w końcu dożyłam spokojnej starości. Rozum mi mówi nie wtrącaj się a sumienie krzyczy – pomóż, zrób coś z tym. Moja sąsiadka codziennie skarży mi się, że jest tu traktowana jakby była ubezwłasnowolniona. Od roku mieszka u nas razem z synem. Oboje są bardzo chorzy. Cały czas prosi o pokój dwuosobowy, bo chciałaby pomagać synowi w zapobieganiu przy zbliżającym się ataku padaczki. Mają pokoje obok siebie ale ona co chwila biegnie do niego żeby zobaczyć czy jest wszystko w porządku. Zabraniają mi podawać synowi leki – mówi. Ja po prostu chcę wiedzieć co on dostaje za leki. Przychodzą po kilka osób na raz, ( to jest w ramach metody zastraszania ) jak gestapo i wszystkiego mi zabraniają. Nie mają czasu na wytłumaczenie czegokolwiek tylko zakazują. Mój syn to jedyna moja rodzina i serce mi krwawi na samą myśl, że nic mi nie wolno. Pielęgniarka przynosi mu leki, które ostatnio wypisał psychiatra, nie wiem co to za leki ale wiem, że syn po nich ciągle śpi. Żebym wiedziała, że tak będę tu traktowana to nigdy nie przyszłabym tu. To ostatnie zdanie i ja powtarzałam przez kilka lat. Rządzący tym domem, to są niby ludzie, którzy mają skorupy ludzkie a wnętrze jakiś stworzeń które mają satysfakcję w znęcaniu się nad ludźmi. Jak tylko ktoś czegoś od nich chce, przychodzi psychiatra ordynuje niewiadome tabletki i osobnik już niczego nie chce tylko śpi. Po kilku tygodniach zamienia się w roślinkę i jest święty spokój. Żeby mnie, ci niby ludzie pomogli w odpowiednim czasie, czyli natychmiast, jak dostałam udaru, to dzisiaj chodziłabym samodzielnie bez pomocy chodzika. Nie uzyskałam żadnej pomocy, chociaż z widocznymi objawami byłam u siostry przełożonej. Już przyzwyczaiłam się do swojej ułomności i modlę się, żeby niczego nie chcieć od tych niby ludzi. Kilkukrotnie dobierano się do moich leków, podmieniano je, nie udało im się, jeszcze myślę i widzę co się dzieje, choć psychiatra uważa, że jest to objaw choroby psychicznej to moje widzenie czego nie ma. Ze mną trzeba było na ostro, bom nie w ciemię bita, ale mojej sąsiadce można by spokojnie wytłumaczyć działanie leków, wytłumaczyć dlaczego nie powinna matka mieszkać z synem w jednym pokoju i po prostu okazać trochę serdeczności, ale prawdziwej serdeczności nie udawanej. Wiem dobrze, że to na czym ci najbardziej zależy wykorzystywane jest do znęcania się nad tobą przy byle okazji. Poznałam tę metodę będąc jeszcze na pobycie dziennym, pisałam o tym. Oto przykład – kiedyś bardzo długo siedzieliśmy w samochodzie czekając na poprzednią dyrektorkę, a ona po prostu zabawiała się z młodym pracownikiem innego ośrodka. Jak ów młodzik wreszcie przyprowadził szanowną, ja nie wytrzymałam i powiedziałam – no nareszcie przypomniało się, że 20 osób czeka od dwóch godzin. I wówczas usłyszałam, wydawało mi się, że najgłupsze zdanie – nie podskakuj bo zabronimy ci śpiewać. A to nie było głupie zdanie tylko zdradzenie tajemnicy czym się posłużą w ewentualnym znęcaniu się nad moją osobą . Ja to wszystko znam, tyle tylko, że mnie wzywano na dywanik gdzie oczekiwały na mnie trzy czarownice, aż odmówiłam przychodzenia. Przypomniałam im, że nie jestem ich podwładną. Nie wiem co mam robić, czy pokierować działaniem sąsiadki, czy po prostu cieszyć się, że ja mam święty spokój. Jestem w kropce. Z jednej strony jeśli nie pomogę będzie mnie gryzło sumienie, z drugiej zaś strony, zasłużyłam na święty spokój.

Dzień 1 września w naszym domu miał być uroczyście uczczony. Żeby podkreślić wagę tego dnia pierwsza część tej uroczystości, czyli akademia, odbyła się w kaplicy przed ołtarzem i właśnie to miejsce pokazało okropność głównodowodzącego tą akademią. Ów pan rozsiadł się jak w oberży, nogi rozkraczył na szerokość trzech krzeseł, nie przesadzam nic a nic, i nudził, nudził, nudził. Musiał po swojemu opowiedzieć o wydarzeniach politycznych w Polsce obejmujących okres dwudziestu lat przed wybuchem wojny i przystąpił do meritum wyliczając ile bomb spadło pierwszego dnia wojny, ile ważyła każda bomba i ile w każdej bombie było środków wybuchowych. Osobą odpowiedzialną za całokształt była Kasia, wiedziała dobrze, że ta rozwlekłość opowiadania nie ma sensu, mówiły o tym panie biorący udział w tym występie, niestety nikt nie miał odwagi zwrócić uwagę panu Janowi i o dłużyznach i niewłaściwym rozwaleniu się przed ołtarzem. Przecież to działacz kościelny i od zwracania uwag to jest wyłącznie on sam. Druga część tego świętowania przeniosła się do ogródka pod grzybkiem. To była uczta kulinarna przy śpiewie stałego naszego gościa – pana Leszka. I tak jak poczęstunek zdał egzamin z wysoką oceną tak pan Leszek to był niewypał.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Czy warto ?

W naszym dps zorganizowano wyjazd do podobnego dps na uroczyste pieczenie ziemniaka. Wyobrażacie sobie, przecież to jest jeszcze sierpień, pełnia lata, a ziemniaki piecze się po wykopkach, wykopki bywają jesienią… Ale zaproszenie przyszło i jak znam ten ośrodek który nas zapraszał to impreza świadczyła, że u nich jest już po wykopkach. To inny ośrodek od wszystkich które znam. Ośrodek mający swoje gospodarstwo w którym pracują podopieczni tego ośrodka. Tam są, w porównaniu z nami, młodzi ludzie z ułomnościami psychicznymi, a nie fizycznymi. Mamy do dyspozycji jeden samochód, w którym mieści się zaledwie 8 osób a i tak ludzie zapisywali się na ten wyjazd i wypisywali się. Ja nie wybierałam się na tę wycieczkę, byłam tam dwa razy, w prawdzie bardzo dawno temu, ale trzeba dać możliwość do wyjazdu innym. Nasi wiedzą, że ja już wszędzie byłam gdziekolwiek wyjeżdżaliśmy, przyszli więc po odpowiedź na pytanie – czy warto tam jechać. A oto moja odpowiedź: warto, bardzo warto, już sam dojazd do ośrodka to bajka, w której warto uczestniczyć. Ośrodek mieści się około 15 km. od Olsztyna, a ostatnie 2 km. zaczyna się bajka. Jedziemy pod górę serpentyną, nad głową las, pod nogami wije się rzeczka. Na szczycie góry widzimy pałac, w okół dużo zieleni i kwiatów, zabudowania w formie czworaków i warzywniaki, sad i różne pomieszczenia dla zwierząt – gospodarstwo ekologiczne które pewnie prowadzi jakiś hrabia – no bo pałac. W tym pałacu mieszkają podopieczni. Budynek pięknie urządzony, w holu dywany, kwiaty, fotele, kanapy. Gorzej przedstawia się sprawa pokoi, są wyłącznie wieloosobowe. Budynek jest piętrowy tak więc jest i winda. Winda pasująca do wnętrza, oszklona i z osobą obsługującą. Jak już pisałam, na zewnątrz, w niewielkiej odległości są pobudowane jeszcze chyba przed setką lat – czworaki, w których kiedyś mieszkali pracownicy i dzisiaj również, przecież to wielkie gospodarstwo i z ogrodami i ze zwierzętami wymaga dużo rąk do pracy. Ponadto są przecież pracownicy dps : opiekunowie, pokojowe, terapeuci, instruktorzy, kuchnia, służba zdrowia i tak dla wszystkich mieszkań nie starczy a dojazd do pracy zewsząd jest daleki i niewygodny. Jednak jak już się jest na miejscu i do tego jest się gościem to jest się w bajce. Jak byłam przed laty to mieszkała tam grupa bardzo wesołych chłopców, którzy byli wodzirejami we wszystkim. Założyli specyficzny zespół muzyczny. Mieli porobione takie niby instrumenty z papieru na których grali w rytm muzyki która leciała, wówczas z magnetofonu. Byli wyćwiczeni do perfekcji, jak oglądało się ich i słuchało to wszystko było bardzo zgrane, każdy oddech, każdy ruch ciała, mimika, wszystko współgrało i sprawiało wrażenie, że te papierowe instrumenty grają a wśród muzyków jest Armstrong, czy Presley. Sala widowiskowa połączona ze stołówką dawała dużą przestrzeń a i widowisko było przednie i poczęstunek w różnych postaciach ziemniaka, również. Tańcom i śpiewom nie było końca. Każda delegacja uczestnicząca w zabawach, otrzymała w prezencie duży worek jabłek- widać wyjątkowo obrodziły i wszyscy wracali w znakomitych humorach. Tak więc jechać warto, bardzo warto.

Jak wycieczkowicze wrócili z bajkowej wyprawy to u nas zaczynało się spotkanie śpiewające. Ponieważ w tym dniu do naszego śpiewania dołączyłam klasykę, a konkretnie śpiew Wiesława Ochmana, tak więc z samej ciekawości jak to będzie wyglądało, wycieczkowicze przybiegli do nas. Nie było nas tak dużo jak zwykle ale za to byli miłośnicy muzyki klasycznej, trochę szkoda bo kilka osób jak usłyszało o klasyce to zrezygnowało z przyjścia. Wzięłam na warsztat operę Poławiacze Pereł, opowiadałam o kompozytorze, o treści opery i słuchaliśmy Ochmana. Bardzo lubię taką formę spotkań muzycznych. Padło pytanie, że też ci się chce, przecież to tyle roboty? A mnie się chce i to bardzo. Usłyszę tylko jedno słowo – zrób, robię to natychmiast i to z ogromną przyjemnością.

Napisała do mnie osoba podpisująca się E F, nawiązująca do poprzedniego wpisu o pani Emanueli, zarzucając mi, że napisałam ze zgrozą iż swego czasu wszyscy odwrócili się od jej teściowej, a co ty zrobiłaś, też odwróciłaś się. Odpowiadam – uważam, że między jednym a drugim odwróceniem się jest zasadnicza różnica. Ci którzy odwrócili się od teściowej Emanueli to byli ludzie o cały wiek zacofani w swoich poglądach. Dzisiaj panna w ciąży nikogo nie przeraża, a na dodatek zgwałcona to budzi nawet współczucie. Ja odwróciłam się od morderczyni która wysłała, a przynajmniej wiedziała o wysłaniu na śmierć, dwoje najbliższych jej osób. Ludzi, którzy pomogli im w życiu – jak np. teść. Obaj mężczyźni kochali te kobiety, a te kobiety to były perfidne morderczynie które odbierając życie swoim mężom, nie pobrudziły sobie delikatnych rączek. Ja od tej kobiety odwróciłam się i to ze wstrętem i przerażeniem, i do dziś mnie to przeraża.

Przed chwilą nasze terapeutki – Natalka i Dorotka, przyprowadziły do mnie bardzo miłego gościa, osobę która u nas w dps pracowała przed laty i której każdy z mieszkańców coś zawdzięczał – to Ania. Mnie osobiście dawała nadzieję, że są jeszcze porządni ludzie. Ania była pracownikiem socjalnym a tym działem kierowała wiedźma nie człowiek, na dodatek ta wiedźma była popierana przez panią dyrektor, a zatem osobę wcale nie lepszą; bo jak kierownik socjalna oficjalnie pokazywała swój podły charakter, tak pani dyrektor popierała ją ale uśmiechając się do nas, a nawet przymilając. Wydaje mi się, że to jeszcze gorszy gatunek człowieka. Każdy kto pracował w dziale socjalnym albo blisko pani dyrektor był tak wyćwiczony, że ja to wróg, i nikt mi w niczym nie pomagał, wyjątek stanowiła Ania, była karana za pomoc dla mnie a mimo to pomagała mi we wszystkim o co poprosiłam. Ania dopiero zaczynała swoją drogę zawodową a pomimo wszystko nikt nie był w stanie zniszczyć jej pięknych cech charakteru. A oto jak się mną zabawiały obie panie: pani dyrektor poprosiła mnie o przygotowanie programu na Sylwestra. Zrobiłam go razem z Anią. Socjalna odwołała decyzję pani dyrektor. Wiedziała dobrze, że jak coś robię to ludziom to się podoba, a ja mam być straszakiem a nie zachwytem, tak więc cały program do kosza. Ponieważ Ania w tworzeniu tego pięknego programu uczestniczyła, wobec tego to była ostatnia jej praca w naszym dps. Poszłam do pani dyrektor i przedstawiłam jej jak się sprawy mają, w odpowiedzi usłyszałam – nie będę podważała decyzji pani kierownik. Nie pomogły pisma od mieszkańców z prośbą o przywrócenie do pracy Ani, dwa koziołki matołki się uparły i już. Takich ludzi się nie szanuje a takie cudeńka jak Ania to się po prostu kocha.

I to już wszystko – NARA !