Dalszy ciąg kwarantanny

Zaraz po świętach zepsuła się pogoda, także odpadły mi moje balkonowe „kąpiele” słoneczne. Zamiast słoneczka padał śnieg z deszczem. Żadna pogoda jednak nie przeszkadza mi w wyjściu do atrium. Niestety ubiór w taką pogodę nie ułatwia wykonywania ćwiczeń. No ale podobno słabej tanecznicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy. Zawsze kochałam wyjścia z domu skoro świt, to tchnęło we mnie natychmiastową radość życia, taki zachwyt nad wszystkim. Kiedyś to nawet podejrzewano, że przychodzę do pracy po jednym głębszym, no bo jak można być szczęśliwym przed siódmą rano. A ja byłam szczęśliwa bo idąc pieszo do pracy uśmiechał się do mnie cały świat. Teraz tego zachwytu nie ma ponieważ przestrzeń jest ograniczona; ale niech no tylko skończy się kwarantanna jak pójdę w długą to nic mnie nie zatrzyma, no chyba, że szanowna starość. A jak to podstępnie we mnie wchodzi – ta szanowna starość. Od kilku już miesięcy zauważyłam, że nie mam normalnej temperatury ciała, na ogół 35 stopni, nawet grypę w grudniu przeszłam z taką niską temperaturą. A teraz, w ramach zwiększających się obostrzeń w związku z pandemią, mierzona nam jest codziennie temperatura. Okazało się, że potrafię mieć temperaturę zaniżoną do 34 stopni. Winę zwalałam na wadliwe termometry. Teraz zwróciłam uwagę, że termometry na rtęć nie wskazują niższych temperatur jak 35, 5 stopnia a ja takiej temperatury nie miewam. Zaczęłam się wczytywać w internecie w powody takiego stanu, okazało się, że to starość ma zmniejszoną możliwość do wytwarzania ciepła. No trudno, przeżyję i starość. Przechodzimy kwarantannę już grubo ponad miesiąc a obostrzenia z dnia na dzień są coraz większe. Teraz wprowadzono zakaz obrotu gotówką. Wszyscy musieliśmy podpisać zgodę na potrącanie wszelkich opłat bezpośrednio z naszych depozytów. Podpisałam, ala zaraz po tym przypomniało mi się ile problemów było z fakturami za leki. Wielokrotnie kwestionowałam faktury na których było moje imię i nazwisko i pesel tylko leki nie były moje. Ja ich nawet nie otrzymywałam tylko płacić za nie miałam. Zastrzegłam więc, że księgowość może honorować fakturę wyłącznie z moją parafką. Zamówienie na leki składam na piśmie w dwóch egzemplarzach, dopiero jak porównam fakturę z moim zamówieniem i zatwierdzę ją dopiero wówczas księgowość będzie mogła potrącić mi za leki z mojego depozytu. Mało tego, na wszelki wypadek założyłam księgowość w zeszycie. Niestety brak zaufania. Zastrzeżeń co do faktur za leki miałam bardzo dużo i to wszystko jest opisane na moim blogu. Nie tylko ja miałam zastrzeżenia, to był stały problem mieszkańców. Podejrzewam, że to dlatego właśnie nasz Dom ma podpisaną umowę z tą anie z inną apteką – samowolka, przecież starzy głupcy nie zwrócą uwagi. Ja sobie z tym problemem poradzę a jak poradzą sobie inni. Nikt z rodziny pomóc nie może a nie każdy potrafi dopilnować swoich spraw. Fakt, że mamy możliwość korzystania z apteki nie wychodząc z domu, jest bardzo dużym udogodnieniem w chwili obecnej, ale brak zaufania komplikuje sprawy.

Jakaś taka staranność weszła w sumienia pracownicze. Otóż w pierwszym dniu świąt o godz. 19 zaczęła mi kapać woda z sufitu w przedpokoju. Pobiegłam do sąsiadki mieszkającej nade mną a tam sucho. Zaczęłam rozglądać się za personelem ale to taka godzina i na dodatek święta, że nie ma co szukać personelu; jest gdzieś u kogoś w pokoju jakaś opiekunka ale pokoi jest sto pięćdziesiąt. Przeszłam się po korytarzach i wróciłam do siebie. Podstawiłam więc miskę, którą obłożyłam ręcznikami i poszłam spać. Rano poczekałam do godz. 6,30 – o tej porze przychodzi poranna zmiana – i zgłosiłam problem. Aż trudno uwierzyć ale jeszcze przed śniadaniem problem został rozwiązany i to poważny problem. Piętro wyżej i to dwa pokoje dalej ode mnie, pękła rura. Zalało dwie łazienki i dwa przedpokoje, ale u ludzi leżących, którzy sami do łazienek nie wchodzą także o awarii nic nie wiedzieli. Jeszcze przez cały dzień musiałam przez przedpokój przechodzić z parasolką ale to wyciekała woda którą nasiąkł sufit. Wymiana rur nastąpiła błyskawicznie. Także kochani u nas wszystko dobrze. Nie sugerujcie się tym, że najwięcej ludzi umiera na koronawirusa w DPS u nas jest okey!

Wielkanoc 2020r.

Wielkanoc dla mnie zawsze musiała być pachnąca czystością, świeżością, w kolorach bieli, żółci i zieleni. Wszystko musiało lśnić i pachnieć . Wiosenne słoneczko musiało zaglądać do naszych okien przez czyściutkie szyby. Mówiły o tym moje wielkanocne rymowanki:

Wszystko czyste Wielkanocnie, czysta dusza, czyste serce… Czystą dłonią uścisk dajesz drugiej dłoni tej w podzięce. Wielkanocnie czysty obrus, wielkanocnie lśniące szyby, Post już minął, w sercu wiosna, żyj naprawdę nie na niby. Czystym sercem radość dawaj, wszystkim ludziom dookoła, Jasne czoło schyl przed drugim ; w czystej duszy jest pokora.

Serce i dusza były zawsze czyste przed Wielkanocą ponieważ obowiązkiem było – ” Przynajmniej raz w roku spowiadać się a około Wielkiejnocy Komunię Świętą przyjmować”. Gorzej było z tą pokorą. W tej rymowance to jest przypomnienie dla mnie – więcej pokory pani Danusiu. Nigdy jej we mnie nie było. W tym roku Wielkanoc jest smutna, bez radosnego witania gości, bez koszyczka z wykrochmaloną serwetką i jajeczkiem do poświęcenia. Każdy z nas osobno, sam ze sobą. Ale tak jest prawie na całym świecie. To jest właśnie życie na niby. My, podopieczni naszego DPSu mamy lepiej od innych. W naszym Domu wszyscy są zdrowi i to jest najważniejsze. Przecież setki tysięcy ludzi leżą w szpitalach. Na świecie zarażonych korona wirusem jest ponad 1700 000 ludzi. Od tego wirusa zmarło na świecie już ponad 100 000 ludzi. Personel który zajmuje się tymi chorymi pada na twarz ze zmęczenia i strachu o siebie o innych i o swoich bliskich. To są Herosi XXI wieku i to na skalę międzynarodową. Tak więc hasło dnia, które obowiązuje już od kilku tygodni, jest ciągle aktualne – ZOSTAŃ W DOMU. W naszym Domu podporządkowali się wszyscy temu zaleceniu i pewnie dlatego jesteśmy zdrowi. Są malkontenci, którzy chodzą i marudzą nie mogąc się z tym faktem pogodzić, że ma siedzieć w domu. Do mnie przychodzi taki maruder i smędzi – to Antoś. Dzień w dzień tłumaczę mu to samo stosując łopatologię żeby zrozumiał. Mózg mu się zasklepił i nic nie dociera. Zadaje mi ciągle to samo pytanie, jak dziecko – dlaczego? A no dlatego, że nikt nie wie dlaczego tak a nie inaczej. Na wszelki wypadek tak ma być i już. Mój dzień choć w samotności, mija mi całkiem znośnie. Wstaję jak zwykle o godz. 5. 30 rano. Trochę poćwiczę jeszcze w łóżku, później toaleta, kawka, wiadomości w Polsacie, ogarnięcie pokoju i wyjście z kijkami do atrium. Wychodzę codziennie o godz. 7, 00. W atrium trochę chodzę trochę ćwiczę tak na zmianę i w ten sposób mija 45 min. Po powrocie do pokoju muszę wykonać ćwiczenia których nie mogłam wykonać na dworze ponieważ wychodzę w polarze i kamizelce przez co jest mi ciężko. Tak w ogóle to moja tusza już mi przeszkadza w życiu a w ćwiczeniach to już aż strach. Później jest śniadanko podane do pokoju, a od godziny 9,30 do 10, 30 korzystam ze słoneczka na balkonie. Później jakaś Jolka – czyli krzyżówka, coś popiszę, coś poczytam i już obiad – podano do stołu jaśnie pani. Kawka poobiednia koniecznie ponieważ pomalutku zaczyna schodzić powietrze z pani Danusi. Jeszcze się wysilę na jakieś porządki na półkach, może jakieś prasowanie, ale to już na siłę bo już nie wiele powietrza zostało. Tak więc łóżeczko i telewizorek o godz. 21,oo lulu. I takie to jest życie staruszki, męczące samo w sobie, jednak i tak mamy lepiej od innych i to nie tylko od staruszków.

Już kwiecień

Dopiero się zaczął więc jaki będzie nie wiadomo, ale jakie były kwietnie w latach minionych to mogę sobie przypomnieć otwierając zeszyt z moimi rymowankami. Przed laty, dość często opisywałam różne wydarzenia, pory roku, czy poszczególne miesiące. Teraz jak otworzyłam kartki swojego notesu z rymowankami sprzed laty stwierdziłam, że to jest pamiętnik mojego życia tyle tylko, że pisany wierszem. Widać zawsze mnie ciągnęło do pisania pamiętników, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy. W tym moim rymowanym notesie są trzy części zatytułowane : rymowane fragmenty życia, teksty do piosenek pisane przeze mnie i życzenia . I tak np. rymowanka opisująca kwiecień 1999r. świadczy o tym, że na święta wielkanocne spodziewałam się dużo gości. Najpierw wysprzątałam cały dom a później zabrałam się za świąteczne potrawy i byłam szczęśliwa bo wszystko się udało.

Zakasałam już rękawy i porządki czynię. Kwiecień świętem się zaczyna a ono przeminie tak szybciutko jak i przyjdzie- radością wiosenną, gwarem wnuków, pięknem córek, tęsknotą niezmienną. Baby pięknie wypieczone, szynki okazałe, szczupak, śledzik i święcone, wszystko się udało. Stół szeroko rozstawiony, już przyjmuje gości. Kiedy znów się zobaczymy – czy w miesiąc miłości ? Swoją rymowankę zakończyłam pytaniem a opisując maj dałam odpowiedź.

Tego roku maj był Laury; otulił ją bielą – Kołysała w sercu Bozię z dumą i nadzieją. Skąd powaga taka w dziecku, skąd tyle godności? W długiej sukni kroczy dumnie i zaprasza gości. Zapraszała nas do stołów umajonych kwieciem, z lewej strony starsi siedli, po prawej zaś dzieci. Kuchnia polska i chorwacka na białym obrusie. Ustawiają pełne misy Damirek z tatusiem. Rośnij zdrowo polska wnuczko, choć z chorwackiej ziemi, wojna ciebie tu przygnała z rodzicami twymi. Szłaś przez Sztudgard do Olsztyna zagrzebianko mała, rośnij zdrowo, ucz się dobrze, błyskaj szczęściem cała.

Oczywiście ta rymowanka mówi o Pierwszej Komunii Świętej mojej wnuczki. O tym, że z Zagrzebia wygnała ich wojna bałkańska. Uciekli najpierw do Sztudgartu a później przyjechali do Olsztyna i są tu do dziś. Opisując czerwiec przypomniałam sobie, że w maju spotkaliśmy się w licznym gronie dwukrotnie a w czerwcu w bardzo licznym gronie na moich imieninach, to grono było powiększone o moich przyjaciół. Rymowankę zaczęłam słowami, że na czerwcowym stole stoją jeszcze róże w majowym wazonie… a dalsze zwrotki mówią i o licznych przyjaźniach i serdecznych spotkaniach ale i o wydarzeniu, które mnie bardzo zabolało.

Czerwiec, tak jak życie to smagał to koił. A jedno smagnięcie wciąż boli i boli. Mimo tłumu gości i naręczy róż, moje serce wciąż boli, boli i już. Toastów było dużo, radości też moc, więc czemu nie zasnęłam przez calutką noc? W dalszych zwrotkach wymieniam wszystkich swoich gości i tych którzy złożyli życzenia telefonicznie no i oczywiście wyjaśniam tak ” poetycko ” swój ból serca.

Rok dwutysięczny zostawił po sobie same puste kartki; a w 2001 roku opisałam kwiecień tak :

Perskie oczko do nas puścił pod koniec żywota, cały miesiąc mroził, chłodził, nie żałował błota. Zapomniałeś żeś wiosennym jest miesiącem – miły. Sercem całym wyczekany do ostatniej chwili. Na zwodziłeś nas nadzieją, tęsknotą do słońca, aż błysnąłeś i ogrzałeś pod koniec miesiąca. Takie było perskie oczko, muśnięcie jak mgiełka. Już nie czekam, rok za długi, nadzieja nie wielka.

Chyba w kwietniu 2001r. nie wydarzyło się nic szczególnego, nic co warto byłoby uwiecznić, ale lekkość wiersza świadczy, że miałam się dobrze. Opisałam tylko pogodę. A we wrześniu tego roku już chodziłam na Pobyt Dzienny do naszego DPSu.

Rymowankę o kwietniu 2003r. pisałam razem z trzyletnią dziewczynką, córką jednej z naszych dziennikarek radiowych, która bardzo chciała pisać wiersze. Tak więc wierszyk musiał być leciutki, muskający życie. A oto on- kwiecień plecień z 2003r.
Coś – błysnęło słoneczkiem, zapachniało kwiatkiem, zaćwierkało wróbelkiem, przeleciało wiatrem. Coś – deszczem skropiło, kolorami nęciło, co to było, co to było? Naraz śniegiem zawiało, chłodem przeniknęło i zniknęło. Nie, nie zniknęło, ostro trzyma – to zima? Nie, to plecień, czwarty miesiąc roku, który nie wie kim jest i tak miesza po trochu. Trochę zimą postraszy, trochę wiosną przygrzeje i z nas wszystkich po prostu się śmieje.

W rok później, na swoje czwarte urodziny, owa przyszła poetka zażyczyła sobie ode mnie urodzinowy wierszyk. Trudno mi było pisać tak leciutko jak dla dziecka ale dziecko było zachwycone i to było najważniejsze.

A co dzieje się teraz, w kwietniu 2020? Jak śpiewa Krzysztof Kiliański w duecie z Izą Kowalewską – ” klepię życie jak różaniec, jak paciorki bliźniacze dni. Smaku jak w opłatku w nim brak” . To przez te cholerne wirusy które nawet siebie ukoronowały i to dlatego, że opanowały cały świat i będą dominantą przez wiele miesięcy.

Dwa tygodnie w zamknięciu

Chyba nadchodzi dzień świra. Dla mnie osobiście, najgorszą rzeczą jest przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu bez możliwości wyjścia na zewnątrz. To jest wprawdzie ogromny budynek po którym można byłoby pochodzić, ja jednak nic nie umiem robić bez celu. Jest bardzo sennie. I ta cisza, która aż przeraża. Każdy z nas poczuł się od razu chory i wyleguje się w łóżeczku. Dlatego właśnie boję się nadejścia dnia świra. Nic nie robiąc można zwariować. Jak raz, po kilku dniach, wyszłam do ogródka, to pomimo, że chwilę w nim pracując zmęczyłam się potwornie, to jednak mimo zmęczenia weszło we mnie życie. Autentycznie odżyłam. A teraz znów nie można i znów apatia. Opiekunki, pokojowe i pracownice kuchni są zmęczone, bardzo zmęczone. Wszystkim mieszkańcom trzeba wszystko podać do pokoju, a jest nas prawie 150 osób z różnymi zachciankami. Osoby, które lubią pogaduszki o niczym pewnie nie męczą się tak jak ja. Ja rozmów o wszystkim i o niczym nie lubię. Nigdy nie lubiłam. Mimo, że rozmów o niczym nie lubię to zaszłam do Jadzi na pogaduchy. U niej chyba właśnie był dzień świra. Co ta kobieta odwaliła to szok. Opowiadała mi, że jak zobaczyła w telewizji komunikat o problemach ludzi starszych i możliwościach załatwienia sobie zakupów i jedzenia z dostawą do domu, postanowiła zadzwonić pod wskazany numer. Pytam ją – po co to zrobiłaś, widzę, że wszystko masz co ci jest potrzebne; a ona na to – od kilku dni dostaję kolacje które mi nie smakują. Co ty takiego dostajesz – pytam, chyba to samo co wszyscy. Ja wprawdzie nie wiem co dostajecie na kolację ponieważ od 5 lat jej nie jem, tylko czasem o coś poproszę, a przeważnie wszystko zamieniam na owoce; a co ty dostajesz? Ciągle ten chudy twaróg – odpowiada Jadzia. Taki krojony, twardy twaróg? Najlepszy jaki może być, o który ja zawsze proszę i oddałabym za niego najlepsze szynki. A ja go nie lubię, odpowiada Jadzia. To nie wystarczyłoby porozmawiać z opiekunką? Nie wystarczyło, a jak zadzwoniłam to popatrz od razu lepsze jedzenie. Jadzia, to lepsze to takie jak dostali wszyscy w naszym Domu. Na drugi dzień rozmawiam z Cześkiem który mieszka na parterze i widzi wszystko co dzieje się przed wejściem do budynku. Mówi mi – wiesz wczoraj przyjechał tu jakiś samochód, długo stał i trąbił a na tym samochodzie był duży napis – JEDZENIE. Nikt nie podszedł do tego samochodu, czyżby ktoś pomyślał, że jesteśmy głodni? No i czy nie świrujemy? Co by nie mówić to wszyscy mieszkańcy ( no może nie wszyscy ) podziwiają podejście kierownictwa Domu do pandemii. To na co kiedyś narzekali już nie narzekają. Nie dość, że wszystko jest dezynfekowane to naszym pracownikom przy wejściu do budynku jest mierzona temperatura. Chyba cały MOPS bardzo poważnie i porządnie podchodzi do sprawy. Dzwoniło do mnie kilkoro podopiecznych naszego Dziennego Pobytu pytając co u nas a ja dowiedziałam się przy okazji, że ich opiekunowie, mimo, że każdy jest w domu, interesują się swoimi podopiecznymi. Dzwonią z zapytaniem czy czegoś potrzebują i wszystko co jest im potrzebne jest dowożone.

Muszę odnotować wiadomość z Chorwacji, ponieważ 50% mojej rodziny to Chorwaci, konkretnie Zagrzebianie. Wprawdzie wszyscy są od lat w Polsce ale mieszkanie w Zagrzebiu czeka na ich ewentualny powrót. A tam w Chorwacji nie dość, że koronawirus dziesiątkuje ludzi to jeszcze do tego doszło trzęsienie ziemi jakiego nie było od 140 lat. Niestety budynek w którym mają to mieszkanie moi, został uszkodzony; nie tak jak inne ale szkody są. Budynek jest dwupiętrowy a ich mieszkanie mieści się właśnie na drugim piętrze, także w takiej sytuacji zrujnowany dach i komin ma zasadnicze znaczenie. Niestety pojechać nie można – z powodu pandemii granice zamknięte. Zdalnie fachowców ściągnąć nie można bo tam wszyscy uwijają się jak w ukropie. Także my mieszkańcy Domów Opieki mamy najlepiej. Na pewno nie we wszystkich Domach jest tak jak u nas, ale u nas wszyscy czują się bezpiecznie. Jeszcze tylko żebym mogła pójść do ogródka, coś zrobić i troszeczkę pobyć na słoneczku.

Kwarantanna

Nie sposób pisząc pamiętnik nie odnotować faktu, że świat opanowała pandemia choroby zakaźnej – koronawirusa. Jeszcze dwa tygodnie temu dowiadywaliśmy się, że wirus opanował Azję i przenosi się do Europy ale jakoś omijał Polskę, a już z dnia na dzień osób zakażonych przybywa. Na dzień – 14 marca 2020r. według informacji mediów w Polsce zakażonych było 68 osób, a już dzisiaj 21 marca stwierdzono wirusa u 425 osób. 77ooo osób przechodzi kwarantannę. My od poniedziałku – 9 marca w naszym DPS nie przyjmowaliśmy już ludzi z zewnątrz. Nasi pracownicy wchodząc musieli przejść odkażenie przynajmniej rąk. Liczyłam się z tym, że budynek zostanie zamknięty i dla nas mieszkańców, sądziłam jednak, że nastąpi to w poniedziałek 16 marca. W czwartek robiłam listę rzeczy które muszę uzupełnić na co najmniej miesiąc typu – leki, kremy, dezodoranty, owoce, doładowanie telefonu … jak weszła opiekunka i oznajmiła, że od tej chwili już nie możemy opuszczać budynku. W pierwszej chwili pomyślałam, że znam tyle tajemnych przejść, że jeszcze zdążę zrobić te zaplanowane zakupy ale zaraz potem zawstydziłam się sama przed sobą, jak mogłam tak pomyśleć. Przecież to nie chodzi o mnie tylko o Nas. Nie wstydził się swoich zachowań pan NIKT i śmiało korzystał z tajemnych przejść, na szczęście trafił na odważną pokojową która problem zgłosiła gdzie trzeba i przerwała te wycieczki. Może zamknięto nas trochę za wcześnie; przecież w naszym mieście nie stwierdzono jeszcze ani jednego przypadku ale jednak lepiej dmuchać na zimne. Wprowadzono izolację jak jeszcze wszyscy byliśmy zdrowi, tak więc przemieszczanie się po budynku jest w 100% bezpieczne, mimo wszystko jednak nie ma żadnych zajęć i posiłki rozwożone są po pokojach. Nie wyobrażam sobie jak czują się ludzie którzy byli zdani na opiekunów i zajęcia grupowe z terapeutami, ludzie którzy nie robią nic bez pokierowania nimi. Ja czuję się jak bardzo zadbany ptak w złotej klatce, biorąc pod uwagę sytuację. Dopiero teraz doceniam dobrodziejstwo Domów Opieki. Jestem w swoim czyściutkim pokoju w którym mam wszystko co jest mi potrzebne. Opiekunka na zmianę z pokojową pytają o samopoczucie, przynoszą posiłki i pytają co jeszcze mogliby dla nas zrobić. A co ja mogłabym zrobić dla nich, po za tym, że dziękuję im na każdym kroku. Czasem nachodzi mnie taka myśl, że jak aż tak młodzi będą się troszczyć o starych to kraj opanuje starość; młodzi nie wytrzymają. Nie na darmo mówi się, że im dłużej żyją rodzice tym krócej ich dzieci. Jak widzę w telewizji z jaką beztroską starucha robi zakupy w sklepie bo zbliżają się jej urodziny to miałabym ochotę jej nawciskać. Nie kupowała artykułów niezbędnych do przeżycia tylko na przyjęcie gości. Mam nadzieję, że ci goście będą od niej mądrzejsi i życzenia złożą wyłącznie telefonicznie. Ostrzeżono nas, że jeśli którekolwiek z nas wyjdzie do miasta swoimi tajnymi przejściami to dyrekcja będzie zobowiązana powiadomić o tym SANEPID. Nie przyszłoby mi do głowy coś takiego już teraz; pomyślałam o tym przy pierwszym zakazie, teraz już nie. Powiedziano mi również, że do swojego ogródka to będę mogła wyjść; no przecież już kwitną pierwiosnki. Niestety wyszłam tylko raz, już nie możemy wychodzić z budynku; ale mamy balkony to chociaż popatrzę na pierwsze wiosenne kwiatki z mojego ogródka. Na świecie są 195 kraje ( chociaż podróżnik pan Wojciech Dąbrowski twierdzi, że zwiedził ich 238 ) a wirus opanował już 160 krajów. Ta pandemia rujnuje nie tylko zdrowie ludzi ale całą gospodarkę świata. Zamykane są zakłady pracy, szkoły, uczelnie. Ludzie siedzą w domach, ulice są puste. Tylko nasza służba zdrowia pracuje bez wytchnienia, ale i wśród nich szerzą się zachorowania. Dziwicie się po co piszę o czymś o czym wszyscy wiedzą. Ten blogg to mój pamiętnik który musi uwiecznić to tragiczne wydarzenie, przecież on będzie krążył w internecie kiedy nas już nie będzie, zostanie tylko zapisana pamięć. Tak więc na zakończenie dodam, że cały personel naszego DPSu troszczy się o nas bardzo. Wszystko jest w należytym porządku. Niczego nam nie brakuje. Pozostaje nam tylko modlić się o zdrowie wszystkich pracowników i o to żeby ta pandemia skończyła się jak najszybciej.

Komentarzy część II

Napisała do mnie Danuta zarzucając mi, że za bardzo się chwalę. Że nie dość, iż piszę bloga, piszę wiersze, śpiewam, mam szerokie znajomości to jeszcze byłam nadzwyczajnym inspektorem pracy. Kochani, na pewno źle o sobie pisać nie będę, na to nie liczcie, niech to robią inni. Pisząc o sobie tylko stwierdzam fakty. No przecież piszę bloga, są w nim moje rymowanki, nie śmiem nazwać tego wierszami. Ze śpiewu przez wiele lat utrzymywałam rodzinę, to chyba najgorzej z nim nie było. O swoich znajomościach pisałam z wielkim sentymentem bo są to znajomości z podwórka, babci i dzieci w wieku jej wnuków. A o tym, że byłam dobrym i docenianym inspektorem napisałam z satysfakcją ponieważ jestem z tego bardzo dumna. Że to prawda to potwierdza pełna nazwa firmy w której pracowałam. Ludzie z którymi pracowałam jeszcze żyją; są to moi rówieśnicy albo młodsi ode mnie. Pozwólcie, że odlecę wspomnieniami w tamte lata, czyli lata 70- te ubiegłego wieku; kiedy to najmodniejszym muzycznym zespołem polskim były Wawele, a najmodniejszym wokalistą zagranicznym był Afric Simone – oczywiście moim zdaniem. Utwory tych wykonawców leciały w radio non stop. Koleżanki i koledzy z biura, wiedzieli, że jak podkręcą gałkę w odbiorniku radiowym podczas emitowania tych utworów to zdecydowanie wprawią mnie w dobry nastrój. Zwłaszcza dbał o to pan Jurek – osoba odpowiedzialna za organizację regionalnych zjazdów i szkoleń Zarządów Spółdzielni. Siedzieliśmy ze sobą biurko w biurko. Radio stało przy jego biurku. Grało zawsze cichutko ale jak leciały utwory wymienionych wykonawców decybeli przybywało. Pan Jurek, był o kilka lat młodszy ode mnie, wykształcony, taktowny, mądry i elegancki pod każdym względem. Niestety miał jedną dolegliwość – nie miał podzielności uwagi. Jak mówiła więcej niż jedna osoba on nie słyszał nikogo. Bardzo szybko to zauważyłam i ratowałam chłopaka z opresji. Jak zbliżał się jakiś zjazd to przy jego biurku roiło się od prezesów i wszyscy mówili na raz i to podniesionymi głosami. Ja udając, że robię swoje notowałam co który prezes mówił. Jurek siedział jak zbity pies po takich wizytach ale jak robiło się cicho podawałam mu kartkę na której było wszystko dokładnie zapisane. Drugim inspektorem był Tomek – sprawy BHP. Przeciwieństwo Jurka. Praca którą wykonywał nie była jego marzeniem, Jego żywiołem było morze. Skończył rybołówstwo dalekomorskie i życie na lądzie to była męczarnia. Trwał na tym lądzie na prośbę żony, która za wszelką cenę nie chciała być Penelopą. Tomek robotę odwalał i wszystkich olewał. Był opryskliwy do wszystkich. Jurek go ciągle pouczał, że tak nie można zwłaszcza do żony. Był zdolny i bystry. Jak chciał to zrobił ale na ogół nie chciał. Patrząc na mnie, Tomek nie mógł się nadziwić – jak można lubić tak pracę. Jak tylko była okazja to usiłował drwić ze mnie ale te drwiny, o dziwo według mnie, podnosiły moją wartość, dlatego nigdy nie gniewałam się na niego, współczułam mu katorgi. N.p. Tomka nie było dość długo w pokoju ( a wszyscy siedzieliśmy w jednym pokoju, to znaczy czwórka inspektorów i Pani Naczelnik ). Pani Naczelnik kilka razy spytała – czy nie wiecie gdzie jest Tomek ? Nie wiedzieliśmy. Po dłuższym czasie Tomek wraca. Gdzie się pan podziewał – pyta szefowa. A Tomek lekceważąco – niech pani spyta pani Danki, ona przecież wszystko wie, a jak nie wie to zrobi dochodzenie i będzie wiedziała. Spojrzałam na niego i spytałam – naprawdę mam powiedzieć gdzie pan był ? Zdziwienie, przecież nie wychodziłam z pokoju. Ależ proszę ,jestem bardzo ciekaw czy tym razem pani nos śledczy nie zawiedzie. Reperował pan samochód. Konsternacja. Wszyscy, na czele z Tomkiem zaniemówili. Ma pan plamę z oleju na spodniach, za późno podwinął pan rękawy koszuli i tam również są plamy. Więcej nigdy Tomek ze mnie nie drwił. Trzecim inspektorem była Asia, osoba odpowiedzialna za szkolenia naszej służby zdrowia. Zrzeszaliśmy w końcu spółdzielczość inwalidzką i w każdej spółdzielni byli lekarze i interniści i specjaliści, były gabinety zabiegowe i pielęgniarki pracujące na zmiany. O ironio losu; na zjeździe lekarzy z całego regionu, którym kierowała Asia, Asia umiera na zawał serca, lekarze rozpoznali zatrucie. 15 minut po śniadaniu Asia zaczęła zwijać się z bólu i wymiotować. Zlecono płukanie żołądka podczas którego Asia umiera. Niespełna trzydziestoletnia kobieta, żona i matka dwójki dzieci. Rozpacz i szok. No i wreszcie nasza Pani Naczelnik, postrach wszystkich pracowników. Wymagająca, pedantyczna pod każdym względem, prawa, ale ze słabostkami kobiecymi. Wyszła za mąż bo przecież kobieta musi być adorowana i rozpieszczana przez mężczyznę, a więc trzeba mieć kogoś takiego na podorędziu. Zdecydowała, że nie będzie miała dzieci ponieważ to niekorzystnie wpłynie na jej figurę. W pracy zawsze była pierwsza, znacznie przed czasem, ponieważ właśnie w pracy robiła się na bóstwo Ja również miałam zwyczaj przychodzenia do pracy przed czasem po to żeby o godzinie 7. oo być w gotowości i tak początki spotkań ( szefowej w wałkach na głowie z podwładną ) były nie ciekawe; ale bardzo szybko obie przywykłyśmy do tego. W miarę poznawania siebie Ona mnie doceniała ja jej zawdzięczałam cholerną skrupulatność w robocie. Wszystko było na miejscu i pod ręką w razie potrzeby. Cokolwiek chciała ode mnie to bez problemów znajdywała ponieważ wszystko wykonywałam według Jej wskazówek. Takich szefów należałoby klonować. W sumie to był jedyny szef który czegoś mnie nauczył. Zwykle szefowie wymagają chociaż często nie wiedzą za dobrze czego; Ona najpierw nauczyła tego czego później wymagała a co było mi przydatne do końca pracy zawodowej. Żałuję bardzo, że skusiły mnie wyższe zarobki i zmieniłam pracę chociaż w sumie robiłam to samo – kontrolowałam podległe nam filie pod względem realizacji produkcji.

Komentarze

Bardzo się cieszę jak widzę, że są komentarze na temat moich wpisów i nie ważne czy są one łaskawe dla mnie czy wręcz odwrotnie. Komentarz jest oznaką, że czytacie a dla piszącego to jest istotne. Nie tylko komentarze są dowodem na to, że czytacie, odzew w zachowaniu pracowników również o tym świadczy. I tak dwa wpisy temu pisałam, że na ogół na wszelkie zajęcia zapraszane są osoby zawsze te same i specjalnym gestem – czyli na ucho. Napisałam w związku z tym, że czekam żeby kiedyś ktoś mnie zaprosił w ten sposób i tak właśnie się stało. W prawdzie nie skorzystałam z zaproszenia ( inne zobowiązania ), ale było mi miło. Nie dziwię się, że ludzie zaproszeni w taki sposób czują się zaszczyceni i wspomagają imprezę swoją obecnością. Weście jednak pod uwagę fakt, że pozostali mieszkańcy, którzy widzą taką formę zaproszeń tylko dla wybranych, czują się nie docenieni.

Pani, podpisująca się DAMA, zasugerowała mi żebym jednak opisała trzy punkty pominięte w opisach pokontrolnych – to jest punkt 8, 9 i 10, bo chyba ważne jest na co ludzie się skarżą. Przepraszam, już wracam do pominiętych punktów. Nie pisałam o tym ponieważ już mnie szlak trafiał jak czytałam po raz nie wiadomo który, zdanie – nie dokonano ustaleń.

A zatem punkt 8 – Dyrekcja Domu podobno, wydała zakaz przynoszenia i podawania dodatkowych posiłków – owoce, jogurty – przez osoby odwiedzające podopiecznych. ( Ale mi posiłki ). Pewnie ktoś ten zakaz kwestionował a Panie kontrolerki, na ten głupi zakaz, odpowiadają – w toku kontroli nie dokonano ustaleń w powyższym zakresie. Ponadto mieszkańcy nie sygnalizowali ww problemu. Konia z rzędem temu kto wie o co chodzi w tym punkcie. Jeśli mieszkańcy nie sygnalizowali problemu, to po co o tym pisać. To znaczy, że mieszkańcy wiedzą, że to głupi zakaz i nie ma o czym pisać.

Punkt 9 – Zamykanie podopiecznych w pokojach w porze wydawania posiłków, co potwierdzają przekazane do MRPiPS ( nie mam pojęcia co to za skrót ) materiały w formie plików wideo. Odpowiedź – nie dokonano ustaleń. ( Ciekawa jestem czy w ogóle dokonywano).

Punkt 10 – Brudna odzież zalegająca w łazienkach ( brak przeznaczonego do tego celu pomieszczenia) i niewystarczający stan czystości. Odpowiedź – Bezpośrednio po rozpoczęciu niezapowiedzianej kontroli, zespół inspektorów przeprowadził wizytację obiektu, w tym pokoi mieszkańców, ich łazienek i toalet oraz pomieszczeń ogólnodostępnych; wszystko było w należytym porządku. Odnośnie tego punktu zgadzam się z kontrolującymi. Wprawdzie nie chodzę po budynku i nie zaglądam ludziom do pokoi, ale to co widzę jest okey. Ktoś jednak o tym pisał. Skargi nie były anonimowe więc może coś było na rzeczy.

Jak już pisałam skargi nie były anonimowe, jednak nie wszystkie rozpatrywano. Nie poruszono w protokole sprawy ingerencji lekarza psychiatry na zlecenie Dyrekcji. Nie porozmawiano z podopiecznymi którymi bezpodstawnie interesował się psychiatra i straszył szpitalem wbrew woli mieszkańców DPSu. i na wyraźne życzenie Dyrekcji DPS w celu zamknięcia ust delikwentowi. Nie poruszono sprawy braku badań lekarzy neurologów w przypadkach udarów czy utraty mowy. Poruszono tylko jeden przypadek – Pani Marii i rozpatrzono go na korzyść dyrekcji a ta sprawa powinna była zakończyć się zwolnieniem z pracy siostry oddziałowej. Nie wspomniano nawet o wieloletnim nękaniu mieszkańca – czyli mnie. Tak więc kontrola przeprowadzona była dla odfajkowania, że była. Niczego nie wniosła i niczego nikogo nie nauczyła, a nam skarżącym się utarła nosa.

Moje kontrole

Opisując wnioski pokontrolne z naszego DPS przypomniało mi się, że przez kilka lat pełniłam funkcję kontrolujące pracując w Regionalnym Związku Spółdzielni Inwalidów i w jednej ze Spółdzielni Inwalidów. Kontrolowałam dwa województwa i miałam szczęście podlegać porządnemu kierownictwu. Moi szefowie jak chcieli poznać sprawę tak dogłębnie, od podszewki, zawsze wysyłali mnie. Ja natomiast wychodziłam z założenia, że jeśli człowiek się skarży to trzeba mu uwierzyć i za wszelką cenę pomóc cierpliwie dochodząc do sedna. Wysyłano mnie na kontrolę nawet z resortów na których w ogóle się nie znałam bo wiedzieli, że będę tak drążyć aż kończąc kontrolę będę już specjalistką w tej dziedzinie. Taki protokół pokontrolny jaki opisałam w poprzednim rozdziale to wstydziłabym się podpisać. Opiszę trzy przykłady które zobrazują moje podejście do sprawy. List od Fali 56 – to taki interwencyjny program radiowy z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku; strajk w spółdzielni i pomoc dyrekcji w wyjaśnieniu sprawy lewego handlu wyrobami spółdzielni. Jak od swojej pani naczelnik usłyszałam pytanie – zajmie się tym pani – odpowiedź brzmiała – pewnie, że tak, chociaż miałam cykora czy dam radę, ale też zawsze przychodziło mi do głowy jedno – ktoś oczekuje mojej pomocy i nikt nie zrobi tego staranniej ode mnie.

Któregoś dnia do naszego Regionalnego Związku przyszedł list z Fali 56 z prośbą żebyśmy się wnikliwie zajęli skargą człowieka, pomimo, że sprawa ta została przegrana w Sądzie Pierwszej Instancji. Człowiek ów był stróżem na budowie w Sejnach i odchodząc z pracy podobno nie rozliczył się z pobranej odzieży ochronnej – konkretnie z kożucha. W owych latach taki kożuch wart był kilka jego pensji tak więc nic dziwnego, że nie chciał ponosić kosztów za coś czego nie był winien. Sprawa podlegała inspektorowi BHP ale jego zdanie wszyscy znali – jeśli Sąd uznał jego winę to co on może zrobić. A moje zdanie było przeciwne – jeśli człowiek nie może się z tym pogodzić to znaczy, że został skrzywdzony i ja znajdę tego kto go skrzywdził. Kierownictwo tej budowy miało swoją siedzibę w Augustowie, zadzwoniłam do nich i poinformowałam, że jutro rano jestem, żeby przygotowano mi wszystkie dokumenty tej sprawy. Jeszcze nie wyjechałam a już wiedziałam, że sprawę wygrałam. Kierownik nadzorujący budowy w powiecie zadał mi pytanie – a jakie dokumenty? No jak to jakie, chociażby protokół odbioru kożucha, bo wyście go odebrali pocztą tylko twierdzicie, że to nie jest ten kożuch który powinien być. Nie mamy żadnego protokołu, ten kożuch po prostu leży w kącie, na podłodze w magazynie. Ile lat tak leży – pytam. Chyba z dziesięć. Do jutra, panie kierowniku. Moja pani naczelnik aż krzyknęła – wiedziałam, że będę mogła się pochwalić rzetelnie załatwioną sprawą. Jedź i bądź tam tak długo ile trzeba.( Jak w pracy spotykają się porządni ludzi to praca taka daje bardzo dużo satysfakcji ). Po przyjeździe na miejsce uświadomiłam panu kierownikowi, że przy odbiorze takiej przesyłki pocztowej należało sporządzić komisyjnie protokół odbioru. To my to zrobimy teraz – radośnie odpowiedział pan kierownik. Proszę bardzo, ale z dzisiejszą datą. W protokole zaczęli się rozpisywać, że kożuch jest brudny i pogryziony przez myszy. Pomyślałam sobie, Boże ty widzisz i nie grzmisz. No jaki ma być ten kożuch po 10 latach leżenia na podłodze. Skoro nie mieliście protokołu odbioru to z czym byliście w Sądzie? W Sądzie zeznawali świadkowie. Jacy świadkowie ? Dostałam listę trzech osób. Poprosiłam o akta osobowe tych osób i okazało się, że dwóch z nich zostało zatrudnionych kilka lat później niż było to ujęte w zeznaniach. Pojechałam do Sejn żeby pocieszyć owego nieszczęśnika, że sprawa z kożuchem została zakończona a ja dopilnuję, żeby kierownictwo odpowiedziało za krzywdę wyrządzoną Panu. To było przecież dziesięcioletnie nękanie. ( Podobnie jak ze mną teraz w DPSie ). Byłam bardzo szczęśliwa zakończeniem sprawy i pewnością, że moje szefostwo nie zamiecie sprawy pod dywan. Przy okazji zwiedziłam Sejny mając siedmiolatków za przewodników.

Druga sprawa dotyczyła strajku pracowników produkcyjnych przeciwko swojej dyrekcji. Pracownicy upominali się o premie za dwa kwartały, Dyrekcja zarzucała pracownikom, że z powodu małego przerobu nie mają premii kwartalnych a pracownicy uważali, że skoro oni nie mają premii to tym bardziej nie powinna jej mieć dyrekcja a niestety całe kierownictwo spółdzielni premie otrzymuje regularnie. Żeby zakończyć spór musiałabym sprawdzić wszystkie zlecenia które otrzymała spółdzielnia z zewnątrz, zlecenia wydane na poszczególne linie produkcyjne, realizację zleceń i kontrolę jakości wykonania zleceń. Ponadto musiałabym też sprawdzić w kadrach czy nie ma jakiś nagan czy upomnień personalnych. Żeby to wszystko sprawdzić musiałabym być tam z miesiąc. Wpadłam więc na inny pomysł. Poprosiłam pracowników żeby wykorzystali okazję, że tu jestem, spisali wszystkie uwagi i ukierunkowali mnie pod względem dokumentacji, czyli żeby to wyszło tak, że ja sama na to wszystko wpadłam sprawdzając właściwe dokumenty. Żeby nikt nie wiedział kto i co mi powiedział, każdy z pracowników rozmawiał ze mną po 15 min. w odosobnionym pokoju. Dlatego wszyscy po 15 min. żeby nie było żadnych domysłów, że ten był krócej czy dłużej, to pewnie ten donosił a ten nie. Po sporządzeniu protokołu pokontrolnego od ręki, jeszcze tego samego dnia prezes obiecał załodze natychmiastowe wypłacenie zaległych premii.

Trzecia sprawa dotyczyła sprzedaży odzieży ochronnej na czarnym rynku. Przyszedł do mnie prezes jednostki nadrzędnej spółdzielni, która szyła tę odzież z prośbą żebym wyjaśniła sprawę. W dokumentacji wszystko gra a na rynku ktoś handluje naszymi wyrobami; była w tej sprawie informacja z Policji ( wówczas z Milicji ). Odzież tę szyła Spółdzielnia w Mrągowie i tam kwitł czarny rynek z tą odzieżą .Zupełnie nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Jak zwykle po przyjeździe do Spółdzielni poprosiłam o samodzielny pokój, tym razem tylko po to żeby nikt nie widział mojej zakłopotanej miny i mojej bezradności. W końcu poproszono mnie jako specjalistę od spraw trudnych, tym razem wręcz beznadziejnych, nie mogę zawieźć. Poprosiłam kierownika placówki żeby po kolei wytłumaczył mi od czego rozpoczyna się proces produkcyjny. Od wystawienia zleceń – odpowiada szef .W ilu egzemplarzach wystawiacie zlecenie – w trzech. Dostaje je wykonawca, czyli w tym wypadku chałupnik, drugi egzemplarz idzie do dyrekcji wojewódzkiej, a trzeci zostaje u nas w biurze – brzmiała odpowiedź. Żeby zyskać na czasie zrobiłam tabelkę o trzech rubrykach i poprosiłam o wszystkie zlecenia z tego miesiąca jakie mają na miejscu. Na takim zleceniu była nazwa wyrobu, ilość sztuk do wykonania, pobrany materiał oraz imię nazwisko i adres chałupnika. Od razu rzuciły mi się w oczy skreślenia na arkuszu zleceń. Adresy chałupników były rozstrzelone w promieniu 100 km. Chałupnicy mieszkali na wsiach ale i w głębokiej i odległej puszczy; ja jednak postanowiłam wypełnić drugą rubrykę mimo, że powinna ona zawierać te same dane co rubryka pierwsza. I to był strzał w dziesiątkę. Chałupnicy mieli na swoich zleceniach po 20% więcej do wykonania niż na niby kopii. Pieniądze otrzymywali pomniejszone o te 20%, tłumaczono im, że to dlatego iż mają maszyny które są własnością spółdzielni, że nie muszą jeździć po materiały ani też odwozić gotowych wyrobów. To była istotnie wygoda. Każdy chałupnik był inwalidą i był szczęśliwy, że ma pracę mieszkając w Puszczy Piskiej. To były wielkie zalety socjalizmu; dla takich ludzi powstawały Zakłady Pracy Chronionej. Jedni wielcy okradali tych maluczkich a inni stawali w ich obronie – oczywiście należałam do tych drugich. Zjechałam owe tereny w szerz i wzdłuż, po wiejskich wertepach i po puszczańskiej głuszy, niejednokrotnie pilotowana przez Milicję. A szczęśliwa jak głupia, że mogę pomóc. Moje serce krzyczało – o to jadę do was, czekajcie na mnie, pomogę.

Ta praca dawała mi bardzo dużo satysfakcji.



Wnioski pokontrolne

Kontrola w naszym DPSie miała miejsce w styczniu 2019r. i potrzeba było roku żeby tak odpowiedzieć na zarzuty stawiane przez mieszkańców wobec dyrekcji, żeby nic nie odpowiedzieć. Na zarzuty, jak zwykle, odpowiadała dyrekcja Domu a kontrolerki przyjęły do wiadomości i respektowania. Zarzut 1 – W zakresie braku odpowiedniej liczby personelu. Kontrolerzy stwierdzili ten brak w czasie od godz. 6 rano do 6; 30. Moim zdaniem to tylko pół godziny, no ale fakt, różnie bywa. W ramach odpowiedzi dyrekcja wprowadziła pracę trzyzmianową przez wszystkie dni tygodnia. W konsekwencji widzimy ciągle sprzątające pokojowe – świątek, piątek i niedzielę. Czy naprawdę o to chodziło żeby mopy śmigały przez cały tydzień. Czy nie lepiej byłoby zebrać kilka osób w jedno miejsce, nawet na korytarzu i pobyć z nimi, porozmawiać. Chodzi o osoby bezradne, które snują się nie wiedząc o co chodzi. Zarzut 2 – nieprawidłowości w podawanej diecie. Na ten temat nic nie wiem ale na informację ze strony dyrekcji, że 5 września 2018 r. została przeprowadzona kontrola z SANEPIDU , która nie stwierdziła nieprawidłowości, – powiedzieć coś mogę. Przez zupełny przypadek widziałam jak owa kontrola przyszła i wyszła po wypiciu kawy u siostry przełożonej. Następne punkty takie jak – nieuzasadnione wyjmowanie protez, niekontrolowane podawanie płynów, niedostateczna wymiana pampersów i zakaz pomagania podopiecznym przez osoby odwiedzające, -kontrolujące kończą zdaniem – w powyższym zakresie nie dokonano ustaleń. ( Może trzeba było pochodzić po pokojach bez kierownictwa Domu i zachęcić ludzi do zwierzeń a przede wszystkim uwierzyć podopiecznym). Punkt 7 – Niedokładne i niecałkowite podawanie leków. Analogiczna sytuacja jak w wyżej wymienionych punktach – Nie dokonano ustaleń. Niestety sprawy podawania leków i ustawiczne pomyłki w tym zakresie, to stałe tematy podopiecznych. Ale ponieważ nikomu w tym Domu nie zależy na naszym zdrowiu to można mówić do woli, nikogo to i tak nie obchodzi. Pominę 3 punkty, ponieważ kontrolerki nie dokonały ustaleń i przejdę do punktu 11 – Lekceważące zachowanie się personelu i kierownictwa DPS względem pensjonariuszy i ich rodzin. W punkcie tym opisany jest przypadek pani Marii, która doznała udaru mózgu i żeby nie zaangażowanie sąsiadki nie uzyskałaby nigdy pomocy. ( Że tak jest to jestem tego jeszcze żywym przykładem, bo pani Maria to już nie żyje ). Według kontrolujących pielęgniarki musiały poobserwować chorą żeby podjąć adekwatną decyzję. ( Jak ja dostałam udaru to mnie również obserwowano – podano neospazminę i opiekunka miała sprawdzać czy jeszcze żyję, na nie szczęście naszej dyrekcji jeszcze żyję ). Odpowiadam więc – pielęgniarki nie raczyły nawet spojrzeć na panią Marię. Dalej jest dopisek, że lekarz stwierdził iż podczas obserwacji nie było żadnych objawów udaru. Jaki lekarz? Skąd go wytrzasnęliście? To była sobota, u nas lekarz jest tylko we wtorek no i czasem w piątek. Można było zadzwonić do szpitala to panie kontrolerki dowiedziałyby się, że pani Maria została przywieziona do szpitala prywatnym samochodem przez osoby obce. Trafiła od razu na Oddział Poudarowy i przebywała w nim7 dni. Udaru nie można obserwować tylko należy natychmiast pomagać. Dalej z protokołu pokontrolnego wynika, że rodzina pani Marii nie wnosiła żadnych zastrzeżeń. Jaka rodzina? Córka która mieszka w Bielsku Białej i na ogół przebywa w szpitalu? Syn który nie trzeźwieje? Czy wnuk który mieszka w Białymstoku, a który jak przyjechał na zaproszenie dyrekcji żeby porozmawiać o babci, nie zastał ani jednej osoby odpowiedzialnej za ten stan rzeczy. Ale panie kontrolerki wzięły za pewnik wypowiedzi dyrekcji nie skargi podopiecznych. Dlatego właśnie źle się dzieje w Domach Opieki bo nikogo nie obchodzą mieszkańcy takich Domów. W dalszej części tego punktu poruszona została sprawa pani Józi która przez trzy dni uskarżała się na bóle brzucha a od pielęgniarek dostawała tabletki przeciwbólowe i informację, że musi czekać do wtorku na lekarza ( od soboty do wtorku ). Syn zawiózł ją do lekarza, do szpitala, gdzie stwierdzono zapalenie jelit. Po trzydniowym przyjmowaniu co dwie godziny leków przeciwbólowych można dostać zapalenia jelit. Tym bardziej, że te jelita mają ponad 90 lat.

Po przeczytaniu owego protokołu wniosek nasuwa się jeden , a w zasadzie pytanie – czego wy staruchy kurna chcecie, siedźcie cicho i cieszcie się z tego co macie bo i tak nikogo to nie obchodzi czy wam tu jest dobrze czy źle.

Spadł mi kamień z serca

Nie zdawałam sobie sprawy, że to zaleganie kamienia na sercu jest faktycznie odczuwalne. Myślałam, że to tylko tak się mówi ,a ja naprawdę czułam ciężar kamienia. Jaką nieprawdopodobną ulgę odczuwa się jak tenże kamień spada z serca, człowiek staje się lekki i oddycha lekko i pełną piersią. Oczywiście ten spadający kamień to pomyślne zakończenie sprawy z Józią. Szłam do niej z tym wielkim ciężarem na sercu i z myślą, że chociaż potrzymam ją za rękę. Tak zrobiłam. Zaraz po wzięciu jej ręki i pogłaskaniu, Józia otworzyła oczy i całkiem świadomie stwierdziła – a to ty Danka, cieszę się, że przyszłaś. Podaj mi wodę. Siedziałyśmy dość długo i rozmawiałyśmy. Józia rozmawiała ze mną w pełni świadomie, także po kamieniu nie ma śladu. Józia co jakiś czas wyrażała swoją radość, że jest w swoim pokoju, że nie chciałaby już do szpitala. Rozejrzałam się po jej pokoju i stwierdziłam, że faktycznie jest czyściutko i miło. W takich warunkach można sobie pochorować, oby nie za ciężko i nie za długo. O to żeby było właśnie tak – czyściutko i miło, dbają opiekunki z jej rewiru i pokojowa. Domyślam się, że zarówno opiekunki jak i pokojowe były ćwiczone do bólu, to przez pedanterię Józi, ale w konsekwencji jest tak jak powinno być.Pisząc o tym, że Józia mimo, że śpiewała w tym złowieszczym chórze, który niszczył ludzi, sama do końca pozostała porządnym człowiekiem, przypomnieli mi się wszyscy śpiewający w nim. Było w nim 10 osób „śpiewających” w tym czworo porządnych i nie przekupnych ludzi a reszta to śmieci nie ludzie. Ostatnie lata istnienia chóru to warunkiem do przyjęcia w poczet było zrobienie świństwa ze wskazaniem a nie umiejętność śpiewania. Dlatego słowo śpiewających wzięłam w cudzysłów bo z tym śpiewaniem było kiepściutko. Ela, prowadząca chór, zagłuszała celowo ten śpiew głośnym graniem na akordeonie. Do dnia dzisiejszego zostały przy życiu cztery osoby – dwie ze szlachetnym charakterem i dwie z zaśmieconym, takim odpadkiem ludzkim. Nawet w tym chórze porządne osobniki były gnębione bez litości; tak więc jak taki gnębiony człowiek nie ugięcie pozostawał porządnym człowiekiem to nic dziwnego, że wspomnienie o nim wyciska łzy. Takim właśnie człowiekiem była TOSIA, jak zmarła napisałam, jak umiałam, tren na jej cześć.

TOSIU – twoje imię teraz to Cisza, Twoich wierszy, piosenek i żartów . nikt z nas żywych już nie usłyszy. Z nad ciemnej rzeki wiatr przyleci i mglistych wspomnień woń przyniesie I namaluje przeszłe lata jak byłyśmy razem tu w naszym świecie. Ty łączysz teraz naszą Ziemię z niebieską chmurą i obłokiem, W zadumie gwiazdy patrzą na nas Twoim figlarnym, ciepłym wzrokiem. Nie jesteś duchem lecz wspomnieniem co ciężkie łzy człowiecze łączy a mam ich tyle w noc bezsenną, że moje życie w nich się sączy. Że chyba świat nimi obdzielę. I nie ma cię i jesteś ze mną, zostajesz na tych chwil nie wiele, potem cię szukam na daremno. Miałyśmy tyle wspólnych planów – o bajkach, wierszach i modlitwach, Ja smutne brałam, ty wesołe…aż nagle do mnie już nie wyszłaś. Tosiu kochana, co mam wyznać? Że źle, że bardzo źle bez ciebie, Że tu po tobie tylko cisza, bo twoje plany są już w niebie.

Ten tren napisałam 19 listopada 2008 roku. Byłam wówczas na Pobycie Dziennym naszego DPSu i miałam wyjątkowe chody u byłej pani dyrektor, która pozwalając mi na wiele liczyła, że w zamian dostanie moje komunalne mieszkanie i kupi je sobie za 20% wartości. Dlatego właśnie dobrze wiem kogo gnębiono bez skrupułów. Po latach zwróciłam uwagę, że gnębiono ludzi którzy w Samorządzie Mieszkańców pełnili funkcję przewodniczących. Gnębiono ich żeby nigdy nie ośmielili się powiedzieć głośno co widzieli pełniąc te funkcje. Pierwszą znaną mi gnębiono i byłą przewodniczącą była właśnie Tosia. Po niej, takich samych zaszczytów funkcyjnych i gnębienia doznała Janeczka – farmaceutka. Gnębiono ją do śmierci. Po niej przewodniczącym został Antoś, który jest gnębiony do dziś. Po Antosiu była Irena, którą chórzystki gnębiły od rana do wieczora. Ostatnią przewodniczącą samozwańcem była pani NIKT, jedyna nie gnębiona ponieważ od tego typu działań to ona była specjalistką. Sama wepchała się na ten zaszczytny stołek i sama z niego zrezygnowała. Jako przewodnicząca miała super moc w gnębieniu mnie. Dyrekcja mogła śmiało powiedzieć, że wszystkie zarzuty względem mojej osoby są potwierdzone przez Samorząd. Taki zdegenerowany Samorząd, który zamiast stawać w obronie mieszkańca, niszczył go dla swojej przyjemności. Patrząc dzisiaj na panią NIKT mam satysfakcję, że nie tylko nie zatańczy na moim grobie, jak obiecywała, ale na swoich niby nóżkach nie dotelepie się samodzielnie nigdzie.