Codzienność

5 lutego było spotkanie mieszkańców z panią dyrektor. Poruszane były sprawy dobrze nam znane i wałkowane w kółko, ale dla nowych mieszkańców, a jest ich dość dużo, sprawy dość istotne. Natalka informowała o zajęciach, do których zachęcała p. dyrektor. A ja natychmiast odpowiadam : już nowi mieszkańcy zauważyli, że na zajęcia wszelkiego rodzaju zapraszani są sami swoi i w bardzo widoczny sposób – na ucho. ( Czekam aż mnie ktoś zaprosi w taki sposób ). Po zebraniu ogłoszono wszem i wobec, że za parę minut zapraszają wszystkich do śpiewania – zostałam i przez niemal dwie godziny śpiewałam ze wszystkimi, a tych wszystkich było dość dużo. ( Co to znaczy oficjalne zaproszenie ).Pani dyrektor poruszyła kilka spraw w taki sposób, że miałam wrażenie iż są to odpowiedzi na poruszane zagadnienia w moim blogu. Np. uczęszczanie na gimnastykę. Pani dyrektor zadała pytanie – kto korzysta z gimnastyki? Zgłosiło się kilka osób które nigdy nie były na gimnastyce, pomyliły ćwiczenia rehabilitacyjne z gimnastyką ogólną. To była odpowiedź dla mnie – zobacz, nie jest tak jak napisałaś na blogu, że nasi nie przychodzą. Nie miałam ochoty ciągnąć tematu, tak więc zostało na tym, że ludzie nawet nie rozróżniają jednego od drugiego. Nina zachęcała wszystkich do korzystania z zabiegów fizykoterapeutycznych. Nowi mieszkańcy nawet nie wiedzą, że u nas są takie możliwości. Należałoby nowego mieszkańca oprowadzić po budynku i wszystko wytłumaczyć. Można zorganizować grupę kilku osób i chodzących i na wózkach. Można rozdzielić zwiedzanie budynku na kilka dni wszak to kolos a ludzie słabi; można, ale trzeba chcieć.

W każdy czwartek na tablicy ogłoszeń widnieje informacja zachęcająca do przyjścia na czwartkową herbatkę i wysłuchanie utworów takich to a takich. Za każdym razem jak przeczytam takie ogłoszenie to nasuwa mi się myśl – czy organizatorzy takich spotkań wiedzą co znaczy słowo – WYSŁUCHAĆ. Byłam na czymś takim nie raz i nigdy nie było możliwości wysłuchania czegokolwiek. Ludzie którzy przychodzą na takie spotkanie to jedni wypiją kawę i wychodzą, inni w gronie pięciu, sześciu osób bawią się sobą nie szczędząc swoich gardeł, a jeszcze inni przerażeni hałasem wychodzą. Jeśli zachęca się kogoś do wysłuchania utworu muzycznego to należałoby się samemu do tego przygotować. Powiedzieć coś o wykonawcy czy twórcach utworu a nie bez słowa puszczać płytę jak leci. W każdym DPS wykorzystano by moje umiejętności tego właśnie typu, tylko nie u nas, u nas musi być byle jak, aby dużo i głośno. Ta bylejakość to cecha lewej ręki pani dyrektor.

Mam wyrzuty sumienia. Któregoś dnia przyszła do mnie Lucyna i przekazała mi wiadomość, że Józia chce się ze mną widzieć, żebym do niej przyszła. W tym dniu nie mogłam, miałam ” napięty grafik ” a już dzień później Józia straciła świadomość. Od kilku dni leży w jakimś letargu zupełnie nieświadoma. Chodzę do niej ze swoimi wyrzutami sumienia i patrząc na nią płakać mi się chce. Józia to jedna z niewielu bardzo porządnych ludzi. Dlaczego jedna z niewielu? ponieważ prawie każdy kto przebywa wśród wron latami, zaczyna krakać jak one, a Józia zawsze była i jest sobą. Przez wiele lat śpiewała w tym sławetnym chórze, który miał za zadanie chwalić dyrektorkę i niszczyć osoby przez nią wskazane; nic z tych rzeczy nie zrobiła. Józia to pedantycznie czysta i dokładna osoba. Ta pedantyczność była nie raz męcząca. Józia ma swój specyficzny dowcip, taki bardzo wprost, który nie śmieszył a przerażał. Jednak nade wszystko to bardzo porządny człowiek. Boże, jak chciałabym żeby Józia wyzdrowiała i żeby o własnych siłach przyszła do mnie.

Współtowarzyszka od stolika w stołówce, z przerażeniem w głosie oznajmiła mi, że zamieniono jej pokój. Chyba się przesłyszałam – mówię. Dopiero się wprowadziłaś i już zamiana pokoju? To gdzie teraz mieszkasz – pytam. Jak powiedziała mi gdzie, to ja z zazdrością w głosie powiedziałam, że to jest jedyny pokój w którym mogłabym mieszkać. A ona na to – zapraszam więc do siebie i zobaczymy czy nie zmienisz zdania. Zmieniłam. Ten pokój to lodówka. Od razu podbiegłam żeby sprawdzić czy okno zamknięte i czy kaloryfer grzeje. Po pokoju hulał wiatr. Pokój większy od mojego a kaloryfer trzykrotnie mniejszy. Popatrzyłam na balkon, którego zawsze zazdrościłam i już nie zazdroszczę, cały aż czarny od pleśni. Bałabym się wejść na taki balkon. Istotnie, nie chciałabym mieszkać w tym pokoju.

Styczeń 2020

Dostałam ustną odpowiedź dotyczącą bycia w pokoju podczas sprzątania. Moim zdaniem to głupota ale odpowiedź brzmiała, że mam być chociaż w budynku i sprzątająca ma wiedzieć gdzie jestem. Przed każdym wyjściem informuję pokojową albo opiekunkę gdzie idę i kiedy wrócę. Zdaję sobie sprawę, że jestem podopieczną, że nie może być tak, że nie wiadomo gdzie jestem. Dyrekcję to nie interesuje, tylko czasem lubi się wtrącić, tak ni z gruszki ni z pietruszki, właśnie jak w tym wypadku. To jest na zasadzie – mamy okazję to chociaż trochę skrócimy ci smycz. Ja i na krótkiej smyczy potrafię powierzgać.

Od kilku dni , w stołówce już nie siedzę sama. Doszły do mnie dwie panie odpowiednie wiekiem i całkiem kumate. Wszystkie trzy spotykamy się tylko podczas obiadu, ale cieszymy się na swój widok i to jest bardzo miłe. Okazało się, że z jedną z nich, byłyśmy sąsiadkami na ul. Radiowej, więc jak jesteśmy przy śniadaniu same to wspominamy swoich sąsiadów. Ani ja ani ta pani nie kojarzyłyśmy się z ul. Radiowej, to siostra tej pani skojarzyła mnie nie tylko z wyglądu ale i z nazwiska. Ja niestety nie pamiętam żadnej z nich. Pisałam już o tym, że w młodym życiu ja ciągle gdzieś biegłam. Owa pani przyszła do nas z innego DPSu i wszystko porównuje. Wiadomo, że nie wszędzie jest tak samo. I tak na przykład widzi ogromną różnicę, na naszą korzyść, w żywieniu. Nawet nie wyobrażała sobie, że może być tak jak jest u nas. Nie dość, że świeżo, smacznie i różnorodnie to jeszcze można mieć zachcianki. Ale gimnastyki nie chwali. Pytam więc kto prowadził gimnastykę -jakiś młody człowiek, leciał jak szalony ze wszystkim, czy on nie widzi po ile mamy lat? U nas refleks nie taki. W jednym i drugim punkcie jesteśmy zgodne, właśnie dlatego przestałam chodzić na gimnastykę. Co innego bywalcy Pobytu Dziennego, a co innego my. Jak chodziłam na Dzienny Pobyt, to dziś nikt nie uwierzyłby jakie ćwiczenia wykonywaliśmy. To pamięta już tylko Nina. Ćwiczyliśmy codziennie i wykonywaliśmy coraz trudniejsze ćwiczenia i bawiliśmy się nimi. Dzienny Pobyt spędzał całe przedpołudnie na sali gimnastycznej. Z tym, że wówczas Dzienny Pobyt i mieszkańcy DPSu stanowili jedno. Teraz Dzienny Pobyt tylko wynajmuje od nas pomieszczenia i korzysta ze sprzętu. Młodzi nie widzą nawet różnicy między obchodzeniem się z nami mieszkańcami a bywalcami Dziennego Pobytu. Rozmawiałam któregoś dnia z Panią Dyrektor i ona chwaliła gimnastykę na której właśnie była. Wspaniała gimnastyka – mówiła. Nina tak pięknie prowadzi. To po co to piękno pani zniszczyła? Po co rozdzieliła prowadzenie gimnastyki na trzy osoby? No i jeszcze jedna i bardzo ważna rzecz – na gimnastykę przychodzą w 99% bywalcy Pobytu Dziennego, a jeszcze rok temu proporcje były odwrotne. Szanowna nie pomyślała o tym, że Ona ma 40 lat a my, jej podopieczni, mieszkańcy, dwa razy tyle. Poćwiczyła, zachwyciła się, ale nie zwróciła nawet uwagi z kim ćwiczyła, że to nie byli jej podopieczni! Osiemdziesiątka nie będzie zachwycać się tym samym co czterdziestka. A prowadzący ma lat 30, dla niego wszystko jest za wolno a nam wszystko jest za szybko.

Chciałam iść na spacer ale chlapa i plusowa temperatura powstrzymała mnie przed wyjściem. No i niestety miałam sprzątanie, także godziny w których mam najwięcej energii musiałam spędzić w pokoju. Czekając na pokojową zaczęłam przeglądać swój pamiętnik i zwróciłam uwagę na tytuł – 5 maja 2019 r. spadł śnieg. Także wszystko jeszcze przed nami. Dla odmiany w moich notatkach wierszowanych tak opisałam styczeń 2006r. Tęgim mrozem styczeń ścisnął, takim groźnym, aż złowieszczym I nie tylko pod nogami, ale wszystko w okół trzeszczy. Poodmrażał uszy, nosy, nawet ręce nam zgrabiały choć wciśnięte pod kożuchy to od mrozu pobielałe. Mówią syberyjska zima przyszła do nas z za Uralu Od tygodni mróz wciąż trzyma robiąc wiele szkód bez żalu. Natomiast styczeń 2007r. wyglądał tak: Taka dziwna zima, raczej dwie jesienie, a może dwie wiosny połączyły się ramieniem, takim botanicznym mostem. I stały się dziwa w przyrodzie: na Radiowej, w ogrodzie żółte marcinki kwitną, w okół trawa zielona i ptaki nie milkną. Tulipany przebijają pierwszym listkiem niwę, nie zważają, że to styczeń, chcą nas uszczęśliwić. Dwudziestego stycznia nagle mróz pościnał wszystko – kwiaty, pąki młode listki – wszystko w okół zniszczył. Nie przysypał nawet śniegiem swojej niszczycielskiej pracy; kto tu rządzi chciał pokazać, Co natura znaczy. Bardzo lubiłam opisywać w swoich rymowankach poszczególne miesiące; także teraz mam możliwość porównania.

Życie bez ograniczeń

Tak się cieszyłam, że do mnie piszecie ale mina mi zrzedła jak po przeprowadzeniu dochodzenia okazało się, że to załatwianie różnych brzydkich, osobistych spraw, moimi rękami. Jedna opiekunka, czy pokojowa, nie lubi drugiej i zaczyna na nią donosić. Przy okazji dowiedziałam się o bardzo prymitywnym zachowaniu się, które z przyjemnością napiętnuję ponieważ ono pośrednio dotyczy i mnie. Chodzi o śmieci, które są przywożone z prywatnych posesji pracowników i wrzucane do kontenerów naszego DPSu. Śmieci te są przywożone w jednym worku bez segregacji przez co zawyżają cenę wywozu i ilością i jakością. To właśnie pośrednio dotyczy mnie ponieważ zawyża koszty utrzymania DPSu. Wyszłam tylko raz o świcie przed budynek, żeby zobaczyć czy to prawda i owszem zobaczyłam, że inni też to widzą i co ? i nic. BRZYDKO, FE!

Nasza dyrekcja wydała zarządzenie o konieczności bycia w pokoju podczas jego sprzątania. Pewnie miała ku temu jakieś powody ale dlaczego zaraz wszyscy muszą być w tych pokojach. Nie odpowiada mi to. Mnie to bardzo ogranicza. Przez 10 lat jak chciałam to byłam w pokoju podczas sprzątania a jak chciałam to szłam sobie na spacer. Bardzo przyjemnie jest wrócić ze spaceru do czystego pokoju. Nie przyjemne jest słuchanie odgłosów odkurzacza i wąchanie zapachów chemii wykorzystywanej podczas sprzątania. Obecność domownika podczas sprzątania przedłuża ten proces. Nie sposób jest nie odezwać się ani słowem do sprzątającej; to byłoby niegrzeczne a każda rozmowa przerywa pracę, również z grzeczności. Moim zdaniem nie udany pomysł. Napisałam podanie o zwolnienie mnie z obowiązku przebywania w pokoju podczas sprzątania. Chyba będę musiała odczekać jakiś czas na odpowiedź, to okazało się nie takie proste. W tym tygodniu, żeby być w zgodzie z owym przepisem, poprosiłam o sprzątanie dopiero w sobotę. Przez cały tydzień albo miałam gości albo szłam z wizytą. Na sobotę również miałam plany no ale posprzątać kiedyś trzeba i to mi je pokrzyżowało. Niestety, mój organizm ogranicza mnie w prowadzeniu życia towarzyskiego; dzień zaczynam o godzinie 5 rano i do obiadu mogę góry przenosić, po godzinie 14 zaczyna ze mnie schodzić powietrze i już bywam sama ze sobą. Mnie to odpowiada, to jest 9 godzin energicznego życia, ale życia po swojemu, bez ograniczeń, nie na zasadzie siedź w pokoju bo będzie sprzątanie, któremu masz się przyglądać. Jestem zwolenniczką krótkiego życia ale bez ograniczeń.

To nie SKS tylko bandytyzm

13 stycznia byłam w przychodni rehabilitacyjnej Szpitala Akademickiego. Po 8 latach bycia pod opieką w DPSie dowiedziałam się, że po zawale mózgu i przerażających zaniedbaniach ze strony siostry przełożonej naszego Domu ( tylko ona wiedziała, że mam udar ) mam jeszcze szanse żeby zatrzymać proces dalszego obumierania tkanek. Wszystko zwalałam na starzenie się organizmu czyli na SKS – to, że czuję wyraźny ubytek słuchu, tragicznie pogarszającą się pamięć i wzrok. Po dokładnych badaniach okazało się, że są to efekty zaniedbania po udarze. Udar nastąpił w centralnej części mózgu i właśnie wówczas traci się pamięć, wzrok i słuch. ( Dziękuję pani Irenko – życzę pani z całego serca żeby ktoś zajął się panią tak jak pani nami ). Szanowna pani Irenka, do której zgłosiłam się po utracie mowy, zdolności pisania i czytania, o godz. 7, 15 w dniu 26 X 2012 r. zamiast natychmiast zawieźć mnie do neurologa kazała mi podać neospazminę i zaprowadzić do łóżka. To był właśnie bandytyzm. Przespałam dwa dni nie wiedząc co się ze mną dzieje. Później musiałam się uczyć mówić a chodząc przewracałam się wszędzie gdzie się da i ciągle nie wiedziałam dlaczego. Robiłam sobie krzywdę za krzywdą co doprowadziło do zszywania mięśni i ścięgien, które rwały się przy częstych upadkach. A ta przeklęta przeze mnie siostra przełożona była z siebie dumna i zamiast, nawet po latach, w jakiś sposób mi pomóc to spowodowała, że zaczęto mnie straszyć najpierw sądem a później szpitalem psychiatrycznym, dlatego, że te bandyckie zapędy kierownictwa naszego Domu opisuję na blogu. Piękne zdanie usłyszałam z ust pani doktor od rehabilitacji. Zaczęła wypisywać mi dość dużo zabiegów, spytałam więc co to są za zabiegi – rehabilitanci będą wiedzieli o co chodzi – odpowiedziała. Ale może te zabiegi będę mogła przyjmować w moim DPSie. A pani doktor na to – skoro ten wspaniały DPS nie pomógł pani przez 8 lat, to niech się teraz trzyma od pani z daleka. Przez tą okrutną, zdegenerowaną przełożoną, notabene prawą rękę dyrektorki, ( chociaż jej lewa ręka, czyli kier. socjalna wcale nie jest lepsza ) muszę przy chodzeniu korzystać z pomocy chodzika. To szczęście, że ja go psychicznie zaakceptowałam, pogodziłam się z tym, że to jest moje oparcie; żebym nie zaakceptowała to jeszcze do wszystkich dolegliwości doszła by depresja. Nawet ten mój chodzik przeszkadzał kierownictwu Domu, zginął mi któregoś dnia. Po prostu zabrano mi go spod drzwi i zawieziono do Franka który mieszkał wówczas zupełnie w innym skrzydle Domu, na dodatek chodzik trzymał w pokoju i szukaj wiatru w polu. Wspaniałomyślna siostra przełożona znalazła go, oczywiście po moim dochodzeniu.

Mimo moich utyskiwań Nowy Rok zaczął się dla mnie szczęśliwie, a to dlatego, że piszecie do mnie. To od Was dowiedziałam się o wielu nieprawidłowościach które dzieją się u nas. Napisał do mnie Student, Czytelnik i Pani Józefa. Są to bardzo szczegółowe informacje z wymienionymi imionami i nazwiskami winowajców brzydkiego zachowania się względem podopiecznych. Bardzo dobrze, że napisaliście o tym ja o tym poinformuję na blogu i wszyscy będą wiedzieli, że są bacznie obserwowani przez swoje koleżanki, czy osoby przychodzące w odwiedziny; może to ich powstrzyma przed takim zachowaniem się. Wasze komentarze świadczą o tym, że nie dajecie przyzwolenia na takie postępki. Mówicie nie! na robienie zdjęć upośledzonemu podopiecznemu, na nie grzeczność wobec Zygmunta czy Bogusi. To od Was dowiedziałam się, że Zbysiu spod 2 spadł w nocy z łóżka i leżał na podłodze aż do porannego obchodu pomimo, że udało mu się włączyć alarm. Alarmy są w pomieszczeniu w którym w nocy nikogo nie ma a pielęgniarki i opiekunowie powinny całą noc czuwać. Jedna z komentatorek opisała mi brzydkie zachowanie się opiekunki i pyta co robić, zgłosiła to w dziale socjalnym ale nie widzi, żeby to coś dało. Droga Pani Józefo nasze kierownictwo nie ma pojęcia jak się zachować w sytuacjach awaryjnych. Kiedyś jedna z podopiecznych pobiła drugą podopieczną to kierownictwo zamieniając im nawzajem pokoje było pewne, że sprawę załatwiło. Dziwiłam się, że teraz przeprowadzono takie roszady w rewirach pokojowych, a to na skutek Pani skargi pokazały, że coś robią. Kochani, zaczęliście do mnie pisać o naszych sprawach codziennych to jest bardzo duży postęp. To znaczy, że widzicie zło i nie godzicie się z tym. Wiem, że będzie nas, tych odważnych, przybywało i wspólnie stłamsimy nieprawość która się panoszy w Domach Opieki. Kierownictwo Domu musi wiedzieć, że my się ich nie boimy, to oni mają się bać NAS. Przez dwa lata pisania bloga czułam, że jestem w tej walce sama. Teraz już czuję za sobą siłę swoich czytelników. Piszcie do mnie a ja będę piętnowała brzydkie zachowania wobec podopiecznych, może w ten sposób chociaż ukrócimy samowolę zachowań. Zupełnie jej nie wytępimy ponieważ na takie zachowania mają przyzwolenie od swoich zwierzchników – pokojowa od kierownictwa Domu, kierownictwo Domu od Dyrekcji MOPSu a ci od Dyrekcji Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej i tak dalej. Pisałam na swoim blogu jak swoją krzywdę opisałam i powiadomił wszystkich odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, to ci odpowiedzialni udawali głupków. Teraz jest nas więcej i będziemy drążyć skałę. Przykro mi, że nie mogę tak jak Wy wymienić winowajców z imienia i nazwiska ale ci ludzie wiedzą, że o nich mowa i może to ich powstrzyma.O czymkolwiek piszę to wszystko musi być sprawdzone przeze mnie . Dziękuję, że piszecie!

wiosna na całego.

Ta wiosna styczniowa jest nie tylko za oknem ale i we mnie. Już myślałam, że choroba która trzymała mnie bardzo długo zostawi jakieś poważne ślady po sobie, jakieś tąpnięcia. Na szczęście nie zostawiła i stąd ta wiosna. To taka byle jaka wiosna ale jednak. Pierwsze trzy wyjścia na spacer były bardzo trudne. Miałam wrażenie, że ciągnę za sobą wagon z węglem. Byłam cholernie osłabiona. Teraz z dnia na dzień jest lepiej, czasem nawet fruwam nad ziemią mimo, że z chodzikiem. Chorowałam aż 16 dni, a to dlatego, że to okres świąteczny no i Pan doktor nie spieszył się z podaniem antybiotyku bez którego niestety nie obeszło się. Dostałam go dopiero po 12 dniach. W powrocie do zdrowia bardzo pomaga mi nasz personel od żywienia. Ja co rusz czegoś nie chcę albo chcę. Najpierw, i to już od pięciu lat, nie jadam kolacji, to było w ramach odchudzania się, za co dostawałam więcej owoców i wodę, ( nic nie pomogło przy odchudzaniu ale przy tej diecie zostałam). Teraz nie jem żadnych wędlin, za które również dostaję owoce. Kupiłam więc blender i codziennie wypijam ponad pół litra bomby witaminowej. Od 7 stycznia ganiałam po mieście – byłam na zebraniu spadkobierców kombatanckich, czyli Stowarzyszenia Dzieci Wojny. 8 stycznia miałam przeprowadzone badanie słuchu. W słuchu odczuwam wyraźne tąpnięcie i chociaż znajomi ze mnie się śmieją, że wymyślam, ja czuję ubytek. Miałam w końcu słuch muzyczny, to więcej niż słuch przeciętny. To, że nie słyszę sąsiadki z góry to jest na plus, ale np. wczoraj w sklepie to było mi wstyd bo źle usłyszałam. Kasjerka powiedziała mi, że mam zapłacić 10 zł. i 87 groszy a ja zrozumiałam, że 9 zł. i 87 gr. Byłam bardzo zdziwiona, że po podaniu 10 zł. kasjerka jeszcze czegoś chce ode mnie. W końcu nie musi mi wydawać reszty, a ona czekała na dopłatę. Dopiero dzisiaj tj. 12 stycznia – zajrzałam do swojego bloga i zrobiło mi się bardzo miło po przeczytaniu komentarza od osoby podpisującej się Beata. Kochana Beatko, bardzo dziękuję za życzenia noworoczne i za to, że jesteś moim 2001 czytelnikiem. To ja Cię pozdrawiam najserdeczniej jak potrafię. Niech Ci się darzy na każdym polu. Napisałaś mi o różnych wydarzeniach jeszcze z czasów byłej dyrektorki, bo wówczas byłaś pracownikiem naszego Domu i widziałaś bardzo dużo. Ja niestety nie widziałam prawie nic a mimo to wystarczyło do podziękowania za pracę byłej. Pytasz czy nowa dyrektorka zrobiła porządek w tym bałaganie. Niestety nie zrobiła nic. Dosłownie nic, a w moim wypadku to nawet znacznie pogorszyła sytuację. Ponieważ sama nie wiedziała jak zarządzać to zostawiła tych samych ludzi jakimi wysługiwała się jej poprzedniczka to znaczy siostrę przełożoną i namaszczoną przez poprzedniczkę – kierownik socjalną. Mieszkańcy mówili o złych wyborach nowej dyrektorki ( już wcale nie nowej ), chodziliśmy do niej, tłumaczyli, prosili. Nic z tych rzeczy nie wzięła do serca. Od razu było widać, że nie chodzi jej o nas ale o stołek. Kiedyś trafiłam na artykuł w jakiejś gazecie, w którym były fragmenty rozmów dwóch szefów partii. Jeden z nich pyta – czy nie widzisz jakimi ludźmi się otaczasz; odpowiedź brzmiała , że brudną ścierką też można jeszcze coś wytrzeć. U nas poszły w ruch te brudne ścierki. Oto przykład. Wczoraj na przystanku autobusowym, na mój widok rozgorzała dyskusja o naszym Domu. To co usłyszałam to mną wstrząsnęło – nie zmieniło się nic. Otóż, pewna pani zaczęła się starać o przyjęcie do naszego Domu. Osoba po osiemdziesiątce z wysoką emeryturą, pięknym własnościowym mieszkaniem i zupełnie samotna. To zawsze był łapczywy kąsek dla zarządzających Domami Opieki. Ponieważ emerytura tej pani pokrywała pobyt w Domu w 80 % owa pani zobowiązała się, że różnicę osobiście będzie dopłacać. Rzadko się zdarza podopieczny który pokrywa w całości swój pobyt. No nic tylko brać pod swoje skrzydła. Niestety pracownice naszego Domu zechciały czegoś więcej i starym sposobem wybrały się specjalnie do tej pani żeby zabełtać jej rozum w głowie odnośnie posiadanego przez nią mieszkania. Były pewne swoich zdolności w ogłupianiu ludzi, przecież to ich chleb powszedni. Ale ponieważ wywiad środowiskowy już był przeprowadzony przez pracownika MOPSu , owa pani zorientowała się, że coś tu nie gra i podziękowała za fatygę przyjścia do niej i za ofertę zamieszkania w naszym Domu. Po prostu chciwość która wyłaziła jak słoma z butów, przeraziła tą panią. Inna sprawa również nie czysta, to sprowadzenie dla podopiecznej naszego Domu chodzika. Szefostwo dobrze wiedziało, że pani dla której został sprowadzony chodzik słynie ze skarg, że jej wszystko ginie, tak więc zadziałały z premedytacją. Sprowadziły chodzik, córka wpłaciła odpowiednią i nie małą sumkę za niego i otrzymała fakturę ale na inne nazwisko. Cwaniaczki sądziły, że owa pani nie zwróci na to uwagi. Zwróciła uwagę, wszak to była księgowa i to biegła. Przyszła z tym do mnie. Ja oczywiście musiałam wszystko sprawdzić. Faktura była wystawiona na nazwisko osoby, która nigdy nie mieszkała w naszym Domu i nawet nie przychodziła do nas. Ten chodzik miał zginąć jak wszystko u pani Bogusi, i zysk gotowy, taki na zasadzie – ziarnko do ziarnka. Ciekawa jestem czy pani dyrektor zna takie zachowania swoich pracowników i czy tylko pobłaża czy wręcz popiera, bo kiedyś na pewno za wszystko odpowie. Jakieś dziwnie mocne układy mają ciągle dyrektorzy Domów Opieki. Po ostatniej kontroli przeprowadzonej na zlecenie Ministerstwa Zdrowia i z możliwości potwierdzenia wszystkich zarzutów to już dawno wymieniane przeze mnie panie, plus psychiatra, nie powinny pracować w Domach Opieki, ba nawet powinny mieć zakaz opiekowania się ludźmi, a one pracują i mają się dobrze. ” Dziwny jest ten świat „.

Święta, święta i już po…

Moje święta mijają zgodnie z moim trybem starzenia się. Od dłuższego czasu zauważyłam, że jak zbliżają się święta to ja zaczynam chorować. I im więcej lat mi przybywa tym dłużej choruję. W tym roku to już był przesadyzm – od 20 grudnia do dzisiaj – 4 stycznia, czyli 16 dni. Mój organizm przestał walczyć z chorobą, on się poddaje. Przez te 16 dni temperatura ciała była w granicach 35 stopni C. Dzisiaj czuję się dobrze a mam 35, 6 stopnia C. W Domu Opieki to tak jak w przedszkolu, jak chorować to zespołowo albo jeden po drugim. I o dziwo, mimo, że zaliczam się do osób , które nie wysiedzą w miejscu i wiecznie gdzieś wędrują, to tym razem spokojnie przeleżałam w łóżku 16 dni. W między czasie, na odcinku na którym mieszkam zmieniła się pokojowa, z czego bardzo się cieszę; w tej chwili mamy i opiekunki i pokojową super luks. Poczułam, że na prawdę jest opieka. Codziennie rano zaglądają pytając o samopoczucie i pomagają w przeżyciu każdego dnia. Czyli, że jest tak jak powinno być. Myślę, że jeszcze dzień, dwa i zacznę oblatywać miasto bo mam kilka spraw do załatwienia, zaczynam już od wtorku. W związku z nie bywaniem nigdzie nie wiem co dzieje się na terenie naszego Domu po za moim odcinkiem.

Po za tym chciałam podziękować za komentarze Pani Marysi i Panu Jon -owi. Dziękuję, że czytacie i dzielicie się ze spostrzeżeniami. Pozdrawiam noworocznie.

Wspomnienia o sąsiadach

Wczoraj przekazano mi pozdrowienia od jednej z moich byłych sąsiadek i tak z automatu nasunęły mi się wspomnienia. Wspomnienia o naszym wspólnym, sąsiedzkim działaniu w trosce o sąsiadkę spod 12. – cichutkiej, prawie nie istniejącej kobietki i o jej mężu który sądził, że jest super mężem ponieważ mimo, że miał kochankę i z nią syna to żony nie zostawił, nie rozwiódł się z nią. Myślę, że powstrzymywał go wstyd przed sąsiadami ale tymi jeszcze sprzed ślubu. Oboje mieszkali w tej samej wsi i to po sąsiedzku. Dwoje bogatych gospodarzy sąsiadujących ze sobą tylko przez płot, postanowiło połączyć swoje dzieci węzłem małżeńskim; jeden miał dorodną córkę drugi dobrze zapowiadającego się syna. Ta córka to piękna blondyna z warkoczem do pasa i ogromnymi błękitnymi oczami. Ów syn, również przystojny chłopak, był już wówczas komendantem MO w ich wsi. Oboje byli jedynakami także po śmierci rodziców jedno i drugie odziedziczyło dość znaczne bogactwo. Nazwijmy ich Kasią i Jankiem. Bardzo lubiłam ich oboje a panu Jankowi zawdzięczam nawet fakt, że rozstałam się ze swoim ślubnym. Żeby nie pan Jan pewnie tkwiłabym w tym patologicznym związku. Wiekiem i urodą para bardzo pasowała do siebie. Jak poznaliśmy się jako sąsiedzi to pan Jan był już szefem wydziału śledczego komendy wojewódzkiej i już niestety miał nieślubnego syna. Natomiast niestety pani Kasi był fakt, że nie mogła mieć dzieci. Pan Jan pysznił się tym swoim synem, poznawał z sąsiadami i zarówno syna jak i jego matkę gościł w swoim domu nie zważając na samopoczucie żony. Żona gasła z każdym dniem i zamykała się w swojej skorupie. Stała się kimś od podawania kapci zmęczonemu mężusiowi i od prowadzenia domu. Pani Kasia przyjęła do wiadomości i respektowania zasady, które wpoiła jej, jej matka: „przed przyjściem męża z pracy wyglądaj promiennie. Bądź bardziej radosna i bardziej interesująca niż jesteś – coś musi rozświetlić jego szary dzień, to twój obowiązek! Dobra żona zawsze zna swoje miejsce „. Biedna Kasia nie ośmieliłaby się nigdy zachować inaczej. W sercu ból a na twarzy uśmiech. Ten uśmiech był z dnia na dzień smutniejszy. Pan Jan nie widział w tym nic złego; w końcu co by się z nią stało jakby doszło do rozwodu. Na pewno nie dałaby sobie rady w życiu. I chyba by nie dała rady. Można było jej wejść na głowę bez najmniejszych problemów. Dlatego właśnie po latach bardzo przydali się sąsiedzi. Pan Jan zmarł, Kasia jako wdowa została sama i całkowicie bezradna. Na szczęście mąż przed śmiercią zapewnił jej pomoc jak już jego nie będzie. Pewnemu młodemu człowiekowi oddał swój samochód i garaż w zamian, że będzie on zawsze i na każde wezwanie pani Kasi. Ten pan był taksówkarzem i zawoził panią Kasię na każde jej życzenie dokąd chciała. Robił jej codzienne zakupy. Kasia była i jest nadal, z tych usług zadowolona a tę taksówkę widzieliśmy pod blokiem codziennie i dzisiaj również widzą ją sąsiedzi. Z Kasią było coraz gorzej. Zauważyliśmy, że coraz częściej odwiedzają ją jacyś ludzie. Na pytanie kto to ? Odpowiadała, że to rodzina. Po jakimś czasie Kasia nagle wyprowadza się – wracam na swoją ukochaną wieś i do swojego rodzinnego domu, mówiła. Minęło kilka miesięcy jak Kasia wyprowadziła się od nas. W jej mieszkaniu zamieszkali jacyś młodzi ludzie. Okazało się, że to syn pani która ostatnio tak często odwiedzała Kasię. Na moje pytanie – co u cioci Kasi, jak się czuje ? Krótka odpowiedź – dobrze, kończyła ewentualną dalszą rozmowę. I to właśnie mnie zaniepokoiło. Nie wiedzieliśmy o Kasi nic, a wiedzieliśmy, że jest to biedny, zdeptany przez życie człowiek. Poruszyłam temat wśród sąsiadów. Lekarz z Polikliniki gdzie pani Kasia miała pielęgniarkę środowiskową, odszukał obecny adres Kasi. Sąsiad spod 17 zobowiązał się, że pojedzie tam z żoną i niby przy okazji odwiedzi Kasię. No i dowiedzieliśmy się, że Kasia, która jest właścicielką dwóch domów na wsi i mieszkania w mieście, mieszka w swoim domu ale kątem w pokoju przejściowym, w którym toczy się całodzienne życie rodziny jej dalekiej kuzynki. Owa kuzynka w zamian za opiekę nad domami miała zgodę na zamieszkanie w jednym z nich. Ale było jej ciągle mało i stopniowo zajmowała coraz więcej nawet mieszkanie w mieście. Wszyscy sąsiedzi postanowili, że Kasia ma wrócić do nas a opiekę nad nią będzie sprawowała sąsiadka spod 14. Poszliśmy do młodych mieszkających w mieszkaniu Kasi, daliśmy im termin jednego tygodnia na opuszczenie mieszkania ponieważ za tydzień jedziemy wszyscy po Kasię. Nie musieliśmy, po trzech dniach Kasia już została przywieziona przez swoją pożal się Boże rodzinkę i mieszka spokojnie w swoim mieszkanku do dziś.

Fascynacja i niesmak

We wtorek – 17 grudnia dałam się skusić na wspólny wyjazd do byłego Domu Kultury na występ osób ze Środowiskowego Domu – Barka. Zaproszenie informowało, że ma to być spotkanie wigilijne a były to obchody dziesięciolecia Barki. Pierwsze pół godziny przeznaczone było na przemówienia, gratulacje i takie tam… Później zaczęły się występy, które dziwnie mną owładnęły. Dlaczego dziwnie? Otóż nie było w nich nic co byłoby ekstra wykonaniem a patrzyłam na te występy urzeczona. Występy rozpoczął chór, w którym podobało mi się tylko ich wprowadzenie – rozpoczęli nauką rytmicznego klaskania. Uważałam, że pasowało to do początku występów. Później chór się rozsypał. Zostawmy jednak chór. Drugim punktem programu była scenka ” Lepszy model ” niby nic a jednak dobrze wyreżyserowana, dobrze zagrana i z przesłaniem, także mogła się podobać. W trzecim punkcie programu była filmowa, urocza wycieczka po zakątkach naszego miasta. To była taka praca dyplomowa z nauki obsługiwania kamery. Nasi bohaterowie chodząc po mieście częstowali przechodniów jabłkami. Kilka jabłek upadło na ziemię. Upadające jabłka tocząc się, nadawały kierunek zwiedzania miasta. Uroczy filmik zachęcający do okazywania sympatii napotkanym ludziom. No i wreszcie moja fascynacja. Na ekranie widzimy wzburzone fale jeziora i fruwające po plaży strzępy gazet. Tytuły artykułów możemy odczytać. Nagle od czytania nagłówków z gazet, odrywa nas śpiew. Zaczynamy się wsłuchiwać ponieważ ten śpiew jest dziwnie Inny od słyszanego kiedykolwiek. Śpiewem owładnięte jest jezioro i plaża i my słuchacze. Nie pamiętam nawet czy były wyśpiewywane jakieś słowa , czy była to pieśń bez słów, wiem na pewno, że tego śpiewu mogłabym słuchać bez końca. Słyszałam jakieś dziwne synkopowanie, jakieś wzlatywanie do nieba razem ze słuchaczami. Nawet nie wiem kiedy na scenę weszła tańczącym krokiem dziewczyna. Dziwnie weszła, zupełnie nas nie widząc. To wyglądało tak jakby dziewczynie sen zmienił się w jawę. Widownia ją nie interesowała, ona cała w tiulach tańczyła swój taniec marzeń, ale jakim cudem my znaleźliśmy się w tych marzeniach nie znajomej dziewczyny. Ja z tym śpiewem i tym tańcem unosiłam się do nieba – to była moja fascynacja, mimo, że temu widowisku towarzyszył cholerny dyskomfort, otóż akustyk pofolgował sobie z decybelami. One rozrywały i ściany i mózgi. Ja cały czas miałam zatkane uszy, dopiero wówczas można było słuchać. Bałam się je odetkać choć na moment. Pomyśleć, że akustyką zajmował się spec znany od lat w naszym regionie. To widowisko zafundowała nam poważnie chora młodzież pod kierunkiem osób z wyobraźnią. U nas, w naszym Domu każdy występ powoduje niesmak. Nasi potrafią tylko odczytać z kartki wierszyk, czy coś zaśpiewać. To takie akademie szkolne tylko, że oprawione starymi głosami; a to z prostej przyczyny – nasze zespoły ” artystyczne ” tworzone są nie z pasjonatów a z osób które są uniżone dyrekcji. Te osoby muszą być zjednoczone wówczas mają siłę przebicia i właśnie taki zespół nie daje wrażeń artystycznych tylko przewraca w głowach „artystów”. To wpychanie ich na scenę jest nagrodą za służalczość. Jeszcze trochę a osoby te uwierzą, że są artystami. Za poprzedniej dyrektorki w naszym Domu był chór który jeździł wszędzie z panią dyrektor i wystawiał jej laurki, czerpiąc z tego niebywałe korzyści.

Tak przy okazji służalczości – opiszę brzydkie zachowanie pracownicy względem podopiecznej. Teraz, przed świętami dostałam choinkę częściowo ubraną. Szpic i kilka bombek było w kolorze niby złotym, takim matowym złotem, jednym słowem – brzydkie. Poprosiłam ową pracownicę żeby ten mat upstrzyła brokatowym sprajem. Na zasadzie jak wyjdzie tak wyjdzie ale będzie błyszczeć. Mijają dni a prośba jest odsuwana w czasie. Pytam więc – czy to takie trudne położyć cacka na gazecie i popryskać. Jeśli trudne to je wezmę i zrobię sama. Od razu zostały zrobione i przyniesione mi do pokoju. Jak zobaczyłam to oniemiałam – zabawki sztuka w sztukę zostały pomalowane na czerwono. Sprawiały wrażenie jakby były pomazane farbą olejną. Bombki wyglądały jak pomidory. Moim zdaniem to było takie przedświąteczne świństwo i to już nie pierwsze, skierowane przez ową terapeutkę zajęciową pod moim adresem. Jej zachowanie opisywałam na swoim blogu równo rok temu, wówczas chodziło o zajęcia komputerowe. Jestem pewna, że jest to w ramach wykonywania poleceń swojej przełożonej. Bo chyba nie wypada coś co miało być zrobione na prośbę, czyli według mojego gustu, zrobić po swojemu. Gratuluję!

Pokora

to tylko tytuł artykułu z ” Wysokich obcasów” który potwierdził moje spostrzeżenia, że pokora pokorze nie jest równa. Czyli, że są co najmniej dwa typy pokory. Do tej pory modliłam się wręcz żeby było we mnie więcej pokory. Jestem cholernie niepokorna, taka wprost. Co mam na wątrobie to mówię i nie ważne komu. Jest pokora łagodna, delikatna, taka prawdziwa i taką cenię w innych, ale i jest pokora która szkodzi nam samym, to pokora sztuczna, to uniżoność. Nie znoszę ludzi pokornych w taki sposób. To pokora kłaniająca się w pas swoim zwierzchnikom, oczywiście w celu osiągnięcia korzyści. Np. jestem nic wartym pracownikiem ale jak zniosę wszystkie upokorzenia zadawane mi przez mojego przełożonego to on to doceni. Albo inaczej jestem niezła a jak do tego dodam uniżoność to będzie i premia i awans. Taka pokora dewastuje psychikę. Traci się swoją duszę, zatraca się siebie. Po jakimś czasie człowiek ze zdewastowaną psychiką już nie zauważa, że jest upokarzany, poniżany; ale taka jest właśnie droga za wszelką cenę do celu. Ja należę do tych co do celu idą z podniesioną głową albo zmieniają kierunek. W naszym Domu jest wiele ludzi rozdwojonych – na pokaz, jestem niezwykle skromny, szlachetny uczynny, to przed swoimi zwierzchnikami, a przed nami, swoimi podopiecznymi – może nie demonstracyjnie ale jednak – mam was poniżej pasa. O to przykład: od trzech dni na korytarzu koło moich drzwi leży świeżo wyprana czyjaś odzież. Ktoś ją wziął z pralni i położył na wózku pani Helenki. Pani Helenka, stwierdziła, że to nie jej garderoba i przełożyła ją na stojący obok fotel. Ktoś chciał usiąść na fotelu przełożył to na mój chodzik. Ja z chodzika korzystam kilka razy dziennie i za każdym razem przekładałam tą odzież na fotel. Trzeciego dnia pomyślałam wreszcie, że to jest pewnie już ubranie niczyje i położono je żeby ktoś sobie wybrał co mu się podoba. Tak się u nas praktykuje. Pytam więc opiekunki – co to ubranie robi od trzech dni na korytarzu? One nie wiedzą, ale jedna z nich przejrzała i stwierdziła, że są to ubrania Gieni, mieszkającej na drugim końcu budynku. Gienia nie upomni się o nie – nie mówi od pewnej słynnej nocy kiedy to straciła mowę i złote pierścionki jednocześnie. Może zauważy, że czegoś nie ma ale wyrazić tego nie potrafi w żaden sposób. Ludzie ciągle mówią, że ginie im odzież którą oddają do pralni. Opiekun zaniesie ubranie nie tam gdzie trzeba. Miałam taki przypadek, moje ubranie opiekun wziął z pralni i zaniósł do szafy sąsiadki. Tak się złożyło, że przyszłam po nie zaraz po wyjściu opiekuna tak więc poproszono mnie żebym sprawdziła czy nie zaszła właśnie takowa pomyłka. W ten sposób je odzyskałam . Jeśli przyszłabym dzień albo i dwa dni później to byłoby – szukaj wiatru w polu. A to, że jakaś rzecz zostanie dołączona do innego prania to zdarza się dość często. Ja odbierając osobiście swoje rzeczy z daleka poznam, że jest w nim coś nie mojego, natomiast jak pranie odbierze opiekun to niestety to przepada albo znajduje się po jakimś czasie. No niby przykład jest nie na temat; ale osoby które tak postępują mają nam pokornie służyć, wspierać, pomagać we wszystkim a nie olewać na każdym kroku. To takie osoby kłaniają się nisko swoim przełożonym żeby trwać. Wszystko inne nie liczy się. Spróbujcie powiedzieć jakiemuś opiekunowi, że nie przyniósł czegoś z pralni, wykpi cię, wyprze się w żywe oczy, a przecież nie sposób sprawdzić 150 szaf mieszkańców pod kątem zawartości nie tej co trzeba. Tak więc KOCHANA DYREKCJO jak ludzie mówią wam, że coś zginęło to w końcu potraktujcie to poważnie.

PS. W komentarzach mojego pamiętnika był wpis od Wiliama, napisany w języku rosyjskim, zachęcający mnie żebym napisała do Niego. Kochany Wiliamie odpisuję wyłącznie na łamach pamiętnika. Nie mam innych adresów ani kont, tak więc nic z tego. Mimo to dziękuję, że napisałeś.

Czysta Polska i czyste sumienie

Pierwszy człon mojego tytułu słyszymy ostatnio dość często w mediach. Mówi się o zaśmiecaniu lasów, wód i okolic. Z tą okolicą bywa różnie. W listopadzie dość długo było ciepło i przechodząc niemal ,że codziennie koło ogródków działkowych przyglądałam się ich sprzątaniu. Trochę nie fer, że działkowicze swoje śmieci wynosili i rzucali gdzieś aby dalej od siebie. Kiedyś byłabym tym faktem oburzona, ale odkąd przejechałam się na takiej uczciwości przy sprzątaniu już mnie to nie dziwi. Sprawa śmieciowa jest dość dziwnie zorganizowana. Teraz może inaczej ale przed laty za to, że zorganizowałam wiosenne sprzątanie wokół naszej posesji, wszyscy mieszkańcy naszego bloku słono za to zapłacili. Nasz budynek miał duży taras, przed drzwiami wejściowymi ogródek dla dzieci, dookoła trawnik i drzewa które przy otwarciu okna swoje gałęzie rozkładały na naszych wewnętrznych parapetach. Było pięknie o każdej porze roku tylko ta wiosna co roku odsłaniała wielomiesięczne zabrudzenia. Owszem były osoby sprzątające ale to sprzątanie było po łebkach. Skrzyknęłam więc sąsiadów i zabraliśmy się do pucowania okolic naszej posesji. Zrobiliśmy wszystko na błysk. Z tej radości zorganizowaliśmy kawkę na pięknie wyczyszczonym tarasie. Taras nasz liczył sobie około 100 metrów kwadratowych. Wszystkie śmieci po pańsku popakowaliśmy w worki i znieśliśmy do przeznaczonego do tego celu pomieszczenia. Zgłosiliśmy fakt odpowiednim służbom i byliśmy z siebie dumni dopóki nie otrzymaliśmy rachunku za wywóz śmieci – dodatkowa stówa na każdą rodzinę, a wówczas opłata miesięczna od osoby wynosiła 5 zł. A można było inaczej – mieszkaliśmy w parku, trzeba było nasze śmieci podrzucić do tych parkowych i czekać na pochwałę, że u nas taki błysk. Mądry Polak po ” szkodzie ” .W ogóle byliśmy cudownymi sąsiadami chociaż wówczas tego nie docenialiśmy. Dopiero dzisiaj, z perspektywy czasu wszystko widzę inaczej i wspominam z miłością.

A co poza tym, otóż dzisiaj jest sobota 7 grudnia i właśnie wróciłam z naszej kaplicy, gdzie odbyło się nabożeństwo pokutne. Dziwne było to nabożeństwo ale wyszłam z niego bardzo kontenta, jakaś lekka, spełniona i z oczyszczonym sumieniem. Wstęp do Nabożeństwa był króciutki, później mówił rekolekcjonista, następnie nasz kapelan poprosił żebyśmy śpiewali a Oni będą w tym czasie spowiadać. Śpiewać mamy tak długo aż nasz Ksiądz wróci po wyspowiadaniu osób leżących w pokojach, wówczas nam pobłogosławi i będziemy mogli się rozejść. Śpiewanie rozpoczął Pan NIKT, kiepskie było to śpiewanie ale żeby nie on to śpiewu nie byłoby w ogóle. Ktoś musi trzódką zarządzać. Najpierw podporządkowałam się tym śpiewom ale później postawiłam na swoim. Po wyspowiadaniu się śpiew wzięłam pod swoje skrzydła. Była nas garstka ale śpiewaliśmy zgrabnie. Zdecydowanie prowadziłam melodie i z wyraźną dykcją podawałam tekst. Ludzie mieli się czego trzymać. Jak Ksiądz wrócił do kaplicy był pełen podziwu – jak wy pięknie śpiewacie, cały budynek rozbrzmiewał waszym pięknym śpiewem. A śpiewaliśmy prawie godzinę. Chyba tego mi było potrzeba. Poczułam się spełniona i doceniona. Podczas spowiedzi poruszyłam temat swojego bloga. Może to grzech tak najeżdżać na co niektórych – pomyślałam; a dostałam pochwałę, że nie jestem obojętna i jeśli opisuję prawdę to robię dobrą robotę. A opisuję wyłącznie prawdę, tak więc jeśli macie zastrzeżenia to podważajcie tą moją prawdę argumentami. Jeszcze żeby ktoś umiejętnie powstrzymał Leona od codziennego wyzywania mnie to byłoby jeszcze lepiej, ale nie ma mądrych żeby się tym zająć. A ja ” teraz mówię sercu żeby sercem było ” właśnie o tym śpiewa Kora w tej chwili. Odebrałam ten tekst jak podpowiedź co mam robić.