Mój życiorys wg Leona- psychopaty

Oczywiście obiecanki Leona dla pani dyrektor to pic na wodę. Mam nagrane jak mnie wyzywa a ja celowo przypominam, że coś obiecywał pani dyrektor ale Leon na to tylko zaczął wykrzykiwać żebym się jego nie czepiała. Jednak przed moją kamerą czuje respekt. Wyzywa mnie dopiero jak go minę. On mnie nie widzi ale kamera go słyszy. Leon znalazł obrończynię w osobie Wandy – paprocha; to ta która zmyśla na poczekaniu i wedle życzenia. Twierdzi, że słyszała awanturę między mną i Leonem i zawsze ja tę awanturę prowokowałam. Wanda przypomniała Leonowi jego prawa – o nie wyrażeniu zgody na nagrywanie. Wyjaśniam więc, że zgodę na nagrywanie uzyskałam od samego zainteresowanego i tę zgodę mam nagraną. A nagrywać będę ponieważ te nagrania stanowią dowód, że paproch zmyśla, że nawet nie zna znaczenia słowa – awantura. Do awantury potrzeba więcej niż jednej osoby, a Leon zawsze wrzeszczy sam. To jest monolog psychopaty. Dzisiaj na holu Leon wykrzykiwał mój życiorys. A więc ukończyłam szkołę szpiegowską w Moskwie, z najwyższymi odznaczeniami. Potrafię obsłużyć każdą maszynę szpiegowską i rozszyfrować każdy szyfr. Jestem bardziej wykształcona od dyrektorki tego domu. Po ukończeniu szkoły szpiegowskiej Stalin wysłał mnie najpierw do zakonu z którego wyszłam po roku ze zmienionym imieniem i nazwiskiem. I o dziwo wymienił moje panieńskie nazwisko jako poprzednie. Podobno zawsze chodziłam jak gestapowiec z ogromnym psem i kiedyś ten pies go pogryzł. Poszczułam go psem ponieważ Leon mnie rozpoznał jako szpiega zakonnicę. Niech ona nie myśli, że jej to daruję – wykrzykiwał Leon, wplatając kilka wulgaryzmów, dopadnę ją bez dwóch zdań. Już wiem kiedy i gdzie chodzi. Do niej nie przychodzi nikt, bo jest zakaz. ( Zaczepił Gienię B. i przypomniał jej, że vis a vis jego pokoju, przed laty mieszkał w naszym Domu człowiek z takim samym nazwiskiem jak moje kiedyś, on szykował dla mnie drogę do tego Domu, ale najpierw musiał unieszkodliwić Leona. Żeby nie groźby i wulgaryzmy to Leon mógłby sobie gadać do woli. Ale jeśli idąc przez las spotykam tego psychopatę, to już gorzej. Czy nasz psychiatra nie rozpoznaje ciągle choroby psychicznej u Leona?

PS. Napisała do mnie osoba podpisująca się Marianna, niestety nie bardzo rozumiem treści. Nie wiem jak to ugryźć. Osoba ta nie nawiązała do żadnego mojego wpisu, a więc nie wiem czy treść Jej wpisu dotyczy mnie czy osób o których pisałam. Przykro mi ale w związku z tym nie odpowiem.

Kontemplacja codzienności

Takie zdanie padło jak przysłuchiwałam się rozmowie dwóch psychologów w programie telewizyjnym. Bardzo mi się spodobało. Idealny tytuł do jakiegoś rozdziału mojego bloga. Natychmiast przed oczyma stanęli mi staruszkowie z krajów bałkańskich jak to wieczorem wychodzą przed dom, siadają na jakiejś ławeczce czy krzesełku i opierając się o laseczkę kontemplują codzienność. Zawsze ci staruszkowie byli dla mnie bardzo mądrymi ludźmi. No bo żeby kontemplować to trzeba być mądrym człowiekiem; ja nigdy nie kontemplowałam. Kontemplacja to przyglądanie się czemuś w skupieniu i poznawanie, pogrążając się w myślach. Ja na wszystko tylko zerkam w biegu. Czasem analizuję ale nie kontempluję. Postanowiłam pokontemplować. Wyszłam na balkon w piękny letni wieczór i zanurzyłam się w myślach. Co do tej mojej głowy zaczęło przychodzić, sama nie mogę się nadziwić. Uświadomiłam sobie, że żyjemy w erze Kenozoicznej, w czwartorzędzie epoki holocenu. No ludzie, trzymajcie mnie jak to kontemplować. Jakiś strach mnie ogarnął przy tych rozważaniach. Ale patrząc z balkonu, na swój ogródek i na to co się w nim dzieje, przypomniałam,że holocen to era ssaków, owadów i roślin kwiatowych. Ja, jako ssak zauważyłam, że do ogródka zbliża się drugi ssak – kot. Kieruje się w stronę grządki, która jest dla niego skrótem do wejścia w głąb ogródka. Zaczynam do niego mówić, no skoro jesteśmy ssakami to musimy się rozumieć – O, mam cię, to ty ustawicznie depczesz mi grządkę… kot stanął i uważnie wsłuchiwał się w moją mowę. Ja nie przeganiałam go tylko tłumaczyłam – proszę bardzo, możesz przychodzić, ale tak jak należy. Mówię do niego pokazując ręką : tu jest chodniczek, proszę iść prosto do ściany i zejść chodniczkiem na dół. Kot posłuchał i tak zrobił. Mój ogródek leży na skarpie, jak się chce do niego wejść to należy zejść z górki a jak się wychodzi to pod górkę. Zauważyłam, że pod ławką jest drugi kot, który chciał być sam, także na widok intruza zrywa się i chce uciekać. Zbliża się do dość szerokiego klombu… a ja do niego : teraz ty będziesz deptał to co jeszcze nie było deptane? Koteczek popatrzył na mnie i dał dużego susa w górę przez całą grządkę. Byłam zachwycona swoimi gośćmi. Jednak co ssak to ssak. Koty poszły, a ja zaczęłam patrzeć na kwiatki. Nawet nie myślałam, że z kupionych nasion w Biedronce z napisem – astry chińskie, wysokie, roztrzepane czy jakoś tak, wyrosną i rozkwitną takie piękne kwiaty. Przepiękny róż. Dopiero zaczęły kwitnąć a już upiększają ogród a co to będzie jak zakwitnie ich dziesiątki, bo tyle ich mam. W moim ogródku wszystko rośnie bardzo wysoko. Jeden z sąsiadów zauważył, że u mnie nawet mech ma pół metra wysokości. Jak zaczęłam kontemplować to doszłam do wniosku, że to mądrość roślin. Mój ogródek jest usypany na śmietniku po budowie. Nikt nie wywiózł ani gruzu ani puszek po farbach czy rozpuszczalnikach, tylko wszystko zasypano żwirem, a ja na to nawoziłam ziemię. Tak więc nic dobrego w głębokościach nie ma i roślinki to wiedzą, pną się więc do góry zamiast się ukorzeniać. Nad wszystkim zgodnie z wymogami ery, krążą owady – bo to era ssaków, owadów i roślin kwiatowych. No i pokontemplowałam, chociaż nie wiem czy codzienność.

lawina wspomnień

Wracałam autobusem z miasta jak podeszła do mnie piękna dziewczyna i z uśmiechem powiedziała – dzień dobry pani Danusiu, jak miło panią spotkać, tyle lat nie widziałyśmy się. Patrzyłam na nią z zachwytem. Przepiękna blondynka o dużych szafirowych oczach. 175 cm wzrostu, gustownie ubrana; no istna modelka i to z górnej półki. Wstyd mi, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd się znamy, czy mogłaby pani coś bliżej. Jestem Ania Pil… Boże, jakaś ty piękna. Ale zaraz, zaraz, coś mi tu nie gra. Przede mną stoi kobieta w wieku 25 – 35 lat a przecież Ania to rówieśnica mojej młodszej córki, czyli 56 latka. Co to znaczy pobyć kilka lat w wielkim świecie. ( Jej mąż był w ochronie Prezydenta Kaczyńskiego). Nasze rodziny przez lata były zaprzyjaźnione jako sąsiedzi. Ani rodzina mieszkała piętro wyżej. Jej tata przyjaźnił się z moim mężem, ja z jej mamą, a Ania z moją młodszą córką to były papużki nierozłączki. Jak dorosły to nawet za mężów wzięły chłopaków z jednej rodziny. Ania wychodziła za mąż pierwsza, moja córka razem z bratem pana młodego byli świadkami na ich ślubie a rok później ów świadek został moim zięciem. W związku z rodziną Ani, przypomniał mi się taki incydent z którego można boki zrywać. Dotyczy on czasów kiedy nasze córki miały najwyżej roczek. Rodzina Ani to byli nie tylko jej rodzice ale i dziadkowie. Bardzo lubiłam babcię Ani. Była bardzo pokiereszowana przez wydarzenia z II wojny światowej. Zawsze była opatulona chustkami, nosiła spódnice do kostek a po schodach schodziła tyłem trzymając się z obu stron poręczy. Z wyglądu to była babinka z dalekiej Syberii a w rozmowie zachwycała mądrością. Ten incydent który mi się przypomniał jest związany właśnie z babcią Ani. Kiedyś przyszła do mnie z prośbą żebym kupiła dla niej piękną wiązankę kwiatów bo ona musi przeprosić pana profesora – sąsiada z mieszkania obok. To taki porządny człowiek a ja mu narobiłam takiego wstydu, żaliła się babcia Ani. Pan profesor mieszkał nad nami. Wprowadził się z żoną która bardzo szybko odeszła od niego. Całe noce nie spał tylko chodził po mieszkaniu – dwa kroki po podłodze, cztery po dywanie i znów dwa po podłodze – w butach. Trwało to całe noce, a więc nie tylko on nie spał. Raptem zaprzestał nocnych spacerów. Okazało się, że wzięły się za niego jego studentki i pan profesor zaczął wracać do domu nad ranem w stanie wskazującym. A głowa słaba. Kiedyś po takim powrocie stoczył bój z kluczem i zamkiem do drzwi swojego mieszkania i niestety poległ. Padł na klatce schodowej. Babcia Ani tej nocy czuwała, czekała na syna. Jak syn nie wraca w porę to znaczy, że wróci pod wpływem, chciała być w pogotowiu żeby wszystko było po cichu i po pańsku. Musiała jednak przysnąć bo kiedy wrócił nie słyszała. Obudził ją jakiś rumor na klatce. Nie wiele myśląc wybiegła chwyciła za nogi to co leżało na posadzce i wciągnęła do przedpokoju swojego mieszkania. Jakie szczęście, że sąsiedzi nie widzieli, taki wstyd…- myślała. Babcia położyła się spać spokojna, że synuś już jest w domu, a spanie na podłodze dobrze mu zrobi. Za jakiś czas budzi się Ignaś – syn i idzie do łazienki, w przedpokoju zawadził o jakieś zwłoki i się przewrócił. Patrzy i oczom nie wierzy – jakiś facet. Krystyna!!! krzyczy Ignaś, czyli żona, przybiega wystraszona, patrzy dwaj leżący panowie w ich mieszkaniu, ale to ją za bardzo nie zdziwiło ponieważ jej mąż miał bardzo dziwne poczucie humoru. Usiłuje podnieść męża z podłogi. Skończ z tymi czułościami. Lepiej bierz się za tego gacha co go sobie przyprowadziłaś i razem z nim won z domu – krzyczy rozjuszony Ignaś. Słysząc te krzyki budzi się babcia, weszła do przedpokoju i uświadomiła sobie co zrobiła. Ignaś – synku, to nie Krysia go przyprowadziła, to ja. Ty ? I co , wykończyłaś go, czy jak ? Pan profesor wystraszony, zupełnie nie wiedział gdzie jest i co się dzieje. Siedział na podłodze i prawie nie oddychał. Babcia chcąc zakończyć spór bierze go za nogi i ciągnie tam skąd go wzięła. Danusia, no taki wstyd; co człowiek wyprawia w tych nerwach. Pomóż mi go przeprosić, lamentowała babcia Ani. Ale pana profesora już więcej nikt nie widział. Nie pokazał się już a naszym bloku nigdy. Wyjechał do Szczecina ponieważ tam na uczelni otwierano wydział z jego specjalizacją. Do Szczecina wyjechali dwaj profesorowie z naszego bloku i mój śpiewający kolega – skromniutki, cichutki człowieczek, aż dziw, że wchodził na scenę i pięknie śpiewał.

Siła psychiczna

Jest niedziela 18 sierpnia i mimo iż obiecywałam sobie, że do stołówki pójdę dopiero we wrześniu to zaryzykuję i pójdę dzisiaj. Po prostu zobaczę co zrobi na mój widok Leon. Jeśli będzie mnie zaczepiał to wszystko nagram ( mam w końcu smartfona ). Bardzo wątpię, że ktoś zajmie się Leonem jako człowiekiem chorym i niebezpiecznym, dlatego będę zbierała dowody i wykorzystam swoje ” znajomości „. Będę miała okazję utrzeć nosa naszemu psychiatrze. Jak chciał Witka czy mnie ubezwłasnowolnić to łgał jak najgorszy śmieć a z prawdą nie umie się uporać. Zdrowych doprowadzić do obłędu, proszę bardzo, od tego jestem psychiatrą, ale chorymi psychicznie zająć się to niestety umiejętności brak . .Demonstracyjnie szłam przez stołówkę z kamerą nastawioną do nagrania. Niestety to był blef, nie mogłam pozbyć się jakiejś natrętnej reklamy i przez to nie mogłam włączyć kamery, ale Leon o tym nie wiedział. Z pasją wydzierał się na mnie ubliżając mi i co chwila dodawał – nagrywaj sobie ile chcesz i tak nic mi nie możecie zrobić. Na drugi dzień siedząc jeszcze przy swoim stoliku przygotowałam kamerę, oczywiście demonstracyjnie, ale Leon uciekł. Przez noc przemyślał sobie, że przecież nie nagrywam po to żeby napawać się pięknem głosu Leona tylko do czegoś ma to służyć. W końcu każdy głupi ma swój rozum. Tak było i następnego i następnego dnia. Mimo to kamera jest zawsze w gotowości. Rozbawiła mnie pani dyrektor, która zaraz po powrocie z urlopu zainteresowała się tematem Leona i poinformowała mnie, że po przeprowadzonej z nim rozmowie Leon obiecał, że nie będzie już mnie zaczepiał i Ona ciekawa jest czy dotrzyma słowa. Czy chory psychicznie człowiek dotrzyma słowa. Pewnie będzie chwila przerwy a później albo weźmie się za kogoś innego albo zaczai się na mnie gdzieś z za winkla. Jeśli tak mu wierzy to dlaczego nie przeprowadziła tej rozmowy rok temu, jak Leon nie dawał żyć Dianie. Wiem o pięciu kobietach które gnębił Leon, dopiero musiało trafić na mnie żeby dyrekcja zechciała porozmawiać z napastnikiem? To jednak pani Maria miała rację mówiąc cytuję – tak się cieszyłam, że Leon wziął się za ciebie, wiedziałam, że zrobisz z tym porządek a ja wreszcie będę miała spokój. Przykre było dla mnie to stwierdzenie ale coś w tym jest. Już kiedyś słyszałam podobne powiedzenie; to było 6 lat temu, chodziłam na dzienny pobyt do szpitala, któregoś dnia przyszło do mnie kilka pań i z żalem zaczęły prosić – wracaj z tego szpitala bo jak ciebie nie ma to chórzystki czepiają się nas. Przez ostatnich 10 lat, będąc ustawicznie gnębiona, okrzepłam bardzo. Teraz nie ma na mnie mocnych. Nigdy nie byłam taka silna psychicznie jak jestem teraz. W końcu wybór był oczywisty, albo istotnie dostać obłędu i trafić do wariatkowa na oddział zamknięty albo okrzepnąć na tyle żeby mieć wszystko w tyle.

PS. Napisała do mnie Oliwia jedno krótkie, pochlebne zdanie. Bardzo dziękuję, ale dlaczego nie w języku polskim. Pisałam wielokrotnie, że nie odpisuję nikomu kto pisze do mnie w innym niż polskim języku. Niestety jestem podejrzliwa, przepraszam, ale jedno zdanie i do niego adres zwrotny. Czyli, że to ja mam napisać. Wszystko co mam do powiedzenia jest ujęte w pamiętniku. Chcesz wiedzieć więcej napisz po Polsku na pewno zawsze i szczerze odpiszę ale tylko na blogu. Inaczej nawet nie umiem i już nie chcę umieć.

Nie ma to jak być porządnym człowiekiem.

W sobotę pisałam na blogu, że jestem spokojna i szczęśliwa a już w niedzielę porządnie się wystraszyłam. Moment nieuwagi i mogłabym dostać w głowę. Zaraz po śniadaniu, kiedy to na korytarzach nie uświadczysz ani jednej opiekunki, bo to pora karmienia i sprzątania po śniadaniu w pokojach osób leżących, na moim korytarzu pojawił się Leon. Mieszkam dwa piętra niżej od niego. Nikt nigdy nie widywał go na tym korytarzu, a tu patrzę jest. Wystraszyłam się nie na żarty. Właśnie podlewałam kwiaty na zewnętrznym parapecie okiennym tego korytarza, głowę miałam zasłoniętą firanką, jak usłyszałam pytanie – gdzie jest ta opiekunka, szpieg sowiecki? Nie wychodząc spod firanki wskazałam Leonowi drzwi do palarni. Jak on zaczął się do nich dobijać ja szybko wymknęłam się do swojego pokoju. Okazuje się, że teraz oskarża mnie o rzekome pogryzienie go przez psa, mojego psa, którego nie mam. Nic nie pomógł fakt unikania go przez dwa tygodnie. On przyjął za punkt honoru, żeby mnie zlikwidować i uparcie dąży do celu. Martwi mnie, że wiele osób interesuje sprawa Leona ale nikt nie umie poradzić co z tym fantem zrobić. Od każdego tylko słyszę – ty się boisz ? no nie wierzę. Trzepnij go porządnie i zakończ sprawę. Takie pouczenia słyszę od pracowników Domu Opieki. Wszyscy to lekceważą bo nie potrafią zająć się problemem. To jest problem. Pewnie dopiero jak coś się stanie to będzie larum. Nie potrafią zajmować się osobami chorymi psychicznie a przyjmują je pod opiekę, na zasadzie jakoś to będzie. Lekarza psychiatrę nie należy wykorzystywać do celów uciszania ludzi niewygodnych, za dużo wymagających ale wymagać od niego profesjonalizmu. Żeby dyrekcja była w porządku to za fakt tworzenia fikcyjnych diagnoz postawiłaby lekarza przed sądem a ona go do takich ekscesów namawia, tak więc są skutki, pan doktor oczekuje informacji od dyrekcji co ma z tym fantem zrobić. W sumie on nie wie czy ma wyciszyć Leona czy mnie. Kiedyś kazano mu uciszyć mnie, a teraz Leona. No i co ma robić biedny doktor? JAK NIE WIESZ JAK SIĘ ZACHOWAĆ, ZACHOWUJ SIĘ PORZĄDNIE. POD WARUNKIEM, ZE ZAWSZE.

Już myślałam, że wszystkie cechy przyzwoitości i empatii zanikły we mnie, na zasadzie weszłaś między wrony. A tu niespodzianka jestem jeszcze porządnym człowiekiem. Nie zdajecie sobie sprawy jak się cieszę z tego powodu, bo to znaczy, że w tym względzie nie ma na mnie mocnych. Otóż, jechałam wczoraj autobusem dość zatłoczonym. Siedziałam sobie wygodnie oparta o swój chodzik kiedy to na którymś przystanku wsiadła osoba o dwóch kulach. Ledwie się wtelepała do autobusu. Natychmiast odstąpiłam jej swoje miejsce. Ona widząc, że posługuję się chodzikiem, mitygowała się, ale ja nalegałam. Tylko ta osoba usiadła wygodnie, autobus nagle zahamował i ja poleciałam na łeb na szyję. Potłukłam się strasznie. Kasownik chyba wszedł mi w żebra. Przez parę godzin miałam problem z oddychaniem, ale pierwsza myśl jaka w czasie upadania przyszła mi do głowy świadczy o moim człowieczeństwie – Boże, jak dobrze, że ta pani z kulami już usiadła, przecież gdyby ona była na moim miejscu to nie byłoby co zbierać. Musiałam się tym pochwalić, bo chociaż boli jak diabli to duma mnie rozpiera przez tę moją pierwszą myśl – pomyślałam o obcym człowieku nie o sobie.

Jedna chwila szczęścia…

„Jedna chwila szczęścia może być nagrodą za lata goryczy” – to sentencja wyjęta z kalendarza a jakże pasująca do życia, zwłaszcza do mojego życia. Przez wszystkie lata gorycz życia była rekompensowana chwilami szczęścia. Tych chwil szczęścia było bardzo dużo, ale w porównaniu z życiem to na prawdę tylko chwile, choć uzbierałoby się ich cały ogromny wór. Goryczy w życiu było i jest nieporównywalnie więcej ale zawsze przy mnie było to moje szczęście – mój charakter – szybko zapominam co złe a łapię chwile szczęścia i trzymam je jak najdłużej przy sobie. Choć nie zapominam nigdy o osobach które mi to zło wyrządziły.

Rozpisałam się filozoficznie a chodziło mi tylko o to, że po miesiącu nękania mnie, publicznego upokarzania przez pana Leona i nic nie robienia ze strony dyrekcji, spotkała mnie chwila szczęścia i natychmiast zapomniałam o tym co było. Otóż, spotkałam w autobusie byłą pracownicę naszego DPSu która obsypała mnie miłymi słowami. Miała tylko pretensje – dlaczego teraz tak rzadko piszę. I co, można po czymś takim zapomnieć o tym co złe? Można. A jeszcze jak dodam, że nie chodząc do stołówki prawie zapomniałam o wyrządzanych mi przykrościach, to wiadomo, że jest dobrze. Bardzo prymitywnie zareagowały dwie pracownice, na to moje nie pokazywanie się w stołówce. Na pytanie dlaczego nie przychodzę do stołówki odpowiedziałam, że nie lubię być opluwana; pracownica odebrała to dosłownie i poradziła mi napluć na pana Leona. Druga z pracownic poradziła mi żebym strzeliła mu w mordę, ona tak zrobiłaby na pewno. Jak dla mnie w obu wypadkach był to szokujący prymitywizm. Obie panie dobrze wiedzą o kim mowa, jednak żeby ich nie zawstydzać jeszcze bardziej nie podaję imion

Wrócę jeszcze do spraw wiary, czyli do naszej kaplicy i do mojej dawnej parafii. W minioną niedzielę posłuchałam przez chwilę kazania przez naszą radiolę i wysłuchałam w całości kazania w Kościele do którego wybrałam się na godzinę 12,30. W obu wypadkach była mowa o dobrach materialnych a jakże inaczej przedstawiona. Ksiądz z naszego DPS nawoływał do dobrowolnego wyrzeczenia się wszelkich dóbr materialnych ( w domyśle na jego rzecz ). Jakie my mamy dobra materialne, my mieszkańcy Domu Opieki, będący na państwowym garnuszku, co najwyżej parę groszy na czarną godzinę i to pod warunkiem, że zrezygnujemy z fryzjera czy pedikiuru. Ksiądz w kościele parafialnym natomiast, nawoływał żeby nie zabiegać o dobra materialne. Zwłaszcza młodzież zabiega o nie żeby nie być gorszym od kolegi. Pan Bóg jednakowo kocha i biednych i bogatych. Wystarczy być dobrym katolikiem. Dzisiaj rozmawiałam na ten temat z wnuczką, a naszej rozmowie przysłuchiwał się mój najmłodszy, dwu i pół letni prawnuczek, wtrącił się do rozmowy i poinformował mnie, że zawsze płaci za to, że wchodzi do kościoła a ksiądz mówi mu Bóg zapłać.

Wczoraj był u mnie nasz psycholog, pewnie na zwiady żeby wybadać co zamierzam z tym nie chodzeniem na stołówkę. Czy dyrekcja ma się mnie bać, czy może jednak nie. Czy to jest cisza przed burzą, czy po prostu cisza. Oczywiście niczego podobnego psycholog mi nie sugerował ale ja tak tę wizytę odebrałam. Powiedziałam mu, że to nie chodzenie na stołówkę bardzo mi odpowiada, czuję się wolna i jakby szczęśliwsza, a nawet lepiej i dłużej śpię, ( choć w moim wypadku dłużej to już prawie połowa doby ). Szczerze mówiąc, to chciałabym żeby ten stan pozostał, ale niestety będę musiała sprawdzić czy nasz pożal się Boże psychiatra potrafi zająć się chorym psychicznie człowiekiem. Czy umie leczyć, czy tylko chętnie z normalnych ludzi robić chorych psychicznie. W tym celu będę musiała pójść do stołówki żeby sprawdzić zachowanie się pana Leona. Myślę, że zrobię to dopiero we wrześniu. Przecież muszę dać czas medycynie.

Strawa duchowa i cielesna

Ponieważ przestałam chodzić do naszej kaplicy, usiłowałam dotrzeć do swojej dawnej Parafii, niestety nic z tego nie wyszło. Muszę to sobie wszystko zaplanować, bo jak wyszłam bez planu to w połowie drogi musiałam zawrócić, nic nie pasowało. Autobus, do którego musiałabym dojść idąc 20 minut, czasowo nie pasował, a zupełnie pieszo całą drogę w tę i z powrotem, to też nie bardzo. Po powrocie włączyłam radiolę usiłując wysłuchać mszy z naszej Kaplicy. Msza przez radiolę to zwykła żenada; głos księdza wskakuje z dużą mocą albo ginie. Na ogół mikrofon nie działał, a więc nic nie było słychać. Zajęłam się czymś innym, aż tu raptem słyszę sprzeczkę pana i pani NIKT. Było już 10 minut po jedenastej, w Kaplicy nie było nikogo tylko oni, mikrofon włączył się sam i był włączony do godziny 18. Cały czas słychać było szumy. Nikogo to nie obchodziło. Poszłam do opiekunek, Jowita przerwała swoją pracę i poszła wyłączyć radiostację. Podobno tak jest co niedziela, radiostacja jest włączona około 9 godzin i nagrzewa się do „czerwoności”. Przy takim wykorzystywaniu tego cudu techniki, radiola długo nie podziała. Kable się przegrzewają a bateria przy mikrofonie zużywa się bez potrzeby. Przez trzy lata prowadziłam audycje radiowe nigdy ani przez sekundę nie było problemów z mikrofonem, ale dla mnie mikrofon to jak dla kogoś innego różaniec – to świętość. Jak będzie takie podejście do mikrofonu jak jest w tej chwili to długo z niego nie będziemy korzystać, przegrzane kable szlak trafi. Wczoraj był pierwszy piątek miesiąca i jak zwykle była odprawiana msza – mikrofon szumiał co najmniej do godziny 15. Wyłączyłam radiolę w pokoju bo serce mnie boli na taki brak szacunku do czegoś co powinno zachwycać a nie drażnić.

Od kilku dni nie jem posiłków w stołówce tylko w pokoju, a to z powodu nękania mnie przez jednego z mieszkańców, właśnie w stołówce. Znam człowieka od ponad 10 lat. Wiem, że jest chory psychicznie, przechodząc koło niego nawet nie spoglądałam w jego stronę, aż tu on mnie zaczepia pytając czy miałam psa – miałam odpowiadam, zaskoczona pytaniem. I chodziłaś z nim po parku, co ? Chodziłam. A, to ty jesteś tym szpiegiem sowieckim przez którego zapełniały się łagry. Ile ludzi wymordowałaś ? Ty świnio sowiecka. Pan Leon jarał się tym co mówił i używał coraz bardziej wulgarnych słów. W końcu po kilku dniach wyzwisk stwierdził, że on mnie musi zlikwidować skoro nikt do tej pory tego nie zrobił. Z początku mnie to śmieszyło, aż w końcu miałam dość. Żeby tego nie słuchać przestałam chodzić do stołówki licząc, że pan Leon wyciszy się i zapomni o mnie tak jak zapomniał już o wielu innych osobach które nękał. Na ogół były to pracownice. Jego zdaniem ja byłam jego opiekunką ale on nie życzył sobie śmiecia sowieckiego. Niby swój problem zlikwidowałam. Nie widzę go i mam spokój. Śniadanka jem w pokoju i zawsze słyszę pytanie – co podać? Co sobie życzę z tego co jest na wózku barowym. Na obiady, zanoszę trojaki do stołówki, które odbieram kiedy chcę, nie jestem uwiązana czasowo. Mnie taki stan rzeczy odpowiada. Okazało się, że bywalcy stołówki ucieszyli się, że Leon wziął się za mnie wiedząc, że jestem silną psychicznie osobą i na pewno coś z tym zrobię. Dyrekcja od lat wie o tym i nic nie robi. Nawet nie wiedziałam, że wiele osób przechodziło to uporczywe nękanie, teraz są zawiedzeni, że ja zamiast coś zrobić, uciekłam. Kochani, ja myślę, że tą sprawą powinna się zająć dyrekcja, a zwłaszcza nasz psychiatra który woli tak jak Leon nękać zdrowych ludzi bo chyba z chorymi sobie nie radzi, Leon jest tego przykładem. Jeszcze parę lat temu bał się tylko swojego pokoju, wszystkie noce spędzał śpiąc na korytarzu. Później doszło maniakalne zajadanie się jajkami – kuchnia musiała mu nieustannie, dzień w dzień podawać po dwa jajka na twardo, po za tym Leon jeszcze jeździł na rynek i co tydzień kupował dwie zgrzewki jajek. Wszyscy o tym wiedzieli i nikt z tym nic nie zrobił, a to przecież wyraźny objaw choroby. Mało tego, te ogromne ilości zjadanych jajek na pewno wpłynęły na pogorszenie się stanu zdrowia. Jak Leon nie dostał jajek to robił piekielne awantury więc dla świętego spokoju dostawał je. Od zawsze dyrekcję interesuje tylko święty spokój. Może tym razem jednak nie. Wszystko opisałam i skierowałam sprawę do p. Dyrektor. Mam nadzieję, że sprawa będzie wreszcie załatwiona, że nasz psychiatra zajmie się człowiekiem chorym psychicznie, a nie jak dotąd ze zdrowych usiłował zrobić chorych.

Jestem za a nawet przeciw

Taki tytuł marzy mi się w naszym kwartalniku. Byłby to taki panel dyskusyjny w którym Za wypowiadałoby się pewnie wiele osób a Przeciw byłabym tylko ja. Mieszkańcy nie musieliby zadawać mi pytań na korytarzu czy na moim blogu tylko na łamach Głosu Seniora. Byłby to nasz prawdziwy głos i ten Za i ten Przeciw. ” Prawdziwa cnota krytyk się nie boi ” a zatem rzucam rękawicę. Pierwszy temat – nasz nowy ksiądz. Na zebraniu które miało miejsce około miesiąca temu, p. dyrektor zachwalała nowego księdza pod niebiosa. Już sobie wyobraziłam jak spotyka się z nami przed mszą uczy nas pieśni które będziemy śpiewać ( takie zwyczaje panowały w Parafii z której i On i ja wywodzimy się ), poinformuje nas, że za jego ” rządów ” nie będzie zbierana taca bo trochę mu głupio żebrać o ostatnie grosiki u emerytów którzy są na utrzymaniu Państwa. On sam również dużo mówił jak to bardzo szanuje i kocha starych ludzi. No i tylko mówił. Jego słowa nie mają pokrycia w czynach. Jest nie zorganizowany. Spóźnia się we wszystkim. Nie dotrzymuje słowa – z jednymi umawia się i nie przychodzi, do innych przychodzi bez zapowiedzi. Czy tak się wyraża szacunek? Od tych ” ZA ” słyszę, że przecież to są początki, nauczy się wszystkiego. To przepraszam, Ksiądz nigdy nie widział jak prowadzi się Mszę. Ja wiedziałabym, że co najmniej na 5 min. przed rozpoczęciem mszy musiałabym być w 100% gotowa – przebrana i natchniona. Nasz ksiądz natomiast 5 min. po czasie stoi na środku kaplicy i prowadzi rozmowy. Później uświadamia sobie, że jest nie przebrany a jeszcze później walczy z mikrofonem. A wierni siedzą i czekają a ich natchnienie szlak trafia. W tym co opisałam powyżej jest radykalna różnica pomiędzy byłym a nowym księdzem. U poprzednika wszystko szło jak w zegarku. Natomiast jak nowy ksiądz upomniał się o zbieranie tacy , (w odpowiednim momencie zapytał – czy dziś nie będzie zbierana taca? ) od razu stwierdziłam, że są tacy sami. Poprzednik jak odprawiał mszę w intencji za kogoś to po ilości słów poznawaliśmy ile za to dostał pieniędzy. Nauczono ich, że najważniejsze są pieniądze, a wierni to rzecz podrzędna, jak chcą być podmiotem niech płacą. Chciałam wprowadzić do naszej kaplicy nie tylko śpiew ale i muzykę a wyszło na to, że nawet odeszły mi chęci chodzenia do kościoła. Nie na darmo Ksiądz Józef Tischner mówił, że najwięcej szkody dla wiary i dla Kościoła zrobili księża. Poprzedni ksiądz wypomniał mi, że taca była zbierana odkąd istnieje Kościół. Ja natomiast przypomnę, że tacę zbierano na dekorację Kościoła, na Jego sprzątnięcie, ogrzanie i na jedzenie dla księdza. Teraz ksiądz ma pensję i przychodzi do naszej kaplicy która jest czyściutka, ogrzana i udekorowana. Jeśli pensji nie starcza od wypłaty do wypłaty proszę zaoszczędzić na dojazdach i zacząć chodzić pieszo. Poprzedni ksiądz wypomniał mi, że jak będę przymierała głodem to on mi da na chleb. A ja teraz mówię, że jeśli nie starcza księdzu na jedzenie to u nas ksiądz zawsze dostanie talerz zupy.

Ostatnio byliśmy z wizytą w innym Domu Opieki. Kierownictwo tego Domu przygotowało wszystko na cacy – program artystyczny, konkursy i poczęstunek wszystko na bogato. Grzesiu to spotkanie opisze w samych ochach i achach, już mnie uprzedził, że opisze nawet to czego nie widział, czyli ostatni występ na wolnym powietrzu. Ja natomiast przeraziłam się stołem szwedzkim – uginał się od smakołyków – ale stół szwedzki na spędzie około setki osób z różnym stopniem inwalidztwa, dla mnie to nie pojęte. Osoby które podeszły do tego stołu jako pierwsze mogły być kontente, ale pozostali to już zależy od ich psychiki. Wzięłam kiść winogron i już jeden z nieznajomych mi panów sięgnął do mojej tacki po chociaż jeden owoc. Nawet ludzie w miarę normalni często zachowują się nie tak jak należy. Przypomniał mi się wyjazd na podobne spotkanie przed laty. Wówczas dla każdego Domu był przygotowany osobny stolik a pani NIKT z naszego stołu na wstępie zrobiła chlew. Jeszcze wszyscy nie doszli jak pani NIKT ze swoją koleżaneczką wszystko łapała i upychała w swojej torbie, nawet napój chciała zachachmęcić chociaż była tylko jedna butelka na 6 osób. Chwyciła z rozmachem za tę butelkę, a ona była otwarta i zalała cały stół. Wstyd mi było, że muszę siedzieć koło takich osób, a przecież są ludzie w gorszym stanie psychicznym. I pomyśleć, że dla obu dyrektorek i dla księdza, taka osoba była i jest autorytetem. Chyba nikt się nie dziwi, że ja jestem przeciw.

Jeszcze się tylko pochwalę, że moja prawnuczka przy pierwszym podejściu dostała się do liceum w Warszawie. Nie jest Warszawianką od urodzenia i widocznie myśli inaczej, nie na zasadzie muszę się uczyć w prestiżowej szkole w centrum miasta, ale muszę się po prostu Uczyć. Wiadomo, że szkoły nie są z gumy i od razu należałoby pomyśleć logicznie. Myślenie to dobra rzecz – jestem Za.

Wspomnienia

Jak miło jest otworzyć stronę swojego bloga i zobaczyć, że czytacie go i piszecie o tym do mnie. I znów prośba i informacja ode mnie – nie czytam i nie odpisuję na komentarze w innym języku niż język polski. Nie znam języków obcych na tyle żeby zabierać w nich głos w dyskusji. Wnuk mnie uprzedził, że może to być podstęp i później problem. Miałam już tego typu problem, trzeba było zmienić hasło dostępu do komputera. Ktoś sobie to hasło przejął i korzystał z mojego komputera. Nie mam w nim nic co musiałabym ukrywać, żadnych kont ani tajnych dokumentów ale są popaprańcy na tym świecie którzy chcą sobie udowodnić, że popaprańcami są. Największe zainteresowanie z ostatniego wpisu wzbudziła osoba burmistrza; chętnie o tym napiszę ponieważ wiążą się te wspomnienia z pięknym okresem mojego życia. Drugi temat, o którym nie pisałam ale widać, że interesuje Was, to moje stanowisko w sprawie zatrudnienia u nas w DPSie nowego księdza. Trzeci temat to co słychać w naszym DPSie a czwarty to przypomnienie mi, że obiecałam pisać o swoich sąsiadach. O to upominają się młodzi mieszkańcy mojego byłego bloku. Jak widać życiorysy moich byłych sąsiadów są interesujące. A że Pan burmistrz to jednocześnie sąsiad, zacznijmy więc od niego. Pan burmistrz zanim nim został był dziekanem na naszej uczelni, później rektorem, aż wreszcie burmistrzem. Jego żona była najmłodszym profesorem uczelni. Była starsza od niego i swojego pięknego męża traktowała jak synka. Wszystko mu było wolno. Na wydziale którym kierował Ów Pan studenci założyli kabaret i marzyła im się solistka która byłaby przerywnikiem w ich popisach komediowych. Ja w owym czasie, mieszkałam w tym że miasteczku studenckim i właśnie wygrałam pierwszy etap ogólnopolskiego konkursu piosenkarskiego który był zorganizowany przez Rozgłośnię Polskiego Radia. Mimo, że miałam zaledwie 18 lat byłam już żoną i mamą dwumiesięcznej córeczki. A więc byłam karmiącą mamą. Do głowy by mi nie przyszło żeby startować w jakimś konkursie. Zgłoszenie do niego złożyli w moim imieniu mój mąż i moja mama. Ponieważ ja śpiewem zawsze tylko się bawiłam i cieszyłam się nim, do konkursu wystartowałam z tym co sobie śpiewałam w domu przy sprzątaniu, a była to samba brazylijska -Orzech Koko. Jak dodam, że i śpiewałam ją po „brazylijsku” to będzie wiadomo, że to była piosenka żart. Żeby było jeszcze śmieszniej to wymyśliłam sobie, że będę śpiewała linijkę po ” brazylijsku ” i linijkę w języku polskim. Występ laureatów eliminacji wojewódzkich odbył się w Domu Środowisk Twórczych w sali po brzegi wypełnionej studentami. Grał dla nas zespół najlepszych muzyków w mieście. Jak zagrali mi sambę to i ja i widownia zwariowaliśmy; to było szaleństwo muzyczne. Sala ryknęła z owacjami którym nie było końca. Ja z wrażenia uklękłam na scenie. Odezwał się jakiś nerw w nogach; poczułam silne uderzenie pod kolanami i uklękłam. Dwaj aktorzy biorący udział w występie, weszli na scenę wzięli mnie pod ręce i wyszliśmy. Za kulisami czułam się jak gdyby nic się nie stało. Szybciutko zorganizowano wejście wszystkich wykonawców na scenę żeby uspokoić publiczność i pokazać, że na prawdę nic mi się nie stało. Prowadzący powiedział tylko – żebyście państwo bili tak brawa przez cały występ to bylibyśmy w połowie programu a tak to z przykrością informuję, że był to ostatni punkt programu. Oczywiście musiałam ową sambę zaśpiewać raz jeszcze. To klęknięcie to był szok jak usłyszałam brawa, brawa dla mnie, pierwsze moje brawa w życiu. Po tym występie z automatu zostałam solistką orkiestry radiowej naszej Rozgłośni i solistką kabaretu studenckiego. Mojego szanownego małżonka skręcała zazdrość i jak doszłam do finału ogólnopolskiego to wywinął mi taki numer, że aż przykro byłoby o tym pisać. Nie dziwię mu się ale ja tylko chciałam śpiewać. Nie chciałam wyjeżdżać z mojego miasta, nie chciałam być gwiazdą ale odwrotu już nie było. A nasz Kabaret miał się bardzo dobrze. Wszystkie występy były transmitowane przez naszą rozgłośnię za pomocą wozu transmisyjnego. Kocham to wspomnienie ze swojego życia jak biegnę gdzieś na występ i z daleka widzę wóz transmisyjny radiowców. Program szedł od razu na żywo do odbiorników i było pięknie. Podczas moich występów z Kabaretem, zawsze jak wychodziłam na scenę towarzyszył mi wrzask studentów tak samo jak za pierwszym razem. Redaktor który prowadził późniejsze audycje młodzieżowe jako czołówkę puszczał ten wrzask i tłumaczył, że to nie widownia w Sopocie tylko nasi studenci na widok swojej solistki. Pan Dziekan był bardzo dumny z tego co stworzył. Dziś jeśli by żył to miałby ponad 100 lat, żonę miał jeszcze starszą i o ile mi wiadomo byli małżeństwem bezdzietnym. Jak wprowadzałam się do bloku przy ul Radiowej to moja druga córcia miała właśnie dwa miesiące. Byłam jego pierwszą petentką, nic więc dziwnego, że pięknie mnie przyjął i pięknie załatwił sprawę; szkoda, że wszystko popsuł jakimiś wyznaniami miłosnymi. Pan burmistrz w naszym bloku mieszkał około 5 lat dokąd się wyprowadził nie wiem. Dzisiaj jest mi trochę głupio, że ostatnia nasza rozmowa była taka ostra, ale ja zawsze zreflektuję się gdzieś około po pięćdziesięciu latach.

Znajomości

Odkąd zaczęłam chodzić na kurs komputerowy co jakiś czas ktoś pytał mnie – w jaki sposób dostałam się na ten kurs. Zawsze to pytanie zadawali mi pracownicy naszego DPSu. Jakby to pytanie zadane mi było raz czy dwa, to nie zwróciłabym na to uwagi, ale ponieważ powtarzało się często, odpowiadałam krótko – ma się te znajomości. Te moje znajomości to życie w moim mieście ponad 70 lat. Swoim życiem zaczęłam żyć jak wprowadziłam się do otrzymanego, komunalnego mieszkania przy ul. Radiowej, mając niespełna 22 lata , czyli 56 lat temu. To przepiękna, maleńka uliczka umiejscowiona w parku pod lasem. Nic więc dziwnego, że mieszkała tam, w większości elita miasta. Jakim cudem ja tam się znalazłam ze swoją rodziną to nie wiedziałam. W moim bloku, w mieszkaniu obok mieszkał sam burmistrz, piętro niżej prokurator wojewódzki, obok niego komendant Komendy Wojewódzkiej MO, dwoje profesorów zwyczajnych z naszej uczelni, kilkoro polityków ( w tym mój mąż ). Mieszkanie dla nas załatwiałam ja. Chodziłam od Kajfasza do Annasza i po kilku miesiącach było mieszkanko w nowo oddanym do użytku bloku. Swoją wędrówkę rozpoczęłam od samego burmistrza; później okazało się, że swojego sąsiada a jeszcze później, podstępem dowiedziałam się, że fana i wielbiciela. Codziennie dzwonił i wyznawał mi miłość, aż w końcu po kilku miesiącach podpuściłam go żeby mi się przedstawił i okazało się, że to mój sąsiad. Zmyłam mu głowę ostro; przypominając, że mam męża a on nie dość, że ma żonę to jeszcze i kochankę o której wiedzieli wszyscy sąsiedzi. Tak to jest z tymi politykami. W każdym razie telefony urwały się a pana burmistrza przestałam nawet widywać. Te znajomości oczywiście dzisiaj nic nie znaczą bo towarzystwo dawno rozpełzło się po różnych miejscach i już jest stare i nic nie znaczące tak jak i ja. Ich dzieci również nie traktuję jako bliskich znajomych, ale za to ich wnukowie to już są moi dobrzy znajomi. Wnukowie moich dawnych sąsiadów mają dzisiaj po 30 – 40 lat. A więc sam kwiat w karierze zawodowej. To są moje dzieciaki z ulicy Radiowej, o których pisałam w osobnym rozdziale – i moje znajomości. Marcina widziałam wielokrotnie w telewizji, jest znanym muzykiem a przez kilka lat nosił na szyj klucz od mojego mieszkania w którym ćwiczył grę na pianinie. Przychodził jak mnie nie było i miał pełen luz. Tomka również widuję w telewizji jest rzecznikiem jednej z prokuratur wojewódzkich; wywróżyłam mu w Andrzejki, że w tej kolejce do wróżenia woskiem jest też jego miłość. Wróżba się spełniła. W naszym mieście moje dzieciaki pracują w Urzędzie Miasta, w Urzędzie Wojewódzkim, w Urzędzie Marszałkowskim. Nigdy nie zwracałam się do nich z żadną prośbą ale jestem pewna, że jak przyszłabym do Kancelarii Adwokackiej którą prowadzą dwie koleżanki z ul. Radiowej, które uczyłam pichcić różne frykasy, jak miały po 10 lat, to na pewno przyjęły by mnie z życzliwością. Tak jak kiedyś trafiłam na SOR przyjął mnie Kamil – sam dyrektor oddziału, mój dzieciak z Radiowej. Siedział przy mnie i snuł wspomnienia o naszych wspólnych zabawach czy czytaniu na głos lektury szkolnej. Są wśród nich i dzieciaki z nie ciekawym życiorysem ale i z nimi przy spotkaniach witam się czule. Postrach połowy miasta – Wojtek, potężny, łysy kark ze złotym na nim łańcuchem, jak mnie spotkał to tulił się i płakał nad tym co było i nad tym co jest – zdradziła go żona. Czyż nie cudne są te moje znajomości.