Tę stronę zatytułowałam paproch. bo znalazł się mimo, wydawałoby się, wysprzątania. Nie dawno pisałam, że chętnych na bycie śmieciem u nas jest brak, a tu proszę – jest. Łże na żądanie i nawet zalewa się łzami. To dopiero paproch. Któregoś dnia przy obiedzie w stołówce, widzę jak do jednej z pań podchodzi pani dyrektor, później pracownik socjalny, tak więc podeszłam i ja. Patrzę, a tu łzy aż kapią na stół. Pytam, co się stało, że tak płaczesz? Ty byś też płakała, jakbyś przez trzy dni i noce miała za ścianą libację alkoholową codziennie do piątej rano. Przecież ja nie śpię. No fakt, byłabym zła, ale poszłabym i wytłumaczyła, że jeśli już to bądźcie cicho. Ale po pewnym czasie trybik mi wskakuje na miejsce i wyrażam swoje zdziwienie – kto u nas w DPS byłby w stanie tak balować. Toż to same starocia ledwie trzymające się na nogach. Taki to machnie setkę i śpi. Co najwyżej telewizora nie wyłączy. A owa pani wylicza : Czesiu, Rysiu, Jurek, Grzesiu i Irek. No nie wierzę – Czesiu i Rysiu nie piją, jak Grzesiu to nie wiem a Irek jeśli już to wyłącznie u siebie w pokoju, jest w końcu moim sąsiadem to wiem. Po kielichu gdzie indziej nie wróciłby do siebie bo ledwie chodzi, a poza tym każdy z nich codziennie rano jest w stołówce czysty i wypoczęty a po takiej libacji to leżeli by gdzieś pokotem. A ten paproch ze złością – nie broń ich, żebyś wiedziała co oni o tobie mówią. Po tej wypowiedzi odeszłam od szanownej i już jej nie chcę znać. Dochodzenie jednak zrobiłam. Każda z osób z którą rozmawiałam była zdziwiona o co ja pytam. Wreszcie dotarłam do pana u którego były te rzekome libacje i wszystko stało się jasne. Witek, bo o nim mowa zamęcza dyrekcję swoimi pytaniami i zastrzeżeniami co do zarządzania Domem. Dyrekcja na różne sposoby próbowała go uciszyć i nic im nie wyszło. Chcieli go koniecznie zamknąć w psychiatryku w brew jego woli. Nie udało się Sąd odrzucił wniosek, to teraz kombinują zamknąć go na odwyku. Przysięgam, że nie widziałam go nigdy pijanego, ani na rauszu. Jego najbliższe sąsiadki również nie. Nadarzyła się okazja żeby go wrobić, do tego potrzebny był paproch – śmieć moralny. Witek jest po udarze z niedowładem całej lewej strony. Będąc w swoim pokoju podwinęła mu się noga, zaczepiła jedna o drugą i Witek się przewrócił. Leżąc na podłodze wołał o pomoc. Pokojowa zamiast mu pomóc wezwała do tej pomocy siostrę przełożoną, ta z kolei wzięła ze sobą pracownice skłonną do wszelkich przytakiwań. Narobiły dużo szumu działając przy otwartych drzwiach i od razu wzięły za pewnik, że Witek jest pijany dlatego się przewrócił. Zamiast posłużyć się alkomatem, a nawet policją, one posłużyły się paprochem potwierdzającym świństwo przez siebie wymyślone na poczekaniu. Tyle, że bardzo przesadzone.
11 listopad 2018r.
Jak zawsze w przed dzień tego święta idę na cmentarz z biało – czerwonymi kwiatami do mojego ukochanego Ułana Jazłowieckiego. W tym roku już ktoś przede mną był, widzę dwie chorągiewki ułożone na skos i wpięte w znicz. Ucieszyło mnie to bardzo. Wracam do naszego DPSu który cały powinien być na biało czerwono a tu szaro buro. BOŻE, PRZECIEŻ TAKIE ŚWIĘTO JUŻ NIE ZDARZY SIĘ ZA NASZEGO ŻYCIA PO RAZ DRUGI. Na około 300 okien widać trzy flagi u nas mieszkańców ( akurat u tych u których nasz psychiatra stwierdził choroby psychiczne) i dwie stare wypłowiałe flagi przy wejściu głównym. Dyrekcja nie poczuła się do obowiązku przystrojenie Domu, którego sama nazwa zobowiązuje do świątecznych akcentów. Nasz Dom powinien być wyróżniony i widoczny z daleka barwnością dekoracji. Nie tylko Dom nie jest udekorowany ale i mieszkańcy pozostawieni na trzy dni bez żadnych zajęć, bez żadnej świątecznej rozrywki. Wszystko pozamykane na klucz i błądzący bez celu ludzie. To wszystko w ramach oszczędności, a można było tanim kosztem ubarwić nasze balkony. Panie w pracowni plastycznej bez przerwy coś kleją – mogły nakleić 300 chorągiewek, które ustawione po dwie na skos w doniczkach i w co drugim oknie udekorowały by cały nasz Dom tak, że ludzie przychodziliby go oglądać. Można by zafundować do dekoracji wielkiego białego orła w koronie. A tu nic – cicho wszędzie, głucho wszędzie. U nas nie ma też wolności, o którą tak walczyli nasi przodkowie, stąd ta nicość. Dyrekcja chętniej obchodziłaby dzień dyktatury. U nas nie może być żadnej samowolki – jak tylko ktoś za dużo mówi natychmiast zajmuje się nim psychiatra. Przytoczę zasłyszaną rozmowę pana NIKT z nową mieszkanką, która od kilku dni siedzi z owym panem przy jednym stoliku w stołówce; ja mam z nimi stolik po sąsiedzku. Pan NIKT szkoli panią Halinkę – przedstawia się jako doradca pani dyrektor i tłumaczy jej, że każde niewłaściwe zachowanie swoich sąsiadów powinna natychmiast zgłaszać do pani dyrektor. Obraliśmy kurs na tych co piszą różne donosy, żeby nimi zajmował się psychiatra a tych co płacą po 800 zł. a żyją za 4000 zł. będziemy eksmitować. Dlatego bardzo prosimy o informowanie nas o wszystkim co może panią niepokoić bo musimy jak najwięcej wiedzieć żeby móc działać. Ten wykład trwał przez całe pół godziny a więc tyle ile trwał obiad. Na drugi dzień pana NIKT nie było przy obiedzie, pani Halinka siedziała sama tak więc odwróciła się do mnie żeby porozmawiać. Po jakimś czasie pyta mnie – ten pan co ze mną siedzi to w jakim języku on mówi, Ja go w ogóle nie rozumiem. Jego nikt nie rozumie, on nie mówi tylko bełkocze. A przede wszystkim jego nikt nie słucha ( po za dyrekcją ) bo na ogół mówi od rzeczy. No ale on akurat ma wolność słowa. Ach jak się cieszył jak po wyborach okazało się, że zostaje u nas po staremu, krzyczał na całą salę z radości i był zdziwiony brakiem jakiegokolwiek odzewu. Obrósł w piórka i znów rządzi. Kiedyś wykrzykiwał, że będzie przewodniczącym Samorządu Mieszkańców; przekonał się, że nikt go nie wybierze na to stanowisko to pani dyrektor ofiarowała mu funkcję swojego doradcy. Poczuł się ważny i może śmiało niszczyć ludzi. Ma wolność na wszystkich polach.
Sąsiadka spod 1= powrót do DPS
Sąsiadkę spod 1 mało kto znał, przebywała najczęściej za oceanem razem z trupą teatralną z którą pracowała. Była wprawdzie pracownikiem technicznym teatru ale nie zastąpioną charakteryzatorką. Domem i trójką dzieci zajmował się jej mąż. To jego znali i cenili wszyscy sąsiedzi, był pomocny nie tylko w swoim domu i swoim dzieciom, pomagał też wszystkim sąsiadom; a przecież pracował. To on wstawiał zamek do drzwi kiedy sąsiadka spod 15 uszkodziła mi go. Jak żona zakończyła wojaże to dzieci były już w średniej szkole. Pan Kow. opadł; z sił żona niestety nie umiała zaopiekować się nim. Ich syn przyjeżdżał z drugiego końca miasta i odwoził ojca na dzienny pobyt dla chorych z demencją, właśnie do naszego DPSu; ja już w nim mieszkałam także zaraz po jego przyjeździe przychodziłam do niego, obwoziłam po budynku i zawoziłam na salę gimnastyczną. Dużo ze sobą rozmawialiśmy i okazało się, że ten pobyt w DPS to ucieczka przed żoną która nie dawała mu wytchnienia i sądziła, że mąż będzie się teraz ją opiekował. Jak pani Kow. zauważyła, że mąż zbyt chętnie daje się zawozić do DPSu to i ona zechciała przyjeżdżać razem z mężem. Po jakimś czasie zrezygnowali oboje , bo przecież to nie o to chodziło. Minęło parę lat i zmarło się mojemu sąsiadowi. Żona, już 95 letnia kobieta nie dawała sobie rady sama w domu, jeździła na wózku inwalidzkim i miała jakieś aparaty na nogach. Postanowiła zamieszkać w naszym DPSie. Ponieważ miała zastrzeżenia co do opieki poprosiła do siebie panią dyrektor Domu żeby je wyłuskać. Moim zdaniem postąpiła słusznie bo po pierwsze nie wiedziała gdzie urzęduje pani dyrektor, po drugie nasz Dom to labirynt korytarzy i pięter; musiałaby do biura jechać dwiema windami, każdą po dwa piętra po to żeby zaskoczył ją fakt, że i ona mieszka na parterze i biura znajdują się na parterze. Taka to plątanina. Nie wiedziała, że w naszym Domu to należy skakać nad dyrekcją a nie chcieć cokolwiek od nich, dyrekcja ma mieć święty spokój. Jak pani dyrektor usłyszała czego to domaga się pani Kow. to natychmiast poleciła objąć ją specjalnym nadzorem – czyli konieczność pomocy psychiatry w celu wyciszenia podopiecznej. Jak można życzyć sobie codzienną kąpiel, a raz w tygodniu to nie wystarczy? Mało tego, że raz w tygodniu to jeszcze nie wtedy kiedy sobie życzy podopieczny a wtedy kiedy personel znajdzie na to czas. Jak dzisiaj powiem komuś z mieszkańców, że pani Kow. chciała codziennej kąpieli to każdy kto to słyszy wybucha śmiechem. Niestety pan doktor psychiatra bardzo się przejął poleceniem pani dyrektor i pani Kow. wylądowała w psychiatryku w kaftanie bezpieczeństwa. Podczas rozmowy z jej córką dowiedziałam się, że jej mama musiała być nafaszerowana jakimiś prochami bo nigdy w życiu nie widziała tak szalejącej mamy. Przeraziła się co ludzie mogą zrobić drugiemu człowiekowi udając, że pomagają. Córka zabrała matkę natychmiast do domu. Każdemu odradza pobyt w naszym Domu ” Opieki „.
Sąsiedzi – 3
Najbliższymi moimi sąsiadami była rodzina spod 15′ Zaraz po wprowadzeniu się do tego naszego budynku, czyli w roku 1963 była to rodzina którą można było tylko podziwiać a skończyło się wszystko bardzo smutno. To rodzina piłkarzy i jednocześnie ludzi pięknych i wykształconych. Wszyscy w rodzinie kochali się i żyli w dobrobycie. Ojciec był swego czasu piłkarzem, później trenerem a jak synowie poszli w ślady ojca to duma go rozpierała zwłaszcza, że zaszli wysoko – obaj synowie grali w Orłach Górskiego. Na początku ” krzywa” rodziny w zawrotnym tempie szła w górę a później na łeb na szyję spadała. Najpierw zmarł ojciec, później firma budowlana starszego syna zbankrutowała, szukał więc bogactwa za oceanem, zostawił żonę i synów w Polsce a sam pojechał do Stanów Zjednoczonych i już z nich nie wrócił; tak zaplątał się w tym swoim życiu, że do Polski już przyjechać nie mógł. Żona z synami została w pałacu wybudowanym przez męża ale niestety utrzymać tego ” pałacu ” nie była w stanie. Sama przeszła ciężką chorobę ale wyszła z niej zwycięsko . Młodszy syn państwa K szedł do przodu jak burza. Pamiętam kiedyś oglądając telewizję widziałam dzieciaki bawiące się w piłkarzy i każdy z nich chciał być J K. Musiał później nasz bohater zacząć spadać bo jak spotkaliśmy się na pogrzebie jego mamy to wyglądał bardzo biednie. Matka tych wielkich swego czasu synów przymierała głodem zabarykadowana w swoim domu. Opowiadały mi o tym sąsiadki, ja mieszkałam już w DPS. Jeszcze jak mieszkałam w naszym domu powinnam była zauważyć, że z nią dzieje się coś niedobrego. Zrobiła się mściwa, złośliwa; później zapominała, że sprawiła dużą przykrość i przychodziła żeby jej w czymś pomóc. Np. kiedyś całą grupą sąsiadek wracałyśmy z kościoła i prowadziłyśmy ożywioną dyskusję na tematy polityczne. To były lata dziewięćdziesiąte wszyscy wówczas interesowali się polityką. Nagle pani K zaczyna wieszać psy na komunistów i wychwalać pod niebiosa solidarność. Ja wtrąciłam się do rozmowy twierdząc, że nie powinna tak złorzeczyć na kogoś dzięki komu zawdzięcza wykształcenie swoje i swoich dzieci, dobrobyt i wysoką pozycję społeczną. Pani K zerwała się i pobiegła sama do domu. Wbiegła do budynku, windą pojechała na to nasze czwarte piętro i … ja weszłam schodami, jak dochodziłam do jej mieszkania pani K szybciutko zamknęła za sobą drzwi. Niczego nie świadoma podchodzę do swoich drzwi i widzę jak z dziurki od klucza coś cieknie, to był klej. Ze złości na mnie wtrysnęła do dziurki tyle kleju, że nie mogłam włożyć klucza. Pobiegłam do sąsiada on dał mi rozpuszczalnik i kazał mocząc w nim klucz, próbować wkładać go do zamka wielokrotnie. Trwało to bardzo długo ale dostałam się do domu. Na drugi dzień musiałam wymienić zamek. Za kilka dni pani K miała do mnie sprawę i bez skrupułów przyszła z prośbą wiedząc, że nie odmówię nigdy nikomu jeśli jestem w stanie w czymś pomóc. Pani K miała dość dobrą emeryturę i jeszcze dodatkową pomoc od syna zza oceanu. Drugi syn żeby ulżyć matce założył konto w banku z którego bank robił wszystkie opłaty. Matka póki jeszcze myślała to szła do banku po pieniądze na życie a jak przestała myśleć to konto rosło a ona przymierała głodem. Sąsiedzi przynosili jej talerz zupy, aż któregoś dnia zauważyli że nikt jej nie widział już od dłuższego czasu. Nikomu nie otwierała drzwi. Zadzwonili do syna, jak przyjechał za kilka dni to było już za późno. To był bardzo smutny pogrzeb ale o dziwo mimo, że z piłką ta rodzina już nie miała od lat nic wspólnego to na pogrzeb matki swojego idola zjechali się kibice z całej Polski.
Tak to różnie z tym naszym życiem bywa.
Sąsiedzi – 2
W bloku w którym mieszkałam, były 23 mieszkania także przekrój charakterów i podejścia do życia nas tam mieszkających, był do wyboru do koloru. Różne zawody, różne zainteresowania, ale wszyscy jako sąsiedzi byli dla siebie życzliwi, chociaż przez wiele lat nawet nie znaliśmy się, wiadomo młodość jest zapracowana i zaganiana. Tak siedząc i rozmyślając, przyglądałam się trzeciemu pokoleniu bawiącemu się w tym coraz piękniejszym parku. Po paru minutach dosiadła się do mnie Zosia – trzecia żona Janusza – wdowa po nim. Janusz był z wykształcenia prawnikiem, pracował na dyrektorskich stołkach ale najbardziej pociągała go scena, mikrofon i kamery. Wiele lat występowaliśmy razem. Janusz prowadził imprezy artystyczne, śpiewał i występował w filmach. Świat reżyserów i producentów filmowych gościł u niego w domu często ale na ogół jak on był gdzieś w świecie. Ja zawsze miałam klucze od jego mieszkania także ten wielki świat zawsze musiał najpierw zapukać do mnie. Byłam taką recepcją, wydawałam i odbierałam klucze. Częściej widywałam jego gości i różnej maści kobiety niż jego samego. Nigdy nie interesowałam się co się dzieje w jego mieszkaniu a w nim zawsze wszystko było w porządku. Wysłuchiwałam zachwyty kobiet Janusza ale i użalania się. Znałam wszystkie żony i kochanki; byłam też wiecznym żyrantem na hektary i posiadłości wiejskie. Swoim starym zwyczajem zalecał się i do mnie ale jak zorientował się , że jestem jego sąsiadką amory ustały. Kiedyś po występach, Janusz proponuje, że mnie odprowadzi do domu. Ja wiedziałam, że jest moim sąsiadem tak więc myślałam, że dworuje sobie, on o tym nie wiedział, (był wtórnym lokatorem i mieszkał z nami dopiero od kilku miesięcy). Tak więc idziemy razem do domu. Janusz pyta – dokąd idziemy? ja mu na to – gdzie oczy poniosą. Ciągle myślę, że żartuje. W pewnym momencie Janusz robi bardzo zdziwioną minę, w tej minie jest i zachwyt i przerażenie, ja bez pardonu idę prosto do jego domu. Patrząc na jego minę zrozumiałam, że on nie wie iż jesteśmy sąsiadami. Z trudem powstrzymywałam wybuch śmiechu. Puszcza mnie przodem przy wejściu do budynku a ja bez żenady wchodzę. Tego to on się nie spodziewał , miał do czynienia z setkami kobiet ale z taką nigdy. Winda jeszcze u nas nie była czynna ( windy nie mieliśmy przez pierwszych 16 lat ) idziemy więc schodami, ja mieszkam na 4 piętrze a Janusz na 5. Januszek ćwierka szczęśliwy, że tak bez żadnych zabiegów dziewczyna idzie do niego; aż tu stop, mina zrzedła, żegnamy się na czwartym piętrze. Długo wspominaliśmy jego pierwsze zaloty, po których zostaliśmy przyjaciółmi. Oczywiście żadna z żon ani kochanek o jego licznych podrywach nic nie wiedziała i o tym zdarzeniu również, opowiedziałam je jego mamie. Jak rodzice Janusza rozchorowali się to on tych swoich staruszków ściągnął do siebie. Jego mama codziennie przychodziła do mnie na pogaduszki i nie mogła się nadziwić, że Janusz nie zawrócił mi w głowie, tak więc opowiedziałam wszystko co o nim wiedziałam, a jego mama na to – taki sam jak jego ojciec. Zosia, jego trzecia żona, nawet nie wie, że poradziłam mu znalezienie porządnej kobiety bo nie poradzi sobie sam z ciężarem życia, zaczęło nawalać mu serce. Zosia była jego żoną zaledwie prze 6 lat, w tym czasie pochowała ojca i matkę i samego Janusza. Zamiast radości życia były choroby i pogrzeb za pogrzebem, a po pogrzebach sądzenie się o części majątku pomiędzy trzema żonami ich dziećmi i siostrą Janusza. Nie zazdroszczę.
Sąsiedzi z ul. Radiowej
Ul. Radiowa jest blisko naszego DPSu tak więc korzystając z pięknej pogody zaczęłam ją odwiedzać. Ta moja ulica rozciąga się przez pięknie ubarwiony jesiennymi kolorami park i pewnie te kolory i ta ukochana pora roku nastroiły mnie melancholijnie. Zaczęłam wspominać. Kiedyś spacerując lubiłam ” zaglądać” ludziom w okna i dopowiadać swoją wyobraźnią historię rodziny z za tego okna, ( to było takie zaglądanie z daleka ).. Nie wiedziałam w czyje okna „zaglądam” wszystko opowiadała mi moja wyobraźnia. Dzisiaj chodząc po parku zerkałam z daleka w okna dobrze mi znane i przypominałam osoby kiedyś żyjące w mieszkaniach za tymi oknami.
Na najwyższym piętrze mieszkał pan Ryszard z rodziną. Jego żona, prowadziła względem niego, dziwną politykę rodzinną, Ona była brzydulką, on bardzo przystojny a miłość i zgoda w rodzinie była piękna. Ona zajmowała się domem i dziećmi a on pracował na utrzymanie rodziny. Kiedyś będąc u niej , było to z pół wieku temu, zagadałyśmy się, nagle pani Kasia spojrzała na zegarek, szybko wskoczyła do łóżka i zaczęła udawać obłożnie chorą. Zgłupiałam, nie wiedziałam o co chodzi do momentu aż otworzyły się drzwi i do domu wrócił z pracy pan Ryszard. Później Kasia wytłumaczyła mi, że jej mąż jest zbyt przystojny żeby pozwalać mu na jakieś swoje fanaberie; a zatem natychmiast po powrocie z pracy musiał zajmować się dziećmi, domem i „chorą” żoną i wszystkie głupotki ulatniały się pod presją obowiązków domowych. Dzisiaj pani Kasia już nie żyje, ich syn ma swoją rodzinę i mieszka w tym samym mieście ale daleko od rodzinnego domu. Jak był mały zawsze na pytanie kim będzie jak dorośnie odpowiadał, że złodziejem i bandytą; a później przypatrywał się minom pytających. Jak przychodził do nas w celach zabawowych – był rówieśnikiem mojej młodszej córki, natychmiast wchodził na szafę i z niej kierował zabawą. Córka Kasi i Ryśka, mieszka ze swoją rodziną w Holandii; zabrała tam też swojego tatę, bo pan Ryszard niestety zachorował na alcchaimera. Mieszkanie stoi puste i czeka na ewentualny powrót córki z rodziną. Dwa piętra niżej mieszkała pani Jola z mężem i pięciorgiem dzieci. Mąż Joli, wiecznie pijany ale rodzina kochająca się i pomagająca sobie na wzajem, to znaczy dzieci z matką wspierające się na wzajem, z ojcem było różnie. Kiedyś Jola wraca z pracy i widzi, wcześniej niż zwykle ,męża w domu, leżącego na kanapie. Była pewna, że jest pijany i chodząc po mieszkaniu zaczyna na niego złorzeczyć, a on cichy jak myszka. Po dłuższym gderaniu podchodzi do męża a on nie żyje. Jola została sama z dziećmi. Najstarszy syn, wielka podpora matki, niestety zakochał się w rozwódce znacznie starszej od siebie i wyprowadził się z domu. Zostały trzy córki i pięcioletni syn. Jola przez całe życie ledwie wiązała koniec z końcem także jak córki wydała za mąż postanowiła skończyć z biedą. Wyszła za mąż za sąsiada, wdowca, wieloletniego komendanta policji, brzydkiego jak nieszczęście ale z piękną emeryturą. Wprowadził się do niej a wraz z nim jego metody wychowawcze względem najmłodszego syna Joli. Skutek był taki, że Wojtuś – syn Joli, jak na ironię, był całe swoje życie bandziorem działającym w gangu złodziei i częściej był w więzieniu niż w domu. ( A ja go mimo wszystko lubiłam; lubiłam wszystkie dzieciaki z ulicy Radiowej ).
CDN.
Plama za plamą
Pan doktor psychiatra oczywiście nie przeprosił; nie wie, że zadziałał na swoją szkodę. Ja w przeciwieństwie do takich jak pan doktor, jestem osobą honorową i jak dostałabym na piśmie przeprosiny, sprawę doktora odłożyłabym at akta, nie byłoby sprawy, a tak zrobię wszystko żeby niesławę pana doktora rozgłosić na całą Polskę. Już złożyłam pismo, oskarżające pana doktora, do Kancelarii Pani Poseł za pośrednictwem której wysłane będzie do Ministerstwa Zdrowia. W Kancelarii owej poproszono mnie żebym jeszcze chwilę się wstrzymała z jego wysłaniem dając możliwość ewentualnego wypowiedzenia się przez Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Okręgowej Izby Lekarskiej, przecież 7 IX poinformowano mnie, że sprawę będą rozpatrywać; niestety żadnej informacji na ten temat, jak dotąd, nie mam. Tak więc jeszcze chwilę poczekamy. No i jest to okres przedwyborczy, wszyscy politycy myślą tylko o tym, poczekam niech się ukonstytuują.
Po za tym – nie mogę napisać, że wszyscy zdrowi bo tak nie jest. Pani Maria, ta którą zajęły się sąsiadki. przeżyła następny wstrząs, no niby sympatyczny, a jednak… Otóż, decydentki zechciały poudawać, że są troskliwe wobec swoich podopiecznych, niestety wprawy w tym względzie brak i dały plamę. Bez jej wiedzy zadzwoniły do wnuka zalecając przyjazd do babci. Wnuk sądził, że jak przyjedzie to będzie miał okazję porozmawiania z dyrekcją Domu. Przyjechał z drugiego końca Polski i niestety nie miał możliwości rozmowy z żadną z decydentek – nie było ani jednej. Pani Maria nie spodziewała się wizyty wnuka była zszokowana.
Następna plama decydentek. Witek, wiedząc, że mamy magazyn z odzieżą poprosił o kurtkę zimową. Jest w grupie osób którym przysługuje taka pomoc. Jakież było jego zdziwienie jak w ramach odpowiedzi otrzymał pismo informujące, że sprawą zajmie się Opieka Społeczna, która dysponuje odzieżą używaną. Ludzie, hołota dyrektorska była ubierana od stóp do głów samymi nowiutkimi ciuszkami: kurtki, płaszcze, sukienki, obuwie, a nawet telewizory plazmowe, a tu taki afront – odzież z Opieki. Wiadomym było, że tym pismem zdenerwują Witka i chyba o to chodziło, żeby udowodnić, że jest nerwowo chory. Owszem zreflektowały się po spotkaniu z nim, że ten numer nie przejdzie i zaproponowały wspólny wyjazd do miasta , po zakup kurtki. Obrzydliwe babska.
Wracam do komentarzy pisanych pod moim adresem, których niestety nawet nie czytam. Zasypujecie mnie komentarzami w różnych językach, nawet nie wiedziałabym jakiego tłumacza kliknąć. Nie korzystam z tłumacza, nie umiem, a i wnukowi już nie chcę zawracać głowy. Kiedyś przychodził jeden czy dwa komentarze w obcych językach a teraz po kilka na dzień, nie mogę tak absorbować swojego wnuka. Wychodzę z założenia, że skoro czytacie po polsku to i napisać możecie do mnie w języku polskim. Jestem PRABABCIĄ nie utrudniajcie mi życia. Nie wiem co piszecie ale piszecie i za to Was kocham wszystkich.
Cwaniaczek
Mam nowego czytelnika który sądzi, że mnie przechytrzy. Cwaniaczek jeden. Prababcia Danusia jeszcze myśli. Ów cwaniaczek kadzi mi, przytakuje i popiera tylko po to żebym kliknęła do niego. Swoje kadzenie kończy – jeśli chcesz wiedzieć więcej to kliknij. Żebym ja użyła takiego sformułowania to byłoby zrozumiałe; coś w swoim pamiętniku mam tylko dla wtajemniczonych, natomiast jeśli czytelnik używa takiego zwrotu to ja węszę podstęp. Kliknę a wirus którego wprowadzę przez to kliknięcie zniszczy mój pamiętnik. Chyba wiadomym jest komu by się to bardzo podobało. Ale swoją drogą zawsze lubiłam rozszyfrowywanie cwaniaczków. Cwaniaczek podpisał się jako Joker a treść swojego komentarza napisał w języku angielskim. Ja nie znam angielskiego ale mam wnuki a i tak odpowiem wyłącznie w tej formie, czyli po polsku na łamach mojego pamiętnika. Jeszcze raz przypomnę, że to jest wykupiona strona także ja wiem kto do mnie pisze, mam numer komputera i miejscowość gdzie ten komputer jest zarejestrowany. Anglia Jopka jest w naszym mieście. Swego czasu konsekwentnie ubliżała mi jedna z naszych pielęgniarek podpisując się trzema imionami, że niby trzy osoby mają o mnie takie brzydkie zdanie i każda z tych osób korzystała z tego samego komputera. Brzydkie zdanie o mnie ma znacznie więcej osób.
A co po za tym? A no już po raz enty dobiera się do mnie grypa; następują takie jednodniowe tąpnięcia. Ja szybciutko leki i pod kołdrę i jest dobrze. Niestety teraz dopadła i trzyma już 4dni.
Po rocznej przerwie moja sąsiadka z góry znów mnie zalewa. Kierownictwo Domu obiecuje, że zlikwiduje u niej wannę spod której leci woda przez sufit do mnie, ale jak znam życie to zanim zabierze się do likwidacji wanny to trzeba będzie kleić mój sufit. Kierownik administracyjny trzy miesiące temu anonsował zajęcie się wykładziną w moim przedpokoju pod którą jest grzyb. Słyszałam już kilka razy – w tym tygodniu na pewno zajmiemy się tym – i co? i nic, grzyb wchodzi już do pokoju.
Na tablicy ogłoszeń, w głównym hallu, przez kilka miesięcy wisiały ogłoszenia z których i mieszkańcy i pracownicy śmiali się w głos – wyjazd do Meksyku i do Ziemi Świętej. Każdy wyjazd to tysiące złotych. Czy osoba dająca to ogłoszenie ma olej w głowie?
Siostra przełożona wyraźnie boi się, że wreszcie odpowie za bezkarne działania swoje i swoich podwładnych. Ostatnie wydarzenia z udarem pani Marii w tle to niezbity dowód szkodzenia swoim podopiecznym z premedytacją. Siostrzyczko, mamy kilkoro świadków na wasze perfidne działania. Np Gienia, która w ciągu jednej nocy przestała mówić i zdjęto z jej palców złote pierścionki. Gienia nie powie już nic ale jej opiekunka tak. A pamięta pani Justyna, który po udarze leżał w łazience dwa dni? On nie powie nic ponieważ nie żyje ale jego siostra żyje i to ona była z nami w tej sprawie u Prezydenta w dniu 8 X 2013r. i teraz pójdzie gdzie trzeba. A pani zachowanie względem mnie, po moim udarze, świadczy dobitnie, że przykład idzie z góry. Podawanie leków chorym ludziom według swojego widzi mi się, powodując zaburzenia w organizmie, to nie przestępstwo? Już nie zatrzyma pani lawiny gniewu , miarka się przebrała. Jeśli pan doktor psychiatra nie przeprosi mnie na piśmie do dnia 10 X br to pisząc do Ministerstwa dołączę i te informacje.
Rewizja w pokoju pani Krysi.
To właśnie pani Krysia zajęła się zawiezieniem pani Marii do szpitala. No więc pielęgniarki musiały pokazać gdzie jest jej miejsce w szeregu. Wpadły do pokoju i zrobiły rewizję. Wiedziały, że pani Krysia lubi sobie czasem wypić lampkę czy dwie winka a zatem właśnie tego winka szukały wiedząc, że znajdą. Znalazły nie tkniętą butelkę wina i zarekwirowały ją. Rewizję zrobiły tylko u niej bo jakby zrobiły nalot po wszystkich pokojach to trzeba było by znaleźć specjalne pomieszczenie żeby wszystkie butelki składować. Przecież do nas przychodzą goście których z przyjemnością częstujemy dobrym trunkiem. W naszym Domu mieszka 150 pensjonariuszy z tego przynajmniej połowa od czasu do czasu wypija lampkę albo kieliszeczek i to żaden problem, no chyba, że dotyczy konkretnych osób. Teraz nie widać ani nie słychać pijących, chociaż są wśród nas. Jeszcze nie tak dawno największe balangi alkoholowe były u pani NIKT. No ale któż by śmiał ingerować? W jej pokoju zbierały się same szychy, to co że alkoholiczki, Cztery z nich już nie żyją, została po za panią NIKT już tylko jedna ale ona chyba zapomniała co lubi najbardziej. Ona już nie wiele pamięta a dyrekcja mimo to wykorzystała ją żeby dołożyć jedno świństwo więcej Witkowi. Dyrekcja takich lubi najbardziej – nie wie co ale podpisze. Mam ochotę przypomnieć tej, że pani, jak wyklejała do mnie anonimy i obiecywała z koleżankami menelkami taniec na moim grobie. Chyba zatańczy na nim już tylko pani NIKT. O dziwo, pan NIKT do niej nie dołączy, nabrał wyraźnego dystansu do wszystkiego do czego namawiała go pani NIKT. Poczuł się wykorzystywany. Przede wszystkim zrobił się grzeczniejszy i to zauważają wszyscy. Brawo!
Wczoraj przeglądając internet znalazłam DPS nazwany tak samo jak nasz tylko z innego miasta ale jak poczytałam co tam się dzieje to wypisz wymaluj nasz Dom. Reklama w ochach i achach, początek pobytu cacy, a później w łeb i sieć cicho w swojej kolejce do wykańczalni. Każdego czeka to samo, no chyba że będziesz taki jak reklama naszego Domu – cała w ochach i achach. Dyrektorzy DPSów przechodzą chyba jakieś specjalne szkolenia jak gnębić swoich podopiecznych i jak dobrać sobie personel który wszystko pojmie w lot i będzie wzorem do robienia świństw komu trzeba. Wówczas dyrektor tylko chodzi i się uśmiecha a czarną robotę wykonuje kilka wybranych do tego celu osób. U nas kiedyś dużo osób służyło temu celowi, tą brudną robotą zajmowali się też mieszkańcy, teraz chętnych do bycia śmieciem brak, ( no po za trzema osobami oprócz decydentek). Chyba, że pani NIKT. Mieszkańcy naszego Domu zauważyli znacznie wcześniej ode mnie fałsz w uśmiechach decydentek, ( dla mnie to jest straszne słowo ). Ja niestety nie znam się na ludziach, muszę dobrze dostać po głowie zanim zobaczę z kim mam do czynienia.
Następny proszę
- Odpowiedź z Izby Lekarskiej dostałam natychmiast – datowanie mojego pisma do Nich i Ich do mnie było w obu wypadkach 7 IX 2018r. Naczelna Rzecznik Izby Lekarskiej poinformowała mnie, że sprawa będzie rozpatrzona a o jej wynikach zostanę poinformowana. A zatem czekam cierpliwie do 10 X br.
- To co dzieje się teraz w naszym Domu jest przerażające. Zauważyła to nawet osoba – lizus. W zawrotnym tempie ludzie tracą mowę czy wzrok , albo stają się otępiali i nikogo to nie dziwi. Pracownicy siedzą cicho bo chcą pracować a dyrekcja, na swoim fałszywym uśmiechu mówi – następny proszę. Okazuje się, że to norma nie robić nic w razie udaru. Ja zrobiłam wielkie larum, że mnie zostawiono bez pomocy a nawet z premedytacją pogorszono mój stan zdrowia, kochani u nas to normalka. Powiedzą tylko – następny proszę. Nie dalej jak w piątek 14 września, jedna z mieszkanek budzi się i stwierdza, że kompletnie nic nie widzi. Co na to nasza służba zdrowia – przecież pani Maria i tak prawie nie widziała. ” Pani Danusiu, przecież pani wie ile ona ma lat”. Pani Maria ciągle skarżyła się, że leki podawano jej nie regularnie robiąc przez to bałagan w jej organizmie. Aż w końcu nastąpił krach. Ale przecież to nie chodzi o zdrowie dyrekcji Domu to czym się przejmować. Powiedzą tylko – następny proszę. Sąsiadki z korytarza pani Marii nie ustąpiły, same zaczęły działać bo dyżurne pielęgniarki nie wiedziały co mają zrobić, ” nie znały ” nawet numeru do pogotowia. Sąsiadki wzięły telefon pani Marii, znalazły numer telefonu do okulisty, przedstawiły sprawę, pani doktor powiedziała, że należy natychmiast wezwać pogotowie bo to może być udar. Kobiety z nerwów nie wiedziały jaki numer ma pogotowie; pielęgniarki stwierdziły, że też nie wiedzą. Zadzwoniły więc kobiety do kogoś kogo pani Maria miała w telefonie, nie wiedziały, że to pani mieszkająca znacznie po za miastem i to osoba zupełnie obca dla pani Marii a mimo to przyjechała swoim samochodem i zawiozła panią Marię do szpitala. Już minął tydzień jak pani Maria leży w szpitalu na neurologii po udarowej. Służbę zdrowia z naszego Domu ” Opieki” nie interesuje to. Kiedyś nie wytrzymam i jak zobaczę którąś w kościele to kopnę w du… aż uklęknie, bo tylko na to zasługują. O co one w tym kościele modlą się, chyba żeby nie spotkać na swojej drodze takich jak są one same.
- Do biura poselskiego zaniosłam listę dziesięciu osób które zostały pokrzywdzone przez dyrekcję naszego Domu. Mam nadzieję, że ktoś tym się zajmie. To nie możliwe żeby wszyscy byli ogarnięci znieczulicą.
