Do Izby Lekarskiej

Oto treść pisma które dostarczyłam do Kancelarii Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej Lekarzy.                                                      Skarga na lekarza psychiatrę za fałszywy i bardzo krzywdzący mnie opis rzekomego mojego stanu zdrowia. Ponieważ pisząc pamiętnik internetowy opisuję dokładnie co dzieje się w dps przez co systematycznie narażam się dyrekcji Domu, owa dyrekcja w osobach : pani dyrektor, siostry przełożonej i kier. socjalnej ( zawsze występują w trójkę) zwróciła się z prośbą o pomoc  do pana doktora żeby swoją diagnozą  mógł podważyć wszystko co napisałam. Pan doktor jako pracownik naszego Domu skwapliwie z tego skorzystał  i po pięciu latach nie widzenia mnie nawet przelotnie przyszedł do mnie z gotową diagnozą: urojenia prześladowcze, wskazane leczenie w szpitalu psychiatrycznym nawet wbrew woli pacjentki.     Słowa które pan doktor napisał w diagnozie jako moje były wypowiadane wyłącznie prze pana doktora. Mówił  o treści mojego pamiętnika  nie biorąc pod uwagę faktu, że to dotyczy okresu 9 lat nie dwóch minut pobytu pana doktora u mnie. Cytat z diagnozy: ” próbowali mnie truć już gazem”. Ja o tym pisałam w roku 2012 i tę informację podałam Prezydentowi w formie jeszcze wówczas, pamiętnika.  Pan doktor coś usłyszał i podchwycił jako niezbity dowód manii prześladowczej.  Tak więc wyjaśniam bardzo dokładnie: Po nocy z 25 na 26 października 2012 r. obudziłam się jako osoba nie mówiąca, nie pisząca i nie umiejąca czytać. Była godzina 6 rano jak poszłam z tym do pielęgniarek, niestety zlekceważyły mnie. Poczekałam na siostrę przełożoną, ta z kolei kazała podać mi kieliszek neospazminy i zaprowadzić do łóżka.  Dziś wiem, że był to bandytyzm, wówczas zasnęłam na dwa dni. Po przebudzeniu kilka dni nie wiedziałam o co chodzi, a później jeszcze przez dwa tygodnie przestawiałam słowa nawet o tym nie wiedząc, na to zwróciły uwagę terapeutki. Wiedziałam dobrze, że miałam typowo udarowe objawy. Nie wiedziałam wówczas, że w moim mózgu ślad zostaje na zawsze, a w sercu i w pamięci na zawsze zostaje zachowanie się służby zdrowia naszego Domu ” Opieki „. One dobrze wiedziały co mi jest a zatem zaczęłam przypuszczać, że ten udar był wywołany przez nich. Takich jak ja tępi się w każdym Domu ” Opieki”. Dopiero w tym roku, niespełna miesiąc temu,  w diagnozie neurologa znalazłam określenie, że moje problemy są następstwem zawału mózgu. Ponieważ przychodząc do DPS 9 lutego 2009 r. nigdy nie miałam stwierdzonego udaru, a przez okres 10 lat ( 1999 – 2008 )  byłam przynajmniej raz w miesiącu pod aparaturą na SORZe a w grudniu 2008r. byłam dokładnie badana przez mojego lekarza pierwszego kontaktu i na prywatnej wizycie u kardiologa. W chwili przyjęcia mnie do DPS byłam również dokładnie badana  i nikt nie stwierdził udaru, a zatem udaru dostałam będąc w DPS  właśnie w nocy z 25/ 26  X 2012r.                                                     Drugi poważny zarzut pana doktora to określenie – mafia.  Owszem użyłam tego słowa, ale pan doktor musiałby przeczytać co najmniej  połowę mojego pamiętnika  żeby zrozumieć dlaczego go użyłam. O tym co się dzieje w DPS  informowałam obie panie dyrektor Domu ” Opieki ” , panią dyrektor MOPSu , panią dyrektor Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej  podczas spotkania u Prezydenta  w dniu 8 X 2013r. na którym było kilka osób, nikogo ten problem nie zainteresował. Pan Prezydent zwolnił z pracy byłą panią dyrektor ale problemu nie rozwiązał.  – To jak mam nazwać ten zespół ludzi nie czułych na problemy swoich podopiecznych ? Czy pan doktor ze swoją diagnozą  nie dołączył do tego zacnego grona?                                                                              Domagam się przeprosin na piśmie  za szkalowanie mnie  przez pana doktora  w formie diagnozy. W przeciwnym razie  napiszę skargę do Ministerstwa Zdrowia. Na przeprosiny czekam do        10 października br.

Do pisma dołączam diagnozę psychiatry i diagnozę neurologa.     Do wiadomości:                                                                                                            1. Pan Prezydent                                                                                                    2 Pani Poseł                                                                                                                3 Pani dyrektor dps

Powrót do aktualności

Wyciszyłam tematy z naszego Domu ” Opieki ” ponieważ chciałam doprowadzić do końca sprawę z diagnozą od psychiatry, chciałam powiadomić kogo trzeba żeby w razie czego było wiadomo gdzie są winni i pozbierać świadków na ewentualny proces. Ponieważ wszystko załatwiłam to mogę już śmiało wrócić do tematu. Długo szukałam opisu diagnozy, pan doktor  ukrył ją  tak  żebym raczej  zrezygnowała z jej szukania .     Wizyta pana doktora u mnie  miała miejsce w marcu; zaraz na drugi dzień napisałam prośbę o podanie numeru statystycznego choroby i zaczęła się od tej chwili pisanina od Kajfasza do Annasza, a odpowiedź dostałam dopiero w lipcu. Diagnoza była schowana w archiwum szpitala w którym pan doktor był ordynatorem oddziału psychiatrycznego.  Widać czaił się tam na mnie z gotową diagnozą.  Ale by sobie pofolgował jakby miał mnie pod swoją wątpliwą opieką. Właśnie do tego dążył żeby jego diagnoza pokryła się z moim stanem zdrowia. Pani dyrektor szpitala, o którym mowa, udostępniła mi dokument dopiero jak pan doktor przestał być jej pracownikiem, miał umowę do końca czerwca. Jakbym – nie daj Boże, kiedyś trafiła na oddział tego szpitala to już traktowano by mnie zgodnie z diagnozą szanownego doktorka. A oto diagnoza : z wywiadu obiektywnego i dokumentacji –  pensjonariuszka dps od kilku lat demonstruje objawy o charakterze psychotycznym – oskarża dyrekcję, personel i innych mieszkańców o prześladowanie, trucie  ( ” wpuszczanie gazu do pokoju”), nieprzychylne jej osoby są w    ” mafii”     zmówione oby ją wykończyć; prowadzi bloga w którym atakuje personel placówki i innych mieszkańców używając absurdalnych argumentów  ( ” próbowali mnie truć gazem”).  Zakłuca  prawidłowe funkcjonowanie placówki.                  ” Miałam pana za porządnego człowieka ale okazało się, że i pana przeciągnęli na swoją stronę… nie dam się wykończyć! Proszę wyjść ! Nie będzie mnie pan straszyć szpitalem psychiatrycznym! Niech sam pan sobie weźmie jakieś leki, ja nie potrzebuję”.    Stan psychiczny: świadomość jasna; kontakt formalny; nastrój drażliwy; napięta afektywnie; w niepokoju manipulacyjnym orientacja zachowana; tok myślenia lepki, rozwlekły; wypowiada luźne wątki urojeń prześladowczych, ksobnych, trucia; nie ujawnia myśli i tendencji S oraz doznań omamowych; bezkrytyczna do wypowiadanych treści. Somatycznie wydolna.  Nie zgadza się na leczenie farmakologiczne. Poinformowana o możliwości leczenia bez zgody w trybie wnioskowym.            Poinformowano córkę o możliwościach leczenia  ( w tym bez zgody pacjentki).

Szanowny panie doktorze, mam bardzo brzydkie zdanie o panu i niestety nie ja jedna. Moja diagnoza na temat pana zdrowia psychicznego byłaby jeszcze gorsza od diagnozy pana o mnie.  Psuje pan opinię porządnym lekarzom. To przez takich jak pan ludzie boją się chodzić do psychiatry. Jednak wykluczając pana psychiatrzy są ludziom bardzo pomocni. Żałuję, że nie mogę wymienić pana z imienia i nazwiska ale w Izbie Lekarskiej jest już  ono znane, postarałam się o to.                                                                    Pan, jako lekarz specjalista może diagnozować  to  ja jako „pacjentka”  mogę pana oceniać, a więc daję panu mniej niż zero.

Szczyty głupot

Wszystko co robiłam mając 16 czy 17 lat, było tak bezgranicznie głupie, że chyba istotnie tylko mój brat znalazł na mnie odpowiednią  metodę.  Ale przed ślubem mnie nie uchronił. Po czterech miesiącach znajomości oznajmiłam wszem i wobec, że wychodzę za mąż. Okazało się, że nie tylko ja słynęłam wówczas z głupoty. Pierwsze wejście mojego przyszłego do naszego domu, było również  tego  dowodem.  Wyobraźcie sobie przychodzi chłopak po raz pierwszy do domu dziewczyny, jej brat pyta – a ty co za jeden? A on na to –  jestem przyszłym mężem Danuśki. Ten mój przyszły był ode mnie ponad cztery lata starszy, a mimo to…  Zakochany Janusz mimo, że był ode mnie starszy o sześć lat, również zaczął działać jakby nie miał rozumu. Postanowił wziąć ślub z kimkolwiek oby razem ze mną. Jego przyszła żona przyjechała do naszego miasta pod koniec sierpnia żeby od września zacząć pracę w przedszkolu. Do głowy jej nie przyszło, że za dwa miesiące będzie mężatką. Jola, bo tak miała na imię przyszła żona Janusza, była kompletnym  moim przeciwieństwem. To była blond błyskotka.                                            18 października 1958r. w Urzędzie Stanu Cywilnego tak powiedziały jednocześnie trzy pary: mój brat z Basią, ja z Jurkiem i Janusz z Jolą. Uczta weselna również odbywała się przy wspólnym stole, przygotowała ją, w naszym mieszkaniu, moja mama. Janusz twierdził, że miał poczucie jakby ten ślub brał ze mną. Ja nie miałam żadnego poczucia, wyszłam za mąż i już.     Świadkową na moim ślubie była Krystyna. Znów zbliżyłyśmy się do siebie. Przychodziła do mnie prawie codziennie. Oczywiście jak tylko przyszło lato Krystyna zniknęła, wiadomo jezioro, plaża. Na miejskiej plaży toczyło się życie towarzyskie przez całe lato. Ja tam nie chodziłam ale znajome koleżanki relacjonowały kto z kim i jak wyglądał i w jakim celu. Cel Krystyny był jeden – Wiesiek. On ciągle był z Hanką.  Wszyscy wiedzieli o tym, że Wiesiek wg Krystyny ma być jej mężem. Myślę, że Wiesiek też wiedział. Latem 1960r. dowiaduję się, że Krystyna już jest z Wieśkiem. Jak to się stało, tak raptem ? Kupiłam go sobie mówi mi Krystyna. Musiałam coś zrobić, on w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Jak to kupiłaś, opowiadaj. Otóż, Hanka jego dziewczyna popadła w jakieś tarapaty finansowe i to chodziło o dość poważną kwotę. Zamartwiała się, że nawet jak ktoś jej pożyczy to ona nie będzie miała z czego oddać. Krystyna rozesłała wici żeby Hanka przyszła do niej i jeśli zgodzi się na jej warunki to dostanie pożyczkę bezzwrotną. Krystyna daje pieniądze a Hanka od tej pory nie ma prawa nawet spojrzeć na Wieśka. Jedno spojrzenie i obowiązkowy zwrot pożyczki natychmiast.  Hanka się zgodziła. Do Wieśka dotarła informacja, że Hanka go sprzedała, nie że Krystyna go kupiła tylko, że Hanka go sprzedała.  W każdym razie żyli długo i szczęśliwie. Przeżyli ze sobą 45 lat, do śmierci Wieśka. Byli wspaniałym, tolerancyjnym małżeństwem. Wiesiek nie mógł mieć dzieci, dla Krystyny nie stanowiło to żadnego problemu; wzięli dwoje dzieci z domu dziecka i byli bardzo szczęśliwi.

A ja przędłam to swoje życie jak Arachne –

I choć przędłam dużo i pięknie                                                                               Na nic się wszystko zdało                                                                             Mówiłam –  sama wszystko zrobię                                                                            A wszystkiego było mało i mało.                                                                                I dalej przędę pajęczą nić,                                                                                        Na której czasem kropla deszczu zawiśnie,                                                Czasem promyk słońca zabłyśnie                                                                            W tej pajęczynie która nie daje mi żyć.                                                       Oplątałam się tą siecią,                                                                                   Owszem pięknie wydzierganą                                                                                Ale ani z niej wyjść, ani w niej żyć                                                                         Bo jak żyć cała własną siecią oplątana.

Imieniny Antonich

13 czerwca co roku w domu państwa Ż były wielkie bale, przecież to imieniny Antoniego a w tym domu było ich trochę. Ich nowe mieszkanie było ogromne – cztery wielkie salony połączone rozsuwanymi drzwiami mieściły naprawdę dużo gości. Na tych słynnych imieninach poznało się bardzo wiele par. Co najdziwniejsze to mimo iż rodzice to Antonina i Antoni na przyjęciach imieninowych była sama młodzież. To byli rodzice żyjący radością swoich dzieci. 13 czerwca 1958r. bal był dedykowany dla mnie i mojemu przyszłemu mężowi.  Antoś, który już od roku pracował zaprosił na ten bal swoich kolegów z  którymi chodził razem do Technikum Kolejowego a teraz wszyscy razem pracowali w parowozowni. Byli maszynistami parowozów. Byli to bardzo fajni chłopcy, każdy z nich poza pracą miał jakieś hobby np. Antoś  – piłka nożna i brydż a mój przyszły mąż brydż i taniec.  Antoś oczywiście odpowiednio wcześniej pokazał zdjęcia kilku koleżanek swoich sióstr kolegom, żeby wiedzieć kogo zaprosić. Chętnych do poznania mnie było dużo ale Antoś zastrzegł, że ja chcę wyjść za mąż a nie prowadzić się za rączkę. Jeden z nich krzyknął, że bierze mnie za żonę  w ciemno. W dniu imienin mama Ż pyta – czy oby Danuśka na pewno wie, że na tym balu musi być, zaprosiłeś dla niej tylu chłopców a jak ona nie przyjdzie, ty lepiej pojedź po nią. Mieszkaliśmy teraz po przeciwnej stronie miasta, w miasteczku akademickim i wszyscy pracowaliśmy na uczelni. Mama była portierką, brat pracował w drukarni uczelnianej jako zecer a i ja po rzuceniu szkoły  również pracowałam w drukarni. Przecież mój brat musiał mnie ciągle mieć na oku. Ponieważ brat  zaczął się uganiać za swoją przyszłą żoną to w obawie, że mnie nie upilnuje znalazł dla mnie pretendenta na męża.  Janusz był kierownikiem drukarni a więc był i moim i mojego brata szefem, a ponieważ był naprawdę i przystojnym i bardzo wartościowym człowiekiem to został również pupilkiem mojej mamy.  Musiałam jak najszybciej wyjść za mąż za kogokolwiek żeby uwolnić się i od niego i od brata.  Przez Janusza czułam się osaczona i w pracy i w domu i wszędzie poza domem prześladowały mnie jego wielkie czarne, maślane od zakochania oczy. Szykowałam się na imieninowy bal dedykowany dla mnie, bardzo starannie żeby na pewno oczarować na nim swojego przyszłego męża, żeby go mieć jak najszybciej. To miasteczko akademickie  w którym mieszkaliśmy  leżało pod lasem nad jeziorem a za lasem mieszkała moja  krawcowa. Właśnie  wracałam od niej z piękną szafirową,  nowiutką sukieneczką jak usłyszałam w lesie warkot motoru – to Antoś zgodnie z poleceniem swojej mamy jechał po mnie. W domu poczekał aż doprowadzę się do efektu końcowego i pojechaliśmy na bal.. Ledwie zdążyłam wyjść z domu przed przyjściem brata. Nie wiem jak by się to skończyło gdybym nie zdążyła.

Dzisiaj wiem, że lepiej dla mnie byłoby gdybym nie zdążyła, ale trudno sama tak zdecydowałam; zawsze wpadam z deszczu pod rynnę.

Wiesiek – przyszły mąż Krystyny.

Jeszcze jak chodziłyśmy do siódmej klasy Krystyna kiedyś pokazała mi chłopaka – Wieśka,  naszego rówieśnika i powiedziała bardzo stanowczym głosem – on będzie moim mężem. Wiesiek był  najpiękniejszy ze wszystkich chłopaków jakich kiedykolwiek widziałam, to fakt. Pasowaliby do siebie z Krystyną bardzo, ale on nie zwracał na nią uwagi. Krystyna, on przecież chodzi z Hanką, naszą koleżanką z klasy – mówię. A Krystyna na to – no przecież ja nie będę wychodziła za mąż teraz, najwyżej za jakieś 5 lat, do tej pory zwróci na mnie uwagę. A poza tym niech się uczy życia, ja zresztą też. Trochę dziwiłam się Wieśkowi, że jej nie dostrzega. Jako para byliby jeszcze piękniejsi. Oboje wysocy, on blondyn z lekko kręconymi włosami , ona brunetka z warkoczem dyndającym na plecach o grubości dwóch pięści.  Ten warkocz obciążał jej głowę przez całe życie. Czasem udało jej się upiąć go w jakiś kok, ale to dopiero na stare lata, jak już włosów było mniej. Ponieważ po skończonej podstawówce ja chodziłam do liceum  z Wieśkiem i Hanką, to Krystyna pytała mnie czasem – jak tam mój przyszły  mąż?  Cały czas chodzi z Hanką – odpowiadałam. Ale uparty z tym chodzeniem, nie zdążę go nawet poznać przed ślubem – mówiła Krystyna. Spotykałyśmy się coraz rzadziej. Krystyna była o rok starsza ode mnie to i spojrzenie na wiele spraw miała już  inne. Kiedyś wreszcie spotkałyśmy się na dłużej, Krystyna była trochę inna, smutniejsza niż zwykle.  Zobaczyłam u niej na nadgarstku tatuaż, taki maleńki, który dał się przykryć paskiem od zegarka. To była kotwica i serce przebite strzałą. Co to jest, pamiątka po czymś czy jak – dopytywałam się. Nie pytaj bo ci i tak nic nie powiem- odpowiedziała. No fakt oddaliłyśmy się od siebie, już nie wszystko można było mi powiedzieć.  Co u ciebie – pyta Krystyna.  Ja to chyba muszę wyjść za mąż – odpowiadam, Masz chłopaka, w ciąży jesteś – dopytuje się Krystyna. Nie mam chłopaka i nie jestem w ciąży, po prostu nie chcę być niewolnicą swojego brata, on mi wszystko karze i zabrania, a jak coś jest nie po jego myśli to mnie bije. Mam dość. Jak tatuś żył to miałam obrońce we wszystkim a teraz to on czuje się jak pan i władca.  Nic innego mi do głowy nie przychodzi  tylko małżeństwo.          Nie martw się Danuśka, znajdziemy ci chłopaka, w końcu mam braci a oni kolegów, a ty masz takie cycki, że raz dwa będziesz miała chłopaka. Ale ja nie chcę chłopaka tylko męża. Nie mam zamiaru z nim chodzić tylko chcę wyjść za mąż. Dobrze będzie jak chcesz.

Antek i Krystyna Ż

O Tońce i Ludku nie będę pisała, byli od nas dużo młodsi  i  z nimi nie wiele miałam wspólnego,  natomiast  z Krystyną i Antkiem moje życie przeplatało się cały czas. Tak, że i teraz będzie przeplatanka.

Czas leciał, może wolniej niż teraz ale z perspektywy  to jak szalony. Krystyna już pracowała w Dziecięcym Domu Towarowym na dziale zabawek; ja zaczęłam chodzić do liceum i do szkoły muzycznej. Byłyśmy ciągle przyjaciółkami ale już z większym luzem, rozdzielały nas zainteresowania.  Np. latem, Krystyny pasją była plaża, na której zachwycała wszystkich – piękna, długonoga i burzą lekko skręconych włosów sięgających do pasa, niebywale pięknymi   zielonymi  oczyma w kształcie migdałów  i słynną  błyskotką  w pępku.  Już w latach pięćdziesiątych chodzili za nią fotoreporterzy żeby jej zdjęciem ozdobić okładkę jakiegoś tygodnika. Nic sobie z tego nie robiła a jej poza mówiła – patrzcie i podziwiajcie. Nie lubiłam chodzenia na plażę. Jak już byłam to chowałam się gdzieś w wysokich trawach na końcu plaży. Krystyna zawsze mówiła – no i dobrze przynajmniej nie robisz mi konkurencji. Ja tobie konkurencji, tyś chyba na głowę upadła. Danka, mówiła Krystyna, czy ty jesteś ślepa czy tylko udajesz, przy tobie może być sto dziewczyn piękniejszych a każdy facet zwróci uwagę tylko na ciebie. Ty masz inne ruchy, gesty, ty inaczej mówisz, a jak zaśpiewasz to jest koniec świata, nie mówiąc już o twoich cyckach. To nazewnictwo – cycki – to ze słownika Krystyny. Ciągle mi mówiła, że jakby miała jeszcze takie cycki jak moje to by podbiła świat. A w naszej rodzinie to był kompleks wszystkich kobiet. To właśnie Krystyna wyleczyła mnie z tego kompleksu i z wszelkich innych. Powtarzała mi latami jaki to ja  mam cud i tysiąc innych zalet. Jednak ja wiedziałam swoje i przestałam chodzić na plażę. Mnie opętało szaleństwo taneczne. Tak więc nasze drogi na jakiś czas się rozeszły.A jak skończyły się moje tańce to opisałam w naszym drzewie genealogicznym. W każdym razie to przykre wspomnienie.

Antek był o cztery lata starszy ode mnie. Chodził do Technikum razem z moim przyszłym mężem. Był i jest uroczym człowiekiem, z którym jak się spotkałam to radościom nie było końca. Bardzo szybko się ożenił i to ze swoją pierwszą miłością, którą spotkał w pracy u Krystyny, to była szefowa Krystyny. Ta szefowa miała 18 lat a Antoś 19. Długo bawił się w podchody a jak zagaił to od razu o ślubie. Żyją do dziś szczęśliwie. Ona ma 80 lat a on 81.                   Z Antosiem mam wiele ciepłych wspomnień ale jedno muszę opisać, bo mnie bardzo dowartościowało. Mieliśmy po trzydzieści kilka lat jak spotkaliśmy się na jakimś  kursie. Po wykładach Antoś pyta czy odwieść mnie do domu. A ty dokąd jedziesz ? Na Uczelnię , na turniej brydżowy. Może mogłabym pojechać z tobą, tam właśnie u babci są moje dzieci a przy okazji mógłbyś mnie wziąć na ten turniej, nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Pojechaliśmy.  Weszłam do ogromnej sali klubowej, w której 40 par ma rozgrywać turniej. Grają zawsze te same osoby ze sobą, pytam  Antka.  Tak i my będziemy taką parą. Nigdy w życiu. Ja pierwszy raz na oczy widzę co to jest turniej. Po za tym z tobą nigdy nie grałam, nie wiesz jak ja gram, pod tym względem nie znamy się nic a nic. To się poznamy; siadaj nie gadaj. Zostaliśmy   MISTRZAMI TURNIEJU.  Przy pierwszym rozdaniu, podczas pierwszej licytacji, z nerwów, odezwałam się z forsingiem, przez co zablokowałam kontrpartnera. Przy 19 stolikach grano szlemika w kierach a my ugraliśmy szlema w pikach. Niestety to tylko przez moje nerwy. Po odzywce przeciwnika w kiery ja zamiast powiedzieć pik, powiedziałam dwa pik. Układ kart był nieprawdopodobny. Antoś nie miał ani jednego kiera, za to miał aż sześć blotek pik. Ja miałam asa kier i garść ich blotek, które bardzo się przydały.  To był taki układ na ping ponga. Antoś cały czas emanował spokojem a ja pomalutku nabierałam odwagi. Ja rozpętałam wojnę a do szlema doprowadził Antoś, przecież nie wiedział, że się pomyliłam w licytacji. Do końca turnieju nikt nas  nie strącił z pierwszej pozycji. Na turniejach jest jedna rzecz która nigdy mi się nie będzie podobać, to odkładanie kart do pudełeczka. Liczenie lew to jest przyjemność a w turniejach nie ma tej przyjemności.

Ciąg dalszy wspomnień o rodzinie Ż -Helena i Michał

Będę o nich pisała po starszeństwie. Najstarszą z dzieci była Helena. Jako dziecko nie  miałam z nią wiele wspólnego. Była w końcu starsza ode mnie o 15 lat. Żyła swoim życiem. Była bardzo miła i pomocna ale zawsze na dystans.  Helena najczęściej zamykała się w swoim panieńskim pokoju razem z Bogdanem, który dość szybko został jej mężem. O dziwo Bogdan był bardzo podobny z urody do tej rodziny. Bogdan od Heleny był starszy o 10  lat. Był kierownikiem najpopularniejszej restauracji w naszym mieście. Helena natomiast była księgową w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Jako osoby dorosłe spotykałyśmy się dość często, zawsze z ogromną radością tuliłyśmy się do siebie. Helena z Bogdanem przeżyli wspólnie, w pięknym związku, całe swoje życie.

Gorzej wyglądało życie Michała. Przez to życie, jak mówiła Krystyna, pękło mu serce w wieku 45 lat.  Jak poznałyśmy się z Krystyną to Michał był w wojsku – w czynnej służbie.  Był nie tylko odwiecznym bożyszczem nastolatek ale i chłopakiem o złotym sercu. Po powrocie  z wojska  pracował  jako operator filmowy w kinie objazdowym. Do szaleństwa zakochała się w nim, od pierwszego wejrzenia, pani Wanda – rozwódka z córką w wieku Michała. Pani Wanda była kierowniczką kina, a więc koleżanką z branży Michała. Osaczała go na różne sposoby. Nie zdawałyśmy sprawy z tego – Krystyna i ja, że pomogłyśmy pani Wandzie w osaczaniu Michała. Kiedyś, jak co niedziela, wybrałyśmy się z Krystyną do kina. Zobaczyła nas pani Wanda. Zaczepiła Krystynę pytając czy ma brata Michała, bo przecież byli do siebie bliźniaczo podobni. Jak okazało się, że tak, to złożyła nam propozycję nie do odrzucenia – zawsze bezpłatne kino dla nas obu pod warunkiem, że do kina przyprowadzać nas będzie Michał. Opętało nas szaleństwo kinowe. My na seansie a Michał w objęciach pani Wandy. Mieli dla siebie,za każdym razem prawie  dwie godziny. Chyba mu się to podobało, bo nie było problemu z przyprowadzaniem i odprowadzaniem nas. Zawsze byłyśmy pod opieką, a zatem rodzice nasi również  nie mieli zastrzeżeń. My też nie wnosiłyśmy zastrzeżeń chodziłyśmy do kina na jakie tylko zachciałyśmy filmy czy seanse. Przypomniał mi się taki drobny fakt z pobytu w kinie, jak to Krystyna zawsze wybawiała mnie z różnych sytuacji. Kiedyś, to chyba na filmie ” Szerszeń”  ryczałam jak bóbr. Krystynie zrobiło się mnie żal i zaczęła mi  opowiadać życiorysy aktorów grających w tym filmie, dodając trochę głupot, tak że szybciutko łzy zamieniły się w śmiech. Musiałyśmy wyjść z kina ponieważ ten śmiech był nie adekwatny do scen filmowych. Po wcześniejszym wyjściu z kina musiałyśmy poczekać na Michała.  Michał z Wandą nie pasowali do siebie pod żadnym względem. Wanda sięgała mu pod pachę i poza wiekiem miała jeszcze bardzo krzywe nogi. Michał tego jakoś nie widział. Oni pasowali do takiej miłości w kantorku na zapleczu, a okazało się, że to było coś znacznie większego. Pobrali się i przeżyli ze sobą 20 lat. W rodzinie Michała była rozpacz, nikt nie mógł pojąć co go tak zaślepiło. Jak on sam pojął, że jest coś nie tak to nie umiał wyzwolić się z objęć pani Wandy. Po jakimś czasie zakochał się w kobiecie pasującej do siebie i wiekiem i wyglądem. Zamieszkali razem. Michał wystąpił o rozwód. Dopiero wtedy rozpętało się piekło. Wanda połączyła siły ze swoją córką i bez litości zatruwały życie Michałowi. Trwało to kilka lat, serce nie wytrzymało; podobno lekarz powiedział, że pierwszy raz widział  tak  pęknięte serce. Pogrzebem Michała zajęła się jego partnerka. Po kilku dniach, przychodzi jak zwykle na cmentarz i nie może znaleźć grobu. Okazało się, że Wanda, w ciągu jednej nocy, zamieniła pomnik. Na miejscu pierwszego pomnika był już inny, podwójny, od kochającej żony i z miejscem dla żony.

Krystyna Ż

Rodzina mojej koleżanki z klasy IV b to  osiem pięknych osób, pięknych  zarówno z charakteru jak i z wyglądu.  Krysia, bo tak miała na imię owa koleżanka, towarzyszyła mi w różnych sytuacjach przez całe jej życie. Nie należę do osób które muszą być z kimś na co dzień, spotykać się na ploteczkach ale  Jako dzieci spotykałyśmy się codziennie,  jako osoby dorosłe to i całymi latami nie widziałyśmy się, ale to u niej poznałam swojego męża, to ona była chrzestną mamą mojej starszej córki i to z nią będąc na emeryturach grywałyśmy co sobotę w brydżyka. Jak jedna z moich sąsiadek zamieszkała w naszym Domu, a była brydżystką, to Krystyna przejeżdżała do naszego DPS,  przywoził ją Krzysiek, który z nami grywał. Krysia zmarła w wieku 70 lat, czyli osiem lat temu, była o rok starsza ode mnie.. Jak już pisałam cała jej rodzina była piękna i na dodatek wszyscy byli bardzo do siebie podobni. Jak ktoś znał jedną osobę z tej rodziny a zobaczył kogokolwiek od nich po raz pierwszy i na neutralnym gruncie to nie miał wątpliwości, że to ktoś z rodziny Ż. Rodzice ich wyglądali jak bliźniaczy brat z siostrą a na dodatek mieli takie same imiona – Antonina i Antoni. A zatem wśród dzieci musiały być również takie imiona. Najstarsza córka miała na imię Helena, później był Michał ale już następne dziecko to Antoni. Dalej była Krystyna ale już po niej musiała być Antonina – mówiliśmy na nią Tońka. Najmłodsze dziecko było o 25 lat młodsze od najstarszej i miało na imię Ludwik. Dwaj starsi bracia – Michał i Antek, mieli za zadanie opiekowania się siostrami, a jak siostrami to i ich koleżankami. Bardzo lubiłam do nich przychodzić, to była cudna, kochająca się rodzina. Z takiej rodziny wychodzą w świat osobnicy spokojni, ułożeni, lubiący wszystko i wszystkich. Boże, ile razy Krystyna swoim zachowaniem pokazywała mi, że to co było dla mnie problemem, problemem nie jest. Nie raz była zaskoczona moim zachowaniem, mówiła wówczas – ale ty jesteś wariatka, a wiesz, że właśnie za to wariactwo cała moja rodzina bardzo cię lubi. Czułam to ich lubienie na każdym kroku. Jak jeszcze chodziłyśmy do szkoły to Krystyna codziennie rano zachodziła po mnie i razem pełne radości szłyśmy do szkoły. Kiedyś, jak  już byłyśmy w siódmej klasie, czyli już takie pannice czternastoletnie, Krystyna przychodzi jak zwykle po mnie a ja jej oznajmiam, że do szkoły nie idę, nie mam butów, są u szewca. Zobaczyła moją smutną minę, bo obie bardzo lubiłyśmy chodzić do szkoły, i ni z gruszki ni z pietruszki – a co boso do szkoły to nie można chodzić? Zostawiła swoje buty u nas w domu i całe szczęśliwe, rozbrykane poszłyśmy na bosaka do szkoły. Trzeba dodać, że mieszkałyśmy w centrum wojewódzkiego miasta i miałyśmy już cycki. U mnie był taki krótki okres uciekania z lekcji. Musiałam pomagać swojej drugiej koleżance w miłości. To Krysia G. zakochała się w traktorzyście, który codziennie przyjeżdżał pod szkołę zabierał nas na traktor i jechaliśmy za miasto. Tam ja prowadziłam traktor a Krysia z Edkiem całowali się na przyczepie. W domu dostawałam za to lanie które nie działało, to Krystyna Ż wyperswadowała mi ten traktor z głowy. Mówiła mi : jeśli chcesz być traktorzystką to musisz umieć jeździć traktorem i naprawiać go, ale ty przecież masz być śpiewaczką. Wiesz, mama prosiła żebyś przyszła do nas bo Michał przywiózł dużo nowych płyt a ty musisz znać nowości muzyczne. Będziesz miała dużo roboty bo są to  piosenki śpiewane po angielsku do których trzeba napisać polskie słowa.  Te moje teksty to były kompletne bzdety, ale śpiewałyśmy bez opamiętania. Zupełnie zapomniałam o tej mojej poezji, aż po 50 latach przypomniał mi ją najmłodszy z rodziny Ż. Ludwik nazywany Ludkiem. Kiedyś jako babcie emerytki, jak zwykle w sobotę grałyśmy w brydżyka, aż tu telefon do Krystyny dzwoni Ludek. Jak dowiedział się, że ona jest u mnie koniecznie chciał przyjść. Zrobił nam ogromną niespodziankę – wyśpiewał wszystkie piosenki bzdety.  Dopiero do nas dotarło, że zawsze podczas naszych wygłupów był przy nas dwuletni, trzyletni, cztero i pięcioletni Ludek. On się wychował na naszych  piosenkach, przy naszych wygłupach. Myśmy stroiły miny, pozy i czort wie co jeszcze, nie zwracając uwagi, że zawsze podczas tych zabaw był z nami Ludek. Przypomniał on  nam o tym jako 56 letni pan.

Uprowadzenie

To uprowadzenie było tylko we śnie, ale niemal  każdy mój sen ma odniesienie do jawy. Otóż od kilku dni chodzę z Jasiem na spacery. Byłam zaskoczona jak mnie to zaproponował, przecież to mój wróg, ale co tam niech będzie. Nie umiem z nim rozmawiać to tylko słucham;  niestety ale  i słuchać trzeba Go umieć. Ponieważ nie wierzę w jego szczere intencje to pewnie stąd taki dziwny sen – ostrzeżenie. To  moja podświadomość mówi mi  żebym uważała bo to taki ” rudy charakter”. Już go tak ktoś nazwał. We śnie jechałam autokarem w jakąś daleką trasę. Raptem autokar zatrzymał się. Weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Obezwładnili mnie, wynieśli z autokaru, wrzucili do bagażnika jakiegoś auta i ruszyli z piskiem opon. Nie byli to profesjonaliści bo nie zamknęli klapy bagażnika i ja wypadłam z niego podczas jazdy na ulicę. Za tym samochodem cały czas jechał autokar z którego mnie wywlekli; jak wypadłam na ulicę to z autokaru wybiegali ludzie żeby mi pomóc. Okazało się, że to byli sami moi przyjaciele z całego mojego życia. Najdziwniejsze było to, że wysiadła z niego zaprzyjaźniona ze mną cała ośmioosobowa rodzina. Pięć osób z tej rodziny już nie żyje. Dwoje z nich nie widziałam już dawno a z jednym utrzymuję kontakt do chwili obecnej. Co jakiś czas, ktoś z pobytu dziennego, przysyła mi pozdrowienia od tej osoby. Z tą rodziną byłam w bardziej zażyłych stosunkach niż ze swoją rodziną. Mam na myśli swoje rodzeństwo i rodzeństwo ze wspomnianej rodziny. O tej rodzinie napiszę w następnym wpisie, tak dla siebie, dla przypomnienia jacy byli dla mnie ważni i uwiecznienia tej ważności. A teraz aż się prosi o przeanalizowanie tego  proroczego  snu. Są w nim dwa główne wątki- brak profesjonalizmu u porywaczy  i pojawienie się nie wiadomo skąd ogromnej ilości przyjaciół.  Brak profesjonalizmu u  naszej kadry kierowniczej odczuwa się  na każdym kroku. Nie tylko w  spełnianiu obowiązków ale i w zatruwaniu mi życia.  Przecież cokolwiek się robi należałoby przewidzieć tego konsekwencje. Zawsze w czynnościach naszych szefów rzuca się w oczy podejście – jakoś to będzie. Ja te jakoś uzbierałam i stwierdzam, że nie ciekawie to wygląda z punktu widzenia szefostwa Domu. Natomiast jeśli chodzi o mnie to nie spodziewałam się, że są wśród nas ludzie którzy mnie popierają i obiecują, że będą zeznawać w razie potrzeby. To są właśnie ci przyjaciele nie wiadomo skąd. Przez 9 lat pobytu i nękania mnie w tym Domu, nigdy nie zwróciłam się z prośbą do nikogo o jakąkolwiek pomoc, chyba, że do pani dyrektor, chociaż nie wiadomo po co.  Nie chciałam nikogo narażać na nieprzyjemności. Dopiero ten pamiętnik otworzył oczy ludziom i postanowili mi pomóc.  To ten tłum z autokaru.

Koniunktura rośnie.

Ponieważ ciągle dopytujecie się dlaczego nie piszę, zaczęło mnie to zastanawiać; przecież często robiłam takie dłuższe przerwy i nie było  takich ponagleń, co jest grane? Zerknęłam do wykazu swoich czytelników i zobaczyłam, że liczba ich jest podwojona. Jestem pewna, że jest to zasługa dyrekcji Domu. Szaleją strasząc mnie i koniunktura rośnie. U mnie nic się nie zmieniło, piszę tak jak pisałam kilka lat temu, ale kilka lat temu dyrekcja nie interesowała  się aż tak tym moim blogiem a teraz czyta i straszy mnie a czytelnicy są ciekawi czy ja się boję i kiedy przestanę pisać. Kiedyś przestanę na pewno, ale to nie będzie ze strachu.   A może dyrekcja Domu nie wytrzyma i ukatrupią mnie? To wtedy będziecie wiedzieli kto to zrobił i zażądacie sekcji zwłok i dochodzenia.  Szczerze mówiąc to ja się ciągle źle czuję i nie mam apetytu na pisanie, tylko, że teraz to i mieszkańcy przychodzą prosząc żebym opisywała różne sprawy.   Kocham Was ale nie chce mi się.