Nie mam apetytu na pisanie ale na temat pisma od ” Pana Prezydenta ” muszę się wypowiedzieć. Wzięłam w cudzysłów zwrot – Pana Prezydenta, ponieważ nie bardzo chce mi się wierzyć, że On je widział. Nie wiem czy oficjalnie odpiszę na nie, ono jest pozbawione sensu. Prezydent informuje mnie, że mieszkańcy, czyli pani i pan Nikt, podali mnie do Sądu. To chyba Sąd powinien mnie o tym poinformować nie Prezydent. Mój blog jest solą w oku to wiem. Przecież 50 % bloga stanowi pamiętnik który 6 lat temu wręczyłam do rąk własnych Panu Prezydentowi. Może przypomnę z jaką konspiracją podchodził do sprawy wówczas Pan Prezydent, jak to z pismami od Niego przyjeżdżał do mnie kierowca osobisty. Pan Prezydent dobrze wiedział na jakie świństwa stać jest decydentów Domów Opieki. Wszystkich decydentów, tych obsadzonych przez Pana również, a może jeszcze bardziej. A teraz pisze mi Pan, że jeśli mi się to bagienko nie podoba to mogę w każdej chwili zamienić na inne, a skoro jestem to mam je szanować. Ja piszę tylko bloga, natomiast niszczy mnie nękając: pani dyrektor, p. kierownik socjalna, siostra przełożona, lekarz psychiatra i dwoje mieszkańców, a teraz jeszcze w to bagno usiłują wepchać i Pana Prezydenta. Nie wstyd Wam. Gnębicie starą kobietę oddaną Wam pod opiekę. To może ja przypomnę dlaczego piszę tego bloga. Przychodząc do Domu Opieki, mimo, że wymagałam pomocy w każdej chwili, to bardzo cieszyłam się tym faktem bo i pomoc była i kwitło życie artystyczne w którym bardzo ściśle brałam udział. Zarówno personel jak i mieszkańcy byli do mnie życzliwi i uczynni. Wszystko do momentu, dopóki poprzednia p. dyrektor nie dowiedziała się, że moje mieszkanie komunalne, na które bezpodstawnie liczyła, nie będzie dla niej. Ogarnęła ją wściekłość która trwa do dziś. To co zaczęto ze mną wyprawiać przeraziło mnie nie na żarty, musiałam to przeciąć. Opisałam wszystko w formie pamiętnika i dostarczyłam do rąk własnych P. Prezydenta. W efekcie była p. dyrektor straciła pracę a razem z nią obfite źródło dochodów stracił jej syn, rodzina córki i bratanka. A więc wściekłość do kwadratu. Ponieważ żadna z tych rodzin już nigdy nie będzie miała takich dochodów to i ja nigdy nie zaznam spokoju. Eks p. dyrektor była i jest przewodniczącą stowarzyszenia wszystkich dyrektorów Domów Opieki i służby zdrowia w całym naszym regionie, nie trudno jej było nakłonić swoją następczynię do kontynuacji rozpoczętej krucjaty przeciwko mnie, tym bardziej, że pomocnicy do tych wyczynów zostali w naszym Domu i wiedzą dobrze jak znęcać się nad ludźmi. Następczyni przerosła mistrza, ta z pozoru skromna kobieta okazała się potworem. Kłamstwa to jej chleb powszedni. I ja mam o tym nie pisać? Najpierw w perfidny sposób zniszczyła prowadzone przeze mnie Radio. Zrobiła to przebrzydle: podczas nadawanego przeze mnie na żywo programu, do studia weszły dwie pielęgniarki i nie przebierając w słowach ubliżały mi. Do końca programu wyzywały mnie. Pomyśleć – taki sukces zawodowy nowej, bo zaledwie dwa miesiące urzędującej, p. dyrektor. Przy poprzedniczce już od trzech lat prowadziłam Radio, a tu rach ciach i po problemie. Za dwa dni pomogła sfałszować wybory do Samorządu Mieszkańców tylko po to żeby stworzyć Samorząd który pieczątką potwierdzi wszystkie świństwa kierowane pod moim adresem. Na czele Samorządu stanęła osoba która teraz podaje mnie do Sądu że niby ją szkaluję. Ponieważ ja już niewiele robiłam to pani Nikt szybko zrezygnowała z tej funkcji, wszak ona nie lubi tworzyć, ubóstwia niszczyć; pod tym względem to bratnia dusza naszej dyrektorki. Dobrały się jak w korcu maku. To był drugi sukces zawodowy nowej p. dyrektor. W niespełna miesiąc później powołano komisję cenzorów która miała za zadanie odrzucać wszystkie przeze mnie pisane artykuły do naszej wewnętrznej gazetki. Same sukcesy młodej zdolnej… I ja mam o tym nie pisać? Ponieważ ja ciągle żyłam i sprawiałam wrażenie zadowolonej, zaczęto mnie gnębić drobnymi sprawami; nie wytrzymałam, poprosiłam o pomoc psychiatrę. To było 5 lat temu a pan doktor teraz uświadomił sobie, że jestem jego pacjentką i zaczął łgać na mój temat, oczywiście na życzenie pani dyrektor. Wiem, że i Pan Prezydent i dyrekcja Domu może wiele żeby mnie uciszyć, ja nie mogę nic, co najwyżej pisać bloga. Proszę nie straszyć mnie Sądem ponieważ pod Sąd kwalifikuje się zachowanie dyrekcji Domu, nie moje. Tyle ludzi na wysokich stołkach na mnie jedną – gratuluje!!! Dla was zniszczenie mnie jest ważniejsze od reputacji ?
Pismo z kancelarii Prezydenta
Już myślałam, że nie będę miała o czym pisać a tu proszę, otrzymałam pismo z kancelarii Prezydenta, które przedstawiam w całości. Wiadomo, że nie pozostanie bez echa. Oto treść pisma:
W dniu 11 czerwca do Urzędu Miasta wpłynęło pismo pensjonariuszy dotyczące treści zamieszczanych przez panią na blogu. Zapoznałem się z treściami zamieszczonymi przez panią i z przykrością stwierdzam, że sposób opisywania przez panią osób i sytuacji jest nieakceptowalny. Używanie obraźliwych słów wobec poniżanych przez panią osób, które łatwo można zidentyfikować ( ponieważ są mieszkańcami i pracownikami DPS ) w pełni zasługuje na krytykę i pretensje jakie zgłaszają podopieczni placówki. Jak wynika z informacji przedstawionych w piśmie skierowanym do Urzędu Miasta , osoby które poczuły się dotknięte wystąpiły na drogę powództwa cywilnego w obronie swoich dóbr osobistych. Prowadzony przez panią pamiętnik jest źródłem kłótni, spięć i konfliktów pomiędzy pensjonariuszami jak i personelem. Nadmieniam, że zgodnie z obowiązującym prawem ( art.23 KC) nie można bezkarnie naruszać dóbr osobistych człowieka tj. zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnice korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska. Ww. dobra pozostają pod ochroną prawa cywilnego nie zależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach. Jednocześnie proszę nie traktować niniejszego pisma jako próby ograniczenia pani prawa do wypowiadania się , ekspresji uczuć czy przeżyć, ale jako wezwanie do respektowania obowiązującego prawa w zakresie poszanowania dóbr osobistych innych podopiecznych i personelu DPS. Prowadzenie elektronicznego pamiętnika jest potwierdzeniem pani talentu pisarskiego i wyjątkowej wyobraźni, ale jeszcze raz podkreślam, że obraźliwy sposób w jaki opisuje pani innych podopiecznych i personel jest karygodny i nie może być kontynuowany. W pamiętniku opisuje pani swoje niezadowolenie zarówno z usług oferowanych przez placówkę i personel jak i zachowania współmieszkańców Domu. Pragnę pani przypomnieć, że pobyt w DPS jest całkowicie dobrowolny i wymaga zgody pensjonariusza, który akceptując regulamin organizacyjny placówki wyraża zgodę na respektowanie praw i obowiązków ustalonych dla podopiecznych i personelu. Nadmieniam, że DPS jest miejską placówką organizacyjną i pracownicy zatrudnieni w DPS także podlegają ochronie prawnej w miejscu pracy. Jeżeli jest pani niezadowolona z usług oferowanych przez DPS lub atmosfery jaka panuje w placówce, w każdym czasie może pani wystąpić z wnioskiem do MOPS o przeniesienie do innej placówki.
Wizyta psychologa.
Nawet nie przypuszczałam, że przyjmując psychologa potraktuję go z sympatią. Ostatnie dwie psycholożki były wysłanniczkami dyrektorki. Od pierwszej wizyty traktowałam je z góry, a to dlatego, że zanim przyszły do mnie poznałam je z nie właściwej strony. Jedna wzięła mnie w dwa ognie z dyrektorką usiłując wpłynąć na zmianę mojego programu radiowego zachęcającego do pójścia na nasze wewnętrzne wybory. Nie wiedziały o czym będzie mowa ale najlepiej żebym w ogóle o wyborach nie mówiła. Druga pani psycholog wyraziła zachwyt nad naszą panią dyrektor twierdząc, że jest ona pełna empatii. To mi wystarczyło żeby wiedzieć, że ona jest kiepskim psychologiem. Z obecnym psychologiem rozpoczęłam rozmowę bez żadnych uprzedzeń. Wyspowiadał mnie ze wszystkich stron; była mowa i o moich zainteresowaniach i o sprawach męsko damskich i o sporcie, muzyce, o rodzinie, o antypatii do decydentek i dwojgu mieszkańców, no i oczywiście o moim blogu. Nie wiem jak to się stało, że zaufałam i wyspowiadałam się. Jest to jednak nie zbity dowód, że chłopak wybrał dla siebie właściwy zawód skoro umie otwierać duszę i rozwiązywać języki.
Pogrzeb
Dzisiaj, 14 lipca 2018 r. byłam na pogrzebie jednej z naszych Halinek. To była msza pożegnalna w kaplicy cmentarnej. Chodzę na pogrzeby osób które lubiłam, które w jakiś sposób były w porządku. To pójście , to taki wyraz szacunku do danej osoby. Jak napiszę, że cieszę się, że poszłam na ten pogrzeb to będzie to nie zbyt fortunne słowo zważywszy na kontekst. Ale tak, cieszę się, że byłam, bo była to ceremonia w jakiej nigdy nie brałam udziału – było to pożegnanie zmarłej osoby w obrządku starocerkiewnym. Nie wiedziałam, że Halinka była chrzczona i wychowywana w prawosławiu. Nie mogę sobie tego darować, że nie wiedziałam. Ja, która całe życie interesowałam się życiorysami innych ludzi, zostałam tu w naszym „wspaniałym Domu opieki ” wykluczona z tego przywileju słuchania a potem opisywania czy opowiadania o tym co usłyszałam. Ta czynność była mi cenniejsza od mojego ukochanego śpiewania. Dobrze wiedziały o tym szanowne decydentki. One przechodzą jakieś kursy – jak niszczyć psychikę człowieka. W tym względzie obecna nasza dyrektorka, kierownik socjalna i siostra przełożona otrzymały oceny celujące. Żeby mnie nie wykluczono z tego przywileju to Halinka wiedziałaby, że wis a wis jej pokoju mieszka osoba tak jak ona prawosławna a ponieważ była w podobnym wieku to mogłyby się zbliżyć do siebie i mieć o czym rozmawiać przez długie lata pobytu w tym cynicznym Domu Opieki. ALE KOGO TO OBCHODZI? Kilka słów o przebiegu ceremonii. Otóż trumna stała zwrócona w odwrotnym kierunku niż w naszej obyczajowości czyli tak jakby tyłem do ludzi. Trumna była otwarta. Ceremonię prowadziły dwie osoby jednocześnie. Cała ceremonia była śpiewana. ( szkoda, że nie wiedziałam co się śpiewa, bo śpiewałabym razem; kocham śpiew cerkiewny). Msza trwała ponad godzinę ponieważ wszystko było śpiewane w języku starocerkiewnym i polskim, tylko homilia nie była przetłumaczona. To wyglądało tak jakby słowa homilii były skierowane wyłącznie do zmarłej. Po jej przeczytaniu, Kapłan złożył kartkę z tekstem homilii i włożył ją do prawej ręki zmarłej. Kapłani byli ubrani w kolory fioletowe i złote.
Starym zwyczajem na pogrzebie nie było nikogo z naszego Domu. Kto by chodził na pogrzeby jeszcze na dodatek w dni wolne od pracy. Kiedyś oferowano transport osobom które chciałyby pójść na pogrzeb ale teraz ludzie u nas umierają co kilka dni, musieliby stworzyć etat płaczki pogrzebowej. ( Kiedyś grałam w teatrze taką płaczkę egipską). Przypomniał mi się esemes sprzed pięciu laty z obiecanką, że byłe chórzystki zatańczą na moim grobie. To byłoby coś. Tyle tylko, że z tych tancerek zostały już tylko dwie pokraki, pięć już pożegnało się z tym światem, przez co świat stał się nieco lepszy.
Osoby z demencją
Na pewno szanowne decydentki swoim zwyczajem, odnotowały, że znów interesuję się osobami z demencją. Dziwne to, bo zamiast ich to cieszyć – oburza. Fakt, ostatnio złożyłam wizytę pani Teresce. Jak byłam w mieście zaczepiła mnie pewna pani i spytała o jedną z naszych mieszkanek po nazwisku. Mnie przyszło natychmiast do głowy jej imię i w pamięci zlokalizowałam osobę mówiąc tej pani, że Tereska już jest osobą leżącą. Później przypomniałam , że mówiąc o Teresce miałam na myśli zupełnie inną osobę. Postanowiłam odwiedzić tę właściwą Tereskę. To pani która w tej chwili liczy sobie 99 lat i tak jak przez całe swoje życie tak i teraz jest urocza. Pisałam kiedyś o niej artykuł na dzień kobiet, jej życiorys mną wstrząsnął. Pani Tereska w dowód sympatii sprezentowała mi cały komplet płyt zespołu Mazowsze i klasykę graną przez Orkiestrę Andre Riea. To było jeszcze jak prowadziłam radio. Byłam zaskoczona jak opiekunka Tereski przyniosła mi taki prezent od niej. Tereskę poznałam jak jeszcze przychodziłam na dzienny pobyt. Moja sąsiadka przyszła do mnie z prośbą żebym odprowadziła jej gościa do Domu Opieki w którym mieszka a ja właśnie tam chodziłam na pobyt dzienny. Tak poznałam Tereskę z którą utrzymywałam kontakt przez długie lata. Odsunęłam się od niej, tak jak i od reszty ludzi, jak zaczęłam być deptana przez dyrekcję Domu, czyli przez szanowne, mające o sobie wysokie mniemanie, decydentki. A opisuję to wszystko na wszelki wypadek jakby szanowne decydentki chciały mnie poniżyć opisując sprawę na swój plotkarski sposób.
Ludzie z demencją wyczuwają moją sympatię do nich i zawsze na mój widok okazują wielką radość. Mnie to aż dziwi, no ale skoro tak się cieszą jak mnie widzą to ja tę radość odwzajemniam. Zawsze przytulę i wycałuję: Anielcię, Zytę, Jadzię, Halinkę, Irenkę, Wandzię… i mam w nosie te nasze decydentki, które dziwią się, że darzymy się sympatią. To, że ich nikt nie darzy sympatią w naszym Domu to wiem. To okazywanie sympatii do mnie mogą potwierdzić pracownice prowadzące zajęcia z tymi ludźmi. Ilekroć przechodziłam przez atrium podczas zajęć to zawsze usłyszałam okrzyki radości na które reagowałam tak samo radośnie. Nawet będąc na spacerze w parku spotykałam się z sytuacją, że chora osoba będąca z rodziną, jak mnie zobaczyła to zostawiała rodzinę i biegła do mnie. Musiałam bliskich uspakajać, że jest wszystko w porządku, że się znamy z Domu Opieki. Na wasz widok, drogie decydentki, nikt się nie cieszy z waszych podopiecznych; a ja to nawet nie widząc was odczuwam komfort psychiczny. Moim zdaniem nie nadajecie się do opieki nad starymi i chorymi ludźmi. Niszczycie naszą psychikę, zabijacie osobowość. Takich ludzi jak my należy przed wami chronić a nie zostawiać pod opieką.
Sen i bezsenność
Wspomnienia wspomnieniami a życie się toczy. Ponieważ od dłuższego już czasu żyję wyłącznie swoim życiem, nie życiem naszego Domu, to mogę sobie spokojnie obserwować. Zauważyłam, że mimo iż przez decydentki traktowana jestem jak zło konieczne i po każdych moich uwagach jestem przez nie ” opluwana” to jednak moje uwagi są brane do ” służbowego serca”. Nie ma ciucholandu w naszym maleńkim spożywczo- drogeryjnym sklepiku, skończyło się podchodzenie do stolików na pogaduszki podczas posiłków, pielęgniarki starają się podawać leki prosto z kieliszka medycznego do buzi pacjenta. Jeszcze nie zawsze zadbają o popicie leków, ale już jest lepiej. W kontrze do klubu gou gou powstał podobno klub dla pań. Napisałam podobno, ponieważ żadnej informacji na ten temat nie ma ale słyszałam poufne zaproszenia tłumaczone na bieżąco co to takiego będzie. Czyli po staremu – zapraszanie szeptem na ucho, żeby przyszły same wybrane panie nie kto chce. To tylko mężczyźni mają przychodzić hurtem. A propos podsłuchiwania rozmów – podsłuchałam rozmowę dwóch Jasiów, jeden to ten który tak bardzo chciałby bronić swojej czci, a sam ją bezcześci. Nie sądziłam, że panowie z wyższym wykształceniem mogą tak opluwać kobiety, swoje sąsiadki. Jeden z Jasiów, opowiada co robi jego sąsiadka w nocy. Zaznaczam, ta sąsiadka to bardzo chora osoba, którą opiekuje się Zygmunt, a Jasiu z takim przejęciem relacjonuje odgłosy erotyczne dochodzące z jej pokoju i obaj panowie przeżywają temat. To wierutne kłamstwo. Krysia, bo o niej mowa, jest cichym, skromnym człowiekiem. Widocznie panom Jasiom, marzenia erotyczne przyćmiewają rozum i powodując bezsenność uruchamiają fantazje erotyczne. Wyobrażam sobie jak Jasiu chodzi nocą po korytarzu i podsłuchuje wyobrażając sobie kto z kim i w jakiej pozycji. Oj, Jasiu, Jasiu za starą masz pannę.
Temat zupełnie z innej beczki. Chodzi o ordynowanie leków przez naszego psychiatrę. Jaszcze kilka stron temu pisałam, że nigdy nie interesowałam się lekami jako takimi, tylko formą ich podawania. Aż tu przychodzi do mnie jedna z mieszkanek i prosi o rozmowę. Zaczyna słowami – wiem, że piszesz bloga, a ja chcę żebyś ten temat opisała. Wiesz, że należę do osób, które śmiało mówią o tym co je boli – mówi pani J. I wiesz dobrze, że dyrekcja nie lubi takich osób. Zaczęło się od sprawdzania co trzymam na balkonie; ( metoda znana i praktykowana tak za poprzedniej dyrektorki jak i teraz ). Wiesz, że każdy coś na balkonie trzyma, a więc to jest takie preludium do dalszego ciągu robienia świństw, czepianie się. To jest informacja – nie zadzieraj z nami bo my wiele możemy. Bardzo szybko przystąpiono do punktu ostatecznego, czyli do współpracy z psychiatrą, który ni z tego ni z owego składa mi wizytę wypytując o samopoczucie, spanie itp. Zaraz na drugi dzień dostaję dodatkowy lek; pytam pielęgniarkę co to za lek? a ona na to, że to zlecił psychiatra. Ja głupia wzięłam tę tabletkę i cały dzień spałam. Na drugi dzień sytuacja się powtarza. A więc to tak. Chcenie mnie uciszyć. Ciebie chcieli skierować do wariatkowa ponieważ lekami zarządzasz sama, a ja leki biorę z rąk pielęgniarek więc można mną manipulować. Tu każdy kto za dużo pyta to później już tylko śpi. Pani która pytała ciągle o swoje pieniądze i była wręcz energicznym przewodnikiem stada – czyli kilku ospałych pań, po incydencie w stołówce z socjalną już tylko by spała. Snuje się po korytarzu, ale to już nie ta sama osoba.
Danuśka 4
Przez 30 lat był spokój; od czasu do czasu zadzwonił i to wszystko. Po każdej rozmowie przekonywał się, że nie ma szans. Jak ktoś zrobi mi świństwo to jest skreślony na amen. Aż strzeliła mi siedemdziesiątka i zdecydowałam się na Dom Opieki. Mój odwieczny absztyfikant dowiedział się o tym i zaczęły się podchody przez osoby trzecie. Był pewien, że skoro dopuściłam się takiego kroku jak Dom Opieki, to znaczy, że jest źle i on teraz będzie moim rycerzem na białym koniu. Za każdym razem jak wyszłam z Domu na spacer zaczepiał mnie ktoś kogo znałam z widzenia ale nigdy nie rozmawiałam i zaczynał nawijać o Leszku. Rozmowa kończyła się moją obietnicą, że zadzwonię ale nigdy tej obietnicy nie dotrzymywałam. To było mówione na odczepnego. Za jakiś czas Leszek trafił do szpitala i leżał na jednej sali z panem z naszego Domu. Oczywiście po powrocie ów pan zaczął nagabywania żebym zadzwoniła albo czy już dzwoniłam. Zaczęłam to odbierać jak natręctwo – przecież jeśli nie dzwonię to znaczy, że nie chcę. Aż wreszcie, już w tym roku, zaczął namawiać mnie do spotkań z Leszkiem, pan którego siostra jest pensjonariuszką naszego Domu a z Leszkiem znają się z Klubu emerytowanych pilotów. Ten pan wziął sobie za punkt honoru, że doprowadzi do spotkania. Podpuszczał mnie z różnych stron. Tłumaczyłam, że mdli mnie wspomnienie o tym człowieku, a pan Jerzy swoje. Aż wreszcie obiecałam, że spotkam się pod warunkiem, że będzie to nasza ostatnia rozmowa na ten temat. Znów zwlekałam ponieważ czułam cholerną nie chęć do spotkania. Pan Jerzy nie ustępował; nadszedł dzień urodzin Leszka, czwórka kolegów z aeroklubu umówiła się, że zorganizują mu imprezę urodzinową na której przecież mogę być zupełnie nie zobowiązująco. Wreszcie zgodziłam się i poszłam. Droga na to spotkanie była dla mnie bardzo ciężka, czułam jakbym była ciągnięta przez bawoły i na nic byłby opór. Ale już od progu twarz mi się rozjaśniała – Leszek przywitał mnie z pięknym, ogromnym bukietem kwiatów różowo białych; przepiękna kompozycja. Na widok takiego piękna każda kobieta zmięknie, chociaż troszeczkę. Co jakiś czas był dzwonek do drzwi i wchodzili panowie z kwiatami i prezentami. Wszystkie kwiaty były dla mnie. Dwie godziny zleciały jak chwilka. Po raz pierwszy byłam uczestnikiem, a w zasadzie słuchaczem, męskich rozmów. Oczywiście dotyczących spraw podniebnych. Byłam zachwycona towarzystwem i poruszanymi tematami. Podziękowałam panu Jerzemu, że tak konsekwentnie dążył do celu. Jednak mój stosunek do Leszka nie zmienił się – nie chcę utrzymywać z nim żadnych kontaktów. Ale powrót do Domu z ogromnym naręczem kwiatów był bardzo przyjemny, poczułam jakby czas cofnął się o ponad pół wieku.
Danuśka 3
Po incydencie z nie udaną wizytą u rodziców Leszka ten człowiek przestał mnie interesować. Mam taki chirurgiczny charakter – ostre cięcie i po wszystkim. Było i nie ma. Leszek natomiast na 10 lat zamienił się w natręta. Nie mógł uwierzyć, że tak radykalnie przestał dla mnie istnieć i uparcie pojawiał się wszędzie gdzie byłam , stał się moim ochroniarzem i chłopcem na posyłki – niestety tak go zaczęłam traktować. Ponieważ ta piękna siedemnastoletnia nie zdawała sobie sprawy, że on już się nią nie interesuje musiałam otworzyć jej oczy. Mama tej pięknej, czyli moja siostra ze zdziwieniem mówiła mi – no co ty, przecież w ubiegłym miesiącu ustalaliśmy datę ślubu. Słuchaj siostrzyczko twoja córka zna go kilka miesięcy ja natomiast już 20 lat i jeszcze dziś udowodnię, że trzeba go pogonić, szkoda dzieciaka, popłacze i jej przejdzie. Im szybciej tym lepiej. Zadzwoniłam do Leszka mówiąc, że mam w domu awarię. Siostra siedziała niewidoczna w pokoju ale dobrze widziała i słyszała co się dzieje w przedpokoju. Leszek od progu pełen euforii zaczął od wyznań: jak to on mnie bardzo kocha, że wiedział, że mu wybaczę. Jolka to tylko chwilowe zaćmienie już mu przeszło. Zaczął mnie obcałowywać , a jak spytałam czy Jolka wie, że to zaćmienie już minęło? Zapewniał mnie, że spotkał się z nią tylko kilka razy. Tak więc zaprosiłam go do pokoju. Stanął jak wryty. Siostra spojrzała na mnie i powiedziała – wyrzuć go z mieszkania i z naszej rodziny. Już dawno to zrobiłam, dzisiaj to tylko na pokaz. Po tym incydencie omijał mnie przez rok i będąc w przekonaniu. że już mi przeszło zaczął swoje umizgi od początku. Jak już pisałam chodził za mną wszędzie a jak wieczorem wracałam z występów mogłam śmiało iść ulicą bo chociaż go nie widziałam to wiedziałam, że gdzieś jest. Mieszkałam już sama, córki powychodziły za mąż a on ciągle snuł się za mną. Jak grom z jasnego nieba strzelił we mnie Amor ze swojego łuku i trafił w sam środeczek serca. Ale ten natręt może popsuć mi szyki. Muszę coś zrobić żeby się pozbyć go raz na zawsze. Któregoś wieczora, wracałam z występów czując, że idzie za mną zaprosiłam go do domu, planując jego upokorzenie. Cały w skowronkach wszedł do mieszkania i od progu zaczął kwilić – to może herbatkę ci zrobię ? Zrób. To może łóżeczko pościelę? Pościel. To może przygotuję kąpiel? Przygotuj. Co jeszcze mogę dla ciecie zrobić – spytał. Wynoś się z mojego życia raz na zawsze bo zacznę upokarzać cię publicznie. Radzę nie łaź za mną tylko mnie unikaj.
CDN
Danuśka 2
Leszek leżał w szpitalu kilka miesięcy. Natychmiast po powrocie ze szpitala pierwsze kroki skierował do mnie. Najpierw jako dobry znajomy, pomalutku przeistaczał się w zalotnika. Wiedział, że jeżeli zacznie mnie podrywać to go przegonię, tak więc Leszuś delikatnie, po pańsku dążył do celu. To, że się zmienił zauważyli wszyscy którzy go znali, był poważny i delikatny. I wszyscy włącznie ze mną uwierzyli w to co widzieli. Każdy tłumaczył to tragicznymi przeżyciami. Na pewno zwoje mózgowe od przegrzania zmieniły spojrzenie na świat dawnego donżuana. No i oszukał nas wszystkich. Za mną chodził, chodził aż wychodził. Któregoś dnia byliśmy zaproszeni do jego rodziców na obiad. Rodzice nasi znali się, ale jego rodzice znali wszystkich z naszej rodziny poza mną. Ponieważ ich synuś tak bardzo spoważniał to poza nieszczęściem jakie przeżył na pewno jest jeszcze jakiś powód – kobieta. Pogodzili się z faktem, że byłam rozwódką z dwójką dzieci; jeśli ich syn tak wybrał to oni to akceptują. Ja ze swojej strony wyjaśniłam mu , że nie mam zamiaru wiązać się z kimkolwiek dopóki mam na wychowaniu córki. Każde z nas będzie mieszkało u siebie i zajmowało się swoimi sprawami a w wolnych chwilach to i owszem. Nie chciałam żeby ktokolwiek wtrącał się w wychowywanie moich córek, tym bardziej, że u nas w domu wszystko grało jak w najlepszej orkiestrze. Życie nasze toczyło się bardzo rytmicznie tak więc nie chciałam żadnych dysonansów. No ale do Leszka rodziców trzeba pójść skoro jesteśmy zaproszone. To była sobota, ja pracowałam do godziny 13 W domu było upieczone ciasto, Leszek kupił kwiaty i razem z moimi córkami przyszedł do mnie do pracy, już mieliśmy wychodzić jak wpadła do mnie moja siostrzenica jak zwykle z jakimś problemem. Nie zauważyłam, że Leszek stracił rozum na jej widok, zostawiłam go z dziećmi w holu a z Jolką weszłam do biura żeby wysłuchać o co chodzi. Po załatwieniu sprawy Jolka wyszła a za nią zupełnie bezwiednie, jak zahipnotyzowany wybiegł Leszek. Zapomniał po co do mnie przyszedł, że czekają na nas jego rodzice, wszystko było nie istotne, istotna była ta 17 letnia piękność. Ja córkom wytłumaczyłam, że ponieważ nie chciały iść w gości to ja poprosiłam Jolkę żeby zabrała Leszka ze sobą; były bardzo szczęśliwe, że wracamy do domu same. Przecież nie mogłam powiedzieć, że wrócił w swoich zwyczajach, dawny Leszek. Hipnoza trzymała Leszka pół roku i puściła. Sądził, że spokojnie wróci do mnie, przecież my jesteśmy dla siebie stworzeni. Tak sobie myślał – bęcwał. I zaczęły się z jego strony zaloty do mnie a z mojej strony musztra donżuana, która trwała 10 lat. Podpuszczałam go jak mogłam najbliżej a jak już myślał, że wszystko będzie dobrze, to dostawał po nosie, bez skrupułów. CDN…
Danuśka, czyli skąd to naręcze kwiatów.
Danuśka – tak nazywano mnie w domu rodzinnym, po za Tatusiem, który mówił do mnie – Danulka. Danuśka – mówią do mnie ludzie którzy znają mnie od dzieciństwa. Kiedyś jak ktoś zwrócił się do mnie per Danka czy Danusia, to wiadomo było, że jest to osoba obca. Formę Danulka odbierałam pieszczotliwie, natomiast Danuśka – ostro. Do czego zmierzam, a no do tego, że osoba dzięki której zostałam obsypana kwiatami mówi do mnie Danuśka, czyli, że zna mnie od dzieciństwa. To pan, który właśnie obchodził 81 urodziny. Jest ode mnie 4 i pół roku starszy i jak on wchodził w świat damsko męski to ja byłam dzieckiem. Jego pierwszą miłością była moja starsza siostra – on miał wówczas 16 lat a moja siostra 18. Wiadomo, że jak nastolatek zaczyna marzyć o dziewczynach to zawsze o starszych od siebie. Z przydziału naszej mamy stałam się ich przyzwoitką. Na czym polegały działania przyzwoitki opisałam na blogu zatytułowanym – Jestem przyzwoitką. Po wszelkich schadzkach z przyzwoitką parze zakochanych odechciewało się wszelkich spotkań. I o to chodziło naszej mamie. Leszek swoim zwyczajem odchodzi w siną dal. Tak kończył wszystkie flirty. Najczęściej zapominał nawet powiedzieć do widzenia. Leszek – dziś pan Artur – kto zna go od najmłodszych lat zwraca się do niego per Leszek, tak nazywali go rodzice i osoby bliskie, Arturem stał się po wojsku. Artur, to jego drugie imię, zaczął go używać ponieważ uważał, że wzmacnia ono jego EGO. Jako Leszek był miłym i pięknym chłopcem takim , prawdziwym Apollo, natomiast jako Artur był zadufanym w sobie egocentrykiem usiłującym ścielić sobie drogę mnóstwem pięknych kobiet. Nikt nie zaprzeczy, że był niezwykle przystojnym mężczyzną i bardzo zadbanym. Zawód który sobie wybrał musiał również podkreślać jego męskość – był strażakiem i nie tylko. W wojsku był w lotnictwie i tam zdobył licencje pilota. Jego dowódca miał piękną córkę, do której wzdychali wszyscy chłopcy. Każdy uważał jednak, że może sobie powzdychać i na tym koniec – za wysokie progi. Nie dla naszego Apolla on ruszył na podbój używając do tego całego swojego czaru i bardzo szybko zniewolił dziewczynę, która została jego żoną. Urodziła im się córka. No ale nasz Arturek ma zostać przy jednej kobiecie kiedy ich aż tyle chodzi po świecie? Nie ! W jednej chwili zniknął z zasięgu jej wzroku. Wrócił do swojego rodzinnego miasta. Przypomniał sobie, że w moim domu były cztery piękne dziewczyny, ta najmłodsza, czyli ja, też już jest dorosła; warto na początek zakręcić się koło nich, a nóż któraś da się uwieść. Nic z tego, wszystkie wyszły za mąż i poważnie traktują swoje związki. Nie to nie, Arturek ruszył na podbój na całość, rwał dziewczyny jak młode wiśnie. Zorientował się, że na Mazurach większą wartość od pilota ma żeglarz. Rachu, ciachu i ma się licencję sternika jachtów dalekomorskich. To morskich to tak na wszelki wypadek, nie wiadomo co przy której pannie będzie bardziej przydatne. Ja w tym czasie byłam gwiazdką sceny w naszym mieście. Chciał czy nie to albo mnie widział albo słyszał. Zaczął się zastanawiać czy nie popełnił błędu zostawiając mnie samopas przy dorastaniu. Nic z tego Arturku, za dobrze się znamy. W roku 1970 byłam już rozwódką z dwójką dzieci. W roku 1971 był słynny wielki pożar; wśród gaszących pożar był też Artur, był on wśród pięciu najciężej poparzonych. Stanem zdrowia tej piątki żyła cała Polska. Chłopcy z tej piątki zaczęli umierać. Ogarnął mnie strach. Napisałam list do Artura, do szpitala, list jeden, drugi. trzeci. Te listy czytała i odpisywała na nie pielęgniarka, on leżał na brzuchu bez możliwości manewru. Nie przyszło mi do głowy, że te listy stanowiły dla niego taką wartość. Trzymał je przez prawie 50 lat; pół roku temu odesłał mi je, myślałam, że szykuje się na tamten świat i dlatego zwraca mi listy, a to starocie po raz chyba setny ruszył do mnie w zaloty. Od co najmniej pięciu lat robił do mnie podchody przez osoby trzecie, aż wreszcie znalazł kogoś kto obiecał mu, że zrobi wszystko i na pewno przyjdę do niego. Bidulek sądził, że jak jestem w Domu Opieki to jestem taka biedna…
C D N
