Życzenia świąteczne

Jest niedziela, pierwszy dzień świąt, schodzimy się ze wszystkich stron na śniadanie. W windzie trafiam na Antosia – no to wszystkiego – wszystkiego. Dokąd ty jedziesz tą windą, pytam Antosia, do siebie, odpowiada. Jak to, przecież mieszkasz na dolnym pawilonie; już nie, wróciłem na stare śmieci. Czego się tak mnie uczepili żebym koniecznie mieszkał w tym pawilonie to nie wiem. Rok temu przeprowadzili mnie na drugie piętro tej części budynku; jęczałem tak długo aż wróciłem na swoje miejsce. Teraz znów przenieśli mnie na sam dół tego pawilonu, znów wyjęczałem powrót. Chcę być tu gdzie jestem, tu jest mi dobrze. Znam wszystkie opiekunki, które są zawsze na miejscu i z którymi można porozmawiać a w tym pawilonie nigdy nikogo nie było, ani opiekunów ani mieszkańców nie widziałem bo każdy zamykał się w swoim pokoju. No to wszystkiego Antoś, ja już wysiadam.

Do stołówki wchodzę z Małgosią – no to zdrowych i spokojnych, dziękuję, wzajemnie. Zobacz, ludzie już zjedli i wychodzą. Każdy sam przy stole. Nikogo z dyrekcji, nawet nie ma księdza. Nikt nam niczego nie życzy. Róbta co chceta a by był spokój. Wstyd mi za naszą dyrekcję – mówi Małgosia.

Do stołówki wchodzi Maria – pani Wiolu ( to do pracownicy kuchni ) wesołych świąt. To żeś strzeliła. Jak można mieć wesołe święta jak jest się przez dwa dni świąteczne w pracy od rana do wieczora. Ten nie udany grafik pracowników kuchni pokazał, że wśród jej pracowników nie ma przyjaźni, zrozumienia i wyrozumiałości. A i kierowniczka kuchni jest jakby obok ludzkich spraw; zamiast natychmiast wziąć się za grafik żeby każda z dwóch zmian miała jeden dzień świąteczny wolny który spędziłaby z rodziną to ona spuściła na wszystko zasłonę milczenia. A ja myślałam, że wśród pracowników kuchni jest serdeczna atmosfera a tu każdy ciągnie do siebie. Tak więc życzyłam pani Wioli żeby jakoś te święta przetrwała i szybko zapomniała o stosunkach panujących w pracy.

Wracając ze śniadania spotykam Felicje; życzę zdrówka chociaż w te świąteczne dni – mówię. Nie udawaj takiej miłej, na pewno jesteś na mnie wściekła, że nie byłam z tobą w szpitalu na zastrzyku chociaż włożyłaś w to wiele starań. A wiesz, że nie jestem wściekła. Byłam, jak czekałam na ciebie i głupio mi było przed panią doktor którą prosiłam o wspólne z tobą wejścia na badania i zabieg, ale jak usłyszałam spokój w głosie pani doktor to i ja byłam spokojna. Powiedziałam jej wprost – moja koleżanka jest alkoholiczką i wczoraj chlała cały wieczór a dziś nawaliła i nie przyjdzie. A pani doktor ze spokojem spytała – i co nie mogła wytrzeźwieć do godziny 10 ? No przecież po takim piciu jest chora – mówię. A pani doktor na to – ona jest chora. I ty tak wszystko wprost powiedziałaś ? Ja zawsze mówię wprost. A ja idę chlać. No to na zdrówko.

Drugi dzień świąt, śniadanie. Do stołówki wjeżdża Ania – wesołych świąt, wykrzykuje na całą stołówkę. Nikt się nawet nie odezwał ( poza mną ). Każdy sam przy stole i wszyscy ze spuszczonymi głowami patrzyli w talerze.

Wracam do pokoju włączam telewizor i dowiaduję się o śmierci Papieża Franciszka. Wydawało mi się, że chyba czegoś nie zrozumiałam. Zaczęłam przerzucać kanały, wszędzie o tym samym. Dopiero teraz dowiedziałam się dużo dobrego o Papieżu, zrobiło mi się głupio ponieważ ja go przestałam lubić jak zaczął rozpieszczać Putina. Rusek śmiał mu się w twarz. Na audiencję spóźnił się godzinę i cały czas nie schodził z jego twarzy lisi uśmieszek a Papież wręczył mu medal Anioł Pokoju. Wszystkie wojny jakie przetoczyły się przez Europę to była sprawka Ruskich. Władze rosyjskie nie szanują nikogo, żadnego narodu, a tu taki afront. Ja to odebrałam jak podlizywanie się do bandyty. Byłam pewna, że Papież nie zna historii Europy. Może on i był dobry i wspaniałomyślny ale tylko na kontynencie Ameryki Łacińskiej. A jak Załęskiemu sugerował wywieszenie białej flagi to już byłam pewna, że brak znajomości historii świata pozbawiła go ambicji. Z Ukrainą przez dziesiątki lat byliśmy wrogami ale Polacy znają dobrze ruskich i nigdy by nie namawiali do poddania się tym bandytom prędzej stanęli by ramią w ramię. Będąc Papieżem należy znać cały świat albo się nie wypowiadać. Tłumaczenie światu, że ten medal to tylko pamiątka na setną rocznicę zakończenia I Wojny Światowej to nie tłumaczenie, chyba że byłby dopisek – pamiętaj krwiopijco o tych których wymordowałeś.

Boże, ja przeżyłam pięcioro Papieży, byli nimi Paweł Vi, Jan Paweł I, Benedykt XVI , Jan Paweł II i Papież Franciszek. Jednak wszystkie radości i smutki przeżywałam jak dotyczyły one Jana Pawła II. Co swój to swój. On znał nas Polaków i przeżył okrucieństwo wojen i okupacji.

Zmiana tematów.

Napisał do mnie pan podpisujący się – Fotograf. Bardzo miło, że napisał i pochwalił ale ja i tak nic z tego wpisu nie zrozumiałam, nie wiem do czego on się odnosi. Napisał pan o jakimś artykule i że jest pan pozytywnie zaskoczony i będzie pan częściej odwiedzał by przejrzeć nowe posty. Kochany czytaj i pisz do mnie ale tak żebym wiedziała o co chodzi. Pozdrawiam serdecznie i czekam na komentarze.

To byłoby na tyle, a zatem NARA !!

Epizod harcerski.

W czasie rekolekcji przychodzi do nas zawsze dodatkowo jakiś nowy ksiądz. Tym razem bardzo przystojny pan w wieku około siedemdziesiątki. To co nam głosił ( bo księża zdaje się nie mówią tylko głoszą ) było średniej jakości, ale ksiądz nie zanudzał. Podczas komunii, gdy podszedł do mnie, wziął mnie za ramię i szepnął – my się znamy, druhno Danusiu. Spojrzałam na niego zdziwiona, bo nie kojarzyłam nic a nic. Dlaczego druhno, dlaczego taki młody człowiek zwraca się do mnie imiennie ? ( Dla mnie siedemdziesięciolatek to młokos ) W tym dniu zgłupiałam i nie powiedziałam nic, ale nazajutrz postanowiłam spytać skąd ksiądz mnie kojarzy. Była pani w harcerstwie – spytał. Niestety nie byłam – odpowiedziałam. No to przepraszam – powiedział, musiałem się pomylić. Opowiedziałam o tym spotkaniu córce a ona na to – mamo jak mogłaś zapomnieć, że byłaś na obozie harcerskim, że obecny ksiądz to wówczas najprzystojniejszy obozowicz. Wszystkie dziewczęta w nim się podkochiwały łącznie ze mną, chociaż miałam wówczas 13 lat, – jak wszystkie to wszystkie. Jak powiedział nam, że idzie do Seminarium ( na obozie byli świeżo upieczeni absolwenci szkół średnich ) to dziewczyny ogłosiły dzień płaczu, płakałam z nimi. To dzięki niemu wstąpiłam do harcerstwa i przez wiele lat śpiewałam w Gawędzie. Przychodziłaś po mnie na zbiórki i nie pamiętasz. No ale w harcerstwie nie byłam. Przez przypadek trafiłam razem z córkami na obóz harcerski i to wszystko. Dzieciaków z tego obozu nie pamiętam w ogóle. Pamiętam tylko, że byli bardzo mili i uczynni. Że gotowanie dla nich przeróżnych frykasów było przyjemnością. Że w środku lasu zrobili dla mnie taką kuchnię, jakiej nie można nawet wymarzyć. Ale to był mały epizod w moim życiu o którym zupełnie zapomniałam.

Pracowałam wówczas w WDK i byłam właśnie pierwszy dzień na urlopie gdy nagle wpadła do mnie moja siostrzenica ( to późniejsza mama Marcysi i Moniki ) i od progu nawoływała – ciociunia ratuj. To ratuj słyszałam od niej kilka razy w tygodniu. Zawsze jakaś opresja z której wyratować mogę tylko ja. Wiedziała, że nigdy jej nie odmówię, dlatego ja. Od rodziców słyszała zawsze – jesteś dorosła to radź sobie sama. Widocznie od niej słyszeli zbyt często, że jest już dorosła. No ale była naprawdę dorosła i już pracowała. Tak pięknie wszystko pozałatwiałam, – lamentuje, od dziś ruszył obóz harcerski i właśnie dziś usłyszałam, że kucharka nawaliła. I ja mam ci załatwić na wczoraj kucharkę, w pełni sezonu i natychmiast. Nie cioteczko, nic nie musisz załatwiać, spakuj siebie i dzieciaki i jedziemy gotować obiad, czekają. Zwariowałaś skoro myślisz, że to takie proste. Nigdy nie pracowałam w żywieniu, nie byłam nigdy na obozie, nie ma mowy, nigdzie nie jadę. Ale do lamentu siostrzenicy dołączyły moje córki 13 i 9 lat. – mamo, będzie fajnie, pojedźmy. W końcu nie miałyśmy na pierwszy miesiąc wakacji żadnych planów tak więc pojechałyśmy i było fajnie. Przecież to ja załatwiłam tę pracę dla siostrzenicy i co miał być niewypał, trzeba było ratować sytuację żeby nie usłyszeć – a myśmy tobie zaufali.

Po przyjeździe na miejsce oznajmiłam wszystkim, że moje umiejętności są równe zeru a w odpowiedzi usłyszałam – nie martw się wszyscy ci będziemy pomagali, będzie dobrze. I pomagali dosłownie wszyscy. Najbardziej pomagał mi kwatermistrz, wiedziałam, że przy nim nie zginę. Harcerze z każdym dniem wyposażali mi kuchnię w różne stoły i stołki, żeby nasza szefuńcia nie męczyła się tylko śpiewająco nam gotowała. To był bardzo nietypowy obóz, był to hotel dla harcerzy idących szlakiem Kopernika, którzy przychodzili do nas wieczorem, jedli kolację, organizowali ognisko i szli spać. Rano jedli śniadanie i w drogę. W konsekwencji ja gotowałam tylko obiady dla stałej kadry 30 osób. Pomagali mi dyżurni kuchenni. Po obiedzie słyszałam, że obiad był nadzwyczajny i w nagrodę kolacje to my zrobimy sami – harcerze. Z tym, że kolacja i śniadanie musiało być przygotowane dla setki osób. Śniadanie przygotowywali wszyscy, kto żyw, łącznie z kadrą. Ja tylko planowałam i pilnowałam żeby niczego nie zabrakło.

Kiedyś wyciągnęli mnie w nocy z namiotu razem z łóżkiem na deszcz i zaprowadzili do namiotu komendanta obozu. Tam usłyszałam, że przypadłam wszystkim do gustu i to moje gotowanie też, ale na obozie harcerskim mogą być tylko harcerze i chcieliśmy cię pasować na harcerza. Chcielibyśmy sprawdzić czy dasz radę w leśnych warunkach ze wszystkim. Drogę do komendanta przetrwałaś a teraz musisz zjeść zawartość z tej puszki. Patrzę a to świńska tuszonka, bardzo smaczna konserwa ale niestety z dodatkiem igliwia i mchu. I wyście takie coś jedli? Owszem, wszyscy – odpowiedzieli. Nie będę gorsza, jak trza to trza. Od tej pory zostałam druhną. Tyle zachodu, kochani przecież mi się kończy urlop. Jeśli chciałabyś z nami zostać jeszcze 6 tygodni to powiedz tylko słowo . Załatwimy ci oddelegowanie, w końcu twój dyrektor to nasz zasłużony harcmistrz a ty w WDKu jesteś od spraw trudnych, my właśnie mamy trudności. I załatwili wszystko i zostałam i miałam najpiękniejsze wakacje. Dwa miesiące w lesie nad jeziorem z córkami o które byłam zupełnie spokojna. Co wieczór śpiewy i gawędy przy ognisku, dookoła las i jezioro, na niebie miliony gwiazd… Boże jak przypomnę to aż łza się kręci w oku ze wzruszenia. I pomyśleć że żeby nie ksiądz rekolekcjonista zupełnie zapomniałabym o tym epizodzie

Jutro święto Boże i święto wiosny – święto wszystkich nas. Niech Ci Pan Bóg dopomoże w zdrowiu spędzić czas. Przy rodzinnym stole ukwieconym wiosną niech znajdzie się kwiatek, Twój kwiatek miłości. Nie musi być różą pierwiosnkiem niech będzie, ale z Tobą i przy Tobie, w drodze, w domu, wszędzie.

I to byłoby na tyle. NARA !!

Życie o świcie i nie tylko…

O swoim ukochanym świcie, jeśli w ogóle można użyć takiego określenia, ćwiczyłam w atrium gdy nagle wyrwał mnie z zamyślenia żurawi klangor – czy to możliwe, że to co widzę na niebie to klucz żurawi? Tak bardzo chciałoby się zobaczyć te ptaki z bliska; ale one bardzo szybko zginęły z horyzontu. Zaczęłam rozmyślać o życiu ptaków. U nas w atrium ciągle nie ma ani jednego ptaszka, to i nie mam co obserwować, a oglądanie zachowań ptaków mnie fascynuje. Bardzo wiele ptaków łączy się w pary na całe życie, wśród nich są właśnie żurawie, chociaż i bernikle również. Jak codzienność te ptaki rozdzieli z takiego czy innego powodu, to na wiosnę szukają się – lecą w to miejsce w którym się poznały po to żeby odnowić swój związek. I samiec i samica lecą w to miejsce. Jeśli się okaże, że któreś z nich jest chore to drugie nie odstąpi go już do końca życia. No i jak tu nie kochać te piękne ptaszyska. Zachowują się tak samo jak ludzie: dbają o swoje dzieci, kłócą się i kochają. Opisywałam już kiedyś jak kurki wodne pięknie pracowały całą rodziną przy budowie gniazda na wodzie, żeby mama mogła wysiadywać wygodnie nowe dzieci. Pracował przy tym tata, syn już taki wyrośnięty i mama. Z tym, że mama siedziała w powstającym gnieździe, tata dopłynął do sitowia przy brzegu, wyskubywał dzióbkiem źdźbła odpowiedniej trawy i płynął żeby podać ten budulec synowi, który był w połowie drogi. Syn dopływał do mamy która odbierała od niego to źdźbło i wplatała w gniazdo powiększając je. Całymi dniami pracowali nad swoim rodzinnym gniazdem. Opisywałam też jak tata kaczor okazał się lepszym rodzicem i uczył swoją partnerkę jak ma zajmować pisklętami ponieważ ją dzieciaki nie obchodziły. Tylko tata odpłynął ona uciekała od dzieci do koleżanek na ploteczki. Tata tak długo skubał dzióbkiem w kuperek aż wróciła do dzieci. |Ćwiczył ją kilka dni, aż zaczęła być dobrą mamą. Mieszkając przy ul. Radiowej miałam w pobliżu dwa stawki na których toczyło się bardzo ciekawe życie. W nocy natomiast, przy otwartym oknie słuchałam żabiego koncertu. A wiecie, że chór tworzą wyłącznie samce a samiczki w tym czasie tańczą. Oczywiście najpierw, na swoich plecach samiczki niosły tych swoich kawalerów, nieraz po kilkoro na raz. Nie wiem czy to samiec wybierał sobie ten pojazd czy samica zgarniała chłopaków po drodze żeby mieć ich jak najwięcej dla siebie, i życie toczyło się.

Z tej ptasiej melancholii wyrwał mnie widok balkonu Felicji – zmarznięte pelargonie. Aż nie możliwe żeby to ona wystawiła te kwiaty na balkon już w kwietniu. Przecież to pierwsza znawczyni kwiatów w naszym Domu. Będę musiała z nią o tym porozmawiać. Nie teraz bo jeszcze o tej porze smacznie śpi. Okazało się, że Felicja zastawiła swoimi kwiatami wszystkie możliwe miejsca, że ma zastawiony cały pokój łącznie z podłogą i nie było wyjścia, wyszło jak wyszło. U nas kupuje się kwiaty na wiosnę, sadzi się je a później trzeba wyrzucić bo nie ma gdzie postawić. Na parapetach okiennych na korytarzach stawiać kwiatów nie można.

Idąc na śniadanie spotkałam dwie panie które zastrzegły sobie, że będą musiały ze mną porozmawiać. Nasi mieszkańcy wiedzą, że ja nic nie mogę zrobić co najwyżej problem opiszę na blogu, a mimo to wszyscy się na to zgadzają. Obie sprawy dotyczyły organizacji pracy ludzi podległych siostrze przełożonej, czyli najsłabszemu ogniwu wśród kadry kierowniczej. Jedna z pań poskarżyła się, że ona musi się kąpać wtedy kiedy jakaś opiekunka ma czas. Że do tej czynności przychodzi za każdym razem ktoś inny i wszystko trzeba takiej osobie tłumaczyć, gdzie, co i jak i przez to ona z tej kąpieli rezygnuje bo to tylko nerwówka. Druga pani poskarżyła mi się, że panie załatwiające wizyty u lekarzy specjalistów nie mają czasu łaskawie poinformować kiedy ta wizyta będzie i czy w ogóle będzie np w tym roku. To są sprawy którymi żyjemy i które są dla nas bardzo ważne.

O życiu i jego problemach można by w nieskończoność, a tym czasem u nas po cichutku coś się skończyło, czyjeś życie się skończyło. Jeszcze wczoraj ktoś był, przecież rozmawiałam z nim, robił zakupy w naszym sklepiku, a dziś już go nie ma.

8 kwietnia zmarł Grzesiu najżyczliwszy i najbardziej pracowity mężczyzna nie tylko w naszym Domu ale chyba w ogóle jakich znałam. Potrafił zrobić wszystko. Jego nazwać złotą rączką to zbyt mało. Jeśli te ręce były złote, to złoto było najwyższej próby. Pomagał wszystkim. Był nad podziw pracowity no i nie wyobrażalnie cierpliwy wykonując jakąkolwiek pracę. Był też uzdolniony artystycznie – jakie piękne rzeczy wykonywał z zapałek to aż trudno to sobie wyobrazić. On zawsze coś robił a jak zobaczył, że komuś jakaś praca idzie niezbyt natychmiast pomagał. W porównaniu z nami wszystkimi to był młody człowiek, on był nie wiele starszy od mojej starszej córki. Był też bardzo chory, cierpiący i niestety zgodnie z tradycją naszego DPSu bardzo gnębiony przez kierownictwo. Ciekawa jestem czy po jego śmierci nasze szefowe odczuwają satysfakcję, że gnębiły tego człowieka. GRZESIU, BARDZO NAM CIEBIE BRAKUJE !

I to już wszystko – NARA !!

Komentarze o organizacji pracy.

Na ostatni wpis dostałam dwa komentarze. Oto cytat jednego z nich podpisany Dps ” Tak sobie organizowała pani pracę, że nic nie osiągnęła „. Oczywiście ten wpis dotyczy mojego chwalenia się, że mam wyjątkowe zdolności w sensownym organizowaniu pracy. Nikt, kto ze mną pracował temu nie zaprzeczy, mam w tym względzie wyjątkowe zdolności, ale mam też wyjątkowe zdolności i odwagę w wyrażaniu swojej opinii o szefach, czyli psuciu sobie drogi do kariery, która mnie nie interesowała nigdy ani w biurze ani na scenie. Powyższy komentarz świadczy o tym, że adresatka ceni sobie swój ” wysoki ” stołek , zapominając o smaku lizusostwa, bo teraz ona jest lizana. Według adresatki nikomu nie jest przydatna staranność w pracy a lepsze od dobrej organizacji pracy jest lizusostwo. Do dziś uważana jestem za osobę zorganizowaną. Jeśli coś jest nie tak jak powinno być ja to widzę natychmiast. I to mi właśnie daje dużo satysfakcji. O tym też pisałam wiele razy. Pamiętam jak po raz pierwszy, tu w dps. przyszła do mnie pokojowa żebym podpisała, że czynność sprzątania w moim pokoju została wykonana. To była jeszcze Grażynka, prawa ręka przełożonej, dawno już na emeryturze, tylko spojrzałam na rubryki w zeszycie w których miałam się podpisać od razu je zakwestionowałam. Tak prowadzony zeszyt starczał na miesiąc, natychmiast zrobiłam rubryki tak, że zamiast 12 zeszytów rocznie dla jednej pokojowej wystarczyłby jeden zeszyt , a ponieważ pokojowych jest powiedzmy 13 to dałoby oszczędność ceny 143 zeszytów stu kartkowych. Ja takie podejście do pracy mam we krwi. Niestety Grażynka nie chciała niczego zmieniać, przecież to wymyśliła przełożona i ja mam to zmienić – mówiła. Po wielu, wielu latach zlikwidowano zeszyty z rubryczkami, ale opinia o twórcy tego fenomenu z zeszytem pozostała. Kiedyś, jak jeszcze śpiewałam, byłam „i artystką” i gospodynią domową. Musiałam mieć czas na naukę tekstu piosenek, melodii i interpretacji, ale też musiałam ugotować, posprzątać i wyglądać pięknie. Nie było myślenia jak zorganizować dzień to wychodziło samo. Nie miałam zmywarki, naczynia zmywałam w zlewie, nad zlewem był kaloryfer do którego przyklejałam teksty piosenek i zanim pozmywałam i posprzątałam w kuchni to teksty były już w głowie. Brałam się za odkurzanie śpiewająco – uczyłam się melodii. Później robiłam sobie kąpiel a w wannie pracowałam nad interpretacją utworu. Jak po południu moi koledzy godzinami ćwiczyli zgranie śpiewu z zespołem muzycznym ja swoje utwory przeleciałam raz, czyli zajmowało mi to, w zależności od ilości utworów kilkanaście minut. Ćwiczyłam więc zawsze pierwsza bo nikt nie czekał długo, musiałam przecież lecieć do domu do dzieci. Jak już przestałam śpiewać a zaczęłam pracować w biurze, to byłam tak zorganizowana, że praca nie męczyła mnie nigdy tylko dawała mi dużo satysfakcji, a koleżanki, którym niejednokrotnie pomagałam w organizacji pracy przychodziły do mnie i pytały – Danka, kiedy zorganizujesz wieczorek zapoznawczy – tak nazwałyśmy nasze spotkania po pracy na które przychodziło nie raz i 30 osób. Jak się rozeszło, że to organizuje sosna to zawsze był ponad komplet bo sosna to znak jakości dobrej roboty. Szanowna komentatorko, byłam i jestem z tego dumna pomimo, że twierdzisz iż jestem nikim ja czuję się KIMŚ i moje samopoczucie jest dla mnie najważniejsze. Nikim są ludzie szkodzący innym; nie zdarzyło mi się nic podobnego jestem zbyt dumna.

Drugi komentarz to prośba o wyjaśnienie jak przełożona mogła zaszkodzić mi telefonicznie i w czym. Droga Kleopatro, albo zapomniałaś już ile to razy pisałam o obrzydliwym zachowaniu się przełożonej, czemu się nie dziwię bo mój blog ma setki stron, albo zaczęłaś czytać od końca. Jakby nie było to cieszę się, że czytasz i że napisałaś do mnie a ja spieszę z wyjaśnieniem. Pisząc, że przełożona jeśli by dzwoniła w czyjejś sprawie to tylko po to żeby zaszkodzić miałam na myśli jedną ( chociaż było ich wiele ) konkretną sprawę. Opisałam tę sprawę we wpisie zatytułowanym – To nie SKS tylko bandytyzm, wpis z dnia 18 01 2020r. oraz Bezczelność i bezmyślność z dnia 24 maja 2020r. Do dziś jak czytam te wpisy to skóra mi cierpnie, że takie kanalia chodzą po tym świecie. Przeczytaj zrozumiesz.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Lekceważony podmiot.

Poskarżyli mi się panowie, że chcieli czy nie, musieli bez uprzedzenia i jakiegokolwiek pytania, poddać się strzyżeniu, za które będą musieli zapłacić tyle samo co w zakładzie fryzjerskim. Owszem, to jest wygoda dla nas ale chyba jakaś rozmowa na ten temat powinna być. A może ja nie życzę sobie usług tego fryzjera którego wybrało szefostwo. A może ostrzyżemy się sami, tak jeden drugiego. Może będzie to byle jak ale to jest nasza sprawa. Zgadzam się z pretensjami panów, też chciałabym wiedzieć kto podejdzie do mnie z nożyczkami i co ten ktoś potrafi. Mnie np. obcina włosy moja córka, która eksperymentuje, uczy się i idzie jej coraz lepiej a ja wiem kiedy będę miała ten zabieg – wtedy kiedy ja będę chciała albo kiedy na ten zabieg się zgodzę. Nas się lekceważy na każdym kroku.

Poskarżyły mi się dwie panie na temat właśnie lekceważenia. W miniony wtorek czekały dwie godziny pod gabinetem lekarskim na przyjęcie. Było tylko kilka osób oczekujących – mówią, ale bez przerwy ktoś wchodził i wychodził a myśmy czekali . Rozumiemy, że lekarz musi załatwić mnóstwo spraw pacjentów którzy oczekują w pokojach, ale tego co się stało nie spodziewałyśmy się: ordynarnie zostałyśmy wyproszone spod drzwi przez siostrę przełożoną, która uważała, że chcąc jakieś leki nie musimy widzieć się z lekarzem. To jest dopiero służba zdrowia. Lekarz jak ma na kartce od pacjentki wypisane leki to w ogóle nie sprawdza czy może już za długo coś przyjmujemy, może by tak przepisać coś słabszego albo wręcz odwrotnie. I co, na to nie ma czasu? Na rozmowę z pacjentem lekarz MUSI MIEĆ CZAS !! Mnie bez mrugnięcia okiem lekarz wypisywał całymi latami potas, bo tak miał napisane na kartce i pacjentka, czyli ja, nie zdając sobie sprawy przedawkowała potas, a lekarz wypisywał bo według naszej służby zdrowia lekarz nie musi widzieć pacjenta.Poczytajcie sobie co znaczy przedawkowanie potasu. Na to uczulił mnie kardiolog, bo nasz lekarz nie ma czasu.

Dalszy ciąg braku czasu w naszej służbie zdrowia. Dostałam taki oto komentarz dotyczący wpisu o moim spotkaniu na oddziale okulistycznym z Felicją, cytuję – ” Przecież te dziewczyny non stop siedziałyby na telefonie. A kiedy mają zamówić dla was leki, sprawdzić faktury za leki, kiedy zamówić pieluchy i środki czystości? Dlaczego pani nie napisze jakie inne obowiązki mają dziewczyny które umawiają Was na badania. HALO ! kto tu jest oderwany od rzeczywistości „. Koniec cytatu. Cieszę się bardzo, że piszecie do mnie na dodatek podpisując się dps. Ktoś tak podpisujący się pyta mnie dlaczego nie napiszę o wielu innych obowiązkach pań o których mowa, że zawaliły sprawę. Odpowiadam – a no z tej prostej przyczyny, że nie znam zakresu obowiązków owych pań; ale jeśli ktoś podejmuje się takich obowiązków to chce czy nie musi sobie tak zorganizować pracę żeby wszystko grało na tip top. Żeby podmiot waszej pracy czyli wasz podopieczny, czuł się naprawdę zaopiekowany. Przełożona owych pań powinna poobserwować ich pracę i podpowiedzieć im co należy zmienić żeby ze wszystkim się wyrobić. Jeśli nie ma takiej możliwości bo po prostu nie wie co z tym fantem zrobić, to taka przełożona powinna szukać przyczyny w zakresie swoich obowiązków – czy to przypadkiem nie ona źle rozdzieliła te obowiązki. A my, wasi podopieczni, powinniśmy być zawsze na pierwszym miejscu. W najgorszym wypadku sprawę rozmów przez telefon można śmiało przekazać przełożonej, niech ona ” siedzi ” na telefonie, najwyżej nie pójdzie na spacer do lasu. A dzwonić lubi, chociaż nie żeby pomóc tylko żeby zaszkodzić, znam to z autopsji.

W mojej karierze zawodowej nie znałam słów – nie wyrabiam się z jakąś robotą. Wszystko grało i wszyscy byli zadowoleni z mojej pracy, Z mojego podejścia do przełożonych to już mniej, ponieważ tyle co od siebie to tyle samo wymagałam od przełożonych. Dlatego pomimo, że piszę o karierze to jej nigdy nie zrobiłam; ale też jeśli stanęłam komuś na odcisk to tylko przełożonym.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Domicella

tak ma na imię moja sąsiadka i osoba, która uczestniczyła w czwartkowym śpiewaniu i śmiało wyraziła swoje zdanie na temat tego spotkania. Przyznacie, że piękne i bardzo rzadko spotykane imię. Nie podobała jej się muzyka, która zagłusza śpiewanie. Czyli, że puszczam muzykę za głośno – pytam. W ogóle ta muzyka jest nie potrzebna -odpowiedziała, Nie zgadzam się z tobą, piosenka bez muzyki rozsypałaby się, Ludzie mają różną wrażliwość muzyczną, w różnym stopniu utratę słuchu i często gubią rytm. Muzyka trzyma ich w karbach. Piosenkę którą śpiewaliśmy przez rok na cotygodniowych spotkaniach, to śpiewają ładnie i równo, ale w innych gubią się. To jest twoje zdanie – odpowiedziała. Chociaż jedna osoba powiedziała mi co myśli o moim wtrącaniu się w śpiewanie. Jak do tej pory były tylko ochy i achy i w ten sposób wypacza się spojrzenie na swoją pracę. Na następnym spotkaniu, spróbujemy śpiewać bez muzyki i zobaczymy jak to wyjdzie. Kto ma rację. To, że gram za głośno, to się zgadzam, ale że w ogóle bez muzyki ?

To byłoby tyle po spotkaniu z Domicellą a teraz słów kilka o spotkaniu z Felicją. Będą to przykre słowa na temat organizacji pracy naszej służby zdrowia pod kierownictwem naszej emerytki, która pracować nie lubi ale i nie chce dać nam spokoju swoim przeszkadzaniem w pracy. Jak zwykle co kilka tygodni przyjmuję zastrzyk w oko i w tym celu udaję się do szpitala. Sama sobie wybrałam ten a nie inny szpital ponieważ to kilka minut jazdy samochodem – bliziutko. Zanim wyjadę do szpitala to wszystko mam bardzo dokładnie poustalane: wyjazd, przyjazd, opieka. Jakież było moje zdziwienie jak czekając na drugie badanie ( jest ich cztery przed zastrzykiem ) zobaczyłam w poczekalni Felicję. Ona również zdziwiła się widząc mnie. Moje pierwsze pytanie to dlaczego nie przyjechałyśmy razem? No bo ja mam dopiero na godzinę 10. Przecież można było do szpitala zadzwonić i dopasować dla nas godziny. Oczywiście powinny były to zrobić nasze asystentki które urzędują przy lekarzu i ustalają dla nas wyjazdy. Każda z nas odpowiednio wcześnie ustalała czas wyjazdu a owe panie asystentki otwierając stronę w zeszycie z rozpiską wyjazdów na dzień 21 marca od razu powinny były zauważyć, że będą niepotrzebne dwa wyjazdy zamiast jednego. A jak masz ustalony powrót – pytam. Wrócę sama pieszo ponieważ samochód będzie mógł po mnie przyjechać dopiero około godz, 15. Niewyobrażalna wtopa pań asystentek. Nie martw się Fela, wszystko załatwię i razem wrócimy samochodem do Domu. Po prostu poprosiłam panią doktor żebyśmy mogły obie zostać zaszczepione w tym samym czasie. I od tej pory na każde badanie wchodziłyśmy jedna po drugiej. Czekamy już przed salą operacyjną a Fela pyta – to gdzie jest ta twoja opiekunka, dlaczego nie jest cały czas przy tobie ? Bo cały czas to ona nie jest potrzebna przecież to kilka godzin, ale zanim wejdziemy do przebieralni przed zastrzykiem to opiekunka będzie na pewno. Za chwilę odwracam się i widzę – jest opiekunka. Do przebieralni wezwano nas razem. Wróciłyśmy obie pod opieką i samochodem. Załatwiłam również, że następny zastrzyk będziemy miały obie w tym samym czasie, tak więc pojedziemy i wrócimy pod opieką i samochodem. Czy myślenie zostawiły panie asystentki staruszkom którymi muszą się opiekować, same już nie potrafią, czy mają zakaz w myśleniu logicznym. Myślenie logiczne to była moja życiowa domena jak też szerokie spojrzenie na całość spraw i to wykorzystywałam w każdej pracy. Niestety nie widzę tego już, wszędzie jest wąska specjalizacja. czyli praca z klapkami na oczach.

I to już wszystko – NARA !!

Leki z naszej apteki.

Wracam do sprawy wyboru dla nas aptek. Okazuje się, że co roku organizowany jest przetarg na najlepszą dla nas aptekę. Dziwne to jest, że każdy przetarg wygrywa coraz gorsza apteka ale ja nie będę w to wnikać. Nie stawię czoła machinie biurokratycznej jako samotna starowinka z domu opieki. Jeśli jest przetarg to też interesują się nim zwierzchnicy naszych decydentek a ci przecież mają prawników z którymi nie wygram. Ustaliłam z córką, że to ona będzie mi wykupywała leki z aptek w mieście, nie chcę już walczyć z wiatrakami. Żeby się znalazła chociaż jedna osoba którą też bolałoby takie stanowisko naszych szefów to może ? U nas ludzie połykają leki garściami i nawet nie wiedzą co. Im się nawet nie chce tym zainteresować. Nie znają nawet nazw swoich leków. Skarżą się tylko, że jak dostałam taką różową tabletkę to bardzo źle się czułam, ale co to była za tabletka to i tak nie wie jedna z drugą. Kiedyś na logopedii Ela z wielkim żalem prosiła Natalkę – terapeutkę, żeby coś zrobiła żeby nie podawano jej jakiejś tabletki po której ona bardzo źle się czuje. Opisałam to bardzo dokładnie we wpisie – Logopedia. Żadna opiekunka ani pielęgniarka nie chciała słuchać żalów Eli, a później okazało się, że to zamiennik leku powodował bardzo złe samopoczucie, ale kogo to obchodzi. Według naszej służby zdrowia każdy zamiennik to prawie to samo co oryginał. Ja na przykład nie toleruję żadnych zamienników ponieważ to prawie to samo ale mają bardzo dużo skutków ubocznych które nas starych wykańczają. Ostatnie dwie zrealizowane recepty to wyrzucone pieniądze w błoto, bo i leki powyrzucałam. Nie stać mnie na tyki zbytek. Tylko, że nam starym już się nie chce walczyć o swoje. Tak więc ustępuję – róbta co chceta a ja będę robiła swoje i tylko w swoim imieniu.

Druga sprawa również medyczna, to echa reprymendy mojej doktor kardiolog. Przekazałam naszemu doktorowi co według pani kardiolog powinien zrobić w stosunku do swojej pacjentki, czyli do mnie. Pan doktor poważnie potraktował te zalecenia i okazało się, że byłam wręcz faszerowana potasem. Przyjmowałam najpierw aż po 1000 jednostek potasu, sama zmniejszyłam do 300, szukając przyczyn złego samopoczucia a po badaniach krwi okazało się, że i te 300 jednostek to dużo za dużo dla mnie. Pytam lekarza – co z potasem? No trochę za dużo ma go pani, po co pani go przyjmuje? Odwrócę pytanie – po co pan mi go wypisuje? W każdym razie mało tego, że nie przyjmuję potasu jako leku to jeszcze nawet wyeliminowałam go z diety. Jak przeczytałam co w organizmie może spowodować nadmiar potasu to szok. No ale niestety żeby nie reprymenda mojej kardiolog to sukcesywnie niszczyłabym siebie. Po miesiącu zrobię znów badanie krwi na zawartość potasu i pomyślę co dalej. Pomyślę sama o sobie bo niestety nikogo starucha już nie obchodzi, ale starucha jeszcze myśli.

W czwartek 20 III będziemy śpiewać o wiośnie; spotkania z piosenką w tle są bardzo wesołe. Już przygotowałam śpiewniki a muzyką tym razem zajmie się Natalka.

I to wszystko – NARA !!

Zwiastuny wiosny

Jeszcze w ubiegłym roku widziałam znacznie więcej zwiastunów wiosennych, w tym roku niestety pozostało mi tylko, a może aż, oglądanie rozkrzyczanych, lecących w kluczu dzikich gęsi. W naszym atrium, w tym roku, nie ma w ogóle żadnych ptaków. Ponieważ nie wychodzę nigdzie to i nie widzę pąków na drzewach, ani jak w poprzednich latach ogromnych dywanów kwiatowych w postaci białych i żółtych zawilców. Nie ma też budzących się owadów ale za to codziennie oglądam klucze dzikich gęsi, jednym ze zwiastunów wiosny , przelatujących nad naszym krajem. Widzę te klucze codziennie o świcie, jak dopiero się formują, jak słabsze osobniki są znacznie w tyle a te ciągnące klucz w ogóle nie zwracają uwagi na słabeuszy. Czoło klucza jest równiutkie, dalsze części ptaków dopiero formują ciągłość klucza , ale czy te co odstają od szeregu dogonią resztę? Polska jest tylko krajem tranzytowym przelatujących ptaków, widać jednak po kluczu, który dopiero się formuje, że właśnie u nas mają swoje noclegowiska w których zbierają się nawet po kilka tysięcy osobników. O świcie rozdzielają się na grupy po kilkanaście, a czasem i kilkadziesiąt osobników i rozlatują się na okoliczne pola i łąki, najchętniej na ścierniska kukurydzy i rzepaku. Wieczorem wracają na swoje noclegowiska. Zawsze ten przelot jest w pięknym kluczu. Żeby zima była u nas taka jak powinna być to ten przelot świadczyłby o zbliżającej się wiośnie. Niestety w tym roku zimy prawdziwej nie było, tak więc trudno stwierdzić, czy ptaki tylko przelatują czy nie polecą już dalej i osiądą u nas aż do zimy. Jeśli gęsi przelatując przez Polskę lecą na wschód to informują nas, że wiosna jest tuż, tuż; jeśli natomiast na zachód to znak, że zima już tylko patrzeć. Gęsi nie zimują daleko od Polski, już dawno wybrały na swoje stałe miejsce pobytu zimą: Danię, Holandię czy Niemcy.

A po za tym co piękne jak te klucze ptasie dające radość, to już było, a jest coś co doprowadza mnie do szału – to ciągła zmiana aptek i ciągłe tłumaczenie, że pacjentowi należy podawać leki te które on zamówił a nie takie które podobają się farmaceutce z tej apteki. Ten temat doprowadza mnie do szału ponieważ to jest temat stały. Zmiana aptek i to wcale nie na lepsze, to zajęcie stałe naszych decydentek. Jeszcze nie tak dawno bo we wpisie z dnia 13 września chwaliłam dyrekcję za wreszcie właściwy wybór apteki; ale umowa się skończyła i dyrekcja musiała pomyśleć o zyskach dla siebie. Dopiero tutaj w dps zmuszona zostałam ze względu na stan zdrowia przyjmować leki na stałe. Ponieważ wszystkie skutki uboczne jakie mają leki ja odczuwam natychmiast to bardzo pieczołowicie te leki dobieram i to dlatego szlak mnie trafia jak ja zamawiam jedno a dostaję drugie. Ponieważ ta ciągła zmiana aptek świadczy o tym, że panie decydentki czerpią z tego korzyści postanowiłam tym tematem zająć się poważnie. Po raz pierwszy temat poruszyłam siedem lat temu, ale widać zajęłam się tym nie udolnie ponieważ odpowiadając mi na piśmie panie decydentki zrobiły tylko ze mnie durnia. Więcej sobie na to nie pozwolę. Strażnikiem grosza publicznego jest N I K , a stojąca na straży praworządności jest prokuratura – do kogo się udać? . A może Prokuratura zajmie się tym procederem; nie wiem czy takie działanie jest przestępstwem ale wykroczeniem jest na pewno. Już w lutym 2018 roku zajmowałam się fundowaniem nam, swoim podopiecznym, najdroższych leków i zachęcanie do ich kupowania przez panią dyrektor na zebraniu mieszkańców. Wówczas 70% mieszkańców kupowała samodzielnie leki w aptekach w mieście, teraz zaledwie 5% podopiecznych wychodzi do miasta, a reszta jest podporządkowana kierownictwu Domu a oni robią z nami co chcą. Przy okazji szukania wpisów o zmianach aptek przejrzałam swoje wpisy na blogu i przypomniałam dzięki tym wpisom jaki prymitywizm cechuje dyrekcję Domu w postępowaniu z nami. Przejrzałam wpisy z lutego, marca, kwietnia i maja 2018 – postępowanie decydentek przeraża. Muszę na ten temat uczulić też naszego Prezydenta. Nie może tak być, że my mówimy, prosimy, żądamy a panie decydentki ( bo to w żadnym razie nie są nasi opiekunowie ) i tak robią swoje. Już dawno chciałam wybrać się do Prezydenta ale pomyślałam niech okrzepnie na nowym stanowisku, widzę jednak, że dłużej czekać nie można. Bo jeśli nie Prezydent to już tylko TVN, – choć nie chcę ale muszę.

Po za tym – u nas w DPSie, już w piątek był obchodzony Dzień Kobiet. Oficjalną uroczystość jak zwykle przespałam. ( Istny dramat u mnie z tym spaniem ). Ale na szczęście nie przespałam jak nasi panowie – pracownicy, z wielką pompą składali życzenia kobietom obdarowując nas słodyczami i buziakami. Podobno tak robią co roku, cała pracująca część panów przychodzi do DPSu na umówioną godzinę, bez względu na to czy mają wolny dzień od pracy czy nie i piękni, młodzi i pachnący tulą do swoich piersi staruszki i młódki.

I to wszystko NARA !!

Rozżalenie pani M.

Poskarżyła mi się jedna z wieloletnich naszych mieszkanek na mściwość naszych pań decydentek. Pani o której mowa mieszka w naszym Domu już około 10 lat i przez wszystkie lata należała do osób wybranych przez kierownictwo DPSu a przez nas mieszkańców uważana była za lizusa dzięki czemu była hołubiona przez wszystkich pracowników od wierchuszki poczynając. Ze wszystkiego co tylko możliwe korzystała, brała udział we wszystkich zajęciach i jak potrzebny był do czegoś reprezentant to musiała to być owa pani. Wszędzie i zawsze miała dla siebie przeznaczone miejsce i czuła się wybranką losu. Aż tu nagle pani M zabrakło miejsca w samochodzie którym jechaliśmy do miasta. Tego się pani M nie spodziewała, zaczęła rozrabiać, wykrzykiwała na korytarzu a nawet podobno i w gabinetach, zarzucając dyrekcji brak pomyślunku w zarządzaniu. Nawet jak o tym opowiadała to była wręcz zacietrzewiona. Ponieważ żeby cokolwiek wytłumaczyć owej pani trzeba by ją przekrzyczeć a to było wręcz nie możliwe, panie decydentki postanowiły utrzeć jej nosa po swojemu . Pani M. mówi mi – Danusiu, do tej pory zbierałam same pochwały za to, że pomagam ludziom a dzisiaj otrzymałam nawet za to reprymendę. Jedna z pań kierowniczek powiedziała mi żebym nie wyręczała opiekunów w ich czynnościach. Uważam, że miała rację – mówię, przecież ty wioząc swojemu sąsiadowi gorącą kawą w kubku to możesz sobie zrobić krzywdę – w jednej ręce trzymasz kubek z kawą a drugą ręką kręcisz kołem wózka którym jedziesz. To jest bardzo niebezpieczne. – Ona – Sąsiad w swoim pokoju nie ma możliwości cokolwiek sobie zrobić, nie ma czajnika. Jest niewidomy. Ja mam wszystko co trzeba więc mu pomagam. Ale to nie wszystko, wyobraź sobie, że na drugi dzień złożyły mi wizytę dwie najważniejsze osoby, w życiu nie spodziewałam się, że to będzie wizyta z ostrą reprymendą w tle. Nagle te panie które były w moim pokoju wiele razy, dostrzegły, że mój pokój jest zagracony, stół zastawiony nie wiadomo czym, po kątach poupychane różne rzeczy – proszę to wszystko powyrzucać, krzyknęły. Mój pokój tak samo wyglądał i rok temu i pięć lat temu, a te panie gościłam u siebie wielokrotnie i nigdy nie musiałam niczego wyrzucać. To jest zemsta za moją ostatnią wizytę u pani dyrektor. Odczekałam aż krzyk pani M. przeszedł w ton łagodniejszy i zabrałam głos – podejrzewam, że ktoś musiał pójść na skargę na ciebie, że na wszystkich wyjazdach i w ogóle wszędzie na pierwszym miejscu zawsze jesteś ty. To, że twój pokój jest niemiłosiernie zagracony to musisz przyznać i to, że przeróżne wiktuały które powinny być w lodówce lub w jakiejś szafce zajmują całą powierzchnię stołu to również musisz przyznać. No i wreszcie to, że ktoś ci to musiał powiedzieć, to również musisz przyznać. Ludzie na ogół krzyczą wówczas jak nie mają argumentów żeby obalić tezę przeciwnika, no a ty wyraźnie nie masz nic na swoje usprawiedliwienie. Wszystkie zarzuty były słuszne, tyle tylko, że lizusce nie chciały niczego mówić a komuś kto ośmielił się podnieść głos na władzę to śmiało można było pokazać gdzie jest jego miejsce, ty dziękuj Bogu, że cię nie zaczęły przenosić z pokoju do pokoju, w ten sposób najbardziej lubią ucierać nosa swoim zbyt śmiałym podopiecznym.

No i mamy końcówkę zimy. W telewizji usłyszałam jak pani redaktor w wiadomościach ostrzegała, że to już ostatnia szansa na zabawy na lodzie. Przypomniały mi się moje dzieciaki z ulicy Radiowej, te dzieciaki dzisiaj mają po 40 lat, a wówczas ja miałam nie wiele więcej. Te dzieciaki znały mnie dobrze, ja ich również. Wiedziały, że mam taki zwyczaj jak widzę grupkę dzieci i te dzieci mówią mi dzień dobry, to ja każdemu z nich to dzień dobry odpowiem. Na naszej ulicy był dość duży staw który oczywiście zimą był zamarznięty. Kiedyś wszystkich chłopców ” zagoniłam ” do odgarnięcia śniegu i przygotowania dla siebie lodowiska. Którejś niedzieli idę z miasta do domu i widzę jak cała zgraja moich dzieciaków pięknym, dużym kołem jeździ po lodowisku, aż przystanęłam w zachwycie, a te urwipołcie kołowały po lodowisku i każdy z nich mówił mi dzień dobry. Odpowiedziałam na to dzień dobry ze sto razy, licząc na to, że przecież skończą tę zabawę dowcipnisie . Na każdego wypadła moja odpowiedź ze trzy razy. Dopiero jak pogroziłam im palcem to wszyscy podjechali do mnie i chórem przeprosili. Mogli się ze mną droczyć i tak ich wszystkich kochałam. Mnóstwo rzeczy robiliśmy razem i pomagaliśmy sobie na wzajem. To był mój najpiękniejszy okres życia. O swoich kochanych dzieciakach napisałam we wpisie – Dzieciaki z ul. Radiowej.

We wtorek byłam u kardiologa. Moja pani kardiolog zawsze bardzo miła tym razem nie była w humorze. Obsztorcowała mnie, lekarza który skierował mnie do niej i dyrekcję naszego DPS za brak opiekunki. Przyjechała pani do mnie sama ? Kierowca mnie przywiózł – odpowiedziałam. A gdzie opiekunka ? Jest pani starą, chorą kobietą. Mieszka pani w Domu Opieki i nikt się panią nie opiekuje? To my mamy pomagać pani w rozebraniu się, ubraniu się, w położeniu na kozetce i wstaniu z niej ? My nie jesteśmy od tego, od tego powinna być opiekunka która wszystko o pani wie, odpowie na każde pytanie i zapamięta moje zalecenia. Na drugi raz jak będzie pani bez opiekunki nie przyjmę. A lekarz pierwszego kontaktu u was jest ? Czy to nowicjusz, on nie wie, że po za skierowaniem i wynikiem EKG muszę mieć wyniki badań krwi w zakresie stężenia potasu, lipidów i cholesterolu. Muszę też mieć informację ile i jakie leki zaordynował lekarz. Przychodzi do mnie samotna staruszka z Domu Opieki z migotaniem przedsionków a w DPSie nikogo to nie obchodzi. Jak tylko chciałam coś powiedzieć to pani doktor natychmiast wychodziła do drugiego pokoju. Ona powiedziała jak ma być i zamknęła temat. Najgorsze jest to, że w stu procentach ma rację. Nasze opiekunki o nas nie wiele wiedzą, za dużo nas mają pod opieką, i są przerzucane co jakiś czas na inne odcinki. Przed wyjazdem moja opiekunka pytała mnie czy potrzebuję opieki na drogę, powiedziałam, że nie. Dobrze wiem, że są zalatane nie chciałam jeszcze i ja dokładać pracy. Po obsztorcowaniu mnie przez panią doktor wiem, że zrobiłam błąd. Już wiem, że opiekun potrzebny jest zawsze. Siostra przełożona uważa, że mądrze zarządza pracą opiekunek, niestety nie. W ogóle nie umie zarządzać pracą innych, umie tylko mądrzyć się bez powodu. Przerzuca opiekunki z odcinka na odcinek a one nie są w stanie poznać wszystkie dolegliwości swoich podopiecznych. Teraz wiem, że powinny. Myślałam, że jestem samodzielna, niestety nie. Kozetka w gabinecie była taka niziutka, że mowy nie było żebym mogła wstać sama. Ja nie mogłam szybko i sprawnie rozebrać się do badań bo właśnie moja przyszyta ręka odmówiła mi posłuszeństwa. I masz babo placek, stajesz się bezużytecznym kołkiem, a wydaje ci się, że jesteś taka hop do przodu. W zasadzie to nie mnie tak się wydaje tylko wszystkim dookoła. Ja zdaję sobie sprawę, że prawie wszystko już mi wysiadło, że muszę się poruszać bardzo wolno żeby się nie przewrócić. Że muszę się kurczowo trzymać chodzika bo nic nie wiadomo kiedy i w którą stronę mnie zarzuci ale chodzę z tym chodzikiem chyba bardzo dziwnie ponieważ słyszę dookoła – on ci w ogóle nie jest potrzebny, ty tak ładnie chodzisz. A innym razem jedna z opiekunek aż krzyknęła – o jej pani Danusiu co się pani stało, pani ledwie idzie. Taka z ciebie opiekunka skoro nie wiesz, że tak właśnie już chodzę jeśli jestem bez chodzika. A z chodzikiem pani pełną gębą.

I to wszystko – NARA !!

.

Miłość, obyczaje i moda.

W niedzielę, w kościele obok mnie siedziała pani która jak wszyscy już wiedzą straciła głowę dla naszego Zygmunta. On dla niej też ale chyba w mniejszym stopniu. Cały czas niecierpliwie rozglądała się szukając swojego ” chlopaka ” tak na Zygmunta mówi owa pani. Już parę lat minęło od rozpaczy Zygmunta po wyjeździe Anetki z naszego DPSu – cóż to była za miłość. Pisałam o niej na blogu i odpisywałam na listy kochanków. To była para która nie mogła się rozstać ani na chwilę, I znów Zygmuntem rządzi miłość. Bardzo się cieszę. Pani X nie mogła opanować swojego szczęścia na widok Zygmunta który właśnie wszedł spóźniony do kościoła. Na jego widok aż krzyknęła, ścisnęła moją rękę a cała aż kipiała nieokiełznaną radością. Nie zważała na nic tylko przeszła paradnie przez cały Kościół żeby usiąść przy ukochanym.Są ludzie którzy w ogóle nie poznali płomiennej miłości w swoim życiu. Zygmunt to jednak ma szczęście. To taka rekompensata za niedogodności fizyczne organizmu Zygmunta. To człowiek który ma tak samo wiele wad takich fizycznych jak i wiele zalet. Jest człowiekiem ułomnym, ma nieskoordynowane ruchy kończyn górnych i dolnych, źle słyszy i bardzo niewyraźnie mówi. Ciągle przypomina wszystkim, że jest kawalerem pomimo swoich już prawie 70 lat. Ma też mnóstwo zalet : jest bardzo troskliwy, opiekuńczy. uczynny dla każdego. On już z daleka widzi, że komuś trzeba pomóc, a to przecież on wymaga pomocy. Jego 70 letnia dziewczyna jest sprawna fizycznie ale bardzo źle słyszy i mówi. Jednak dla zakochanych nie potrzebne są wyrażenia słowne, pięknie dogadują się bez słów. Życzę im z całego serca oby ta miłość trwała wiecznie i dawała im wiele radości i żadnych smutków.

W XIX wieku, to przecież całkiem nie dawno, takie zachowanie się dziewczyny zobowiązywałoby ją do zamążpójścia; jeśli absztyfikant za którym tak ganiała nie chciałby jej to rodzice wydaliby ją za byle kogo aby zamazać wspomnienia o niewłaściwym zachowaniu się. Taka dziewczyna, jeśli zostałaby panną to z ogromnym piętnem do końca życia. Jeśli para – chłopiec i dziewczyna – byliby dłużej sami bez przyzwoitki to to również zobowiązywało do zawarcia związku małżeńskiego bo w przeciwnym wypadku skutki byłyby takie same, czyli mężczyzna okrzyczany byłby człowiekiem bez honoru a kobieta żyłaby z piętnem ladacznicy. Okropne były te zwyczaje ale honor coś znaczył.Było też tak, że para zakochanych wykorzystywała te bezsensowne zwyczaje, zwłaszcza jak rodzice nie wyrażali zgodę na małżeństwo. Np. młodzi ludzie wychodzili na spacer z przyzwoitką i za przyzwoleniem rodziców a nagle przyzwoitka oddaliła się i już do nich nie wróciła i klamka zapadła, wieść się rozniosła, że młodzi byli sami i nie wiadomo co się wówczas działo a zatem ślub był konieczny żeby ludzie nie mówili źle. Może i my namówimy Zygmunta żeby poprosił o rękę panią X, przestałby powtarzać wszem i wobec, z ogromnym smutkiem, że jest kawalerem. Myślę, że nasza dyrekcja nie rozdzielałaby kochanków tylko wyprawiłaby huczne weselisko. Chociaż raz panie decydentki pokazałaby ludzką stronę swojego charakteru.

Takie to były zwyczaje jeszcze w XIX wieku; a teraz o modzie z miłością w tle. Z tym, że sięgamy pamięcią aż do XV wieku. W telewizji pokazano obraz Leonarda da Vinci – Mona Lisy albo jak kto woli Giocondy. Mona lisa to w języku włoskim moja pani. Tak zechciał zatytułować portret swojej damy serca florencki kupiec bławatnik Francesco Gioconda. a zatem to chyba jest portret żony owego bławatnika. Bławatnikami nazywano kupców handlujących materiałami na ubrania. Jeszcze moja mama używała takiej nazwy sklepu z materiałami na odzież. I stała się dziwna rzecz z tym obrazem, Leonardo da Vinci nie oddał tego obrazu ani zamawiającemu ani spadkobiercom, pomimo, że praca została opłacona. Podejrzewa się, że artysta zakochał się w swoim dziele. Przyglądałam się Mona Lisie i nie zauważyłam w niej nic nadzwyczajnego, dziewczyna jak dziewczyna. Wyglądająca jakby dopiero wyszła z kąpieli, bez makijażu. Jak się okazało to wygląd jej świadczył o tym, że miała najmodniejszy ” makijaż ” . W okresie włoskiego renesansu a zwłaszcza w latach 1503 – 1507 modna była depilacja twarzy. Usuwano wszystkie włoski z brwi i rzęs. Ale dotyczyło to tylko kobiet, panowie to nawet pudrowali sobie twarz i noszone peruki. Dziwaczne mody przychodziły i znikały a kobiety zawsze poddawały się modom, jedne całkowicie inne tylko częściowo i po dłuższym okresie czasu nie natychmiast ,ale jednak.

A u nas – w czwartek mieliśmy namiastkę karnawału. O godzinie 10 w stołówce był występ takiego dziwnego tercetu: pan grający na gitarze i śpiewający ballady Bułąta Okudżawy, poetka która wyrecytowała jeden swój wiersz i pani która całość ogarniała. Wybrałam się wcześniej na ten występ ponieważ siedząc w pokoju zechciało mi się spać a na występie było tak ciekawie, że omal nie usnęłam. Pan śpiewający, owszem miał ładny głos ale kiepską dykcję. Śpiewał nieznane ballady po za jedną – Dopóki ziemia kręci się. Ponieważ przyszliśmy żeby posłuchać pięknych i znanych nam ballad a ich nie było to też nie było radości z występu. Odbiliśmy sobie o godzinie 14 na ” czwartkowej herbatce „. Wznowione zostało ogólne śpiewanie, które zostało przerwane chyba na pół roku, ze względu na brakujące we mnie siły. Tym razem sił starczyło. Czułam się otoczona opieką przez Natalkę i Dorotkę. Obie panie pomogły dla mnie i opiekowały się gośćmi. To były tańce, hulanki, swawole, w których prim wiódł Achmet, obtańcowując wszystkie co ładniejsze dziewczyny. Tak powinien wyglądać karnawał a przynajmniej jego ostatki.

I to już wszystko co mam do powiedzenia NARA !!