Cz. IV str. 8

Już maj, jak zwykle prowadzę majowe. O dziwo w tym roku to  terapeutka Kasia po prostu spytała – czy poprowadzę majowe ? Powiedziałam, że tak i sprawa załatwiona. Niby takie proste a jednak w poprzednich latach zadanie takiego pytania było wprost  nie możliwe. Któregoś dnia siedzieliśmy w kaplicy czekając aż przyjdzie pora rozpoczęcia naszych śpiewów a tu patrzymy  przychodzi  do nas pani dyrektor. Spojrzała na nas i zaczęła z wielkim sentymentem wspominać swoje majowe. Jedna z mieszkanek nie dała jej zbyt długo się rozczulać i zagaiła bardzo poważny temat dotyczący swojej sprawy. Pani dyrektor bez słowa wstała i wyszła. No i się zaczęło – ona tak zawsze, ją w ogóle nie interesują nasze sprawy… zaczął się szum. Do rozmowy dołączała się każda z osób obecnych.  Ja żeby to przerwać, bo to ni miejsce ni pora, zaczęłam śpiewać – Chwalcie łąki. Po odśpiewaniu całej majowej ludzie zamiast wychodzić zaczynają swoje żale od początku. Mówię im – idźcie z tym do pani dyrektor z normalną skargą a nie tutaj żalicie się na wszystko. Myśli pani, że nie byliśmy. Ona nie słucha i nikt w tym domu nie ma dla nas czasu. Przychodzi do mnie pielęgniarka z lekami, mówi pani Hania, ja chcę zadać pytanie dotyczące leków, czyli z jej zakresu obowiązków, a ona odwraca się na pięcie i mówi mi, że nie ma czasu. Gdzie iść na skargę, do kogo ? Oni wszyscy są tacy sami, mają nas gdzieś.  Poprosiłam żeby wyszli z kaplicy bo muszę ją zamknąć i zwrócić klucze. Pod kaplicą wszystko zaczyna się od początku. Zostawiłam rozżalonych ludzi i poszłam. Najpierw chciałam się tym zająć ale później pomyślałam – dlaczego znów ja. Przecież tu mieszka 148 osób. Wszyscy wiedzą, że pani dyrektor lubi rozmawiać tylko ” o dupie Maryni” o kwiatkach, szmatkach i duperelkach nigdy o poważnych sprawach. Ona potrafi powiedzieć wręcz  jak się do niej podchodzi żeby o czymś pogadać – błagam, tylko nie o poważnych sprawach. Myślę też, że dlatego nigdy mnie o nic nie proszą bo przy mnie wszystkim rozwiązują się języki i zaczynają wylewać żale. Gdzie by mnie nie spotkali, zawsze tak jest.

Cz. IV str. 7

Wielkanoc tego roku, czyli 2017,  chociaż była dopiero 16 i 17 kwietnia to była zimna. W nocy było u nas -5. W dzień brzydko i wietrznie.  Ale mnie w to święto spadł wielki kamień z serca.         Odkąd  mieszkam w domu opieki, czyli od 7 lat, nie widziałam młodszej córki i jej rodziny.  Jeszcze dłużej nie widziałam  jej synowej  a jej wnuka nie widziałam w ogóle, a przecież jej wnuk to mój prawnuk, który ma już 8 lat. Fakt mój wnuk z rodziną mieszka aż w Bielsku Białej to go trochę usprawiedliwia. I pomyśleć, że tak jak tu w domu opieki miałam piekło przez moje byle jakie, maleńkie mieszkanko to w rodzinie również było ono powodem rozłamu.  Dla mnie jest to nie zrozumiałe ale moja młodsza myśli inaczej. Starsza córka  kupiła to mieszkanie i cały czas pomaga mi we wszystkim ale młodszej nie wytłumaczysz. Nie wytłumaczysz nawet tego, że już ma jedno mieszkanie dzięki mnie.  Wprawdzie nie było jej z nami podczas świąt wielkanocnych, czyli, że nie wszystkie kamienie spadły mi z serca,  ale już  był wnuk z rodziną. A mąż mojej starszej córki udowodnił, że jest najwspanialszym zięciem świata. W sobotę przed świąteczną mam telefon od wnuka – babciu jesteśmy,  czy moglibyśmy się spotkać w święta?  Zaczęłam się wić jak piskorz. Jest sobota wieczór. Za parę godzin Wielkanoc. Ja nie mam kompletnie nic. Przecież Święta spędzam u starszej. Wnuk o tym wie i z taką tęsknotą w głosie pyta – będziesz u cioci Grażynki, i Damir będzie z rodziną i Laura ? Słysząc ten smutek w głosie mówię mu, że porozmawiam z ciocią i pewnie będzie chciała z wami się spotkać. Boże, młodsza córka tyle przykrości sprawiła starszej, co zrobić?  Zaczynam ” nawijać makaron” na uszy starszej córki – Czy może przyjść Wojtek z żoną na śniadanie wielkanocne? A jak przyjdzie ich więcej to już nie będzie moja wina i jakoś to będzie. Grażynka mówi – mamo muszę porozmawiać z mężem, wiesz, że on wszystko przygotowuje i finansuje. Grażynka to wielka dyplomatka, a już w stosunku do męża to wzór dyplomacji. Słyszę  odpowiedź zięcia – o co ty w ogóle pytasz, przecież to rodzina, niech przychodzą wszyscy. I tak spotkaliśmy się ale niestety bez młodszej córki, ona nie odważyła się przyjść chociaż jestem pewna, że chciała. Byliśmy taką fajną rodziną. Co się z nami stało? Cieszę się jednak, że jej syn do nas wrócił. Jeszcze trochę a będziemy wszyscy razem, o to się modlę od lat. Modlę się do Św. Antoniego czyli patrona spraw trudnych, zawsze mi wszystko załatwia nawet to co wydawałoby się, że jest nie możliwe .POLECAM.

Cz. IV str. 6

Już minął tydzień od powrotu z Różnowa, czyli z tej śpiewającej gościny a podobno co jakiś czas ktoś z szefostwa innych domów dzwoni i wypytuje o osobę która tak rozbawiła gości, czyli o mnie. Podobno nie mogą się nadziwić, że podopieczna może rozruszać takie tłumy i to właśnie mówili naszej pani dyrektor.  Przychodzi do mnie szanowna pani dyrektor, mówiąc mi o tym z głupią miną pyta – może by pani u nas coś takiego zrobiła? No ludzie, trzymajcie mnie bo nie wyrobię. Ona nie wie, że wszelka rozrywka to moja specjalność. Wprawdzie w naszym domu podcięto mi skrzydła i już nie mam serca do organizowania czegokolwiek ale nawet bez serca zrobię lepiej od innych. To pytanie zabrzmiało tak  głupio, że nie chciało mi się na nie odpowiadać. Powiedziałam jej, że niektóre zaproszenia do innych domów przyjęłam jeszcze będąc w Różnowie ale czy pojadę i kiedy to pomyślę po świętach. W każdym  razie ma pani zawsze samochód do dyspozycji i chętnie wszędzie pojadę razem z panią – powiedziała dyrektorka.                    Pomyślałam wtedy, że taki wyjazd z nią zmienia zupełnie charakter tego co chciałam zrobić. Mnie zapraszano do siebie na już przygotowaną imprezę, przynajmniej tak myślę. Ja miałam tylko dodać trochę radości  w zabawie. Natomiast jeśli jechałabym służbowo, bo wyjazd z dyrektorem, służbowym samochodem jest wyjazdem służbowym,  to  muszę być przygotowana na zorganizowanie spotkania. Nie podobało mi się to. A tak w ogóle, to dziwię się jakim cudem ktoś taki jak ona został dyrektorem. Bo przecież ta kobieta nie ma swojego zdania. Dopiero jak ktoś jej powiedział, że ja to skarb w takim umierającym domu, to w to uwierzyła.  A może właśnie dlatego została dyrektorem. Nie chwali się że wie ile jest 2 x 2 tylko łaskawie spyta ile ma być.

Odpowiedź druga dla pana Tomka

Zadałeś mi pytanie czy jest ktoś z kim dobrze mi się współpracuje czy bawi. Długo zastanawiałam się – i wiesz, że nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Całe życie byłam raczej samotnicą. Ktoś może być dla mnie tylko jako mały przerywnik. Teraz ogólnie nie jest źle i jeśli coś robię to z każdym dobrze mi się pracuje. Każdy pracownik natychmiast pomoże we wszystkim mam wrażenie, że cieszą się iż te prośby są inne od innych. Bardziej może  lubię Dawida dwudziesto kilko latka, pracownika, który mnie zadziwia swoją pasją w podejściu do staruchów, ciągłą radością no i przede wszystkim znajomością nowinek technicznych. O co bym poprosiła on myk i zrobione. Podobna do niego jest Ania, również młodziutka pracownica która wiele umie i chętnie pomaga.     W śród mieszkańców to poza pięcioma osobami związanymi ze starymi moimi sprawami, ze wszystkimi jest dobrze ale tak trochę dalej. Z jedną z pań spotykam się codziennie na godzinkę a to ze względu na nasze  podobne poczucie humoru. Poopowiadamy trochę głupot, pójdziemy na spacer i tyle.                                                                                                               Nie uszczęśliwiajcie babci naprzemienną opieką. Jest takie powiedzenie – im dłużej żyją rodzice, tym krócej ich dzieci. Żadna zdrowo myśląca babcia nie chce zadręczać swoich dzieci  czy wnuków. A jeśli już to myślenie nie jest zdrowe, to tym bardziej  trzeba zachęcić  do pójścia do domu opieki.  Każda opieka jest krępująca. Babcia udaje, że się cieszy a jest jej głupio, że musi z tej pomocy korzystać, że zatruwa życie młodym.  Przychodzicie do niej ona się uśmiecha przez pół godziny a później myśli sobie – Boże, już bym się położyła, niech by już poszli sobie. A jak się jest w domu opieki to ten fakt upoważnia do leżenia ile się chce. Chcę się z kimś spotkać  to tylko otworzę drzwi i już. Mam dosyć to mówię do widzenia.  Jeśli babcia lubi coś robić to sobie robi to co chce a jeśli nic nie lubi to odmawia różaniec albo patrzy w sufit. Nie szaleje – ojej, zaraz przyjdą wnuki. Przyjdą i pójdą. I  tak ma być.      Babcia niech odpoczywa do syta, dzieci niech się cieszą życiem a wnukowie niech  szaleją.                                                                                                                                          Życzę pięknej pogody nad morzem ale i pogody ducha. Piękna pogoda dla starych i młodych to bardzo różna pogoda.                         Całuję prababcia Danusia.

Część IV str. 5

Wczoraj 7 kwietnia byliśmy jako goście na warsztatach przedświątecznych w  innym DPSie.  Nie umiem wprawdzie robić stroików  ani żadnych innych cacuszek jeśli mną ktoś nie pokieruje, ale bardzo chciałam zobaczyć ten właśnie dom.  Robiłam tam to co umiem czyli śpiewałam. Śpiewałam bo mnie o to poproszono nie  wciskałam się między wódkę a zakąskę.  To u nas jak chcę pośpiewać to się wciskam.  Było to karaoke w które wciągnęłam wszystkich, zwłaszcza młodzież której tam było dość dużo żeby opiekować się staruchami. Calusieńka sala ludzi i wszyscy rozśpiewani. Ale zanim zaczęłam te śpiewy to połaziłam po obiekcie żeby wiedzieć co i jak. W internecie ten dom był piękny i o dziwo wydawał się pięknie położony a rzeczywistość ostro zaskrzeczała. Dom stoi w szczerym polu z dala od cywilizacji, z dala nawet od jakichkolwiek domostw. Sam budynek jest nowy i nie brzydki. W okół budynku również ładnie. Korytarze pięknie udekorowane, od razu poznałam rękę  naszej byłej plastyczki która w tym domu jest dyrektorem, a której nasza dyrektorka nie chciała nawet na terapeutkę zajęciową. Ania, bo o niej mowa umiała wszystko. Jako plastyczka umiała nauczyć nawet  najgorszego matoła np mnie – robiłam pod jej okiem piękne szkatułki, kwiaty sztuczne, malowałam, robiłam w glinie.  A co roku jak robię bukiety na cmentarz to myślę o niej – tak pięknie i fachowo nauczyła nas robienia bukietów. Jak stawiam na grobach w październiku to stoją do maja a są to żywe, świeże gałązki zieleni. Tak umiała podejść do ludzi i zachęcić do pracy. Ponadto śpiewała, grała na pianinie i organizowała imprezy artystyczne. Ale nam po co ktoś taki, przecież my mamy się modlić a do tego wystarczy ksiądz. Jak już pisałam korytarze są piękne gorzej z pokojami. Chodzi o to że jedynek jest kilka tylko, przeważnie pokoje są dwu a nawet trzyosobowe. Stołówka jak w barze mlecznym za czasów PRL. Jednak personel tego domu bardzo sobie chwali atmosferę w pracy. Twierdzą, że dobrze wiedzą jak jest u nas i nie zamienili by się nigdy. Tam dyrektor nie przymila się do personelu tylko dba o dobre warunki pracy.                Zdziwiło mnie, że z każdego domu poprzyjeżdżało tak dużo ludzi. Do nas jak przyjeżdżają to najwyżej trzy albo cztery osoby i to z jednego domu nie z dziesięciu. Dla naszej pani dyrektor wszystko jest za drogo. Przy okazji wydała się sprawa zapraszania nas na wyjazdy przez naszych pracowników. Jest stosowany bardzo brzydki zwyczaj szeptania na ucho. Okazało się, że to polecenie od górne, bo nie daj Boże zgłosi się więcej niż cztery osoby i co wtedy. Co by nie było ja byłam bardzo zadowolona, że pojechałam. Wprawdzie podpierałam się chodzikiem ale wyśpiewałam się za wszystkie czasy.  To moje śpiewanie odbijało się echem jeszcze dość długo. Ale o tym potem.

Cz. IV str. 4

Już 1 kwietnia 2017r. mój ogródek jest taki piękny. On jest zawsze najpiękniejszy o tej porze roku.  Całe szczęście zdążyłam go posprzątać za nim moja noga zrobiła całkowitą wysiadkę. Już bez chodzika nie pochodzę.  A nasz doktor co na to – natychmiast wypisał mi zlecenie na chodzik. Czyli, że on wie, że z mojego samodzielnego chodzenia będą nici. Ja nie daję za wygraną. Idę na wizytę. Oddaję opakowanie leku które dostałam. Lekarz pyta – co mamy z tym zrobić? Odpowiedziałam mu, że ma wyrzucić i wykreślić z listy leków dla takich starych ludzi jak my. Cały czas powtarzam, że ból w nodze jest chodzący. Boli mnie nie tylko pod kolanem  ale calusieńka noga. Jeśli pan nie wie co mi jest to poproszę o skierowanie na USG. On nic. Powtarzam poproszę skierowanie na USG jeśli nie dostanę jego od pana pójdę prywatnie a kosztami obciążę pana. Wreszcie raczył mnie zbadać bo w kółko  powtarzałam, że jestem leczona choć nikt nie wie co mi jest.  Poskutkowało. Chciał mi dać skierowanie do ortopedy a ja zażyczyłam sobie do chirurga, uparcie twierdząc, że mnie nie bolą kości tylko tkanki miękkie. Uległ mi i wypisywał już skierowanie do chirurga jak ja zaczęłam utyskiwać, że teraz znów będę nie wiadomo ile czekała. Pan doktor stanął wreszcie na wysokości zadania i wypisał mi skierowanie pilne. Pielęgniarka zajęła się sprawą i już za dwa dni byłam przyjęta przez chirurga. Chirurg zbadał mnie jak na lekarza przystało i od razu stwierdził, że jest to torbiel podkolanowa. Dał mi skierowanie na USG żeby ją dokładnie zlokalizować i określić wielkość. Dodał jeszcze iż wie, że mnie to bardzo boli ale niestety skierowanie na USG będzie w normalnym trybie ponieważ nie jest to zagrażające życiu. Tak więc  mimo cholernego bólu  będę musiała odczekać dwa miesiące.

I znów zadaję pytanie – ja o swoje zawalczę a inni?

Cz. IV str. 3

Ostatnio u nas odbyły się dwie, o dziwo, radosne imprezy.  Jedna karnawałowa z zespołem muzycznym – tańce, hulanki, swawole.    A druga to dzień kobiet pod hasłem ” sport na wesoło „. Na tej drugiej wystąpiłam trzykrotnie jako przerywnik między dyscyplinami sportowymi. Dlaczego napisałam o dziwo, bo u nas najchętniej robiono by spotkania modlitewne. Z naszego domu zrobiono czyściec przed wstępny do nieba, nie pytając czy oby wszyscy chcą do nieba. Nie tylko ja z tego się śmieję, śmieją się z tego prawie wszyscy ale tak żeby pani dyrektor o tym nie wiedziała. Jak ona słyszy to są tylko przytakiwania. Na zakończenie imprezy jeden z pracowników zapowiedział – teraz do końca to już będzie sama muzyka kościelna i puścił disco polo. Dla zebranych był to dowcip a dla szefowej? Wszyscy uczestnicy sportowi otrzymali małe upominki ja natomiast  byłam, o dziwo ,wyróżniona specjalnie. Zgłupiałam, naprawdę nie spodziewałam się wyróżnienia i wcale tego nie oczekiwałłam. Widzę, że pani dyrektor chce pozacierać wszystkie brudne ślady. Owszem będzie mi trochę lżej ale niestety nie zapomnę.

Ostatnio bardzo cierpię z powodu bólu nogi. Nie pisałabym o tym, bo to, że starą babę  coś boli to żadna Ameryka, ale chodzi mi o podejście naszego lekarza do nas starych. Najpierw przychodziłam do niego z kartką od fizjoterapeutów z zapytaniem czy mogą być takie czy inne zabiegi. Podpisywał wszystko jak leci, bo po pierwsze – wisi mu każda stara baba, a po drugie jak zgodzi się na wszystko to będzie lubiany. Byłam u niego z tą nogą trzy razy. Ani razu jej nie obejrzał. To jest specjalista od leczenia bez diagnozy. Mówię mu – panie doktorze z tą nogą jest coraz gorzej, nie chciałabym mieć takich opuchniętych nóg jak mają tu prawie wszyscy. To pani nie grozi – odpowiedział. Wypisał jakieś tabletki po przyjęciu których czułam się bardzo źle. Zadziałały na mnie tylko skutki uboczne. Każdy kto widział mnie kulejącą mówił tylko, że wszystkie leki na schorzenia kostne tak działają. No kurczę ale ja wyraźnie czuję, że to nie dotyczy kości tylko tkanek miękkich. Przeczytałam dokładnie ulotkę i szlak mnie trafił  na tę nie ludzką obojętność naszego lekarza na nas starych.  Zaordynował mi czterokrotnie wyższą normę dopuszczalną dla osób po 65 roku życia.  Przecież my wszyscy dawno jesteśmy po 65 roku życia. Taka dawka po jednym dniu spowodowała problemy a jeśli bym przyjmowała dalej to serce by wysiadło, porobiły by się zatory żylne a nogi miałabym jak beczki, czyli takie jak ma tutaj 50% ludzi. Po pierwszym dniu zatrzymał mi się mocz na 24 godziny.                                                                            Pan doktor przyjmuje tylko raz w tygodniu, muszę więc poczekać  żeby powiedzieć co o tym myślę.

Cz. IV str. 2

W lutym napisałam na forum naszej regionalnej gazety internetowej o sytuacji jaka miała miejsce w naszym domu trzy lata temu. Jakież było moje zdziwienie jak okazało się, że wywołałam burzę. Podpisałam się tak jak na blogu, chociaż bloga jeszcze  nie prowadziłam a i tak miałam zadawane pytania typu – czy to ty jesteś tą babcią od słynnych pamiętników. Czyli, że wieści rozeszły się po mieście  o formie  przekazania mojej skargi Prezydentowi. I właśnie to było impulsem do prowadzenia bloga. Bo to znaczyło, że ludzie chcą mieć informacje z pierwszej ręki. U nas w domu opieki również  zawrzało.

Ale o czym innym chciałam napisać. Nie wiem czy to jest odwaga czy głupota z mojej strony, chyba jednak głupota, to walenie prosto z mostu w   oczy co się myśli. Wiem, że pochlebstwo otwiera wszystkie drzwi,  ja również otwieram wszystkie drzwi  ale chyba wytrychem, albo je po prostu wywarzam. Pochlebcy doprowadzają mnie do szału, nie znoszę ich, kontakt z nimi przyprawia mnie  o mdłości. Uważam, że jest to najgorszy gatunek ludzi. To najwięksi tchórze.                                                              W minionym tygodniu pani dyrektor zorganizowała coroczne spotkanie z osobami które coś robią na rzecz domu. O dziwo zaprosiła i mnie. W ubiegłym roku nie zaprosiła, chociaż zawsze coś robię, co się stało  że w tym roku tak, to nie wiem. Pewnie to za czwartkowe spotkania z rozrywką z tym, że ja cokolwiek robię to robię po to żeby nie zwariować od nic nierobienia. Pani dyrektor chcąc zagaić spotkanie opowiada jakie książki ostatnio przeczytała. Koniec końców biorę tę najbardziej zachwalaną.  Mało czytam bo mam problem z oczami, po prostu wolę je oszczędzić. Nie umiem czytać książek jak normalni ludzie, ja książki ” połykam ” nie odłożę aż skończę. Takie czytanie wykańcza. Tak czytałam zawsze.  Pani Jadzia zaczyna zachwalać wybór książki – ją się wspaniale czyta, jednym tchem. Ale widzę, że mówiąc to zerka na panią dyrektor czy słyszy jej słowa.  Za dwa dni zaczepiam panią Jadzię i mówię jej, że ta książka to zupełnie nie moja bajka. Nie znoszę romansów, zaglądania do cudzej alkowy a na dodatek pod kołdrę, nie znoszę. Czytałam ją z niesmakiem a momentami z obrzydzeniem.  Ja też to odczuwałam, mówi Jadzia. To po co pani ją tak zachwalała. No bo nie chciałam sprawiać przykrości pani dyrektor.  No ludzie trzymajcie mnie – żeby nie urazić kogoś to nie wypowie swojego zdania. No jak można takich ludzi szanować? Po co z nimi w ogóle rozmawiać? Przecież to jest przelewanie z pustego w próżne. Oddając książkę pani dyrektor powiedziałam co  o  tej książce  myślę. A ja nie lubię społeczno – obyczajowych, mówi pani dyrektor. No i dobrze niech każdy lubi to co lubi.  Ale dosłownie za godzinę pani dyrektor przynosi książkę na okładce której jest średniowieczna para zakochanych. A ja na to – no pani dyrektor przecież mówiłam… Ale mówiła też pani, że lubi mądre dialogi.    Na całe szczęście to nie był romans tylko miłość i na dodatek dwojga mądrych ludzi.

Cz. IV str. 1

Już mamy 2017r.  a więc kilka wspomnień i dojdziemy do spraw bieżących.                                                                                                             Styczeń zawsze nastraja mnie melancholijnie. Kiedyś  w styczniu pisałam wiersze opisujące miniony rok. Już mi to przeszło dawno. Od wielu lat  wraca do mnie uporczywie  wspomnienie pewnego wydarzenia sprzed pół wieku. Z tym wydarzeniem łączy się udręka z powodu mojego charakteru. Nie umiem dziękować jakoś tak specjalnie. A to co mnie spotkało zasługiwało na podziękowanie specjalne właśnie.  Wspomnienie które chcę opisać a nawet muszę, bo sumienie mnie zadręczy, było tak nie typowo piękne, że aż trudno uwierzyć.  A to dzięki panu doktorowi z Warszawy. To jemu powinnam podziękować nawet po latach. Pokazać, że pamiętam. Niestety jak zaczęłam szukać możliwości  kontaktu to znalazłam w internecie nekrolog.                                                           Był rok 197… – któryś ? Dostałam zaproszenie z  rozgłośni Polskiego Radia w Warszawie do udziału w Podwieczorku przy Mikrofonie. Dla prowincjonalnej piosenkarki  hobbystki było to wielkim wyróżnieniem. Podwieczorek przy Mikrofonie był programem rozrywkowym, co tygodniowym, o zasięgu ogólnopolskim transmitowanym na żywo z kawiarni w której była publiczność. W programie tym występowały same gwiazdy, a tu raptem mam być i ja. Przygotowałam repertuar i prymki dla zespołu muzycznego a dzień przed wyjazdem dostaję telegram, że muszę zmienić repertuar. No prawie dramat. Cały dzień przed wyjazdem pracowałam ze swoim zespołem. Dzień prób zakończył się o północy a o piątej rano mam pociąg do Warszawy. Zmęczona jak diabli napiłam się zimnej oranżady i dopiero o świcie zorientowałam się, że ja nie mam głosu. Nie mogę nic powiedzieć nie mówiąc o śpiewaniu. To ta oranżadka.  No ale młodość myśli innymi kategoriami, takimi swoimi – jakoś to będzie.                              Zawsze we wszystkich moich wyjazdach towarzyszyła mi Ola – moja jedyna i wierna fanka. Brała urlop z pracy i zawsze i wszędzie była ze mną. Boże, jej też muszę specjalnie podziękować, żeby nie ona wszędzie jeździłabym sama.                    Po przyjeździe do Warszawy idę do rozgłośni na ul. Woronicza dostaję instrukcję co dalej i pieniądze za występ z góry, bo to sobota a więc  żebym nie musiała czekać  aż do poniedziałku. Dopiero jak znalazłyśmy się w hotelu dotarło do mnie że wzięłam pieniądze za coś czego nie jestem w stanie wykonać. Chyba, że stanie się cud,  wpadłam w panikę. Żebym była w swoim mieście to poszłabym do laryngologa od śpiewających gardeł i on by mnie wyratował. A tu w Warszawie nikogo nie znam, nie wiem gdzie i kogo szukać. W ogóle Warszawa mnie przeraża. Ale coś zrobić trzeba. Wybiegłyśmy z hotelu. Na  ulicy szukamy postoju taksówek, postój jest taksówek brak. Chcę jakąś zatrzymać, nic z tego. Zdenerwowana bardzo,  wpadam na środek ulicy, Ola chce mnie zatrzymać bo ja jak oszalała zatrzymuję jadący prywatny samochód. Kierowca pyta co się stało, skąd taka desperacja ? Musi mnie pan zawieźć do laryngologa i mówię mu co się stało z moim gardłem i do czego ono mi jest potrzebne.  Ów pan grzecznie zaprosił nas do samochodu i jedziemy. Jedziemy jak dla mnie coś za długo. Czy tu gdzieś bliżej nie ma lekarzy? Wiozę panią do szpitala. No trudno, niech będzie szpital.  Przed szpitalem pan wysiada razem z nami i prowadzi nas na laryngologię. Idąc korytarzem widzę jak wszyscy mu się kłaniają. Okazało się, że jest to  doktor  laryngolog.  Liczyłam na cud ale nie aż na taki. Pan doktor polapisował moje struny głosowe i nakazał –  ani słowa przez 6 godzin, później letnia mała kawka i śpiewać. Chciałam coś powiedzieć, pokazał  – ani słowa, do widzenia paniom. W kawiarni, na kilka minut przed występem telefon do mnie, to pan doktor, przypomina o kawce i życzy wszystkiego dobrego.  Śpiewem nie oczarowałam  ale nie musiałam zwracać honorarium. Zapamiętałam doktora imię i nazwisko – Ryszard Połubiński  – CUDOWNY< PIĘKNY CZŁOWIEK, czy są dziś tacy?                Zapamiętałam   bo w moim zespole tak nazywał się perkusista. Pół wieku zbierałam się żeby podziękować, wstyd mi za siebie.

A na  naszym podwórku, czyli w domu opieki znów dostałam fakturę za nie swoje leki. Leków nie dostaję tylko faktury do zapłaty. Wkurzyłam się i w ostrym tonie ostrzegłam, że będę rozrabiać.  No dobrze, dobrze mówi socjalna teraz to już załatwię. Czyli dopiero teraz nie miesiąc temu.

Odpowiedzi na pytania zadane przez Pana Tomasza

Panie Tomaszu, przede wszystkim dziękuję, że napisał pan do mnie.

  • Pyta Pan o opiekę medyczną  i w ogóle o opiekę. Odpowiadam to żadna opieka. To z jednej i z drugiej strony tylko spełnianie obowiązków. Pielęgniarki roznoszą leki przy czym mylą się bardzo często, każdą swoją pomyłkę zwalają na nas bo to stare i głupie. Pani dyrektor wierzy im nie nam. Między mną a panią dyrektor jest  taka właśnie  różnica ( poza wszystkimi widocznymi ) , że ja wierzę podopiecznym, a ona personelowi a zwłaszcza pielęgniarkom. W późniejszej części swojego pamiętnika udowodnię, że trzeba nam wierzyć. Nie każdy nawet wie, że został narażony na pomyłkę, ale jak to trafi na mnie to nie zostawiam sprawy bez wyjaśnienia.                                                               Opiekunki starają się jak mogą ale niestety pracy mają ponad siły. Ich powinno być zatrudnionych trzy razy tyle  ze względu na stan zdrowia chorych i w większości całkowicie nie  świadomych.
  • Sprawa z fakturą za leki jeszcze się powtórzyła a jak zaczęłam się  ” czepiać ” to się okazało, że zamieszkała u nas pani o tym samym nazwisku co ja. Ponieważ to nazwisko dało się we znaki służbie zdrowia u nas to nie kojarzą z nim  nikogo innego oprócz mnie. To nie ważne, że ta druga to Krystyna.   Później zdarzało się, że moje leki trafiały do niej – ja swoje mam u siebie w pokoju a ona ma szufladę z lekami u pielęgniarek. Nie chciałabym dożyć chwili całkowitego uzależnienia od naszej służby zdrowia. To najsłabsze ogniwo. Im najbardziej odpowiadają ludzie bez świadomości. Zatrudnionych jest kilka nowych pielęgniarek może będą uważniejsze i potraktują nas z szacunkiem.
  • Sprawa miłości przeszła bez echa. Może dlatego, że Eryk był bardzo krótko z nami. A może chociaż miłość traktowana jest u nas tak jak należy – czyli, że jest to sprawa dwojga serc.
  •       Jeszcze raz dziękuję za list, pozdrawiam  prababcia 102
  •             PS nie umiem inaczej odpisać, w ogóle wiele rzeczy z komputerem nie umiem.