Anihilacja.

Słowo to usłyszałam po raz pierwszy wczoraj, w telewizji. Użyte ono było przez polityka i w odniesieniu do polityków. A można je odnieść do różnych sytuacji bo to oznacza – unicestwienie. Jest to proces prowadzący do całkowitej destrukcji materii posiadającej masę. To ciche ignorowanie grup podporządkowanych. To taka przemoc symboliczna, która nie daje po sobie poznać, że jest przemocą. Tyle na ten temat internet. Odebrałam to bardzo osobiście, tę anihilację stosowano wobec mnie całymi latami tu w DPSie. Teraz też się ją stosuje ale tak bardzo cicho, a że ja jestem głuchawa to i nie słyszę.

Pamiętacie, że w swoim wpisie z dnia 9 maja br. pisałam o ” przemeblowaniu ” w atrium. Że tylko wyraziłam swoje myśli na głos i one natychmiast zostały ziszczone. Przez 15 lat wszelkie spotkania w atrium koncentrowały się w centrum ogródka, gdzie na maleńkiej powierzchni tłoczyło się kilka osób i każdy chciał być pod parasolem nie narażając się na udar słoneczny. Że też nikomu nie przyszło do głowy żeby przenieść się w inne miejsce, gdzie jest więcej cienia i miejsca. Dopiero ten mój okrzyk zdziwienia, – co za miejsce sobie wybraliście, natychmiast zmieńcie, uświadomił ludziom, że mam rację. Część osób skorzystała z tej mojej podpowiedzi od razu a pozostali dopiero teraz po ponad dwóch miesiącach przenieśli się w miejsce przeze mnie wybrane. Jak dostawili w to miejsce parasol to jest wygodnie i przestrzennie dla wszystkich. No i nikt nie blokuje przejść pomiędzy częściami ogródka. Tak więc znów wykorzystano moją podpowiedź ale tak żebym sobie nie myślała, że to dzięki mojej podpowiedzi, przesunęli realizację w czasie. Jeszcze mam dwie propozycje zmian, o których pisałam nie jednokrotnie a na które szefostwo nie może przystać. Gimnastyka, na którą ja już nie chodzę ale ciągle i uparcie ustalona jest na poniedziałki i czwartki, a ponieważ w czwartki są często jakieś spotkania to automatycznie gimnastyka wypada i jest raz w tygodniu – wstyd, ( to nie jest po myśli nowego Prezydenta, a szanowna lubi się przymilać swojemu szefostwu ), przecież można zmienić dni na gimnastykę, ale nie , nie może być tak jak prababcia podpowiada to byłby policzek dla personelu który tylko patrzy jak tu nic nie robić. Druga rzecz to moim zdaniem źle wykorzystane pomieszczenia. Przed laty, przy tej samej ilości pomieszczeń, był tak zwany Pobyt Dzienny – 30 osób przebywających w naszym DPSie i zajmujących trzy pomieszczenia; oraz ” Leśna Chata ” czyli ośmiogodzinny pobyt w naszym Domu ludzi chorych na demencję, również 30 osób zajmujących trzy pomieszczenia z łazienką i pięknym holem. Czyli, że dodatkowe 60 osób + personel zatrudniony dla ich potrzeb mieściło się bez żadnego problemu w naszym DPSie. Teraz nie ma tych dwóch grup osób a naszym pracownikom jest coraz ciaśniej. Zagracają co się da. Proponuję wrócić z zajęciami, które teraz się odbywają w Leśnej Chacie, do sali widowiskowej, zdecydowanie nie wykorzystywanej, a pomieszczenia Leśnej Chaty przeznaczyć na pokoje dla osób leżących. W ten sposób ożna by było wygospodarować 8 miejsc dla pensjonariuszy Domu. – to jest prawie 60 000 miesięcznie – czysty zysk, pomimo początkowych wydatków na zagospodarowanie pokoi. Może jak jeszcze z dziesięć razy o tym napiszę to ktoś to weźmie do serca, że trzeba umieć zarabiać a nie tylko windować koszta utrzymania.

A teraz z innej beczki chociaż naszej i ” pełnej wody „. W całym naszym budynku nie ma pomieszczenia na suszenie mopów i ścierek. Teraz jest lato to sprawa sama się rozwiązuje, ale lato to jedna czwarta roku. Opiekunki i pokojowe znalazły wyjście z tej sytuacji, niestety to wyjście nie podoba się i to bardzo mieszkańcom. Wiele osób przychodziło do mnie z tym tematem, prosiłam żeby poruszyli temat na zebraniu bo tak być nie może; ludzie jednak nie mają odwagi. Opowiada mi jedna z mieszkanek – przyszły dwie opiekunki, wykąpały mnie, zalewając i łazienkę i przedpokój, zmieniły pościel i tą zdjętą pościelą powycierały podłogę. Tą brudną i mokrą pościel wrzuciły do brudownika i wywiozły pod drzwi pralni. Rzecz miała się w piątek, tak więc pościel kisiła się do poniedziałku aż przyjdą pracownicy pralni. To nie oderwany od rzeczywistości przypadek, to jest rzecz nagminna. Pracownicy nie krępują się faktem, że ktoś na to patrzy, ten stan rzeczy to normalka. Pisałam o tym jak podczas rozdawania posiłków rozlał się na korytarzu kompot, pokojowa nie spojrzała nawet na mnie, chociaż przyglądałam się temu, weszła do pierwszej z brzegu łazienki chwyciła za trzy ręczniki i powycierała korytarz, później te ręczniki wrzuciła na podłogę do łazienki. Dlaczego tak się dzieje – bo nikt nas ani naszych rzeczy nie szanuje, bo kierownictwo nie przejmuje się takimi wydarzeniami, chodzi tylko o to żebym ja tego nie widziała i nie obsmarowała na swoim blogu. Bo przecież to ja psuję opinię temu Domowi. Ponieważ nikt poza mną nie poruszy tego tematu to p. dyrektor wpadła na pomysł, że nie będzie czytała bloga i nie będzie tematu. Jak dzieciak, zamknie oczy i już go nie ma.

I to wszystko – NARA !

Lato seniora.

Żebym raczyła spojrzeć na wizytówkę na drzwiach pana do którego szłam to wiedziałabym, że to nie żaden pan tylko Edek. Znamy się od roku 1971, ale czy się znamy? W latach siedemdziesiątych pracowaliśmy razem w Woj. Domu Kultury, ba nawet urzędowaliśmy w jednym pokoju, jednak każdy robił swoje, ja byłam zabiegana a on myślał tylko o swoich ” arcydziełach filmowych „. Trwało to krótko, zaledwie dwa lata. Naszą współpracę opisałam nawet na blogu a wpis zatytułowałam – Sny i wspomnienia. Edek to filmowiec dokumentalista tak więc jeździł po Polsce szukając tematu do filmu, później dokumentował to co miał, aż wreszcie trafiał do montażowni, w piwnicy w której przesiadywał godzinami. Ja również nie przesiadywałam w pokoju biurowym. Jak sama nazwa wskazuje pracowaliśmy w Wojewódzkim Domu Kultury a zatem trzeba było nie raz przemierzyć to województwo. Tak więc pracując w jednej firmie można się nie znać. Po dwóch latach odeszłam z WDKu do pracy w MPiKu i drogi nasze się rozeszły, chyba go nawet nie spotykałam, tak więc nie ma się czemu dziwić, że go nie rozpoznałam. Widzieć mężczyznę trzydziestoletniego i nagle pana po osiemdziesiątce. Za bardzo to myśmy się sobą nie interesowali, no bo jeśli Edek do dziś sądził, że byłam panną; a ja miałam za sobą jedenastoletni staż małżeński i dwie dorastające córki. To znaczyło, że nie rozmawialiśmy ze sobą o sprawach prywatnych. Za moich czasów w pracy się pracowało i myśmy i pracowali i współpracowali bardzo życzliwie. Jak trzeba było pomóc koledze to się rzucało wszystko i przez kilka dni, za darmo, pracowało się na planie filmowym – zagrałam w jego filmie zakonnicę opiekującą się chorymi ludźmi w DPSie. – wredną zakonnicę. Jednak trzeba stwierdzić, że życie zatoczyło dziwaczne koło, nasza ścisła współpraca rozpoczęła się w DPSie w Barczewie a po 50 latach znów DPS. chociaż w innej wersji. Samo życie.

Pierwsze kroki naszego nowego Prezydenta Miasta są nawet, nawet – oczywiście jak dla mnie emerytki; takiej starawej emerytki ale jednak. Dostałam zaproszenie z Ratusza do wzięcia udziału w aktywnym lecie seniora; jeszcze rok temu pobiegłabym jak w dym a dzisiaj niestety odpadam w przedbiegach. Zajęcia te są pięknie nazwane – Aktywne Lato Seniora 60 +. Ten plus niestety, w moim wypadku nie sięga aż tak daleko. Wielka szkoda bo są to dwumiesięczne, codzienne, bezpłatne tańce i gimnastyka. Uczestnicy tych zajęć spotykają się i od rana tańczą zumbę i salsę, oraz ćwiczą. To na prawdę coś dla mnie byłoby jeszcze do niedawna. Nasz nowy, młody Prezydent postawił na Seniora i Kulturę – tak trzymaj Prezydencie. A co na to nasza Pani Dyrektor, mnie się zdaje, że Ją ćwiczący senior nie interesuje, a już tańczący to w ogóle. Nie interesują Ją nawet rozśpiewany senior.

Nie można nie wspomnieć o dniu 9 lipca 2024 roku, właśnie w tym dniu odszedł od nas na zawsze Jerzy Stuhr. Cudowny aktor teatralny, filmowy, dubbingowy, ponadto reżyser, filolog i pedagog. Był, mogliśmy go podziwiać i już Go nie ma.

Nici z przebaczania…

Z roku na rok, ba nawet z dnia na dzień, pogarsza się mój stan zdrowia. Nigdy nie brałam pod uwagę, że będzie ze mną aż tak źle: ślepnę, głuchnę, przewracam się, chodzę poobijana i obolała. W związku ze znacznym pogorszeniem zdrowia, zwłaszcza wzroku, postanowiłam wystąpić do Komisji Lekarskiej z wnioskiem o przyznanie mi I grupy inwalidzkiej. Myślałam, że jak mam już dodatek opiekuńczy ze względu na wiek to I grupa inwalidzka nie należy mi się, okazuje się jednak, że jeśli ją dostanę to i rekompensata finansowa będzie. W moim wypadku będzie to kwota 360 zł. Kwota ta zależy od wysokości emerytury. Wiadomo 70% tej sumy potrąci sobie DPS ale 30 % będzie dla mnie. Dobre i to. W tym celu zaczęłam zbierać dokumentację medyczną i przy pierwszej okazji przebaczanie szlak trafił. Pierwszy mój dokument stwierdza, że pod opieką zatrudnionych w naszym DPSie specjalistów przeszłam zawał mózgu bez najmniejszej nawet pomocy. Ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje i nie mogłam tego w żaden sposób wyrazić. Straciłam mowę i zdolność pisania i czytania, jednak w takim stanie udałam się do siostry przełożonej i ona jako fachowiec dobrze wiedziała co mi jest i co należy zrobić. Nie zrobiła nic. Z satysfakcja kazała pielęgniarce zaprowadzić mnie do łóżka i tylko od czasu do czasu patrzeć czy jeszcze żyję. Opowiedziała mi o tym opiekunka która zaglądała do mnie co jakiś czas. Tak zachowuje się potwór nie człowiek. Ten potwór podlega pod drugiego potwora, który o wszystkim wiedział i nie zrobił nic. Dwa dni leżałam w jakimś letargu. Przez pierwsze dwa tygodnie nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Po jakimś czasie zaczęłam mówić ale nie wiedziałam, że mówiąc przestawiam sylaby a nawet całe słowa które w efekcie tracą sens. Nikogo to nie obchodziło w ” Domu Opieki „. Inni chodzili na logopedię ja nie miałam do tego prawa. Chodziło o to żeby jak najwięcej mi zaszkodzić. Przypomnę, że to za to, ponieważ poprzednia dyrektorka napaliła się na moje mieszkanie którego nie dostała, a mafia o takiej niesubordynacji nie zapomina i przekazuje pałeczkę zemsty swojemu następcy i jeśli następca okazuje się być taką samą szumowiną to dintojra trwa. Obecna dyrektorka w tym szambie utknęła po uszy. Nie przeszkadzał jej smród szamba, ona czuła tylko zapach stanowiska. O tym, ze miałam zawał mózgu dowiedziałam się po 6 latach i nawet wówczas jak na własną rękę załatwiłam sobie zabiegi w szpitalu klinicznym, przełożona zadzwoniła do szpitala twierdząc, że nie będę korzystała z tych zabiegów ponieważ jestem już osobą leżącą. Jak dla mnie to jest swołocz pierwszej wody i takim ludziom jak i ich zwierzchnikom nie można wybaczyć. W naszym DPSie zostały trzy spadkobierczynie tego gnoju a było ich ze dwadzieścia. Dam radę ale nie zapomnę nigdy i będę informowała o tym cały świat.

Mam dzisiaj spotkać się z panem, który we mnie rozpoznał jakąś swoja znajomą sprzed lat. Siedziałam na ławeczce przed domem z Basią i gadu, gadu, aż nagle słyszę – Boże, Danusia to ty? Owszem Danusia ale czy ta o którą panu chodzi to nie wiem. Twojego głosu nikt nie podrobi. A zatem uważa pan, że się znamy- spytałam. Oczywiście, musimy się spotkać, zobaczysz ile mamy wspólnych wspomnień. Umieram z ciekawości. Przykro mi ale nic a nic nie przypominam sobie pana. No i umówiliśmy się na dzisiaj. Jak już pan sobie poszedł, Basia mi mówi – myślałam, że to potworny ponurak a on na twój widok uśmiechnął się od ucha do ucha. Zrobił się od razu dużo młodszy; muszą was łączyć jakieś miłe wspomnienia. Nie mam pojęcia jakie to wspomnienia. A zatem kończę pisać i idę na spotkanie z panem X. Nawet nie raczyłam zerknąć na wizytówkę jak on się nazywa, wiem tylko w którym pokoju mieszka. Czy napiszę coś o tym spotkaniu, nie wiem.

A zatem NARA !

Przebaczanie

Przebaczanie to jest coś co przychodzi mi z wielkim trudem a najczęściej w ogóle nie przychodzi. Nie umiem wybaczać, jestem obrażalska, pamiętliwa i mściwa; do tej pory te cechy brałam za objaw ambicji a to są najprymitywniejsze wady ludzkie. Dobrze, że chociaż na starość zrozumiałam, że jestem zlepkiem wad a nie kimś nadzwyczaj ambitnym. Coraz częściej jednak zaczynam myśleć, że powinnam wybaczać i zapominać o tym co złe,ba, nawet w moich codziennych modlitwach zaczęłam prosić Ducha Świętego żeby nauczył mnie wybaczania. Możecie wierzyć lub nie ale jeśli w swoich modlitwach gorliwie o coś poproszę to to dostaję, a przecież wcale do świętoszek nie należę. Nie proszę zwykle o coś oderwanego od mojej rodziny, rzadko mi się to zdarza, ale jeśli tak, to dostaję to o co proszę. Aż wstyd się przyznać ale to, że poprzednia dyrektorka wyleciała z roboty to efekt moich modlitw., oczywiście popartych dowodami nadużywania władzy. Właśnie po to jedna z mieszkanek naszego DPS dała mi litanię do Św. Antoniego. Okazuje się, że Św. Antoni jest nie tylko od rzeczy zagubionych, ale po prostu od spraw trudnych. Jeśli chodzi o tę dyrektorkę to nie modlę się o wymianę jej na inny model, ponieważ mam nauczkę , że nie zawsze wyproszona zamiana wychodzi na dobre, ale o wybaczenie jej świństw robionych dla mnie całymi latami to owszem modliłam się jak też o to żeby i ona zrozumiała, że każde świństwo które komuś zrobi wróci rykoszetem. Jednak wybaczenie jej chyba się dzieje, Częściowe wybaczenie, nie wszystko na raz. W sobotę po południu wybrałyśmy się w kilka osób do naszego leśnego ogródka, gdzie wolontariusze ozdabiali go w kwiatki, krzewy i lampiony, żeby podziwiać efekt końcowy prac. Idąc spotkałyśmy po drodze P. Dyrektor. Smutno mi się zrobiło na jej widok. W moich oczach wydała mi się taka biedna, nie szczęśliwa. Jakaś taka wychudzona. Przyszło mi do głowy, że do tego smutku przyczyniłam się w dużej mierze i ja. Fakt nie ma skutku bez przyczyny ale może już wystarczy. Ja miewam się dobrze i to po mnie widać – jestem co dzień grubsza, ale zadowolona. Muszę się postarać żeby w okół mnie było jak najwięcej zadowolonych ludzi. Na razie zauważyłam, że osoby przychodzące na sobotnie śpiewanie są zawsze zadowolone i bezustannie chcą śpiewać, a przynajmniej zawsze jak mnie zobaczą. N.p. Krysia, która zarzekała się, że ona przenigdy śpiewać nie będzie teraz przy byle okazji coś nuci. W ogródku zauważyła, że ta szóstka która przyszła na rekonesans to wszystkie osoby nasze śpiewające. Nawet siódmy pan który do nas się dosiadł, też kilka razy śpiewał z nami; Danusia, chodź coś zaśpiewamy – powiedziała, i zaczęliśmy śpiewać. Ja dla odmiany zauważyłam, że jeśli chcemy śpiewać przy byle okazji, to musimy nauczyć się tekstów. Wiecznie trzymamy nosy w śpiewnikach a jak ich zabrakło to i krucho ze śpiewaniem. Od dziś, na każdym spotkaniu sobotnim wybierzemy jakąś piosenkę której będziemy uczyć się na pamięć aż do skutku. Ponieważ w tym towarzystwie w którym byłam czułam się bardzo dobrze to i poczęstunek który jest niezmiennie taki sam, czyli kaszanka i kiszka ziemniaczana, a z którego ja ciągle drwiłam, tym razem nawet mi smakował.

Ostatnio Dyrekcja zarządziła zamianę miejsca pokoju socjalnego opiekunek. Mam nadzieję, że jest to tylko na czas remontu byłego pokoju, bo słyszę tylko psioczenie na ten pomysł. To są skutki nie rozmawiania z ludźmi tylko podejmowania decyzji według swojego widzi mi się. Aż trudno sobie wyobrazić jak opiekunka np. z Medyka jedzie dwiema windami żeby zjeść kanapkę w wyznaczonym do tego celu miejscu. Każdy pracownik naszego Domu ma lepsze warunki na chwilę odpoczynku przy kubku kawy od opiekunek; a one nie dość, że mają najcięższą pracę to jeszcze nie mają odpowiednich warunków na odrobinę ciszy.Na zebraniu P. Dyrektor powiedziała, że ta zamiana jest w trosce o dobro opiekunek – bzdura. Opiekunki podlegają personalnie pod dozór Siostry Przełożonej a ona od lat tylko kombinuje kogo by tak przenieść do innego pokoju. Mieszkańcami pomiatała w ten sposób mnóstwo razy. Przeniesienie do innego pokoju to była kara za niesubordynację, a teraz nagroda ? Przypomnijcie sobie Witka – bardzo chorego człowieka, którego przenosiła czterokrotnie a jak Go przeniosła po raz ostatni to w pokoju tym był właśnie remont. Pamiętam Witka siedzącego na środku pokoju bo wszędzie był bałagan. Pamiętam też płaczącą Panią Tamarę której zmienili pokój podczas jej pobytu w szpitalu i wbrew jej woli. To samo było z Iwonną. A Grzesia ile razy przenoszono nie pytając o zgodę. Mogłabym tak wymieniać jako, że mieszkam tu już parę ładnych lat. Siostra przełożona już nie ma pomysłu na siebie to kombinuje jak koń pod górę. Znudziło jej się pomiatanie mieszkańcami to wzięła się za pracowników. Powinna Pani odejść już na emeryturę, wiek emerytalny określono nie bez powodu.

Od kilku tygodni godzinami muszę siedzieć przed komputerem i pozbywać się wpisów, które są do mnie adresowane w językach innych niż polski. Na ogół jest to język rosyjski. Mam wrażenie, że jest to celowe zakłócanie porządku i przekierowywanie wszystkich możliwych reklam na polskie komputery. Ilekroć zacznę od wrzucania owych wpisów do kosza to już później nie mam siły na nic. Jest to bardzo żmudna praca.

I to byłoby na tyle NARA!!

Poczta Polska.

Dostałam awizo i musiałam wybrać się na Pocztę, na Pocztę na którą chodziłam przez 60 lat. Od 1963r. do dziś należę do tej samej Poczty. Jak wprowadziłam się do DPSu zleciłam odbiór przesyłek poleconych administracji Domu; jednak bardzo szybko z tego się wycofałam ponieważ każdy list był otwierany i to bez skrupułów rozrywany. Fakt, wówczas prowadziłam ożywioną korespondencję a taka forma wglądu w nią była dla mnie obrzydliwa dlatego złożyłam pisemną prośbę o nie odbieranie mojej korespondencji przez administrację Domu. Wówczas była to prosta sprawa ponieważ listonosz przychodził do naszych pokoi, od czasu covidu listonosz po naszym Domu nie chodzi, także na pocztę musiałam wybrać się sama. Szok, to co zobaczyłam to nie była Poczta Polska tylko jakiś sklep wielobranżowy. Towaru w tym sklepie tyle , że nie mogłam dojść do okienka ze swoim chodzikiem. Kiedyś piękny hall ze stolikami i krzesłami dzisiaj musiałam uważać żeby poruszając się nie pozrzucać towaru z półek czy wieszaków. W każdym razie po powrocie z Poczty wycofałam pismo zabraniające odbioru mojej korespondencji, nie chcę oglądać nie miłych widoków niszczących wspomnienia., ale i takiego chamstwa jak otwieranie listów, już u nas nie ma. A korespondencja po którą się wybrałam dotyczyła odpłatności za mój pobyt w DPSie. No to teraz usiądźcie wygodnie bo jak przeczytacie ile kosztuje pobyt w takim Domu to się przewrócicie. UWAGA – 6 636 zł. miesięcznie. Ja rozumiem wszystko kosztuje ale aż tyle. Do takiej ceny doprowadzili rozrzutni dyrektorzy DPSów. Na pewno można było oszczędniej. Oto przykład: na zebraniu poruszamy temat niepotrzebnego przychodzenia do pracy na godzinę 7.30 przez pięć pracownic, co słyszymy w odpowiedzi P. Dyrektor – przecież zanim rozpoczną pracę muszą zjeść śniadanie, muszą się przebrać. A więc nie dość, że nie pracują to jeszcze im się płaci za zjedzenie śniadania. Każda z tych osób rozpoczyna pracę o godzinie 9.00 tak więc półtorej godziny ( koszt zaniżony ) mniej więcej 30 zł x 5 osób = 150 zł. x 25 dni daje nam 3750 zł. wyrzucone w błoto. UWAGA – ci co rozpoczynają pracę od śniadania, zjedzcie je w domu a DPS zaoszczędzi i to nie mało. Druga rzecz – ” w ramach oszczędności” Dyrekcja naszego Domu zgłosiła rezygnację z korzystania z autobusu miejskiego który podjeżdżał w okolice naszego Domu cztery razy dziennie, teraz do miasta wozi nas nasz samochód służbowy. Jakby tak jeszcze poszperać głębiej znalazłoby się jeszcze kilka tysięcy oszczędności.

Z innej beczki – dzisiaj ogłoszono próbę alarmu przeciwpożarowego, tak więc postanowiłam sprawdzić jak ewentualnie wyglądałaby ewakuacja. Organizatorzy tego próbnego alarmu zaplanowali, że pożar będzie tylko w jednej części budynku, tak więc wystarczy jak mieszkańcy się przemieszczą w część nie objętą pożarem. Bardzo optymistyczna wersja. Poinformowano nas, że do wind w czasie pożaru nie będzie można wchodzić. Mam to szczęście, że nie daleko mojego pokoju jest wyjście ewakuacyjne z budynku. Niestety nie zbyt przydatne, a mianowicie: na moim korytarzu jest jedenastu mieszkańców z tego tylko cztery osoby chodzą z trudem ale samodzielnie pozostałych siedmioro korzysta z chodzików albo jeżdżą na wózkach i te osoby wyjadą z budynku i natychmiast utkną wszyscy na jednym metrze kwadratowym ponieważ droga jest nie przejezdna, za wąska i zanieczyszczona. Tak to się u nas rządzi, wszystko jest na pokaz, przed budynkiem może być za budynkiem nie daj Boże. Sprawdzając drogę ewakuacyjną za budynkiem zobaczyłam teren byłych ogrodów należących swego czasu do mieszkańców bloku mieszczącego się przy naszym DPSie z których P. Dyrektor wysiudała właścicieli ponieważ dopatrzyła się, że ogrody są na terenie należącym do DPS. i w ten sposób piękne, bujne w roślinność ogrody, okolone pięknymi schodami i ogrodzone płotem sięgającym lasu zamieniły się w niedostępny i zrujnowany busz. A można było dogadać się z właścicielami ogrodów i pobierać jakąś opłatę, byłby zysk dla DPSu a nie strata i to bardzo bolesna właścicieli ogrodów.

To byłoby na tyle NARA !!

Śpiewanie zaczyna przeszkadzać…

W poprzednim wpisie napisałam, że muzyka w nasze sobotnie śpiewanie będzie teraz należała do Andrzeja; .niestety tak nie będzie. Ludzie przywykli do muzyki podawanej przeze mnie i do moich zdecydowanych akcentów w każdej frazie. Żeby akcentować frazę trzeba chociaż raz przesłuchać utwór, a ja niestety tych aranżacji nie znałam, wycofałam się więc z pomocy w śpiewaniu, ludzie się gubili i przestali śpiewać. Żeby po spotkaniu zostało miłe wspomnienie poprosiłam Andrzeja żeby puścił dobrze znane piosenki. Także wracamy do sprawdzonej formy muzycznej. Stara prababcia jeszcze nie może przekazać pałeczki, zawiodłabym naszych śpiewających, a w sobotę 8 VI było nas ponad 30 osób. Po za tym nie przestanę prowadzenia tych spotkań ze względu na powstałą złośliwą ” konkurencję „. ( rywalizacja to moja specjalność ). Otóż pan NIKT ubzdurał sobie, że stworzy śpiewającą konkurencję kościelną. Raptem codziennie o godzinie 10 ludzie spotykają się w kościele żeby pośpiewać, albo pomodlić się, nawet w sobotę. W sobotę nigdy nic się działo dlatego właśnie na realizację swoich pomysłów wybierałam zawsze sobotę. Życzę im wszystkiego najlepszego, tylko całkiem niepotrzebne są kierowane pod moim adresem bardzo brzydkie . złośliwości. W tę sobotę spotkaliśmy się w stołówce nie na sali widowiskowej, zajęcia prowadził Andrzej który grając lubi sobie pofolgować. Jak Andrzej zaczął grać ja byłam jeszcze w swoim pokoju. Idąc korytarzem do stołówki dopadła mnie Ania i zaczęła wrzaskiem ubliżać mi. Przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi, a ona wykrzykiwała – od tego hałasu głowa puchnie. Aniu, czy ja idąc krzyczę, o co chodzi, dlaczego mnie atakujesz. Nie słyszysz tej przeraźliwie głośnej muzyki – krzyknęła. Owszem może głośnej ale nie przeraźliwie. Jakaś ty wrażliwa – odpowiedziałam. Słyszy muzykę z pomieszczenia w którym mnie nie ma a atakuje mnie i to bardzo brzydko, czego po niej nigdy nie spodziewałabym się. Nie może zaatakować Andrzeja bo on zalicza się do grupy kościelnej, jeszcze się obrazi i nie będzie grał w kościele, a mnie można zbesztać do woli nawet za dobrą robotę. Czyli, że wraca stare. A już myślałam, że atmosfera jest czysta. I tak długo mnie znosili – śpiewamy już 9 miesięcy a atak nastąpił dopiero teraz. Jak prowadziłam radio to atakowano mnie od pierwszego dnia a wytrzymałam ponad trzy lata. Dopiero jak do moich wrogów dołączyła P. Dyrektor to się wycofałam. Człowiek zupełnie sam nie zdziała niczego – teraz nie jestem sama.

Niestety u nas nigdy nie będzie czystej atmosfery ponieważ zanieczyszcza ją sama Pani Dyrektor. Otóż, Pani Dyrektor prowadzi literackie spotkania z wybranymi mieszkańcami. Do wybrańców należą ci którzy nigdy i w niczym nie będą mieli innego zdania od Pani Dyrektor, nawet w recenzowaniu wiersza. Wybiera tych ludzi terapeutka – Kasia ; po prostu daje im imienne zaproszenia, jeśli któraś z tych osób będzie miała na takim spotkaniu, przeciwne zdanie od Pani Dyrektor więcej zaproszenia nie dostanie. Dziwię się bardzo po co ci ludzie tam przychodzą. Na ogół z osobami uczestniczącymi w takich spotkaniach jestem w miłych stosunkach. Często słyszę od nich pytanie – dlaczego nie dołączam do nich. Opowiadają mi co Pani Dyrektor przygotowała, chwalą jej przygotowanie do tematu które kończy niby prowokacją do dyskusji, jednak już wszyscy wiedzą o co chodzi w tej niby dyskusji. Wierzę, że tak jest ponieważ pierwszym jej stworem, zaraz po podjęciu u nas szefostwa było stworzenie cenzury, co w konsekwencji doprowadziło do upadku naszego kwartalnika pisanego od początku do końca przez samych mieszkańców. Teraz niby taki kwartalnik jest ale jest to po prostu kronika wydarzeń pisana w samych ochach i achach nad działalnością w naszym Domu. Czyli, że wszystko musi łechtać wolę P. Dyrektor. Jak szanowna P. Dyrektor pokazywała co potrafi i czego oczekuje po swoim chlubnym stanowisku opisuję na swoim blogu już w maju 2017r. w Części II rozdział 8, 9, 12, 13, 14 i w Części III strona 1. Tylko przez dwa pierwsze tygodnie swojej pracy była normalnym człowiekiem, już po dwóch tygodniach zaczęła przechodzić przeobrażenie i w tej przemianie na gorsze pozostała. Żeby P. Dyrektor istotnie organizowała spotkania literackie bez żadnych podtekstów to nie potrzebne byłyby zaproszenia z wyjaśnieniem, że to wyłącznie dla czytelników naszej biblioteki. Że to niby takie forum dyskusyjne. Na pewno kilka osób przyszłoby z ciekawości, żeby posłuchać; może w ten właśnie sposób zachęciłaby P. Dyrektor do czytania książek, albo, tych co źle widzą do słuchania. Mnie się zdaje, że P. Dyrektor przychodzi tylko tam gdzie Ją przywitają w ochach; nasza grupa ludzi śpiewających spotyka się już od 9 miesięcy a P. Dyrektor nie zaszczyciła nas. Zamiast pytać innych co dzieje się w śpiewające soboty proponuję przyjść i posłuchać.

W tygodniu była u nas kontrola. Nie wiem skąd były Panie kontrolerki ani co ich interesowało najbardziej. U mnie były same kontrolerki natomiast u innych osób w towarzystwie P. Kierownik Socjalnej. To nie profesjonalne podejście, nikt nie wypowie się szczerze przy obecnej jakiejkolwiek pracownicy DPSu. Chyba, że o to chodziło. Nie bardzo miałam ochotę na rozmowę, o tej porze zawsze jestem cholernie śpiąca – godz, 14. Spytano mnie czy coś zmieniło się od ostatniej kontroli i czy jestem zadowolona z opieki. Owszem, zmienił się skład pracowników socjalnych i kierownictwo. Poprzednie dwie kierowniczki socjalne to były dwa potwory, które nie powinny były zbliżać się do ludzi a nie nimi niby opiekować się. Obecna P. Kierownik jest życzliwa, pomocna, uczynna i taki sobie dobrała personel, idąc do pań socjalnych człowiek wie, że spotka się z życzliwością, czego nigdy wcześniej w tym Domu nie było, no może była ale fałszywa życzliwość. jak zaczęłam chwalić opiekunki i pokojowe, to kontrolerka przerwała mi mówiąc – poprzednio również chwaliła pani osoby na tych stanowiskach; owszem chwaliłam bo są to osoby najbliżej z nami związane i wszystko o nas wiedzą, także jeżeli ich chwalę to znaczy, że te osoby mają bardzo wysoką wartość i powinny być równie wysoko oceniane. ( W tym temacie zaczyna mieszać siostra przełożona przesuwając opiekunki na różne oddziały ). Najsłabszym ogniwem w naszym Domu jest P. Dyrektor ze swoimi ulubienicami. a jest ich pięć i siostra przełożona, która jakoś nie może odejść na emeryturę, jest niezbędna głównie dzięki swoim znajomościom, bez tych znajomości nasz Dom z tą dyrekcją nie przetrwałby roku. Wszystko zatuszuje starym zwyczajem – jakoś to będzie a po mnie choćby potop. Nie ma Samorządu Mieszkańców, który przecież mógłby coś doradzić, podpowiedzieć. Chyba dyrekcja wychodzi z założenia, że nie warto nikogo słuchać, bo i tak takich działaczy jak byli nasi ostatni Samorządowcy to już nie znajdzie, to było barachło najwyższego sortu – oby nigdy więcej takich działaczy. Mieszkańcy nie mają świetlicy w której mogliby się spotkać bez niczyjej pomocy, tak jak to robią spotykając się na korytarzu przed stołówką gdzie nikt ich dowozić nie musi, dojadą sami. Dlatego w ostatnią sobotę na naszym śpiewającym spotkaniu było aż tyle osób, do stołówki dojadą bez niczyjej pomocy, nie ma przeszkód, przeszkodą jest zakłócanie spokoju pracownikom kuchni.

I to byłoby na tyle NARA !!

Oczy

Minął ten przerażający piątek kiedy to wkłuwano się w moją gałkę oczną; minął zgodnie z powiedzeniem, że strach ma wielkie oczy. Przygotowania do zabiegu były bardzo poważne. Ponownie przeszłam badania, następnie przebrano mnie w kitel, ochraniacze na buty, czepek i zaprowadzono na salę operacyjną. Ułożyłam się odpowiednio na łóżku, na oczy założono siatkę -mapę, którą wydrukowano dzięki tym wszystkim komputerom którymi mnie badano, określające różne warstwy oka. Żeby ta siatka była nieruchoma założono na nią ramki. Powiekę usztywniono odpowiednim uchwytem a leciutkie uderzenie wilgotnego powietrza oznajmiło mi, że oko zostało znieczulone. Następnie Pani Doktor poinformowała mnie, że poczuję dotknięcie, ponieważ musi zaznaczyć miejsce wkłucia. To było takie uczucie dotknięcia miękkiego grafitu ołówka. I to było wszystko co czułam. Za chwilę usłyszałam – i to wszystko, dziękujemy. Od godziny 8 rano szykowano mnie do zabiegu. Ze szpitala wyszłam o godzinie 11 a moje cierpienia zaczęły się o godzinie 12. Miałam wrażenie, że zrobiono coś nie tak bo oko bolało mi sakramencko. Jednak po przespanej nocy ból się wyciszył. Przez całą sobotę miałam oko pełne piasku ale nie bolesne. W niedzielę dokuczało mi cholerne swędzenie oka a w poniedziałek było po wszystkim. Taki proces będę przechodziła co miesiąc, teraz 2 lipca.

Jak pisałam powyżej, w sobotę miałam oczy pełne piasku a sobota to dzień naszego śpiewania. Nie wiem w co kliknęłam w komputerze ale nagle przestał działać kursor. I przez taki drobiazg utknęłam z kierowaniem zajęć. Poprosiłam Andrzeja żeby przejął pałeczkę i on to zrobił. Jak dobrze że są ludzie nie tacy obrażalscy jak ja, tylko puszczający wszystko mimo uszu, tacy jak Andrzej, który pięknie zajął się stroną muzyczną. Mówił co będziemy śpiewać, muzykę ściągał z internetu i wszystko pięknie grało. Ustaliłam z nim, że strona muzyczna to teraz będzie jego broszka. On będzie decydował co śpiewamy. Jeśli będzie to coś nowego to zadbam o to żebyśmy mieli teksty i będę pilnowała żebyśmy śpiewali równo i wszyscy w tej samej tonacji. Bardzo się cieszę, że Andrzej chętnie odciąży mnie; co 50 lat to nie 80; no i te moje oczy, z nimi nie będzie lepiej pomimo zastrzyków, zachowam ten stan jaki jest, a jest kiepściutki.

Napisał do mnie Pan Jerzy, dziękuję, że napisał ale ja jestem nie wiernym Tomaszem – tyle miłych słów, tyle pochwał, że wydaje mi się, że Pan Jerzy pomylił adresata. Żeby pisząc, że mój blog jest źródłem wiedzy, że jest pouczający i taki szczegółowy, poparł jakimś fragmentem przeze mnie napisanym to może i uwierzyłabym ale jak dodał Pan, że niektóre fragmenty są zbyt techniczne to już wiedziałam, że to nie chodzi o mnie. Ale dziękuję za] wpis.

Jeden wieczór przeznaczyłam na wysłuchanie koncertu z Opola. W sumie nie bardzo wiem co to był za koncert; za moich czasów Festiwal w Opolu wyłaniał gwiazdy wśród debiutantów, nagradzał za wykonanie, interpretację, za twórczość.; czyli, że był nagrodzony kompozytor, autor tekstu i wykonawca. Ale to prehistoria. Brałam udział w Festiwalu Opolskim w 1967r. Doszłam do koncertu laureatów. Moja córka 20 lat później, została nagrodzona za interpretację. Koncert który oglądałam był poświęcony pamięci znanemu i bardzo popularnemu kompozytorowi – Januszowi Kondratowiczowi. Myślę, że ów kompozytor zbytnio by się nie cieszył słuchając tych interpretacji. Ucieszyłby się pamięcią o nim ale nie zniekształceniem wprost melodii przez niektórych wykonawców. To był szał improwizacji. Każdy wykonawca popisywał się wręcz improwizacją. Jak robią to dżezmeni to rozumiem ale żeby zniekształcać piękną melodię na koncercie poświęconym kompozytorowi tej melodii – to lekka przesada. Występowały same gwiazdy, tak więc jak Stanisław Soyka po prostu zaśpiewał piosenkę zgodnie z życzeniem kompozytora, to zrobiło mi się miło na sercu. Na zakończenie piosenki Soyka wstawił koroneczkę improwizacyjną, pokazując, że on potrafi tylko, że dzisiaj nie wypada. Poza Soyką bardzo podobała mi się Ania Rusowicz. Do łez wzruszył mnie jej głos identiko jak jej mamy – Ady Rusowicz. Niepowtarzalny, szorstki alt. Reszta wykonawców oburzyła mnie myląc nagminnie tekst i wirując w improwizacji zatracając właściwą melodię. Nie byłabym sobą żebym nie skrytykowała. Taką mam naturę.

I to wszystko – NARA !!

Pan Alzheimer

W komentarzach znalazł się wpis o nie zrozumiałej mojej sympatii do Alojzego. Przecież on był źle wychowany – napisała autorka wpisu. On był bardzo dobrze wychowany. Był grzeczny, uczynny np. o cokolwiek go poprosiłam zawsze mi pomógł, a prosiłam go jak trzeba było przenieść czy podnieść coś ciężkiego. Aluś dostał batonika i zrobił wszystko. W młodości był wice mistrzem obozu socjalistycznego w kulturystyce, a w okresie o którym mowa to był człowiek z chorobą Alzheimera a z tą chorobą bywa różnie. Po za tym, że był grzeczny i uczynny to zasłużył na wielki szacunek ze względu na trwałość poglądów. Wiadomo ta trwałość nie była może świadoma ale w tym czasie 90% mieszkańców odwracała się ode mnie, unikała mnie żeby uniknąć nieprzyjemności ze strony dyrekcji i innych mieszkańców, Aluś trwale darzył mnie sympatią bez względu na okoliczności i ta sympatia była wzajemna. Proszę przeczytać Część II rozdział 15, a zrozumiecie dlaczego Alusia uznałam przyjacielem po wsze czasy. Często na swoim blogu pisałam o ludziach z alzheimerem, czyli, jak u nas mówiono ludzie z Leśnej Chaty, tak nazywała się część budynku przeznaczona właśnie dla ludzi chorych. Darzyłam ich ogromną sympatią i oni to odwzajemniali. Spotykałam się z nimi dosyć często i śpiewaliśmy. To była bardzo rozśpiewana grupa. Ja zapominam się w śpiewie i jeśli piosenka dotknęła mojego serca to ze śpiewem zawsze polecę aż do nieba. I ci ludzie tak właśnie mnie odbierali i lecieli do nieba razem ze mną. Kiedyś prowadziłam z nimi, w naszej kaplicy majowe. Prowadziłam codziennie także wszystkie pieśni mieli w małym palcu i mogli sobie pozwolić na zapomnienie się i uniesienia do nieba. Śpiewaliśmy właśnie Antyfonę – Pod twoją obronę – w wielkim uniesieniu jak jeden z panów wyszedł na środek kaplicy i w pozie wielkiego artysty zaczął śpiewać wokalizę – bez słów a nawet z inną melodią ale ten jego śpiew współbrzmiał z naszym; wyobraźcie sobie, że nikt nie przestał śpiewać, każdy zrozumiał przeżycia tego pana i taki właśnie przekaz. To było coś nadzwyczaj pięknego. To była pasja. Pisałam już o ,tym. Bardzo chciałam się dowiedzieć czegoś o tym panu, aż upilnowałam jego wnuka. Okazało się, że ów pan był baletmistrzem w operze kalifornijskiej ale marzył o tym żeby być śpiewakiem tak więc dał sobie upust w zapomnieniu się i był śpiewakiem choć przez chwilę. A śpiewał bez słów ponieważ polskich pieśni kościelnych nie znał. Innym razem pani Halinka miała wystąpić przed publicznością i śpiewając zapomniała słowa; bez chwili wahania zaczęła zmyślać tekst, który może słownie nie pasował ale idealnie mieścił się we frazie. Ci ludzie wprowadzali mnie w zachwyt i w bardzo trudnych dla mnie czasach w naszym DPSie podtrzymywali mnie na duchu. Jak spotykaliśmy się w parku na spacerze, oni byli ze swoimi rodzinami, to jak zobaczyli mnie to uciekali od swoich rodzin i biegli do mnie ciesząc się, że mnie widzą. Rodziny były zażenowane, nie rozumieli co to za objaw miłości do obcej osoby, zawsze tłumaczyłam, że nie jesteśmy sobie obcy, jesteśmy przyjaciółmi. Mijają lata, już wiele z tych osób nie żyje a ja wspominam ich z ogromną miłością.

We wtorek rano otrzymałam telefon z Przychodni Okulistycznej, że w piątek 31 maja Pan doktor chce mnie widzieć w szpitalu na pierwszym zastrzyku. Ogarnęło mnie i przerażenie i radość. Przerażenie bo to jednak zastrzyk w gałkę oczną a radość, że nie spotykanie szybko Pan Doktor mnie zaprosił. Dopiero w czerwcu miały być wszystkie wyniki badań które miały być wysłane do Komisji Kwalifikacyjnej, a tu ciach i już wszystko załatwione. W niespełna dwa miesiące, od pierwszego telefonu do rejestracji szpitalnej, poprzez badania, do leczenia. U nas wiele osób przyjmuje te zastrzyki, toteż zostałam bardzo dokładnie poinformowana o całym procesie. Bo to będzie proces nie ciach i po zastrzyku. Ponownie przejdę dokładne badanie z kontrastem, zostanę odpowiednio przebrana i zawieziona na salę operacyjną, tam gruntowne przygotowanie, znieczulenie i ciach i po wszystkim. Przez okres trzech miesięcy będę otrzymywała taki zastrzyk raz w miesiącu a później raz na dwa miesiące i tak do końca życia. Tylko dzięki tym zastrzykom będę widziała. Spytałam panią Anię, która przyjmuje te zastrzyki od 7 lat, jak mam się po nich zachowywać. W piątek spokój i odpoczynek – powiedziała Ania. A w sobotę będę mogła śpiewać – spytałam, odpowiedź brzmiała – tak. I o to chodzi, żeby móc śpiewać, słyszeć to co się śpiewa i móc napisać i przeczytać tekst. To mi wystarczy do życia.

Kończę tę pisaninę. Buziaki. NARA!

Wiadomości z kraju i z korytarza.

Długo nie pobyłam uniżona do swoich śpiewaków. Szlak trafił tę uniżoność jak zobaczyłam rozpartego na kanapie Andrzeja który trzymając nogi w górze wszystkim w koło rozkazywał: Basiu choć to się przywitamy, Danusia podaj Gieni śpiewnik, Zygmunt włącz Danusi przedłużacz do kontaktu – aż ty taki nie taki, rusz te swoje cztery litery i podejdź do Basi żeby się z nią przywitać, rozdaj śpiewniki i wyręcz Zygmunta, a przede wszystkim zastanów się, wszyscy ci do których się zwracałeś są o 10, 20 i 30 lat od ciebie starsi. No i czar prysł. Koniec miłości szalonej.

Podsłuchane na korytarzu: pani Madziu ( to opiekunka ) co ta baba robi w mojej łazience? Jaka baba, nikogo w łazience u pana nie ma. Teraz nie ma ale od rana już trzy razy ją widziałem. Oj, chyba się panu coś przywidziało. Minęło około dwóch godzin, idę korytarzem spotykam opiekunkę – nie widziała pani Marianki ? od kilku minut ją szukam. Raptem zapala się światełko alarmowe u pana Gienia. Madzia biegnie i co widzi – Mariankę załatwiającą swoje sprawy u Gienia w łazience. o moje przywidzenie – krzyczy Gieniuś. Różne rzeczy dzieją się z nami na starość. Kiedyś w tym samym pokoju w którym mieszka Gieniuś, mieszkał Alojzy i dla odmiany to on chodził z wizytą do sąsiedniej łazienki. Władzia, do której przychodził Alojzy, przyłapała go kilka razy, a ponieważ wiedziała, że ja go bardzo lubiłam poskarżyła mi się. Pytam więc Alojzego – dlaczego uparcie załatwiasz się w łazience Władzi; a on ze stoickim spokojem – bo nie lubię jak u mnie śmierdzi. Kiedyś, ten sam Aluś długo spacerował po korytarzach i się zmęczył, wszedł do pierwszego lepszego pokoju odpocząć. Mieszkanka tego pokoju była w łazience a jej łóżko aż się prosiło żeby w nim odpocząć, tak więc Alojzy skorzystał z tej zachęty i się zdrzemnął. Obudził go krzyk właścicielki łóżka. Co to było – pytam Alojzego, a on spokojnie – zupełnie nie potrzebny krzyk.

Coś się dzieje z naszą przełożoną, chyba ktoś zwrócił jej uwagę, że nic nie robi, bo zaczęła coś w stylu ni w kijki ni w drewki. Co rusz zmienia rewiry prac opiekunów i pewnie sądzi, że robi coś mądrego. Niestety nie. Zarówno opiekun jak i podopieczny musi kogoś nowego poznawać. Opiekun rozpoczyna pracę nic nie wiedząc o podopiecznym, a podopieczny nie zawsze potrafi określić co się z nim dzieje. Przy zapoznawaniu się z dolegliwościami, zwyczajami i kaprysami podopiecznego, traci się bardzo dużo czasu, którego mają bardzo nie wiele. Od świtu, tylko wejdą do budynku, już przed 6 rano, słyszę bieganinę opiekunek. Muszą się spieszyć żeby do śniadanie uporać się z toaletą swoich podopiecznych. Później rozwożą śniadanie i wpadają w kołowrotek zajęć. Gdzie tu czas na poznawanie się. One wiecznie pędzą. W przeciwieństwie do przełożonej, która idzie sobie na spacer do lasu w godzinach pracy, może sobie na to pozwolić.

A co w wielkim świecie? Idea przewodnia – krzyże w urzędach. Po co dyskutować, zdjąć i tyle. Kiedyś w naszym DPSie krzyże nie mal dekorowały ściany. Jedna z podopiecznych poszła do ówczesnej dyrektorki i zażyczyła sobie żeby i jej krzyż prawosławny powiesić, np. w stołówce. Dyrektorka pomyślała logicznie – albo symbole wszystkich religii albo żadne. Wybrała drugą opcję i w ciągu dnia zlikwidowała wszystkie krzyże w pomieszczeniach ogólnodostępnych. Macie swoje pokoje róbcie w nich co chcecie od innych pomieszczeń, po za kaplicą, wara. Dewotki podyskutowały i ucichły. O sprawach kościelnych krzyczą ci co wszystko robią na pokaz.

Drugi medialny temat to zbyt stabilne życie naszych dzieci – za mało ruchu. Wiadomo, za dużo telefonów i komputerów no i izolacja naszych dzieci od rówieśników. Kiedyś trzepak przyciągał jak magnez towarzystwo. Kto zrobi na nim więcej wygibasów. Skakanka była w centrum zainteresowania na podwórku. Kto szybciej skusi. A skakało się na takich skakankach w pojedynkę, w dwójkę i w trójkę na raz. Tempo przy skakaniu przeróżne i zawsze można było wyło wyłonić mistrza. A klasy, całe chodniki na ulicach były porysowane klasami i samolotami. Dzieciaki wracając ze szkoły przy byle okazji poskakały i całe szczęśliwe wracały do domu, rzucały tornister w kąt, zrobiły sobie pajdę chleba z cukrem skropionym wodą z kranu i hajda na dwór, z którego bardzo trudno było ich się dowołać. To były piękne dni.

I tymi pięknymi wspomnieniami kończę pisaninę. NARA !

Skruszona prababcia

W ostatnim wpisie padło takie zdanie, że chciałabym żeby czytelnicy poznali skruszoną prababcię nie tylko taką wyniosłą jak rajgras francuski – to jest gatunek trawy; owszem jakby tak patrzeć na nią z osobna to trawa ta jest piękna ale to tylko trawa.W moim zaniedbanym ogródku rośnie ten rajgras i przewyższa krzewy, ma ponad metr wysokości i jest taki wyniosły. Wracam jednak do tej skruszonej prababci, wcale nie dziwię się, że panie które organizują jakieś imprezy czy po prostu zajęcia, nie chcą mnie na nich widzieć. Każda z tych pań wie dobrze, że ja widzę tylko wady, niedociągnięcia, żebym tak te wszystkie swoje zastrzeżenia przemilczała, ale nie, ja natychmiast muszę skomentować, albo demonstracyjnie wyjść, jest jeszcze trzecia opcja – nie korzystać z takich zajęć żeby organizatorzy czuli się swobodnie., bez ciężaru krytycznego spojrzenia. Jak sama prowadzę zajęcia np. to sobotnie śpiewanie, to nie ma we mnie wyniosłości, wręcz przeciwnie, jest uniżoność. Jak prowadziłam radio to emanowała ze mnie , a ściślej z aparatu radiowego, miłość do każdego słuchacza. Na każdym kroku słyszałam, że ludzie mój przekaz odbierali bardzo indywidualnie. Uczestnicy sobotnich spotkań słyszą ode mnie same miłe słowa i rewanżują się tym samym. Ostatnio usłyszałam, od człowieka ponad 20 lat młodszego ode mnie , uczestniczącego we wszystkich możliwych zajęciach w naszym Domu, że modli się za mnie codziennie, żebym jak najdłużej miała zdrowie do prowadzenia takich pięknych spotkań. Te spotkania nie są piękne, są po prostu miłe i radosne; ale każdego kto na nie przychodzi łączy jedno – miłość do muzyki..

Jak usłyszałam o tym, że ktoś modli się za moje zdrowie to złapałam się tego jak tonący brzytwy. Wydało mi się to bardzo potrzebne. W zastraszającym tempie tracę wzrok. Zaledwie półtora roku temu zrobiłam sobie okulary, na które poszła cała średnia krajowa a które niestety są już nie wiele przydatne – stanowczo za słabe. Okulistka która wypisała mi te szkła nie popisała się jako specjalista, bo chorobę którą teraz podejrzewa lekarz można było stwierdzić już parę lat temu. Napisałam, że obecny lekarz podejrzewa ponieważ zostałam zaproszona na powtórne badania. Na pierwszych badaniach przeszłam przez naście komputerów – byłam w czterech pokojach w których było po trzy albo i cztery komputery i przez każdy z nich byłam badana. Teraz te wyniki zostaną omówione przez konsylium a ja po tygodniu muszę przyjść ponownie i przejść ostateczne, upewniające badanie. I pomyśleć, że do takiego lekarza trafiłam przez zupełny przypadek, na takie samo skierowanie jak poprzednio. To nasz kierowca wspomniał mi żebym może spróbowała do okulisty w szpitalu ” kolejowym” , bo to i blisko i zawsze to szpital. Udało się, od pierwszego telefonu do rejestracji do przyjęcia mnie w przychodni szpitalnej, minęło zaledwie trzy tygodnie.. Nikt mnie o nic nie pytał tylko wzięto się za drobiazgowe badania. A w Przychodni Wojewódzkiej przy ul. Dworcowej odstawiono lipę, tak jak tam to badano kiedyś u optyka a nie u lekarza specjalisty; i już wszystko wiem – zwyrodnienie siatkówki, ślepota murowana. Jeszcze jedno oko jest jako tako i w związku z tym lekarz wystąpi do komisji kwalifikującej do leczenia zastrzykami w gałkę oczną. Taki zastrzyk jest bardzo drogi ale refundowany, dlatego komisyjnie podejmuje się decyzje, a komisja jest jedna ogólnopolska. Taki zastrzyk nie leczy tylko zatrzymuje dalsze postępowania choroby. Zanim jednak do tego dojdzie to pewnie upłynie kilka miesięcy. Dopiero pod koniec czerwca będą wszystkie wyniki, a ja z dnia na dzień gorzej widzę. Wnuk powiększył mi czcionkę w komputerze a ja i tak zmęczyłam się bardzo pisząc prawie nie widząc, tak więc i z pisania i ze śpiewania pewnie nic nie będzie. A ja głupia modliłam się o głos i co mi z głosu. Sobotnie śpiewanie to przygotowanie tekstów i muzyki, do tego są nie zbędne oczy, a one już są bardzo zmęczone a przy zmęczeniu wszystko pokrywa się pajęczyną. Nie widzę nie tylko druku ale i ludzi.

To byłoby na tyle NARA !