Lektura na święta.

Chyba z miesiąc temu wyraziłam swoją opinię na temat książek autorstwa pani Joanny Chmielewskiej i tak jak czytelnicy jej książek w programie telewizyjnym wychwalali autorkę pod niebiosa tak ja niestety nie. Nie chwaliłam ponieważ bibliotekarka dając mi w ręce kryminał, stwierdziła, że J. Chmielewska jest autorką kryminałów, a ja tego gatunku literackiego nie lubię. Każdy kto mnie zna to wie, że nie lubię kryminałów i romansów, wszystkie inne gatunki mnie interesują. Jako czytelniczka przechodziłam przez różne etapy. Kiedyś, nie zdając sobie sprawy z tego co czytam, chociaż czytałam z zapartym tchem, usłyszałam od bibliotekarki – pani czyta ciężką, męską literaturę. Były to lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Zawstydziłam się trochę tą wypowiedzią i zaczęłam dobierać sobie książki. Przechodziłam przez różne fazy, po za czytaniem tego co lubię trzeba było przeczytać i to o czym się mówiło, bo przecież się bywało. Ten cały wstęp sprowadza się do tego, że chcę podziękować czytelniczce – czytelnikowi mojego bloga podpisującego się ” Ja ” za polecenie mi przeczytania książek autorstwa Joanny Chmielewskiej ale nie kryminałów tylko cyklu dla dzieci i młodzieży. Przeczytałam zaledwie dwie książki z tego cyklu – ” 3/4 sukcesu ” i ” Wszelki wypadek ” i już jestem zachwycona, chciałabym przeczytać je wszystkie. Czytałam z wielkim zainteresowaniem. Kibicowałam bohaterom do których należy nawet pies. Niestety mam kłopot, ponieważ książek tej autorki nie ma w naszej bibliotece. Nie ma ich też w bibliotece przy teatrze. Prośbę moją wysłuchała jedna z opiekunek i obiecała mi, że wybierze się do Wojewódzkiej Biblioteki na Stare Miasto i na pewno zaspokoi mój głód czytelniczy przynosząc oczekiwaną przeze mnie lekturę. Bardzo, bardzo dziękuję za sugestię czytelniczą. —- Niestety pani bibliotekarka, pomimo, że dostała kartkę wyjaśniającą o co mi chodzi, przekazała mi kryminały. Najpierw było długo, długo o niczym, raptem znalazł się trup, a później ten trup zginął. Szukać tego trupa już nie miałam ochoty. Także, jeśli mogłabym prosić czytelnika mojego bloga o podanie mi kilku tytułów z cyklu młodzieżowego to byłabym wdzięczna i z góry dziękuję.

A u nas, o dziwo, przygotowano całkiem sympatyczny program przed wigilijny. Zatytułowano go – Apel Bożonarodzeniowy i przedstawiono ten program w kaplicy. Poszłam żeby zobaczyć co to będzie i szczerze stwierdzam, że było to bardzo ładnie przedstawione słownie i muzycznie narodziny Dzieciątka Jezus. Zaskoczyła mnie umiejętność korzystania z mikrofonu i całkiem sympatyczne śpiewanie. Żeby z naszych to wszystko wykrzesać to trzeba się napracować. GRATULUJĘ ! Dostaliśmy też całkiem bogate prezenty ( kosmetyki ). DZIĘKUJEMY !

Moim kochanym czytelnikom ślę rymowane życzenia: Niechaj Gwiazda Betlejemska radość w sercach wzbudzi. Niech strzeże miłości, dostatku i zdrowia. Niech blaskiem swym grzeje, nadzieją niech łudzi I niesie życzliwość od ludzi do ludzi.

NARA !

Bardzo, bardzo nie bardzo.

Dość silnym echem odbił się mój ostatni wpis i w internecie i na korytarzach naszego Domu. W języku angielskim było kilka wpisów z jednym słowem – gratulacje. Na korytarzu ludzie mnie mijający mówili ściszonym głosem – masz odwagę , tak trzymaj. Były głosy, że nawet za mało skarciłam naszą wierchuszkę. A po dzień dobry Kasi, czyli po burknięciu nie po fałszywych uniżonościach jak zwykle, wiedziałam, że bloga czytała. Tym swoim burknięciem wyraziła oburzenie, że wypominam jej okupowanie kilku pomieszczeń i może nie daj Boże będzie musiała zejść z kanap na krzesła nawet bez tapicerki. Żeby te podnóżki szefowej zostawiły otwarte drzwi dla wszystkich do ” Leśnej chaty ” to może o tym bym nie pisała, ale one po moim wpisie na ten temat miały otwarte drzwi przez trzy dni i przyzwyczajenie wzięło górę. Będę krzyczała głośno o tym, że u nas pracownicy przychodząc do pracy zamykają się na klucz. I będę krzyczała, że z tych dodatkowych pięciu pomieszczeń dyrekcja nie jest wstanie wygospodarować świetlicy dla mieszkańców, a trzy pracownice błąkają się po tych pokojach no i czasem p. dyrektor spotyka się z wybranymi osobami przy kawce i ciasteczkach wyproszonych, ( a osoby te mają zaznaczone – ani słowa o problemach). A jeszcze nie tak dawno korzystało z tych pomieszczeń, codziennie 60 osób – 30 osób korzystających z Leśnej Chaty to byli przywożeni do nas ludzie chorzy na demencję i choroby podobne, przebywali u nas od poniedziałku do piątku w godzinach od 7 do 17 i drugie 30 osób to tak zwany Dzienny Pobyt. Te 60 osób przebywało u nas stale, a teraz w tych pokojach przebywa najwyżej 6 osób na raz i to wówczas ja je opiekunowie przywiozą. Nie długo to i te kilka osób nie będzie mogła skorzystać z zajęć kanapowych, ze względu na bezustanne psucie się wind. Jedna z wind już była naprawiona, podziałała dwa dni i znów jest zepsuta. Ludzie boją się wind a jest ich trzy w budynku i jedna na zewnątrz. Wszystkie stare i ledwie zipią. Jedna z mieszkanek usłyszała, że opłata za pobyt w naszym Domu wcale nie jest taka wysoka, 5600 zł. miesięcznie to tylko wydaje się, że to dużo ale to jest zaledwie 8 zł. na godzinę. Ale te 8 zł. wpływają przez całą dobę – przez 24 godziny od 150 osób. Według moich obliczeń połowa z tego to czysty zysk, to 12 godzin nocnych podczas których pracują tylko 2 osoby. Już dawno słyszałam od naszego kierownictwa, a nawet mam to na piśmie, że swoim blogiem psuję opinię naszemu Domowi. Ja tylko stwierdzam fakty, opinie psuje ten kto nie dba o nic a chwali się w internecie jak to u nas jest pięknie.

Z innej beczki, z beczki leków, które są dla nas tak samo ważne jak jedzenie i rehabilitacja. Leki są drogie i coraz droższe, tak więc jak apteka przysłała do mnie zamiast oryginałów zamienniki bez spytania mnie o zgodę, oburzyłam się na dobre. Leki które przyjmowałam przez długie lata były dobierane przez neurologa i kardiologa wspólnie. Aż wreszcie dawka została idealnie dobrana. Był czas, że apteka zwróciła uwagę naszemu lekarzowi, że przyjmuję dwa leki o tym samym działaniu, a to tak właśnie ma być, ponieważ jeden z leków ma jakąś drobinkę która jest dla mnie niezbędna – ale tym to już apteka się nie zainteresowała tylko lekką ręką zaproponowała zamienniki. Ja je zwróciłam, doświadczona niejednokrotnie przyjęciem nie tego co trzeba. Jeśli leki rozdziela pielęgniarka to chory nawet nie wie co dostaje. Po jakimś czasie zorientuje się i dojdzie do powrotu do swoich leków to niestety za to co przyjął zapłacić musi, nikt nikogo o zdanie nie pyta tylko opłatę potrąca się z depozytów. Pacjent przyjął 2 tabletki ale dostał trzy opakowania to potrąca się jemu za te trzy opakowania. Jeśli dostałabym te zamienniki w jednym opakowaniu to może bym zaryzykowała przyjęciem kilku tabletek. I to jest właśnie brak troski o pensjonariuszy – e tam nic mu się nie stanie jak przyjmie nie to co trzeba i nic mu się nie stanie jak jeszcze za to zapłaci. Ludzie nawet nie wiedzą co przyjmują i za co płacą. Takich trzymających rękę na pulsie odnośnie swoich leków jest tylko kilka osób. Chyba siostra przełożona powinna już odejść na emeryturę razem ze swoją oddaną pielęgniarką, która już ledwie chodzi i nie myśli, że myląc leki truje ludzi., Czas na zmianę.

Ciasteczka.

Na zeszło tygodniowym śpiewającym spotkaniu, padło pytanie – dlaczego nie podaję ciastek ani herbatki. Odpowiedziałam – ponieważ spotkaliśmy się żeby pośpiewać nie łasować. Ale na innych spotkaniach są ciastka – usłyszałam. Na tym spotkaniu niestety nie będzie. Przykro mi, że rozczarowałam. Kochani ja jestem takim samym mieszkańcem tego Domu jak i państwo. Nie dysponuję funduszami na rzeczy zbędne. Na tym swoją wypowiedź na temat łakoci zakończyłam. Nasi mieszkańcy na wszelkie spotkania zajęciowe przychodzili ze względu na kawkę i ciasteczka. Jakby tego nie było to pewnie i zajęć by nie było; tak więc to taki wabik. Trudno nie przyjdą to nie. Mnie chodzi o śpiewanie a ci którym chodzi o ciasteczka najwyżej przychodzić nie będą. ( Przyszli, w tę sobotę było jak zwykle 20 osób ). Odkąd usłyszałam w programie telewizyjnym wypowiedź kierownictwa naszego Domu i żebranie o ciasteczka, kawkę i herbatkę, to w ogóle te ciasteczka nie przeszły by mi przez gardło. Któregoś dnia przyjechały do nas dzieciaki ze szkoły w Dywitach i po za występem artystycznym obdarowywali nas ciasteczkami zakupionymi dzięki zbiórce pieniędzy w swojej szkole i wśród rodziców. Wstyd mi się zrobiło, że coś takiego miało miejsce. Te ciastka powinny być podarowane dzieciom a nie nam. To my powinniśmy pojechać do tych dzieci ze słodyczami. Każdy z nas mieszkających w DPSie ma jakąś emeryturę czy rentę. Ja np. mam małą emeryturę a z tego co mi zostaje po wszystkich potrąceniach stać mnie na zaspakajanie zachcianek. Na utrzymanie nas w Domach Pomocy wpływają ogromne pieniądze, to ponad pięć i pół tysiąca miesięcznie na każdego z nas; dlaczego w jednym Domu stać na zbytki a w drugim nie ? Wiadomo zarządzanie. Często porównuję Dom Opieki Lauretius z nami i słyszę – przecież Laurentius jest domem prywatnym. Odpowiadam – opłaty są takie same a osoba prywatna która założyła taki dom, to zrobiła to żeby zarobić a nie żeby dokładać. Jak nasza poprzednia dyrektorka, po stracie żyły złota jakim był dla niej nasz Dom, zatrudniła się na stanowisku dyrektora w prywatnym Domu Opieki to właściciel tego Domu po zorientowaniu się jak zarządza finansami szybko jej się pozbył. Bo to on miał mieć zyski nie ona. Zarządzaniem takimi Domami powinni zajmować się fachowcy, nie ludzie z przypadku czy z układu. U nas wszystko jest stare i rozsypujące się. Windy psują się nagminnie, więc jakby tak w tym programie telewizyjnym nasze panie poprosiły o części zamienne do wind i ewentualnie fundusze na nie, to byłoby sensowne. To byłaby prośba o pomoc ludziom odciętym od reszty Domu przez zepsutą windę i pomoc personelowi, który musi roznosić posiłki biegając po schodach. Ale prośba o ciasteczka i przyjmowanie tych ciasteczek to trochę nie bardzo.

U nas dużo jest trochę nie bardzo np. nie mamy świetlicy, ludzie na pogaduchy spotykają się na korytarzach, najchętniej przed stołówką; a panie terapeutki zajęciowe korzystają z 8 pomieszczeń. Kiedyś wystarczyło pomieszczenie biblioteczne i sala gdzie klejono i lepiono. Przecież klejono przed południem, a lepiono po południu. Na każde z tych zajęć przychodzą 4 osoby. Kasia prowadziła swoje zajęcia w sali widowiskowej, a teraz mogłaby prowadzić i w sali widowiskowej i w bibliotece. Biblioteka jest wykorzystywana raz w tygodniu przez dwie godziny, w pozostałe dni jest pusta i zamknięta na cztery spusty. Pokój w którym kleją i malują jest zajęty przez podopiecznych przez jedną godzinę dziennie – od 9 do 10′ resztę dnia jest zamknięty. Salka w której lepią w glinie jest zajęta przez mieszkańców po południu przez półtorej godziny, resztę dnia jest zamknięta. A ŚWIETLICY NIE MA. Jak chcemy się spotkać to musimy chodzić, prosić, pytać czy można, załatwiać za każdym razem klucz i później za wszystko odpowiadać. W dni wolne od pracy wszystko jest zamykane na klucz. Zostaje 148 osób bez możliwości spotkania się towarzysko. Od wielu ludzi słyszałam, że ” Leśna Chata ” ( która służy trzem pracownicom do zamykania się przed nami ) to idealne miejsce na ogólnodostępną świetlicę, jest do niej wygodne dojście z obu części naszego ogromnego budynku. Brak świetlicy to dowód na to, że nikt się nami nie opiekuje tylko nas nadzorują. Mam na myśli naszych nadzorców nie opiekunów z zawodu, którzy dwoją się i troją żebyśmy byli zadowolenie.

Inne trochę nie bardzo, to brak dostępu do leków w potrzebach nagłych i niespodziewanych. Ten temat poruszałam na zebraniu, w odpowiedzi usłyszałam od siostry przełożonej, że apteka do nagłej pomocy jest, tylko zapomniała dodać, że jest tylko wówczas jak ona jest w pracy, czyli od poniedziałku do piątku w godzinach od 7 do 15. A propos leków – to dzisiaj ( 10. 12. 2023rr ) miałam niezbity dowód, że naszym pielęgniarkom nie można powierzyć swojego zdrowia. Nie jednokrotnie miałam incydenty z lekarstwami chociaż sama je kupuję, rozdzielam i przyjmuję, z moimi lekami pielęgniarki nie mają nic wspólnego, a jednak… Dzisiaj wyszłam z pokoju o godz. 6, 50 , zamknęłam drzwi na klucz a za wizytówkę, jak zwykle włożyłam kartkę – jestem na spacerniaku. Wróciłam po 45 minutach, wchodzę do pokoju i widzę na komodzie coś nie mojego. – pojemnik z lekami, taki jak mój tylko że biały nie czerwony. Przeraziłam się, że coś się dzieje z moimi oczami. Wzięłam pojemnik podeszłam do okna żeby go obejrzeć dokładnie – czy na prawdę jest biały nie czerwony. Zaglądam do środka – pojemnik pełen leków, a ja swoją porcję leków przyjęłam już o godzinie 6 rano. Szukam swoich leków i pojemniczka, nie ma nigdzie. Wówczas pomyślałam o pielęgniarkach i rzeczywiście to one – obraz i podobieństwo swojej przełożonej nie myślącej w ogóle o zdrowiu podopiecznych, lekceważących swoją pracę. Opiekunka wzięła ten pojemnik z lekami i poszła do dyżurki pielęgniarek, przyniosła mi mój czerwony pojemniczek, który został mi zabrany bezprawnie. Na wszelki wypadek leki które zostały w moim pojemniczku wyrzuciłam – brak zaufania do pielęgniarek.

Następne trochę nie bardzo -wczoraj usłyszałam, już od czwartej osoby, że przez to proszenie o wszystko czują się potwornie źle, to bardzo zaniża poczucie wartości każdego z nas, psuje do cna atmosferę, która i tak jest beznadziejna. To mówią osoby które uważane są za delikatne, kulturalne, ugodowe i biorące udział w życiu Domu. Szefostwo myśli, że te panie są usatysfakcjonowane przebywaniem pod ich nadzorem, niestety tak nie jest i to właśnie dlatego, że jesteśmy pod nadzorem nie pod opieką. Te panie bardzo się dziwią, że ja nie popieram ich złego samopoczucia. Miałam złe samopoczucie i chodziłam ze spuszczoną głową przez 12 lat, chyba wystarczy. Z całego mojego pamiętnika wynika fakt, że nasi nadzorcy nie wywiązują się ze swoich obowiązków należycie. Lekceważą fakt, że panie od wszelkich zajęć zamykają się na klucz przed nami, że terapeutki odpowiedzialne za naszą sprawność fizyczną lekceważą gimnastykę. W naszym Domu wszystko spada na opiekunów i pokojowe, i ewentualnie na pomoc sąsiedzką. Pani dyrektor spotyka się tylko z tymi osobami które ją chwalą, nie słucha cennych uwag, nie zależy jej na dobrym samopoczuciu jej podopiecznych, przecież i tak nic złego nie powiedzą bo nie chcą sprawiać przykrości.

Zrobiło się dużo za dużo tego nie bardzo. Nic to – NARA.

Psychologia.

Od 27 listopada mamy w Rządzie nowego Rzecznika Praw Dziecka, to Monika Horna Cieślak. Pięknie mówiła o swoich dotychczasowych dokonaniach w pracy z dziećmi i młodzieżą i o planach na przyszłość. Mówiła między innymi o konieczności zatrudnienia w każdej szkole psychologa. Mówiła to tak jakby miała stuprocentową pewność, że dobry psycholog zażegnałby wielu nieszczęściom naszych dzieciaków. Dodam od siebie – dobry psycholog czy dobry psychiatra – skąd ich brać; nie chodzi o to że jest ich mało ogólnie, tylko że dobrych, oddanych sprawie jest jak na lekarstwo. Nie raz oglądaliśmy programy telewizyjne jak okrutni potrafią być psychiatrzy w szpitalach dziecięcych. Jak działają psycholodzy w Domach Dziecka, serce się kroi z żalu nad tymi dziećmi, a takich psychiatrów i psychologów niestety jest bardzo wielu. Ich wszystkich wytępiłabym jak zarazę. Przechodząc do swojego podwórka, czyli do naszego DPSu poznałam tu u nas dwie psycholożki. Tak jedna jak i druga zbłaźniły się w moich oczach. Przyszły do mnie ale wyraźnie w imieniu dyrekcji żeby mnie przerobić na ich modłę. Pierwszą poznałam jak jeszcze prowadziłam Radio. Zbliżały się wybory do Samorządu Mieszkańców, notabene już wcześniej ustalono kto ma być wybrany do tego Samorządu niby mieszkańców. Idąc korytarzem spotkałam p. dyrektor i p. psycholog, które poinformowały mnie, że właśnie szły do mnie. To może usiądziemy tu na korytarzu i porozmawiamy – zaproponowała p. dyrektor. Wzięły mnie w środek, ale to było wyraźne wzięcie w dwa ognie, i zaczęły tłumaczyć co mam mówić w swoim programie radiowym na temat wyborów – najlepiej nic. Przypomniałam paniom, że ja prowadzę programy muzyczne i tylko jako dodatek jedna z pań powie wiersz o szlachetności charakterów a ja dodam tylko, że właśnie takich szlachetnych ludzi w poniedziałek będziemy, mam nadzieję wybierać do Samorządu. Obie panie aż krzyknęły – nie proszę tego tematu nie poruszać. To. że dyrektorka chciała mieć ludzi z Samorządu pod swoje zamierzenia – to rozumiem, dla mnie każdy dyrektor to nie człowiek, no powiedzmy prawie każdy, ale żeby pani psycholog – strażniczka moralności i zdrowej psychiki – tak się zachowała to wstyd. Niestety ” kiedy przemawia złoto elokwencja jest bezsilna. To samo, w stu procentach, odnosi się do naszego psychiatry. Drugą p. psycholog poznałam równie w nieciekawych okolicznościach. Opisywałam ich wizyty u mnie na swoim blogu. Przyszła do mnie ze skruszoną miną, taką niby mnie współczującą, a w rzeczywistości przysłano ją do wybadania – co ja na to, że moja ulubiona pracownica została zwolniona z pracy. Rozmowę zaczęła – „współczuję pani, taka strata panią spotkała „. Ja zaczęłam przelatywać myślami co to mnie takiego i kiedy spotkało. Do głowy mi przyszła utrata mojego psa 6 lat wcześniej, nic innego nie przyszło mi do głowy. Patrzę na nią pytająco, a ona na to – no, Anię zwolniono z pracy. To strata dla naszego DPS u i dla bardzo wielu mieszkańców nie tylko dla mnie – powiedziałam. Przyszła do nas nowicjuszka w zawodzie a zwolniono fachowca bardzo chętnego do pracy. Mnie jest po prostu wstyd, ponieważ dobrze wiedziałam, że zwolniono ją żeby zrobić przykrość dla mnie, a ta wizyta tylko to potwierdziła. Innym razem, ta sama psycholog, puka do drzwi i cała w skowronkach oznajmia – przyprowadziłam pani gościa. Moim zdaniem to był potworny niewypał ze strony p. psycholog. Jesteśmy starymi i chorymi ludźmi i różnie z nami bywa, najpierw należało się upewnić czy ja chcę przyjmować gości. Przyprowadziła do mnie faceta z którym ostatni raz rozmawiałam 50 lat temu. Z którym jak mijałam się na ulicy to przez 50 lat nie mówił mi dzień dobry. Jak by wcześniej spytała mnie czy chcę go widzieć powiedziałabym, że nie, nie znam gościa. I to są wykształceni ludzie, którzy mają za zadanie kierować naszą psychiką. A jeśli chodzi o dzieci to wręcz tę psychikę formować. To jest po prostu kpina. Najpierw trzeba by dobrze przetrzepać psychikę tych psychologów a później pozwolić im zbliżyć się do dzieci.

To byłoby na tyle – NARA !

Starcie drugie.

Po nie udanym pojedynku ze mną, pan NIKT postanowił się odgryźć, a gdzie czuje się jak wielkorządca ? – wiadomo w kościele. Któregoś dnia spotkałam na korytarzu panią która ni z tego ni z owego, zaprosiła mnie na mszę do naszego kościółka. To zaproszenie brzmiało bardzo poważnie to ze śmiechem spytałam czy mogę przyjść z osobą towarzyszącą. Owa pani szybciutko zaskoczyła, że to zaproszenie wzięłam za żart i już z uśmiechem dodała, że bardzo prosi żebym przyszła bo będzie to msza za jej rodzinę, a pani tak pięknie śpiewa – dodała. Tak więc odmówić nie wypadało i razem z Krysią stawiłam się w kościele. Wjechałam Krysinym wózkiem aż tu pan NIKT natychmiast ten wózek ode mnie przejął i ustawił go według swojego widzi mi się. Porządek musi być. Usiadłam w kąciku za filarem a za chwilę dosiadła się pani która mnie na tę mszę zaprosiła. Z powagą wysłuchałam Słowa Bożego i z przerażeniem je skomentowałam jednym zdaniem, na ucho pani przy której siedziałam. Powiedziałam tylko – Boże jakie to niesprawiedliwe, krzywdzić nieporadnego człowieka. Owa pani podjęła temat i dodała, że jest tego samego zdania. Pan NIKT musiał mieć swoje ucho nastawione na mnie bo natychmiast znalazł się przy nas i zaczął mnie besztać, że jeśli nie umiem zachować się w kościele to powinnam wyjść i pokazał mi gdzie są drzwi. Spojrzałam na niego z ironicznym uśmiechem, owa pani również. Pan NIKT odszedł. Nie wiem czy poczuł się zwycięzcą czy przegranym. Ja podczas tej mszy upewniłam się, że do naszego kościoła chodzić nie warto, nie ze względu na pana NIKT bo on mi wisi i powiewa ale z powodu nudy. Msza była potwornie nudna. Ksiądz podczas kazania chyba usypia sam i usypia innych. Od czasu do czasu powie coś głośniej a za chwilę nic go nie słychać. Pod koniec mszy były wypominki za zmarłych. Wymienionych zostało chyba kilkuset zmarłych, ( Krysia pytała z przerażeniem – czy on pozbierał tych zmarłych z całego województwa ), w każdym razie 6 razy po kilkadziesiąt, tak jak różaniec. To był koszmar, nuda i nijakość. Nie wiem czy ktokolwiek czuł się usatysfakcjonowany tempem wymiany imion i nazwisk zmarłych bo to była maszynka mieląca te nazwiska. W każdym razie po wyjściu z kościoła pani która mnie zaprosiła przepraszała za te nudy, ja przepraszałam swoją osobę towarzyszącą i obie postanowiłyśmy, że kościół będzie najwyżej raz na rok albo i to nie. Żeby taki młody ksiądz był aż tak nudny, to nieprawdopodobne – stwierdziła Krysia. Na zakończenie mszy okazało się, że panują w naszej kaplicy dziwne zwyczaje, otóż jedna z pań obchodziła urodziny i w związku z tym postanowiła ugościć zebranych ptasim mleczkiem. Częstowaniem zajął się pan NIKT i ksiądz. Już wyjeżdżałam z wózkiem Krysi jak podbiegł do nas pan NIKT i poczęstował demonstracyjnie tylko Krysię. Zobaczył to ksiądz i natychmiast podszedł do mnie z poczęstunkiem. No czyż nie dziecinada ? Mina księdza była bardzo wymowna, przepraszająca za nietakt pana NIKT i wdzięczna, że przyszłam do kościoła. Zrobiło mi się głupio. Przed chwilą postanawiałam z Krysią, że do naszego kościoła chodzić nie będę a patrząc na księdza minę, chyba jednak będę. Ta jego mina przepraszająco, błagająca – przychodź do nas.

Dostałam dwa komentarze dotyczące naszego życia w DPS, – jeden dotyczył gimnastyki, a drugi tego mojego szczęścia i niby braku rozumu obu pań dyrektorek. Zarzucacie mi, że nie tak dawno chwaliłam Asię – fizjoterapeutkę a teraz ją ganię. Przyznaję, że całkowicie zmieniłam zdanie o Asi. Albo zbyt szybko się zestarzała, albo przy niej misi być ktoś kto ją mobilizuje do pracy bo sama z siebie to już ona nic nie daje. Najchętniej siedzi w kantorku a ludzie ” zainstalowani ” do różnych urządzeń ćwiczą albo i nie, Ją to nie interesuje. Gimnastyka ogólna nie obchodzi ją, to jest dla niej zło konieczne. Ona nie zachęca do niej tylko wręcz odwrotnie zniechęca. Także oficjalnie informuję – tak jak przyszłam do naszego DPS w roku 2001 ze względu na gimnastykę prowadzoną przez Ninę i Olę, tak teraz po 22 latach ćwiczyć nie będę, chyba że dyrekcja zatrudni kogoś pełnego zapału do pracy.

Drugi temat wyrażał oburzenie, że podejrzewałam o brak mądrości w obu paniach dyrektorkach, – to z wpisu szczęście. Ponieważ obie panie dyrektorki nękały mnie przez całe lata, jedna strasząc sądem za prowadzenie bloga. Obie skarżyły na mnie do Prezydenta Miasta a Prezydent w odwecie straszył mnie zamiast ich. Chociaż poprzednią to trochę postraszył a obecnej to chyba sam się boi. Cały czas byłam pewna, że panie dyrektorki nękają mnie faktycznie za tego mojego bloga, więc wystarczyłoby wysilić trochę móżdżek i dać prababci pole do popisu i sprawa byłaby załatwiona. I na tej właśnie podstawie zakładałam, że rozumu brak, skoro nie wpadły na ten pomysł. Ale one nękały mnie dla samego nękania tak więc olałam owe panie i bloga prowadzę już 7 lat a dyrekcji chyba obrzydło nękanie, nie wiem.

Nasza śpiewająca sobota hula na całego. Dzisiaj była pełna sala chętnych do śpiewania.

NARA !

Sobotnie śpiewania.

Podczas naszego sobotniego śpiewania doszło do pewnego incydentu ze strony pana NIKT. Świadomość, że ja coś robię i to z grupą ludzi, wstrząsnęła nim dogłębnie i postanowił pokazać mi co ja znaczę wobec niego – nic. W kościele musiało być mniej ludzi niż się spodziewano a na tablicy ogłoszeń widniał afisz informujący o naszym śpiewającym spotkaniu, także pan NIKT wparował na salę widowiskową i od progu, podniesionym głosem zabełkotał – w kościele jest uroczysta msza z okazji Dnia Niepodległości a państwo tu, jak gdyby nigdy nic, śpiewają sobie. Zapraszam ze mną do kościoła. Ale to zapraszam zabrzmiało jak żądanie natychmiastowego pójścia z nim. Ponieważ nikt nawet nie drgnął, ponowił swój apel, ze zdziwieniem w głosie, że jak to tak, nie pójdziecie za mną. Odpowiedziałam mu swoim mocnym głosem z super dykcją – idź waść wstydu oszczędź. Do mnie dołączył jeden z panów i pan NIKT wyszedł. To był pojedynek ze mną, który przegrał. Broń Boże nie chciałam niczego zrobić wbrew kościołowi. Jeszcze w piątek pytałam pracowników – czy jutro coś będzie się działo w związku ze świętem niepodległości, od każdego słyszałam jednakową odpowiedź – nie, nic nie będzie się działo. Poszłam do terapeutki od rozrywki i swoją rozmowę zaczęłam od słów: mam do pani kilka pytań, ale wszystko zależy od odpowiedzi na pytanie pierwsze – czy jutro będzie coś w związku z dniem niepodległości. Musiałam się upewnić, bo na prawdę nie chciało mi się wierzyć, że w takie święto nie będzie żadnego akcentu na tę okoliczność. Odpowiedź brzmiała nie. Co roku to właśnie w kościele obchodzono święta narodowe a w tym roku nic ? W sumie ucieszyłam się, że coś zrobię i z czystym sumieniem przystąpiłam do działania, a tu zderzenie z panem NIKT. Cieszę się, że pan NIKT dostał po nosie, ma na swoim punkcie przewrócone w głowie.

W dzisiejszą sobotę – 18 XI, śpiewanie przeszło bez zakłóceń. Wydarzyła się jednak ciekawostka biologiczna – pan, który w ubiegłym tygodniu uroczyście obchodził wkroczenie w setną rocznicę swoich urodzin, pokazał nam jak się należy bawić – prosił nasze panie do tańca i śpiewał razem z nami. Jak dodam do tego, że to jest elegancki pan który może się podobać to tylko pozazdrościć takiego samopoczucia. Na prośbę opiekunek musiałam zmienić czas naszych spotkań, ponieważ są osoby chętne do skorzystania ze śpiewających spotkań ale osoby te trzeba przygotować do wyjścia i ewentualnie przywieźć na salę, a opiekunki niestety nie wyrabiają się z robotą – w sobotę jest jedna opiekunka na średnio 30 – 40 osób.

I to byłoby tyle – NARA!

Szczęście !

Każdy ma jakiś pogląd na to swoje szczęście, jeden chce więcej drugi mniej. Oczywiście te zachcianki i odczucia szczęścia zależą od sytuacji, samopoczucia, a przede wszystkim od wieku. Jeśli chodzi o mnie to aż sama się dziwię, że mnie do szczęścia brakowała tylko tycia iskierka – możliwość zrobienia czegokolwiek dla innych artystycznie. Np. przygotowanie spotkania ze śpiewem. To śpiewanie miało miejsce w sobotę a już na kilka dni przed tą sobotą i na bardzo długo jeszcze po, byłam szczęśliwa. Coś jednak z mądrości miały obie dyrektorki naszego DPSu choć ja sądziłam, że nic a nic; no bo jak można stawać do walki z osobą znacznie słabszą od siebie, samotną i zupełnie bezbronną, mając za sobą cały sztab ludzi, przecież to wstyd; a jeszcze z nią przegrać to już kompromitacja na całego, ale tak bardzo chciały mnie zgnębić, że łapały się wszystkiego a w pierwszym rzędzie odcięły mnie od jakiejkolwiek działalności. Dobrze wiedziały, że jak coś robię to z wielką starannością. Tym razem, o dziwo, od pomysłu do jego realizacji, wszystko było na tak. Pisałam nie tak dawno, że kilka pań, konkretnie pięć, zechciały się spotkać żeby sobie pośpiewać a ja obiecałam pomoc. Przygotowałam teksty na pendraifie i muzykę do nich na płytach. Do wydruku tekstów i ewentualnej rezerwacji sali zaangażowałam panią Krysię. Nie chciałam żeby to było, że to ja tego chcę, to taka asekuracja jakby zechciano mi odmówić. Owa pani – Krysia wszystko załatwiła i zgłosiła mi wykonanie zadania. A tu afront, dwie panie z pięciu są chore. Zostałyśmy tylko trzy – co robić? Tyle zachodu i klapa ? Trudno, spotkamy się o godz. 10 i będziemy śpiewać przy otwartych drzwiach to może ktoś usłyszy i dołączy. Jest sobota, godzina 9, 30 pukanie do moich drzwi – pani Danusiu, pod salą widowiskową czekają na panią. Miałam klucz od sali, szybko spakowałam komputer, głośniki, płyty i teksty, na chodzik i do przodu. Okazało się, że to śpiewanie było wpisane do raportu dziennego z uwagą żeby pomóc w dotarciu na salę osobom tego wymagającym. Szkoda wielka, że tego wpisu nie zrobiły panie z Działu Socjalnego tylko po prostu jedna z opiekunek która o tym śpiewaniu dowiedziała się pocztą pantoflową, a dobrze wie, że śpiew to terapia. W sumie było nas dwudziestka, która rozśpiewała się na całego. Bezustannie padało sakramentalne pytanie – kiedy znów. Ktoś na głos wyraził swoją opinię – no nareszcie powstała alternatywa dla kościoła. Było kilka osób, które zamiast do kościoła, w którym miał być różaniec przyszły pośpiewać. Nie chcą modląc się czekać na śmierć, a mnie to cieszy, bo bez porównania lepiej jest przejść przez granicę życia śpiewająco. Dzisiaj jest niedziela a ja ciągle słyszę – to była dobra robota, mogłaby pani robić powtórki. No i jestem szczęśliwa. Już szykuję się na dzień niepodległości. Będzie głośno – taka pobudka. Już mam dokładny plan spotkania. Jako że sobota przypada na dzień 11 listopada a jest to dzień powagi i szacunku dla tych którzy polegli walcząc o tę naszą niepodległość, to Jan Pietrzak zacznie, oczywiście po moim wprowadzeniu, od piosenki – Żeby Polska była Polską. Później przypomnę jak powstał HYMN i że będzie jego narodowe śpiewanie o godzinie 12 a my zaśpiewamy ROTĘ, pieśń która rywalizowała w konkursie na pełnienie honorów Hymnu Narodowego z Mazurkiem Dąbrowskiego. Obowiązkowo musi wybrzmieć – Pierwsza Brygada i wspomnienie o mistrzowskiej taktyce wojennej Marszałka Piłsudskiego. Dalej trzy pieśni o wojnie i ułanach, w tym jedna w wykonaniu naszego współmieszkańca, na zasadzie, że śpiewać każdy może. Dalej będziemy śpiewać, do oporu, ludowe piosenki z płyty – Echa Ojczyzny. Te piosenki znają wszyscy także rozśpiewają się na całego.

N A R A !!

Wszyscy Święci balują w niebie,

złoty sypie się kurz… , przy grobach moich najbliższych sypią się złote listeczki z brzozy. Jest ich bardzo dużo bo moje trzy groby rodzinne, są obok siebie i są pod trzema brzozami. Takie miejsce wybrała moja mama jeszcze za życia, a ponieważ wówczas już nie żył mój tatuś i brat, to mama ekshumowała ich w to właśnie miejsce. Każdy grób ma podwójną głębokość, a jeden to nawet potrójną, i te głębokości już są zapełniane; zostało już tylko jedno miejsce dla mnie. Ci Święci balują a my w związku z tym musimy zadbać o wystrój ich grobów, bo jeśli zechcą wpaść w to miejsce, a wpadną na pewno, to ono musi się ładnie prezentować. Jeszcze nie tak dawno przychodziłyśmy my – cztery siostry ze swoimi dziećmi, później wnukami. Jedna z sióstr ciągle mnie denerwowała bo przestawiała kwiaty które ja rozstawiałam tak żeby dawały estetyczny ogólny wygląd trzech grobów, a ona uważała, że jeśli ktoś postawił w to a nie inne miejsce to tak ma być. I to tłumaczyła swojej jedynej córce – nie słuchaj ciotki, ma być tak i tak. Niestety, tymi grobami zajmuje się tylko ta właśnie ciotka. Córka owej siostry nie żyje, nie żyje też jej ukochana wnuczka ( to Marcysia, która prowadziła u nas przez wiele lat sklepik, a zmarła w czasie covidu ) ich groby jak i pozostałych członków mojej rodziny, są zupełnie w innych miejscach. Reszta żyjącej rodziny wpada tylko z wizytą w dzień zaduszny ze zniczem i kwiatkami. Ja respektuję zalecenia mojej siostry odnośnie ustawienia kwiatów i zniczy, niech ma tak jak chciała. A po balu stara ciotka Danka musi to posprzątać. Groby moich najbliższych są już przygotowane na bal. Jest czyściutko i kwieciście. Dobrze, że są znicze które palą się przez pięć dni, takie właśnie kupiłam i zapaliłam już 30 października, bo w to miejsce przyjdę dopiero 10 listopada, żeby przygotować groby, zwłaszcza grób mojego ułana – taty, na Dzień Niepodległości, o którą mój ukochany ułan walczył od 16 roku życia; tydzień później przyjdę żeby wszystko posprzątać. I aż do wiosny.

Po drugiej stronie głównej alejki, nie daleko grobów moich rodziców, jest grób Edzia – lowelasa za życia, bawidamka i podrywacza, zarywającego wszystko co chodzi oprócz zegarków, jak mówiła moja koleżanka o swoim mężu. Piszę o nim dlatego, że Edziu przychodził do nas na pobyt dzienny i tak go właśnie poznałam. Ponieważ i on i ja przychodziliśmy do DPSu z psami, to po obiedzie szliśmy na długi spacer do lasu. Edziuś szybko się zorientował, że dla mnie może być tylko kolegą. Nie pomogły fotografie z Edziusiem pięknym i młodym na plaży czy motocyklu, ani opowiadania jak to łatwo mu szło uwodzenie kobiet. Ale opowiadania o jego podrywach rozbawiały mnie do łez. On opowiadał to z taką szczerością, że ręce opadały. Edziuś był wdowcem, tak że jak szłam na cmentarz to on też szedł ze mną na grób żony. Dziwny to grób, jego żona jest pochowana razem ze swoją siostrą i szwagrem. Oj, coś mi się widzi, że żona nie chciała być pochowana razem z tobą – mówię, tu nie ma miejsca dla ciebie, zgadłam? Zgadłaś. Czyli, że byłeś całe życie takie ladaco-pytam. Byłem. Dla mnie – Edziuś jako kolega był super. Poreperował mi w domu wszystko co tej naprawy wymagało, a nawet , porobił mi tapicerkę na taboretach, jak byłam chora to zabierał mojego psa na spacery, a ja mu w zamian piekłam ciasta; za te dobrodziejstwa Edziuś przedstawiał mi swoje miłosne zdobycze. Dlaczego o tym piszę? Bo przez taką zdobycz pozbył się życia. Na jego pogrzebie ja byłam a jego ostatniej wielkiej miłości nie było. Jak do mnie z NIĄ przyszedł, mnie zamurowało – piękna zadbana kobieta młodsza od niego około 30 lat. Już w przedpokoju mojego mieszkania, dumnie oznajmił – to jest moja ukochana. Oszacowałam ich spojrzeniem i bez pardonu powiedziałam, stańcie oboje przed lustrem i popatrzcie na siebie. Edziuś nie dostrzegł nic nie stosownego. Nie widzisz, że w ogóle do siebie nie pasujecie. Ona czyściutka i jak laleczka śliczna i zadbana a ty przy niej jak niedomyty dziadek, więc nie uwierzę, że to obustronne zauroczenie. Okazało się, że owa pani miała pod opieką czterech takich panów jak Edziuś i męża w zanadrzu. Przychodziła do nich niby do pomocy ale tak potrafiła oczarować, że żaden z panów nie pozwolił jej cokolwiek robić. Panowie wypłacali jej pensje z premiami, zabierali na spacery, do kawiarni. Jak już spoufalenie było znaczne to do ” pracy” zaczęła przychodzić z sześcioletnią córką. Panowie sądzili, że przyprowadzana córka świadczy o zacieśnianiu więzów, a dla pięknej pani to była obstawa, zabezpieczenie się przed ewentualnymi umizgami. Owa pani postanowiła swoim samotnym panom urządzić Wigilię u siebie w domu, nic nie mówiąc wcześniej, że panów jest czwórka plus mąż, oczywiście każdy z panów musiał tę Wigilię za sponsorować. Spotkali się wszyscy czterej panowie, mąż i córka owej pani przy jednym stole. Wigilia była bogata. Po uczcie Edziuś powiesił się w swojej piwnicy, zostawiając otwarte drzwi i od piwnicy i od mieszkania, żeby być jak najszybciej znaleziony. Musiała to być wielka miłość, albo wielki wstyd, że tak dał się zwieść. Edziuś jest pochowany ze swoimi rodzicami. Taka była jego wola którą spełnił jego jedyny syn.

PS. dziękuję komuś podpisującemu się – Ja – za komentarz do mojego ostatniego wpisu. Już dość dawno ta osoba do mnie nie pisała, także dziękuję, że trwa przy mnie. Piszę bezosobowo ponieważ nie wiem czy to JA to pani czy pan. Zalecenia odsłuchania i przeczytania dopełnię.

N A R A !!

Wybory i po…

Dwa tygodnie temu odbyły się wybory do Sejmu i Senatu naszej Rzeczpospolitej. Było to coś niebywałego. Czy gdziekolwiek były takie wybory w których nie było przegranych. Startowało do wyborów 14 partii i po wyborach wszystkie partie są szczęśliwe. Jedne, że osiągnęły najwyższą liczbę głosów, inne że mimo takiej ilości głosów to oni rządzić nie będą tylko my, ponieważ w sumie jako zjednoczona opozycja stanowimy większość, jeszcze inne, że jesteśmy nową partią i sam fakt, że weszliśmy na listy do Sejmu czy Senatu to już ogromny sukces. Aż miło słuchać, szczęście aż kipi, pomimo to, że zwycięstwo okazało się porażką a porażka obróciła się w nadzieję. Frekwencja również była niebywała bo 74% uprawnionych do głosowania wzięło w nich udział. Kolejki przed lokalami wyborczymi stały nieraz aż do rana, chociaż lokale miały być czynne do godz. 21. Ludzie byli do siebie bardzo mili, jeden drugiemu służył kubkiem gorącej herbaty; no po prostu CUD. Świat przed wyborami i po wyborach to dwa różne światy. Tylko żeby ten nowo uformowany rząd nie zniszczył tej euforii. Jest taka mądrość socjologiczna mówiąca, że dobre czasy stworzą mądrzy i silni ludzie; ale te dobre czasy tworzą słabych ludzi a ci z kolei słabi ludzie tworzą ciężkie czasy. JAKIE TERAZ CZASY NAS CZEKAJĄ ? Na razie wróciło stare, czyli wojna na słowa, jeszcze nie taka jak przed wyborami ale niestety już jest. Koalicjanci krzyczą – czy Prezydent nie umie liczyć, przecież nas wszystkich razem jest 248 posłów. Prezydent na to – to są tylko wasze słowa. Partia ” zwycięska ” ma tylko 194 posłów, ale jest zwycięska itp itd – wojna trwa.

W telewizji trafiłam na program literacki w którym wychwalano pisarkę Joannę Chmielewską: jaka lekkość pióra, jaka finezja, a płodność literacka niebywała. Wstyd mi się zrobiło, że w ogóle nie słyszałam o niej nic a nic. Postanowiłam ją poznać. Pytam Kasię czy ma coś tej autorki u siebie – niestety nie ma nic. Wybrałam się do biblioteki wojewódzkiej na Stare Miasto. Mówię pani bibliotekarce, że nie znam a chciałabym poznać. W odpowiedzi usłyszałam, że J. Ch. pisała kryminały; mina mi zrzedła, wcale się nie dziwię, że jej nie znam. Są to kryminały do śmiechu – mówi bibliotekarka. To już w ogóle nie wiadomo co. Wzięłam książkę zatytułowaną ” Trudny trup „. Na wstępie poznaję pisarkę – ma bardzo bogaty zasób słów. Słowem wręcz żongluje, ale to tylko na początku. Dalej poznaje czytelnika z osobami które występują w tym kryminale. Główne bohaterki to dwie kobiety, scenarzystki zatrudnione w telewizji które chleją piwo za piwem, jedzą śledzie i kiszone ogórki, ( wszystko to czego ja nie lubię ), a ich jedyną rozrywką jest hazard. I to byłoby na tyle. Książka jest o niczym. Prawie 300 stron o niczym. Niestety u mnie wszystko musi mieć sens, musi być po coś. Nie pamiętam jaki to zespół śpiewał -” ta piosenka jest tylko dla pieniędzy” I myślę, że tekst tej piosenki ma większy sens od tej książki, bo w piosence autor przyznaje się po co ją stworzył, a w wypadku tej książki to nie wiadomo o co chodzi , ale ludzie czytają.

Na tablicy ogłoszeń przeczytałam informację, że we wtorek, na naszej sali widowiskowej odbędzie się koncert pani Marty Andrzejczyk. Ponieważ nie znałam pani Marty to ta informacja była dla mnie zbyt enigmatyczna. Nie wiedziałam jaki to koncert, skrzypcowy, fortepianowy, może wiolonczelowy; bo nigdy występu aktora, nawet śpiewającego nie nazwałabym koncertem. Jednak to wszystko nie ważne w porównaniu z tym co zobaczyłam i usłyszałam. Piękna dziewczyna, pięknym anielskim głosem wyśpiewała teatr. Każda jej piosenka, ba nawet każde słowo w tekście było teatrem. Ten anielski głos miał dużą skalę i potęgę jak trzeba było. Byłam zachwycona i to chyba był jednak koncert, dla duszy.

W środę, czekając na sali widowiskowej na projekcję filmu zaczęła się wśród zebranych toczyć rozmowa, ot taka o niczym. Ktoś powiedział dowcip, ktoś coś zamruczał; okazało się, że melodię tego mruczanda zebrane panie znają. Znają i tekst, ale znają go tak jak na starsze panie przystało, coś tam znam, powiedzmy co dziesiąty fragment i ten co dziesiąty fragment złożył się w absolutną całość. Dla mnie to było coś pięknego. Jedna pani zaśpiewała kilka słów, druga natychmiast podchwyciła śpiewając dalej i tak pięć pań, każda po fragmenciku, odtworzyły piosenkę. Wykonawczyniom bardzo się ta zabawa spodobała i postanowiły spotykać się żeby pośpiewać. Obiecałam pomoc, jeśli nikt z dyrekcji mi nie przeszkodzi, to może być całkiem sympatycznie. Wstępnie umówiłyśmy się na soboty, na godzinę 10 w sali widowiskowej. Ale już pierwsza sobota odpada bo coś tam akurat ma się dziać. Odłożyłyśmy to spotkanie na następną sobotę. Może jednak ? A nawiasem mówiąc to film wypłoszył z sali kinomanów; została do końca tylko trójka która przysnęła.

Jak już pisałam, codziennie przed siódmą rano jestem w atrium. Za każdym razem temu spotkaniu towarzyszą mi ptaki. Kiedyś to były kosy, teraz takie maleństwa, mniejsze od wróbelków ale jest ich dużo. Jak przychodzę do atrium, to one jeszcze śpią. Dzisiaj obudziły się 10 minut po siódmej. Jak się budzą to w atrium rozlega się taki głos jak skwierczenie skwarek na patelni i to na bardzo dużej patelni z bardzo dużą ilością skwarek. Dzisiaj w nocy ma być zmiana czasu, jestem bardzo ciekawa o której te skwareczki się obudzą.

N A R A !

Resory…

Resory, wiadomo łagodzą wstrząsy. Jest ciągłe napięcie między mną a dyrekcją Domu, ale jest też resor, który łagodzi tę utajnioną wrogość – to Dział Socjalny na czele ze swoją Panią Kierownik, tyle, że ten resor to wyłącznie panie pracujące w dziale socjalnym, czyli Agatka, Ela i Kasia. One są zawsze życzliwe i chętne do pomocy; natomiast terapeutki podległe działowi socjalnemu, to już gorzej. wprawdzie robią wszystko na uśmiechu, z rzekomą życzliwością, ale to nie ma nic wspólnego z autentykiem. Chcą być uczynne są jednak pod bardzo silną presją pani dyrektor i w sumie są takie same jak ona. Jeszcze nie tak dawno, była kierownik dziełu socjalnego wiodła prim we wszystkich chamstwach, ale Chwała Bogu już jej nie ma. Różnie też ludzie mówią o pani dyrektor, jednak dla mnie to taki buldog z uśmiechem anielicy. Ślepo niszczy wszystko, chociaż wie, że zniszczyła wartościowe rzeczy, ale niszczy dalej. Mój blog , który jest poza jej zasięgiem niszczycielskim, zlikwidowałaby z największą przyjemnością, ale go czyta i stara się naprawić to co ja wytykam jako zło. Stara się, choć jakoś to kiepsko wychodzi ponieważ pracownicy wykonujący jej polecenia przywykli, że nikt nie sprawdza tych wykonań i szybko o wszystkim zapominają. Nie dawno pisałam o wentylacji w windach która powinna działać ze względu na zbyt częste korzystanie z wind przez mieszkańców, przez wywóz śmieci i transport posiłków tą samą windą. Zapachy które są pozostawiane przez korzystających z niej, są i wydzielane i wchłaniane. Tylko przez jeden dzień było mniej więcej tak jak powinno być. Nie było zapachów w windzie, wentylacja działała a śmieci były wywożone dwa razy dziennie, czyli w o połowę mniejszych ilościach i wagowo i zapachowo . TYLKO przez JEDEN DZIEŃ ! Czyli, że można ale po co. Już dwa lata temu pisałam, że windy to roznosiciele zarazków, wpis – windy i bakterie, ale młodzi pracownicy nie jeżdżą windami. Chyba o wszystko u nas trzeba walczyć przez dwa lata, bo właśnie tyle czasu zajęło mi upominanie się o otwarcie drzwi w dolnym pawilonie. W sprawie otwarcia drzwi składałam pisma do pani dyrektor, do naszego pracownika odpowiedzialnego za bezpieczeństwo pracy. Przypominałam o wypadku jakiemu uległa jedna z pracownic wracając z pracy w biały dzień , ( była pół roku na zwolnieniu lekarskim ), a na swoim blogu temat ten poruszałam w ośmiu wpisach. Już wydawało się, że drzwi są otwarte i dla mieszkańców i dla personelu. Nie prawda, na pewno nie zawsze. Drzwi miały być otwarte od godz. 5 do 22, niestety wiele razy, jak chciałam wyjść przed godziną 8 czipy nie działały. Pewnie i z gimnastyką będzie to samo. Na zebraniu, pani dyrektor obiecała, że jeśli w czwartek ( czyli dzień przeznaczony na gimnastykę ) będzie jakaś impreza to gimnastyka będzie przesunięta na inny termin. Była przesunięta z godziny 11,30 na godzinę 10 czyli na czas rozpoczęcia imprezy czwartkowej jako jej integralna część. Tłum ludzi na wózkach, krzesłach i chodzikach, otoczył kołem parkiet bez możliwości swobodnego poruszenia się. Przez dłuższą chwilę fizjoterapeutka nie wiedziała co z tym fantem zrobić, aż po kilkunastu minutach wpadła na pomysł, że będziemy ćwiczyć dłonie, bo nic innego ćwiczyć nie można było. Przez 20 minut ćwiczyliśmy dłonie i skończyła się gimnastyka. Żeby nie impreza którą zaplanowano, to wszystkie te osoby można by rozstawić, ale przecież nie chodziło o gimnastykę tylko zupełnie nie wiadomo o co. Jakby powiedziano, że gimnastykę z czwartku przekładamy na piątek to byłoby przyznanie mi racji, a to nie wchodziło w grę. Po dwudziestu latach korzystania z gimnastyki w naszym DPSie, mam ochotę z niej zrezygnować. Irytuje mnie takie podejście do spraw bardzo ważnych dla zdrowia; jak usłyszałam, teraz w poniedziałek, i to niestety po przyjściu już na salę, że gimnastyki nie będzie ponieważ jedna z terapeutek jest na zwolnieniu lekarskim, to mnie zemdliło. Spytałam, czy jak jest jedna terapeutka to nie może być gimnastyki, przecież o tej porze prawie nikogo nie ma na sali, najwyżej dwie osoby na rowerkach. Odpowiedź brzmiała – nie nie może. A dlaczego, drążyłam; bo tak ustaliłyśmy. Ja dam sobie radę. Terapeutki, które pracowały w naszym DPSie jak jeszcze przychodziłam na pobyt dzienny, tak wpoiły we mnie chęć do ćwiczeń, że robię to dwa razy dziennie, co dziennie, od lat, bez łaski obecnych pracownic. Ćwiczę jeszcze w łóżku, zaraz po przebudzeniu, czyli o godzinie 5 rano i o godzinie 7 rano w atrium. I znów składam wielkie dzięki byłym terapeutkom – Ninie i Oli. które nam wszystkim, których ćwiczyły, wpoiły gimnastykę na amen, na wieki, na mur. Ten wpis to hołd ludziom takim jak Nina i Ola oddanym swojej pracy i pomocy innym i policzek olewających wszystko i wszystkich.

N A R A !!