Prąd, śpiewanie i polityczne rozdwojenie.

W ubiegłą sobotę wyłączono nam na jedną godzinę prąd. W takim kolosie jak nasz DPS to jest tragedia. W prawdzie miało to miejsce w godzinach przedpołudniowych, jednak pomimo to zrobiło się ciemno wszędzie głucho wszędzie. Dzień był ponury, nie można było posłuchać radia ani pooglądać czegoś w telewizji, windy nie działały, a w windzie, na całą godzinę utknęły dwie osoby. Całe szczęście, że te dwie osoby to pracownice, także bez paniki poplotkowały sobie przez godzinkę. Mnie, ta godzinka bez prądu trochę spłoszyła, ponieważ był to czas szykowania się do naszego sobotniego śpiewania. Do godziny 9, 30 czekałam w miarę spokojnie niestety po tej godzinie już spokojna nie byłam. O godz. 9, 40 błysnęło światło, ponieważ wszystko miałam przygotowane natychmiast ruszyłam w miejsce naszych spotkań; jakież było moje zdziwienie, jak w ciągu pięciu minut na sali było już 15 osób. Kilka osób zwątpiło czy w ogóle w takiej sytuacji będziemy śpiewać, osoby te przyszły później żeby sprawdzić i były zaskoczone jak cała sala śpiewała, że do Tanga Trzeba Dwojga. Mnie rozpierała radość, że są ludzie którzy bardzo lubią śpiewać a ludzie ci wszyscy śpiewają w tej samej tonacji i równo, czego nigdy nie mogłam doczekać się w naszym kościółku – ile osób tyle tonacji. Wolałam zrezygnować najpierw ze śpiewania w kościele a później z chodzenia do kościoła żeby do reszty nie kaleczyć uszu; a nasze sobotnie śpiewanie nagrałam celowo, żeby inni usłyszeli, że można, że wszyscy razem potrafimy już pięknie zaśpiewać. Tak równo to śpiewamy zaledwie trzy piosenki, reszta wychodzi różnie, ale to jest dowód, że trzeba dużo śpiewać. Na sobotnie harce przychodzi coraz więcej ludzi, dzisiaj były 23 osoby – trzy osoby nowe. Także zapewniam pana NIKT, że nic nie da to jego systematyczne niszczenie naszego ogłoszenia o sobotnim śpiewaniu, już weszło nam to w krew a pan NIKT tylko psuje sobie opinię.

We mnie jest takie polityczne rozdwojenie; jak słucham wypowiedzi polityków, to często jestem mile zaskoczona, że tak pięknie i rzeczowo mówią. Są w jakimś konkretnym resorcie a dziennikarzom odpowiadają mądrze z każdej dziedziny. Zwłaszcza ci młodzi politycy są wybitnie zdolnymi mówcami. Napisałam mówcami ponieważ nie wiem czy potrafią tak samo pięknie pracować jak i mówić zwłaszcza, że wsłuchuję się w nich od niedawna. Jakież było moje rozczarowanie jak okazało się, że ci którymi byłam najbardziej oczarowana to liderzy partii której się wstydzę, że w ogóle ich słucham. To Konfederaci, których program polityczny w całości zasługuje wyłącznie do wrzucenia do kosza, ( oczywiście to jest moje subiektywne zdanie ) a jak przypomnę ich poprzednich liderów to aż mną trzęsie. Ciągle mam przed oczami rozpartego w fotelu na obradach UE i ziewającego albo drapiącego się po brzuchu Korwina. Skąd w takiej partii tacy intelektualiści jak Bosak, Braun czy Mentzen. Oni na prawdę mówiąc czarują. Wierzyć się nie chce, że tacy mądrzy, młodzi i wykształceni tworzą tak irracjonalny program swojej partii.

To byłoby na tyle NARA !!

,

Złogi na duszy.

Zadzwoniła do mnie moja córka i tak od słowa do słowa wywnioskowałam, że ona ciągle rozmyśla o pracy chociaż jest już na emeryturze. Nie tęskni za nią ale analizuje swoje podejście do wszystkich jak była pracownikiem i swoje zachowanie teraz. Przez wieloletnie ugrzecznienie do wszystkich, często w brew swojej woli, nazbierały się w niej złogi frustracji, którą wyładowała na mnie – wiadomo matka to najlepszy worek treningowy, a teraz ta frustracja zamienia się w smutek i unikanie ludzi. Doszłam do wniosku, że tacy ludzie, którzy za wszelką cenę chcą być odbierani za chodzącą grzeczność i to przez całe życie, na starość są smutni, styrani życiem i jest im ciągle źle. Nie chcą już udawać a nie potrafią inaczej i zaczynają się frustrować i izolować. Jestem zupełnym przeciwieństwem takich ludzi. Jak ktoś nadepnie mi na odcisk to moja noga odruchowo daje kopniaka . Nie spuszczę głowy tylko powiem co myślę. Dlatego we mnie nie ma złogów zaszłości. ale niestety jestem pamiętliwa i jeśli nie teraz to przy okazji odgryzę się. Całe życie narzekałam na swój charakter i ja i inni, ale teraz widzę, że to super cecha, na starość jak znalazł. Przypomniała mi się kolacja przygotowana przez mojego byłego męża , wieki temu, dla mnie i naszych córek. Byliśmy już po rozwodzie jak nasz były zechciał złożyć nam wizytę i wspaniałomyślnie przygotować dla całej rodziny kolację. Ta jego wspaniałomyślność dotyczyła produktów z mojej lodówki. Zrobił jajecznicę na pomidorach, szynce i maśle i to wszystko sakramencko posolił. Reakcje moje i moich córek były radykalnie różne – ja po prostu wszystko wywaliłam. Córki cierpiały ale jadły, coraz wolniej, nawet jedna to ze łzami w oczach, ale nie można tatusiowi sprawić przykrości, wystarczy, że to zrobiła mama. Takie były przez całe swoje młodzieńcze życie. Nie sprawiały żadnych kłopotów, ani przykrości. Dopiero po latach zaczęły sobie folgować – widać kiedyś trzeba. Młodsza, jak tylko wyszła za mąż to odbiła swoją powściągliwość, starsza natomiast dopiero jak sama została emerytką, ale obie te wyładowania skupiły na matce. No trudno, na kimś musiały, padło na mnie. Teraz, obserwując swoich współmieszkańców DPSu widzę w ich oczach jakąś rezygnację, bo nie mogą sobie poradzić ze złogami zaszłości. Chcieliby wyładować się na kimś ale już nie potrafią i bardzo przy tym cierpią. Rozmowy z tymi najakuratniejszymi to wyłącznie narzekania i o dziwo narzekania na to co teraz, tak więc adresat jest pod ręką, można powiedzieć co się myśli i żądać zmiany postawy, niestety już nie potrafią. I teraz dla odmiany słyszę – pani to ma dobry charakter, zazdroszczę. kiedyś słyszałam, że mam okropny charakter, rogatą duszę i w ogóle wszystko co najgorsze, a teraz proszę… Wiem, że dla wszelkiej maści zwierzchników nadal mam okropny charakter, ( chociaż ja uważam, że żadnych zwierzchników nie mam ) jednak kochani żebyśmy tu w naszym DPSie w większości byli odważni i wymagający to nauczylibyśmy panią dyrektor być dyrektorem, wszak dyrektor chce czy nie musi ogarniać wszystko, a nasza pani dyrektor od problemów opędza się jak od natrętnej muchy. Jeśli ja napisałam, że 10 grudnia 2023r. o godz. 7 rano, podczas mojej nieobecności pielęgniarka weszła do mojego pokoju i podmieniła mi leki, do których nie miała żadnego prawa, to pani dyrektor powinna wezwać na dywanik siostrę przełożoną i wyjaśnić sprawę do cna. Okazało by się, że z tą pielęgniarką było bardzo wiele problemów, że to tacy jak ona psują opinię naszemu Domowi, nie ja opisując dziesiątki wstrętnych postępowań owej pani, ale też i pani dyrektor ( wspomnę tylko chęć zamknięcia mnie, Witka i mojej byłej sąsiadki w Szpitalu Psychiatrycznym ). Czyli, że pani dyrektor tylko chce być dyrektorem ale nie umie. Ludzie przychodzą do niej z różnymi skargami i to wszystko jak grochem o ścianę. Na dywanik to potrafiła wzywać podopieczną – czyli mnie, a szefów działów to woli nie ruszać, wszak święty spokój ceni sobie ponad wszystko. Ceni sobie pensję i prestiż. Żeby chociaż jedną sprawą zajęłaby się sprawiedliwie od początku do końca. Mam nadzieję, że może kiedyś, kto wie – cuda się zdarzają.

Kochani NARA!

Pismo od Prezydenta Miasta.

23 stycznia br. przyszła odpowiedź od Pana Prezydenta na moje pismo dotyczące wiecznie psujących się wind i konieczności ich wymiany. Pan Prezydent na wstępie wytłumaczył naszą Panią Dyrektor, że owszem był informowany przez nią o problemie już od dwóch lat, ale wiadomo finanse. W tym roku będą pieniądze na wymianę jednej windy. Nasz Dom na ten cel otrzyma 320 000 zł. Ta informacja była napisana z taką lekkością, że od razu to zdanie rzuciło mi się w oczy, że nadal problem wind to dla naszej dyrekcji i dla P. Prezydenta to żaden problem. Że to problem mieszkańców i opiekunów, nie ich. Wymienią jedną windę ( pomijam fakt, że nie wiadomo kiedy ), czyli, część mieszkańców będzie co jakiś czas uziemiana przez drugą wiecznie psującą się windę. Taka sytuacja trwa od lat, tak więc nic się nie zmieni, tylko trochę zmniejszy się częstotliwość uziemiania, chociaż nic nie wiadomo, przecież ta nie wymieniona winda będzie psuła się coraz częściej. Ratusz narzeka na brak finansów nadal będzie opłacał 100 m lokalu znajdującego się w naszym kompleksie, zupełnie nie potrzebnie. Nadal będą wyrzucane tysiące na naprawę psującej się windy. Pismo jest zakończone zdaniem – ” W związku z powyższym w kolejnych okresach planowania budżetowego, jeśli możliwości finansowe budżetu miasta będą wystarczające, postaramy się zabezpieczyć środki w celu wymiany drugiej windy, aby mieszkańcy DPS Kombatant mogli bezpiecznie korzystać z dedykowanego im obiektu „. Przepraszam bardzo ale jest i trzecia stara winda. Nasza dyrekcja będzie się cieszyła, że jest tyle pomieszczeń zamkniętych na klucz, ale jak się zechce to można będzie w nich wypić kawkę, ale sprzedać żal. Zupełnie nie jest im żal pracujących ponad siły opiekunów, w piśmie nie ma o nich ani słowa. Pani Dyrektor, ponieważ nic się nie zmieni to może by tak w umowie o pracę z opiekunami i pokojowymi , które im zawsze pomagają, umieścić dopisek – w razie potrzeby ganiać po piętrach bez windy z garami posiłków, koszami ubrań i pościeli i z pensjonariuszami razem z wózkami i chodzikami. To będzie stały dodatek specjalny bez wynagrodzenia. Jeszcze można też informować przyjmując nowych podopiecznych, że nasz Dom z przyczyn obiektywnych może przyjmować osoby wyłącznie chodzące samodzielnie. Wiem, windy są pioruńsko drogie, te 320 000 to faktycznie na jedną windę, ale nie ma wyjścia, trzeba zrobić wszystko żeby pieniądze zdobyć. A w przyszłości budować tylko parterowe Domy Opieki.

22 stycznia nasi pracownicy zechcieli umilić nam Dzień Babci i Dziadka swoimi występami. Wystąpił przed nami zwierzyniec egzotyczny. Zwierzęta ze wszystkich kontynentów spotkały się w jednym miejscu i brykały swawolnie. U wszystkich mieszkańców pojawił się uśmiech na twarzy, wiadomo lubimy zwierzęta a te zwierzęta nie dość, że były egzotyczne to jeszcze bardzo sympatyczne, choć różnie ucharakteryzowane. A zatem pomysł przedni i realizacja pomysłu udana dzięki zaangażowaniu i podejściu do pomysłu naszych pracowników. Jednak ja nie byłabym sobą gdybym tylko chwaliła. Miejsce na występ źle dobrane. Przedstawienie wymagało podium. Ponieważ wszystko było na równej płaszczyźnie ludzie z widowni zasłaniali sobie widok na wzajem. Siedziałam w trzecim rzędzie, na podwyższeniu – na chodziku – jestem osobą wysoką a widziałam zwierzęta w połowie, żadne z nich nie miało ogona, był za nisko, a jeśli zwierzak szedł na czterech łapach to go w ogóle nie było widać. Zmieniłam miejsce żeby lepiej widzieć, niestety nie było lepiej. Szkoda, ponieważ cały występ oparty był na pokazaniu się zwierzaków. Ja piszę, że siedziałam w trzecim rządzie a był jeszcze czwarty. Może jakby się ustawiło krzesła półkolem to automatycznie cztery rzędy zmieniły by się w dwa i zwiększyłaby się widoczność. Druga rzecz do której się przyczepię to zaproszenia. Można było wypisać zaproszenia oddzielnie dla babci i oddzielnie dla dziadka, rozdzielić je kolorystycznie i osobom rozdającym podać w jednym kolorze żeby im się nie myliło. U nas nie ma sparowanych babć z dziadkami żeby łączyć na zaproszeniu. No i podpis który mnie przeraził – masło maślane — wnuki i wnukowie. Przecież ktoś to napisał, ktoś wydrukował, ktoś naklejał i nikt nie zauważył, że jest coś nie tak.

Czepialska prababcia ale na 102 – NARA !

Pytania i odpowiedzi.

W komentarzach padło pytanie – co robimy jak nie możemy się umyć pod prysznicem? Każdy ma swój sposób, na ogół ludzie grzeją wodę w czajnikach i myją się w miskach, a ja odkryłam inny sposób. Napisałam, że odkryłam a to żadne odkrycie, opiekunki ten sposób mycia stosują od lat. Kiedyś, z wielkim oburzeniem, zwróciła się do mnie pani mieszkająca w pokoju dwuosobowym z drugą leżącą osobą i gniewnym głosem wykrzykiwała – czy pani wie, że opiekunki moją sąsiadkę ciągle myją jakąś chemią, jakąś pianką. Musi pani o tym napisać w swoim blogu. Ponieważ zupełnie nie wiedziałam jak to mycie wygląda postanowiłam zamówić sobie taką piankę i wypróbować. Do nas takie akcesoria trafiają raz w miesiącu tak więc musiałam poczekać, czekałam kilka miesięcy ponieważ tę piankę przekazano komuś innemu pomimo, że pieniążki za nią to potrącono z mojego depozytu i to bardzo szybko. ale ową pianką zachwyciłam się od razu. To takie cztery w jednym – nie potrzebna woda, mydło, ani ręcznik ani krem. Ta pianka zastępuje wszystko. Po pierwszej próbie stosuję tą piankę systematycznie raz w tygodniu. Są dni, że człowiek gorzej się czuje i nie jest w stanie stać pod prysznicem, są dni leniwe, albo kiedy po prostu nie ma wody wówczas taka pianka to cud. Polecam.

W czwartek, czyli wczoraj, miało miejsce spotkanie pani dyrektor z mieszkańcami. Pani dyrektor oznajmiła nam, że w tym roku mamy obiecane pieniądze na windę. Ten rok dopiero się zaczął, tak więc długo będziemy czekać. Poza tym obiecanki są na jedną windę, a psują się trzy. N.p. dzisiaj posiedziałam sobie w zepsutej windzie 15 min. to jest bardzo długo. To pewnie była odpowiedź na moje wpisy o windzie.

Poruszono również sprawę ewentualnej zamiany pokoju, jeśli ktoś by chciał takiej zamiany dokonać to tym zajmuje się pani kierownik socjalna. Od razu przypomniałam jak pomiatano ludźmi przesuwając ich z pokoju do pokoju i to po kilka razy i to zawsze wbrew ich woli. Np. Grzesiu, Witek, Tamara, nawet prawa ręka dyrekcji w podpisywaniu wszystkich świństw, czyli nieżyjąca już pani NIKT przed śmiercią była przenoszona z pokoju do pokoju, pewnie ciągle czegoś szukano, czegoś co było w jej posiadaniu, niczym innym takiego procederu wytłumaczyć nie można. To przenoszenie musiało dawać satysfakcję dyrekcji w pomiataniu ludźmi. A teraz, proszę bardzo, pełna kultura – jeśli ktoś miałby życzenie to je spełnimy.

Na pytanie po co pracownicy przychodzą do pracy na godzinę 7. 30 skoro pracę rozpoczynają o godzinie 9. 00 jak usłyszałam odpowiedź pani dyrektor to myślałam, że spadnę z krzesła – no przecież muszą zjeść śniadanie, muszą się przebrać. Tak rozpoczynają pracę tylko ci, którzy mają fory u pani dyrektor. Za moich czasów takie rozpoczynanie pracy było nie do pomyślenia. Śniadania jadłam w domu nie w pracy. Do pracy byłam gotowa zawsze 5 minut przed czasem, do pracy nie do śniadania.

Dość głupi temat poruszyła jedna z mieszkanek, chyba po prostu chciała coś powiedzieć, otóż zasugerowała żeby stoły w stołówce były przykryte obrusami. Odpowiedziałam na głos, a mój głos jest słyszalny w każdym zakątku, – że wszelkie propozycje powinny być związane z oszczędnością nie z rozrzutnością. Przecież takie obrusy trzeba by było codziennie prać. Pani dyrektor mnie poparła i temat zakończono.

I jak zwykle na każdym zebraniu zostaje poruszony temat utworzenia Samorządu Mieszkańców i jak zwykle zachęta do tego brzmi bardzo zniechęcająco. Tak więc dość butnie, wszem i wobec, przypomniałam ostatnie wybory do Samorządu, które miały miejsce ponad 10 lat temu. Ówczesna pani kierownik socjalna pozwoziła na salę kogo się da, najczęściej tych którzy nie bardzo wiedzieli o co chodzi, do nich plus słynne chórzystki, i chodząc razem z obecną panią dyrektor od osoby do osoby wypełniały za nich arkusze wyborcze. Przecież musiała wygrać pani NIKT a reszta nie ważna, ona sobie z każdym poradziła. Teraz nie mają odwagi na takie zachowania, a Samorząd nie wybrany przez naszą wierchuszkę, nie wchodzi w grę. Powiedziałam, że ja startować do Samorządu nie będę, mogą śmiało wybierać, ale sprawdzać czynności Samorządu będę i mam do tego pełne prawo.

Zupełnie z innej beczki. Chyba będę musiała zrezygnować z depozytu finansowego w naszej księgowości, ponieważ odkryłam w nim zbyt dużo pomyłek. Poprosiłam o wykaz roczny swoich operacji finansowych okazało się, że nie tylko są pomyłki związane z jednakowym nazwiskiem ( zawsze na moją niekorzyść ), to jeszcze są potrącenia za leki, a za leki zawsze płacę osobiście. W tym wypadku to nie wina księgowości, ktoś wystawia zlecenia na potrącenia za leki. Pomyłki związane z nazwiskiem szybko zostały naprawione niestety za leki pieniądze przepadły, nie jestem w stanie niczego udowodnić. Trochę mi szkoda, bo taki depozyt to wygoda, nie dość, że pod ręką to jeszcze doliczane są odsetki. Pomyślę jeszcze, może wystarczy bardzo dokładne sprawdzanie każdej operacji. po prostu trzeba trzymać rękę na pulsie. Ale przecież kiedyś zabraknie mi rozumu i nie wyczuję pulsu. Jest wiele osób które nie są w stanie myśleć, to co z ich finansami, Bóg raczy wiedzieć. Chyba te ciągłe przynoszenie do mnie nie moich leków było związane z potrąceniami za nie z mojego depozytu. Nawet ja, przez te wszystkie lata, nie zaskoczyłam co jest grane. Myślałam, że to pomyłka w roznoszeniu a to skutki wcześniejszej odpłatności. Nie dziwię się, że ludzie nie mają zaufania do depozytów jeśli z nich można ot tak potrącić za co się chce. I tu Samorząd miałby pole do popisu.

I to byłoby na tyle – NARA !!

W poszukiwaniu wczorajszego dnia.

W tym dniu, w którym wybrałam się do Prezydenta winda została zreperowana, tak więc dopisałam tę informację Prezydentowi na zasadzie – tydzień, dwa i na pewno któraś winda zepsuje się. Minęło tylko 4 dni i zepsuła się następna winda, a za tydzień, czyli 11 stycznia zepsuła się ta naprawiana przez dwa miesiące. Już nie umiemy się cieszyć sprawnymi windami. bo to nie na długo, a przede wszystkim boimy się, że utkniemy w nieczynnej windzie. Dzisiaj – 13 stycznia, korzystając z windy przyjechało na nasze śpiewanie pięć osób, niestety nie było jak wrócić po śpiewaniu do pokojów, winda zepsuła się. Nie wiem czy Prezydenta zainteresują nasze windowe problemy, ale wiem, że powinny, dlatego poinformować musiałam. Jeśli Prezydent nic nie zrobi poczekam do wyborów i jak nowy Prezydent okrzepnie wrócę do tematu. Według moich obliczeń jak poprzesuwa się pracowników po pokojach odpowiednio, to pomimo iż, zostałyby sprzedane dwa mieszkania to można by jeszcze zwiększyć ilość miejsc dla podopiecznych, o 6 miejsc a to daje 6 x 5600 zł miesięcznie . także byłby czysty zysk – trzy nowe windy, oszczędność w utrzymaniu mieszkań i dodatkowy zysk z większej liczby podopiecznych. Ale czy naszą dyrekcję to interesuje?

Wreszcie koniec ze świętami. Jeszcze raz nasza śpiewająca sobota kolidowała z kościelną- Święto Trzech Króli. Mnie to nie przeszkadzało, wiedziałam, że kilka osób śpiewających ubędzie ale obiecałam, że o godzinie 10 w każdą sobotę będę do dyspozycji lubiących śpiewać i słowa dotrzymuję. W końcu nie wszyscy muszą chodzić do Kościoła. Pan NIKT w walce ze mną postanowił założyć śpiewającą konkurencję, oczywiście kościelną. Założył kwartet męski, który po trzech ” występach ” rozpadł się. Franuś – najwierniejszy śpiewak trafił do szpitala, Andrzej wybrał nasze śpiewające harce, a jak trzeci z panów zgłosił swoją rezygnację z kościelnego śpiewania to spotkała go ze strony pana NIKT ostra reprymenda. tak że wolał wycofać swoją rezygnację. Pan Nikt nie przebiera w środkach może uprzykrzyć życie. Szkoda, że to się rozpadło, bo śpiewali nie najgorzej. Pan NIKT z tej wściekłości pozrywał nasze afisze przypominające o spotkaniu i powrzucał je do kosza. Ze złości to tak mu buzowały narządy wewnętrzne, że w stołówce nie mogłam przy nim wysiedzieć, nasze stoliki sąsiadują ze sobą. A może robił to z premedytacją- profesor samozwaniec. Nie na darmo mówi się, że ludzie na starość dziecinnieją. Nawet bez afiszy przypominających mamy swoich fanów, my sobotni śpiewający. Szkoda tylko, że pamięć nam ucieka i refleks już nie ten. Którejś soboty, na nasze spotkanie trafił pan Jan. Trafił przez przypadek, ale bardzo mu się podobało i poprosił mnie żebym mu przypominała o tych spotkaniach; tak więc w następną sobotę, 15 minut przed spotkaniem zapukałam do drzwi owego pana i przypomniałam głośno – panie Janie śpiewanie. Pan Jan nie przyszedł, nie mógł nas znaleźć, a że refleks już nie ten to zaczął nas szukać z piętnastogodzinnym opóźnieniem – czyli w środku nocy. Błądzącego po korytarzach spotkała dyżurująca opiekunka, chciała zaprowadzić do pokoju, nie dał się, on szuka tych co śpiewają. Opiekunka nie bardzo wiedziała o co chodzi. Żadnych śpiewów słychać nie było, dopiero skończyła obchód i niczego nie słyszała, ale pan Jan uparł się, że musi znaleźć – jak trza to trza. Nie wiedziała czy ma szukać śpiewających bo nie dają mu spać, czy chce z nimi śpiewać. Po dłuższych bezowocnych poszukiwaniach, pan Janek pozwolił się zaprowadzić do pokoju.

Pomalutku, bez pośpiechu wszyscy zaczniemy szukać wczorajszego dnia.

Ja tylko ciągle narzekam na rządzących, jednak mimo wszystko pobyt w naszym Domu doceniam zwłaszcza w te mrozy, ale i w upały również. Teraz jak widzę zmarzniętych ludzi biegnących ulicą, chociażby do sklepu po chleb to cieszę się, że ja nie muszę. Jestem w miejscu gdzie jest cieplutko, czyściutko i smacznie. Budzę się w ciepłym pokoju. Idę pod prysznic gdzie jest zawsze ciepła woda.( Powiedzmy, że nie zawsze, czasem jej nie ma np. dzisiaj, ale nic to ). Nie muszę się spieszyć z ubieraniem bo jest cieplutko. Tylko te windy uprzykrzają życie, bo jak już po wszystkim chcesz się dostać do stołówki na pyszne śniadanko, to uświadamiasz sobie, że nie każdy może do niej dojść. Są też pokoje w których trzeba się dogrzewać piecykami, to ten nieszczęsny nowy pawilon, w którym w tej chwili jest nie do wytrzymania – lodówka. Luksusów nie ma ale ogólnie może być.

I to byłoby na tyle –NARA !

WINDY

Wszystko pięknie, ładnie, możecie celebrować święta, ale kto może ten może. U nas z tą celebrą jest gorzej i to niestety przez ciągle psujące się windy. Ludzie zamiast świętować wściekają się ponieważ są odcięci od ” świata „, a mnie szlak trafia, że dyrekcja naszego DPS nie znajduje sposobu na wymianę wind i to już od lat. Na ciągłe ich naprawy wydaje grube tysiące, a windy psują się ustawicznie i na przemiennie, a cały ciężar tych zepsutych wind spada na opiekunów, pokojowe i na uwięzionych mieszkańców, którzy poza swoim pokoikiem nie mogą korzystać z niczego. I to mają być spokojne święta. To ma być ten luksus którym się chwali w internecie nasza dyrekcja. Mieszkańcy uwięzieni a opiekunowie biegają po schodach tam i z powrotem. Pisałam o roznoszeniu pojedynczych posiłków trzy razy dziennie, biegając po schodach, ale to przecież nie wszystko. Po posiłkach trzeba zebrać naczynia i zanieść je piętro wyżej. Trzeba wnieść całe wielkie kosze brudnej bielizny i znieść bieliznę czystą. A jak mieszkaniec jeżdżący na wózku chce skorzystać z rehabilitacji czy z wizyty u lekarza – to trzeba się spiąć i delikwenta razem z tym wózkiem wnieść po schodach, albo ciepło ubrać i siebie i podopiecznego żeby objeżdżając podwórze dostać się do budynku, Niestety , przez podwórze można tylko wtedy kiedy nie jest ślisko, kiedy nic nie pada bo trzeba wspiąć się pod stromą górę. Na czterdziestu podopiecznych są dwie opiekunki, wyobrażacie to sobie, a ta harówka bez wind to jest taki specjalny dodatek do codziennych licznych obowiązków. Podopieczny na ogół nie prosi o nic ponieważ jest skrępowany, że musi jeszcze i on obciążać kręgosłupy, nogi i ręce i tak spracowanych ludzi. Czuje się jak więzień tak więc prosi jak już nie wyrabia w tym uwięzieniu. A co na to Dyrekcja – nic, im windy nie potrzebne, jeszcze chodzą po schodach, a my już nie. Ci którzy jeszcze potrafili podejść kilka schodków, po tak długim czasie zepsutych wind ( już prawie dwa miesiące) przestają chodzić. Kolana wysiadły. Ciekawa jestem czy Prezydent Miasta wie cokolwiek o naszych problemach i czy myślał jak je rozwiązać.

A oto mój pomysł na rozwiązanie odwiecznego problemu wind; plan na zdobycie pieniędzy na zakup trzech nowych wind, które posłużą nam przez następnych trzydzieści a może i więcej lat. Nie na darmo pisałam, i to kilkukrotnie o bezsensownym wykorzystywaniu co najmniej pięciu pomieszczeń, które na ogół bywają zamknięte. Do każdej czynności potrzebne jest myślenie, tak więc proponuję wrócić do punktu wyjścia i wykorzystywania pokoi sprzed trzynastu lat, czyli – Jedna pracownia wystarczy i do klejenia i do lepienia. Przecież jedna grupa ludzi – ( 4 osoby ) pracuje od godz. 9 do 10, 30 a druga, również czteroosobowa, pracuje od 14 do 15,30 i to tylko dwa razy w tygodniu. Wszelkie zajęcia z których korzysta większa grupa osób powinny odbywać się tak jak kiedyś w sali widowiskowej a biblioteka , która teraz jest wiecznie zamknięta, powinna otwierać swoje drzwi codziennie i służyć do spotkań z mniejszą grupką osób. Tak było przez ponad 30 lat. a z zajęć korzystało po 20 osób nie po 4 osoby. Naszą administrację, kierowcę i behapowca powinno się przenieść do tych nie wykorzystanych pokoi a ich pomieszczenia plus hotel z którego nikt nie korzysta, przygotować do sprzedaży jako dwa mieszkania. Przypominam, że administracja zajmuje dwa pokoje z kuchnią i łazienką i hotel tak samo. Na hotel też znajdzie się miejsce w budynku. Tylko trzeba myśleć. Te dwa mieszkania mają oddzielne wejście. Trzeba by było tylko postawić ściankę zasłaniającą śmietnik, który znajduje się w pobliżu wejścia do budynku. Można to zrobić po sprzedaży już tych mieszkań bez narzekania, że nie ma na to pieniędzy. Po sprzedaniu tych lokali Gmina byłaby odciążona finansowo za ich utrzymanie. Wiem, że uznacie to moje pisanie za mrzonki, ale najpierw będzie szok, co to ja wygaduję, ale jak się weźmie wszystkie za i przeciw, to jednak warto sprawę przemyśleć i to jak najszybciej. Nie można oszukiwać potencjalnych przyszłych mieszkańców naszego DPSu, że u nas jest luksus i brać ze ten luksus niebotyczne pieniądze. Luksusu brak i będzie coraz gorzej jeśli nie będzie się myślało po gospodarsku. Po co trzem paniom terapeutkom aż osiem pokoi, które na ogół są zamknięte. Do tej pory jest tylko łatanina, żadnych planów z sensem. Trzeba spotykać się z ludźmi i rozmawiać o problemach a nie słuchać pochlebców i delektować się swoją pensją i stanowiskiem. Ludzie idą na spotkanie z panią dyrektor a organizatorka spotkania zastrzega – tylko żadnych problemów proszę nie poruszać. Bo z panią dyrektor można rozmawiać tylko o niczym, ot tak przelewać z pustego w próżne.

Ps. Tego samego dnia w którym opublikowałam wpis – windy – zaniosłam pismo do Prezydenta z prośbą żeby ten wpis przeczytał. Chciałabym żeby potraktował mnie poważnie, tak jak przed laty – podejście Prezydenta wówczas opisałam we wpisach z 2017. Później Pan Prezydent traktował mnie jak wroga. Ciekawa jestem jak potraktuje mnie teraz. A ja, przez to walenie mi w łeb – psychicznie, okrzepłam. Na zasadzie – co cię nie zabije to cię wzmocni.

I to byłoby na tyle. NARA!

Jutro Sylwester

Jakie to szczęście mieć kogoś na kim można polegać. Ostatnio tak mi się trafia. Od razu dziękuję komuś podpisującemu się ” Ja ” za podzielanie moich opinii odnośnie lektur. Na ogół jestem inna i nie zrozumiała, a od lat, czyli odkąd zamieszkałam w DPSie to już stało się moim kompleksem. Dwunastoletnia negacja zrobiła swoje. Czasem boję się nawet przyznawać do tego co czytam, o czym piszę i co o tym czy tamtym myślę, dlatego właśnie piszę bloga, ponieważ tu mogę robić co chcę. W każdym razie bardzo dziękuję za tytuły lektur. Do biblioteki wybrałam się już w środę i to sama osobiście żeby nie było, że coś wyszło nie tak. Mam wszystkie wymienione tytuły i zaczytuję się wybuchając śmiechem od czasu do czasu. Jak wspomniałam – trafia mi się ostatnio spotykać fajnych ludzi. Pani, z którą prowadzę sobotnie śpiewania okazała się osobą na której można polegać, która mnie dopinguje i niebywale zachęca do działania. Czyni to swoją postawą do życia, do codzienności. Jest to osoba z racji swojej niepełnosprawności zupełnie uzależniona od innych. Jakim cudem podporządkowuje sobie ludzi to zupełnie nie rozumiem. Mnie podporządkowała całkowicie. Kilka razy chciałam postąpić inaczej, nie da się, ona delikatnie wymusi takie a nie inne postępowanie. A że sama jest osobą ambitną i słowną to zasługuje na podziw i szacunek. Ona nie wychodząc z pokoju załatwi wszystko. Ja od niej słyszę – ty nie kręć nosem tylko ; doceń fakt, że za tobą ludzie chodzą. Jak ci ludzie na ciebie patrzą jak śpiewasz, jak się czują dumni, że mogą śpiewać z tobą , doceń to i bądź im wdzięczna, ja byłabym na pewno. A że nie potrafią, – nic to. Fakt, do tej pory ceniłam tylko talenty. Uważałam, że jeśli nie potrafisz, to nie zabieraj się za to. A ludzie chcą chociaż nie potrafią. Nareszcie godzę się z tym. Moją dewizą było, że w różnych konkursach czy w jakiejkolwiek rywalizacji, jeśli wiesz, że nie zajmiesz pierwszego miejsca, to nie zawracaj sobie głowy. Wiedziałam i rozumiałam, że może coś wyjść nie tak, że marzenia o pierwszym miejscu mogą spaść kilka pozycji niżej, ale brać udział w czymś z góry zakładając – co tam grunt, że będę, to jest nie do pomyślenia. Dzisiaj wiem, że takie uczestnictwo też jest potrzebne, to zdobywanie szlifów, przecieranie szlaków. Ale prababcia jak zwykle żeby cokolwiek zrozumieć potrzebuje ponad półwieku przemyśleń. Nigdy nie widziałam co dzieje się dookoła mnie. Dzisiaj, oglądając telewizję ze zgorszeniem patrzę na różne umizgi kobiet do mężczyzn, czy to do mężów swoich czy po prostu do płci przeciwnej. Nigdy, do nikogo nie przymilałam się, nie kokietowałam , nie mizdrzyłam się. I dopiero po ponad pięćdziesięciu latach dotarło do mnie, że mój mąż miał prawo być zazdrosny, wściekły, gotów mnie rozszarpać. Widział mnie na scenie gdzie dawałam upust wszelkim odcieniom uczuć i widział mnie w domu nijaką. Owszem, rzetelną, obowiązkową, dbającą o wszystko co zostało mi powierzone, ale bez tkliwości, bez wylewności. Nie na darmo mówi się, żeby człowiek za młodu miał ten rozum który ma na starość życie byłoby piękniejsze. Pewnie nie trzasnęłabym pozwem rozwodowym tylko postarałabym się jakoś to wszystko poukładać. A tak, to w samotności pisałam już w ubiegłym wieku:

Który to już rok samotną ją wita, prawie każdy styczeń , albo czekać kazał, albo lód przykładał na serce zbolałe. Żaden nie kołysał choć jemu śpiewała.

Oni mówią – ona przetańczyła wszystkie, prześpiewała wszystkie, sylwestrowe bale, a ona czekała z sercem gorejącym, że może ktoś, kiedyś zaprosi na galę.

Serce stygło w miarę jak lat przybywało. W Sylwestra tańczyła dwa razy, nie więcej. Wyśpiewała wszystko dla innych nie sobie, w tej jednej z tysiąca tytułów piosence:

O dobrej miłości – chyba w A- mol było. O tym, że jej gorzko w G- molu śpiewała, a w Czumbalalajkę tak bardzo wierzyła, że do Portofino za chłopcem pognała. Tam Una pertutta była dla każdego, a serce swe tutaj zgubiła na śniegu, w piosence jedynie w C- molu śpiewanej, bo przeżyć tę miłość nie było jej dane. Jak tango zazdrości zaśpiewała z ikrą to wszyscy truchleli wpatrzeni i milkli. Bo śpiewała wszystkim, wszystkim zazdrościła, słuchało ją wielu a samotną była.

I dalej mówili – ona przetańczyła wszystkie, prześpiewała wszystkie sylwestrowe bale. Kochało ją wielu, a ona ich…

Z NOWYM ROKIEM wszystkiego co najlepsze, co Wam tylko chodzi po głowie niech się spełni, tego życzy prababcia . NARA!

Lektura na święta.

Chyba z miesiąc temu wyraziłam swoją opinię na temat książek autorstwa pani Joanny Chmielewskiej i tak jak czytelnicy jej książek w programie telewizyjnym wychwalali autorkę pod niebiosa tak ja niestety nie. Nie chwaliłam ponieważ bibliotekarka dając mi w ręce kryminał, stwierdziła, że J. Chmielewska jest autorką kryminałów, a ja tego gatunku literackiego nie lubię. Każdy kto mnie zna to wie, że nie lubię kryminałów i romansów, wszystkie inne gatunki mnie interesują. Jako czytelniczka przechodziłam przez różne etapy. Kiedyś, nie zdając sobie sprawy z tego co czytam, chociaż czytałam z zapartym tchem, usłyszałam od bibliotekarki – pani czyta ciężką, męską literaturę. Były to lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Zawstydziłam się trochę tą wypowiedzią i zaczęłam dobierać sobie książki. Przechodziłam przez różne fazy, po za czytaniem tego co lubię trzeba było przeczytać i to o czym się mówiło, bo przecież się bywało. Ten cały wstęp sprowadza się do tego, że chcę podziękować czytelniczce – czytelnikowi mojego bloga podpisującego się ” Ja ” za polecenie mi przeczytania książek autorstwa Joanny Chmielewskiej ale nie kryminałów tylko cyklu dla dzieci i młodzieży. Przeczytałam zaledwie dwie książki z tego cyklu – ” 3/4 sukcesu ” i ” Wszelki wypadek ” i już jestem zachwycona, chciałabym przeczytać je wszystkie. Czytałam z wielkim zainteresowaniem. Kibicowałam bohaterom do których należy nawet pies. Niestety mam kłopot, ponieważ książek tej autorki nie ma w naszej bibliotece. Nie ma ich też w bibliotece przy teatrze. Prośbę moją wysłuchała jedna z opiekunek i obiecała mi, że wybierze się do Wojewódzkiej Biblioteki na Stare Miasto i na pewno zaspokoi mój głód czytelniczy przynosząc oczekiwaną przeze mnie lekturę. Bardzo, bardzo dziękuję za sugestię czytelniczą. —- Niestety pani bibliotekarka, pomimo, że dostała kartkę wyjaśniającą o co mi chodzi, przekazała mi kryminały. Najpierw było długo, długo o niczym, raptem znalazł się trup, a później ten trup zginął. Szukać tego trupa już nie miałam ochoty. Także, jeśli mogłabym prosić czytelnika mojego bloga o podanie mi kilku tytułów z cyklu młodzieżowego to byłabym wdzięczna i z góry dziękuję.

A u nas, o dziwo, przygotowano całkiem sympatyczny program przed wigilijny. Zatytułowano go – Apel Bożonarodzeniowy i przedstawiono ten program w kaplicy. Poszłam żeby zobaczyć co to będzie i szczerze stwierdzam, że było to bardzo ładnie przedstawione słownie i muzycznie narodziny Dzieciątka Jezus. Zaskoczyła mnie umiejętność korzystania z mikrofonu i całkiem sympatyczne śpiewanie. Żeby z naszych to wszystko wykrzesać to trzeba się napracować. GRATULUJĘ ! Dostaliśmy też całkiem bogate prezenty ( kosmetyki ). DZIĘKUJEMY !

Moim kochanym czytelnikom ślę rymowane życzenia: Niechaj Gwiazda Betlejemska radość w sercach wzbudzi. Niech strzeże miłości, dostatku i zdrowia. Niech blaskiem swym grzeje, nadzieją niech łudzi I niesie życzliwość od ludzi do ludzi.

NARA !

Bardzo, bardzo nie bardzo.

Dość silnym echem odbił się mój ostatni wpis i w internecie i na korytarzach naszego Domu. W języku angielskim było kilka wpisów z jednym słowem – gratulacje. Na korytarzu ludzie mnie mijający mówili ściszonym głosem – masz odwagę , tak trzymaj. Były głosy, że nawet za mało skarciłam naszą wierchuszkę. A po dzień dobry Kasi, czyli po burknięciu nie po fałszywych uniżonościach jak zwykle, wiedziałam, że bloga czytała. Tym swoim burknięciem wyraziła oburzenie, że wypominam jej okupowanie kilku pomieszczeń i może nie daj Boże będzie musiała zejść z kanap na krzesła nawet bez tapicerki. Żeby te podnóżki szefowej zostawiły otwarte drzwi dla wszystkich do ” Leśnej chaty ” to może o tym bym nie pisała, ale one po moim wpisie na ten temat miały otwarte drzwi przez trzy dni i przyzwyczajenie wzięło górę. Będę krzyczała głośno o tym, że u nas pracownicy przychodząc do pracy zamykają się na klucz. I będę krzyczała, że z tych dodatkowych pięciu pomieszczeń dyrekcja nie jest wstanie wygospodarować świetlicy dla mieszkańców, a trzy pracownice błąkają się po tych pokojach no i czasem p. dyrektor spotyka się z wybranymi osobami przy kawce i ciasteczkach wyproszonych, ( a osoby te mają zaznaczone – ani słowa o problemach). A jeszcze nie tak dawno korzystało z tych pomieszczeń, codziennie 60 osób – 30 osób korzystających z Leśnej Chaty to byli przywożeni do nas ludzie chorzy na demencję i choroby podobne, przebywali u nas od poniedziałku do piątku w godzinach od 7 do 17 i drugie 30 osób to tak zwany Dzienny Pobyt. Te 60 osób przebywało u nas stale, a teraz w tych pokojach przebywa najwyżej 6 osób na raz i to wówczas ja je opiekunowie przywiozą. Nie długo to i te kilka osób nie będzie mogła skorzystać z zajęć kanapowych, ze względu na bezustanne psucie się wind. Jedna z wind już była naprawiona, podziałała dwa dni i znów jest zepsuta. Ludzie boją się wind a jest ich trzy w budynku i jedna na zewnątrz. Wszystkie stare i ledwie zipią. Jedna z mieszkanek usłyszała, że opłata za pobyt w naszym Domu wcale nie jest taka wysoka, 5600 zł. miesięcznie to tylko wydaje się, że to dużo ale to jest zaledwie 8 zł. na godzinę. Ale te 8 zł. wpływają przez całą dobę – przez 24 godziny od 150 osób. Według moich obliczeń połowa z tego to czysty zysk, to 12 godzin nocnych podczas których pracują tylko 2 osoby. Już dawno słyszałam od naszego kierownictwa, a nawet mam to na piśmie, że swoim blogiem psuję opinię naszemu Domowi. Ja tylko stwierdzam fakty, opinie psuje ten kto nie dba o nic a chwali się w internecie jak to u nas jest pięknie.

Z innej beczki, z beczki leków, które są dla nas tak samo ważne jak jedzenie i rehabilitacja. Leki są drogie i coraz droższe, tak więc jak apteka przysłała do mnie zamiast oryginałów zamienniki bez spytania mnie o zgodę, oburzyłam się na dobre. Leki które przyjmowałam przez długie lata były dobierane przez neurologa i kardiologa wspólnie. Aż wreszcie dawka została idealnie dobrana. Był czas, że apteka zwróciła uwagę naszemu lekarzowi, że przyjmuję dwa leki o tym samym działaniu, a to tak właśnie ma być, ponieważ jeden z leków ma jakąś drobinkę która jest dla mnie niezbędna – ale tym to już apteka się nie zainteresowała tylko lekką ręką zaproponowała zamienniki. Ja je zwróciłam, doświadczona niejednokrotnie przyjęciem nie tego co trzeba. Jeśli leki rozdziela pielęgniarka to chory nawet nie wie co dostaje. Po jakimś czasie zorientuje się i dojdzie do powrotu do swoich leków to niestety za to co przyjął zapłacić musi, nikt nikogo o zdanie nie pyta tylko opłatę potrąca się z depozytów. Pacjent przyjął 2 tabletki ale dostał trzy opakowania to potrąca się jemu za te trzy opakowania. Jeśli dostałabym te zamienniki w jednym opakowaniu to może bym zaryzykowała przyjęciem kilku tabletek. I to jest właśnie brak troski o pensjonariuszy – e tam nic mu się nie stanie jak przyjmie nie to co trzeba i nic mu się nie stanie jak jeszcze za to zapłaci. Ludzie nawet nie wiedzą co przyjmują i za co płacą. Takich trzymających rękę na pulsie odnośnie swoich leków jest tylko kilka osób. Chyba siostra przełożona powinna już odejść na emeryturę razem ze swoją oddaną pielęgniarką, która już ledwie chodzi i nie myśli, że myląc leki truje ludzi., Czas na zmianę.

Ciasteczka.

Na zeszło tygodniowym śpiewającym spotkaniu, padło pytanie – dlaczego nie podaję ciastek ani herbatki. Odpowiedziałam – ponieważ spotkaliśmy się żeby pośpiewać nie łasować. Ale na innych spotkaniach są ciastka – usłyszałam. Na tym spotkaniu niestety nie będzie. Przykro mi, że rozczarowałam. Kochani ja jestem takim samym mieszkańcem tego Domu jak i państwo. Nie dysponuję funduszami na rzeczy zbędne. Na tym swoją wypowiedź na temat łakoci zakończyłam. Nasi mieszkańcy na wszelkie spotkania zajęciowe przychodzili ze względu na kawkę i ciasteczka. Jakby tego nie było to pewnie i zajęć by nie było; tak więc to taki wabik. Trudno nie przyjdą to nie. Mnie chodzi o śpiewanie a ci którym chodzi o ciasteczka najwyżej przychodzić nie będą. ( Przyszli, w tę sobotę było jak zwykle 20 osób ). Odkąd usłyszałam w programie telewizyjnym wypowiedź kierownictwa naszego Domu i żebranie o ciasteczka, kawkę i herbatkę, to w ogóle te ciasteczka nie przeszły by mi przez gardło. Któregoś dnia przyjechały do nas dzieciaki ze szkoły w Dywitach i po za występem artystycznym obdarowywali nas ciasteczkami zakupionymi dzięki zbiórce pieniędzy w swojej szkole i wśród rodziców. Wstyd mi się zrobiło, że coś takiego miało miejsce. Te ciastka powinny być podarowane dzieciom a nie nam. To my powinniśmy pojechać do tych dzieci ze słodyczami. Każdy z nas mieszkających w DPSie ma jakąś emeryturę czy rentę. Ja np. mam małą emeryturę a z tego co mi zostaje po wszystkich potrąceniach stać mnie na zaspakajanie zachcianek. Na utrzymanie nas w Domach Pomocy wpływają ogromne pieniądze, to ponad pięć i pół tysiąca miesięcznie na każdego z nas; dlaczego w jednym Domu stać na zbytki a w drugim nie ? Wiadomo zarządzanie. Często porównuję Dom Opieki Lauretius z nami i słyszę – przecież Laurentius jest domem prywatnym. Odpowiadam – opłaty są takie same a osoba prywatna która założyła taki dom, to zrobiła to żeby zarobić a nie żeby dokładać. Jak nasza poprzednia dyrektorka, po stracie żyły złota jakim był dla niej nasz Dom, zatrudniła się na stanowisku dyrektora w prywatnym Domu Opieki to właściciel tego Domu po zorientowaniu się jak zarządza finansami szybko jej się pozbył. Bo to on miał mieć zyski nie ona. Zarządzaniem takimi Domami powinni zajmować się fachowcy, nie ludzie z przypadku czy z układu. U nas wszystko jest stare i rozsypujące się. Windy psują się nagminnie, więc jakby tak w tym programie telewizyjnym nasze panie poprosiły o części zamienne do wind i ewentualnie fundusze na nie, to byłoby sensowne. To byłaby prośba o pomoc ludziom odciętym od reszty Domu przez zepsutą windę i pomoc personelowi, który musi roznosić posiłki biegając po schodach. Ale prośba o ciasteczka i przyjmowanie tych ciasteczek to trochę nie bardzo.

U nas dużo jest trochę nie bardzo np. nie mamy świetlicy, ludzie na pogaduchy spotykają się na korytarzach, najchętniej przed stołówką; a panie terapeutki zajęciowe korzystają z 8 pomieszczeń. Kiedyś wystarczyło pomieszczenie biblioteczne i sala gdzie klejono i lepiono. Przecież klejono przed południem, a lepiono po południu. Na każde z tych zajęć przychodzą 4 osoby. Kasia prowadziła swoje zajęcia w sali widowiskowej, a teraz mogłaby prowadzić i w sali widowiskowej i w bibliotece. Biblioteka jest wykorzystywana raz w tygodniu przez dwie godziny, w pozostałe dni jest pusta i zamknięta na cztery spusty. Pokój w którym kleją i malują jest zajęty przez podopiecznych przez jedną godzinę dziennie – od 9 do 10′ resztę dnia jest zamknięty. Salka w której lepią w glinie jest zajęta przez mieszkańców po południu przez półtorej godziny, resztę dnia jest zamknięta. A ŚWIETLICY NIE MA. Jak chcemy się spotkać to musimy chodzić, prosić, pytać czy można, załatwiać za każdym razem klucz i później za wszystko odpowiadać. W dni wolne od pracy wszystko jest zamykane na klucz. Zostaje 148 osób bez możliwości spotkania się towarzysko. Od wielu ludzi słyszałam, że ” Leśna Chata ” ( która służy trzem pracownicom do zamykania się przed nami ) to idealne miejsce na ogólnodostępną świetlicę, jest do niej wygodne dojście z obu części naszego ogromnego budynku. Brak świetlicy to dowód na to, że nikt się nami nie opiekuje tylko nas nadzorują. Mam na myśli naszych nadzorców nie opiekunów z zawodu, którzy dwoją się i troją żebyśmy byli zadowolenie.

Inne trochę nie bardzo, to brak dostępu do leków w potrzebach nagłych i niespodziewanych. Ten temat poruszałam na zebraniu, w odpowiedzi usłyszałam od siostry przełożonej, że apteka do nagłej pomocy jest, tylko zapomniała dodać, że jest tylko wówczas jak ona jest w pracy, czyli od poniedziałku do piątku w godzinach od 7 do 15. A propos leków – to dzisiaj ( 10. 12. 2023rr ) miałam niezbity dowód, że naszym pielęgniarkom nie można powierzyć swojego zdrowia. Nie jednokrotnie miałam incydenty z lekarstwami chociaż sama je kupuję, rozdzielam i przyjmuję, z moimi lekami pielęgniarki nie mają nic wspólnego, a jednak… Dzisiaj wyszłam z pokoju o godz. 6, 50 , zamknęłam drzwi na klucz a za wizytówkę, jak zwykle włożyłam kartkę – jestem na spacerniaku. Wróciłam po 45 minutach, wchodzę do pokoju i widzę na komodzie coś nie mojego. – pojemnik z lekami, taki jak mój tylko że biały nie czerwony. Przeraziłam się, że coś się dzieje z moimi oczami. Wzięłam pojemnik podeszłam do okna żeby go obejrzeć dokładnie – czy na prawdę jest biały nie czerwony. Zaglądam do środka – pojemnik pełen leków, a ja swoją porcję leków przyjęłam już o godzinie 6 rano. Szukam swoich leków i pojemniczka, nie ma nigdzie. Wówczas pomyślałam o pielęgniarkach i rzeczywiście to one – obraz i podobieństwo swojej przełożonej nie myślącej w ogóle o zdrowiu podopiecznych, lekceważących swoją pracę. Opiekunka wzięła ten pojemnik z lekami i poszła do dyżurki pielęgniarek, przyniosła mi mój czerwony pojemniczek, który został mi zabrany bezprawnie. Na wszelki wypadek leki które zostały w moim pojemniczku wyrzuciłam – brak zaufania do pielęgniarek.

Następne trochę nie bardzo -wczoraj usłyszałam, już od czwartej osoby, że przez to proszenie o wszystko czują się potwornie źle, to bardzo zaniża poczucie wartości każdego z nas, psuje do cna atmosferę, która i tak jest beznadziejna. To mówią osoby które uważane są za delikatne, kulturalne, ugodowe i biorące udział w życiu Domu. Szefostwo myśli, że te panie są usatysfakcjonowane przebywaniem pod ich nadzorem, niestety tak nie jest i to właśnie dlatego, że jesteśmy pod nadzorem nie pod opieką. Te panie bardzo się dziwią, że ja nie popieram ich złego samopoczucia. Miałam złe samopoczucie i chodziłam ze spuszczoną głową przez 12 lat, chyba wystarczy. Z całego mojego pamiętnika wynika fakt, że nasi nadzorcy nie wywiązują się ze swoich obowiązków należycie. Lekceważą fakt, że panie od wszelkich zajęć zamykają się na klucz przed nami, że terapeutki odpowiedzialne za naszą sprawność fizyczną lekceważą gimnastykę. W naszym Domu wszystko spada na opiekunów i pokojowe, i ewentualnie na pomoc sąsiedzką. Pani dyrektor spotyka się tylko z tymi osobami które ją chwalą, nie słucha cennych uwag, nie zależy jej na dobrym samopoczuciu jej podopiecznych, przecież i tak nic złego nie powiedzą bo nie chcą sprawiać przykrości.

Zrobiło się dużo za dużo tego nie bardzo. Nic to – NARA.