Pracownik pierwszego kontaktu…

Dzisiaj, przez przypadek, dowiedziałam się, że mam pracownika pierwszego kontaktu. Dowiedziałam się nie od tego pracownika tylko od kogoś. Jeszcze z nim nie rozmawiałam. Od kiedy go mam nie wiem. Jeszcze parę lat temu takiego pracownika wybierał sam podopieczny; przecież to musi być osoba do której ma się zaufanie. Muszę się dowiedzieć coś o tym pracowniku, bo taki pracownik powinien ze mną rozmawiać co najmniej 30 min. tygodniowo. Powinien o mnie wiedzieć jak najwięcej żeby móc koordynować wsparcie w planie pomocy. Po za obecnym pracownikiem pierwszego kontaktu miałam ich pięcioro w tym tylko z jednym byłam w stałym kontakcie, z pozostałymi rozmawiałam tylko raz a z trzema rozmowa była nawet nie temat. Pisałam o nich wszystkich. Może miałam ich więcej ale nic mi o nich nie wiadomo. Pierwszego pracownika spotkałam na korytarzu, to pani psycholog która właśnie szła z panią dyrektor do mnie żeby nas sobie przedstawić ,a że spotkałyśmy się na korytarzu to pani dyrektor zaproponowała żebyśmy na nim zostały. Blisko moich drzwi stał rząd połączonych krzeseł więc zaproponowano mi żebym usiadła w środeczku a one wzięły mnie w dwa ognie. Zbliżały się wybory do samorządu mieszkańców a ja prowadziłam wówczas radio Kombatant, więc obie panie zaczęły mi tłumaczyć co mam mówić w radio na ten temat. Ponieważ wywnioskowały, że nie ulegnę ich namowom, prowadziłam przecież audycje muzyczno – poetyckie, tak więc audycja którą miałam prowadzić, była moją ostatnią audycją i swojego pracownika pierwszego kontaktu widziałam również pierwszy i ostatni raz. —- Drugi pracownik, również pani psycholog, która zachowała się beznadziejnie – bez żadnej zapowiedzi przyprowadziła do mnie gościa, mężczyznę, muzyka, który jak mijaliśmy się na ulicy przez ponad 50 lat, nie mówił mi nawet dzień dobry; a pani psycholog była bardzo zdziwiona, że ja się nie ucieszyłam na jego widok, bo ona cieszyła się bardzo. Nie uprzedziła jego przyjścia pytaniem – czy może przyprowadzić, czy będzie to odpowiednia pora ? Cieszyła się że przyprowadziła i już. Z tym moim pracownikiem również widziałam się pierwszy i ostatni raz. —–Trzeci pracownik pierwszego kontaktu, o dziwo również kobieta psycholog, od progu miała bardzo zbolałą minę która miała wyrazić ogromne współczucie dla mnie i zaczęła od pełnych boleści słów: No taka strata, takie nieszczęście panią spotkało, współczuję serdecznie. I patrzy na mnie a ja nic – szukam w pamięci co takiego mnie spotkało – nikt nie umarł, wszyscy zdrowi, no chyba to że 6 lat temu musiałam uśpić psa, był chory na raka żołądka. Mówię do niej – niech mi pani powie coś o tej stracie, bo nic nie przychodzi mi do głowy. A ona na to – no przecież panią Anię Ż. zwolniono z pracy, a pani ją tak lubiła. Szanowna pani, jeśli już to to jest strata dla dps, ktoś bardzo bezmyślnie postąpił zwalniając ją. Przyjęto do pracy zieloniutką, młodziutką dziewczynę, po dwóch latach okrzepła i stała się bystrą chętną do pracy i pomocy każdemu, pracownikiem, kogoś takiego nie zwalnia się. Owszem, szkoda że musiała odejść chociaż mieszkańcy wystosowali prośbę do pani dyrektor żeby ją zostawić. I to wcale nie był mój pomysł z tym pismem, widać że wszyscy ją cenili nie tylko ja. Ale ponieważ w tym czasie była nagonka na mnie więc jestem pewna, że dlatego ją zwolniono żeby właśnie mnie zabolało. —– I czwarty pracownik był psychologiem i o dziwo wyjątkowo zdolnym psychologiem bo podczas pierwszej rozmowy wyciągnął ode mnie wszystko co chciał, powiedziałam mu wszystko co go interesowało, aż sama sobie się zdziwiłam; ale było to jedyne spotkanie z nim. ——- No i wreszcie piąty pracownik i o dziwo nie psycholog tylko nowo zatrudniona pracownica socjalna pani Ania R. Przyszła do mnie, przedstawiła się i powiedziała wprost: nic nie wiem o pani a chciałabym wiedzieć jak najwięcej. Ponieważ nie mam czasu żeby przychodzić do pani to proponuję żeby to pani przychodziła do mnie. Pracuję w pracowni plastycznej, przychodzi tam wiele ludzi. Będziemy pracować i rozmawiać i w ten sposób pomalutku poznamy się bliżej. Nie będę się rozpisywała o zdolnościach pani Ani, bo była wszechstronnie uzdolniona i umiała wiele rzeczy przekazać nam swoim podopiecznym. Na pewno takiej osoby nie spotkam już w swoim życiu, a naszej dyrekcji była nie przydatna. —— Przez ostatnie 10 lat nic nie było mi wiadomo czy miałam pracownika pierwszego kontaktu czy nie, ale jaki będzie ten szósty, jestem bardzo ciekawa.

I to byłoby na tyle NARA !!

Tango La cumparsita..

Niedzielny wieczór, to jest jedyny długi, jak dla mnie, wieczór kiedy nie śpię. Przecież w telewizji leci program ” Taniec z gwiazdami ” . Kocham oglądać tańczące pary. Interesuje mnie każdy ruch taneczny; a tym razem jak usłyszałam pierwsze takty tanga la cumparsita odleciałam i już do końca programu nie widziałam nic . W głowie kłębiły się i myśli i obrazy z mojego życia z lat sześćdziesiątych. To zaczarowane tango powstało jeszcze przed I wojną światową, czyli że liczy sobie ponad sto lat i jak zatytułował je autor pierwszego tekstu do tego tanga, młodziutki bo 22 letni wówczas Urugwajczyk Rodriges to tango, to ” Tęsknota za minionymi chwilami „. Nigdy nie ogarniała mnie aż taka tęsknota, czyli że to tango jest naprawdę zaczarowane. Zdarzył mi się taki okres w życiu, że musiałam śpiewać w lokalu gastronomicznym, czyli, jak mówią muzycy, śpiewałam do kotleta. Chociaż ja zrobiłam wszystko żeby pomimo to śpiewać dla publiczności nie do kotleta; po pierwsze nie siedziałam razem z muzykami przy stole, śpiewałam zawsze pierwszy utwór w trójce, do każdego wyjścia zmieniałam kreacje a po zakończeniu danego utworu kłaniałam się dziękując za wysłuchanie mnie. To był lokal kategorii S, zwłaszcza dla gości hotelowych. Ja miałam pulę finansową na kreacje jakie chciałam, jeździłam więc do Domu Mody do Sopotu i fundowałam sobie później mały pokaz mody w lokalu w którym śpiewałam. Fama rozeszła się po mieście szybko i lokal stawał się z dnia na dzień coraz bardziej oblegany. Tango la cumparsita musiałam śpiewać codziennie tak jak i Oczy Czarne. Nigdy nie widziałam ludzi dla których śpiewałam bo jak tylko na kogoś spojrzałam to myliłam tekst, ja widziałam tylko tłum albo grupkę, pojedynczych osób nie widziałam; aż któregoś razu popatrzyłam i zobaczyłam czule tulące się pary i kilka par stojących przed sceną i połykających mnie wzrokiem. Poczułam się nadzwyczajnie, bo to znaczyło, że przekaz był właściwy. – – – Jak to się stało, że wylądowałam ze śpiewaniem w restauracji i to aż na pół roku. Otóż, byłam już mężatką i miałam dwójkę dzieci, choć ciągle jeszcze byłam młodziutka – wyszłam za mąż mając 17 lat. Mój mąż choć starszy ode mnie o 5 lat zbyt mądry nie był. Zamarzyła mu się wolność. Zakład pracy wysłał go na trzymiesięczne szkolenie do Poznania, a mój mężuś wziął ze sobą ostatnią pensję i wydał zlecenie żeby następne dwie pensje przesłać do niego do Poznania. Niestety nie pomyślał, że zostawia w domu nie pracującą żonę z dwójką dzieci i bez środków do życia. Wyszłam z dziećmi na spacer do parku, w którym zresztą mieszkałam, usiadłam na ławce przygnębiona i rozmyślam co robić. Podchodzi do mnie znajomy muzyk i od słowa do słowa mówi mi : pracę masz od dziś i od dziś całkiem niemałe pieniądze, mamy nie złe ” boki ” a z tobą będą jeszcze lepsze tak więc załatw opiekę do dzieci i o godzinie 19 śpiewasz. ( Boki to pieniądze za granie na specjalne życzenie ). Zapakowałam dzieci do wózka i pojechałam z nimi do pobliskiej szkoły średniej. Spytałam o jakąś dziewczynkę która dojeżdża ze wsi a mogłaby zamieszkać u mnie w zamian za bycie z dziećmi od godziny 18 . Przy dzieciach nic nie trzeba będzie robić, będą po kąpieli i po kolacji a zatem tylko im poczytać aż usną. I w ten oto sposób miałam w jednym dniu załatwioną pracę i opiekę do dzieci. Bardzo szybko zapomniałam gdzie śpiewam bo zarobki moje z bokami to była dobra dyrektorska pensja. Szanowny małżonek po powrocie jeszcze przez kilka dni bał się wrócić do domu, wysyłał kolegów na zwiady i dowiadywał się, że w domu dostatnio i nawet jest opiekunka do dzieci. Jak już okrzepł w swoim zadufaniu, odegrał scenę pana i władcy, porwał wszystkie moje nowo zakupione kreacje, pożegnał opiekunkę do dzieci a mnie zabronił śpiewać w lokalu, bo to wstyd, pieczętując swoje wymagania siniakiem pod okiem swojej szanownej małżonki. Tak więc znów zaczęłam życie w długach i w smutku. To dlaczego wspominam ten okres z takim rozrzewnieniem. ALE BYŁO MINĘŁO.

Buziaki !!

U mnie nic, ale za to za Oceanem…

u mnie poza dolegliwościami wszelakimi nic. Swoje 85 urodziny przechodzę stękająco i tak jak miałam nie obchodzić w ogóle to okazuje się, że obchody zakończę dopiero w poniedziałek. I po co to komu?

Za Oceanem oczywiście jest TRAMP – jak można było kogoś takiego wybrać na prezydenta takiego mocarstwa jak Ameryka. Mam wrażenie, że wybrali go ludzie którzy źle życzą swojemu krajowi. Przecież ten człowiek ośmiesza Amerykę. Niby to nie moja broszka, a jednak; niestety moim sąsiadem jest Putin a ci dwaj panowie dogadują się idealnie, jeśli dochodzi nawet do złamania przepisów odnośnych kar finansowych nakładanych na te kraje które handlują z Rosją a to dotyczy już Ameryki, to znaczy, że z głowami rządzących jest coś nie tak. Brak paliwa na świecie jest przez wojnę wywołaną przez Trampa. Szukając tego paliwa, żeby załagodzić frustrację swoich, Tramp układa się z agresorem z drugiej strony kontynentu i wspomagać będzie Putina w wojnie która toczy się od 5 lat tuż przy naszej polskiej granicy. I ten człowiek ma pretensję, że nie otrzymał Pokojowej Nagrody Nobla. Brak słów. Nie podoba mu się Prezydent Ukrainy i namawia Ukraińców do wybrania innej Głowy Państwa. Chciałby żeby w innych krajach rządzili ludzie którzy są nim zachwyceni. Panie Prezydencie Tramp, są ludzie na świecie którzy kochają swoją Ojczyznę i gotowi są za Nią umrzeć nawet w biedzie; w rękach trzymając karabin i kawałek suchego chleba nie przeliczając miliony dolarów. Mam nadzieję, że Naród Amerykański nie da się ogłupić 5 000 dolarów obiecanymi wszystkim Amerykanom jak on wygra swoją politykę 11 listopada. Przecież to są puste słowa. Cały świat zna wartość słów Trampa.

No i czy można wymagać moralności i prawości w kierowaniu DPSami kiedy światem rządzi bezprawie.

Idę się położyć, polityka mnie wykańcza – NARA !!

Rozsypuje mi się życie…

jak przejrzałe kłosy; już bardzo dawno napisałam wiersz zaczynający się właśnie takimi słowami, z tym, że wówczas pisząc myślałam o swoich sąsiadach z ul. Radiowej, których życie obserwowałam jako przykład pięknego, długiego, wspólnego życia. Tym razem mam na myśli wyłącznie siebie. Od 15 czerwca nie mogę pozbyć się cholernego bólu kręgosłupa. To jest na prawdę potworny ból. Trzy serie zastrzyków nie pomogły. Blokada przeciwbólowa też nie. 3O zabiegów fizjoterapeutycznych też nic nie dało. Leki przeciwbólowe coraz silniejsze tylko nieco znieczulają ból. Jak byłam młoda leki działały migiem a teraz działają najlepiej skutki uboczne. STAROŚĆ – coś okropnego. Po prześwietleniu kręgosłupa okazało się, że cały nadaje się już tylko do wymiany. Nie mogę nie tylko chodzić ale i ćwiczyć nie mogę a tego jest mi najbardziej żal. Więc co robię? Tyję. Wychodzę tak na troszeczkę na spacer i telepię się pomaleńku bo wszystko boli, patrzę idzie ten nasz wsplny znajomy – szalejący świeżo upieczony wdowiec ( nie wiem nawet jak ma na imię a znamy się kupę lat ), to już nie ten radosny choć jak twierdzi już na nowo zakochany. A co to taki nieciekawy – pytam, nawet nie ogolony, co jest? Łatwo pani mówić, w domu to ja muszę wszystko zrobić sam, a nie umiem. Coś za coś. Przeżywasz drugą młodość. Chodzicie na tańce, na wernisaże a w domu kogoś takiego jak była żona brakuje. Dobrze było być takim Piotrusiem Panem o którego ktoś zadbał. Teraz trzeba zatrudnić pomoc domową, bo jeśli ty tak wyglądasz to wyobrażam sobie jak jest w domu. I pomimo pięknego domu z ogrodem, panny do siebie nie zaprosisz. Tylko patrzeć jak będzie koniec miłości szalonej. Pan, postał ze spuszczoną głową i pożegnał mnie smutnym do widzenia.

Wrócę do naszego dps. Od łapanki do podpisów na czarną listę osób które widziały kto do mnie przychodzi i ile razy, prawie nie widzę pracowników drugiej zmiany. Tylko dwie osoby zaglądają do mnie czasem reszta woli nie ryzykować, bo z naszą siostrą przełożoną nic nie wiadomo. Niczego się nie boi tylko jedna buńczuczna osoba, pokojowa z rannej zmiany. Demonstruje arogancko niechęć do mnie. Ludzie mówią, że sprząta nie tylko w dps ale i w domu, wszyscy wiedzą czyim. A ja się tak dziwiłam, że tak odważnie zajmuje się fryzjerstwem pełno odpłatnym w czasie godzin pracy. Pracowita, nie ma co.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Nareszcie…

nasze dwie gwiazdy świństw wszelakich wobec mieszkańców i pracowników naszego Domu staną przed Sądem. Oczywiście chodzi o siostrę przełożoną i dyrektorkę. Któregoś dnia – puk, puk do moich drzwi, wchodzi pan legitymuje się i przedstawia – to policja. Moment zawahania zanim skojarzyłam. Nie pisałam o tym więc nic nie wiecie. Otóż jedna z pracownic po otrzymaniu kilku nagan uzmysłowiła sobie, że za jej idealną wręcz pracę dyrekcja szykuje się do wręczenia jej wypowiedzenia z pracy; nie wytrzymała i oddała sprawę do Sądu oskarżając dyrekcję naszego Domu o nie słuszną podstawę do oskarżeń. Chcąc udowodnić, że nasze ” gwiazdy zła ” postępują bezprawnie niemalże na każdym kroku, że mają za nic ludzi w jakiś sposób podległych sobie, powoływała się na różne fragmenty z mojego bloga. Pani adwokat kierująca sprawą, podpowiedziała, że dobrze by było spytać autorką bloga czy nie zechciałaby być osobiście świadkiem w tej sprawie, I w ten sposób pracownica trafiła do mnie i przedstawiając po krótce sprawę zapytała mnie o to. Takiej euforii z mojej strony nie spodziewała się. Ja aż krzyknęłam z radości – nareszcie, te dwie hieny staną przed Sądem. Oczywiście, że poświadczę. Był czas, że to ja chciałam oddać sprawę do Sądu ale byłam zupełnie osamotniona. Ludzie w naszym Domu byli zastraszeni i jedni chcieli jeszcze trochę pożyć, a drudzy nie chcieli stracić pracy. A ja sama, stara, zmaltretowana psychicznie osoba, nie miałam sił. Teraz jestem okrzepniętą w siłę i zdecydowaną pomóc, bo to będzie tak jakbym oczyszczała siebie. Siostra przełożona w jakiś sposób dowiedziała się o tym, że owa pani była u mnie, zaczęła łapankę wśród pracowników – kto z nich widział ową panią u mnie i ile razy; wyłapane osoby musiały złożyć podpis na piśmie sformułowanym przez przełożoną, stwierdzający fakt. Po co to zrobiła nie wiem – to chyba brzytwa tonącego. Wprawdzie owa pani jest na zwolnieniu lekarskim ale chodzić może. Była to dla niej zbyt ważna sprawa żeby odpuścić. Pan policjant spytał mnie ile razy u mnie owa pani była. Dziwne pytanie. Owa pani jest zatrudnioną w naszym Domu opiekunką. Krótko przed pójściem na zwolnienie lekarskie była opiekunką na moim odcinku. I jako jedyna opiekunka interesowała się wszystkimi podopiecznymi, nie tylko tymi którym trzeba zmienić pampersy, tak więc u mnie była wiele razy. Natomiast w sprawie o której mowa była tylko raz, nie musiała więcej, przecież ja zgodziłam się natychmiast i w stu procentach. A po tej łapance osoby które podpisały się na czarnej liście przełożonej, to nawet nie zaglądają do mnie – wstydzą się, a przecież są to opiekunowie, czy tylko podwładni przełożonej ? Był czas kiedy te hieny straszyły mnie, że podadzą mnie do Sądu za prowadzenie bloga szkalującego nasz Dom. Wyjaśniłam im, odwrócenie tematu – ja nie szkaluję Domu tylko jego kierownictwo, a do Sądu pójdę z ogromną przyjemnością i powiem co o was myślę. No i co ? Wycofały się z tego pomysłu, wiedziały, że ja będę miała o czym mówić one niestety nie. Chciały bez mojej zgody skierować mnie do Szpitala Psychiatrycznego na Oddział Zamknięty, nawet przekabaciły na swoją stronę zatrudnionego u nas psychiatrę, który moją ” chorobę psychiczną ” również zawarł z treści mojego bloga. No inteligencja najwyższego sortu.

Musiałam wejść w mój wpis i poprawić go co nieco, a tu aż dziw pełno wpisów z gratulacjami dla mnie. że mam odwagę pomóc. A może odważylibyście się i też pomogli. Jak byłoby nas więcej to pozbylibyśmy się tych hien, no i miałyby wreszcie nauczkę.

Chyba dosyć na dzisiaj. Trzymajcie za nas kciuki. NARA !!

Stara fotografia.

” Patrzę na starą fotografię którą dziś przysłałeś mi” – tak zaczyna się tekst piosenki śpiewanej przez Sławę Przybylską w latach sześćdziesiątych. Zarówno ten tekst jak i otrzymana przedwczoraj stara fotografia bardzo mnie wzruszała i wzrusza na dal, z tym, że tę fotografię otrzymałam od mieszkanki naszego Domu. Fotografia z lat sześćdziesiątych a zachowana w idealnym stanie. Lata sześćdziesiąte, ja piękna dwudziestokilkuletnia stoję na scenie otoczona przystojnymi mężczyznami – muzykami, a konkretnie dęciakami. Panowie ci mają instrumenty skierowane w moją stronę; a zatem sytuacja jest pozorowana bo jakby dmuchnęli w nie to straciłabym słuch natychmiast i na długo. Panowie niby grają na klarnecie, saksofonie – tenorze, puzonie i trąbce, ja cała w bieli – w białej sukience i w białych rękawiczkach trzymam w ręce marakasy. Niby zdjęcie takie jakich mam całe mnóstwo, a jednak inne, te które mam robione były nie wiadomo przez kogo i w niespodziewanych sytuacjach, do tego zdjęcia trzeba było pozować, a ja nie pamiętam ani tej sytuacji ani panów otaczających mnie, jednak na to zdjęcie zaczęłam patrzeć inaczej. Zwróciłam uwagę, że ci muzycy są niezwykle przystojni a mimo to ja dla nich jestem kimś wyjątkowym. Nigdy przedtem nie widziałam ani przystojności panów ani admirowania mnie. Teraz nie dziwię się, że mojego męża zżerała zazdrość, no bo jeśli na tę moją cząstkę życia patrzył jak ja dzisiaj na tę fotografię… Boże, on jeździł za mną wszędzie, ale tak, że ja nawet nie wiedziałam, że jest gdzieś i obserwuje mnie. Mógł przecież jechać razem ze mną tym samym środkiem lokomocji, ale nie, przecież wówczas nie mógłby mnie przyłapać na zdradzie. I nie przyłapał, a tą swoją obłąkaną zazdrością doprowadził do rozwodu. Szkoda, bo ja dopiero dzisiaj zobaczyłam piękno tych panów, a w ogóle to nawet ich nie kojarzę. Na ogół słyszałam tylko brzmienie instrumentów, fizjonomii nie kojarzyłam nigdy. Szkoda, szkoda wszystkiego co było.

A co jest, a w zasadzie też już było – kontrola z Urzędu Wojewódzkiego. Nawet nie odczułam, że to była kontrola, ot dwie panie przyszły do mnie na pogaduchy. Zrobiłam maleńki zwiad – u kogo owe panie były. Były u bardzo wielu osób i o dziwo niemal, że wszystkie te osoby miały takie samo zdanie o kierujących naszym Domem i postępowaniem z nami, jak i ja. W skali 1 : 3 otrzymały po jednym punkcie a nawet z minusem. Nie wiem do czego te wywiady były potrzebne, ale cieszę się, że ludzie mówią i nie boją się mówić to co myślą.

I to byłoby na tyle NARA !!

I znów pomyłka!

Oczywiście chodzi o leki. W naszym Domu są dwie osoby o tym samym nazwisku. Obie te osoby mieszkają powyżej 10 lat w tym dps tak więc czas najwyższy wiedzieć o nich wszystko, zwłaszcza, że nowych pielęgniarek nie ma a to właśnie pielęgniarki dopuszczają się tych pomyłek. Mylą się nie tylko ze względu na nazwisko, po prostu nie mają warunków do spokojnego rozdzielenia leków. Przychodzę po lek o który poprosiłam wczoraj lekarza, leku nie ma – informuje mnie pielęgniarka. Zaczyna się szukanie, bo lek powinien być. Po dłuższym szukaniu okazało się, że pan doktor wypisał dla mnie inny lek, główny składnik ten sam a nazwa już inna. Zupełnie nie wiem dlaczego na opakowaniu leku zmieniono literkę imienia z D na K, tę zmianę widać wyraźnie, i ja leku nie mam a Krysia miałaby za dużo; ale znając Krysię brałaby go bez problemu. I znów byłaby afera ponieważ faktura za lek przyszłaby na mnie i wmawiano by mi, że na pewno lek wzięłam tylko zapomniałam a opłacić muszę. Ludzie szanujcie nasze zdrowie, w końcu od tego jesteście, jak sama nazwa wskazuje jesteście służbą dla naszego zdrowia, a każda praca wymaga myślenia. Wystarczy, że nasze kierownictwo nie myśli Wy średni personelu jesteście dla nas ważniejsi od waszych nie wiele wartych zwierzchników, mam na myśli pielęgniarkę naczelną która powinna zadbać o warunki pracy dla Was i dyrektorkę która wszystko co złe zwali na nas- podopiecznych tego Domu bo boi się zwrócić uwagę pielęgniarce naczelnej. Przecież te pomyłki lekowe to wyłączna wina pielęgniarki naczelnej, która pracując w naszym Domu od 30 lat nie zadbała o spokojne miejsce do rozdzielania leków. W jednym pomieszczeniu rozdziela się leki dla ponad setki osób, pobiera się krew, zmienia opatrunki, robi zastrzyki i udziela wszelkich informacji i to w pokoiku w którym trzy osoby robią tłok.

W środę były w naszym Domu, na zwiadach, pracownice Urzędu Wojewódzkiego. Trafiły też do mnie. Zaczęły od pytań o personel średni, zwłaszcza o opiekunki, powiedziałam więc, że ze mną to one nie mają wiele wspólnego ponieważ jestem osobą w miarę samodzielną. Napisałam w miarę, ponieważ już ze wszystkim mam problemy ale choć z trudem to jednak wszystko robię sama. Ale obserwując ich pracę to nawet nie ośmieliłabym się prosić o pomoc, są zapracowane, zabiegane, ledwie się wyrabiają. Wy lepiej zainteresujcie się pracą naszego kierownictwa, zwłaszcza pani dyrektor i pielęgniarki naczelnej. Ta ostatnia uczy jak pomiatać podopiecznymi, mieć ich za nic, a ta druga nie śmie zwrócić jej uwagę bo sama nie wiedziałaby co i jak robić. Naszym Domem kieruje pielęgniarka naczelna nie dyrektorka. Tak o jednej jak i o drugiej mam bardzo brzydkie zdanie. I opowiedziałam o wszystkich świństwach jakie mnie spotkały w tym Domu dzięki tym niby ludziom, które udają aniołów. Nie będę pisała co mówiłam ponieważ to wszystko jest przedstawione dokładnie na moim blogu. Czy te panie z Urzędu zrobią z tego jakiś użytek nie wiem, pewnie nie, jak zwykle i jak każdy urzędnik z którym rozmawiałam do którego się zwracałam w różnej formie, ale swoje zdanie o szefowych tego Domu mam wyrobione gruntownie i wypowiadam je zawsze niezmiennie tak samo. Ze strony pań kontrolerek padło pytanie – czy to możliwe żeby opiekunki domagały się jakiś rekompensat w zamian za swoje usługi? Natychmiast zaprzeczyłam, a po kilku dniach i zastanowieniu się pomyślałam, że przecież nie wiem jak zachowują się opiekunki w stosunku do innych osób. Ja z tym się nie spotkałam, ale na przykład znam przypadki, że jedna z pokojowych do mnie jest nadzwyczaj miła a na swoim odcinku ma osobę na której wręcz znęca się psychicznie. Nie znam przecież wszystkich zatrudnionych u nas osób i zupełnie nie wiem jak mogą zachowywać się względem innych. Jest mi głupio, że nie uwierzyłam komuś, ale w ramach przeprosin dodam tylko, że panie kontrolerki już czytają mojego bloga i na pewno przeczytają dzisiejszy wpis.

I to już wszystko – NARA !

Parapetówka !

Ten tydzień rozpoczęłam od parapetówki właśnie. Moja wnuczka chciała pokazać rodzinie i swoim przyjaciołom jak się mieszka w nowo wybudowanym domu i to wybudowanym osobiście przez jej męża i teścia. Jej mama, czyli moja córka, dziwiła się że spotkanie organizuje w poniedziałek, ale wnuczka wyjaśniła, że w sobotę to będzie spotkanie młodych, a więc długo i głośno. Niedziela będzie na odpoczynek i posprzątanie śladów balangi po to żeby w poniedziałek spotkać się ze starszyzną, czyli teściami z obu stron, plus z babcią i prababcią w mojej osobie. Dom budowano dość długo ponieważ mąż wnuczki jeździ tirem po Europie a budową zajmował się w czasie wolnym od pracy. Jak już szkielet domu był gotowy to zagospodarowały go bociany – uwiły sobie na nim gniazda, jako że dom stoi w głębokiej głuszy, na odludziu pod lasem na polanie, na której dotychczas wygrzewały się zwierzęta i ciągle uważają że to jest ich miejscówka. Oczywiście ich gniazda zostały starannie przeniesione na wybudowane maszty blisko domu. Ogrodzenie również musieli zlikwidować ponieważ żadnych ogrodzeń nie życzyły sobie jelenie i sarny. Na polanie, na której stoi dom można śmiało zlokalizować pole golfowe, ten duży teren to ich podwórko obsadzone małymi, srebrnymi świerkami. Ich dom wewnątrz tylko obejrzałam ponieważ pogoda była zbyt piękna żeby w nim siedzieć. Tak więc przy drinku i przeróżnych przekąskach, na hamakach przebujaliśmy poniedziałkowe południe i popołudnie. Dla mnie, niestety takie wypady choć leniwe są już męczące. Nie mogłam sobie pospacerować z prawnukiem ponieważ grunt pod nogami nie był zbyt stabilny a tego wymaga moja starość. Mój chodzić w ogóle nie chciał jeździć a o chodzeniu bez niego mowy nie ma. Do domu jest wiele wejść ale te wejścia nie mają jeszcze porządnych schodów; w ogóle jest jeszcze dużo do zrobienia ale już w nim mieszkają. Są to tereny skupywane przez lata przez rodziców męża wnuczki z planem zamieszkania całej rodziny obok siebie. Brat przyszytego wnuka, moim zdaniem postąpił mądrzej, sprzedał część gruntów i lasu i kupił mieszkanie w mieście a na pozostałych gruntach wybudował dom na wywczasy. Natomiast moja wnuczka zamieszkała tam na odludziu na stałe. Mają swoją wodę głębinową, swoje zasilanie prądotwórcze i ogólnie wszystko co potrzebne jest do życia, jednak ja nigdy w życiu nie odważyłabym się tam mieszkać pomimo to, że jest tam pięknie.

Jak tylko wróciłam do Domu to zanim padłam na swoim łóżku musiałam wysłuchać żalów sąsiadki – i znów pomyliły mi leki, mnie jest tak ciężko chodzić ale muszę iść z reklamacją. Ponieważ od dwóch miesięcy niemalże codziennie korzystałam z usług pielęgniarskich w ich gabinecie to zwróciłam uwagę, że powinno się odizolować pokój na rozdzielanie leków od obsługi mieszkańców Domu, bo jedno z drugim jest bardzo rozpraszające i wówczas nie trudno o pomyłki. Czyżby o tym nie wiedziała siostra przełożona. Ja kilkanaście razy zgłaszałam pomyłki, chociaż one nie powinny w ogóle mnie dotyczyć, ale jak zobaczyłam jak wygląda rozdzielanie leków, i to już od dziesiątek lat tak samo, to za tę bezmyślność wyrzuciłabym z roboty przełożoną. A jak zgłaszałam pani dyrektor o bałaganie z lekami to szanowna zamiast się wykręcać od odpowiedzi powinna zapoznać się z pracą pielęgniarek; ale to byłoby ingerowanie w zakres obowiązków siostry przełożonej, więc gdzieżby śmiała, lepiej zrobić durnia z podopiecznej albo nawet z siebie, żeby tylko nie narazić się przełożonej.

I to już wszystko – NARA !!

Rzetelność.

Nie wiem co się dzieje ale widzę radykalną zmianę w podejściu do mnie. Jeśli nawet najostrzejsza i najgłośniejsza z opiekunek, ba, nawet okazało się że powiązana rodzinnie z kierownictwem, w ostatnim słowie poddaje się, to jest to nie tak jak zwykle. Otóż na piątek zamówiłam samochód żeby mnie podrzucił do fryzjera. W zakładzie fryzjerskim miałam być o godz. 9, 15 a że to blisko to wystarczyło wyjechać o godzinie 9, oo. Jak zwykle miałam wrócić sama z buta. A że jestem ciągle myślącą osobą i posiadającą cechę główną – rzetelność we wszystkim, pomyślałam, że skoro o godzinie 9, 3o w każdy piątek ludzie jadą na rynek to trzeba to zgrać czasowo żeby kierowca nie jeździł dwa razy, bo to do fryzjera jedzie 5 minut i drugie 5 minut od fryzjera na rynek. Sprawdziłam ile osób jedzie na rynek. Czy w tej grupie są osoby jeżdżące na wózku czy z chodzikiem, ponieważ do samochodu wchodzi tylko jeden wózek więc byłby problem. Okazało się, jadą tylko dwie osoby sprawne fizycznie bez pomocy wózków. Dogadałam się z tymi osobami, żebyśmy wszyscy wyjechali o godz. 9. Osoby te się zgodziły. Ja zgłosiłam ten fakt do Działu Socjalnego i uważałam że wszystko gra, zwłaszcza, że na drugi dzień pracownica socjalna potwierdziła te ustalenia. Aż tu nagle w czwartek po południu przychodzi do mnie szefowa pokojowych i informuje mnie, że wyjeżdżam o godzinie 8, 50. Niby nic, ale jednak osoby które poszły mi na rękę z wcześniejszym o pół godziny wyjazdem znów mają mi ustępować. I zaczęła się przepychanka słowna z najgłośniejszą z opiekunek, ale ta przepychanka nie była złośliwa tylko, że każda chciała postawić na swoim. Wreszcie opiekunka mówi mi, że na rynek w ogóle samochodu nie będzie bo to i tamto. Ja się upieram, że wszystko dokładnie sprawdziłam i powinno być tak jak ustaliłam. Tej rozmowie przysłuchiwała się pokojowa z mojego odcinka i odezwała się – no i trafiła kosa na kamień. Moja oponentka uspokoiła panią Marię – że my się na pewno dogadamy. Fakt, że pomimo ostrej wymiany zdań czuć było obustronny szacunek. Wreszcie usłyszałam od mojej przeciwniczki – no nie sądziłam, że kiedykolwiek, ktokolwiek mnie przegada. I poszła. Ja się upierałam bo na prawdę wszystko dokładnie sprawdziłam a moja oponentka jest przyzwyczajona, że każdy jej ustępuje bo albo są to osoby nisko oceniające swoją wartość, albo na prawdę nie mają wartości; wówczas takie osoby podlizują się do niej, schlebiają we wszystkim. Ja swoją wartość znam. Nie upieram się jeśli czegoś dokładnie nie sprawdzę, ale to w moim wypadku jest nie możliwe. Rzetelność to moja cech główna i pewnie jedyna. W każdym razie pojechaliśmy zgodnie z marszrutą ustaloną przeze mnie.

PS. Bardzo dużo opiekunek podlizuje się do swoich zwierzchników i na tym ciągną ten roboczy kierat. Jak byłyby pracowite i kompetentne nie musiałyby stosować lizusostwa.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Głos Seniora.

Tak jest zatytułowane pismo – rocznik, a może półrocznik, wydawane przez nasz dps. Po przejrzeniu owego pisma, bo nie mogę powiedzieć, że po przeczytaniu – 80% druku zajmują zdjęcia i ilustracje, doszłam do wniosku, że nasi seniorzy nie mają głosu, albo nie mają nic do powiedzenia. A jeśli nie mają nic do powiedzenia to po co biorą się za pisanie? Jest to typowa kronika wydarzeń już zapomnianych. Notatki wspominają co wydarzyło się w styczniu i do czerwca. Każdy wpis opisujący jakieś wydarzenie artystyczne lub sportowe, to trzy, cztery zdania a w każdym wpisie są same ochy i achy. Na trzynaście opisów oczywiście w trzech zdaniach, pięciokrotnie powtarza się, że ciasto było pyszne albo, że był najważniejszy punkt spotkania – słodki poczęstunek. Za każdym razem ludzie wpadali w zachwyt bo zabawa była przednia i zawsze było bardzo miło. Dowiedziałam się, że na każdym spotkaniu redakcyjnym jest obecna pani dyrektor, a zatem osoby piszące są ubezwłasnowolnione i należy je pilnować żeby nie dopuściły się jakiejś samowolki. Tak się zachowuje tchórzliwy dyrektor, który wie, że nic dobrego ludzie o niej nie powiedzą a zatem trzeba pilnować żeby lepiej nic nie mówili. Pani dyrektor pierwszy raz na spotkanie redakcyjne przyszła natychmiast po objęciu stanowiska dyrektora u nas i pierwszą jej czynnością było zniszczenie poprzedniego Głosu Seniora, w którym było co czytać, ale po co, co za dużo to nie zdrowo. Później to już pani dyrektor niszczyła wszystko, bo tylko to jej wychodzi najlepiej.

PS. Te dziennikarki Głosu Seniora to w 50% moje koleżanki z logopedii, dostanie mi się po głowie, trudno – podlizuchy !

I to byłoby na tyle NARA !!