Gadu nocą, baju w dzień…

Dobrze, że ludzie ze sobą rozmawiają, nawet o nas samych, tylko szkoda, że przekazują sobie nie sprawdzone informacje o kimś, i temu komuś psują opinię. Ponieważ już się zaliczam do osób najdłużej mieszkających w naszym DPSie to co nie co o współtowarzyszach wiem. Usłyszałam fragment rozmowy, w którym wymienione było imię – Krystyna. Krystyn u nas jest pod dostatkiem, ale jedna z nich właśnie przeszła obok gadułek więc byłam pewna, że o nią chodzi. Nastawiłam ucha i słyszę, że Krystyna o której mowa nadużywa alkoholu. O, pomyślałam sobie, takiej Krystyny to teraz u nas nie ma; kiedyś to i owszem i to nie jedna, ale teraz nie. O kim mówicie dziewczynki – zagaiłam, panie bez żadnych skrupułów określiły osobę nie szczędząc epitetów pod jej adresem. Zabolało to mnie bardzo. Pomyślałam sobie, że jeśli człowiek coś zrobi nie tak, to później może stawać na głowie, a plama zostanie. ( A propos plamy – przypomniał mi się wierszyk który napisałam z przesłaniem dla swojego wnuka 30 lat temu. Wierszyk będzie na końcu, teraz dalej o Krysi ). Krysia kiedyś to i owszem piła, teraz od lat nie pije. I moje kochane panie, Krysia o której mówicie w moich oczach jest wspaniałym człowiekiem, który w imię przyjaźni nie szczędziła czasu i narażając się naszej służbie zdrowia pomogła , swojej sąsiadce. Nie wiem czy któraś z was poświęciłaby się tak jak ona. Wy o tym nie wiecie, ale swego czasu podłość personelu medycznego w stosunku do nas mieszkańców tego DPSu była ogromna. Jak siostra przełożona wydała polecenie – nie pomagać, to większość pielęgniarek z ogromną satysfakcją nawet szkodziła. I to w cale nie było tak dawno, to zaledwie 5 lat temu, czyli, że za tej samej dyrekcji. W tak zwanym międzyczasie zmieniła się tylko szefowa socjalna – i to chwała Bogu, bo poprzednia to był wampir taki sam jak siostra przełożona. W tamtym czasie pielęgniarki nie pomogły ani jednej osobie z udarem. Dyrekcja wychodziła z założenia, że im bardziej podopieczny jest otępiały, bezradny, tym lepiej. A jeśli ktoś z podopiecznych, za bardzo interesuje się tym ich szkodzeniem to należy się zająć delikwentem żeby mu się wszystkiego odechciało. Tak właśnie było z Krysią. I opowiedziałam paniom o perypetiach pani Marii, sąsiadki p. Krysi. Pani Maria miała 95 lat, źle widziała i źle słyszała i to właśnie było powodem żeby jej w niczym nie pomagać a nawet robić z niej durnia. Ponieważ p. Maria była bardzo sympatyczną osobą, w swoim pamiętniku przeznaczyłam jej osobie kilka wpisów. 11 sierpnia 2017 r. we wpisie zatytułowanym – tematy korytarzowe – opisałam bezduszność i chamstwo jej opiekunki, która na tym odcinku pracuje do dziś. Machlojki z kropelkami do oczu, niezbędne w chorobie p. Marii. Przeczytajcie proszę. Przez takie traktowanie pani Maria dostała udaru , a jak nasza służba zdrowia traktuje nas udarowców ( jestem jedną z nich i wiem o czym piszę ) opisałam we wpisie z dnia 22 września 2018 r. we wpisie zatytułowanym – następny proszę – Właśnie wówczas owa Krysia stanęła na wysokości zadania i za to pielęgniarki, w najohydniejszy sposób przeprowadziły rewizję w pokoju p. Krysi. Ponieważ według naszej dyrekcji p. Maria miała za dużo obrońców, wezwano na rozmowę jej wnuka a same nie przyszły na tę rozmowę. Ów wnuk przyjechał do babci z drugiego końca Polski, o tym również pisałam we wpisie z dnia 14 października 2018 r. zatytułowanym plama za plamą . W kontekście tego o czym piszę obecnie, to mój wierszyk o którym wspominałam zatytułowany – brudnopis – to już nie tylko przesłanie dla mojego wnuka ale przypomnienie dla naszych decydentek, które kiedyś zechcą się oczyścić ze swojego brudu ale się nie da.

Brudnopis

Nie przepiszesz swego życia na czysto, możesz skreślić coś, lub zamazać wszystko i zostawić kartkę w brudnopisie, ale czyste życie tylko przyśni ci się.

Możesz zacząć wszystko od początku, ale plama którą dałeś jest plamą, a te wszystkie zabazgrane linijki już na zawsze w życiorysie zostaną.

Brudnopis brudnopisem zostanie, czyste kartki nic o tobie nie powiedzą. Pisz starannie, krok po kroku idź w życie ale nie siedź jak zając pod miedzą.

Możesz tańczyć, śpiewać, dom budować, lecz pamiętnik swój zapisz starannie, jasnym czołem, czystą dłonią ludzi witaj nowy dzień zaczynaj w hosannie.

I tym przesłaniem kończę – NARA !

I to i sio…

Właściwie to będzie ni to ni sio jeśli nowi czytelnicy zaczną czytać mojego bloga od końca, a takich przybywa. Bardzo chciałabym być zrozumianą dlatego bardzo proszę o przeczytanie tego bloga od początku. Znajdź kalendarz i zacznij od pierwszego wpisu z 2017 roku. Będę o tym co jakiś czas przypominała. Zależy mi bardzo żeby moi czytelnicy wiedzieli o czym piszę i dlaczego w ogóle zaczęłam pisać. Byłam krzywdzona, i nie tylko ja, przez osoby które miały nami się opiekować. To straszne być krzywdzonym przez kogoś od kogo jest się zależnym. Mój blog to moja bardzo skuteczna psychoterapia po przejściach jakich doznałam będąc podopieczną w naszym DPSie. O tym będę bezustannie przypominać. Na szczęście mój blog będzie nawet wówczas jak już mnie nie będzie.

W komentarzach znalazłam wpis dotyczący naszego wewnętrznego ogródka – dlaczego piszę o ławkach a nic o kwiatkach. I w tym miejscu uzewnętrzni się moja natura, ja inaczej patrzę na wszystko niż większość ludzi. Ogarniam wzrokiem całość i natychmiast przechodzę do szczegółów, i jak dla mnie to kwiatki w atrium to śmietnik kwiatowy, naćpane wszystkiego pełno bez żadnego pojęcia o estetyce i wszystko jakieś chorowite. Swego czasu naszym atrium zajęli się fachowcy od projektowania ogrodów. Drzewa, krzewy zielone i krzewy różane oraz dekoracyjne trawy, wszystko posadzono w odpowiednim miejscu, tworząc tym samym piękny ogród. Wystarczyłoby co roku, w odpowiednim czasie, krzewy i trawy poprzecinać, odżywić nawozami i ziemią a w porze wegetacji podlewać, i to wszystko. Kwiaty które teraz dołączyły do tego ogrodu, zepsuły estetykę; już w ogóle nie widać twórczej pracy architektów. Przy niziutkich krzewach dosadzono, ni w pięć ni w dziesięć sadzonki grabu pospolitego, na razie są nie duże i nie wiele osób je widzi jednak bardzo szybko pokarzą co potrafią. Te sadzonki wzięto z grabu który wyrósł u nas powyżej drugiego piętra. Nasze atrium jest za małe żeby obsadzać je drzewami, ma zaledwie po 30 kroków w każdą stronę, a połowa z tego to wyłożony kostką chodnikową spacerniak. W wyższych partiach krzewów rosną dwa klony , samosiejki ale już jeden ma ponad metr wysokości a drugi ponad dwa metry. są one przy samym murze budynku; jeszcze rok czy dwa i korzenie tych klonów będą niszczyć wszystko w okół. Do już istniejącego ogrodu wystarczyłyby balkony i okna w kwiatach i byłaby piękna dekoracja. Tych okien jest ponad 40 i okalają atrium. Pani, która „opiekuje” się atrium ciągle tylko dosadza jakieś kwiaty nie dbając o wygląd, no i przede wszystkim podlewa tylko to co sama zasadziła, reszta wysycha. Różane krzewy rosną pod rozłożystym drzewem które nie dopuszcza do nich ani słońca ani wody deszczowej, i od kiedy pamiętam nie były one ani podlewane ani odżywiane – to cieniutkie badylki, które resztkami sił wydają kwiaty. Na tym samym klombie kępy, kiedyś pięknych traw a teraz wyschniętego siana. Niestety ja widzę zniszczenie nie piękno. Ale każdemu podoba się co innego – jednemu córka, drugiemu teściowa. Jedni przechodząc koło balkonu Felki, patrzą na niego z zachwytem a ja ze zgrozą – jak można pięknymi kwiatami zniszczyć to piękno, to jest dopiero majstersztyk; okazuje się, że wystarczy każdą z doniczek postawić w nie odpowiednim miejscu, i już tworzy się śmietnik kwiatowy. Ale to jest moje zdanie. Taka już jestem, pewnie szukam dziury w całym. Ale znalazłam w naszym Domu balkony na których są przepięknie wypielęgnowane kwiaty. Np. u Pani Marianny z pokoju 91 – istne cudo, w jednym korytku kwiaty obejmują całe okno balkonowe; mają grube i ciemno zielone łodygi i liście. Podobnie u Pani Eli z p. 98. Jeśli już ktoś bierze się za hodowlę kwiatów to musi o nie dbać. Ja, ponieważ już nie radzę sobie z jakąkolwiek pracą to i kwiatkami się nie zajmuję. Swój były ogródek mam upamiętniony na zdjęciach w telefonie.

Od pewnego czasu miewam bardzo nieprzyjemne sny. ( A kiedyś tak pięknie śniłam ). Pierwszy sen był o bardzo dużej ilości czekolady, W moim domu prowadziłam rzemieślniczą produkcję czekolady, ktoś to robił ja tylko nadzorowałam. Ten ktoś ubabrał czekoladą całe mieszkanie, podłogi i meble. No niby nic, ale ja czekolady nie lubię, wolę cukierki miętowe. Drugi sen to ogromna ilość wody przed którą uciekałam a jej było coraz więcej; z tym, że woda była czyściutka także ten sen zbytnio mnie nie zmartwił ale już trzeci sen przeraził mnie na dobre. Do mojego mieszkania przychodzili ludzie którzy byli wychudzeni, mieli granatowe twarze i nie mieli oczu – horror. Przypomniało mi się, że kilka dni temu odebrałam wyniki badań krwi, wynik potwierdził, że sny są częścią naszego życia. We wtorek pójdę do lekarza skonsultować wyniki.

NARA !

I to i owo !

Jak to różnie z nami bywa, każdy z nas ma inne usposobienie – np. Małgosia, choć twierdzi, że towarzystwo z jej sąsiedztwa ( czyli z dolnego pawilonu ) w większości jej nie odpowiada, że właśnie przez to towarzystwo ona się rozchorowała, to jednak zmienić pokoju nie chce. Ja krótko tam mieszkałam , i mnie również nie odpowiadał fakt, że życie towarzyskie toczyło się na zewnątrz, czyli pod oknami sąsiadów. Ciągle miałam wrażenie, że spacerujący pod oknami ludzie chodzą po moim balkonie. Zasłaniałam okna żeby ich nie widzieć. Z Wandą jest zupełnie inaczej. Od początku mieszkała na dolnym pawilonie i zawsze była osobą w depresji – ponura, nigdy uśmiechnięta, najczęściej nawet nie chętna do jakiejkolwiek rozmowy, aż tu nagle widzę Wandę uśmiechniętą od ucha do ucha. Zmieniła pokój, z dolnego pawilonu przeprowadziła się na odział medyczny i to do pokoju dwuosobowego i się cieszy. Ludzie cieszą się jak z dwójki przeprowadzają się do jedynki a tu proszę, radość, że nie mieszka sama, że w okół niej bez przerwy coś się dzieje. Idąc dzisiaj na śniadanie rozmawiałam z panią Jadzią, z rozmowy wynikło, że ona jest ciągle zdenerwowana i bez przerwy na tabletkach uspakajających. A czym pani się tak denerwuje – pytam. Jak to to pani się nie denerwuje – pyta Jadzia. No i wyszło szydło z worka: Jadzia to osobnik lizus, to zupełnie moje przeciwieństwo. Ja walę między oczy ( na blogu ) i we mnie nic nie zostaje a Jadzia swoje wstrząsy zostawia w sobie i się miota. Ot, tacy my różni jesteśmy.

Wreszcie uwolniłam się od panów zasypujących mnie wpisami nie w polskim języku. Pewnie dowcip, który mówił o 80 urodzinach dziadka poruszył wyobraźnie panów. Zrozumieli, że kobietę po osiemdziesiątce możesz oglądać ze wszystkich stron a ona zawsze będzie panią po osiemdziesiątce.

Pani Róża zadała mi pytanie – jakim cudem pan Bogdan poznał mnie po siedemdziesięciu latach nie widzenia się, przecież z dziecka stałam się staruszką. Długo nie wiedziałam o co chodzi. Nie mogłam sobie przypomnieć kiedy pisałam o Bogdanie, kim był Bogdan i jak zatytułowałam wpis wspominając go. To pytanie pani Róży świadczy o tym, że ciągle przybywa mi czytelników i każdy nowy czytelnik jest w innym momencie czytania mojego bloga. Wreszcie znalazłam, to pytanie dotyczyło wpisu zatytułowanego – samotne wyjścia do miasta. Ja również bardzo się zdziwiłam widokiem Bogdana w tym samym miejscu co sprzed siedemdziesięciu laty i faktu, że wiedział kim ja jestem. Otóż, Bogdan jako dziecko mieszkał z rodzicami przy tym skwerku przy którym dwa razy spotkaliśmy się. O tym dowiedziałam się dopiero teraz, po latach. Wszystkie okna ich mieszkania wychodziły na ten skwerek. Stół, przy którym Bogdan z bratem odrabiali lekcje, stał pod oknem. Jego brat do chwili obecnej mieszka w mieszkaniu po rodzicach, tak więc jak Bogdan przyjeżdża do Olsztyna to zawsze zatrzymuje się u brata. Tego dnia którego spotkaliśmy się to jego brat, ponieważ mnie znał, pokazał mu mnie przez okno, ze słowami – patrz tam siedzi twoja koleżanka z IV B. Bogdan, sam z siebie na pewno by mnie nie rozpoznał. Brat chciał mu sprawić frajdę, i sprawił nie tylko jemu.

Wracamy do naszego DPSu : Grzesiu otworzył chore oko i znów chodzi uśmiechnięty; chociaż uśmiechy to Grzesiu zawsze dawkuje. W naszym atrium, po latach, robi się całkiem ładnie a to dlatego, że sezonowy pracownik pomalował wszystkie stoły i ławki w których wcześniej zostały wymienione wyszczerbione deski. Jeszcze żeby tak w listopadzie zestawiono meble ogrodowe pod zadaszenie to oszczędziłoby zniszczeń; zwłaszcza, że w atrium jest takie zadaszenie. Za poprzednich rządów tak robiono. Przydałoby się żeby wentylacje w windach działały cały czas, ponieważ niestety każdy kto korzysta z windy zostawia po sobie zapach nie zawsze przyjemny, na ogół jest to zapach zużytych pampersów. Windą są wożone w ogromnych ilościach śmieci. Po sobocie i niedzieli śmieci wydzielają obrzydliwy zapach, który na długo zostaje w windzie. Tymi samymi windami wozi się posiłki wystawione na otwartym blacie, które i wydzielają ale i pochłaniają zapachy. O tym pisałam nie jednokrotnie, ale kierownictwo na ogół z wind nie korzysta to i nie wie i nie chce wiedzieć jak jest.

A na świecie – natura znów przypomniała o sobie, chociaż nikt jeszcze o niej nie zapomniał. Tak nie dawno Grecja płonęła a teraz tonie po straszliwych burzach i powodzi. Tak jak przed miesiącem płomień sięgał dachów domów to teraz woda sięga pierwszego piętra. W Maroku trwające 20 sekund trzęsienie ziemi zabiło tysiące osób. U nas też nie za bardzo jak zwykle – mamy już zaawansowany wrzesień a upały nie odpuszczają. Temperatura w dzień dochodzi do 30 st.

I to wszystkie to i owo. NARA !

Deszczowe fryzury…

Eksperyment z deszczówką niestety nie udał się po raz drugi. Czekając na deszcz wystawiłam wiaderko w ogródku, jakież było moje zdziwienie jak po ulewie jak diabli w wiaderku była raptem szklanka wody. Ale dobre i to, pomyślałam i oczywiście zmoczyłam włosy i nakręciłam je. Tym razem żadnej rewelacji nie było. Zastanawiam się – czy to możliwe, że deszcz sobotni miał w sobie jakieś inne związki. A może forma moczenia włosów miała znaczenie, nie wiem. W sobotę deszcz moczył moje włosy po kropelce przez ponad godzinę, a tym razem po prostu zmoczyłam końcówki włosów, nakręciłam i wysuszyłam. Owszem, nie jest źle, ale ani puszystości ani obfitości nie ma, jest normalka. W czwartek, deszczową porą, wybrałam się na spacer z zamiarem porządnego zmoczenia włosów .Udało mi się włosy zmoczyć, niestety nie przewidziałam, że one tak szybko wyschną. Zanim przeszłam przez nasze korytarze zaczepiło mnie kilka osób, z którymi zamieniłam po kilka słów. Weszłam do pokoju a tu znów puk, puk i gadu, gadu. W tym czasie włączyła mi się moja suszarka i zanim zabrałam się za włosy to one już były prawie suche. Ta suszarka to ja osobiście, zapomniałam, że jestem piecem. Coś mi się udało wymodzić i wzrosła obfitość i puszystość ale nie aż tak jak za pierwszym razem. Przekonałam się jednak, że włosy muszą być porządnie zmoczone deszczówką wówczas efekty będą.

Idąc w stronę miasta i wracając z niego za każdym razem mijam domy osób które znałam a których już nie ma, a deszczowa pogoda wprowadza nastrój melancholii zwłaszcza jak zbliżam się do domów Marysi i Basi, to dwa ostatnie domy przed naszym DPSem. rozdziela je tylko płot, pod tym płotem robię sobie przerwę w wędrówce i rozmyślam. Marysię poznałam w roku 1970, jak po rozwodzie musiałam zacząć normalnie pracować w pracy ze wszystkimi świadczeniami, a nie tylko prześpiewywać swoje życie, zwłaszcza, że to życie nie należało tylko do mnie ale i do moich córek. To była moja pierwsza praca w biurze, byłam koordynatorem pracy działów artystycznych i administracyjnych w Wojewódzkim Domu Kultury, Marysia była krawcową, niezwykłą krawcową ona wyczarowywała stroje ludowe. To była luźna znajomość. Byłyśmy młode i pochłonięte swoim życiem, swoją rodziną i pracą dla domu. Marysia dodatkowo miała jeszcze na głowie budowę właśnie tego domu. Harowała z mężem od świtu do nocy żeby w przyszłości zapewnić godne życie swoim dzieciom. A życie jak to życie wszystko toczy swoim torem. Dzieci Marysi pozakładały swoje rodziny, mąż zmarł i pomimo, że w tym domu mieszkał tylko syn z żoną dla matki nie starczyło miejsca. Syn oddał matkę do DPSu. Żeby oddał ją do naszego DPSu to byłoby to łagodniejsze dla Marysi, byłaby bliziutko swojego domu i mogłaby przychodzić do niego; ale syn oddał ją do innego miasta, żeby nie zatruwała życia młodym. Basię poznałam jak już przychodziłam do naszego DPSu na pobyt dzienny. Idąc spotykałam ją po drodze; ona opowiadała mi o sobie ja o sobie. Moje opowiadanie kończyło się zawsze namową żeby Basia również zaczęła chodzić do nas na pobyt dzienny, i namówiłam. Basia była wykładowcą uniwersyteckim z literatury nowożytnej. Jej mężem został jej profesor z uczelni jak Basia była jeszcze studentką. Swoje wspólne życie rozpoczęli od budowy domu, później narodzin jej jedynego syna i bardzo szybko śmierci męża, (był starszy od Basi około 30 lat ). W domu razem z Basią, po latach została tylko synowa. Syn zmarł, jedyna wnuczka z rodziną od lat mieszka w Kuwejcie. I następuje analogiczna sytuacja jak u Marysi – za ciasno w jednym domu teściowej z synową, nasz DPS jest zbyt blisko, teściowa zamieniłaby się w natręta. Obie panie- Marysia i Basia, zmarły daleko od swoich ukochanych domów.

NARA!

Eksperyment.

Przeprowadziłam eksperyment, który udał mi się nadzwyczajnie. Pogoda u nas jest taka ni w pięć ni w dziesięć. Upał jest a pranie które zrobiłam w piątek, w ogóle nie schło. Fakt, to było pranie ręczne, nawet celowo nie wykręcane za bardzo, myślałam jednak, że przez noc wisząc na balkonie obcieknie a rano przez ten upał szybciutko wyschnie. Nic z tego, godziny mijały a pranie mokre, tak dużo było wilgoci w powietrzu. Pomyślałam sobie, zrobię użytek z tego nieschnącego prania i schłodzę się nim, założyłam na siebie nie schnącą od kilkunastu godzin, bluzkę. BLUZKA PO 10 MINUTACH – BYŁA SUCHA. Tak więc mam suszarkę jak ta lala. Mogę z niej korzystać ponieważ nigdy się nie pocę, jestem suchym jak pieprz piecem. To był pierwszy eksperyment, a drugi dotyczył deszczu. Jak w sobotę raniutko szłam do sklepu, w ogóle nie czułam, że od czasu do czasu spada jakaś kropla deszczu; jednak po powrocie do domu okazało się, że mam mokre włosy. Przypomniało mi się jak za czasów mojej młodości, moje siostry zbierały deszczówkę do mycia włosów. Wykorzystałam to, że włosy miałam mokre i szybciutko użyłam szczotki i suszarki i zrobiłam fryzurę. Żadne pianki ani odżywki nie dorównają deszczówce. Fryzura jest obfita, puszysta i to już od kilku dni. Czekam z utęsknieniem na deszcz. Jaka to wygoda – rano budzę się z piękną fryzurą. Wyszczotkuję włosy na wszystkie strony i za chwilę znów mam ładną fryzurę. Na czubku głowy nie ma żadnych niedoborów włosów. Oczom nie wierzę, jestem przez 24 godziny pięknie uczesana. Naprawdę polecam. Tylko co z tym deszczem ?

Pytacie jak tam z Małgosią i Grzesiem. Otóż Małgosia uporała się z natręctwem i wszystko wróciło do normy. Gorzej z Grzesiem, jego chore oko jest ciągle zamknięte, a Grzesiu bardzo posmutniał. Przed pójściem do szpitala domagał się ode mnie uśmiechów, bo nie lubi skwaszonych min, a teraz ja próbuję wymusić na nim uśmiech i niestety bez powodzenia.

Pomagając ludziom upadłym, czyli tym którzy nagminnie się przewracają i to w nocy, przekonałam się jak ciężką pracę mają pielęgniarki i opiekunki na dyżurze nocnym. Na 140 podopiecznych, na nocnym dyżurze jest tylko jedna pielęgniarka i opiekunka. Wydawałoby się – po co więcej, przecież ludzie śpią. Jednej tylko nocy panie dyżurujące z pierwszego obchodu od razu przeszły w drugi, bez chwili odpoczynku. Bezustannie ktoś potrzebował pomocy. O godz. 4 rano tylko skończyły obchód, już było walenie w drzwi na moim korytarzu. Pobiegłam na górę do pielęgniarek – nie zdążyły nawet usiąść wygodnie żeby chwilę odsapnąć i już musiały zejść na dół, gdzie dosłownie przed chwilą były. Musiały zejść obie, ponieważ jedna osoba nie dałaby rady podnieść osoby upadłej. My upadając robimy się całkowicie bezwładni, jak worki ziemniaków. Ciągle pamiętam jak ze mną musiała się uporać sama Danusia, przecież ja jestem dwa razy taka jak Danusia. W dzień też się przewracamy ale wówczas jest więcej personelu.

Pisze do mnie dwoje uparciuchów. Piszą od kilku miesięcy stale i ani myślą pisać w języku polskim. Nie robią na nich wrażenia moje wyjaśnienia, że nie znam języków obcych, nie czytam i nie odpowiadam na wpisy pisane w innych językach. Jeden i drugi zaczął namawiać mnie żebym spotkała się z nimi na instragramie. PO CO ? Żebyśmy sobie pomigali. To byłaby rozmowa – czort swajo, pop swajo. Prababcia, to nie jest moja ksywa, jestem nią na prawdę i jak na prababcię przystało wiele rzeczy mi się nie chce. Nie korzystam z żadnych portali bo nie widzę takiej potrzeby. Prowadzę tylko swojego bloga, który jest dla mnie psychoterapią. Pisząc bloga czuję jakbym oczyszczała się ze wszystkich świństw, którymi opluwała mnie dyrekcja Domu przez ponad 10 lat. A czytając bloga można o mnie dowiedzieć się prawie wszystko. Jeśli jest coś czego chcielibyście się dowiedzieć a tego nie ma na blogu, to pytajcie ale wyłącznie po polsku, zawsze odpowiem. Flirtować nie umiem i nigdy nie umiałam. Możliwości do prowadzenia rozmów również nie widzę. Nie będę też klikała w wasze adresy, kiedyś w coś kliknęłam i nie mogłam się uwolnić od tematów nie chcianych. Także – daremny trud ! Domyślam się, że chcecie koniecznie mnie zobaczyć, w związku z tym bardzo adekwatny do sytuacji jest humor z kalendarza – Dziadku, mam dla ciebie dwie wiadomości dobrą i złą, którą wolisz najpierw? – Dobrą – Dobra jest taka, że na twoje 80 urodziny załatwiłem ci cztery striptizerki. Super co? No pewnie, że super, cieszy się dziadek. A ta zła wiadomość, – te striptizerki będą w twoim wieku.

To wszystko – NARA !

Uff, jak gorąco !

W poprzednim wpisie było o niszczycielskich żywiołach, a teraz ciąg dalszy tego nie spokojnego lata. Od miesiąca upał jak diabli, burze i ulewy. . W naszej Polsce, w której do tej pory było zawsze umiarkowanie w każdą stronę, teraz w dzień jest ponad 34 stopnie w cieniu i noc nie daje wytchnienia. Ponieważ są nawoływania,żeby ludzie starsi nie wychodzili z domów jeśli nie muszą, to prababcia Danusia podporządkowała się do zaleceń i z budynku wychodzę tylko o godzinie 7 rano. Dzisiaj, w sobotę, wyszłam już przed 6 rano ponieważ już od tygodnia miałam zachcianki na łakocie i żeby je zaspokoić trzeba było ruszyć do miasta. Niestety, drzwi na dolnym pawilonie były zamknięte, a przecież miały być otwarte dla pracowników; żeby nie musieli wciągać się pod tę przeklętą górę. Jak chciałam wyjść z budynku była godz. 5.50 i już było parno. Wypuściły mnie pielęgniarki przez co znacznie nadłożyłam drogi. Na dłuższy spacer,w normalnych godzinach, wyjdę dopiero we wtorek, jak już wszystko się unormuje i wyciszy. Mam na myśli i temperaturę i burze.

Do tego piekła, które panuje w całej Europie i nie tylko, dołączyła jeszcze ETNA, najdłużej czynny wulkan na świecie. Od 1500 lat pluje co jakiś czas ogniem. Od tego plucia ETNA wyrobiła sobie najwyższy i największy stożek wulkaniczny w Europie. Ognista lawa płynęła i wybuchała w górę, no i oczywiście podporządkowywała sobie coraz większe tereny, niszcząc istniejące u swojego podnóża winnice i całe gospodarstwa.

A u nas – odbył się odpust w naszej kaplicy z okazji święta jej patrona – Maksymiliana Kolbe. Już od dłuższego czasu nie chodziłam do kościółka, ale tym razem poszłam za namową pracowników. Idzie pani – namawiali, jak pani pójdzie to i opisze i my będziemy o wszystkim wiedzieli. Powinniście pójść sami, ponieważ podczas odpustu, jak sama nazwa wskazuje, odpuszczone będą wszystkie grzechy. Będziecie mogli grzeszyć zaczynając od czystej karty. My nie grzeszymy – odpowiedział chór. Dla osoby piszącej usłyszeć, że ktoś chce przeczytać to co ona napisze – to balsam na duszę. Poszłam. Ludzi za wiele nie było, tyle co zawsze w niedzielę, a to był czwartek. Rzuciły mi się w oczy skromne i piękne bukiety kwiatów – mimozy, jeszcze całe w pączkach tworzyły bukiet a po dwa kolorowe kwiatki zdobiły go. Był też piękny duży bukiet lilii, jednak mnie zachwyciły mimozy. Ta skromność pasowała do myśli przewodniej tej mszy. Jak już wszyscy wierni byli gotowi do mszy, pan NIKT odczytał przygotowany przez siebie opis życia Maksymiliana Kolbe, co zostawił po sobie i dlaczego był wzorem zarówno dla współczesnej młodzieży jak i dla naszego Papierza Jana Pawła. Tym wystąpieniem byłam zaskoczona, ponieważ pomimo, że było przygotowane przez pana Jana, a my się nawzajem nie lubimy, to muszę oddać honor, bo wszystko mi się bardzo podobało i opracowanie tekstu i to jak mu się udało ładnie odczytać. Gratuluję. Na zakończenie mszy, ksiądz który prowadził ją gościnnie, zasugerował całowanie krzyża przez każdego obecnego w kościele. Mnie aż zemdliło. Człowieku – pomyślałam, ty nie wiesz co czynisz. Sam stojąc przy ołtarzu kichał, a rozpoczął całowanie i obchód z krzyżem po kościele. Niby przetarł krzyż chusteczką, ale musiałoby być tyle chusteczek ilu było wiernych, najlepiej z jakimś środkiem bakteriobójczym. Nasz ksiądz wiedział, że tak nie może być, zaczął tłumaczyć, że jeśli ktoś nie chce całować krzyża to wystarczy jak się przed nim skłoni. Mnie już w kaplicy nie było. Nie wyobrażałam sobie całowania krzyża jako 30 osoba, ale i odtrącenie krzyża było dla mnie równie nie wyobrażalne, tak więc wolałam zawczasu wyjść.

I to wszystko – NARA !

Żywioły lata 2023r.

Wszystkie żywioły natury uruchomiły swoją niszczycielską działalność latem bieżącego roku. Najpierw były trzęsienia ziemi w Turcji i Japonii, później straszliwie płonęła Grecja, Portugalia , i nawet Hawaje, które całe są otoczone wodą. W ogromnej powodzi znalazła się Słowenia, Niemcy zasypane, jak po bombardowaniu, gradem i częściowo zniszczona przez trąbę powietrzną Polska. To ostrzeżenia natury. Natura pokazała, że żadna wojna nie jest w stanie przebić w swoim okrucieństwie natury. Grecja na prawdę płonęła ogromnym ogniem. Ogień sięgał po korony drzew i brał w objęcia całe budynki. Śmierć w takich płomieniach jest nie wyobrażalna. Nigdzie nie uciekniesz, wszędzie ogromne języki ognia. Jak opowiadali ludzie o płonącej wyspie jaką są Hawaje, to ogarniało człowieka potworne przerażenie. Wyobraźcie sobie niebotyczny sztorm na oceanie a wiatr który z oceanu wchodzi na ląd jest ognisty. Samochody które stawały na drodze ognia eksplodowały jak granaty. Ogień szedł i spalał wszystko, widok po jego przejściu jest tragiczny – popiół i kikuty drzew. Prawdziwa apokalipsa. Żadna pomoc z nieba była niemożliwa, śmigłowce nie mogły ruszyć z pomocą, wiatr je zwiewał. W Słowenii rozjuszona woda pomieszana z błotem niszczyła wszystko co napotkała po drodze. Zabierała ze sobą nie tylko drzewa czy samochody, ale całe budynki płynęły z jej wściekłym nurtem. W Niemczech grad, który wiadomo ma siłę niszczycielską, ale żeby do sprzątnięcia tych lodowych kul trzeba było użyć dziesiątki pługów śnieżnych, to tego jeszcze świat nie widział. Także w Polsce, pomimo zniszczeń, to tylko trąba powietrzna. Człowiek musi się wreszcie opamiętać zacząć myśleć globalnie o naturze a nie tylko o sobie. Jak natura się rozjuszy to cały ludzki dorobek, w jednej chwili, może odpłynąć, spłonąć albo na naszych oczach rozpaść się na kawałki. Musiałam o tym napisać w swoim pamiętniku, przecież to, jak sama nazwa wskazuje – pamiętnik. Piszę go już od 7 lat, a wydarzenia które opisuję sięgają dziewiętnastego wieku, ponieważ dotyczą nie tylko życia w DPSie ale życia moich pradziadków, a przecież ja sama jestem prababcią. Pamiętnik to taka droga do tyłu, w przeszłość, tak więc albo o tym wydarzeniu przeczyta ktoś kiedyś z niedowierzaniem albo…

Temat drugi to lekarze którzy stracili zaufanie do Ministra Zdrowia. Od kilku dni trwa dyskusja w telewizji co powiedział Minister Zdrowia i jak na Jego słowa zareagowała Izba Lekarska .Chodzi o kontrolę recept na leki psychotropowe i przeciwbólowe wydawane przez psychiatrów. Kochani, mieszkańcy DPSów już dawno stracili zaufanie do lekarzy psychiatrów zatrudnionych w DPS. Mój blog opisuje działalność naszego psychiatry. Ktoś z podopiecznych zbyt często czegoś się domaga, wkracza psychiatra i to właśnie on sprawia, że niby pacjent ma objawy chorób psychicznych, jeden nie świadomie przyjmie leki psychotropowe, a drugi ulegnie natręctwu psychiatry. Trzeba być cholernie silnym psychicznie żeby mieć odwagę przepędzić lekarza – natręta. Na przykład w moim wypadku Izba lekarska była o tym powiadomiona ale stanęła murem za swoim, i tak jeden z drugim obrasta w piórka. Lekarz, o którym mowa w telewizji, za pośrednictwem Naczelnej Izby Lekarskiej, domaga się od Ministra Zdrowia przeprosin, a ja domagałam się od Izby Lekarskiej żeby zmusiła naszego lekarza psychiatrę – szuję, do przeproszenia mnie; w odpowiedzi usłyszałam, że Izba nie ma takich uprawnień. Wszyscy dobrze wiedzą komu potrafią służyć psychiatrzy. Każdy porządny lekarz powinien dołączyć do protestu pacjentów przeciw szujom którzy psują opinię prawym, oddanym pacjentowi lekarzom. Tyle na ten temat prababcia Danusia.

PS. Mikuś, cały kosz jest pełen listów od ciebie. Chcesz odpowiedzi, napisz po polsku.Ja nie porywam się z motyką na słońce, Ty sam nie potrafisz sklecić kilka słów po polsku, a ode mnie wymagasz odpowiedzi osobistej. Pisałam dziesiątki razy – odpisuję tylko na wpisy w języku polskim na stronach swojego bloga.

NARA.

Dwie Ele…

i każda inna i w wyglądzie, i w charakterze i w podejściu do podopiecznych.

W czwartek rano, jeszcze przed siódmą, szykuję się do swojej codziennej gimnastyki i w tym celu wsiadam do windy żeby pojechać do atrium. Ze schodów korzystać nie mogę ponieważ podpieram się chodzikiem. Tak więc wsiadłam do windy, winda się zamyka i niestety stoi w miejscu. Stary człowiek zamknięty w zepsutej windzie wpada w panikę. Stukam, dzwonię i nic. mijają minuty, nerwy działają i to z ich przyczyny zaczyna brakować powietrza. Winda jest już stara – 45 letnia, jeżdżąca na okrągło i psująca się kilka razy w miesiącu. Po 15 minutach gaśnie światło, ja się uspokajam ponieważ wiem, że Sławek przystąpił do wyswobodzenia mnie. Zawsze zaczyna się od zgaszenia światła w windzie. Są ludzie którzy dopiero po zgaszeniu światła wpadają w panikę. Siedząc w zamkniętej windzie i nie wiedząc co się dzieje na zewnątrz, przyszło mi do głowy, że w takich wypadkach, przystępujący do naprawy windy powinien w pierwszej kolejności powiadomić osobę uwięzioną, że wiemy, słyszymy ciebie i ruszamy z pomocą; to uspokoiło by spanikowanego delikwenta, a ponadto trzeba by poinformować korzystających z windy gdzie włącza się nawiew powietrza, przecież ta stara winda to konserwa. Nie mając pewności jaki przycisk nacisnąć wolę niczego nie ruszać żeby nie pogorszyć sytuacji. Wreszcie wysiadam z windy. Zaczynam od pytania – gdzie w windzie włącza się nawiew powietrza, tak zwaną wentylację. Spytałam o to z dziesięć osób – pracowników – i nikt nie wiedział. Każda z tych osób odsyła mnie z tym pytaniem do Sławka, a on też nie wiedział. No i trafił mnie szlak. Przecież wiem, że coś takiego jest a wszyscy na mnie patrzą jak na przygłupa i nikt nic nie wie. Za chwilę z windy wysiada pierwsza Ela – pokojowa z odcinka przy pralni, wioząc na wózku staruszkę. Pytam ją o przycisk do wentylacji. Pierwsze słyszę o czymś podobnym – odpowiada. Jak to, wozi pani chorych ludzi i nie wie pani jak włączyć nawiew – ciągnę temat. A jak winda zepsuła by się i trzeba by było w niej trochę posiedzieć. Dałabym sobie radę – odpowiada. Pani dałaby radę a czy dałaby radę ta starucha którą pani wiezie. Wstyd, żeby nie zainteresować się tak podstawową sprawą. Rozpętała się między nami ostra wymiana zdań, do tego stopnia, że pokojowa powiedziała, że nie zniży się do mojego poziomu a ja jej na to, że niższego poziomu od tego na którym pani jest to już nie ma. Już zaczęłam wątpić w ten nawiew, może go faktycznie nie ma a ja się czepiam. Widząc drugą Elę, pokojową z odcinka przy stołówce, cała wściekła rzucam pytanie o nawiew w windzie. S p o k o j n i e, zaraz go znajdziemy tylko musimy wejść do windy – odpowiada Ela. Weszłyśmy, Ela pokazała mi przycisk z wiatraczkiem, wcisnęła go i spod sufitu poczułam nawiew świeżego powietrza. Dwie Ele, ta pierwsza, z pozoru bardzo troskliwa a faktycznie podstępna. Poznałam ją jeszcze za życia Jadzi Jel. Ona się nią ” opiekowała”, Tak samo jak Jadzią opiekowała się Panią Marią, najbliższą sąsiadką Jadzi. Obie już nie żyją, za życia często bywałam u tych pań. Jadzia, to była moja sąsiadka z ul. Radiowej, tak że dobrze poznałam opiekę Eli nr. 1 Ela nr.2 , z pozoru szorstka, ostra a w rzeczywistości uczynna i opiekuńcza; mieszkańcy z jej odcinka chwalą ją sobie; jej uczynność poznałam jak jeszcze pracowała na tak zwanym ” dolnym medyku ” , czegoś potrzebowałam właśnie tam, Ela sprawę załatwiła od ręki. Zupełne przeciwieństwa.

Za kilka godzin, tego samego dnia, w atrium, ma być – piknik owocowy. Tak jak zwykle nie chodzę na żadne tego typu spędy, to tym razem poszłam z ciekawości; wreszcie owoce nie kaszanka czy kiszka ziemniaczana, chociaż i jedno i drugie zapachem pobudza apetyt ale co za dużo to nie zdrowo. U nas jak jest poczęstunek to tylko ciężko strawny. A tu niespodzianka, ogródek pięknie przygotowany na przyjęcie gości, goście przybyli tłumnie, stoły zastawione półmiskami pełnymi owoców, ( śliwki, gruszki, brzoskwinie, banany, arbuz ), owoce przygotowane do spożycia dla mniej lub bardziej sprawnych osób. Są tacki, widelczyki, serwetki i nawet śmietniczki, czyli jest wszystko od A do Z. To była staranność w wykonywaniu pracy. Jeśli chodzi o mnie to zmieniłabym muzykę z biesiadnej na klasyczną. Biesiadna pasuje do kaszanki a do brzoskwini bardziej klasyka. Tłum ludzi rzucił się na półmiski, Owoce znikały w mgnieniu oka. Nie wiem dlaczego ale cieszyłam się tym bardzo, że wreszcie jest coś dla wszystkich. Widać było, że owoców nigdy dosyć.

A teraz odpowiedź na pytanie zadane przez czytelnika – czy namówiłam siostrę swojego znajomego żeby zamieszkała w naszym DPSie. Nawet nie próbowałam namawiać. Już podczas rozmowy telefonicznej zorientowałam się, że czego innego oczekuje rodzina a co innego ma w planach pani Stasia. Stasia jest pewna, że jej córka która mieszka w Kanadzie, po osiągnięciu wieku emerytalnego wróci do Polski i zamieszka z nią, ( a to tylko półtora roku). Natomiast rodzina chciałaby być spokojna, że ich prawie 90 letnia siostra i mama, miałaby stałą opiekę będąc w Domu Opieki. Pani Stasia ma marzenia – życie z liczną rodziną swojej córki. To jest w niej tak silnie zakorzenione, że nie miałabym odwagi tego burzyć. Dlatego wykręciłam się z przyjścia do p. Stasi twierdząc, że nie dam rady wejść po schodach. Myślałam, że jej córka zadzwoni do mnie i ja wszystko wytłumaczę. Niestety nie zadzwoniła. Pewnie zawiodła się na mnie.

To byłoby na tyle – NARA!

Wysiadka zdrowotna współtowarzyszy …

współtowarzyszy niedoli starczej; chociaż Grzesia nazwać starcem nie można. Grzesiu ma 59 lat ale już od trzech tygodni przebywa w szpitalu. Zanim do niego trafił cierpiał od miesiąca. Objawy poważnej choroby zaczęły się od podwójnego widzenia w jednym oku i towarzyszącymi z tym bólami głowy. Niby był leczony, ale to leczenie polegało po prostu na założeniu opatrunku na chore oko, i to wszystko. Cierpieniami Grzesia wreszcie zainteresowały się opiekunki i pielęgniarki ze zmiany po południowej i zawiozły go do szpitala na SOR, na zasadzie – niech go w końcu ktoś porządnie przebada. I przebadali, podejrzewając skutki od kleszczowe i odesłali go na neurologię. Diagnoza okazała się trafna. Odwiedziłam Grzesia w szpitalu, żeby zobaczyć co się dzieje, że tak długo go trzymają. Okazało się, że jest już prawie dobrze, wdrożone leczenie poskutkowało, przede wszystkim Grzesia już nic nie boli, jednak podczas trwania choroby to chore oko zamknęło się bez możliwości otwarcia; i teraz lekarze pracują nad otwarciem chorej powieki. Przez 10 dni będzie podawany lek, który zadziała na jej otwarcie, jednak lek ten bardzo niekorzystnie wpływa na cukrzycę, którą również ma Grzesiu, dlatego właśnie musi być podawany wyłącznie w szpitalu. Grzesiu cały czas leży pod pompą insulinową, która zbija mu cukier. Lekarze są pewni, że za kilka dni do nas wróci z szeroko otwartym okiem i z normalnym, nie podwójnym widzeniem.

Z Małgosią jest gorsza sprawa, ona nie chce pomocy. Twierdzi, że się leczy, ale moim zdaniem jest z nią coraz gorzej. Małgosia ma uraz na wszelkie odgłosy. Nikt nie może do niej się odezwać bo ona łapie się za głowę i każe odejść. Jak zobaczyłam to po raz pierwszy to pomyślałam, że boli ją głowa i taki głos jak mój może ją drażnić. Ale po pewnym czasie okazało się, że i Krysi głos ją boli i Tomka i całej reszty znajomych. Bliżej niż ze mną Małgosia jest z Basią i Gienią, ale są to, jak dla mnie, takie trochę oziębłe przyjaźnie. Wiedzą, że z Małgosią jest źle, potwierdzają to zdecydowanie, ale nie mają zwyczaju wtrącać się w czyjeś życie. Pomóż jej, mówi do mnie Basia, jesteś otwarta i konsekwentna to przebijesz ten chiński mur jakim otoczyła się Małgosia. Od Gieni usłyszałam to samo, ona się nigdy i do nikogo nie wtrąca. Czyli, że łączą ich tylko konwenanse a ja myślałam, że to przyjaźń. Nie mogę nie robić nic. Spróbowałam ponownie porozmawiać z Małgosią. Podchodząc do niej zaczęłam mówić cichym głosem żeby jej nie urazić. Małgosiu, widzę, że potrzebujesz izolacji od otoczenia – oj, tak, tak, Danusiu. Są na to dwa sposoby – mechaniczny, czyli zatyczki do uszu i owinięcie głowy miękkim szaliczkiem, który ciebie odizoluje od otoczenia, albo skorzystanie z Pobytu Dziennego w Szpitalu Psychiatrycznym . Polecam, korzystałam i jestem pełna podziwu fachowości lekarzy i umiejętności terapeutów. Małgosia się zirytowała i z krzykiem do mnie – przecież moja córka jest psychiatrą, nie muszę korzystać z usług innych. Pomyślałam sobie – albo to kiepska córka, albo kiepski z niej psychiatra. a powiedziałam – z tobą jest coraz gorzej, to widzimy my, życzliwi dla ciebie ludzie pomimo ,że stworzyłaś przed nami mur, chcemy ci pomóc, tylko nie wiemy jak. Małgosia złapała się za głowę i kazała mi odejść. Spróbuję jeszcze raz, tylko, że nie wiem jak. Powiem jej, że jeśli zdecydowałaby się pójść na Dzienny Pobyt, to gotowa jestem pójść razem z nią, żeby dodać jej otuchy. Na prawdę, byłam i jestem zachwycona pobytem na tym Oddziale i uważam, że każdy człowiek powinien co jakiś czas skorzystać z pomocy tego typu fachowców. Chociaż w żadnym razie nie polecam naszego psychiatrę z naszego DPSu jego nie nazwę fachowcem tylko szują, która powinna mieć odebrane prawa zbliżania się do ludzi, nie mówiąc o ich leczeniu. Jaki jest nasz psychiatra opisuję w kilku swoich wpisach na blogu, mianowicie – wpis z 21 marca 2018r. zatytułowany Blog i dezorganizacja pracy. Z dnia 7 maja 2018r. zatytułowany – Naśladowcy Kaszpirowskiego i we wpisie Codzienność z dnia 23 marca 2019r. jako drugi temat jest wspomniane o aktywności naszego psychiatry. To, że u nas ludzie z dnia na dzień zapadają w jakąś ospałość, niemoc, apatię, to wyłącznie zasługa naszego psychiatry i jego szastanie lekami które usypiają albo doprowadzają do zachowań szaleńczych – jak moją sąsiadkę z ul. Radiowej, którą w kaftanie bezpieczeństwa zabrał do siebie na zamknięty oddział psychiatryczny. On wypisuje w nadmiarze takie leki a pielęgniarki ( znam przypadki trzech pielęgniarek, w tym dwóch już byłych) , które podawały leki na sen i okradały śpiących podopiecznych. Opisałam to na przykładzie Gieni, której podano za dużą dawkę po której Gienia wprawdzie się obudziła ale straciła mowę i złote pierścionki. Trochę takich podłych ludzi już ubyło z naszego Domu ale została jeszcze czwórka, trzech wysoko postawionych i jedna z tych podłych pielęgniarek. Mam nadzieję, że los ich odpowiednio ukarze, bo ja to mogę co najwyżej opisać i liczyć na to, że ktoś im się wreszcie do tyłka dobierze. Przez takich właśnie ludzi, w razie tąpnięcia psychicznego, nie mamy się do kogo zwrócić. Musimy szukać pomocy na zewnątrz, bo nasz psychiatra nie pomaga nam tylko nas wykańcza. Och, jak chciał mnie wykończyć, czułby się zasłużony u naszej pani dyrektor, a ja im pokazałam gdzie babcia koszyk nosi, albo jak kto woli pokazałam gdzie się zgina dziób pingwina.

To byłoby na tyle – NARA!

Wizyta w LAURENTIUSIE.

Od lat nie wyjeżdżałam nigdzie, a ponieważ w Laurentiusie byłam kilkukrotnie przed laty, i zawsze było bardzo elegancko, tak więc postanowiłam, że zobaczę jak jest teraz. W odpowiedzi na mój podziw zawsze słyszałam – co się pani dziwi, przecież to jest prywatny Dom Opieki, stać ich na znacznie więcej niż nas. U nas, jak w żadnym innym Domu, dominuje bylejakość w organizacji jakichkolwiek spotkań czy imprez. Nikt nie wykazuje staranności w organizacji pracy, i ta bylejakość jest akceptowana przez panią dyrektor. Ona widzi jak jest u innych a nie widzi, że u nas to byle co. Już na samym wstępie odczuliśmy, że wyjazd zorganizował nasz Dom – na pierwszych kilometrach objawiło się niechlujstwo – samochód którym jechaliśmy jadąc gubił śruby od koła. Musieliśmy wysiąść i zaczekać na drugi samochód. Jechaliśmy samochodem który stał w garażu nie wykorzystywany do jazdy. Kompletny laik wiedziałby, że przegląd takiego samochodu jest konieczny. A u nas jest – jakoś to będzie, Nie było, był cud, że nic nam się nie stało. Od kilku dni było wiadomo, że samochód musi być gotowy do drogi – ale kto by się tym przejmował. Przypomniał mi się Sylwester sprzed wielu laty, zorganizowany w naszej stołówce, przy organizacji którego również nie przewidziano np. że w godzinach porannych, pomimo że to grudzień, będzie świeciło słońce. Przygotowano sfilmowaną kronikę wydarzeń z opisami, które miała odczytywać pani socjalna. ( Taki program na Sylwestra ) ale i tu niedbalstwo dało o sobie znać – nie wzięto pod uwagę, że pomieszczenie w którym miała być wyświetlana kronika ma z trzech stron oszklone i nasłonecznione okna, że okna nie mają żadnych zasłon, a impreza rozpoczęła się o godzinie 10 rano. To był nie wypał pierwsza klasa. Pani dyrektor przyszła do mnie prosząc żebym coś zaśpiewała. Niestety ja do wszystkiego szykuję się bardzo starannie, a byle jakie śpiewanie mogła zaintonować sama. Takich niewypałów można liczyć na pęczki. Ale wróćmy do Laurentiusa . Organizatorzy przygotowali dla swoich gości, dzień japoński, także już od wejścia były widoczne w mnogości kwiaty kwitnącej wiśni i magnolii, a cały personel krzątał się przystrojony w kimona. ( Wszystko przygotowano własnym sumptem ). Stoły rozstawiono pod namiotami i pięknie nakryto. Na stołach nie było nic nadzwyczajnego, a udawane sushi było, według mnie, nie smaczne ( niestety nie znam oryginalnego smaku sushi, może taki właśnie ma być ), ale wszystko wyglądało pięknie. Różne gry i zabawy nawiązywały do tradycji kraju kwitnącej wiśni. Jeśli w tym wszystkim był koszt na który nas nie byłoby stać to prowadząca – zawodowa artystka przygotowana do tej roli perfekcyjnie. Nasze panie stale prowadzące wszelkie spotkania, musiałyby się trochę napracować żeby pokazać, że coś potrafią, bo chyba już wiedzą, że prymitywne wygłupy i krzyki to nie rozrywka. Jedna z naszych podopiecznych, w podsumowaniu powiedziała krótko – w porównaniu z tym co jest tu, to u nas barachło. Każdy ktokolwiek wejdzie na podwórze przed Laurentiusem to z miejsca jest zachwycony widokiem, przestrzenią pięknie zagospodarowaną. U nas też tak mogłoby być. Mamy przepiękne tereny tylko niestety zaniedbane. Pani dyrektor swoje rządy rozpoczęła od wypowiedzenia użytkowania samowolnie powstałych ogródków na naszym terenie. Dopatrzyła się w dokumentacji, że rozległy teren przy budynku mieszkalnym, który kiedyś należał do naszego DPSu, jest nadal naszą własnością. Natychmiast pozbyła się „dzikich lokatorów ” użytkowników tych ogródków.. I na tym poprzestała. Po prostu wyrzuciła ludzi żeby pokazać kto tu rządzi – i co? i nic. Myśleliśmy, że coś powstanie na tym terenie, jakiś spacerniak z ławeczkami, a został, po latach nie użytkowania – busz. Teren ten wymagałby tylko odnowienia płotu, ale tego sięgającego aż do lasu ( pani dyrektor na pewno nie wie, że taki płot był ), rozplantowania terenu i odrestaurowania pięknych schodów. Pod naszym Domem również są piękne schody, niestety zaniedbane jak wszystko u nas. Cały ten teren jeśli byłby zadbany, byłby piękniejszy od tego przy Laurentiusie. Nie mogę nie wspomnieć z czym my pojechaliśmy w gości; otóż naszą wizytówką była skacowana Felka, która obrzygała krzewy w pobliżu naszego namiotu. Ludzie przychodzili do nas z pytaniem – to chyba wasza tam tak zanieczyszcza? A co na to pani dyrektor – podchodziła głaskała, czule zwracając się per pani Feluniu. A pani Felunia na podtrzymanie swojego ciągłego rauszu, wyciągała buteleczkę z torby i siorbała. Przykro było patrzeć zwłaszcza, że obok Felki siedział Grzesiu, który rzekomo nadużywał za co był karany i pomiatany przenoszeniem z pokoju do pokoju. Jego nikt nigdy nie widział w takim stanie w jakim bywa nagminnie Felka. Pani dyrektor wyjechała wcześniej a wyjeżdżając powinna była zabrać ze sobą swoją Felunię. Poprzednio, oczkiem w głowie obu dyrektorek była pani NIKT, również alkoholiczka, która miała zwyczaj rabowania wszystkiego ze stołów. Na takie okoliczności dawne chórzystki zabierały ze sobą jak największe torby. Jak kiedyś zaczęły się szarpać to wszystko co było na stole pozalewały kawą, herbatą i napojami. Miało to miejsce w Biskupcu, tam również było wiadomo kto przy tym stole siedział. Nie na darmo mówi się, że u nas to jest przechowalnia alkoholików. Co jakiś czas dajemy temu dowód wszem i wobec, a ci najgorsi alkoholicy są do czegoś bardzo potrzebni naszej dyrekcji. Bo są alkoholicy jeszcze honorowi, i zupełne barachło bez honoru – takich się hołubi.

NARA !