Interwencja Telewizji Polsat…

Program nadany 5 lipca br. a interwencja dotyczyła kilkunastoletniego oczekiwania na mieszkanie matki z trójką dzieci. To żadna nowość, że ludzie oczekują latami na mieszkanie komunalne. O tym co dzieje się z mieszkaniami komunalnymi z odzysku opisuję na swoim blogu. Wszystkie moje najgorsze przeżycia dotyczyły faktu, że nie oddałam swojego mieszkania kolekcjonerom mieszkań, czyli dyrekcji Domu Opieki w którym przebywam. Wszyscy dyrektorzy Domów Opieki, w całej Polsce, tworzą mafię i zagarniają dobytek swoich podopiecznych, zwłaszcza mieszkań. Za to, że o tym pisałam straszono mnie latami. Straszono Sądem, Szpitalem Psychiatrycznym. Straszyła mnie tak samo dyrekcja Domu jak i Prezydent Miasta, twierdząc, że pisząc bloga szkaluję dobre imię naszego DPSu. Czyli, że bloga czytali i tym samym zezwalali na zawłaszczanie mieszkań. Już w Części I w rozdziale III VI, VII i IX swojego bloga pisałam o niezdrowym zainteresowaniu się moim mieszkaniem. W czasie kiedy robiono wszystko żeby mnie złamać Urząd Gminy naszego miasta stracił kilka albo i kilkanaście mieszkań. W rozdziale VI opisałam nieludzkie postępowanie dyrektorki Domu dla niewidomych, która gnębioną przez siebie kobietę trzymała w tym Domu jako przynętę do załatwiania dla siebie mieszkań komunalnych. Dyrektorka rabowała wręcz te mieszkania bez żadnych skrupułów i rządziła tym Domem do swoich osiemdziesiątych urodzin. Nikogo to nie obchodziło; obchodziłam ja, że o tym pisałam. Teraz pomnóżcie tych wszystkich dyrektorów w całej Polsce, przez ich lata pracy a iloczyn pokarze ile mieszkań poszło w nie powołane ręce, tysiące. To wszystko dla tego, że nami rządzą osoby mające wypaczone ambicje. Ich ambicją jest jak najwięcej zawłaszczyć, a po mnie choćby potop.

Teraz z innej beczki. Uśmiałam się jak dowiedziałam się co zrobiła Irena – pensjonariuszka naszego Domu. Irenka, przewróciła się i nie mogła się podnieść. To u nas normalka. Stasiu jak się przewrócił w swojej łazience to na tyłku podjechał pod mój pokój i walił lachą aż się obudziłam i pomogłam. Ja upadałam wiele razy i tak jak Danusia namordowała się żeby mnie podnieść to aż strach wspominać; a Irena, ponieważ łatwiej jej było sięgnąć po telefon niż do guziczka alarmowego zadzwoniła pod 112. W życiu nie wpadłabym na taki pomysł. No, ale pomogło. Nasi mieszkańcy mają pomysły, że głowa mała. Chyba już o tym pisałam jak podczas pandemii Jadzia J. zadzwoniła pod numer pod którym można było zamówić u wolontariuszy jedzenie i zrobiła to. Samochód z jedzeniem stał długo pod naszym Domem, konkretnie pod moim oknem i trąbił. Nie wiedziałam o co chodzi, później okazało się, że to pomysł Jadzi. Dlaczego to zrobiłaś – pytałam, a ona na to – bo mi nie smakowała nasza kolacja.

Wczoraj odwiedziła mnie osoba której nie spodziewałabym się nigdy w życiu. Ledwie ją znałam no i oczywiście nie poznałam. To pani Marysia, siostra Janusza o którym pisałam na blogu – 28 października 2018 r. w rozdziale zatytułowanym – Sąsiedzi 2. Pisałam o jego bujnym życiu, o mnogości żon i kochanek i o groteskowym jego starcie do mnie. Ten start oczywiście był falstartem który zamienił się w wieloletnią przyjaźń z nim, jego żonami i kochankami. Jego siostrę znałam o tyle o ile Ze smutkiem opowiedziała mi, że już nie żyją te wszystkie żony i kochanki; o śmierci Janusza to wiedziałam i pisałam o sądzeniu się wszystkich żon i dzieci o spadek. Wszystko przemija a z perspektywy wszystko jest groteską.

Odwiedził mnie również gość z przeszłości i to dalekiej przeszłości, to znajomy z dzieciństwa, jeszcze z lat czterdziestych ubiegłego wieku. Po wojnie, nasze rodziny przyjechały tym samym transportem z Wilna i później zamieszkały w tym samym domu przy Al. Warszawskiej. Przyszedł żeby się dowiedzieć jak mi się żyje w tym DPSie , bo jego siostra, która mieszka sama, a nie powinna, planuje coś ze sobą zrobić, może właśnie zamieszkać w naszym Domu. Niestety jej piękna córka, która również do mnie przyszła, mieszka na stałe w Kanadzie a z mamą coś trzeba zrobić. Zaprosili mnie do niej żebym rozmawiając zachęciła do zamieszkania w naszym DPSie. Ponieważ tak odległe wspomnienia rodzą natychmiastową sympatię tak więc w najbliższy wtorek wybieram się w gości i będę namawiała.

I to byłoby na tyle – NARA !

Lektura…

Pomimo, że byłam usilnie namawiana na wstąpienia do klubu ” kryminalistek ” , kryminałów czytać nie będę. Jeszcze nie zdarzyło mi się żebym nie przeczytała książki polecanej mi przez kogoś; zawsze ją przeczytałam i później stwierdzałam czy ta pozycja podobała mi się czy nie. Kryminał który dostałam z polecenia, przeczytałam w 1|3 a dalej to mnie aż odrzucało. Nie idzie mi czytanie kryminałów i romansów. Także jak w prezencie imieninowym dostałam autobiografię Tiny Turner to rzuciłam się na nią jak hiena na padlinę, chociaż Tina Turner, jako piosenkarka wcale mnie aż tak bardzo nie interesuje. Z przyjemnością posłucham jednej czy dwóch , bardziej znanych utworów i mam zdecydowanie dosyć. Moje ulubione, za graniczne piosenkarki to Houston, Dion, Streisand, Mathieu. Autobiografię Tiny przeczytałam z przyjemnością, jeśli można nazwać przyjemnością czytanie o straszliwych przeżyciach z mężem – damskim bokserem. Podziwiam ludzi którzy tak uparcie dążą do sławy, a jednocześnie dziwię się tym ludziom, i to wszystkim, nie tylko Tinie – po co aż tak, przecież to straszliwie trudne życie. W biografii Tiny znalazłam kilka punktów wspólnych z moją biografią : pierwszy publiczny występ w wieku czterech lat, mąż przemocowiec i trzeci punkt wspólny to szwindel. Tak w Szwajcarii nazywają po udarowe zawroty głowy z upadkami. Tina, ostatnie lata życia spędziła w Szwajcarii u boku ukochanego mężczyzny. Szwajcarią była zachwycona.

W czasie bytności w naszej bibliotece, szukając lektury dla relaksu natknęłam się na biografię Krystyny Sienkiewicz i poprosiłam Kasię o tę książkę. Kasia ze smutkiem odpowiedziała mi, że już ją odłożyła dla pani Małgosi. Zaczęłam szperać dalej i natknąwszy się na biografię Wojciecha Pokory powiedziałam – no to niech będzie Pokora. A Kasia w śmiech. Spojrzałam na nią pytającym wzrokiem. Okazało się, że jakiś czas temu te same słowa słyszała z ust Małgosi. Za chwilę do biblioteki wchodzi Małgosia – położyła przeczytaną lekturę, wzięła biografię Krystyna Sienkiewicz i wyszła. Czy mogę zobaczyć co zwróciła Małgosia? Kasia podaje mi książkę i patrzy na mnie z tajemniczą miną. Czytam tytuł – Dzieci Hitlera, w tym momencie parsknęłam śmiechem, przecież czytałam ją trzy tygodnie temu. Żeby bez umawiania się czytać tę samą lekturę i biorąc ją w ręce mówić te same słowa? Szczerze – dla mnie to zaszczyt, że pomimo takiej przepaści intelektualnej ( Małgosia była wykładowcą uniwersyteckim ), mamy te same zainteresowania literaturą i takie same poglądy na większość spraw.

Jeszce jeden zaszczyt mnie spotkał, jak zupełnie nieznajomy mi pan, podopieczny naszego Domu, przyszedł do mnie ze skargą i prośbą o pomoc. Prośbę spełniłam i wszystko poszło po jego myśli. Byłam bardzo zdziwiona, że nie mógł sam załatwić tak oczywistej sprawy jak zawiezienie go do lekarza. Szłam, do osoby odpowiedzialnej w bojowym nastawieniu, na zasadzie – no jak tak można, przecież to bardzo chory człowiek oczekujący od pani pomocy. Jakież było moje zdziwienie jak usłyszałam – mówisz masz, samochód do dyspozycji wraz z opiekunem. Nasi mieszkańcy to już nie w pełni rozumieją co się do nich mówi i chyba nie mają cierpliwości w dogadaniu się, ale dobrze, że wiedzą do kogo można przyjść ze skargą.

Jeszcze słówko do Mikusia, który uparcie do mnie pisze oczekując odpowiedzi i jej nie ma i mieć nie będzie. Dziesiątki razy pisałam, że odpisuję tylko na treści pisane w języku polskim i tylko na swoim blogu. Ja nawet nie wiem w jakim języku pan do mnie pisze.

To byłoby na tyle – NARA

Gimnastyka…

to jest kolejna rzecz którą szanowna pani dyrektor postanowiła zniszczyć, twierdząc wszem i wobec, że chce zwiększyć liczebność ćwiczących. Mamy salę gimnastyczną w której swego czasu gimnastyka odbywała się codziennie, tłumnie uczęszczana. Panie socjalne, powiedzmy – Natalka i Dorotka, wówczas na ich miejscu był ktoś inny, chodziły po pokojach zapraszając na gimnastykę; jednym tylko przypominały, innych przyprowadzały lub przywoziły i oddawały w ręce fizjoterapeutek – na tym stanowisku pracowały trzy osoby. Fizjoterapeutki sprawdzały wydolność fizyczną nowo przybyłych i podczas ćwiczeń mówiły co dana osoba wykonywać może a czego nie powinna. Przy cięższych stanach chorobowych jedna z terapeutek nie odstępowała danej osoby. Dla osób sprawniejszych fizycznie zorganizowano gimnastykę dodatkową. O godzinie 11 była gimnastyka na krzesełkach a o godzinie 12 na materacach. CODZIENNIE ! Na czym polega niszczenie tak podstawowej i koniecznej czynności jaką jest gimnastyka – otóż najpierw zmniejszono częstotliwość z pięciu dni tygodniowo do dwóch. Zlikwidowano jeden etat fizjoterapeuty. Panie socjalne przestały zapraszać na gimnastykę. Coraz częściej gimnastyki nie było w ogóle, także ludzie zaczęli się od niej odzwyczajać. Teraz, ni z tego ni z owego, gimnastyka ma być na placu przed budynkiem nie w sali gimnastycznej. Na betonie okolonym jezdnią i parkingiem – Pani dyrektor podczas gimnastyki trzeba oddychać i to pełną piersią, to 50% prawidłowej gimnastyki. Na dodatek na tym betonowym placu nie ma jakiegokolwiek zadaszenia, tak więc być albo nie być zależne będzie od kaprysów pogodowych i nie tylko – w pierwszym dniu przeznaczonym na taką gimnastykę, Dorotka miała wolny dzień od pracy to gimnastyki nie było, tak ni z gruszki ni z pietruszki, przecież Dorotka nie ma nic wspólnego z gimnastyką. W drugim dniu zapomniano o gimnastyce i z kilkoma podopiecznymi wybrano się na wycieczkę, o pozostałych ćwiczących nawet nie pomyślano. Tak wygląda wszystko co wymyśli pani dyrektor, coś jej strzeli do głowy, zrobi to albo i nie, a za chwilę to na pewno będzie NIE. Kochani pomyślcie, czy z wszystkiego co dzieje się w naszym Domu, przypadkiem nie najważniejsza jest rehabilitacja i po prostu gimnastyka. Owszem czytanie podopiecznym książek jest też ważne, ale na pewno nie tak jak gimnastyka. Stary człowiek po kilku godzinach bezruchu nie może się podnieść z krzesła, nie może utrzymać łyżki, nie może samodzielnie skorzystać z toalety. Likwidując gimnastykę codzienną, pani dyrektor skazuje swoich podopiecznych na pogłębianie się kalectwa. Pupilki pani dyrektor – Natalka i Dorotka, nie wiele robiąc mają jeszcze do dyspozycji dwie stażystki. Kiedyś po kilkoro stażystów przychodziło na rehabilitację i na salę gimnastyczną. Nawet ci co chodzą na wszystkie zajęcia organizowane przez panie socjalne, śmieją się z tych zajęć. Jeden pan do drugiego pana woła – Rysiu, idziesz na szła dzieweczka do laseczka? Bo to są bzdety nie niezbędne zajęcia. Zajrzałam do pracowni plastycznej – były trzy osoby z podopiecznych i socjalna z asystentką; a na sali gimnastycznej od godziny 7,30 już są zajęcia, mogą to potwierdzić pracownice które przychodzą na salę gimnastyczną na pogaduszki, bo do godz. 9 nie mają co robić.

Druga, również ważna rzecz jak gimnastyka, to są leki i apteki w których je kupujemy. Obrzydło mi poruszanie tego tematu z dyrekcją, tak więc zaapeluję tylko do naszych mieszkańców. Jeśli macie możliwości kupna leków w innych tańszych aptekach to róbcie to. Leki na receptę są porównywalne w różnych aptekach, natomiast wszystko co jest bez recepty jest dwukrotnie droższe od aptek najtańszych. Jest ich kilka w naszym mieście, dojazd do nich jest wygodny, obsługa fachowa. Nie korzystajmy, jeśli to możliwe z aptek wybieranych przez naszą dyrekcję, ponieważ dyrekcja jak zwykle myśli o sobie, o swojej kieszeni nie o nas. Każda z aptek bardzo chętnie zajęłaby się takim pacjentem jak podopieczni DPSu, Nie wiecie przypadkiem dlaczego nas obsługują tylko te droższe apteki? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami.

To byłoby na tyle- NARA !

Imieniny.

Wczoraj nie napisałam nic pomimo soboty – obchodziłam imieniny przez cały Boży dzień. Przed południem spotkałam się w salce terapeutycznej ze współtowarzyszkami niedoli. Kasia przygotowała wszystko na to spotkanie tak żeby nam było miło; i było miło. Prezentów dostałam tyle, że nigdy się tego nie spodziewałam. Nie dość, że było ich dużo to jeszcze na dodatek były drogie, a to przecież zobowiązuje. Nie wiem czym sobie na to zasłużyłam. Prezenty były i od mieszkanek i od personelu. Przeżyłam w tym Domu parę ładnych lat i nigdy czegoś podobnego nie było, jeśli coś było to to coś było wręcz odwrotne. No ale i wśród mieszkańców i wśród personelu, nie ma już starej wiary. Po południu było spotkanie z rodziną ( szkoda, że ciągle nie z kompletną ). Znów były prezenty i serdeczności; no i wreszcie poznałam swojego piątego prawnuka. Pomiędzy najstarszą prawnuczką a tym najmłodszym jest 20 lat różnicy. Tylko patrzeć i mogę zostać praprababcią. Pomimo to chyba jestem ciągle młoda, chociaż ja tego nie widzę, ale w komentarzach uparcie dostaję listy od Mikiego, Piszę mu, że odpisuję wyłącznie na listy pisane w języku polskim, ja nawet nie wiem w jakim języku on do mnie pisze. Pewnie jest tak samo mądry jak ja i więcej rzeczy nie umie niż umie – w komputerze oczywiście. W każdym razie pod wieczór byłam wykończona tym dniem i już o godzinie 19 padłam w bety.

Pomimo iż na żadne imprezy, organizowane przez naszych, nie chodzę, to wszystko o nich wiem. Ludzie przychodzą do mnie i mówią wprost – są to imprezy dla debili. My bardzo lubimy terapeutki organizujące imprezy, ale niech one przekażą organizację imprez komuś innemu, albo bardziej się przyłożą, będziemy wówczas lubić je jeszcze bardziej. Piszę o tym ponieważ o naszych imprezach wyrobiłam swoje zdanie już dawno i jest ono zbieżne z recenzentami. Niestety pod tym względem, nasza dyrekcja jest zupełnie nie wymagająca. Pewnie ma nas za debili. Widziałam wiele występów których wykonawcami byli mieszkańcy DPSów. Wiele tych występów mnie zachwyciło. Nie trzeba być artystą żeby zachwycić widownię, ale w każdym geście czy słowie, przekazywanym ze sceny, musi być serce, a to serce, wykrzesać z wykonawcy, musi reżyser. Nasze reżyserki odzwyczaiły się od jakiejkolwiek pracy i wszystko olewają, pozwala im na to głównodowodząca. Jedna z pań opowiada mi, że jak dowiedziała się, że będzie grill, to aż ślinka jej pociekła na myśl o kiełbasce z grilla. Nie mogła się jednak tej kiełbaski doczekać bo najpierw były występy, występy których ja się wstydziłam, choć nie wiem dlaczego, przecież nie występowałam – mówi mi owa pani. Podczas występów odechciało mi się kiełbasek, straciłam apetyt.

W naszym Domu jest klub kryminalistek; zostałam do tego klubu wciągnięta – przykro mi ale bez przekonania. Sama nazwa bardzo mi się podobała, dotyczy ona osób czytających kryminały, tak więc musiałam zacząć od kryminału. Przeczytałam 150 stron ” Zasady trzech sprzeciwów ” niestety bez apetytu. Odkładam na bok ten obowiązek przynależności do klubu, ponieważ w prezencie imieninowym dostałam biografię Tiny Turner i to interesuje mnie bardziej. Do kryminału wrócę ale później.

To byłoby na tyle – NARA !

Spożywanie posiłków…

Chodzi o kosy, które mają prawdziwy raj żyjąc w naszym atrium, a my możemy sycić oczy oglądając to ich życie. Ludzie kochają ptaszki, a te ptaszki to i kombinować potrafią. Rano, ćwiczę sobie w atrium i co widzę – z pokoju na pierwszym piętrze, przez otwarte okno wychodzi maleńka ptaszynka, otrząsa się tak jakby się przeciągała i próbuje sfrunąć na dół, nie bardzo jej to wychodzi tak więc trochę frunie trochę spada i później przestraszona chowa się w kąt. W jaki sposób trafiła tak wysoko nie wiem, ale spała sobie na pewno spokojnie. Za chwilę widzę jej mamę, która z robaczkiem w dzióbku szuka swojego maleństwa. Zawołać nie może bo śniadanko ucieknie, zagląda więc w każdy kąt, aż wreszcie znalazła zgubę. Zaczyna się nauka spożywania posiłków. Mama uczy swojego dzieciaczka rozdziobywania robaczka nie połykania w całości. Kładzie go na ziemi, pazurkiem przytrzymuje a maluch wydziobuje go spod łapki mamy. W telewizji widziałam, że ptasi rodzice wkładają do rozdziawionych dzióbków swoich pociech, całe robaczki, jednak nasza ogrodowa mama wolała nauczyć swoje dziecko delektowania się posiłkiem. Pierwszy raz w życiu widziałam też z bliska arcydzieło wybudowanego gniazdka. Nasza pracownica przycinała krzewy i z tych krzewów wybrała gniazdo i położyła je na ziemi. Mogła to zrobić ponieważ już dawno było po wylęgu i ptaszynki już nawet fruwają. To misternie wykonane arcydzieło nie przypadło do gustu obserwowanej przeze mnie ptaszynie, wolała łóżko wodne w pokoju na pierwszym piętrze. Jak to łóżko wyglądało po takim noclegu to już inna sprawa. W każdym razie już okna na noc są pozamykane.

A teraz o możliwości dotarcia na posiłki do naszej stołówki. Dyrekcja niby wszystko ogarnia a jednak nie widzi, że są problemy z przywożeniem ludzi jeżdżących na wózkach , do stołówki na posiłki. Ponieważ ludzie sobie na wzajem pomagali tak więc uznano, że problemu nie ma. Jednak starym ludziom ręce wysiadają od ciągłej pomocy i zaczynają się wymigiwać od tej pracy. Tak więc ta praca spadła na opiekunów i pracowników kuchni. Jedni do stołówki przywożą drudzy po posiłku wywożą, każda z tych osób zajmując się tym odrywa się od innych bardzo ważnych obowiązków. To przywożenie zajmuje im dużo czasu ponieważ winda w tym czasie jest non stop zajęta a przecież są u nas pracownicy wolni od jakichkolwiek obowiązków w tym czasie. Pisałam już kiedyś, że są pracownice które całkiem niepotrzebnie przychodzą do pracy na 7,30 ponieważ pracę zaczynają o godz. 9,00 a są też pracownicy, którzy przychodzą do pracy na godz. 6 rano i od razu zakasują rękawy i rzucają się w wir pracy bo inaczej nie wyrobią się z robotą. Są to opiekunowie i pokojowe, no i oczywiście pracownicy kuchni. W tym czasie opiekunowie i pokojowe mają huk roboty muszą pomóc w porannej toalecie w przybliżeniu około trzydziestu podopieczny każda. Muszą ogarnąć pokoje i przygotować wszystko do śniadania. Rozwieść śniadanie po pokojach, w międzyczasie zawieść na stołówkę ” sekcję ” wózkową, którą wcześniej trzeba było umyć i ubrać. Tym którzy korzystają z posiłków w pokojach pomóc w jedzeniu. Po posiłku, w stołówce, sekcją wózkową zajmują się pracownicy kuchni bo inaczej siedzieliby w tej stołówce bez końca. Pokojowe i opiekunki muszą pozbierać po pokojach naczynia i sprzątnąć po posiłku. Po wywiezieniu ze stołówki znów zajmują się nimi pokojowe, opiekunki czy współmieszkańcy. Przywożą ludzi na zajęcia czy rozwożą po pokojach. I ciągle jeszcze daleko jest do godziny 9, 00 a już tyle pracy zostało wykonanej. A są pracownicy którzy przyszli do pracy półtorej godziny temu i jeszcze nie skalali się pracą, piją kawkę, opowiadają co śniły i palą papieroski. Naprawdę tę pracę należy sprawiedliwiej rozdzielić. Kiedyś, ta sama dyrekcja zleciła pracownicom socjalnym przywożenie do stołówki osób tego wymagających. Panie socjalne robiły kanapki komu trzeba, pomagały w zebraniu naczyń po posiłku i rozwoziły na zajęcia albo do pokoju. Trwało to niestety bardzo krótko. Dlaczego tak krótko?

I to wszystko – NARA !

Pytania, pytania,pytania…

Zasypaliście mnie pytaniami, zarzucając mi jednocześnie brak konsekwencji w działaniu co oznaczałoby słabość charakteru. Muszę przyznać, że nigdy czegoś podobnego o sobie nie słyszałam ale coś w tym jest, już po prostu wiele rzeczy nie chce mi się. Jestem za stara żeby w pojedynkę walczyć o coś. Wy do mnie napiszecie i macie z głowy a ja mam główkować co z tym fantem zrobić, a później zrobić coś z tym fantem – a mnie się już nie chce. Zdziwiliście się, że tak szybko przyznałam rację Zarządowi Dróg w sprawie oznakowania ulic Oficerskiej i Fałata. Kochani, jakby oni spełnili nasze życzenie to byłoby nie fer wobec pracowników Zakładu Wodociągów. My chodzilibyśmy oznakowaną ulicą a może nawet po nowo wybudowanym ciągu chodnikowym, a oni na przełaj środkiem ulicy. Tu na prawdę trzeba przebudować skrzyżowanie ulic i ciągi dla pieszych. Może tymi moimi pismami uświadomiłam, że jest wiele zakątków w naszym mieście o które należy zadbać ale niestety nie natychmiast. Ostatnie pismo które otrzymałam od Zarządu Dróg, świadczy o tym, że byli w miejscu o którym mowa i że zasiałam ziarno niepokoju o bezpieczeństwo mieszkańców naszego miasta, które zajmuje coraz większe przestrzenie wychodząc poza swoje dawne granice. Ja to rozumiem i dlatego temat odpuszczam.

Następne pytanie dotyczyło mojej izolacji od wszystkiego co dzieje się w naszym DPSie a dzieje się więcej niż kiedykolwiek. Tak więc odpowiadam – jestem posiadaczką wręcz nie zdrowej ambicji. Zawsze mówiłam, że we mnie jest więcej ambicji niż sama ważę. Jeśli mnie ktoś nie chce, to ja tego kogoś dziesięć razy tyle. Odkąd zamieszkałam w tym Domu a dyrekcja dowiedziała się, że moje mieszkanie to nie dla psa kiełbasa , zaczęto odsuwać mnie od każdej działalności i nie chciano żebym w czymkolwiek uczestniczyła jako widz. Ba, nawet osoby które okazywały mi sympatię dostawały ostro po głowie. Żeby zbytnio nie cierpieć wytłumaczyłam to sobie najprościej jak można – mam bardzo krytyczne oko i ucho. Słuchając kogoś wyłapuję niedociągnięcia, a bylejakość wywołuje we mnie niesmak a więc na pewno chwalić nie będę a krytykować to i owszem. Tak więc moja nieobecność wychodzi na zdrowie tak jednej jak i drugiej stronie.

Trzecie pytanie dotyczyło mojego chodzenia, a raczej nie chodzenia do kościoła i obrażania się na ludzi tak zwanych ” kościelnych ” . Jest bardzo duża różnica chodzenia do kościoła a do naszej kaplicy. W naszej kaplicy zawsze jest około 20% ludzi, którzy rządzą nie tylko kaplicą ale i księdzem. Ich rządy są widoczne na każdym kroku. Obserwują i obmawiają . Niby się modlą a jednak szukają łatki na kogoś. W kościele w mieście pojedynczy wierny jest incognito , zatapia się w swoich modlitwach i nie widzi nikogo tylko modli się i śpiewa. Jeszcze przed pandemią chodziłam do swojej dawnej parafii, znajomych spotykałam przed czy po mszy, zamienialiśmy kilka słów i każdy zajmował się sobą swoim wnętrzem, a nasi kościelni to chyba nie mają wnętrza. Odkąd pamiętam to najgorsza swołocz, która mnie nękała bez skrupułów i przez całe lata, aż do swojej śmierci, to była kościelna wraz ze swoją świtą, czyli dziesięciorgiem chórzystek modlących się nieustannie i hołubionych oraz wspieranych czynnie, przez dyrekcję, przez księdza, przez cztery pracownice socjalne i trzy pielęgniarki. Ba, dyrekcja dawała wytyczne jak wykańczać ludzi a jeśli panie dorzuciły jakieś świństwo od siebie, to miały pełną aprobatę. Ksiądz, każdą mszę zaczynał od oficjalnej rozmowy o rodzinie pani NIKT . Pani NIKT wyszkoliła na swoje podobieństwo pana NIKT , który jest kościelnym z całym bagażem naleciałości. Wyobraźcie sobie, że przed ostatnią mszą kościelny perfidnie wyprosił z kaplicy dwóch panów tylko dlatego, że przyszli w krótkich spodenkach; notabene wcale nie takich krótkich bo sięgających do kolan. Na szczęście, wreszcie wtrącił się ksiądz i powstrzymał pana NIKT przed taką samowolką . Niestety ksiądz jest już uzależniony od pana NIKT i na wszystko jemu pozwala dla świętego spokoju i swojej wygody. Przy pierwszym świństwie które mnie spotkało teraz w naszej kaplicy przypomniały mi się wszystkie świństwa wyrządzane mi przez naszych ” wiernych kościelnych „. Na to wspomnienie dostałam mdłości ( dosłownie ) i zrezygnowałam z chodzenia do naszego kościoła . Niestety nie umiem wybaczać, i nigdy nie umiałam. Wszystkiego mogłam się nauczyć w mig, a wybaczania nie nauczyłam się nigdy.

Odpowiedź dla pana Mikiego – wiele razy pisałam, że nie odpisuję na komentarze pisane w języku innym niż język polski, wniosek z tego jest prosty, nie czytałeś tego co ja napisałam a liczysz na to, że ja napiszę do ciebie, po co ?

W języku polskim możecie pytać o wszystko, odpowiem – NARA.

Nie ma to jak starość!

Starość jest okropna, ona mi skróciła dzień do kilku godzin. Nie nadaję się do żadnych spotkań, przecież wszelkie spotkania odbywają się w godzinach po południowych a ja funkcjonuję od godziny 5 rano do 12, 30 w południe. O godzinie 12,30 zaczyna ze mnie schodzić powietrze, ogarnia mnie straszliwa senność, ledwie doczłapię się do stołówki na obiad a po obiedzie już tylko wylegiwanie się. Nie koniecznie spanie, chociaż zwykle drzemka pół godzinna, a później książka, krzyżówka albo telewizja. Tak więc co by się nie działo w naszym DPSie to ja niestety nie wiem, chyba, że zostanę poinformowana o tym. W niedzielę miałam jechać do wnuka u którego miała być prawie cała rodzina, ogarnęło mnie przerażenie – prababcię trzeba zawieść, a prababcia za godzinkę będzie zmęczona i trzeba będzie ją odwieść z powrotem. Takie zachowanie zaburzy każdą uroczystość. Niestety, wielokrotnie próbowałam być dzielna i nie kłaść się w środku dnia, na nic moje starania, przetrzymam kilka godzin i padnę. To po co się męczyć. Moje współtowarzyszki zazdroszczą mi z tym spaniem, bo śpię i w dzień i w nocy, a one bez tabletek nasennych nie usną a często to i tabletki nie pomagają. Mam taką naturę, że usprawiedliwię siebie ze wszystkiego. W końcu nie na darmo jestem prababcią pięciorga prawnucząt. Czy ktoś widział żeby prababcie udzielały się towarzysko? Chyba nie. Swoje w życiu już zrobiłam. Mam dwie córki, które dały mi troje wnucząt ( dwoje chłopców i jedną dziewczynkę ). Ci wnukowie dali nam pięcioro prawnuków – czterech chłopców i jedną dziewczynkę. Aż strach pomyśleć, ale przepowiednie mówią, że jak rodzi się więcej chłopców to zanosi się na wojnę. Nie daj Boże

Wreszcie przyszła odpowiedź z Zarządu Dróg, Zieleni i Transportu , zacytują ją w całości:

W odpowiedzi na pismo z dnia 19 IV 2023r. ZDZiT informuje, że skuteczna poprawa komfortu oraz bezpieczeństwa pieszych na obszarze skrzyżowania ulic Oficerskiej i Fałata może nastąpić jedynie po dokonaniu gruntowej przebudowy tego skrzyżowania i wybudowaniu ciągów pieszych . Budżet Gminy na rok 2023 nie przewiduje realizacji takiego zadania.

Odpowiedź powyższa jest taka sama jak ta sprzed kilku miesięcy tylko w eleganckiej formie. Tak więc kochani nie ma na co liczyć, moim zdaniem, w najbliższych kilku dziesięcioleciach.

To byłoby na tyle – NARA !

AMEN !

Jednak do kościoła chodzić nie będę, – amen – ci „kościelni ” ludzie są bardzo dziwni, nie zrozumiemy się nigdy. W niedzielę wchodzę do kaplicy i już z daleka widzę wielką kartę brystolu, leżącą na miejscu na którym zwykle siadam, z napisem również wielkim – kto nie lubi Papierza ? Ojcze Święty Obronimy Cię. Przełożyłam tę kartkę na inne miejsce, na którym usiadła za chwilę jedna z pań ( usiadła na tę kartkę ). To na pewno było odzewem za moją wypowiedź, że nie lubię Papierza. Uważam, że mam prawo kogoś lubić lub nie. Mnie nie lubią a ja muszę. Przecież Papierz to tylko człowiek. Kapłani na każdym kroku powtarzają, jak któryś z księży zgrzeszy, że jesteśmy tylko ludźmi, to o co kaman? Że ich rozgrzeszać będzie sam Bóg; mnie również Bóg rozgrzeszy, albo i nie, ale nie jakaś Irenka. Nigdy nie żyłam pod dyktando, byłam i jestem cholerną indywidualistką. Mówiąc o Papierzu każde z nas miało na myśli innego Papierza; według mnie Papierz jest jeden, a więc jest nim Franciszek, natomiast panie agitujące mnie miały na myśli Jana Pawła, powinny były dodać, że chodzi o byłego Papierza. Moja odpowiedź byłaby również na NIE ale bez dodatku słownego. Pozwolę sobie wnieść w tekst króciutki cytat z kabaretu – ” Będziesz grał 49 prezydenta Stanów Zjednoczonych ; to jest ich aż tylu ” – pyta ten który ma być tym prezydentem. Tak więc jak mówi się o byłych to należy podać imię, bez imienia sugeruje się Papierza aktualnego.

Wśród komentarzy znalazła się wypowiedź zbiorowa naszych pracowników dotycząca pomocy pijanym podopiecznym. To brzmiało tak trochę jak pretensja do mnie, ponieważ uważam, że każdemu podopiecznemu należy pomagać. Nawet tym zapijaczonym ? pytają pracownice. Nasz Dom staje się przytułkiem dla bezdomnych alkoholików, ( piszą komentatorzy ) którzy nie proszą o pomoc a kategorycznie jej żądają rzucając w nas wulgaryzmami. Zanieczyszczają swoje pokoje odchodami które musimy sprzątać. Mówimy o tym, piszemy w raportach i nic. Potrafią nawet uderzyć, a my musimy spuścić głowę i robić to co do nas należy. Przeraziło mnie to co przeczytałam. Co na to nasza dyrekcja – nic? Nie wie co z tym fantem zrobić. Dyrekcja potrafi tylko robić świństwa swoim podopiecznym a zupełnie nie potrafi zadbać o swoich pracowników. Nie szanują nikogo oprócz siebie samych. Jeśli dyrekcja nie znajdzie wyjścia z tej sytuacji to prababcia Danusia ruszy z interwencją ale tym razem nie do Prezydenta i nie do zwierzchników DPS.. Ale musicie, moi kochani , informować mnie o takich przypadkach, ja to będę filmowała jako dowód. U nas kamer od zatrzęsienia a dyrekcja i tak nic nie wie. Wy sami nie możecie nic zrobić, ja sama również nie wiele ale razem możemy wszystko. Wystarczy mi dać znać a będę wiedziała co z tym fantem zrobić. AMEN.

NARA>

Mniemanie

Dziwni są ci ” kościelni ” ludzie, najpierw przychodzą i proszą żebym poprowadziła majowe i śpiewała razem z nimi a później słyszę – żeby ta Danka robiła nie wiem co, to i tak nikt jej nie lubi. ( Cytat z Felki ). Trudno, przeżyję jakoś to nie lubienie. Zdaję sobie sprawę, że to przez moją pozorną wyniosłość. Ludzie myślą, że mam wysokie mniemanie o sobie – jeśli już to odnoszące się wyłącznie do śpiewania i to w gronie swoich rówieśników. Pisałam nieraz, że jestem jak ten rajgras wyniosły, który jest po prostu trawą. Ale a propos tej mojej wyniosłości, czy jak kto woli, mniemania o sobie, czy ci którzy mówią, że mnie nikt nie lubi są lubiani przez wszystkich ? – warto jest się nad tym zastanowić. Już w przedszkolu, jako czterolatka, za swój śpiew byłam i podziwiana i znienawidzona. Ponieważ śpiewałam w języku rosyjskim , bo było to przedszkole rosyjsko – litewskie, to w domu dostawałam w łeb od brata, który wielkim patriotą był. Chodziłam do przedszkola razem z bratem. To były lata czterdzieste XIX wieku i mieszkaliśmy w Wilnie, a nasz tatuś był osadzony w więzieniu NKWD jako wróg Związku Radzieckiego. Pisałam o tym w swoich wpisach w grudniu 2017r. we wpisie zatytułowanym GALA. Nie znałam się na polityce a mój brat jako sześciolatek już był wytrawnym politykiem. Od najmłodszych lat wiedziałam, że śpiew wzbudza i zachwyt i zazdrość, a nawet nienawiść. Żadne z tych doznań nie jest mi obojętne, z jednych się cieszę inne bardzo bolą, ale cóż, taki jest świat. Próbowałam swoje pozory wyniosłości zmienić na uniżoność, niestety czułam się jakbym się poniżała.

Jako jeden z dowodów nie lubienia mnie była podobno reakcja pielęgniarek na moją interwencję. Była godzina 24, 30 , moje smaczne spanie przerwało stukanie do drzwi, stukanie laską, wyjrzałam a tam na posadzce leży Stasiu i prosi o pomoc. Znam dobrze ból niemocy przy podnoszeniu się a zwłaszcza ze skutkami upadku. Stasiu mówi mi, że leży już tak od kilku godzin bo właśnie dzisiaj nie było obchodu o godz. 23. on leżąc na podłodze nie sięgnie do dzwonka alarmowego, żeby z niego skorzystać należałoby wstać, i kółko się zamyka. Ja już załatwiłam sobie kabel do dzwonka, wiem wszystko o upadaniu, robiłam to wielokrotnie. Zadzwoniłam na alarm ze swojego pokoju, ale na wszelki wypadek wolałam pójść do pielęgniarek dyżurujących, przecież nie wiadomo gdzie mogą być w danej chwili i dzwonka mogą nie słyszeć. Pielęgniarka była w pokoju socjalnym i dzwonka nie słyszała, ale na moją interwencję zerwała się na pomoc. Zanim ja zjechałam windą pielęgniarka i opiekunka już były przy Stasiu. Jak w tym wypadku objawia się nie lubienie mnie, – podobno ktoś kiedyś był z podobną interwencją do tej samej osoby a zamiast pomocy usłyszał – na pewno jest pijany a my do pijaków nie będziemy biegały. Mnie o nic nie pytały i szybko pobiegły z pomocą, bo mnie nie lubią i nie chcą być opisane na tym moim blogu. Nawiasem mówiąc to cieszę się z takiego nie lubienia. Stasiu był trzeźwy i czyściutki, tylko bardzo zmarznięty, a nawet jakby był pijany to i tak należało mu pomóc, skoro wzięto go pod opiekę to klamka zapadła. No chyba, że Stasiu rozpił się w naszym DPSie. Napisałam – chyba – ponieważ pomimo, że dużo się mówi o naszych panach nadużywających to ja nigdy nie widziałam żadnego pana pod wpływem. Nie chadzam tymi ścieżkami co oni.

Uwaga dotycząca naszych alarmów – są źle zlokalizowane. W biały dzień to i widać światełko alarmowe i słychać sygnał, natomiast w nocy personel dyżurny nie siedzi w pokoju w którym są sygnalizacje alarmowe tylko w pokoju po przeciwnej stronie korytarza i pomimo, że drzwi zostawiają otwarte tak w jednym jak i w drugim pomieszczeniu – dzwonków nie słychać.

Zbliża się termin odpowiedzi na moje drugie pismo w sprawie ruchu drogowego, ale już zaobserwowałam wyniki dochodzenia w tej sprawie – śmiech na sali. Samochód który stojąc na zakręcie i przy samym ” pozorowanym ” przejściu najpierw stał tak, że maska samochodu była na tym niby przejściu, później przesunięto go o 1m. dalej, za drugim razem odwrócono tyłem do przejścia i znów przesunięto o 2m. dalej. Ponieważ jest to zakręt i to nie mały a samochód dość duży, to stojąc w tym miejscu zajmuje około 1 m. szerokości jezdni. Zaznaczam, że samochód stoi tam od dwóch lat i nie rusza się z miejsca, stanowi taki oryginalny znak drogowy – uważajcie i piesi i kierowcy bo jak nic dojdzie kiedyś do stłuczki.

Po relaksującej lekturze zatytułowanej ” Wieczór panieński ” o której pisałam w poprzednim wpisie, a która miała mnie nawet doprowadzić do łez, niestety nie doprowadziła, zachwycała przez pierwszych 100 stron, następnych 450 stron po prostu czytało się sympatycznie; teraz wzięłam się za ciężki kaliber – ” Dzieci Hitlera „, już sam tytuł mnie przeraził i szczerze mówiąc ten stan przerażenia towarzyszy mi przy czytaniu każdej strony, ale też jest ciekawość jak sobie radzą w życiu dzieci takich potwornych zbrodniarzy, bo jest to książka o dzieciach najwyższej rangi hitlerowców nie tylko samego Hitlera. Zawsze dzieci odczuwają piętna czynów swoich rodziców, znam to z autopsji, chociaż mój tato stał po drugiej stronie barykady – bronił ludzi przed zbrodniarzami i z narażeniem życia bronił swojej ojczyzny. Moja rodzina żyła z tym piętnem od wybuchu II wojny światowej do śmierci Stalina, później do końca życia moich rodziców odczuwaliśmy skutki tego piętna. Bo ludzie są różni. Tego typu przeżycia również opisałam na swoim blogu. Bardzo chciałabym żeby takie lektury czytał ze zrozumieniem – Putin.

To byłoby na tyle – NARA !

Miłych słów nigdy dosyć.

Takich komplementów jak po kościelnym śpiewaniu nie słyszałam nigdy. Żeby nazwać głos błogosławionym, głos w niebo wzięty – tego chyba nikt nie słyszał. Pewnie to dlatego, że to ludzie kościelni i do tej pory w kościele nie słyszeli melodyjnej interpretacji tekstu. Przynajmniej w naszej kaplicy. Owszem, przychodzą do nas ludzie z zewnątrz i śpiewają ale do tego wykorzystują tylko głos, brak przeżyć, interpretacji tekstu. Jeśli w kościele zaśpiewałam – Pod Twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko to głos musiał brzmieć błagalnie i unosić się do nieba, bo w końcu ktoś do kogo zwracałam się śpiewając jest w niebie a ja chciałam żeby ten głos był słyszalny, czyli wzięty, w niebo. Odwoływałam się do istot najwyższych w imieniu wszystkich zebranych w kaplicy. Tym swoim śpiewaniem chyba przekonałam ludzi, że jestem bardzo wierząca, bo wychodząc z kościoła po mszy niedzielnej, na której też śpiewałam, zaczepiła mnie grupka pań pytając czy zechciałabym przystąpić do grupy w obronie Papierza. Nawet nie wiedziałam, że Papierza trzeba przed czymś bronić. Niestety mój śpiew kolidował z odpowiedzią – odpowiedziałam kategorycznie NIE, nie lubię Papierza ze względu na jego pierwotne stanowisko wobec wojny ukraińskiej , za Jego wizytę na Węgrzech, za popieranie wypowiedzi prezydenta Francji – który już nadrobił swoje podejście do Rosji ale brzydki ślad został. Jestem też przeciw lizaniu tyłków patriarchom Moskwy. Tak więc jestem przeciw. Panie pomyliły mój śpiew z moim stanowiskiem wobec Kościoła. Tak w ogóle to ten mój śpiew zwykle wprowadzał w błąd nawet moich najbliższych. Zawsze słyszałam, że to nieprawdopodobne, że to śpiewanie nie jest skierowane imiennie do kogoś, że nie czuję tego w realu, co wyśpiewuję. Tym razem było wyraźne przesłania. Przez to moje śpiewanie dochodziło do rozwodów, mój mąż wydawał ostatnie grosze na taksówkę i jechał za mną do innego miasta żeby podpatrzeć dla kogo ja tak śpiewam. Przykro mi, ale to po prostu interpretacja. Teraz to ja się cieszę, że w ogóle śpiewam, że mój głos się nie zestarzał, nie stracił swojej oryginalności. Wiadomo, że to nie to co było, ale jest jeszcze możliwość popisania się i dziękuję za to Bogu. Nasz ksiądz chciał koniecznie zaśpiewać ze mną i przekonał się co to znaczy tonacja i intonacja, próbował na różne sposoby ( szkoda, że robił to przy mikrofonie ) niestety nie wychodziło ni jak, tak samo jak mnie kiedy ksiądz pierwszy zaintonuje, to śpiewam bo mam większe możliwości, ale się wykańczam. Prosiłam księdza o możliwość zaśpiewania solówki, nie sądziłam, że będzie usiłował mi dorównać. Ponieważ w niedzielę zwróciłam się do księdza z pytaniem czy będę mogła Antyfonę zaśpiewać sama a on się zgodził, to myślałam, że przyjął to do wiadomości i respektowania, a on wchodzi między wódkę a zakąskę i kombinuje. W poniedziałek poszłam do kaplicy z myślą, że sobie pośpiewam – nic z tego, ksiądz szybko wszedł w swoją tonację, na zasadzie – teraz to ty kombinuj. Zrezygnowałam ze śpiewania w ogóle. Ponieważ majowa dla mnie to pół godziny śpiewania a ja tego robić nie mogę, to dziękuję uprzejmie ale z majowych korzystać nie będę. Wychodząc z kaplicy padały pytania – dlaczego nie śpiewałam, więc wytłumaczyłam, a ksiądz temu się przysłuchiwał, że nie współgrają nam tonacje. Już nie dodałam, że dla większości naszych nie ważne jest kto jak śpiewa; każdy śpiewa po swojemu i uważa, że jest wszystko w porządku. Taki śpiew w kilku tonacjach na raz to mnie aż boli. Jak szłam w niedzielę do kościoła to zaczepiła mnie Felka i Marianna z pytaniem – będziesz śpiewała dzisiaj ? Odpowiedziałam, że tak. A nie będziesz się bała, przecież będzie Jan – czyli pan NIKT, mój wróg nr. 1. na dodatek kościelny. Nie będę. I wydaje mi się, że pan NIKT jak w pełni usłyszał jak śpiewam to siedział jak trusia; a jak zaintonował następną pieśń to postarał się ją zaśpiewać nie zaburczeć, w związku z tym ja weszłam w jego tony i też śpiewałam. Tak jak każdy człowiek mam mnóstwo kompleksów i wątpliwości co do swojej osoby, ale nigdy nie miałam wątpliwości, że umiem śpiewać i ze zrozumieniem interpretować śpiewany tekst. Wiem, że większości z nas podoba się pieśń ” Zapada zmrok ” , ma piękną melodię i równie piękny tekst. Kilkukrotnie rozmawiałam z księdzem żeby ją zaśpiewać na majowej, zawsze było na nie – jak można śpiewać o zapadającym zmroku rano – argumentował. Można, ponieważ interpretacją można stworzyć każdą atmosferę. Po za tym osoby które przychodzą do kaplicy proszą o tę pieśń i doszło do tego, że przychodzimy wcześniej i za każdym razem śpiewamy pieśń ” zakazaną „, bo bardzo ją lubimy. Już tego robić nie będziemy, nie chcę narażać się, bo teraz, mimo, że jestem po spowiedzi czuję się największą grzesznicą w naszym DPS. i to przez moje ulubione majowe.

To byłoby na tyle – NARA !