Marzec

Dokoła słyszę narzekania na ten niezdecydowany miesiąc; jedni psioczą w oczekiwaniu na wiosnę, inni tak jak ja, wiedzą, że śnieg musi się wypadać a mróz musi swoje wymrozić i lepiej żeby to było jeszcze w marcu a nie odwlekało w nieskończoność. Zerknęłam do swoich rymowanek sprzed laty, żeby porównać te marce. I tak w 2001 roku pod koniec marca pisałam:

Ociągasz się w tym roku, moja wiosno miła, śnieg zalega w okół a wody mróz ścina. To już przecie marca dzień dwudziesty trzeci, a wiosny wciąż nie ma, tej zsypanej kwieciem. Botki znów wkładamy, otulamy szalem, jak to kiedyś było wspominamy z żalem. –Dlatego użyłam słowa znów, ponieważ luty chodził w pantofelkach, było bardzo ciepło, ale za to kwiecień w 2001r. był cały mroźny.

W 2006r. pisałam do ilustracji w kwartalniku kombatanckim: To marcowy kulig dzwoneczkami dzwoni. Roześmiana dziatwa chce wiosnę dogonić, a wiosna ucieka za lasy i morza; u nas ziemia skuta lodem, do nas wiosna dojść nie może.

Chyba cała zima w 2006 r. była taka mroźna. W prawdzie miesiąca lutego nie opisałam ale styczeń straszył przez cały miesiąc syberyjską zimą. Natomiast w 2007r. już pierwszego marca przyszła do nas wiosna … chociaż i styczeń i luty nie mógł się zdecydować jakim jest miesiącem czy wiosennym czy zimowym.

Także nic nie wiadomo jak będzie dalej. Dzisiaj jest słonecznie i w miarę ciepło ( +9 ). Skorzystam z tego dnia i pójdę do ogródka, choć już niestety boję się prac ogródkowych. Boję się, że jak się schylę to i się przewrócę a ogródek jest położony na skarpie, także mogę się potoczyć w dół, a sama już się nie podniosę. Próbowałam nie raz – nie wstanę, nawet jak usiądę na podłodze sama to już się nie podniosę. Ale oczyścić ogródek z jesiennych zabrudzeń trzeba.

Eureka! pomaleńku ale sukcesywnie powraca do mnie mój psi węch. Jeszcze nie jest psi ale już jako taki jest. Wrócił również, choć tylko częściowo, słuch, który się stępił podczas pierwszej choroby na covid. Zwaliłam to na starość i już nawet kupiłam sobie przez internet takie aparaciki słuchowe, które przez kilka dni używałam przed telewizorem. Aż któregoś dnia wydmuchuję nos a tu coś pyknęło w lewym uchu i zaczęłam słyszeć. Zaczęłam cudować – kupiłam irygasin do płukania zatok, zaczęłam codziennie używać Akustone, które do tej pory używałam od czasu do czasu aż tu znów – pyk, pyk w obu uszach. Szybko musiałam wyciszyć telewizor; ogarnęła mnie radość, czy na długo ? nie wiem, ale dobre i to. Muszę wybrać się do laryngologa żeby wzmocnić swój aparat słuchowy wewnętrznie. Dało się odblokować a teraz należy ten stan utrzymać, co daj Boże, amen.

U nas na całego rozpanoszył się covid. Na każdym korytarzu są dwie, trzy osoby chore. Poznajemy to po czarnych wycieraczkach pod drzwiami. Na stołówce prawie pusto. Zerknęłam na korytarze tak zwane medyczne a tam prawie pod każdymi drzwiami czarne wycieraczki, płyny dezynfekujące i fartuchy ochronne. Aż ciarki przechodzą po plecach. Oby nie zaczęło się umieranie.

To byłoby na tyle –Nara !

Droga pod górkę.

Każdy swój wpis kończyłam przesyłając Wam buziaki, aż wreszcie do mnie dotarło, że to żadna przyjemność być całowanym przez staruchę; zwłaszcza teraz jak starucha jest znów chora. W końcu przez dwa tygodnie byłam zdrowa, nie ma co narzekać. Przechodzę zwykłe przeziębienie a pierwsze objawy były takie same jak podczas choroby na covid – omdlenie całego organizmu. Trwało to tylko kilka godzin ale dało mi do zrozumienia, że to właśnie covid spustoszył mój organizm. No i straciłam mój psi węch, nie czuję w ogóle zapachów. A jeszcze nie dawno pisałam, że różnica między mną teraz a mną sprzed pół wieku, jest tylko w wyglądzie, niestety to różnica w całości funkcjonowania organizmu. Z każdym rokiem coś człowiekowi ubywa; żeby tak chciały ubywać kilogramy, ale nie, one się trzymają a nawet wręcz odwrotnie.

Znów napisali do mnie pracownicy naszego DPSu z prośbą żebym poruszyła temat ich drogi do pracy ze wspinaniem się pod górę, po jezdni bez poboczy, na zakręcie , pod lasem. Zobaczę co da się zrobić ; ale o to samo pisałam do pani dyrektor przez rok, a dotyczyło podopiecznych z chodzikami, wózkami, czy o kulach. Po roku, z wielkim trudem, dostaliśmy czipy do drzwi dzięki którym omijamy całą niebezpieczną górę. I było to pozwolenie do korzystania z tego co mieliśmy latami. Przed laty pracownicy również korzystali z tego dobrodziejstwa, a później stop ! Nie wolno. Za dobrze by było. A przecież na dole są dwa wejścia do budynku; do jednego trzeba dotrzeć również idąc pod górkę, ale ta górka jest już bezpieczna bo jest już na naszym podwórku, za ogrodzeniem. Szybko zapomniano o wypadku naszej pracownicy (właśnie w tym miejscu o którym mowa) i to w biały dzień – kobieta wracała z pracy po porannym dyżurze, czyli około godz. 14. Po wypadku była na zwolnieniu lekarskim kilka miesięcy. Ale co to kogo obchodzi. Nasza dyrekcja wsiada w luksusowe auta i omija przeszkody. Na drogę do naszego DPSu psioczą również goście przychodzący z wizytą, nie ci jeżdżący autami ale ci wspinający się pod górę na własnych nogach. Dziesiątki razy wchodzili na nasz teren przy pawilonie i szukali wejścia do budynku. Czy tego nie widzi i nie słyszy o tym pani dyrektor. Nie żal jej ludzi którzy idąc do ciężkiej fizycznej pracy przed jej rozpoczęciem już muszą się zmęczyć wdrapując się pod górę.

Dzisiaj wybrałam się do miasta, nagle widzę jak samochód straży miejskiej zbliża się do mnie i zatrzymuje, a pracownik straży przez uchylone okno samochodu, melduje mi, że moja sprawa nabrała tempa: ów pan przekazał ją z pełną dokumentacją fotograficzną, swojemu naczelnikowi a pan naczelnik już ją zgłosił na Komisji Ruchu Drogowego. Oczywiście chodzi o oznakowanie styku ulic Oficerskiej i Fałata. Przyznałam mu się, choć trochę w zażenowaniu, że sprawa idzie trójtorowo, że zgłosiłam ją i do Zarządu Dróg Zieleni i Transportu i do Inżyniera Ruchu Drogowego.

Jak widzicie działam z rozmachem, Oby coś z tego wyszło. No i nie wiem jak mam Was pożegnać może – PA albo NARA !

Bartosz!

Pisałam już, że pracownicy naszego DPSu napisali do mnie o swoim problemie z poruszaniem się ulicami Oficerską i Fałata w drodze do pracy i z pracy. Nie wiem dlaczego napisali o tym do mnie, ale napisali i muszę coś z tym zrobić. Któregoś dnia zobaczyłam jak pracownik Straży Miejskiej, przy ul. Oficerskiej, zakładał blokadę na koła czyjegoś samochodu, poprosiłam owego pana do siebie i przedstawiłam mu nasz problem. Ów pan wysłuchał mnie uważnie i zajął się sprawą natychmiast. Pojechał w to miejsce o którym mówiłam i zanim do niego doszłam on już je obfotografował. Poinformował mnie, że sprawę zgłosi swojemu naczelnikowi a ten z kolei uczestniczy w Komisji Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego i problem przedstawi. Wyjaśnił mi, że już same pasy uporządkują poruszanie się w tym miejscu. Nie będzie można parkować samochodów tak jak jest to teraz, ponieważ będzie musiała być zachowana odległość 10 m. od pasów, no i kierowcy będą musieli zwalniać i ustępować miejsca pieszym. Pomyślałam sobie – to takie proste a nigdy nikomu nie przyszło do głowy żeby to załatwić. Niedługo wiosna, będzie odświeżanie pasów; nie będę czekała aż zajmie się tym naczelnik Straży. Zadzwoniłam do Kom. Bezpieczeństwa żeby wypytać czy to na pewno dobry adres i jak mam do nich trafić. Okazało się, że pod tym adresem zajmują się szkoleniem kierowców. Ale jednocześnie zostałam poinformowana, że moja sprawa leży w kompetencji Zarządu Dróg Zieleni i Transportu Urzędu Miasta i do Inżyniera Ruchu. Napisałam pismo: dotyczące poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego a właściwie niebezpieczeństwa w ruchu drogowym przy zbiegu ulic Fałata z Oficerską ( przy Wodociągach), wyjaśniając, że jest to miejsce gdzie krzyżują się drogi i pojazdów i pieszych z czterech ulic a nie ma na nim ani znaków, ani pasów, ani nawet chodnika. W poruszaniu się jest kompletna samowolka z duszą na ramieniu. Do tego jeszcze dochodzi samowolka w parkowaniu pojazdów zasłaniająca widoczność. Najgorzej jest w godzinach : 5, 45 – 7 i 21,45 – 22,30 W godzinach tych kończą i zaczynają pracę zmiany pracownicze i DPSu i Wodociągów , dochodzą do tego mieszkańcy wymienionych ulic, samochody dostawcze i ciężki sprzęt wodno – kanalizacyjny. Tworzy się rondo ” śmierci „. Pierwsza rzecz która musi być zrobiona i to już to są pasy, które chociaż trochę poskromią użytkowników tych dróg. Chodnik to jest chyba rzecz oczywista, choć zupełnie zignorowana, a jest to zaledwie kilkanaście metrów kostki brukowej.Czekam z niecierpliwością na reakcję w tej sprawie.

Pismo zgrałam na pendrajwa i wybrałam się do miasta szukać punktu ksero. Szukałam przez godzinę ( ja drepczę nie chodzę ), wszędzie gdzie dotarłam była wywieszona informacja – lokal do wynajęcia lub na sprzedaż. Wreszcie znalazłam. Cała szczęśliwa ponieważ miałam w perspektywie już tylko kancelarię w Ratuszu i powrót do Domu. Nic z tego, w owej kancelarii dowiedziałam się, że owszem oni mogą pismo przyjąć i jak przy okazji będą na ulicy Knosały to pismo doręczą komu trzeba ale nie pokwitują mi przyjęcia. No i już prababcia Danusia wkurzyła się i nawtykała, ponieważ prababcia jest starej daty i wszystko musi mieć czarno na białym. Zmęczona jak sto nieszczęść ruszyłam dalej. Znalazłam – Knosały 3 Inspektor Ruchu Drogowego. Boże, on urzęduje na drugim piętrze w budynku bez windy. Jakoś dociągnęłam się ale ze zmęczenia miałam mroczki przed oczami. Wiem, że powinnam napić się wody, wodę mam ale boję się pić bo nie wiem kiedy dojdę do domu, mogę nie donieść. Proszę napotkaną panią żeby powiedziała mi gdzie dokładnie jest pokój inspektora bo już nie będę miała siły go szukać. Pani mi tłumaczy, że tam na końcu korytarza ale inspektora nie ma jest na kontroli. Nie trudno sobie wyobrazić co wówczas czułam. Ale w naszej rodzinie wszyscy tak mają, że jak jest źle to zaraz po tym będzie dobrze; mamy taki gen naprzemienny w sobie i wywołujemy to dobro u innych. Ja ten gen odziedziczyłam. Raptem słyszę: chciałbym pani pomóc tylko proszę powiedzieć co mogę zrobić. Podnoszę wzrok i widzę przystojniaka około czterdziestki, pytam więc – czy bardzo chce mi pan pomóc? Owszem – słyszę. Tłumaczę więc po co tu przyszłam i że pismo które mam trzeba doręczyć koniecznie za pokwitowaniem odbioru. Pan to pismo wziął i po przeczytaniu nagłówka stwierdził, że to pismo skierowałam do dwóch odrębnych instytucji i że to musi być tak a tak. To niech to pan poprawi. Pan poprawił poszedł w odpowiednie miejsce i wrócił z pokwitowaną kopią. Widziałem, że ma pani jeszcze dwa egzemplarze tego pisma, proszę mi je dać, teraz to pismo skierujemy do drugiej części pani adresata, czyli do Zarządu Zieleni…. który mieści się w innym budynku i stanowi odrębną instytucję, nie podlegającą pod Urząd Miasta. Proszę poczekać pójdę po kurtkę i działamy dalej. Zeszliśmy z drugiego piętra na dół, ja usiadłam na chodziku a pan pobiegł załatwiać sprawę. Wrócił, wręczył mi moje pismo z pokwitowaniem odbioru i wytłumaczył – teraz to już na pewno sprawa zostanie załatwiona. Pani pismo trafiło do jednostki zajmującej się tym o co pani prosi i do jednostki nadzorującej to wykonanie. Pan jest istnym Aniołem, dziękuję bardzo. A pan na to – nie jestem Aniołem tylko Urzędnikiem Państwowym. A jak pan ma na imię – spytałam – B A R T O S Z – odpowiedział. Pomyślałam wówczas, że imię tak samo piękne jak on sam. A wracając do naszych znaków drogowych, to nimi zajmować się będą nie dwie instytucje a trzy, przecież jeszcze Straż Miejska z dokumentacją fotograficzną. Jak myślicie – będzie załatwione?

Buziaki !

Gdzie diabeł nie może…

Z brydżyka to wyszedł śmiech na sali. Jak żyję nie grałam w brydża z dwoma ” dziadkami”. Pani która oświadczyła, że gra w brydża, nie miała o nim zielonego pojęcia. Nie znała nazw kolorów, ich starszeństwa. Nie umiała licytować. Nie wiedziała czy ma brać lewą czy nie. No w ogóle nie wiedziała nic. Zastanawiałam się skąd ta odwaga w mówieniu, że umie grać. Pewnie sądziła, że dwie pozostałe panie mają takie same umiejętności i jakoś to będzie. A tu niespodzianka, owe panie to prawie mistrzynie, powiedzmy w porównaniu. Dobrze, że odwołałam znajomego który miał być czwartym.

Wracam po ” brydżyku ” do swojego pokoju a tu w przedpokoju kałuża wody. Woda cieknie z sufitu. Pobiegłam na górę do sąsiadki a tam synuś kąpie swoją prawie stuletnią mamusię. Kąpie nieumiejętnie, prysznic skierowany jest na ściany łazienki nie na mamusię. Łazienka zalana, mama golutka a synuś prawie w garniturze, tylko bez marynarki. To naprawdę wyjątkowy syn; jest u swojej mamy prawie codziennie, a mama mieszka u nas około 30 lat, szkoda, że nie nauczył się posługiwania prysznicem. Ja przez tę panią byłam zalewana od lat. Moje mieszkanko, wiosną ubiegłego roku było suszone i remontowane. Od kilku miesięcy miałam spokój, a teraz znów. Sprawę zgłosiłam opiekunce ponieważ coś z tym trzeba zrobić. Może zabronić synusiowi wyręczania opiekunek, a może zaproponować zabieranie mamusi na kąpiel do swojego domu, a wówczas ” palewaj pa wsiem „. Poprosiłam opiekunkę z drugiej zmiany żeby ten incydent wpisała do raportu. Wiem, że każdy pracownik zaczyna dzień od czytania raportu tak więc jest pewność, że nie przejdzie bez echa. Na drugi dzień, czyli w niedzielę, złożył mi wizytę synuś p. Emilii . Wizytę zaczął od słów – przepraszam, myślałam, że na tym zakończy a on zaczął swoje wywody, że to nie jego wina, że tu u nas źle położono instalację, przecież nigdy tego nie było. A więc on nie wiedział, że od lat byłam zalewana przez jego mamę a problemu szukano zawsze w mojej łazience. Nie pomagały tłumaczenia, że pani Emilia leje wodę bez opamiętania odkręcając kurki na ful a rury nie mają takiej przepustowości, nadwyżka wody znajduje ujście i po suficie płynie do mnie. W poniedziałek przychodzą fachowcy szukać w mojej łazience problemów awarii. Szlak mnie trafił – szanowni panowie – mówię – od lat tłumaczę, że to nie awaria tylko bezmyślność sąsiadki z góry. Idźcie do niej, odkręćcie krany na ful i zobaczycie kałużę wody u mnie. Zakręcicie krany woda przestanie płynąć po suficie. W naszych łazienkach woda leci bezpośrednio na posadzkę, nie ma brodzików ani wanny, tak więc jak zaleje się łazienkę i przedpokój to wiadomo, że i ja, piętro niżej będę zalana. Moim zdaniem pani Emilia powinna mieć o połowę ograniczony wypływ wody z kranu i po problemie; ale to usiłuję wytłumaczyć naszemu kierownictwu od lat – nie dociera.

Ponieważ wiem, że dyrekcja czyta mojego bloga wnoszę więc uwagę dotyczącą wody ale z innej beczki – 17 lutego nie było u nas ciepłej wody, żaden problem, bywa, problemem jest, i to poważnym, brak jakiejkolwiek informacji na tan temat. O tym, że wody ciepłej nie ma i nie będzie cały dzień nie wiedzieliśmy ani my mieszkańcy ani pracownicy. Przez to niedopatrzenie licznik nastawiony na ciepłą wodę obracał się na okrągło, ludzie poodkręcali krany na ful i czekali aż ścieknie zimna i poleci ciepła woda. Trwało to godzinami. Za takie niedopatrzenie ktoś powinien dostać po kieszeni. Z wszelką informacją jest u nas kiepściutko , a to przynosi straty.

Ponieważ wiem, że nikt nie zajmie się sprawą braku jakiegokolwiek oznakowania ulicy po której podążają do pracy nasi pracownicy i mają z tym duży problem, sprawą zajęłam się ja. Mimo,że się zarzekałam, iż to nie jest temat dla mnie, to leżało mi to na sercu. Poczułam się jak ostatnia deska ratunku. Kiedyś słynęłam z tego, że jeśli diabeł nie może … pomyślałam więc a czym ja się różnię od siebie sprzed lat, tylko wyglądem … i ruszyłam do przodu. Co udało mi się załatwić napiszę następnym razem.

Buziaki.

Nowi mieszkańcy…

Dość dużo nowych mieszkańców przybyło do naszego DPS – u. Uczestniczą oni licznie w różnych zajęciach. Na sali gimnastycznej jest od rana dużo ludzi korzystających ze sprzętu rehabilitacyjnego. Na gimnastyce również jest nas coraz więcej. Niedawno pisałam, że na zebraniu było nas dużo więcej niż zwykle. Z zajęć na sali gimnastycznej nowi mieszkańcy są zadowoleni, gorzej z rozrywki. Jedna z pań opowiadała mi: przywieźli mnie do sali widowiskowej na cotygodniową herbatkę, myślałam, że usłyszę coś ciekawego a może zobaczę; owszem usłyszałam ciągły, pusty śmiech bez żadnego uzasadnienia. Ponieważ nie mam zwyczaju śmiać się przez ” pokazanie palca ” to więcej z takich spotkań korzystać nie będę. Starzy mieszkańcy w taki właśnie sposób wykruszali się z różnych zajęć. Nikt nie lubi być traktowanym jak ktoś niespełna rozumu. Starzy mieszkańcy na zajęcia przychodzą w liczbie czterech, pięciu osób i są to osoby które albo wyjątkowo lubią ciszę i ” dłubaninę ” w pracowni plastycznej albo ci którzy nie potrafią sobie niczego zorganizować i poddają się terapeutom. Terapeuta ich przywiezie i odwiezie a oni posiedzą sobie tam gdzie ich się postawi. I to jest potrzebne, ale w naszym Domu mieszka 150 osób nie 5.

Drugi, stały temat to, że coś zginęło. Temat śliski ponieważ nic nie wiadomo czy tak było naprawdę czy to zawiniła starość i zaniki pamięci. Dyrekcja upiera się, że to starość a my starzy upieramy się przy swoim. Moim zdaniem bywa i tak i tak. Mnie dwukrotnie coś zginęło ale jak porozrabiałam to otrzymałam drugie coś w zamian. Każdy musi sam pilnować swoich rzeczy. Jak jedna z pań poskarżyła się, że jej poginęły rzeczy to w odpowiedzi usłyszała – tylko niech pani nie idzie na skargę wyżej bo to się źle skończy. Owa pani pomyślała, że to pracownica się odgraża, więc wytłumaczyłam jej – dyrekcja nie może się opędzić od skarżących na różne tematy i jak ktoś zbyt często chodzi na skargi to wysyła do delikwenta psychiatrę i po problemie. Tak więc owa pani została ostrzeżona ale przed dyrekcją. Podałam jako przykład swoją sąsiadkę z ul. Radiowej, która pomieszkała w naszym DPSie tylko kilka miesięcy a zakończyła pobytem w szpitalu psychiatrycznym zawieziona w kaftanie bezpieczeństwa. Całe szczęście, że owa pani miała rodzinę i tego samego dnia wróciła do domu. Cała rodzina, a jest dość liczna, ostrzega teraz każdego przed naszym Domem. Owa pani, to była 90 latka, z kompletem szarych komórek, uważała i słusznie, że ma prawo poprosić do siebie panią dyrektor i zgłosić zastrzeżenia, a nie błądzić po piętrach i korytarzach szukając władzy. Błąd – nasza władza wzywa na dywanik a nie chodzi po pokojach ( tak było za każdym razem ze mną). Jeśli pani dyrektor idzie do kogoś do pokoju to tylko wówczas jak jest pewna, że tam mieszka lizus i będzie słodził. Owa pani chciała zgłosić zaginięcie niemalże całej swojej garderoby, notabene garderoby nowiutkiej zakupionej w Stanach Zjednoczonych. Chciała też, żeby jej pomagano w codziennej kąpieli. Tak więc tymi zachciankami zajął się nasz psychiatra, który był jednocześnie ordynatorem oddziału psychiatrycznego w Poliklinice i tam została przywieziona pani Kown. W naszym Domu psychiatra ma szerokie pole do popisu i bardzo chętnie zabierał ludzi do siebie na oddział, Jak Sąd odrzucił jego wnioski o ubezwłasnowolnienie to w ruch poszły odpowiednie tabletki które wywołują agresję albo wyłączają myślenie. Na agresję był kaftan i szpital a na otępienie wystarczy opieka w naszym Domu. Całe szczęście, że ten konował nie jest już ordynatorem, jeszcze powinien mieć zakaz wykonywania zawodu. U nas jednak im gorzej tym lepiej.

Wśród nowo przybyłych do naszego Domu znalazłam coś pozytywnego dla siebie, otóż panie grające w brydżyka. Już zamówiłam pokój w którym przyjmuje się gości, żeby był do naszej dyspozycji w każdą sobotę w godzinach przedpołudniowych. Niestety my starowinki lubimy po południu wylegiwać się w łóżeczku, a przed południem to i owszem. Ustaliłyśmy, że jeśli okaże się, że już zapomniałyśmy jak się gra w brydża to będziemy grać w tysiąca.

Zawiodłam się trochę na naszych pracownikach. Mieli okazję, na zebraniu Związków Zawodowych, poruszyć temat o kłopotach z ulicą po której chodzą i dojeżdżają do pracy. Konkretnie z brakiem na niej jakiegokolwiek oznakowania, a ulica ta jest jak rondo. Przecież można było wystąpić z oficjalną prośbą do dyrekcji o ułatwienie życia swoim pracownikom. Nikt nie chciał być jako pierwszy i na zebraniu Związków Zawodowych tematu nie poruszono. Można było przed zebraniem porozmawiać z Przewodniczącą Związków żeby poruszyła temat i zachęciła do wypowiedzenia się . Do mnie napisaliście odważnie , a do dyrekcji jak i do Przewodniczącej Związku widać nie macie zaufania. Przykre, ale to oznacza, że nie poprawicie sobie warunków pracy ze zwykłego strachu przed jej utratą.

Buziaki

” ja „

…tak podpisany został wpis, który dotyczył zbiórki na cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Z tego wpisu wynika, że osoba powyższa jest bardzo przejęta ową zbiórką, bardzo zaangażowana i pyta dlaczego ja nic na ten temat nie napisałam, czyżbym w tym nie uczestniczyła. Od początku uczestniczyłam w zbiórce – do pandemii. Jak byłam na chodzie to szukałam wolontariuszy i co roku, z przykrością stwierdzałam, że Zatorze nikogo z wolontariuszy nie interesowało. Jak jeszcze dojeżdżał do naszego DPSu autobus to jechałam nim tak daleko aż dostrzegłam dzieciaków ze skarbonkami. Ostatni raz jak wybrałam się w poszukiwaniu wolontariuszy, pamiętam, że dopadł mnie deszcz i niemiłosiernie zmokłam a i tak nikogo nie spotkałam. Po powrocie do DPSu poprosiłam pracownicę kończącą pracę żeby wrzuciła w moim imieniu datek do skarbonki pierwszych napotkanych wolontariuszy. W naszym DPSie nigdy nie było zbiórki na WOŚP. Na samym początku swojego pobytu dopytywałam dlaczego tak się dzieje? To co usłyszałam w odpowiedzi to osłabiło mnie – ” zbiórki są w niedzielę i msza w kaplicy jest w niedzielę, to jakby ludzie wrzucili datki do skarbonki to nie daliby na tacę”. Czyli, że zbiórki owe nie leżą w interesie kościoła, a ściślej poprzedniego jeszcze księdza. ( Każdy wie, że mafia zawsze chyliła czoło przed księżmi). Tu również znalazło się wytłumaczenie, choć nie wiem czy zmyślone czy prawdziwe, ale wyjaśnienie brzmiało tak: ksiądz wziął pożyczkę w banku na nowy samochód, tę pożyczkę podżyrowała mu pani NIKT, która zbierała na tacę i musiała dbać żeby ksiądz miał z czego tę pożyczkę spłacić, bo inaczej to spłata przypadła by na nią. Nie wiem czy to prawda ale ksiądz z panią NIKT był w dziwnej zażyłości. A więc utarło się, że zbiórki nie ma i tak zostało. Niestety ja jestem na chodzie tylko wówczas jak chodniki są czyste, nie zasypane śniegiem, ponieważ moje nogi już od dawna są na kółkach, a kółka na śniegu nie kręcą się i w ten sposób, pomalutku kończy się uczestnictwo w życiu.

Dyrekcja naszego Domu ma jakąś blokadę na ludzi, ona interesuje się wyłącznie sobą a jak ktoś, wbrew jej woli domaga się zainteresowania innymi problemami to do akcji wkracza psychiatra – kilka tabletek od niego i już nikt niczego nie chce. Teraz cały świat widzi tragedie ludzkie w Turcji i Syrii. Z jakim poświęceniem jedni ratują drugich, nawet narażając swoje życie. A jak to wygląda u nas? Jest na blogu wpis zatytułowany – Przegląd bloga pod kątem opieki w DPS. Ten wpis dotyczył jeszcze poprzedniej dyrektorki ale i obecnej. To było niszczenie ludzi a nie pomoc im. 28 października 2017r. pisałam o nieżyjącej już pani Marii, która nie doczekała pomocy od naszej dyrekcji. Wpis zatytułowany – następny proszę, również przypomina o podejściu dyrekcji do nas. 2 lipca 2020 r. opisuję jak pomiatano Witkiem, 10 stycznia 2021 r. opisuję jak metodycznie wykańczano ludzi podczas pandemii. Bo jak inaczej można nazwać zlokalizowanie magazynu zużytej odzieży ochronnej podczas pandemii w pokoju, na korytarzu na którym mieszka 11 osób, korytarz jest szerokości dwóch kroków i na dodatek wietrzenie tego pokoju przez otwieranie drzwi na korytarz. Wiem, że to był atak na mnie, pokój ów był wiz a wiz mojego, a ja już byłam chora, tak więc jeszcze kilka bakterii i po problemie. Niestety zmarły trzy inne osoby nie ja. Osoby kierujące naszym Domem powinny mieć zakaz zbliżania się do ludzi, przecież one umyślnie sprowadzały niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób, a na to jest paragraf Art. 165 KK. Niestety nimi rządzą tacy sami ludzie nie ludzie. BUZIAKI !

Codzienność III

Zawsze otwierając bloga najpierw muszę powrzucać do kosza wszystkie komentarze, zwłaszcza te pisane w innym języku niż polski. Od kilku dni, po kilka wpisów dziennie miałam od jakiejś Zelmy. Jadąc kursorem w stronę kosza musiałam coś mocniej przycisnąć i wyszło szydło z worka. Zelma to striptiserka kusząca panów swoimi wdziękami. Ponieważ jej duże piersi to według mnie kłopot nie walor, w każdym razie nie zrobiły na mnie wrażenia, usiłowałam pozbyć się tego erotyku, nic z tego, jest to tak zmontowane, że jak weszłaś , to i przepadłaś. Musiałam wyłączyć cały komputer żeby pozbyć się wdzięków Zelmy.

Prawie tak piękna jak Zelma była nowa pracownica, która zechciała odwiedzić mnie w godzinach popołudniowych. Weszła cichutko, byłam zajęta rozwiązywaniem ” Jolek ” ale poczułam piękny zapach ogarniający cały pokój, jak ją zobaczyłam to trochę się wzdrygnęłam, ona to zauważyła i powiedziała – przepraszam, pukałam ale nie usłyszałam zaproszenia. To było wszystko co powiedziała. Moim zdaniem, powinna była się przedstawić i zapytać mnie o cokolwiek; a ona nic. Zlustrowała pokój bez słowa i wyszła. Pomyślałam wówczas, że ważniejsze od wyglądu jest dobre wychowanie, a w tym wypadku przygotowanie do zawodu.

Dzisiaj, to jest 1 lutego, odbyło się u nas spotkanie mieszkańców z panią dyrektor czyli zebranie, które jak zwykle nic nowego nie wniosło jednak odbyć się musiało ponieważ jest u nas bardzo dużo nowych mieszkańców. Frekwencja była nadspodziewanie liczna. Na żadnym zebraniu nie widziałam tylu ludzi. Pracownicy opowiedzieli czym służy dla mieszkańców Dom Opieki, i w jakich godzinach można korzystać z poszczególnych zajęć i usług. Bardzo nieśmiało pani dyrektor poruszyła temat utworzenia Samorządu Mieszkańców. Robi to systematycznie, zawsze bardzo nieśmiało, na zasadzie, – mam nadzieję, że swoją zachętą wszystkich zniechęcę do podejmowania działań utworzenia Samorządu. Marianna zainspirowała, że osoby które chcą działać w Samorządzie żeby zgłaszały się same do Działu Socjalnego, natomiast pan NIKT zaczął swój wywód o pracowitości takich ludzi w Samorządzie, stawiając za wzór swoją i Felki, pracę w kaplicy , jacy jesteśmy tacy, mówił, ale pracujemy. Z nostalgią wspomniał pracę Samorządu sprzed kilku laty, ale pani dyrektor szybko zmieniła temat, chyba wyczuła, że temat ten to woda na mój młyn. Przedstawiłabym szeroki opis owego Samorządu, wybranego przez sfałszowanie wyborów. Samorządu, który służył wyłącznie rządzącym naszym Domem, no i jeszcze panu NIKT, ponieważ kierowała tym samorządem pani NIKT, pierwsza swołocz Kombatanta – ona robiła świństwa a pani dyrektor wszystkie te świństwa firmowała, Podobno o zmarłych nie można mówić źle, niestety innego określenia owej pani, w swoim zasobie słów, nie znalazłam. Jednak jak już, owa pani była na wykończeniu to żadnego, choćby najdrobniejszego gestu szacunku, czy podziękowania za tę niechlubną działalność, ze strony dyrekcji, nie widziałam. Przerzucano ją jak rzecz z pokoju do pokoju, ciągle czegoś szukając. Zakończono tę ” koszykówkę ” jak już pani NIKT nie miała nic.

W minioną niedzielę oglądałam film pt. Śnieżne psy, przepiękną komedię rodzinną o wzruszającej tematyce lojalności, szacunku i wpływu genów na człowieka. Główną rolę w tym filmie odegrały właśnie śnieżne psy, czyli psie zaprzęgi z Allaski. To jest jedyny film, który chętnie obejrzałabym jeszcze i jeszcze. Pewnie dlatego, że psów jest tam dużo i mogłam nimi nasycić swoje oczy. Okazuje się, że będę miała tę możliwość w tę niedzielę ponieważ będzie emitowany w TV puls w godzinach przedpołudniowych, a zatem życzę sobie miłego przedpołudnia. A czytelnikom mojego bloga życzę wszystkich dni miłych i tych w domu i tych w pracy. BUZIAKI !

Codzienność II

Okazało się, że temat drogi do pracy zainteresował wielu pracujących u nas osób. Napisały do mnie osoby pracujące na drugiej zmianie, że ich droga z pracy jest równie niebezpieczna, a może nawet bardziej, ponieważ do tego dochodzi jeszcze brak odpowiedniej widoczności. Myślałam, że po godzinie 22 jest na tej drodze mniej samochodów, okazuje się, że wcale nie, ponieważ są jednoczesne zmiany kończące i rozpoczynające pracę i u nas i w WODKAnie , są wyjazdy do miasta i powroty mieszkańców trzech ulic. Czyli, że wszyscy wiedzą, że jest źle tylko nie wiedzą jak się za to zabrać, nie mają wodzireja. Kochani, musicie wybrać osobę która zrobiłaby dokumentację fotograficzną, zebrała podpisy, napisała pismo i z tym wszystkim zwróćcie się do Pani dyrektor, niech pokaże że zależy jej na pracownikach, bo ktoś to firmować musi. Jeśli pracownicy zwracają się z problemem do mnie, to znaczy, że czują się ” osieroceni „.

Drugi temat który zainteresował czytelników bloga to sprawa Grzesia. Padło pytanie – kto do kogo się zaleca czy ja do Grzesia, czy Grzesiu do mnie. Latem wyglądało na to, że to Grzesiu robi podchody a teraz trochę inaczej. K O C H A N I , nikt do nikogo się nie zaleca, chociaż mogło to tak wyglądać – ja go wychwalam, a on pokazuje, co potrafi. Grzesiu jest dla wszystkich chętny z pomocą, nie odmawia tej pomocy nikomu. Ja natomiast jestem i byłam zawsze bardzo daleka od wszelkich zalotów; chociaż według mnie, prawdziwy mężczyzna powinien zdobywać kobietę pracowitością a nie gadaniem. Nawet wśród zwierząt mądry samiec pokazuje co potrafi. Np. ryba Fugu żyjąca w Japonii; samiec tego gatunku buduje na dnie akwenu piękne areny do których zaprasza samiczkę żeby właśni u niego złożyła ikrę , później pilnuje jajeczek aż wylęgną się młode rybki. Przez ten czas, pomaleńku, jego dzieło sztuki zanika a on staje się szanowaną głową rodziny. W Australii natomiast jest taki ptak – Altannik, on dla odmiany buduje altankę którą dekoruje różnymi świecidełkami które uzbierał; jak już altanka jest pięknie ustrojona i błyszczy z daleka wabiąc samiczki, samiec zaczyna w okół niej swoje tańce godowe. Czyli, że chłopaki się starają a nie tylko zagadują. W naszym Domu zrodziły się dwie piękne miłości. Dlaczego piękne, a no dlatego, że zalążkiem do tych miłości była serdeczna pomoc w życiu codziennym. Jedna z tych miłości rodziła się bardzo delikatnie. Niestety śmierć ją przerwała. Druga natomiast to pożar uczuć. Ich zbliżenie się do siebie , dotyki wzajemne każdej ze stron i żarliwe pocałunki izolują ich od reszty świata. Widziałam ich powitanie o poranku – oni siebie połykają. Byłam tym widokiem zachwycona. Cieszyłam się za nich oboje, że coś tak pięknego ich spotkało. Zwłaszcza chodzi mi o panią Marię, osobę nie widzącą, nie słyszącą i nie mówiącą a tu taki pożar w wieku pięćdziesięciu lat. Oby trwał jak najdłużej.

Ja jestem bardzo daleka od jakichkolwiek miłości, moim marzeniem jest przestać chorować. Za nim trafiłam do DPSu to wszelkie środki przeciwbólowe były mi prawie nie znane, a teraz nie nadążam z ich kupowaniem; jednak nie mogę się wyzbyć braku zaufania do osób które swego czasu uczestniczyły w robieniu mi świństw i od nich nie przyjmę lekarstw żebym nawet zwijała się z bólu. Otóż, pielęgniarka, jedna z trzech, które nazywałam Hytler jungen , chciała być wielce troskliwa wobec mnie i wiedząc, że mam problemy z przełknięciem nawet najmniejszej tabletki, przyniosła mi w kieliszku lekarstwo w płynie – wylałam. Są jeszcze u nas osoby od których nie przyjmę niczego ponieważ nawzajem życzymy sobie wszystkiego złego.

Codzienność I

Cieszę się bardzo ponieważ po zachowaniu się i mieszkańców i pracowników widać, że czytają mojego bloga. A każdy piszący chce być czytany, przecież to pisanie ma czemuś służyć. W konsekwencji służy prawidłowo choć z wielkim trudem do tej prawidłowości dochodzi. Pisałam, że są pracownice, jedyne w kraju, które przychodząc do pracy zamykają się na klucz w swoich pokojach żeby broń Boże nie mieć nic wspólnego z tymi którym mają służyć – bo ich praca to służba . Jakież było moje zdziwienie kiedy podchodząc do ich drzwi nacisnęłam na dzwonek i usłyszałam – otwarte. A więc jedna sprawa załatwiona. Tym samym paniom zarzuciłam, że nie potrzebnie przychodzą do pracy na godzinę 7, 30 skoro pracę zaczynają o godzinie 9. od razu pod drzwiami stołówki zawisła tablica informująca jak ciężko owe panie pracują i to znacznie dłużej niż inni. Rzekomo już od 7 rano udzielają konsultacji. Komu? Nikt nie wie, za to każdy wie, że o godzinie 7 ludzie się budzą, myją, ubierają, jedzą śniadanie i nagle patrzą – a to już godzina 9. A przy tych czynnościach pomagają im opiekunowie i pokojowe. Kiedyś, te same panie pomagały w przywożeniu ludzi do stołówki, w podawaniu leków przy posiłku, a po południu w wywożeniu ludzi na spacer. To było mądre zarządzenie od górne które było realizowane przez około dwa miesiące. Dlaczego tylko tyle ?

To, że mieszkańcy mają do mnie jakieś prośby żebym to czy tamto opisała to mnie nie dziwi natomiast bardzo mnie zaskoczyła prośba pracowników żebym zechciała zobaczyć jak wygląda ich droga do pracy w godzinach rannych, i żebym pomogła im coś z tym fantem zrobić. Dojeżdżają oni, lub dochodzą do WODKanu i na szerokiej ulicy wyglądającej jak rondo ( są tam wjazdy z pięciu stron w jedno miejsce ) tworzą się sytuacje, że i zmotoryzowani i piesi tracą głowę. Wszyscy spieszą się do pracy lub wracają z niej i wystarczy moment nie uwagi i może dojść do tragedii. Tam nie ma żadnego oznakowania. Samochodów z roku na rok przybywa. Są sytuacje naprawdę groźne zwłaszcza jak pada i piesi chronią się pod parasolami. W pewnym momencie ruch zamiera i nikt nie wie kto ma pierwszy ruszyć. Dodajmy do tego zasypane drogi śniegiem lub ślizgawicę. Poradziłam żeby nasi pracownicy skrzyknęli się i sporządzili prośbę zbiorową – do kogo, nie bardzo wiem, może najpierw do naszej dyrekcji, może do Prezydenta Miasta czy do Straży Miejskiej, a może do wszystkich na raz. To jest duży problem wymagający inwestycji. Według mnie należałoby najpierw zająć się przedłużeniem chodnika od ul. Oficerskiej do miejsca gdzie był kiedyś przystanek autobusowy t.j. około 4 metrów, niby nie dużo ale trzeba by wykopać krzewy, wyrównać teren i położyć chodnik. Wówczas dochodzilibyśmy do przejścia które trzeba by było oznakować pasami i wszystko by grało. To jest niestety koszt a jak do tego dodamy brak ewentualnych chęci to sprawa w najbliższych latach jest nie aktualna. O ten kawałek chodnika który już jest staraliśmy się 5 lat, ale jest. Zacznijcie od dogadania się z naszym radcą prawnym żeby wam podpowiedział jak to ugryźć. To musi być prośba zbiorowa. Niestety już nie dla mnie, ale cieszę się że mnie aż tak poważnie traktujecie.

A teraz sprawa która legła mi na sercu i jestem pewna, że tak nie może być. Na litość Boską powołajcie wreszcie Samorząd Mieszkańców który już nigdy nie dopuścił by do takiego pogrzebu jaki miał Jarek. Nawalili wszyscy i dział socjalny i dyrekcja i ksiądz. My mieszkańcy mogliśmy tylko zrobić zrzutkę na kwiaty z całą resztą jesteśmy uzależnieni od wyżej wymienionych. Na pogrzebie nie byłam. Sprawami wyjazdu mieszkańców na pogrzeb miała zająć się Marianna, (miały pojechać tylko dwie osoby – ja i Bogusia, którą Jarek bardzo troskliwie się opiekował, chociaż sam wymagał opieki), ale jak spytałam co załatwiła to odpowiedziała mi, że boli ją głowa żebym jej tej głowy nie zawracała. Jednak mimo bólu głowy, swoim starym zwyczajem, podczas śniadania cały czas jeździła od stolika do stolika. Czyli że Marianna jest od gadania nie załatwiania czegokolwiek. Dałam zebrane pieniądze Eli i ona wszystkim się zajmie – odpowiedziała. Poszłam więc do Eli od której usłyszałam, że owszem na pogrzeb mogę pojechać ale półtorej godziny przed czasem. Pogrzeb ma być o godzinie 11 a ja wyjechałabym o godz. 9,30, kiedy byłby powrót nie wiadomo. W takiej sytuacji zrezygnowałam z wyjazdu, mogłabym przecież całe przedpołudnie spędzić na cmentarzu, który jest niestety kilkanaście kilometrów za Olsztynem. A jak pani wróci – spytałam Eli. Ja zabiorę się z księdzem – odpowiedziała. Czyli że zostałabym sama na cmentarzu i to nie wiadomo na jak długo. Jakież było moje zdziwienie jak o godzinie 11, 10 zobaczyłam Elę w DPSie. Okazuje się, że już o godzinie 11,15 ma być msza w naszej kaplicy za duszę Jarka. To co działo się na cmentarzu? Droga przez cmentarz i od Dywit do naszego Domu trwała by co najmniej pół godziny. Czyli że nikogo nie obchodziło co stanie się z trumną, czy ona w ogóle będzie przywieziona i kiedy. Jarek nie miał rodziny, tak więc nikt nie mógł tego dopilnować. Moim zdaniem jeśli nasz mieszkaniec nie ma rodziny to powinien być otoczony nami mieszkańcami i z wielkim szacunkiem pochowany. Jarek swoim zachowaniem się zasłużył na ten szacunek, a my wszyscy daliśmy plamę. Ten brak szacunku widać u nas na każdym kroku, myślałam, że chociaż ostatnia droga będzie z poszanowaniem człowieka.

Żeby trochę milej zakończyć swój wpis to pochwalę Grzesia. Grzesiu to najprawdziwsza złota rączka jaką można sobie wyobrazić. Zepsuł mi się blender a ja z temperaturą i do miasta nie ma jak się wybrać żeby kupić nowy sprzęt. A może, jakimś cudem, Grzesiu coś z tym zrobi? Była u mnie Agatka z fakturą za leki i wybierała się również do Grzesia, poprosiłam ją żeby powiedziała Grzesiowi, że jest mi potrzebny jak najwyższej próby złoty chłopak. Przyszedł. Zabrał sprzęt i na drugi dzień przyniósł naprawiony. Za nic, tylko za dziękuję. Jak wyzdrowieję będę musiała zaprosić Grzesia na szklaneczkę mojego miksu. A miksuję różne owoce dla zdrowotności. O zdrowie Grzesia musimy dbać wszyscy, chociaż, jak wiemy złoto nie ulega złym wpływom, zawsze jest i będzie złotem. B U Z I A K I !

Piękna miłość.

Oczywiście chodzi o miłość pana Wacława do Ludmiły, o której wspominałam we wpisie zatytułowanym – To jest historia. Z przykrością muszę napisać, że była to miłość jednostronna a mimo to piękna. Ludmiła była Lwowianką z urodzenia, oczywiście z czasów kiedy Lwów należał do Polski. Urodziła się w roku 1920 przeżyła 100 lat i i do końca swoich dni zawsze pod jej urokiem był jakiś pan. Po raz pierwszy wyszła za mąż w roku 1940, a więc w czasie wojny. Jak mi opowiadała, wówczas była autentycznie zakochana w skrzypku, panu po konserwatorium muzycznym. Małżeństwo to przetrwało zaledwie rok – mąż Ludmiły zginął, a to jak zginął świadczyło o tym, że chyba go za bardzo nie kochała. Były naloty na Lwów. Ludmiła z rodziną była już w schronie, rodzina była powiększona o kilku miesięczną córeczkę. Ludmiła zauważyła, że uciekając przed nalotami nie wzięła dla małej smoczków, tak więc nie zważając na okoliczności kazała mężowi wrócić po nie do domu. Mąż Ludmiły w drodze do domu zginął. Ludmiła została 22 letnią wdową z dzieckiem. Po zakończeniu bombardowania zobaczyła, że nie ma rodzinnego domu, w którym zostali jej rodzice i zginęli w nim. W jednym dniu straciła męża, rodziców i dach nad głową. Siostry, a miała sześć starszych sióstr, rozproszyły się po kraju wraz ze swoimi już rodzinami, nawet nie wiedziała gdzie ich szukać. Nie miała wyjścia, postanowiła poszukać sobie opiekuna, męża, nawet za wszelką cenę. Zaczęła wypracowywać w sobie postawę uwodzicielki. Uwodzenie panów doprowadziła do perfekcji i korzystała z tej umiejętności do końca życia. To uwodzenie weszło jej tak w krew, że już nie rozróżniała kogo może uwodzić a kogo nie wypadałoby. Jeszcze trwała wojna jak Ludmiła ruszyła w poszukiwanie swoich sióstr żeby mieć gdzieś jakiś dom. Zatrzymywała się to tu to tam, każdy przyjmował młodziutką mamę z dzieckiem. Znalazła również swoje siostry jednak one widząc jej uwodzicielskie zachowanie nie chciały jej pod swoim dachem. Będąc pod Warszawą dowiedziała się, że w pięknej willi mieszka dwóch samotnych panów – wdowiec z synem. Ów wdowiec to prawnik z prywatną praktyką a jego syn to pracownik ministerstwa w Warszawie wprawdzie zaręczony z panią stomatolog, ale cóż to ma za znaczenie. Ludmiła postanowiła wynająć u nich pokój i uwieść któregoś z panów. Obojętnie którego. Już widziała siebie jako panią tego domu, bez problemów materialnych. Starszy pan natychmiast zorientował się co się święci. Zauważył też, że syn coraz chętniej przebywa w domu i unika spotkań ze swoją narzeczoną. Postanowił, że Ludmiła wyprowadzi się od nich. Załatwił jej pokój u samotnej kobiety, daleko od ich domu i zajął się jej przeprowadzką podczas nieobecności syna. Syn obraził się na ojca, zerwał zaręczyny i ruszył w Polskę w poszukiwaniu swojej ukochanej Lili – tak ją nazwał. Z domu wziął tylko zdjęcie Lili z córeczką. Zdjęcie bardzo oryginalne, zrobione przez zamknięte okno, za oknem ogród i siedząca na kocu pod jabłonką, Lila z córeczką. Z jedną walizką i ze zdjęciem ukochanej pan Wacław ruszył na poszukiwanie, trafił do Olsztyna gdzie podjął pracę jako urzędnik państwowy. W swoim gabinecie na honorowym miejscu, postawił pięknie oprawione zdjęcie do którego przez wiele miesięcy tylko wzdychał. Któregoś dnia do jego gabinetu przyszedł interesant i ze zdziwienia aż krzyknął – ojej, a co tu robi zdjęcie mojej szwagierki? I w ten sposób pan Wacław odnalazł swoją miłość. Najpierw zamieszkali przy ul. Kopernika w Olsztynie a w roku 1963 zostaliśmy sąsiadami mieszkając w tym samym bloku przy ul. Radiowej. Zycie Ludmiły z panem Wacławem od początku do końca było słodkie, pachnące i różowe. Jej zadaniem było pięknie wyglądać. Jej córka najpierw była w szkole z internatem a później na studiach w innym mieście. Pani Lila swój dzień zaczynała około południa, jak już gosposia posprzątała i szykowała się do wyjścia. Około godziny 15 przyjeżdżał po nią kierowca pana Wacława i zawoził ją do restauracji na obiad, w której pan Wacław już na nią czekał. Po obiedzie zaczynali swoje wspólne rozrywkowe życie. Na ogół był to brydż. Pan Wacław zakochany do szaleństwa spełniał każde życzenie swojej żony. Zechciała kilka godzin dziennie popracować, żeby zobaczyć czy coś potrafi – pan Wacław załatwił pracę na 2 godziny dziennie, żeby się broń Boże nie przemęczyła. Lili zamarzył się samochód, a w tamtym czasie to było bardzo trudne do osiągnięcia, to go miała, to nic, że przy pierwszej przejażdżce rozbiła go doszczętnie i już więcej nie chciała samochodu. Ta idylla trwała do sześćdziesiątki pani Lili. W roku 1981 pani Lila po raz drugi owdowiała, ale była już wdową z wysoką emeryturą po mężu i z mieszkaniem. Nie lubiła pracować ani zajmować się domem, ale z emerytury również nie chciała zrezygnować – trzeba znaleźć opiekuna bez małżeństwa. Dała ogłoszenie w gazecie, korzystając z mojego telefonu, że wynajmie pokój panu. Umawiała się z panami w kawiarni żeby wybrać odpowiedniego. Wybrała, pan na emeryturze, oczekujący na mieszkanie. Leonsjo – tak go nazywała, zamieszkał u niej płacił za wynajem pokoju, robił zakupy i dbał żeby była szczęśliwa. I tak dotrwała do osiemdziesiątki. Ów pan zmarł. Danusia, co mam robić – pytała. Załatwię pani Dom Opieki – oznajmiłam i załatwiłam. Dożyła stu lat w towarzystwie pana o 30 lat młodszego, który przychodził do niej tylko na herbatkę z rumem ale przesiadywał u niej godzinami. Bardzo często wszem i wobec oznajmiała, że miała bardzo piękne życie, ale też doskonale zdaje sobie sprawę, że to życie czas zakończyć.

PS. Dziękuję Ani za wpis, po przeczytaniu którego cały pokój zapachniał pięknie. Niestety po godzinie miałam taką wizytę, że musiałam go porządnie wywietrzyć. Przyszła do mnie sąsiadka po trzydniówce upijania się. Ci co piją nie zdają sobie sprawy jak brzydko pachną. Przyszła do mnie z poważnym tematem – zaniedbań opiekuńczych w stosunku do Emilki, naszej prawie stuletniej mieszkanki, ( sprawa dotyczyła opieki przedpołudniowej w sobotę). Zrób coś, domagała się, wiem, że jej nie lubisz ale pomóc trzeba. Nie lubiłam jej jak mnie ustawicznie zalewała, wyrzucała przez balkon jedzenie do mojego ogródka i zakłócała spokój nocami słuchając na cały regulator Radia Maryja; teraz do niej nic nie mam ponieważ jest spokój. Co ja mogę, najwyżej opiszę sprawę, ale zauważ, że prawie połowa personelu jest na zwolnieniu lekarskim. To co możemy zrobić – spytała. Naprawiłaś co trzeba to wystarczy, jeśli koniecznie chcesz iść na skargę to dopiero w poniedziałek i jeśli już to nie do dyrektorki jak zamierzasz tylko do siostry przełożonej. Dyrektorka bardzo nie lubi skarg, bo zakłócają one jej radość życia. Ona jednak koniecznie chciała żebym to ja zajęła się sprawą – odmówiłam.

W komentarzach było pięć wpisów, niestety nie w języku polskim tak więc odpowiedzi nie będzie. Przepraszam!

Buziaki