Doda w serialu i na koncertach, oraz nasze sprawy.

Ponieważ aktualnie oglądam serial z udziałem Dody ( o którym już pisałam ), a nawet przez jeden wieczór wsłuchiwałam się w jej śpiew, chciałabym podzielić się wrażeniami i z serialu i ze sceny. Nie sądziłam, że aż tak spodoba mi się jej śpiew a jeszcze bardziej aranżacja utworu i chórek który tworzy efekt. W sumie całość brzmi bardzo ładnie. Doda znalazła swój styl, który może się podobać wielu słuchaczom. Za bardzo jednak artystka zachwyca się swoim ciałem i eksponuje je w detalach. Może dlatego to mnie trochę razi ponieważ moje śpiewanie tworzyło się w okresie, kiedy wygląd nie miał wielkiego znaczenia, liczył się głos. To był okres kiedy świat zachwycał się śpiewem Żuliet Greko czy Ewy Demarczyk. Owe artystki ubierały się całe na czarno i często stawały po za zasięgiem jupiterów, po to żeby wsłuchiwać się w ich głos i tekst piosenek. Doda natomiast swoim wyglądem i zachowaniem rozprasza słuchacza i tworzy z niego wyłącznie widza, myślę, że dlatego nie zapamiętywałam jej piosenek. Jak po pierwszym odcinku serialu z Dodą pisałam o jej gustownym ubiorze, tak w trzecim odcinku ogarnęło mnie przerażenie – jak można pójść na pierwsze spotkanie z cyckami na wierzchu i kokosić się na kocyku żeby bezustannie eksponować seksapil. Każdy z jej partnerów, a było ich już 6, był ubrany przyzwoicie, nawet skromnie, natomiast Dorotka niestety nie, później się dziwiła, że u jednego z pretendentów widziała w oczach błysk pożądania; dziwiłabym się jakby owego błysku nie było, bo to świadczyłoby o niepełnosprawności owego pana. Leży przed nim seksowna, ładna dziewczyna, która każdym ruchem prowokuje a odmienna płeć nic – to znaczyłoby, że coś tu nie gra. Może dotrze do niej wyrazista rozmowa z psychologiem z którym Doda konwersuje. Psycholog ów wyraźnie rozgraniczył stan zakochania od pokochania, którego tak bardzo pragnie Dorotka, która jednak nie może przestać być Dodą. Zakochanie trwa rok, czasem dłużej albo krócej. Po stanie zakochania przychodzi, albo i nie, pokochanie i tego już Dorotce brakuje. Może domyśli się, że swój wygląd seksbomby powinna zostawić na scenie a prywatnie jej wygląd powinien iść w parze z pragnieniami i charakterem. Jest dobra, prawdomówna, naturalna, szczera, a jej wygląd temu przeczy. Bardzo łatwo jest zakochać się w niej, a jeszcze bardziej pożądać, ale co za dużo to nie zdrowo. Po jakimś czasie następuje przesyt. Chciało by się normalności. Życzę Dorotce spełnienia jej oczekiwań, a czy to nastąpi w pozostałych odcinkach serialu ? Zobaczymy.

Wczoraj – 23 września, w naszym DPSie miał miejsce występ o którym wreszcie mogę napisać same ciepłe słowa. Z chwilą jak usłyszałam pierwszą frazę Psalmu Piotra Rubika – Dla ciebie – stanęłam jak wmurowana i słuchałam w zachwycie. W pierwszej chwili myślałam,, że to leci z płyty, odzwyczaiłam się od pięknych wykonań czegokolwiek. U nas nawet jak jest coś odtwarzane z płyty to jest to ( według mnie ) byle co. Wyobraźcie sobie – idę przez las, jest piękny , słoneczny wrześniowy dzień i nagle słyszę piękny śpiew. Śpiewają czyściutkie, dźwięczne głosy i na dodatek taki utwór. Mogło mnie wbić w ziemię? Mogło i wbiło. Wchodzę na dziedziniec naszego DPSu i oczom nie wierzę, to nie chór tylko śpiewający tercet, któremu towarzyszą jeszcze trzy osoby tworząc sekstet, te osoby grają na : perkusji, flecie poprzecznym i pianinie mechanicznym, czyli na keyboardzie To INTERNACKA GRUPA MUZYCZNA z naszej Szkoły Muzycznej która składa się z pięciu dziewcząt i jednego rodzynka w osobie Michała. Dlaczego wszystko pięknie brzmiało, a no dlatego, że każdy robił to co lubi i to co umie robić najlepiej a na dodatek pobiera nauki właśnie w tym kierunku. Śpiewające: Majka, Gabrysia i Małgosia są na Wydziale Wokalistyki, pozostali to : Ania – perkusja, Zosia – flet poprzeczny i Michał grający na pianinie ale uczący się w klasie gitar; jak do tego dodamy jeszcze piękne i pięknie z lekkością artystów wykonane utwory takie jak : wymieniony wcześniej Psalm – Dla Ciebie, czy Szukaj mnie, Małgośka, Radość najpiękniejszych lat, W kinie w Lublinie, Alleluja, Cykady na Cykladach, czy kamień z napisem Love, to nie trzeba dodawać nic więcej jak tylko to, że za to piękno, pięknie DZIĘKUJEMY!

Co czytam i jakie filmy oglądam?

Takie pytania padły w komentarzach, po moim stwierdzeniu, że komedie romantyczne to dla mnie coś nowego. Teraz czytam nie wiele, szkoda mi moich oczu. Całe życie nie umiałam czytać książek jak normalni ludzie. Jak dorwałam książkę która mnie wciągnęła to ją nie czytałam tylko „połykałam ” , zapominając o Bożym świecie. Na ogół czytałam kilka pozycji na raz: musiałam przeczytać coś o czym właśnie się mówi, coś co ktoś mi polecił i swój kaliber autorów którzy nie dawali mi spać, to Robert Ludlum, F. Forsyth albo Waldemar Łysiak. Kiedyś przyszłam do biblioteki i zastałam nową panią bibliotekarkę, która spytała mnie co chciałabym teraz poczytać, odpowiedziałam, że nie wiem; a ona na to – to popatrzymy w kartotekę co panią interesuje. Ze zdziwienia aż krzyknęła – pani czyta ciężką, męską literaturę. Głupio mi się zrobiło i na parę lat zmieniłam temat, zaczęłam czytać historię jakiegoś kraju a po historii przechodziłam do literatury społeczno obyczajowej tego kraju. Najwięcej czasu pochłonęła mnie historia i obyczajowość Rosji a później Anglii i Francji. Takiego uporządkowania w czytaniu nauczyła mnie pani, która była właśnie w bibliotece w czasie moich rozterek – co zmienić w czytaniu i która zdradziła mi swój klucz czytania książek. Ona do tego jeszcze dodawała sobie geografię danego kraju. Na początku to ta pani szykowała mi listę lektur, bo ja byłam w tym zagubiona, a ona wiedziała, że żeby tego typu lektura wciągnęła to trzeba ją usystematyzować, i robiła to dla mnie. Zamiast geografii ja dorzucałam sobie biografie i ten typ literatury pozostał mi wierny na długo. W ogóle miałam szczęście do ludzi mądrych. ( Pani która pomogła mi wejść na właściwe tory w czytaniu była sprzątaczką w WDKu ) Kiedyś, będąc w sanatorium, wybrałam się do biblioteki i na pytanie bibliotekarki co chciałabym poczytać, odpowiedziałam jej, że to co panią ostatnio bardzo zainteresowało. Okazało się, że owa pani ściągała do swojej biblioteki książki pisane na podstawie prac doktorskich z różnych stron świata i tak dzięki niej przeczytałam Odmieńca Freda Bodswortha – powieści napisanej na podstawie pracy doktorskiej kanadyjskiego ornitologa i opisującej życie bernikli białolicej. Cudo! Czytając ją pisałam listy do koleżanek z pracy w których streszczałam powieść w odcinkach. Po powrocie z sanatorium, codziennie podczas przerwy na kawę było opowiadanie Odmieńca w odcinkach. Przeczytałam też pracę doktorską Boya Żeleńskiego o Marysieńce Sobieskiej. Książka która powstaje na podstawie pracy naukowej jest wiarygodna w treści i to mnie interesuje najbardziej. Mieszkając już w DPSie przeczytałam wszystko co było w naszej bibliotece o życiu kobiet na różnych kontynentach, w różnych krajach i z różnym statusem społecznym. Czytanie tego typu lektury wykorzystałam do swojego pisania do naszego kwartalnika; prowadziłam kącik – co warto przeczytać; a jak prowadziłam radio, musiałam przygotować audycje do okresu postu, tak więc czytałam wszystko co było w bibliotece na temat religii świata. Do opowiadań o danej religii dobierałam oczywiście odpowiednią muzykę. Co dzieje się u kogoś pod kołdrą nie interesowało mnie nigdy. Jeśli chodzi o filmy, to oglądam je tylko w telewizji i są to seriale z cyklu ” zabili go i uciekł ” – Gliniarze, Policjanci i policjantki, Sprawiedliwi, Prawdziwe motywy i tamu podobne bzdeciki. Podczas oglądania przeważnie zasypiam. Z programów rozrywkowych bardzo lubię – Taniec z gwiazdami – bardzo się męczę żeby nie zasnąć. Lubię się bawić w zgadywanki przy programie – Jaka to melodia – coraz gorzej mi się zgaduje ale jeśli chodzi o polskie utwory z lat 50, 60, 70 i 80 to spokojnie daję radę i to na czas. Więcej grzechów nie pamiętam – buziaki.

Wieczory prababci…

oczywiście przed telewizorem. 3 września po raz pierwszy od wielu lat, a może nawet w ogóle po raz pierwszy, oglądałam komedię romantyczną. Stary film z Julią Roberts i Hugh Grantem – ” Notting Hill ” – zachwyciłam się. Obejrzałam go w zachwycie od dechy do dechy. Nie spodziewałam się tego po sobie. Ponieważ w tym dniu czekałam na pierwszy odcinek serialu – Doda, 12 kroków do miłości – byłam pewna, że po przeżyciach z Roberts i Grantem na pewno po paru minutach oglądania wyłączę telewizor. Nic z tego, serial ten również podobał mi się. Najbardziej podobała mi się naturalność Dody. Ona w ogóle nie grała, ona odtwarzała siebie. Nieprawdopodobnie zgrabna dziewczyna, bardzo gustownie ubrana na każdą okazję, może tylko zachwycać. Wcale się nie dziwiłam, że dwóch pierwszych kandydatów do serca, odrzuciła; będąc w jej wieku, nawet bez jej pozycji, odrzuciłabym również. Na drugi dzień zaplanowałam posłuchania chociaż trochę jej piosenek. Jak do tych czas żadna z jej piosenek nie została w mojej pamięci, może teraz? Natomiast dobrze pamiętam jak zobaczyłam ją po raz pierwszy chyba z 15 lat temu, to było takie cudeńko z wyglądu, że nie można było od niej oderwać wzroku. Niestety, nad swoim śmiechem musiałaby popracować; no ale jak ma być naturalność to pal licho ten śmiech.

Cieszę się, że jednak coś mnie zachwyca, już myślałam, że jestem zdegustowaną, bez radości życia staruchą. Okazuje się, że nie, że niestety nic mi się nie podoba, z pokazów artystycznych tylko tu w naszym DPSie. U nas wystarczy, że ktoś nauczy się czytać to już może występować przed publicznością. Takie występy wyzbywają ludzi z samokrytyki. Nie umiem mówić sobie na przekór, tak więc wolę nie chodzić na żadne występy naszych, niż mówić same przykre słowa jak jestem o ten występ pytana. W żadnej wypowiedzi naszych nie słyszałam ani jednego słowa wypowiedzianego z sercem, z głębi duszy, z przeżyciem. Wcale nie trzeba być artystą żeby wszystko robić z sercem. Widziałam na scenie tańczącą dziewczynę z głębokim Daunem. To było podczas pokazów DPSów, owa dziewczyna tańczyła w takim zapamiętaniu, w takim uniesieniu, że nie można było od niej oderwać wzroku. Nie miała w sumie żadnej choreografii, ona rozkochała się w muzyce i jej ciało przekazało nam ten zachwyt. Przed laty byłam na wyjeździe integracyjnym DPSów w Grezynach. W Domu mieszkali sami bardzo poważnie chorzy ludzie. Ci ludzie musieli mieć cudownego terapeutę, który rozkochał ich w muzyce. Nauczył ich odbierać muzykę całym sobą. Ich występ również zapamiętałam na długie lata. Odtwarzali orkiestrę. Muzyka leciała z odtwarzacza a oni na instrumentach zrobionych z papieru udawali, że grają. Każdy akord był zaakcentowany gestem, ruchem ciała. Chłopcy udając, że grają wpadali w ekstazę a za nimi widownia. Po takim koncercie papierowe instrumenty były w strzępach, a widownia i tak miała wrażenie, że to oni grali. Kocham ludzi z sercem, nie z pompą ssąco tłoczącą ale z sercem.

W komentarzach znalazłam wpis dotyczący mojego ostatniego wpisu. Napisałam w nim, że Kaśka to nawet nie wie, że zachowuje się brzydko i w ogóle się tego nie wstydzi. W odpowiedzi wyjaśniono mi , że p. Kasia jest służbistką i wykonuje polecenia szefów nie analizując ich. To jest typ ludzi którzy mają zaniżoną samoocenę. Jej praca polega na posłuszeństwie; a wstydzić się powinni ci co nie pozwalają się wykazać tylko wydają brzydkie polecenia. Osoba pisząca do mnie zwróciła mi uwagę na to, że ludzie z inicjatywą bardzo krótko pracują w DPSach, i albo po krótkiej refleksji sami szukają nowej pracy albo odchodzą bo muszą.

Ryba psuje się od głowy…

Będąc na spacerze przed Domem, zaczepiła mnie jedna z nowych pracownic i z zaciekawieniem wypytywała mnie skąd tak się znam na komputerze. Odpowiedziałam jej, że moja znajomość komputera jest nikła a wszystkiego nauczyłam się tu w DPSie. Wciągnął mnie w to nasz były pracownik – Pan Karol. To był pracownik socjalny który uważnie obserwował mieszkańców Domu, WSZYSTKICH – czyli swoich podopiecznych i wyszukiwał dla nich, czyli dla nas, takie zajęcia które zainteresowałyby każdego z nas. Nie czekał aż ktoś o coś poprosi tylko sam wychodził z propozycją. Z mężczyznami grał w szachy, jeździł z nimi na ryby, stworzył kółko zainteresowań lekturą męską, do czytania której zachęcał a później na spotkaniach przy kawce panowie omawiali ją i wychodzili z propozycjami do czytania. Codziennie coś działo się w naszym Domu i to wszystko było na poziomie. Jeździliśmy na wernisaże, na przeróżne spotkania z ciekawymi ludźmi typu: miłośników naszego regionu, gór, krajów nadbałtyckich , śródziemnomorskich czy miłośników dzikich zakątków świata. Latem byliśmy niemalże na wszystkich występach na Starym Mieście, które przecież odbywały się wieczorami. Mieliśmy też zajęcia stałe właśnie typu zapoznania się z komputerem. Zaczynaliśmy od nauczenia się włączenia i wyłączenia komputera. Jak Karol odszedł od nas, a odszedł nie w wieńcu laurowym jak powinien był tylko ze spuszczoną głową, to lekcje komputerowe rozpełzły się. Jeszcze następczyni Karola – Magda W. starała się żeby te lekcje były ale ludzie w dowód żałoby po Karolu przestali na nie chodzić. Tylko ja, ewentualną znajomość komputera traktowałam jako pamiątkę po Karolu i trwałam w tej nauce. Szło mi to bardzo wolno, żeby przyspieszyć musiałam więcej czasu spędzać przed komputerem, zaczęłam więc marudzić wnukowi, że chcę mieć swój komputer. Obecny komputer jest moim trzecim, ponieważ na początku dostałam stary, stacjonarny komputer wnuka. Drugi to już był laptop kupiony w komisie a obecny to śmigający jak się patrzy. Nadal nie wiele wiem o komputerach ale już coś tam wiem i mam co robić. Przymierzałam się do zakończenia pisania bloga, ponieważ w zasadzie to nie ma o czym pisać, ale dyrekcja Domu stara się o tematy dla mnie. Jeszcze w marcu pisałam na blogu, że zaczęłam pisać do naszego kwartalnika. Tym razem zajmująca się tymi sprawami miałaby wygodę z moją pisaniną bo nie przynosiłabym tekstu napisanego długopisem tylko na pendrajwie . Porozmawiałam na ten temat z Dorotką, takim redaktorem naczelnym, wszystko było ustalone, że będę pisała tak jak kiedyś, o naszych mieszkańcach; prowadziłabym taki kącik – Poznajmy się. Trochę się obawiałam czy znajdę chętnych do rozmowy, do wynurzenia się przede mną no i przed czytelnikami. Okazało się, że nasi mieszkańcy są otwarci. Jeszcze tego samego tygodnia miałam napisane dwa wywiady a w kolejce czekały jeszcze trzy osoby. Cieszyłam się jak głupia. Okazało się jednak, że teraz nasz Głos Seniora ( tak zatytułowany jest nasz kwartalnik ) wychodzi nie co kwartał a co pół roku – nie ma o czym pisać, i ten do którego zbierałam materiał, nie ukaże się w kwietniu tylko w lipcu. Przeprosiłam swoich rozmówców, że źle ich poinformowałam. Ponieważ w jednym z artykułów było dość dużo zdjęć poprosiłam Dorotkę, że jak już ten wywiad będzie przygotowany do druku to żeby dała mi do wglądu. Czekam, czekam i czekam a Dorotka nic. Przechodzi koło mnie kilka razy dziennie ale nic nie mówi na temat artykułu, a to już sierpień. W końcu spytałam – co z moim artykułem? Nie został wydrukowany – brzmiała odpowiedź. Dlaczego – spytałam. Usłyszałam w odpowiedzi, że to była decyzja pani dyrektor i pani kierownik socjalnej. I przez te wszystkie miesiące nie znalazłaś czasu żeby mi o tym powiedzieć? A no tak jakoś wyszło. To, że artykuł został odrzucony to dla mnie jest wytłumaczalne – nie pasował do profilu wydawnictwa. Nasz Głos Seniora to nie nasz głos mieszkańców tylko głos pani dyrektor – przechwałki na temat tego co było, taka kronika. Szczerze mówiąc, myślałam, że zmobilizuję Dorotkę do zachęcenia innych żeby pisali, są u nas ludzie chętni do takiej pracy. Ale fakt, że nie usłyszałam słowa przepraszam, że nie poinformowałam panią o odrzuceniu artykułu, świadczy o czymś. To jest niestety celowe brzydkie zachowanie się. Pewnie właśnie w takiej brzydkiej formie artykuł odrzucono – pani dyrektor plunęła w twarz swojej podopiecznej, brawo! Tylko, że to plunięcie dotknęło również moich rozmówców, Oni też na to zasłużyli? Chyba, że to stara szkoła wszystkich dyrektorów DPS ów. Ja swoich rozmówców przeproszę w imieniu swoim, w imieniu Dorotki, redaktor pisma i w imieniu dyrekcji. Brzydkie traktowanie mnie wyczuwam wyraźnie wyłącznie u trzech pań, średniego personelu to: Dorota, Natalia i Kasia. Kasia to w ogóle okaz, trzy razy wyprosiła mnie ze swoich zajęć a na korytarzu jak mnie spotyka, to kłania się uniżenie do samej ziemi. Dorota i Natalia to wstydzą się nawet mówić mi dzień dobry. Nie wiedzą jak mają się zachowywać wobec mnie, widać wyraźnie, że mają prykaz być nie grzeczną wobec mnie, ale jak ja zaczynam rozmowę to im robi się lżej i są nawet miłe, Kaśka to nawet nie wie, że zachowuje się brzydko.

Dwa dni…

Niedziela … W nowej sieci telewizyjnej mamy nowy program zatytułowany – Dokument. Lubię go oglądać. Często trafiam na programy prowadzone przez panią redaktor Barbarę Włodarczyk która przedstawia nam życie w Rosji i nie może się nadziwić rosyjskiemu narodowi, że potrafi być taki potulny. Ja również nie mogłam się nadziwić oglądając ów program w minioną niedzielę i słuchając młodych ludzi – 19 i 20 sto latków którzy z nostalgią wspominają czasy przed Pierestrojką, oczywiście cytując swoich rodziców urodzonych w Sowieckim Sojuzie. Jednak im dłużej ich słuchałam tym bardziej przyznawałam im rację. Jak pani redaktor spytała o demokrację to młodzi ludzie aż krzyknęli – demokracja w takim ogromnym narodzie – o czym pani mówi. To jest nie do opanowania, to byłaby anarchia w najwyższym stopniu. Na pytanie dlaczego przed Pierestrojką było lepiej – młodzież odpowiedziała również sensownie – Poprzedni ustrój dbał o ludzi szarych, zwykłych a ten ustrój dba o rządzących, oni się bogacą my biedniejemy. Musimy spuścić głowy bo nie mamy szans. Rządzący mają za sobą milionową armię i całe bogactwo tego kraju, my nie mamy nic. Rządzący narzekają na Zachód ale tam napełniają swoje konta bankowe i tam kształcą swoje dzieci i wnuki. Nigdy nie dopuszczą do minionego ustroju, prędzej wystąpią zbrojnie przeciw swojemu narodowi, bo mają bardzo dużo do stracenia. Kiedyś na takie bogactwa nie mieliby szans. Żaden z przywódców ZSSR nie był taki bogaty jak teraz są bogaci zwykli doradcy tego przywódcy.

W poniedziałek miałam niespodziewaną wizytę. Wieczorową porą. przyszły do mnie dwie panie kontrolerki z Urzędu Wojewódzkiego. Chciały ze mną porozmawiać i dowiedzieć się jak mi się tu żyje. Źle trafiły, każda kontrola to złe wspomnienia. Każda przypomina mi czasy kiedy byłam deptana i ” opluwana ” przez dyrekcję Domu, a wzywane przeze mnie kontrole nie zmieniały nic. Od razu przypomniało mi się jak trzy harpie na czele z p. dyrektor wzywały mnie na dywanik i usiłowały stłamsić moją psychikę po to żeby później za pomocą naszego psychiatry zamknąć mnie w szpitalu psychiatrycznym. Zresztą nie tylko mnie. Każda z nich myślała, że to będzie prosta sprawa, przecież psychika starej kobiety jest również stara i słaba. Przeliczyły się szanowne harpie. Takie miały metody rządzenia Domem i tak wyglądała ich opieka nad powierzonymi im ludźmi. Żeby sobie ulżyć w tej niechlubnej działalności pani dyrektor, trzymała z największą hołotą. Tego co dla mnie robiły nie da się ani wybaczyć ani zapomnieć. Dlatego właśnie powstał mój blog, w którym jest opisane wszystko ku pamięci potomnym. I to właśnie powiedziałam owym kontrolerkom. Jest tylko jedna rzecz, którą można zaliczyć do dobrej zmiany, to zmiana na stanowisku kierownika działu socjalnego. Nie ma ” gestapowca” w postaci p. Magdy, o której nikt nie powiedział dobrego słowa, tylko p. dyrektor która była poddańczo posłuszna i p. Magdzie i p. Irenie – siostrze przełożonej, to również nasze gestapo. Ostatnio coś choruje, może nie wróci do pracy – co daj Boże, przecież to emerytka. Jednak słabość do hołoty w p. dyrektor została ( wszyscy wiedzą o kogo mi chodzi ). To jest właśnie metoda pracy dyrekcji każdego Domu Opieki. Tak było i za rządów poprzedniczki. Alkoholika trzyma się w garści a on żeby spokojnie pić podpisze każdy dokument, nie patrząc co podpisuje. Personel średni naszego Domu, jest oddany swojej pracy; stara się ale ma bardzo ciężko. Pomaga nam ile tylko może i w sumie wszystko jest w ich spracowanych rękach. Nie wiem jak długa wytrzyma taką harówkę, ten tak zwany personel średni – jedna osoba na 40 pokoi, w tych pokojach 50% ludzi wymaga pomocy nawet z umyciem się i ubraniem. Owszem, teraz jest sezon urlopowy dlatego są kłopoty z personelem; ale w najlepszym razie na te 40 pokoi będą dwie osoby nie jedna i co to zmieni? A no to, że będzie lżej przy podnoszeniu chorego człowieka, może trochę dłużej wytrzymają kręgosłupy opiekunów. Przypomniała mi się rozmowa z jedną z pracownic, sprzed laty. Zobaczyłam siedzącą w kącie zapłakaną pokojową – co się stało, czy mogę jakoś pomóc – spytałam. Nie może mi pani pomóc. Płaczę z powodu z którego powinnam się cieszyć, bo przecież podobno to awans. Awansowałam ze stanowiska pokojowej na stanowisko opiekunki. Wyobraża sobie pani jak ja osoba ważąca 50 kg. podnoszę osobę ważącą 100kg przy której muszę wszystko zrobić. Jako pokojowe pomagamy opiekunom, ale co innego pomagać a co innego mieć obowiązek.

Modlę się codziennie żeby do końca swoich dni móc przy sobie wszystko zrobić sama. Pomódlcie się i Wy za mnie.

Buziaki!

Sierpniowe upały.

Za czasów mojej młodości upały całodobowe były tylko w czerwcu. Wiadomo było na 100 % że jak minie czerwiec to skończą się upały. Teraz niestety, jest poplątanie z pomieszaniem, żeby w sierpniu nie było końca upałom i to po gorącym lipcu. To już chyba jakieś plagi egipskie -( było ich chyba siedem, nie pamiętam ). Do tej pory była pandemia, najścia uchodźców na naszą wschodnią granicę, wojna która ciągle trwa, zatrucie Odry, susza która poważnie obniża poziomy wód w naszych rzekach, upały które sprowadzają pożary i nawałnice niszczące ludzki dobytek i w domostwach i na polach. Nie liczę drożyzny i wizję zamarzania ludzi zimą w swoich domach – co jest całkiem realne. Gdybym np. mieszkała sama w domu ogrzewanym piecem to moja miesięczna emerytura starczałaby tylko na pół tony węgla. Co wybrałabym – śmierć głodową czy zamarznięcie ? Chyba w porę uciekłam do Domu Opieki, co by w nim nie było, to nie zamarzniemy i nie umrzemy z głogu.

Opuszczając swój dom i przeprowadzając się do Domu Kombatanta, myślałam ze strachem o pustce i przerażającej ciszy, o nicości, i pod wpływem strachu przed samotnością napisałam taki wierszyk : ODDAJ MI ŻYCIE

Oddaj mi życie, wnieś przez mój próg, jest w twoich troskach a ty jesteś mój. Twoje zmartwienia kłopoty twe , wnieś w życie moje i ożyw je.

Dajemy życie, niesiemy życie w rozwartych dłoniach, w ramionach swych, w sercach płomiennych, w myślach ukryciu, dzielimy życie, żyjemy nim.

Było nas dużo, że dom nie mieścił. Dom pełen wrzawy, śmiechu i łez. Ktoś krzyczał przestań, ktoś prosił jeszcze, to wszystko było, to życia treść.

Potem odchodził każdy w swą stronę, biorąc ze sobą śmiechy i łzy; a ja myślałam – coś jest skończone, bo moje życie jest tam gdzie wy.

Lecz nie umiałam prosić was o nie, myślałam dobrze, lepiej że tak. Więcej spokoju w życiu szalonym; myślałam wtedy – cisza ma smak.

Dzisiaj niestety znam gorycz ciszy, pustego domu słyszę wciąż krzyk. Czasu żadnego zegar nie liczy, a moje myśli są tam gdzie wy.

Ten wierszyk napisałam w 2001r. Później weszłam w wir życia DPSu, który na początku był radosny a później bardzo bolesny. Dzisiaj jest nijaki. Patrzę przez okno na swój niby ogródek i codziennie jest mi smutno bo dziki uparły się, że coś na pewno w nim znajdą i co noc ryją nie miłosiernie. Wizyty rodziny wcale mnie nie cieszą, bo ciągle słyszę, że byłam złą matką. Dziwne, że słyszę to dopiero teraz. Kiedyś słyszałam ciągle podziw – jak sobie wspaniale daję radę. Niczego nie zawaliłam, wszystko było zadbane i na czas. Czułości było za mało, ale nie było na nią czasu.

I tak od sierpniowych upałów przeszliśmy do rozterek miłosnych; tak w jednym jak i w drugim temacie można dostać zawrotu głowy.

„Umysł”

nikt jeszcze nie odkrył wszystkich jego tajników. Każdy człowiek ma w swojej głowie zupełnie inne równanie logistyczne. Jeden myśli szybko a drugi jak pełznący ślimak. Kocham ludzi myślących i szybko i logicznie. Ludzi których interesuje otoczenie. Ludzi którzy pracując ponad rok w DPSie, to przynajmniej wiedzą gdzie są drzwi i jak się je otwiera, a nie takich którym kazano pozbierać talerze to już nic poza nimi nie widzą i nie słyszą. Szykując się wieczorem pod prysznic mignęła mi jakaś postać za oknem. Ponieważ jakikolwiek ruch pod moim oknem to coś bardzo rzadko spotykanego, zainteresowałam się tym, na zasadzie, że temu komuś trzeba pomóc bo zabłądził. Miałam tak nie jednokrotnie. Przyjrzałam się osobie i okazało się, że miałam rację, to nasz pensjonariusz, który nie wiadomo jak trafił w to miejsce i nie wiedział jak z tego się wyplątać. Nie chciałam go kierować pod wejście główne ponieważ pan ma problemy z chodzeniem, a to dość daleko, pod górkę i na dodatek trzeba iść jezdnią. Pod drzwi, do których ja mam czipa, będzie mu blisko. Usłyszałam na korytarzu obecność pracownika zbierającego naczynia poprosiłam o pomoc z wpuszczeniem owego pana do budynku. Ja, jak wcześniej pisałam byłam szykującą się do kąpieli, czyli taka nie kompletna. Wytłumaczyłam pani o co chodzi. Powiedziałam gdzie ów pan mieszka, daję czipa żeby zechciała go wpuścić a prowadząc go do jego pokoju przejdą państwo koło mnie i oddadzą mi czipa. Ja będę czekała tu na korytarzu. Pani zechciała zobaczyć kto to jest, wyjrzała przez balkon, stwierdziła, że wie gdzie ten pan mieszka, wzięła czipa i poszła. Ja owego pana skierowałam pod odpowiednie drzwi. Czekam i czekam a ich ani widu ani słychu. To przecież tylko jedno piętro niżej. Zjechałam windą na dół a tam nie ma nikogo. Idę pod swoje drzwi i czekam, przecież musi przyjść po te zebrane talerze, które zostawiła. Czekam, słyszę idzie, mnie po prostu mija i idzie do swoich talerzy. A mój czip. To pani go nie ma ? A dawałaś mi? Pobiegła na górę. Nie było jej około 10 minut. Wraca i cała szczęśliwa informuje mnie, że pan którego chciałam wpuścić jest już u siebie w pokoju. Ów pan mnie teraz nie obchodzi, poproszę czipa. To pani go jeszcze nie ma? Słowo na k ur… cisnęło mi się na usta. Przemilczałam. Moja panno, tego czipa nie miałaś prawa dać nikomu. Dostałaś go ode mnie i wyłącznie dla mnie musisz go oddać. Dobrze to ja poszukam Kasię – mówi mi owa pani. Szukając Kasię słyszę jak woła Dorotkę. Najpierw myślałam, że to niezbyt rozgarnięte dziewczę, które nie umiało otworzyć drzwi z czipa, ale pani Jadzia podsunęła mi inną myśl – udając głupią można przywłaszczyć sobie taki klucz – czip. Przecież tak łatwo jest nam wmówić, że to my mamy problemy z myśleniem, z pamięcią. Położyła gdzieś tego czipa starucha a teraz szuka winnych. A jakby powiedziała pani, że go zgubiła, i co mogłaby pani zrobić – nic. Poszłaby pani na skargę i usłyszałaby pani – trzeba było nie dawać. Czip został mi zwrócony z przeprosinami, ale ja po raz setny mam dowód, że pomagać nie warto. Może się kiedyś odzwyczaję.

P.S. Kochani moi nowi czytelnicy, wiem że są kłopoty z wejściem na pierwszą stronę bloga, a czytanie od końca jest kompletnie bezsensowne, tak więc informuję – piszemy prababcia102pl. – wstęp do pamiętnika. Mój pierwszy wpis nosi datę 5 marca 2017 r. – to już 5 i pół roku piszę i ciągle żyję.

Buziaki.

Zatorzanka.

W tygodniu pochodziłam trochę po sklepach mieszczących się w Zatorzance. ( Oczywiście jak jeszcze była pogoda do wytrzymania, a był to poniedziałek i wtorek, Przez pozostałe trzy dni leżałam plackiem). Nie chodziło mi o zakupy, snułam się bez celu, patrząc jak wszystkie punkty handlowe w Zatorzance są jeden po drugim likwidowane. To na prawdę przeraża, a dowodzi temu, że kupujących jest coraz mniej. Społeczeństwo ubożeje, a przecież w te miejsca przychodzili i tak nie bogaci ludzie. Nawet ciucholandy są zlikwidowane. Było ich chyba z dziesięć a został jeden. Ten jeden jest po sufit zawalony ciuchami a kupujących zero. Zieleniaki jakoś się trzymają, ubyło ich we wnętrzu Zatorzanki ale na zewnątrz handelek się toczy. Zaszłam do Biedronki – może jakimś cudem – będzie cukier. Potrzebuję 1 kg. cukru na rok a media wszem i wobec głoszą, że cukru nie ma. W Biedronce był, a przy regale z cukrem nie było nikogo. Długo rozrywałam ofoliowane paczki dziesięciokilogramowe, przecież chciałam tylko kilogram. Zaszłam też do ” Ludwika ” czyli sklepu, jak kiedyś nazywano z 1001 drobiazgów. Niczego nie kupiłam ale humor poprawił mi się. Jak zawsze w tym sklepie. Otóż od około 40 lat wita wchodzących ten sam pan. Kiedyś młodzieniaszek świeżo po handlówce a teraz lekko szpakowaty pan kierownik. Zawsze widok tego pana w tym miejscu wzrusza mnie bardzo. Widoki okolic handlowych nasuwają mi taką refleksję, że może wróci do łask rzemiosło. Może ludzie zaczną naprawiać zepsute rzeczy, nie ciągle tylko kupować. Wróci do łask : krawcowa, szewc, gorseciarka, złota rączka, guzikarz – bardzo często korzystałam z ich usług. Zakładów krawieckich i szewskich było w naszym mieście dużo, zakład gorseciarski i guzikarski były tylko po jednym. Krawcowe szyły kreacje a guziczki do tych kreacji obszywał guzikarz. Cieniutkie drewienka oblekało się masą ceramiczną, drobnymi zdobieniami albo materiałem. To były maleńkie dzieła sztuki. Dzisiaj guziki to produkt bardzo niszowy a w sklepach guziki są drogie i na dodatek kupujesz mniej więcej takie guziki jakie byś chciała. Niestety, żeby korzystać z pracy guzikarza to trzeba by najpierw kupić materiał i coś z niego uszyć, a sklepów z materiałami nie uświadczysz. Kiedyś takie sklepy nazywały się sklepami bławatnymi, w sklepach tych były wyłącznie tkaniny naturalne – wełny, bawełny i jedwabie. Jak uszyłaś sobie jakąś kreację to chociaż było pewne, że nikt cię nie zdubluje. Kiedyś zechciało mi się na kupno sukienki w Modzie Polskiej. Byłam nią zachwycona. Szykowała się wielka uroczystość rozpoczęcia roku kulturalnego. Impreza organizowana przez Wydział Kultury Urzędu Wojewódzkiego. Do otwarcia imprezy wybrano dwie osoby – Panią Krystynę Rut. z Urzędu Wojewódzkiego i mnie. Było nam bardzo głupio jak stanęłyśmy obok siebie w takich samych sukienkach. Pięknych, ale takich samych. Na szczęście lubiłyśmy się i na scenę weszłyśmy przytulone do siebie a wyglądające jak bliźniaczki. Wszystko odchodzi w zapomnienie i to dobre i to złe. Odchodzi razem z nami.

A u nas w DPSie – wróciła ze szpitala Marianka – śmieszka. Chociaż trudno powiedzieć, że wróciła, przywieziono ją. Jest w ciężkim stanie. Leży wpatrzona w sufit bez reakcji na otoczenie. Karmiona jest przez sondę. Żal patrzeć.

Dowiedziałam się, że pani dyrektor rozmyśliła się z przeprowadzką Grzesia do pokoju jednoosobowego. Pokój na moim korytarzu stoi od dwóch tygodni pusty. Wszyscy wiedzieli, że czeka na Grześka a tu klops.

Ogrodowa Izba Przyjęć.

To już będzie panegiryk na cześć Działu Socjalnego. Panie z tego Działu są niebywale uczynne. Ostatnio, żeby spełnić moje życzenie zaangażowały się same i dołączyły do tego działania Krzysia, Sławka i Gabrysia. Jednak całość uwieńczył sukcesem Grzesiu. Chodziło o możliwość podlewania ogródka z balkonu. Kiedyś miałam tę możliwość ale przeprowadzając się z pokoju do pokoju, wszystko polikwidowałam. Byłam pewna, że ogródek zostanie mi tylko we wspomnieniach to i narzędzia porozdawałam. Teraz mam zamiar tylko dbać o czystość w ogródku, który nazwałam Izbą Przyjęć, to po zorganizowaniu przyjęcia imieninowego właśnie w ogródku na trawie, na której rozłożone były koce i poduszki. Położenie tego miejsca tworzy odizolowaną od reszty „świata „, enklawę. Cały ogródek leży na skarpie tworząc taką kotlinę. Ta skarpa do prac porządkowych jest bardzo nie wygodna, zwłaszcza dla starych ludzi, ale kilka dni po moich imieninach, przyszedł do mnie wnuk z żoną i zrobili porządki w ogródku. Ogródek przekopali i zrobili tarasy obsiewając je trawką. Niestety o trawnik trzeba dbać, a tu upały i susza. Zaczęłam nosić wiaderka z wodą i podlewać i jak na prababcię przystało zaczęłam się przewracać no i oczywiście niszczyć to co było zrobione przez wnuka. A miało być tak pięknie. Trzeba było znów wrócić do podlewania z balkonu; w tym właśnie pomogli mi pracownicy. Przez to, że są ogródkowe tarasy to mogłam chociaż sama się podnosić po upadkach. Zsuwałam się na dolny taras i byłam w pozycji siedzącej dzięki której spokojnie wstawałam ale też niszczyłam młodziutki trawnik. Znów trzeba brać się do roboty i naprawić co się zniszczyło. Prababcia jak żółwik, ale wszystko zrobi. Będzie godzina pracy i dzień odpoczynku, ale do jesieni Izba Przyjęć będzie gotowa. W tym moim ogródku jest pięknie jak ogólnie jest lekkie ochłodzenie, ponieważ w nim jest taki mikroklimat utrzymujący stałe ciepło, jak przystało na kotlinę.

Tyle lat zajmuję się ogródkiem a jednej rzeczy nie przewidziałam – walki róży z powojem. Nie wiem skąd wziął się powój i oplątał całą górną grządkę – teraz górny taras. Wydawało mi się, że jest pięknie. Powój obficie kwitnący na biało i różowo jak oplutł krzaczek róży to wyglądało to cudnie – to był taki słup pełen trój kolorowych kwiatów; niestety to była walka róży z powojem podczas której róża poległa, został tylko kikut; a był to krzak kwitnący od lipca do października. Wytępiłam powój, ale już swoje zrobił. Nie wiem czy będzie odrastał, oby nie.

Pracując w ogródku nadwyrężyłam swoją ” przyszytą ” rękę – prawą, teraz mam problemy z jedzeniem, zwłaszcza zup. Ten ruch jednostajnie przyspieszony osłabia rękę. Podczas jedzenia zup po pewnym czasie rękę muszę oprzeć, najlepiej o blat stołu, a mój stół jest za niski. Postanowiłam znaleźć miejsce przy wysokim stole, ale tych stołów jest zaledwie pięć i są zajęte. Usłyszał moją rozmowę na ten temat Jarek, siedzący przy takim wysokim stole i swoim zachowaniem wzruszył mnie bardzo; natychmiast podjął decyzję, że on przysiądzie się do Bogusi a swój stół zostawi do mojej dyspozycji. To piękny gest ale nie mogłam się na to zgodzić. Jarek nie widzi, że Bogusia jedząc zajmuje cały stół i będzie im nie wygodnie. Zrezygnowałam z zamiany ale wzruszenie zostało. Czy ja potrafiłabym się tak zachować?

W tygodniu mieliśmy spotkanie mieszkańców z panią Dyrektor. Zebranie to było zupełnie nijakie. Kilka zgłoszeń o drobne naprawy i to wszystko. Przecież to mogło być zgłoszone Sławkowi, a jeśli chcemy żeby Sławek nie zapomniał, to problem zgłaszamy opiekunce, ta z kolei wpisuje do raportu dziennego i sprawa na 100% będzie załatwiona. Jednak pani Dyrektor taka nicość bardzo się podobała i z radością zaproponowała cykliczne, co miesięczne spotkania. Przecież było tak miło. A ludzie nadal swoje problemy wypłakują po kątach. Jak zwracam im na to uwagę to słyszę – a po co się narażać, ja już chcę tylko spokoju. Na następnym spotkaniu postaram się ożywić wszystkich zebranych.

Co u nas słychać?

Zaskoczyła mnie informacja, że Marianka – śmieszka, jest w szpitalu z powodu udaru. Dziwne, że mnie to zaskoczyło? A no dziwne. Widać przełożona zapomniała przećwiczyć nowy personel, iż w razie udaru nie wzywa się pogotowia. Otępiały pensjonariusz po udarze jest bardzo wygodny dla dyrekcji Domu, przestaje chcieć cokolwiek, jeśli nawet chce to nie potrafi tego wyrazić. Doświadczyłam tego osobiście i wiele innych osób. Żeby do mnie w odpowiednim czasie wezwano pogotowie to nie musiałabym dzisiaj podpierać się chodzikiem. W przypadku Marianki pogotowie wezwał personel opiekuńczy, nie pytając nikogo o pozwolenie ponieważ uznał prawidłowo, że tak musi być, że każda minuta przy udarze jest ważna. Przed laty nic nie było ważne po za interesem dyrekcji. A już na pewno nie było nigdy ważne zdrowie mieszkańca Domu. Pewnie sama przełożona zaczyna niedomagać – ( wiek emerytalny ) – stąd ta, odrobina chociaż, empatii, albo skleroza, a może wstyd przed nowym personelem który mógłby się oburzyć na tego typu sugestie. Poprzedni personel medyczny nauczony był swoje spostrzeżenia trzymać w butonierce. Mając własne zdanie wylatywało się z pracy.

Druga sprawa która mnie również zadziwiła, to przeprowadzka Grzesia. Z pokoju jednoosobowego z bezpośrednim wyjściem do ogrodu, Grzesiu zamieszkał w pokoju dwuosobowym i bardzo ponurym bo z widokiem na jezdnię i las. Grzesiu, który przez wszystkie lata wychwalał personel pod niebiosa jednak się naraził. To zażyłość z Felicją nie wyszła mu na dobre – oboje niestety nadużywali i to z brzydkimi objawami. Jeśli chodzi o Grzesia, to ja osobiście nigdy nie widziałam go w stanie po nadużyciu; Felicję w takim stanie widziałam niejednokrotnie i to z bardzo brzydkimi skutkami. Dlaczego ukarany został tylko Grześ ? Jak spytałam o to Panią Dyrektor to usłyszałam, że na Felicję skarg nie było. Może skarg nie było ale na pewno były notatki w raportach dziennych – o rozkładówce Felicji pod drzwiami Małgosi czy Wandy. Jestem pewna, że Felicja to jednoosobowy Samorząd Mieszkańców wybrany przez Dyrekcję w tajemnicy przed wszystkimi; dlatego właśnie ” nie ma ” na nią skarg. Zaczęliśmy się upominać o wyrozumiałość dla Grzesia wszak to człowiek naprawdę zasłużony dla naszego Domu. Upominał się o niego i personel – o dziwo, skąd ta odwaga – i mieszkańcy; a zaszkodziły mu panie – jego byłe sąsiadki którym najwięcej pomagał. Dowiedziałam się, że Grzesiu będzie mieszkał na moim korytarzu, z czego bardzo się cieszę. Do byłego pokoju Grzesia wprowadził się Andrzej; panie z tego korytarza już go pilnują bo dowiedziały się, że podobno zbyt głośno słucha muzyki.

Jeszcze uwaga do Dyrekcji – poinformujcie mieszkańców dolnego pawilonu, że nie powinny przepuszczać różne osoby przez swoje pokoje. Skoro ktoś nie ma czipa do drzwi wyjściowych to coś to znaczy. Ludzie chcą być grzeczni a mogą zaszkodzić. Widziałam panią spacerującą po wertepach łąkowych przy naszym Domu a która samodzielnie nie powinna wychodzić, może któregoś dnia zajść za daleko.