Dzięki ” Ilovewro „

W komentarzach znalazłam wpis, który mnie wzruszył. Każdy, kto cokolwiek pisze i jest czytany po kilkakroć, czuje się nadzwyczajnie. I ja tak właśnie się poczułam po przeczytaniu wpisu od Ciebie. Napisałeś do mnie po raz drugi i po raz drugi pochlebnie – dziękuję. Każdemu potrzebne jest od czasu do czasu miłe słowo. Takie pochlebstwa słyszałam jak prowadziłam audycje radiowe, czy jakieś programy rozrywkowe. Ale kiedy to było ? Gorzej było jak śpiewałam – mój mąż ciągle szukał adresata moich piosenek. Nigdy takowego nie znalazł więc myślał, że jestem przebiegła. Nigdy nie byłam, ale za tę wyimaginowaną przebiegłość ostro obrywałam. Jednak mimo wszystko wybrałam śpiewanie nie męża. Szkoda, że zbyt długo się zastanawiałam co z tym fantem zrobić, ale zrobiłam co należało. Widzisz ” ilovewro” ile wspomnień przywołałeś. Dziękuję.

Teraz zupełnie z innej beczki ale również wspomnieniowo. Oglądając serial Na ratunek, czy może jakieś Trudne sprawy, nie wiem zbyt dużo seriali oglądam, ale właśnie na tym polega starość – albo różaniec albo seriale. Ale do rzeczy – kobieta skręca się z bólu żołądka a okazuje się, że to zawał serca, stwierdza to ratowniczka medyczna. Jakież to musi być zwodnicze. Jakim mądrym medykiem trzeba być żeby rozróżnić objawy i postawić dobrą diagnozę. I znów, oglądając ten serial, przypomniał mi się tragiczny epizod z mojej młodości. Pracowałam wówczas w RZSI który skupiał inspektorów z różnych dziedzin, ( pisałam o tym ). Ten tragiczny epizod dotyczył koleżanki nadzorującej pracę służby zdrowia. Wyobraźcie sobie, owa koleżanka była organizatorem konferencji naszych lekarzy. Konferencja odbywała się na zamku w Lidzbarku Warmińskim i było na niej ponad setka lekarzy różnej specjalności. W czasie drugiego dnia pobytu organizatorkę zaczyna boleć żołądek. Stwierdzono zatrucie i zlecono płukanie żołądka podczas którego Janeczka zmarła. Okazało się, że to był zawał. Młoda 30 letnia kobieta, matka dwójki małych dzieci umiera po źle postawionej diagnozie otoczona setką lekarzy. Przeżyliśmy to bardzo.

Jakiego tematu nie tknęłabym to natychmiast nasuwają się wspomnienia i jakie by one nie były to kocham je bo zostały mi już tylko one. Młodość ciągle na coś czeka a starość wspomina. Już nawet mój blog staje się wspomnieniem. Opisałam w nim z jaką to satysfakcją gnębiono mnie psychicznie. Na wykończenie mnie działało, w naszym dps dziesiątki ludzi i pracowników i mieszkańców, z tych dziesiątek widuję tylko cztery. Są to osoby zatwardziałe w swojej podłości, ale teraz ja na nie patrzę z góry bo trzymam się psychicznie mocno. Bardzo chciałabym żeby te osoby widząc mnie płonęły ze wstydu. Tego im życzę.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Święto miłości kochanej Ojczyzny…

wiadomo 11 listopada, jak co roku świętujemy i u nas jak co roku, według mnie, za mało się dzieje. W kościele zaśpiewaliśmy hymn ale tak bez szacunku. Nikt nie stał na baczność. Opiekunki wwoziły podopiecznych, Jan rozstawiał wszystkich po swojemu; jednym słowem chaos. Po przyjściu do pokoju zrobiłam drugą kawkę i szykowałam program na ów dzień świąteczny ale dzień po. Po raz pierwszy miałam w głowie za dużo materiału związanego tematycznie. Nie musiałam wyszukiwać tylko skracać raz po raz i zawsze było za dużo. Aż wreszcie wszystkie notatki porwałam i postanowiłam iść na żywioł. Ciekawa jestem jak ten żywioł wypadnie jeśli prababcia pogubi w myślach słowa. Ale co tam, jestem wśród swoich. Udało się. Idąc już na obiad spotkałam jedną z opiekunek, która sprawiła mi wielką przyjemność. Nie sądziłam, że ludzie pamiętają co robiłam w dps 15 lat temu. Pani Danusiu – mówi owa pani – właśnie opowiadałam pracownicom, które nie znają pani z jej działalności artystycznej, jak kiedyś zorganizowała pani, prowadząc Radio Kombatant, dzień 11 listopada. Tak pani zachęciła ludzi do śpiewania patriotycznych piosenek, że pani była ” w studiu ” a ludzie na holu śpiewali razem z panią. W ogóle co za błazen zlikwidował przez panią prowadzone radio. Wszyscy pracownicy słuchali pani audycji, była nadawana w czasie naszej przerwy śniadaniowej. Wiem, że wszyscy słuchali i że się podobało ale wiem też, że jak naszą dyrekcję coś opęta to traci rozum. Bo żeby zniszczyć coś takiego czym zachwycała się i podziwiała cała Polska i nie tylko, to trzeba mieć wyjątkowy niedobór szarych komórek.

13 listopada obchodziliśmy 101 urodziny Henia. Było bardziej kameralnie niż w roku ubiegłym na setce, ale bez porównania ładniej. Wszyscy chórem powiedzieli wierszyk – życzenia. Słyszałam tylko końcówkę ale bardzo mi się podobało. Nieco się spóźniłam ale musiałam być u kardiologa. Później na ekranie pokazał się nam Henio przy swoich zajęciach codziennych – czyli teatr, logopedia i zajmowanie się kwiatkami. Następnym punktem programu miało być odśpiewanie życzeń, owszem było ale nie tak jak planowaliśmy, płyta cd która miała być ” pomocą naukową ” niestety nie odtworzyła się i śpiew był taki jakby nie pełny. Ponieważ była to moja płyta, to usłyszałam od pani socjalnej – to już druga płyta która nie była przydatna. A no i owszem, są to moje płyty i niestety zaorałam je. Do prowadzenia programów nie dostawałam i nie dostaję niczego od dps. Teraz już nawet tekstów nie można drukować, nie można niczego bo wszystko kosztuje. Chcesz coś robić to wszystko własnym sumptem. Jan nosi kościelne słowniki do punktów ksero i robi to za własne pieniądze. Śpiewniki na czwartek robi Natalka u siebie w domu. I to wszystko funkcjonuje a pochwały zbiera szanowna.

I to już wszystko – NARA !!

Jestem w swoim żywiole,

a mój żywioł to organizowanie spotkań muzycznych i śpiewanie. Mój głos jest tak samo silny i dźwięczny jak był 50 lat temu. Dziwne to, jestem prababcią kiwającą się na boki, źle widzącą i tak samo źle słyszącą a głos jakby się miał coraz lepiej. I tu muszę się odwołać do najwyższych świętości – jestem taką wierzącą pół na pół, modlę się codziennie a w Kościół nie wierzę i nie mam zaufania do księży. Uważam, że wszelkie ceremonie kościelne, to zwykły teatr i to odstawiany za całkiem nie małe pieniądze; a Bozia daje mi wyraźne znaki, że jest, że mnie słucha i spełnia wszystkie moje prośby. Naprawdę słucha i spełnia, aż się boję o niektóre rzeczy prosić. NP. jak byłam gnębiona, wiedziałam dobrze, że wystarczyłoby poprosić o zesłanie jakiegoś nieszczęścia moim gnębicielom. Nie zrobiłam tego ze strachu że to się spełni a ja będę miała wyrzuty sumienia. Nie chcę żeby mnie moje sumienie gnębiło. Prosiłam o bardzo wiele rzeczy, wszystkie moje prośby zostały spełnione. Prosiłam i o śmierć dla kogoś i o odkochanie się i o spokój na starość. A przez swoje długie życie, zawsze prosiłam samego Boga żeby nie zabrał mi głosu i nie zabrał a wręcz przeciwnie dołożył mi mocy. Moja rodzina w 3\4 udaje, że jest nie wierząca, ale jak powiedziałam, że codziennie modląc się i prosząc żeby żyli w zdrowiu, miłości, po Bożemu i w dostatku, wymieniam ich imiona, to wnuczka od razu, z takim ogniem w głosie, spytała – babciu a za mojego męża też się modlisz? On ma taką niebezpieczną pracę. Odpowiedziałam jej, że przecież jej mąż już od dawna jest w naszej rodzinie, więc modlę się żebyście razem dożyli w zdrowiu późnej starości. Bardzo chciałabym żeby moi wnukowie wszyscy, w swoich rodzinnych związkach dożyli późnej starości w zdrowiu i miłości, bo te związki na prawdę są udane. I dlatego, że jest tak jak jest to ja mogę się bawić w to co lubię z pasją ( dziękując Bogu, że ją mam, tę pasję ). Ona mnie mobilizuje do życia i odmładza duchowo.

I to byłoby na tyle – AMEN !!

Skargi !

Czuję się jakby lepiej ( nie mam na uwadze moich oczu, bo te coraz gorsze ) ale nogi i zawroty głowy, z tym jest lepiej. Od trzech tygodni nie przyjmuję leków i czuję się jakby silniejsza. Zwłaszcza leki nasercowe odbierały mi siły, a teraz bywam coraz częściej w mieście. Pokonuję coraz większe odległości. Cieszę się z tego powodu. Ale ponieważ długo nie wychodziłam to znajomi jak mnie zobaczą to nawet przebiegają przez ulicę żeby porozmawiać. Ostatnio jedna z pań wypytywała – jak ma się zachować podopieczny naszego Domu, któremu dzieje się krzywda. Owa pani sądziła, że ja wskażę prostą drogę i będzie po sprawie. To co ode mnie usłyszała to ją załamało. Powiedziałam jej, że przede wszystkim osoba która chce iść na skargę musi być cholernie silną osobą psychicznie. W naszym Domu każdy skarżący jest na przegranej pozycji, dyrekcja nie lubi skarżących się i jeśli uprzesz się, choćby w najmniejszym stopniu, przy swoim to odwet będzie natychmiastowy. Bez wiedzy petenta do akcji wkroczy doktor psychiatra i petent nawet nie zauważy, że ma jedną tabletką więcej po której już nie będzie wiedział czy mu w tym Domu jest dobrze czy źle, czy ktoś go kiedyś skrzywdził, czy okradł, czy zaniedbał, nie będzie wiedział nic. Owa pani na taką informację oburzyła się – tak nie może być, trzeba iść z tym do Telewizji. Toteż ostrzegłam, że jeśli ktoś chce się skarżyć to musi być bardzo silny psychicznie i nie może być sam. A do Telewizji to oczywiście najlepiej do TVN, natychmiast zajmą się sprawą. A jeśli tak zrobię, pyta owa pani, to będę mogła liczyć na pani wsparcie. Oczywiście, wystarczy przeczytać mój blog, w nim nie ma ani odrobiny nieprawdy, jest przerażająca prawda którą potwierdzę przed każdym Sądem.

W tym rozpędzeniu to i zakupy zrobiłam i na cmentarzu byłam a w ramach odpoczynku, teraz, przygotowałam już program śpiewający na Zaduszki, zatytułowany – Niech żyje bal, który odbędzie się w najbliższy czwartek i zabieram się za program o naszej kochanej Niepodległej , która będzie uczczona tydzień później. Program na Święto Niepodległości szykuję z ogromną przyjemnością. Zawsze jak piszę o tym święcie to w moim sercu wzbiera ogromna fala miłości do mojej kochanej Polski; przecież to między innymi, mój kochany tatuś wywalczył tę wolność. Mając 16 lat poszedł w świat za swoim idolem J. Piłsudskim a od swojej mamy, czyli mojej babci Anastazji usłyszał – idź i walcz, bo tak żyć jak my Polacy żyjemy teraz, nie można. I walczył od Europy po Azję zdobywając Krzyże Zasługi i do Cudu nad Wisłą również się przysłużył. Niestety od roku 1939 spotykały go same nieszczęścia. Zapoczątkowali sowieci a Polacy, ściślej UB wykończyli go. Tak jak tysiące Polaków drogo zapłacił za naszą niepodległość.

Miałam opisać jeszcze wernisaż artystycznych prac naszych mieszkańców, niestety nie jestem w nastroju.

I to już wszystko – NARA!!

U mnie – nic !

Dziękuję za wpisy, zwłaszcza za te rodzinne z odnogi mojej siostry. Nawet nie wiedziałam, że w naszej rodzinie aż trzy osoby urodziły się 8 października. Przepraszam, że dopiero teraz o tym piszę, dziękując za pamięć, ale ja bardzo rzadko zerkam do swojego bloga, wiadomo oczy.

Na Zaduszki szykuję spotkanie śpiewające, a mając takie oczy jak ja mam to jest niestety trudność. No ale dobrnęłam do końca scenariusza teraz już tylko szlif. No i na cmentarz wypadałoby pójść. W środę jadę po kwiaty, znicze już mam i to takie siedmiodniowe. Celowo wybrałam aż siedmiodniowe znicze, ponieważ na cmentarz pójdę tylko raz, właśnie już w środę.

Po za tym kilkukrotnie usiłowałam posłuchać jak grają wybitni pianiści – Chopeniści. W końcu najlepsi z całego świata. Ciężko mi szło to słuchanie. Wykonawcy wybrali zbyt ciężki, jak dla mnie, repertuar. No i żal, że Polak jest dopiero piąty. Gdzie te piękne czasy kiedy to nasi błyszczeli na scenie konkursowej.

Biorę się za szlifowanie programu na Zaduszki. NARA !!

Urodziny, których nie lubię.

Na szczęście zaćma nie zaszła na oko na stałe, ona zachodzi i znika tak więc zdarza się, że widzę wystarczająco żeby móc pisać na laptopie. Mając dobre oświetlenie daję radę. To dzięki Wam, swoim komentatorom wzięłam się w garść i robię to co lubię najbardziej. A dzięki dyrekcji dps. tracę wzrok i słuch systematycznie. To przez to, że nie udzielono mi nawet najmniejszej pomocy kiedy miałam udar, a udar był centralny i właśnie skutkami centralnego zawału mózgu ( tak to określiła pani neurolog ) jest systematyczna utrata wzroku i słuchu. Słyszałam w telewizji, że pewna staruszka mająca 95 lat, wpadła do studni a jak przyjechała straż żeby ją wydostać z tej studni, to usłyszeli od niej – zrzućcie mi tylko drabinę ja sama wyjdę i wyszła, strażak ją tylko asekurował. I ja zapowiadałam się na taką staruszkę dopóki mną nie zajęło się szefostwo naszego Domu.

8 października obchodziłam swoje 84 urodziny, jak zwykle ” hucznie „. Nie lubię obchodzić urodzin, to nie jest zwyczaj z moich stron rodzinnych. U nas obchodzono imieniny, to rodzina ze strony mojego zięcia wprowadziła ten urodzinowy zwyczaj. Jak przypadły mi 80 urodziny i wiedząc, że to będzie denerwująca mnie pompa, uciekłam z Domu i wyłączyłam telefon. Najbardziej denerwuje mnie fakt, że cała moja rodzina przyjęła ten zwyczaj natychmiast i nie słuchają mojego zdania, przychodzą gremialnie z prezentami i dziwią się, że ja tego nie lubię. Weź i spamiętaj daty urodzin wszystkich z rodziny, żeby móc się zrewanżować. Fakt część rodziny miałaby problem z obchodzeniem imienin bo takich imion bałkańskich nie ma w naszym kalendarzu : Branko, Damir, Iwo, Roko, tak nazywają się – mój zięć, wnuk i dwójka prawnuków. Tym razem, ponieważ mój wnuk przypomniał sobie smak z dzieciństwa z mojej kuchni i prosił o przepis na ciasto – sernik na budyniu czekoladowym -, postanowiłam zrobić mu niespodziankę i sprawdzić przy okazji czy jeszcze coś potrafię.Skoro poprosił o przepis to znaczy, że mu smakowało, a ja dowiedziałam się o tym przez przypadek i po 20 latach. Rodzina mojego zięcia zachowuje się bardzo powściągliwie w wyrażaniu czegokolwiek. W moim rodzinnym domu był zwyczaj wyrażania odczuć smakowych. Wszyscy jedli i chwalili smaki a gospodyni była szczęśliwa; rodzina zięcia, która rozrosła się licznie w Olsztynie, niczego nie wyraża jedząc. Byłam więc pewna, że im nie smakuje, a tu taka niespodzianka, prośba o przepis. Tak więc prababcia zakasała rękawy i do roboty. Ponieważ miałam kłopot ze znalezieniem odpowiedniej blachy do pieczenia, wyszedł sernik ogrom, bo tylko takie ogromne blachy znalazłam. Nie znałam działania kuchenki, nie umiałam jej nawet włączyć, ale wyszło wszystko jak trzeba. W każdym razie obczęstowałam, po za rodziną ze 30 osób a dla trzech moich rodzin popakowałam jeszcze ciasto na wynos. Cały Dom pachniał tym ciastem. O przepis prosiło chyba z 10 osób, czyli, że smakowało; a do wyrabiania ciasta, sera i budyniu miałam tylko widelec, żadnych innych narzędzi pracy. Od wyrabiania wszystkiego widelcem narobiłam sobie odcisków na palcach. Nie wiedziałam, że dzisiejsze kury znoszą takie wielkie jajka, że te jajka mają bardzo grubą skorupę a białka nie chciały się ubić na pianę. Było ciężko ale się udało, jestem dumna z siebie.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Nie ma rady trzeba wracać na łamy,

na łamy swojego bloga oczywiście. Dostałam tak dużo miłych wpisów typu : nie możesz, nie powinnaś, nie wolno ci, przyzwyczaiłaś nas do siebie, jak przestaniesz pisać to zapomnimy o sobie nawzajem a szkoda by było; a jeśli za pół roku już nie będziesz widziała, to dlaczego przyspieszasz rozstanie, u ciebie tak dużo się dzieje i my czytelnicy, chcemy o tym wszystkim wiedzieć. Nawet jak przestaniesz widzieć to powinnaś spotykać się z nami na video, przecież jesteś kul.

Nie ma rady wracamy na tyle na ile się da. Rzeczywiście trochę się dzieje i u mnie w dps i w Polsce i na świecie. Teraz to chyba największe zmartwienie ma Donald Tramp. Był pewien, że nagrodę Nobla już ma w ” kieszeni „; przecież on jest taki mądry, taki zasłużony dla ludzkości, a tu taki afront. Był pewien, że cały świat albo go kocha, albo się go boi i chociażby dlatego Nobel musi być, a tu nic z tego. Chwali się, że będzie przemawiał w KNESECIE, to słowo przemawiał zupełnie nie pasuje do jego wystąpień które zamykają się w kilku w kółko powtarzanych słowach – będzie wspaniale, będzie bardzo dobrze, widzę świetlaną przyszłość. O jego zwycięskiej konkurentce nie wiedziałam nic, jednak z tego co usłyszałam dzisiaj to już mi wystarczy żeby stwierdzić, że Pani Machado jest dyplomatką najwyższych lotów. Pomimo to, że od 26 lat walczy z dyktaturą wenezuelską, że musi żyć w konspiracji, to po otrzymaniu nagrody najpierw zadzwoniła do Trampa; wiedziała, że tę ” bombę ” trzeba rozbroić jak najszybciej.

Szkoda, że u nas nie ma takich wysokiej klasy dyplomatów. Jeszcze do niedawna ceniłam bardzo jako dyplomatę ministra Sikorskiego, niestety dał plamę. Na spotkaniu przez siebie zorganizowanym, obstawionym ochroniarzami wypowiadał się na temat Palestyny, stwierdzając, że wojna w Gazie to jeszcze nie ludobójstwo. Na takie słowa zbuntowała się, będąca na tym spotkaniu, Palestynka; coś zaczęła wykrzykiwać, w odwecie ochrona wzięła ją pod pachy i wyniosła z sali. Na to wszystko nasz minister, na uśmieszku – szkoda,że pani już wychodzi, moglibyśmy na ten temat wymienić swoje poglądy. Zamiast wrzasnąć na ochronę, żeby zostawiła kobietę i pozwoliła jej się wypowiedzieć, on z ironią stwierdził, że szkoda, że wychodzi. WSTYD !

A u nas – gra muzyka. Dosłownie gra, a w słuchaniu muzyki i wspólnym śpiewaniu, bardzo pomaga mi Natalka. Na szczęście z wyszukiwaniem odpowiednich utworów do słuchania i śpiewania w nasze muzyczne czwartki, problemu nie mam bo całą płytotekę mam w głowie. Wygląd płyt również znam na pamięć tak więc jak wiem czego chcę to i znajduję bez problemu. Na ostatnim spotkaniu muzycznym Natalka zrobiła mi cudowną niespodziankę, otóż przechodzimy do kącika melomana w którym mamy wysłuchać pięknego koncertu na dwie wiolonczele z towarzyszeniem orkiestry, siedząc tyłem do ekranu rozwieszonego na ścianie, czuję że coś się dzieje, oczom nie wierzę, na ekranie widzę przystojnego Norwega – Rolfa Lovlanda kompozytora tegoż utworu i bohatera moich opowiadań. Cudowna pomoc ” naukowa „. Za chwilę mamy przejść do wysłuchania koncertu zatytułowanego Sekret Garden, ja mówię – a teraz zamykamy oczy i wsłuchujemy się w to piękno; i znów zerkam przez plecy na ekran a tam jak żywe, przepiękne ogrody kwiatowe, aż krzyknęłam – otwierajcie oczy i przeżyjcie to piękno wszystkimi zmysłami. Wspaniale mi się współpracuje z Natalką i Dorotką. Z taką pomocą to dam radę w prowadzeniu muzycznych spotkań.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Czy to oko może kłamać?

Z bólem serca będę musiała zawiesić pisanie bloga, ze względu na chorobę mojego jedynego oka, które trochę jeszcze widzi. Jak wiecie od półtora roku chodzę na zastrzyki w oko i podczas tych zabiegów wykryto, że tworzy się na nim zaćma i właśnie ona rozwinęła się na dobre co bardzo ogranicza mi i tak bardzo słabe widzenie. Jeszcze dwa miesiące temu czytałam cztery linijki liter z planszy u okulisty, a wczoraj przeczytałam tylko jedną. Badania te przeprowadzał asystent mojej pani doktor i jak porównał wynik badań sprzed dwóch miesięcy i stan obecny, to aż krzyknął, z taką trochę irytacją w głosie – przecież jeszcze nie dawno czytała pani znacznie więcej – to zabrzmiało tak jak by był pewien, że ja udaję, że nie widzę. A ja mu na to – jeszcze nie tak dawno całkiem zgrabnie tańczyłam a dziś chodzę z balkonikiem. Moja pani doktor zerwała się od swojego stanowiska, podeszła do lekarza badającego mnie i podpowiedziała mu, że trzeba dać mi skierowanie na dokładne zbadanie oka pod kątem zaćmy celem ustalenia terminu zdjęcia jej z oka. Zaćmę się zdejmuje. Ustalono termin badania na 19 stycznia; co będzie dalej nie wiem. Nie wiem jak długo będę czekała na sam zabieg, no i przede wszystkim czy on się uda, bo jeśli nie to czeka mnie całkowita ślepota. Wiem natomiast, że teraz to bardzo kiepsko widzę a w najbliższy czwartek mam prowadzić muzyczne spotkanie korzystając z włączania i wyłączania 12 płyt CD. Będę prosiła o asystenta ponieważ ustawienie numeru utworu na płycie będzie dla mnie trudne. Program ów to sentymentalne podróże jesienne, oczywiście w piosence. Kącik melomana natomiast wprowadzi nas na chwilę w ogrody kwiatowe a słuchać będziemy mało znanego kompozytora norweskiego Rolfa Lovlanda i jego przepięknego koncertu na dwie wiolonczele. Podczas słuchania tego utworu zamyka się oczy i marzy, bo ten utwór to istne cudo – Sekret Garden.

I to już wszystko NARA !!

EUREKA – nasi politycy ” odkrywają Amerykę „…

Najpierw muszą zniszczyć wszystko co stworzyli poprzednicy, nawet jeśli było to sensowne, a później, tym razem po wielu latach, robią to po swojemu, nawet gorzej, ale już pomysł jest ich. Tym razem zachęcają do zbierania szklanych i plastikowych opakowań. Przecież to tradycja stara jak świat, niestety zmarnowana również przez polityków. 70 lat temu w każdym sklepie można było zwrócić szklane opakowania, a jeśli ktoś uzbierał tego więcej to musiał się wybrać do dużego sklepu w którym znajdował się specjalny punkt skupu. Opakowań plastikowych nie skupowano bo jeszcze nikt nie wymyślił tego świństwa które zatruwa całą kulę ziemską. Wszystko było przetwarzane nie wyrzucane na śmietniki świata. Dzieci zbierały makulaturę za co w szkołach wygrywały różne nagrody ( nawet z samych pochwał dzieci były dumne ) a w skupach makulatury zamieniano ją na papier toaletowy. Dzisiaj z tej zamiany, co niektórzy śmieją się, – tylko głupcy śmieją się z mądrych rzeczy. Na pewno znalazłoby się wiele osób które w zamian za papier toaletowy wysprzątałyby zaśmiecone środowisko. Za czasów mojej wczesnej młodości nikt nikogo nie uczył segregacji śmieci, z tą mądrością chyba rodziły się dzieci. W każdym domu było miejsce na zużyte ubrania, makulaturę czy butelki. Był dzień, że po te skarby ktoś przyjechał i zabierał. Ktoś też przyjeżdżał po resztki jedzenia. To tylko jak nasi politycy, w miarę upływu lat, stawali się coraz ” światlejsi ” to glob zaczął zarastać brudem i hałdami śmieci. Teraz nasi mędrcy wymyślili żeby nie zrywać etykiet ze szklanych opakowań bo będzie można te właśnie opakowania ze starą etykietą użyć ponownie. Pomysłodawca tego absurdu powinien walnąć się w głowę – ile miejsca trzeba będzie przeznaczyć na tak określone opakowania i komu będzie się chciało tego miejsca szukać. Wyszło też zarządzenie, że tekstyliów nie można wyrzucać. Podobno i do tego są przeznaczone jakieś miejsca, ale gdzie ich szukać? Tekstylia od zawsze były zbierane jeśli nie na przeróbki to na tkanie różnych kilimków czy chodniczków. Teraz to tylko w CEPELII można zobaczyć cudeńka ze zużytych szmatek, a kiedyś takie cacka były w każdym domu. Wszystko można było naprawić lub zamienić. Niczego nie wypadało wyrzucić. No ale są różne punkty widzenia. Nawet w mojej rodzinie był kiedyś spór – wyrzucić czy naprawić ? Ja byłam i jestem za naprawą a już moje dzieci za wyrzucaniem i kupnem nowego. Mamo, kupując nowe zapewniamy pracę ludziom bo rośnie zapotrzebowanie. Tej mądrości nie wyniosły z domu, przecież można też pracować przy naprawach prawie wszystkiego. To stąd nazywano niektórych panów – złotą rączką – bo ten ktoś potrafił naprawić wszystko. Jestem dumna z tego, że mam do dziś siedemdziesięcioletni młynek do kawy, reperowany czterokrotnie. Córki śmieją się ze mnie pytając – mamo, a ten historyczny młynek to jeszcze żyje ? Żyje i funkcjonuje całkiem nie źle bo naprawiały go zawsze złote rączki. Dzisiaj punkt napraw z szyldem – Złota rączka – miałby powodzenie.

I to już wszystko – NARA !!

Przesyłka od Alinki.

Alinka to moja znajoma od wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To pianistka – akompaniatorka mieszkająca w pięknej dzielnicy willowej nad jeziorem. Nie zawsze tak było, jak poznałyśmy się to mieszkała w mieszkanku jednoizbowym, czyli, że wszystko mieściło się w jednym pomieszczeniu: pokój, kuchnia, sypialnia i łazienka; toaleta natomiast była jedna na całe piętro, oczywiście na korytarzu. W takim mieszkanku mieszkała razem z rodzicami. Połowę tej izby zajmował fortepian, który Alinka otrzymała od władz miasta Lidzbark Warmiński, będąc uznaną przez te władze za cudowne dziecko. To było zaraz po wojnie w roku 1948. wówczas właśnie tam mieszkała Alinka razem z rodzicami. Podejrzewam, że władze miasta uzyskały go jako zdobycz po wojenną i nie miały co z nim zrobić; przecież cała Polska była w gruzach a instrument trzeba było odrestaurować i gdzieś go trzymać, a nie było gdzie. W tym jednoizbowym mieszkanku przeżyli 10 lat. W między czasie rodzice Alinki budowali dom w którym ona mieszka do tej chwili. W tym domu to fortepian ma ” swój pokój „, nazwany pokojem błękitnym, w którym jest biblioteczka muzyczna i wszelkie pamiątki związane z działalnością artystyczną. Wychodząc z pokoju przez drzwi balkonowe, widzisz tylko ogromne, nie kończące się, lustro jeziora. I właśnie robiąc porządki w tym pokoju pozbierała pamiątki związane ze mną i postanowiła przekazać mi je. Do naszego dpsu przychodzi pani która jest wieloletnią przyjaciółką jednego z mieszkańców i jednocześnie sąsiadką Alinki. To ona co jakiś czas coś mi przynosi od Alinki, a Alinka swoim starym zwyczajem, po za tym, że przekazuje mi jakiś prezent czy wspólną pamiątkę, to jeszcze przemyca jakieś mądrości – świętości, tym razem przemyciła – żywoty świętej Ryty. Jak zadzwoniłam żeby podziękować za przesyłkę to Alinka tak tłumaczyła mi się : Danusiu, ja nie mam żadnej rodziny, jak wiesz byłam jedynaczką i nie miałam nigdy dzieci, tak więc jak ktoś obcy,kiedyś wejdzie do tego domu to wszystko powyrzuca, a ty masz rodzinę wielopokoleniową i na dodatek artystyczną, to dla kogoś z nich to co ci przysyłam będzie pamiątką. No fakt, moja najbliższa rodzina liczy 16 osób, to może kogoś zainteresuje prababcia w wieku 20 lat.

I to wszystko co mam do powiedzenia – NARA !!