Brzydki zwyczaj,

Jak dla mnie to wyjątkowe lekceważący mieszkańców Domu. Zaczęło się od kartki na drzwiach Marianny. Ktokolwiek przechodził koło jej drzwi to stawał i ze zdziwieniem czytał. Przeczytałam więc i ja i również ze zdziwieniem; na kartce była bardzo szczegółowa informacja o zajęciach Marianny. Zapukałam do drzwi delikwentki z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego tak szczegółowo informuje nas wszystkich o swoich zajęciach. Nie słyszałaś jakie piekło wywołałam wczoraj na cały DPS – pyta mnie Marianna. Myślałam, że ze wściekłości nabluzgam komu trzeba. Co się stało – pytam. Wyobraź sobie, że podczas mojej nieobecności opiekunka i pokojowa weszły do mojego pokoju i nie pytając mnie o zgodę zrobiły na moich półkach porządki po swojemu, dla swojej wygody, nie myśląc w ogóle o mnie, o mojej wygodzie. Przecież jeżdżę na wózku. Wszystko miałam tak poukładane żebym bez problemu mogła sięgnąć po wszystko co mi jest potrzebne, a tu wracam do pokoju i nie wiem gdzie co leży. Do tej pory zawsze miały dostęp do mojego pokoju, albo zostawiałam klucz którejś z nich albo po prostu zostawiałam drzwi otwarte ale po takim wyczynie to już bez mojej obecności nie wejdą do pokoju. Będą czegoś potrzebowały to będą musiały mnie znaleźć a ta rozpiska informuje gdzie w danej chwili mogę być. Żeby tak zachowały się nowe, nie doświadczone jeszcze pracownice, to wytłumaczyłabym, że takie zachowanie się to nietakt, ale to doświadczone pracownice. A te pracownice w lekceważącym tonie oznajmiły mi, że przecież ze wszystkim mogę się do nich zwrócić i one znajdą co trzeba. Tą wypowiedzią jeszcze bardziej mnie zirytowały. Przecież one pracują do godziny 14 tak więc od 14 05 do 6 rano nie powinnam niczego chcieć bo ich nie ma. Sama też nie mogę szukać bo narobię bałaganu i wówczas one nie będą wiedziały gdzie co jest. Jak o tym myślę, to jeszcze mnie szlak trafia. Już chciałam iść do dyrektorki ale się wstrzymałam. Ale byś się wysiliła – dyrektorka minutę po rozmowie z tobą zapomniałaby z kim i o czym rozmawiała. O nie zgodzę się z tobą – mówi Marianna – o cokolwiek poproszę to mam to załatwione, aż sama się dziwię. To już się nie dziw – mówię – na samym wstępie pokazałaś, że z twojej strony będzie wszystko według życzeń dyrekcji. Pamiętasz, byłaś u nas niespełna miesiąc, była kontrola, którą notabene ja sprowadziłam, puszczono w obieg ankietę, dla ułatwienia pracy kontrolujących, to co ty napisałaś to obiegło wszystkich mieszkańców – twoja ankieta to był panegiryk na cześć dyrekcji i od tej pory stałaś się sprzymierzeńcem dyrekcji a mnie utarto nosa. Ojej, Danusia mnie się wydawało, że jest tak jak mnie proszono żebym napisała. To byłoby tyle w temacie Marianny.

Już na drugi dzień przekonałam się i ja, że takie zachowania jak wyżej, czyli wchodzenie do pokoju bez uprzedzenia i ustaleń, to norma. Wracałam z miasta, chcąc otworzyć drzwi do swojego pokoju słyszę, że w nim ktoś jest; to Sławek, chodzi po pokojach i odkręca wodę w łazience. No niby nic. Obecność Sławka w jakimkolwiek pokoju to nic wielkiego. Drzwi otwierał mu kierownik administracyjny, Sławek nie wpadłby na taki pomysł samowolki. Czy nie grzeczniej byłoby poinformowanie mieszkańców, że będzie konieczne wejście do pokoju i poproszenie żebyśmy w nich byli albo zostawili klucz pokojowej. Grzeczniej na pewno, ale to świadczyłoby o wzajemnym szacunku a u nas wymaga się szacunku w jedną stronę. Szanownym panom nie przyszło do głowy, że w łazience mogłoby być coś dla mnie, czy dla kogokolwiek, krępującego, ale co tam jak wróciłabym z miasta pół godziny później to nawet nie wiedziałabym, że ktoś buszował po moim pokoju, to po co się fatygować. Dla wyjaśnienia – od dwóch tygodni nie możemy korzystać z prysznica, jest jakaś dezynfekcja wody. Dlatego Sławek chodzi co jakiś czas po pokojach i odkręca wodę. Podobno jeszcze tydzień musimy się pomęczyć a później sobie odbijemy.

Poza tym – Felka ma kota, dosłownie, wzięła sobie kota do pokoju, wychodzi z nim do atrium na spacery. Widać musi kimś opiekować się, Grzesiu już ma dosyć opieki na ciągłym rauszu a kot da radę.

Poznałam panią która zamieszkała w pokoju z którego ja uciekłam. Mocowała się z zamkiem przy drzwiach wejściowych, a ponieważ ten problem miałam obcykany to jej wytłumaczyłam co i jak. Okazało się, że nie jest zadowolona z tego pokoju tak samo jak ja byłam. Ma te same zastrzeżenia. Bałam się, że to ja jestem taka czepiająca się wszystkiego i z niczego nie zadowolona. Zaznaczam, że w pokoju o którym mowa, wiele rzeczy zostało naprawionych na moją prośbę przez Grzesia, niestety zostało też wiele mankamentów nie do naprawienia. Chociaż zamek w drzwiach wejściowych jest zdecydowanie do wymiany.

BUZIAKI !

Wolność !

Na tablicy ogłoszeń przeczytałam – jutro, czyli 17 maja ma się odbyć spotkanie Pani Dyrektor z mieszkańcami; tak więc po powrocie do pokoju zabrałam się do spisania postulatów jakie koniecznie trzeba będzie poruszyć. Jak znam życie nikt nie będzie zabierał głosu, chyba, że będą to hymny pochwalne. Od poruszania spraw trudnych jestem ja. Moje postulaty to : 1. możliwość wychodzenia z budynku bez ciągłego szukania chętnych do otwarcia drzwi, czyli powrót do korzystania z czipów. Temat wałkowany od miesięcy na różne sposoby, jednak jak poruszę go na zebraniu to może znajdę liczny odzew popierający ten postulat. Musiałam przerwać pisanie bo usłyszałam pukanie do drzwi, zapraszam więc i widzę Panią Kierownik Socjalną, która przyniosła mi czipa do drzwi wyjściowych i prosi o pokwitowanie jego odbioru. Szok i radość nieprawdopodobna – W O L N O Ś Ć ! ! Więzienie, jakim był nasz DPS od niemalże trzech lat, zostało otwarte, więźniowie wyjdą na wolność. Przez te trzy lata czuliśmy się ubezwłasnowolnieni. Te uniżone prośby o wszystko, to było bardzo upokarzające zwłaszcza dla tak rogatej i niezależnej duszy jak moja. Problem jednak w tym, że te czipy otrzymało tylko kilka osób. Rozumiem, że nie wchodzi w grę rozdawnictwo czipów ponieważ są ludzie których trzeba mieć pod stałą opieką i nadzorem, jednak są osoby które wychodzą starym sposobem, czyli na prośbę i ciągle mnie pytają jak ja wychodzę. Bardzo źle się czuję jak pyta mnie o możliwość posiadania czipa osoba mieszkająca przy samych drzwiach wyjściowych i samodzielnie wychodząca na spacery. Na razie tłumaczę, że czipy będą rozdawane sukcesywnie i odsyłam do Działu Socjalnego.

Po tak załatwionej sprawie wolności pozostałe dwa postulaty stały się prośbami do rozważenia a nie postulatami. Otóż drugim punktem wysuniętym przeze mnie była sprawa apteczki doraźnej, leków w razie natychmiastowej potrzeby. Na ten temat wypowiedziała się Pielęgniarka Przełożona, twierdząc, że taka apteczka jest, że musiałam coś źle zrozumieć. Tematu nie ciągnęłam. Nikt go nie podchwycił a zatem może to być nieporozumienie.

Trzecim tematem do rozważenia, który wywołał burzę, był temat nagłośnienia kaplicy. Nasz ksiądz, mówi bardzo cicho, i bardzo lubi mówić dużo, ponieważ mówi do mikrofonu który ma połączenie z głośnikami w pokojach to ci w pokojach go słyszą, w kaplicy natomiast nie ma odsłuchu w postaci głośników i klops – nic nie słychać. Słyszą go tylko osoby siedzące blisko ołtarza reszta śpi. Pewnie nie potrzebnie dodałam, że każda msza u nas to taka tabletka na sen. Cokolwiek się organizuje należy wziąć pod uwagę, że u ludzi w naszym wieku ze słuchem jest coraz gorzej. Do mojej wypowiedzi dołączyła się Marianna, która siedziała obok mnie, i dodała, że z tym nagłośnieniem jest coś nie tak bo w pokojach dla odmiany słychać tylko księdza i jest często głucha cisza jak ksiądz nic nie mówi. Tego Felce było już za wiele, wstała i zaczęła wrzeszczeć na nas – czego się czepiacie księdza i kościoła, ty Danka chodzisz do kościoła tylko od czasu do czasu a teraz to cię w ogóle nie wpuścimy, bo chodzisz tylko po to żeby szukać zaczepki. Ludzie, którzy siedzieli za winklem i nie słyszeli mnie tylko krzyki Felki, dołączyli do niej, żebym zostawiła księdza i kościół w spokoju. Pani Dyrektor stanęła w mojej obronie tłumacząc, że mówiłam o nagłośnieniu kościoła. Nic nie pomogło. No to ja zakończyłam – ty Felka, swoim stałym zwyczajem, już od rana jesteś na rauszu i po pijaku zapomniałaś włożyć zębów bo bulgoczesz i to od rzeczy. W ten sposób ludzie dowiedzieli się, że Felka nadużywa alkoholu i przestali ją popierać. Jeszcze nie tak dawno chodziła po kościele i przepraszała ludzi za tworzenie plotek i już zbiera grzeszki od początku. Z tamtych się wyspowiadała, nie ma ich, można od nowa. W między czasie krzyczała też, że powyrywałam wszystkie kwiaty. Nie wiedziałam o co chodzi, dopiero za kilka dni dowiedziałam się, że chodziło o ogródek który dla mnie szykował Grzesiu i wykarczował cały śmietnik kwiatowy a ja niczego nie posadziłam. Felka teraz ” opiekuje się ” Grzesiem to nie będę jej niczego tłumaczyła o tych wykopanych kwiatach, nie chcę wchodzić na cudzą ścieżkę miłości, która jest na początku drogi.

Pytanie i reprymenda

Oczywiście i pytanie i reprymenda była od czytelników mojego bloga i dotyczyła ostatnich wpisów dokonanych przeze mnie.

Pytanie dotyczyło chytrej techniki malowania obrazów, w moim wypadku portretów. Otóż, swego czasu mieszkały w naszym Domu aż trzy malarki – jedna była cwanym samoukiem a pozostałe dwie najprawdziwszymi, wykształconymi artystkami malarstwa. To Wanda, Marta i pani Ania. Ze wszystkimi paniami przyjaźniłam się, z Martą to nawet od 50 lat, ale malarstwem nie interesowałam się nigdy, ponad to, że lubiłam chodzić na wernisaże. Osobiście nie umiałam namalować nawet zwykłej, prostej kreski. Zawsze byłam pełna podziwu dla osób które miały wiele zainteresowań. Wanda, będąc tu w naszym Domu, malowała ludziom portrety i brała za to pieniądze. Portrety były zawsze w oszklonej ramce, tak więc nikt nie wiedział co jest pod szkłem. Nie mogłam się nadziwić, że tak wiernie odtwarzała wygląd osoby malowanej. Aż, któregoś dnia, będąc u niej w pokoju, odkryłam tą cwaną technikę, dzięki której każdy jest w stanie namalować co tylko chce. Przez przypadek powypadały z szuflady Wandy druki zdjęć osób które Wanda malowała. To były odbitki komputerowe formatu A4 z bardzo delikatną, prawie niewidzialną linią. A więc Wanda po prostu robi makijaż tym konturom i wychodzi z tego portret. Makijaż to ja potrafię zrobić, tak więc od dziś zaczynam malować portrety rodzinne. Zdjęcie z którego robimy odbitkę musi być czarno białe. Arkusz z odbitką cały przecieramy talkiem, leciutko, nie widocznie. Do makijażu używamy farb pastelowych, jedynie malując oprawę oczu używamy kredek ołówkowych. Pierwszym problemem okazały się usta – mam tylko kontur ogólny; czyli, że wszystko jest jak należy a jednak jest coś nie tak. Z tym problemem poszłam do Marty, czyli do fachowca, Marta wytłumaczyła mi, że muszę kreską oddzielić wargę górną od dolnej – od razu mimika została rozluźniona, a teraz w środeczku warg stawiasz kropkę i masz uśmiech MONA LIZY. Poradziła mi jeszcze żebym za każdym razem namalowała kilka portretów, rozłożyła je na dużej przestrzeni i z tych portretów wybrała najlepszy. I w ten sposób powstał cykl portretów rodzinnych, ale tylko kobiecych. Mężczyznom makijaż nie pasuje, od razu wyglądają jak homo, a czarno biały portret zdradza zdjęcie.

Reprymenda była za podchodzenie do nieznajomych psów, wszak nauczkę już miałam i to poważną. To prawda, w końcu przez miłość do czworonogów znalazłam się w Domu Opieki i wszelkie pogarszanie się stanu zdrowia jest również z tym związane. Na widok psa zapominam o Bożym świecie. Wchodzi we mnie taka radość, którą czuję całą sobą i zapominam o tym, że byłam wielokrotnie pogryziona. Zawsze to złe zachowanie się psa, tłumaczę złym prowadzeniem go przez właściciela albo przez moje nie właściwe podejście. Nigdy nie obwiniam psa. To jest ta właśnie ślepa miłość. Raz tylko pies, który powinien był odgryźć mi rękę, zgłupiał widząc moje zachowanie. Na furtce, za którą był pies pilnujący posesji, był napis ostrzegający przed złym psem; ale pies był taki piękny, że wyszukałam szparę w płocie żeby go pogłaskać. Pies podchodząc do mnie ostrzegał mnie warcząc i wystawiając kły. Jak zobaczyłam jego zęby zamiast się przestraszyć wpadłam w zachwyt, że są takie piękne – bielusieńkie, równiutkie. Aż krzyknęłam – jakie ty masz piękne zęby. Pies zgłupiał i zachwycił się mną. Innym razem będąc z całą rodziną na wczasach świątecznych w górach chcąc pogłaskać psa omal nie straciłam ręki. Cały pobyt miałam zepsuty. Moja dłoń miała kilka dziur na przestrzał. A pan tego psa, pochwalił swojego pupila, określając mnie głupią babą, i miał rację – weszłam na nieogrodzoną posesję i podeszłam do psa będącego na łańcuchu. Natomiast ostatnie przegryzienie mi ręki, to była wina właściciela psa. Pies był znacznie oddalony od swojego pana, szedł luzem, bez kagańca. Zawołałam go. pies spokojnie podszedł. Wystawiłam mu odwróconą swoją dłoń do powąchania, a w tym czasie jego pan przerażającym głosem krzyknął – niech pani nie wystawia ręki. Było za późno, rękę trzymała tylko skóra. I w ten właśnie sposób zaczęły się moje kłopoty zdrowotne o których jak widać zapomniałam.

I to byłoby na tyle. BUZIAKI !

Odpowiedź na komentarz z podpisem „Ja „

Bardzo, bardzo dziękuję za ten komentarz, który dotyczył mojego stanu zdrowia. Z porad jakie otrzymałam w tym komentarzu, wyraźnie wynika, że pisała do mnie osoba znająca się na medycynie. Wyobraźcie sobie, że porada medyczna jaka była zawarta w komentarzu dotarła do mnie szybciej niż porada lekarska w naszym Domu Opieki. Istotnie bez antybiotyku nie obeszło się. Ale już mam leki i po razie już je przyjęłam, od razu jest mi lżej .Noc z 6 na 7 maja, to pierwsza noc jako tako przespana od 23 kwietnia. Spać nie dawał mi kaszel, nie ustający i bardzo męczący. Przez ten kaszel nadwyrężyłam mięśnie gardła i przepony, ponieważ bóle ” techniczne ” tych narządów odczuwam cały czas. Ta moja choroba ukazała ogromne niedociągnięcie w naszej służbie zdrowia. Wyobraźcie sobie, że na przebywających u nas, 150 starych i chorych osób, nie ma w naszym Domu apteki, która służyłaby ludziom doraźnie. Z wielkim trudem pielęgniarka dyżurująca wieczorem 27 kwietnia, znalazła dwie tabletki żeby mi ulżyć. Jak powiedziałam o tym Pani Dyrektor to była bardzo zaskoczona. Czyżby ludzie nie zgłaszali tego problemu? Uważam, że w naszym Domu powinna być apteka z lekami doraźnej pomocy, wziętymi w komis. Nie może być tak, że jak pielęgniarka chce pomóc to musi kombinować. Pod warunkiem, że chce. Przecież za te leki udzielane nam w razie awarii, płacilibyśmy my sami. Ja nie widzę w tym problemu a nasza dyrekcja chyba widzi. W każdym razie nasz Pan Doktor został wezwany awaryjnie o cztery dni wcześniej, ponieważ takich chorych jak ja było bardzo dużo. Przepisał mi AzitroLek 500 mg, razem z synbiotykiem i Thiocodin, które po razie przyjęłam i od razu jest mi lżej.

W czasie trwania tej mojej choroby trafiła mi się przeprowadzka do mojego pierwotnego pokoju. Fizycznie było mi bardzo ciężko, ponieważ musiałam wszystko popakować, ale jak wszystko zostało wniesione to pomimo widoków powtórnej ciężkiej pracy – rozpakowywania i układania, poczułam ulgę, że jestem u siebie. Że nikt nie będzie chodził mi pod samym oknem; bo to tak jakby ludzie teraz chodzili po moim balkonie, taka odległość. Że znów mogę chodzić w negliżu nie zasłaniając okien nikt mnie i tak nie dojrzy. Że spokojnie mogę usiąść przy stole, który stoi pod oknem i zająć się czymkolwiek, nikt tego nie będzie widział. No i ta zawsze jednakowa temperatura, bez względu na porę dnia czy roku. Podczas trwania choroby, czyli ciągle jeszcze, nie byłam na dworze i nie ćwiczyłam. Myślę, że jeszcze tydzień będę taka do niczego, a po tygodniu będzie dobrze i wszystko wróci do normy.

Zauważyliście, że mój blog ma teraz inną oprawę. Ktoś się do niego dobrał i zniszczył wszystko, trzeba było wszystko tworzyć od początku. To już trzeci raz, taka niespodzianka. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po odtworzeniu bloga wchodzi on do sieci jakby od początku. Od początku tworzy się listę osób które go czytają i przez to nie mam męczącej reklamy. Reklamodawcy mają swoje komputery ustawione tak, że jak danego bloga czyta 50 000 internautów to reklamy wskakują z automatu. Jak liczba czytających przekracza 100 000 osób, to reklamami jest się zasypanym i zadręczanym. Tak właśnie było ostatnio z moim blogiem, godzinami musiałam kasować reklamy. Pisałam o tym, że apteki z całego świata wpisywały cały swój stan apteczny na mojego bloga w ramach reklamy. To samo było z różnymi innymi firmami. A teraz spokój. Od miesiąca miałam tylko trzy reklamy.

To byłoby na tyle, myślę, że za tydzień będę już zdrowa i pełna energii, no i że będę miała o czym pisać.

Miało być tak pięknie…

przecież to wiosna a ja niestety padłam. Jestem chora i to już od tygodnia. Okres na to chorowanie wybrałam nie najlepszy. Już w minioną sobotę zaczęło mnie brać, myślałam co tam przejdzie. W niedzielę było nie ciekawie tak więc w poniedziałek wybrałam się po leki do apteki w mieście. Kupiłam Rutinoskorbin, flegaminę, Polopirynę komplex. Miałam maść rozgrzewającą Eukalipto, no nie ma cudów to musi postawić na nogi. We wtorki przyjmuje u nas lekarz, ale mając takie leki dam radę. Błąd – nie poszłam do lekarza i nie dałam rady. W środę 27 IV padłam z tem. 39*C. I tu zaczęły się schody. Leki które miałam były za słabe, mną telepało ostro. Zadzwoniłam po pomoc do pielęgniarek, okazało się, że pielęgniarki w takich wypadkach są bezradne – nie mają żadnych leków; nie mamy apteki na czarną godzinę. Pielęgniarka z trudem zdobyła tabletkę która zbiła mi temperaturę i o dziwo był to Ibuprofen, lek przeciwbólowy, ale pomógł mi na kilka godzin. I teraz wyobraźcie sobie, że nasz lekarz będzie dopiero 10 maja – RÓBTA CO CHCETA kochani podopieczni. Siostra Przełożona zleciła zrobienie testu na covid, wyszedł negatywny, to zresztą radź sobie sama. Jeśli test wypadłby pozytywny to też musiałabym radzić sobie sama tyle, że odizolowana od ludzi. Pielęgniarka robiąca mi test spytała – jakie leki chciałaby pani z apteki? Nie mam pojęcia, te które myślałam, że pomogą to mam, to może ten Ibuprofen, no kurna nie wiem, w tym względzie jesteście ode mnie mądrzejsze. No to za dwa dni dostałam Ibuprofen i lecz się prababciu tak jak chciałaś. Wytrzymaj dwa tygodnie to później będzie z górki. Myślę, że wytrzymam, a jeśli nie to wybiorę się na SOR, czuję, że mam zaflegmione płuca – nie mogę leżeć na plecach, zamęcza mnie suchy, bolesny kaszel, który sięga aż do przepony. A ja myślałam, że jestem w Domu Opieki – ot głupia ty!

Wiosna 2022

Na telewizyjnych mapach pogody w naszym regionie jest szaro, buro i ponuro z ciągłymi opadami a w rzeczywistości jest pięknie, słonecznie i ciepło. WIOSNA. Wiosnę zwykle witam wizytą u fryzjera – trzeba jakoś wyglądać. Najpierw byłam na zwiadach i umówiłam wizytę. Trochę kiepsko ponieważ będą problemy z chodzikiem, nie ma gdzie go przypiąć a wejście do zakładu to 10 stromych chodów. Panie fryzjerki uspakajają mnie twierdząc, że wniosą chodzik bez problemu. O dziwo dostałam nawet do dyspozycji samochód, który mnie przywiózł pod zakład ale trochę za wcześnie. Zajrzałam więc do ciucholandu, poszperałam i z niczym wyszłam. Podchodzę pod zakład i widząc te schody pomyślałam, że przecież jest tyle sympatycznych ludzi na świecie, nie muszę wywoływać do pomocy fryzjerki. Zobaczyłam pana z wielkim pięknym psem, od razu zagadałam – proszę pana, ja potrzymam psa a pan mi wniesie chodzi do zakładu, oczywiście jeśli ta piękna psina pozwoli. Pies zaszczycony, że zwracam się z prośbą do niego wyraża swój zachwyt liżąc mnie w rękę. Pan chodzik wniósł, a ja stojąc z tą czarną „bestią” słyszę za plecami – a pani jak zwykle z psem, czy przypadkiem nie za duży jak na panią w takim wieku? Przypomniała mi się przygoda właśnie z psem owej pani, która mnie zaczepiła. Ale najpierw podziękowałam tej czarnej bestii którą trzymałam na smyczy za to, że użyczyła mi swojego pana do pomocy. Boże jak ja kocham psy! Przed laty, jak nie miałam swojego psa to zabierałam na poranne spacery jakiegoś psa sąsiadów. Owej pani, która mnie zaczepiła pod zakładem fryzjerskim, mąż prowadził kiosk pod moim blokiem i codziennie widziałam jak przychodzi do pracy przed 6 rano, ze swoim wilczurem, ten biedny pies siedział całymi godzinami w małym pomieszczeniu. Zaczęłam chodzić z nim na spacery. To był okres kiedy żona tego pana nie była w stanie wychodzić z psem, a ja i owszem i mogłam i bardzo chciałam. Trwało to przez kilka miesięcy. Zaprzyjaźniliśmy się z psiną i bardzo lubiliśmy nasze spacery. Minął jakiś czas. Pies już wychodził na spacery ze swoją panią ale o mnie nie zapomniał. Była 6 rano, ćwiczyłam sobie na stadionie leśnym takie babskie pompki jak z daleka zobaczył mnie mój pupil, zobaczył i przeraził się, że ja nie mogę się podnieść. Nie rozumiał tego podnoszenia się i opadania. Nie wiedział, że to ćwiczenie, myślał, że mam problem z podniesieniem się. Widziałam go z daleka jak zaczął się czaić. Szedł tak żeby mnie nie spłoszyć, cichutko, na ugiętych łapkach podszedł do mnie i jak jak byłam w pozycji uniesienia się on szybko wpełznął pode mnie i już nie pozwolił mi opaść. Po prostu mnie podniósł. Zaczęliśmy się cieszyć sobą. Pies był szczęśliwy, że mi pomógł wstać a ja, że psisko zostawiło wszystko żeby mi pomóc. Psy są bardzo mądre, miałam tego przykłady wielokrotnie. Powierzone mi psy chodziły ze mną bez smyczy, to one pilnowały żeby mi się nic nie stało. Jeśli odwróciłam się i szłam w drugą stronę pies bez problemów robił to samo. Kiedyś, przez jakiś czas ,chodziłam na spacery z innym psem i to on mnie prowadzał swoimi ścieżkami, ja szłam za nim. Szłam i gderałam – gdzie ty mnie ciągasz po takich wertepach, chcesz żebym się pokaleczyła, nie troszczysz się o mnie, ty egoisto – i tak dalej i tak cały czas. Pies mnie słyszał za sobą i był spokojny, . Naraz, ja przestałam mówić, pies odwrócił się coś tam po dziamgał na zasadzie – no mów coś, gderaj, dlaczego przestałaś; jeśli nie będziesz gderała to idź do przodu, żebym cię widział. No przynajmniej tak ja odbierałam to jego dziamganie. Innym razem idąc ulicą Fałata, zobaczyłam w ogrodzie, przed domem, nie znajomego mi psa. Oczywiście musiałam zaczepić go i pogadać – przyszedłeś w gości, nigdy cię tutaj nie widziałam, wiem, że nie powiesz mi jak się wabisz, ale ja nawet nie wiem czy jesteś chłopcem czy dziewczynką. Na to moje ostatnie zdanie pies podszedł do krzaczka, podniósł łapę i pokazał, że jest chłopcem. I jak tu nie kochać te wszystkie zwierzaki.

Mijają dni, tygodnie

…mija rok. Prawdziwe życie mija nas o krok. I z tym nam dobrze jest i nie jest i niby nic nie dzieje się … Tak zaczynają się słowa piosenki, śpiewanej w ubiegłym wieku przez Andrzeja Dąbrowskiego , z tym, że dalej jest informacja, że do zakochania już tylko jeden krok, a mnie przyszło do głowy, iż mimo upływu czasu podczas którego ludzie dorośleją, mądrzeją, to niestety nie zmieniają swoich charakterów. Może tylko tyle, że stają się powściągliwi i udaje im się trzymać nerwy na wodzy, choć nie zawsze, ale sympatii czy antypatii do kogoś, na dłuższą metę trudno ukryć.

Nie pomyślałabym, że podanie posiłku ma taki duży wpływ na apetyt konsumenta. Nie chodzi mi o estetykę nakrycia, czy wygląd potrawy, chodzi o humorek podającego. W czwartek ( 7 IV ) podająca posiłki, w tym wypadku obiad, wiedziała dobrze, że nie znoszę rozmrażanych, gotowanych warzyw, jako dodatku do drugiego dania, te same warzywa w zupie są okey, a tu trzask na stół ląduje gotowana zieleń na talerzu. Mówię – pani Danusiu, pani wie, że tego nie lubię. Ostry ton podającej przywołał mnie do porządku – to zostawi pani. Zostawiłam wszystko nie tknięte, straciłam apetyt. Jednak nie ma tego złego… bo dla mnie, a w zasadzie dla moich kilogramów, to bardzo dobra metoda na odchudzanie, ale nie wiem czy ogólnie to dobre podejście do konsumenta – podopiecznego. Chyba byłam zbytnio rozpieszczana przez naszych pracowników kuchni – zawsze miałam jakieś specjalne życzenie, które było spełniane i dla tego to podejście czwartkowe tak mnie zraziło. Te moje specjalne życzenia mieściły się w granicach posiłków już przygotowanych, na ogół dotyczyły zamiany gotowanych warzyw na surówkę, albo pominięcia mięsa i podania ziemniaków z masełkiem i koperkiem, do czego miałam swój jogurt. Nic ponadto, ale zawsze podane z życzliwością a tu taki afront, czyżby dawna Danusia wróciła. Pamiętam dobrze i nigdy nie zapomnę jak trzymała z ” hołotą ” w sprawianiu przykrości innym, w tym wypadku i mnie. Takich rzeczy się nie zapomina. Ona widocznie też to nosi w sobie, nie zapomina.

W poniedziałek zadzwoniła do mnie pani ze Stowarzyszenia Dzieci Wojny z prośbą żebym opisała życie mojej rodziny podczas II Wojny Światowej.. Wykręcałam się, tłumacząc, że ja urodziłam się jak wojna trwała już od dwóch lat a nikt z rodziny nie brał w niej udziału. Rodzeństwo było za młode a tatuś najpierw się ukrywał żeby nie trafić do obozu śmierci, a od maja 1941r. przesiedział w więzieniu NKWD. – za dużo sowietów zabił podczas I Wojny Światowej. Jednak pani nie ustawała w prośbach – coś pani wie, coś pani słyszała, a nawet to ciągłe ukrywanie się z całą rodziną – nalegała owa pani. A jak się już zgodziłam to okazało się, że to na wczoraj. Dzisiaj jest poniedziałek a w środę musimy materiał wysłać do naszej jednostki nadrzędnej. Trudno – jak trza to trza. Do Stowarzyszenia Dzieci Wojny zapisałam się w 2019. Opłaciłam składkę za rok, później przyszedł COVID byliśmy zamknięci, nie miałam możliwości uiszczania opłat a jak zebrały się zaległości to tego było za wiele do uregulowania i zrezygnowałam z przynależności. Jednak jak już napisałam i zaniosłam tę swoją twórczość do Stowarzyszenia to usłyszałam, że moje zaległości składkowe zostały w tym momencie anulowane, żebym nie rezygnowała z bycia ich członkiem, inaczej nie mogliby wykorzystać tego co napisałam a to ma być rozdział do książki którą mają zamiar wydać. To co napisałam to może być maleńki rozdzialik, to zaledwie pięć stron, ale innych, nie z frontu tylko z ciągłego ukrywania się i spotykania na przemian ludzi złych i ludzi odważnych i serdecznych. Także to moje pisanie nie było za darmo, to taka całkiem, całkiem dniówka.

Prima aprilis 2022r.

Mój prima aprilis rozpoczął się o godzinie 1. 30 w nocy. Smacznie sobie spałam jak usłyszałam w pokoju wołanie – pani Danusiu, pani Danusiu. Nie wiedziałam o co chodzi. Leżałam odwrócona do ściany, zanim się starocie przewróciło na drugi bok, zanim wygrzebało się spod kołdry to i trochę się rozbudziło. Co robi Rysiu w moim pokoju w środku nocy? Jak on wszedł ? Wiem, zamek w drzwiach szwankuje, ale żeby aż tak. Człowiek myśli, że się zamknął a tu gość. A gość swoje: pani Danusiu zadzwoni pani po pielęgniarkę. A ty sam nie możesz – spytałam. Widzi pani, że mam krwotok z nosa. Nie chciałam ciągnąć tematu bo obsztorcowałabym Rysia a to nie wróżyłoby dobrego początku sąsiedztwa. Więc starocie zaczyna rozruch. Trzeba wstać i znaleźć telefon. Zawsze na noc zostawiam go w ładowarce, ale gdzie ona jest. Trzeba trochę pomyśleć. Przecież to mój trzeci pokój w ciągu dwóch miesięcy jeszcze nie opanowany tak na chibił trafił. Aha, już wiem, wstaję – o cholera nie mogę się ruszyć, złapał mnie skurcz i to w obu łydkach. Przeszło. Mam telefon. Szukam do kogo mam zadzwonić – pod – p – jak pielęgniarki nie ma, gdzie mogłam wpisać. To nie pora na myślenie. A swoją drogą, Rysiu za nos się trzymał jedną ręką a drugą mógł użyć przycisku alarmowego. Dlaczego tego nie zrobił? A, przecież to mężczyzna, jak skaleczy się w palec to trzeba wzywać pogotowie a kilka osób musi skakać nad nim. Pal go licho, idę osobiście do pielęgniarek. A to jazda dwiema windami. Jakoś się ogarnęłam, za chodzik i idę. Przy windzie słyszę – pani Danusiu już nie trzeba, zadzwoniłem sam. Pozwólcie, że przemilczę. . . Każdy ktokolwiek mnie zna trochę dłużej niż od dziś, sądzi, że ciągle jestem taka hop do przodu. Poproszą o coś, nawet nie zauważą kiedy a to już załatwione. Absolutnie wszyscy tak mnie mnie traktują. Nikt nie widzi we mnie niedołęgi i nikt nie wierzy, że może być coś nie tak. Chodzik to jest moje widzi misię, a nie moja podpora życiowa. Dlatego nigdzie nie chodzę. Po kilku takich przykładach jak tej nocy może wreszcie zobaczą we mnie staruszkę. Bo nią jestem. Jak idę trzymając się chodzika i to korytarzem, to jestem jak dobrze naciągnięta struna, wszystko gra; ale tylko puszczę się chodzika to staję się rozchwianym drzewem z uszkodzonymi korzeniami. Oczywiście o spaniu już mowy nie było, tak więc prababcia włączyła telewizor, napełniła lampkę winem i pomyślała – róbta co chceta ale już beze mnie.

Boże, jak żałuję, że nie mam talentu Agaty Christi. Przeprowadzając wywiady z ludźmi trafiłam na nieprawdopodobny temat na kryminał. Niestety nie mogę go opisać, obowiązuje mnie, jak spowiednika, tajemnica. Jakbym to zrobiła to już nikt nie zwierzałby się przede mną. Może kiedyś. Sprawa dotyczy lat czterdziestych ubiegłego wieku. Wszelkie skutki zatarła wojna. Ale kryminał nie prawdopodobny z namiętną miłością w tle; a może wielka miłość i dwa morderstwa? Jakie podstępne te morderstwa. I wszystko zostało w rodzinie.

Grześ.

Nasz Grzesiu to taka złota rączka ze złotym sercem; porobił mi wszystko o co prosiłam i jeszcze więcej. To więcej to przełożenie na drugą stronę drzwi w lodówce, którą sobie właśnie kupiłam, oczywiście dzięki pani kierownik socjalnej. A to co Grzesiu robił dla mnie to zainstalowanie się w nowym pokoju. Jak już on wszystko porobił to zaczął poganiać mnie do roboty; chodzi mu o tę grzędę kwiatowo – śmietnikową. Ciągle słyszę – ma pani takie pole do popisu. Ja pomogę, wszystko wykopię, przekopię i będzie mogła pani robić po swojemu – mówi Grzesiu. A ja nie mam serca. Patrzę na swój stary ogródek zarośnięty niemiłosiernie a prymulki, w ogromnej ilości, kwitną aż serce się do nich wyrywa. Krzewy, które są zielone cały rok i przecudownie kwitną w kwietniu i maju ( nie znam nazwy tych krzewów) już się przygotowują żeby sobą zachwycić. Te krzewy mają zebrane kwiatki w takie grona jak owoce winogron. Kwitną na żółto i przepięknie pachną, a jak przekwitną to zostawiają czerwone owoce. Jeszcze miesiąc i wabić oczy będą irysy w czterech kolorach i liliowce a po nich ogromne dubeltowe maki. Niestety róże były posadzone na krótko przed zamknięciem nas w izolacji; przez cały rok nie wolno mi było wychodzić do ogródka, róże zginęły, były za młode żeby zostawić je bez opieki. Przez drugi rok mogłam wychodzić do ogródka tylko na prośbę i to w takich godzinach w jakich w moim ogródku nie dało się pracować. W nim można coś zrobić wyłącznie po południu, do południa w moim kąciku ogródkowym zawsze jest gorączka nie do zniesienia. Jak pomyślę, że w nim każde ziarenko piasku jest przyniesione prze mnie to serce boli, że to już na zmarnowanie. Przecież tam był śmietnik po budowie i najpierw trzeba było ten śmietnik zasypać; znosiłam ziemię i znosiłam a ona ginęła w gruzach. Przypomnę, że tworzyłam ogródek mając tylko jedną rękę sprawną i to lewą. Grzesiu patrzy na moją melancholię i zaczyna swoją śpiewkę – przecież tutaj może pani zrobić swoje cudo i już nie sama, pomogę we wszystkim. Żeby zakończyć temat spytałam – Grzesiu, ile ty masz lat? 59 – odpowiedział. To pogadamy za 21 lat, odpowiesz wówczas sam sobie – czy ci się chce cokolwiek robić. Nawet jeszcze 10 lat temu byłam pełna zapału, mimo, że sukcesywnie dostawałam po głowie. Każda iskierka zapału była tłumiona przez dyrekcję, to chyba nie ma co się dziwić, że brakuje mi chęci do robienia czegokolwiek i to od początku. Nawet swojego ogródka nie potrafiłabym doprowadzić do wyglądu sprzed dwóch lat. to zbyt ciężka praca jak na prababcię. Ogródek ma 36 m i położony jest na skarpie, z której w ubiegłym roku spadłam. Tak więc dziękuję bardzo ale nie skorzystam. Tęsknię nawet za pokojem w którym „trwa remont”chyba tęsknię za wszystkim co przemija. Pan kierownik już wie, że przebąkuję powrót do poprzedniego pokoju i zaczyna wymieniać zalety pokoju w którym obecnie mieszkam. Podstawowa zaleta to bezpośrednie wyjście z pokoju na zewnątrz – według pana kierownika. Nie będzie musiała pani nikogo prosić o otwarcie drzwi. Jak pan to sobie wyobraża – dla odmiany pytam ja, przecież te drzwi nie mają zamknięcia od zewnątrz. Mam zostawić otwarte mieszkanie i iść do miasta czy na spacer? Przecież przez te drzwi można wejść nie tylko do mojego pokoju, ale przez mój pokój na cały budynek. Pan kierownik nie brał tego pod uwagę, ale popyta co z tym można zrobić. Niestety, pomieszkałam kilkanaście dni i już mam dosyć. Rano jest przerażająco zimno, aż strach wyjść spod kołdry. Od godziny 9 do 15 – piekielnie gorąco. Teraz już nie do wytrzymania a co będzie latem? Na to Grzesiu – w upały w naszych pokojach było po 50 stopni. Jak pomyślę, że w moim starym pokoju było przez cały rok ciepło, nigdy gorąco i nigdy zimno. Przy zakręconych kaloryferach można było chodzić na golasa o każdej porze dnia i o każdej porze roku.

Widzę same dobre strony ale wszystkiego co było.

Muszę z szacunkiem napisać o naszej nowej pani kierownik socjalnej. Jest życzliwie do nas nastawiona i jak o coś się prosi to wysłuchuje i natychmiast pomaga. Wydaje mi się, że jest to u niej szczere; bo jej poprzedniczka udawała życzliwą a podłość od niej aż iskrzyła. Kto jej nie znał miał o niej dobre zdanie a kto poznał to aż się wzdrygał na myśl o szanownej. Obecnej pani kierownik życzę cierpliwości i wyrozumiałości do nas.

Prababcia hop do przodu

Dostałam wpis od kogoś podpisującego się – Gitara elektryczna, w tym wpisie był cytat Coelho ” Wielkie biografie powstają z ruchu do przodu i progresywnego pressingu a nie z oglądania się do tyłu „. Wnioskuję, z tego, że wpisu dokonała młoda osoba, ponieważ prababcia do przodu to za daleko nie zajdzie. Na dodatek ma to być ruch z naciskiem, parcie do przodu, czyli takie hop do przodu. Niestety, przed sobą nie wiele widzę, jeśli już to kompletną bezużyteczność i odtrącenie, za to za sobą zostawiam 80 lat, tak więc jest o czym rozmyślać. Nigdy nie pomyślałabym, że mój blog jest taką moją biografią, a faktycznie jest, wszystko o czym pisałam dotyczy mnie osobiście; pewnie nawet wielka biografia przecież to już kilometry stron. Natomiast wpisu dokonanego przez – gitarę akustyczną, nie mogłam ni jak dopasować do aktualnej treści bloga. Dopiero po dokładnym przeczytaniu zorientowałam się, że to ktoś kto zaczął czytać bloga, ponieważ wpis został umieszczony w Części II rozdziału 2. Dopiero po tym wpisie zorientowałam się, że ja często nie mogłam dopasować komentarzy do aktualnej treści, a to takie proste – czytelnicy są na różnym etapie czytania i komentują treść dla siebie aktualną a prababcia już zapomniała o czym pisała w pierwszych rozdziałach. Bardzo dziękuję, że piszecie i zmuszacie mnie do myślenia.

Powyższe dwa wpisy czytałam ponad tydzień temu, miałam zablokowane pisanie, ale jest już wszystko w porządku ( mam zdolnego wnuka). Jak po tygodniu weszłam na bloga byłam bardzo mile zaskoczona wpisami, kochani większość wpisów w języku polskim. W miarę czytania zachwyt pomalutku zanikał – dlaczego? a no dlatego, że były same ochy i achy nad moją pisaniną – i treścią i formą , no w ogóle cud, miód i orzeszki. A po przeczytaniu wszystkich czar prysł – to były szablony, ich treść powtarzała się wielokrotnie. Ja piszę od serca i tego oczekuję od Was. Nie muszą to być jakieś górnolotne słowa, mogą być nawet koślawe, ale niech wypływają z duszy, – z Twojej duszy a nie jakiegoś filozofa.

Jechałam autobusem do miasta jak podszedł do mnie miły pan ( chciałam napisać starszy pan, ale niestety ja już nie mogę używać takich określeń) i zapytał czy już się przeprowadziłam. Najpierw była konsternacja, jednak za chwilę olśnienie – to czytelnik mojego bloga. Wówczas odpowiedź brzmiała nie, ale to było w ubiegłym tygodniu, dzisiaj jestem już w nowym pokoju. Ludzie zasypują mnie pytaniem – no i jak ci w tym pokoju? A mnie jest w nim źle. Czuję się jak na wygnaniu. W nim nie ma przestrzeni, jest mniejszy i nie ustawny. Ponieważ przeprowadziłam się dopiero wczoraj to jeszcze męczy mnie fakt, że niczego nie mogę znaleźć, przeprowadzka była na łapu capu i pierwsze rozpakowywanie się również. Sąsiedzi pocieszają, że to minie. Że są walory tego pokoju, a mianowicie bezpośrednie wyjście przed dom; mówią, że to wyjście na taras, a ja uważam, że to wyjście na chodnik. Czuję się jakbym mieszkała na ulicy. Najlepszy był mój pierwszy pokój, żeby nie ta studzienka kanalizacyjna. Ponieważ drugi pokój był bardzo podobny, tylko z nieustawną łazienką ( nie mogłam wstawić pralki ) szybko do niego się przyzwyczaiłam. Do obecnego pokoju chyba się nie przyzwyczaję. Grzesiu, mój obecny sąsiad, pracuje nad tym żeby mi było wygodnie. Wymontował i zamontował w nowej łazience pralkę. Zmienił wysokość szafki, porobi montaż wszelkich ściennych dekoracji. A propos tych ściennych dekoracji – swego czasu namalowałam ( taką chytrą techniką ) portrety córek i swój, z czasów jak byłyśmy w najpiękniejszym okresie życia, córki miały po 18 lat a ja 40, portrety przeleżały w walizce kilkanaście lat a teraz je powieszę.

Siedzę i siedzę, myślę i myślę – czego najbardziej mi brak ? – jak śpiewa Beata Kozidrak. Odpowiedź brzmi – chęci do czegokolwiek. Normalnie, widząc zaniedbany wiosennie ogródek, rzuciłabym się w wir pracy, a dziś jest nie normalnie – no może za kilka dni posprzątam go i to wszystko. Nie wiem co w nim wyrośnie, poczekam aż rozkwitnie. A tak w ogóle to te wszystkie ogródki pod naszymi oknami to jeden wielki śmietnik – taki groch z kapustą. To jest około 30 metrowa grzęda która ma, na chwilę obecną, 14 właścicieli i każdy sadzi co chce; nic z nikim nie ustalając. Takie byle co zniechęcające do patrzenia na to.

BUZIAKI