Nagrabiłam to teraz mam…

Dziękuję, że napisaliście do mnie, żeby nie te wpisy to nie zmobilizowałabym się do pisania. Pytacie dlaczego tak rzadko piszę, czyżby nie było o czym? A no nie ma o czym, nic się nie dzieje. Chyba, że jako wydarzenie potraktuję swoje wyjście na cmentarz, a to jest godzina drogi w jedną stronę. Oczywiście w ten czas są wliczone moje możliwości. Ale spacer bez nadzoru, to jest dopiero ulga dla psychiki. Fizycznie niestety zrobiłam wysiadkę i już więcej na taką wyprawę nie pójdę. To było trzy godziny na nogach, chociaż z odpoczynkiem na chodziku to jednak już ponad moje siły. Po tej wyprawie odpoczywałam dwa dni a w ranek po wyprawie, po przebudzeniu dziwiłam się, że żyję. Teraz znów muszę o każde wyjście prosić i nie mam na myśli wyjścia po za teren naszego ośrodka tylko o wyjściu do swojego ogródka. Już przecież trzeba rozsadzić aksamitki i astry, a przede wszystkim powyrywać mlecze i to już po raz trzeci. Wiem, że zezwolenie będzie, ale prosić trzeba.

Wiele osób pisało o pogodzie, że zimno, że kto to widział żeby 3 maja padał śnieg. Kochani w ubiegłym roku 12 maja śnieg obficie zasypał co się dało. Pisałam, że wielką czapą położył się na moich liliowcach, które już tworzyły pączki. Ta czapa leżała trzy dni. Wszędzie już śnieg stopniał a na moich liliowcach leżał.

Jeden z moich znajomych pisał o pieniądzach. Jego mama była mieszkanką naszego Domu, zmarła już 12 lat temu a on dopiero teraz dowiedział się, że są po niej jakieś pieniądze. Podałam mu numer telefonu pod który ma dzwonić w sprawach finansowych, bo przecież nie do mnie. Teraz każdy ma swoje konto o którym nikt z rodziny nawet nie wie. Kiedyś rodzina miała jedno konto – bieliźniarka w szafie – i wszystko grało. Teraz małżeństwo musi być bardzo zgodne żeby miało wspólne konto, bo ile jest osób w rodzinie tyle i kont bankowych, przecież już dzieci mają konta a jak coś chcesz załatwić to przez Sąd. Tak właśnie musi postąpić ów znajomy

.Jeszcze kilka słów o nabożeństwach majowych. 7 maja nasz ksiądz poprosił mnie żebym w sobotę 8 maja poprowadziła majową ponieważ on w tym dniu nie będzie mógł przyjść, a ogłoszenia na kilku tablicach informują. że majowe są od poniedziałku do soboty codziennie to lepiej nic nie zmieniać. Zgodziłam się bardzo chętnie. Mnie nie trzeba długo prosić żebym coś zrobiła. Majowe w naszym DPSie prowadziłam, z przerwami od 20 lat bo jeszcze będąc na Pobycie Dziennym. W tym roku majowe prowadzi ksiądz i to codziennie. W ubiegłym roku ksiądz nie mógł do nas przychodzić – covid – więc ja z czystym sumieniem tym się zajęłam. W poprzednich latach, poprzedni ksiądz nie prowadził majowych w dzień powszedni, więc mogłam robić to ja. Teraz poprowadziłam majową raz i dostałam po głowie. Jak kościelny usłyszał o co mnie prosił ksiądz, wściekł się i bez pardonu naskoczył na mnie z pytaniem – czy ja wiem, że tu jest kaplica i co to znaczy kaplica. ( Już wiem, bo dla mnie to już naprawdę kaplica ). Pani Felicja, szefowa od kwiatów kościelnych, z oburzeniem i na cały głos wykrzyczała – ta to się wszędzie wepcha. Pomyślałam – no tak przecież to ich terytorium i jest to jedyna okazja żeby mi odpłacić za obsmarowanie ich na moim blogu. Nie zważali, że ludzie, że kościół i że oni niby tacy święci. Pomyślałam – nagrabiłaś prababciu 102 to teraz masz za swoje. Ksiądz ich udobruchał. Kościelny obiecał, że otworzy kaplicę o czasie, że włączy mikrofony i w ogóle wszystkiego dopilnuje. Owszem kaplicę otworzył. Mnie kilkukrotnie przypomniał co to znaczy kaplica a mikrofony to tak włączył jak kiedyś, podczas mojej choroby covidowej, pielęgniarka podłączała aparaturę tlenową – tak włączała żeby nie było włączone. Obeszło się bez mikrofonów. To było na złość ludziom leżącym w pokojach, nie na złość mnie. No ale nie zawsze myślenie towarzyszy chęci zemsty. Kościelny – czyli pan NIKT i Felicja, demonstracyjnie wyszli z kaplicy. Do końca majowej zostali ci którzy chodzą zawsze tam gdzie ja robię jakieś spotkania z muzyką. Biję się w piersi – moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Szkoda, bo każdy z nas ma piękne hobby – Felicja kwiatki, kościelny porządek w kaplicy, ja muzykę, można by to połączyć z pożytkiem. a tak to znów przestanę chodzić do kościoła. Dzisiaj – w niedzielę, wytrzymałam w kościele tylko kilka chwil; grupka pań utyskiwała na swoje choroby. Robiły to głośno ponieważ siedzimy z zachowaniem odległości, tak więc cały kościół musiał tego słuchać. Przyszedł ksiądz, myślałam, że skończą się rozmowy jak na targu, a tu nic z tego, ksiądz zaczął opowiadać co mu się śniło. Ponieważ ani jedno ani drugie mnie nie interesowało to przeżegnałam się i wyszłam. Zdecydowanie to nie moja parafia.

Nie wiem o co chodzi…

Jak tak dalej pójdzie to nie będę miała o czym pisać. 10 lat nękania i wszystkiego na NIE, zniknęło, nie ma. Jest wszystko na Tak. Nie mogę w to uwierzyć. Miałam sprawę urzędową do załatwienia – proszę bardzo, samochód do dyspozycji i pani Danusia pojechała i załatwiła wszystko co trzeba. Bardzo chciałam wybrać się na cmentarz; ostatnio byłam tam w listopadzie 2019r. a już rok 2021 – pytam czy to jest możliwe? I co słyszę – tak, oczywiście pani Danusiu, proszę się umówić z kierowcą i on panią zawiezie. Ale wrócić chcę sama – mówię. Co słyszę – dobrze pani Danusiu. Tak więc zaraz po 3 maja pojadę na cmentarz. Chciałabym w tych dniach świątecznych – 1, 2, 3, maja – móc chodzić na spacery do lasu. Oczywiście pani Danusiu, sama czy z kimś? Z panią Małgosią, wychodziłybyśmy o godzinie 11 i wracały na obiad. Dobrze. Zepsuł mi się zamek w mojej ulubionej bluzie polarowej; pamiętacie może co to było jak pralnia zepsuła mi zamek od płaszcza zimowego, jak mnie wówczas traktowano – jak natręta którego trzeba się pozbyć. A dzisiaj, grzecznie po pańsku pani Renatka powiedziała, że sprawdzi tylko czy mają taki zamek i pomyśli co da się zrobić. Zamek taki mają, więc nie muszę kupować, jednak wszyje go dopiero za kilka dni jak wrócą z urlopu koleżanki. MOŻNA ? MOŻNA. Jeszcze mogłabym wymieniać mnóstwo takich drobiazgów ale wraz z rozpamiętywaniem miłych gestów wracają wspomnienia z podłości. Niby jest pięknie, ja niestety nie zapomnę tego co było. Nie tylko ja byłam gnębiona i poniżana przez 10 lat ale każdy kto się do mnie zbliżył. Ani wtedy nie zasłużyłam na takie traktowanie, ani teraz na taką łaskawość. Ludzie którzy zachowują się raz tak a innym razem inaczej, są nie stabilni emocjonalnie, a z takimi nic nie wiadomo. Odbieram te łaskawości na każdym kroku i jeśli są one od osób które zawsze takie były to jest mi miło, jeżeli natomiast uniżony w stosunku do mnie jest mój dawny gnębiciel, to dostaję mdłości. Jeszcze żeby tak ktoś zdopingował mnie do prowadzenia majowych; nie ma mojej Eli i nie ma kto pogonić mnie do roboty. A to maj przecież. Ksiądz poprowadzi majowe w kaplicy, ale tylko dla kilku osób. Osoby te muszą być zaproszone przez księdza, ja niestety zaproszona nie byłam, mimo, że sama miesiąc temu proponowałam oprawę muzyczną na Majowych. Nie to nie.

Byłam na dwugodzinnym spacerze po lesie i ledwie żyję. Bolą mnie wszystkie kości, jednak mimo wszystko jutro i pojutrze pójdę na pewno. Przynajmniej wiem, że jak będę wybierała się na cmentarz to o własnych siłach tylko w jedną stronę, w obie już nie dam rady. Bardzo opadłam z sił. Pocieszam się, że to osłabienie po covidowe, że mogę czuć się słabiej jeszcze przez kilka miesięcy. Bo jak pomyślę, że tak może zostać, ta moja niemoc, to trafia mnie szlak.

Aktualności i wspomnienia

Zacznę niby od aktualności a jednak od wspomnień, czyli od jubileuszu naszej Gazety, nie gazetki tylko Gazety naszego miasta. Dawno jej nie czytałam, kiedyś tak, bo to nasza regionalna. Czytałam ponieważ ciekawa byłam o czym lub o kim, piszą. Żal ścisnął mi serce; Boże, przecież ja znałam wszystkich dziennikarzy i tych z gazet i tych z radia i tych tworzących w naszym mieście telewizję, i tych co pisali i tych o których pisali, a teraz nie znam nikogo. Nie wiem dlaczego, ale przypomniałam sobie, jak zepsuł mi się telewizor, jeszcze taki lampowy, one dość często się psuły, idąc do pracy wstąpiłam do telewizji, powiedziałam o problemie prosząc, że jakby ktoś znalazł czas i mógł mi go zreperować to klucz od mieszkania zostawiłam pod wycieraczką. Jak jeszcze nie było telewizji to wpadałam do radia z podobnymi problemami. Te dwie instytucje znajdowały się w obrębie naszego wspólnego podwórka. Z drugiej strony również były dziwne choć zwykłe prośby np. dwunasta w nocy, telefon z pytaniem – może zostało ci coś po obiedzie, jestem cholernie głodny a mam całonocny dyżur. Takie to były znajomości, najzwyklejsze w świecie. Wystawiałam delikwentowi, garnek z zupą, na taborecie, przed drzwiami mieszkania i szłam spać dalej. Ten ktoś zupę zjadł a garnek odstawił na miejsce. Domofonów nie było, na klatkę schodową można było spokojnie wejść i wyjść. Nie było też takich możliwości jak dziś z zamawianiem jedzenia pod wskazany adres. Prawie niczego nie było, a było fajnie. Ot, takie to wspomnienia mnie naszły. Dzisiaj wzięłam do ręki tę jubileuszową gazetę i ledwie ją mogłam utrzymać, taki ciężar. Czy ktoś widział kiedyś gazetę która ma 132 strony. Żeby określić jednym zdaniem jaka jest różnica pomiędzy gazetą sprzed pół wieku a tą dzisiejszą to stwierdzam, że żadna. I kiedyś i teraz tematy zaczynały się i kończyły w stylu – ” Matulu chwalą nas. Kto córuniu? Ty mnie a ja was „. Wiadomo jubileusz, a więc trzeba się pochwalić. Po przeglądnięciu gazety nie mogłam domyć rąk, takiej kiepskiej farby użyli drukarze – kiedyś również sami swoi. Na tyle sami swoi, że szef Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego, dzwonił do mnie z prośbą – Ty moja ” Matko Polko ” – (tak zwracał się do mnie, od kiedy wspólnie szukaliśmy mojej córki jak wybrała się na wagary, a była bardzo potrzebna do uświetnienia oficjalnego spotkania, swoim śpiewem ) – załatw mi przyspieszenie druku – prosił. Nie tylko dziennikarze i drukarze byli mi bliscy, oczywiście i przede wszystkim muzycy i kompozytorzy, do poetów również wpadałam z prośbą o tekst do piosenki. Bliscy mi byli również cenzorzy. Bardzo znany wszystkim wówczas cenzor, prowadzący rozrywkowy tryb życia, był wiecznie i u wszystkich znajomych, w taki czy inny sposób zadłużony, ale też każdy mu pożyczał czego ów pan sobie życzył. Np. przychodzi do mnie z prośbą – Danusiu pożycz. Ile? Ile możesz. Do kiedy ? Jak wiedziałam do kiedy to obliczałam ile potrzebuję dla siebie na ten czas, a resztę mogłam mu pożyczyć. Oddawał zawsze w terminie. Jak nie miał to pożyczył od kogoś innego ale dług oddawał zawsze wszystkim w porę. Z pięć lat temu dotarła do mnie informacja, że ów cenzor zmarł. Smutno mi się zrobiło, że nie byłam na pogrzebie. Pomyślałam, spytam rodzinę gdzie został pochowany i pójdę z kwiatkami. Dzwonię, odbiera córka, przedstawiam sprawę z nutą żalu w głosie a jego córka na to – pani Danusiu ,to ja może oddam słuchawkę tatusiowi. Wyśmialiśmy się do słuchawki oboje jak za starych dobrych czasów. Zawsze każde spotkanie z nim to było zrywanie boków ze śmiechu. No bo jak można traktować człowieka, na stanowisku, wykształconego, a składającego się niemal z samych wad, można tylko śmiać się do rozpuku. Wszyscy o których napomknęłam w tym wpisie, znaliśmy się jak przysłowiowe łyse konie. Każdy każdemu pomógł, choćby miał stanąć na głowie i nie za coś tylko po prostu. Boże jak dawno to było, a jakie to były piękne czasy i przepiękni, bezinteresowni ludzie, choć składaliśmy się niemal z samych wad.

Drugi temat to nasz Dom i jego renoma. Kompletne przeciwieństwo dawnej bezinteresowności. Teraz już gotowi by byli być bezinteresowni ale już za późno, opinia zepsuta. Dostałam kilka wpisów na ten temat, dlatego go poruszam. Dom jest gotów na przyjęcie nowych pensjonariuszy a chętnych brak. Na pensjonariuszy czeka około 30 wolnych miejsc. Ludzie przychodzą do MOPSU z prośbami o przyjęcie do Domu Opieki, otrzymują ofertę naszego Domu i ją odrzucają. Źle im się kojarzy. Żeby tak Pan Prezydent nie obrzucał mnie inwektywami jak go o wszystkim informowałam, tylko wziął je do serca, Dom miałby dobrą renomę. Nie raz słyszałam, że to mój blog podważył opinię. Kiedyś na miejsce w naszym Domu czekało się nawet 4 lata. Wszyscy chcieli do tego właśnie Domu. Ale nikt nie zwrócił uwagi, że terminy oczekiwań skracały się z roku na rok. Mądra głowa już tym powinna się zaniepokoić. Przeprowadzić analizę i znaleźć powód. Przed laty, wszystkie brudy zamiatano skrzętnie pod dywan, a było ich nieprawdopodobnie dużo. To co opisałam na blogu to tylko nie wielki procent świństw. I co, i każdy myślał, że jakoś to będzie. Gmina nie ma zysku ale my rządzący mamy. Teraz Gmina ma straty a rządzący nadal zyski, już nie takie, ale jednak. Nie wiem czy jeszcze Pana Prezydenta interesuje mój blog, kiedyś interesował i to bardzo. Do dziś mam pisma którymi Pan Prezydent straszył mnie sądem za niszczenie reputacji Domu. Nie będę przypominała kto tę reputację niszczył bo o tym jest mój blog. On właśnie dlatego powstał żeby Panu Prezydentowi otworzyć oczy.

PANIE PREZYDENCIE , moja rada. Na początek proszę wezwać na dywanik panią dyrektor Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej i proszę ją spytać skąd wytrzasnęła takie podgatunki ludzkie jak nasi psychiatrzy i siostra przełożona. Oni myślą wyłącznie o sobie niszcząc innych. O psychiatrach napisałam w liczbie mnogiej ponieważ i obecny i poprzedni psychiatra … i tu użyłabym najgorszych określeń jacy oni są lub byli. Oczywiście ci osobnicy działali i działają na zlecenie siostry przełożonej, ( ciągle tej samej ) a ona wie, że są to jej ostatnie podrygi w rządzeniu więc popisuje się na zasadzie – i co mi zrobicie, wy mi nic a ja wam mogę pokazać co potrafię. I pokazuje – chcesz jechać na zabiegi? Ale ja nie chcę, więc nie pojedziesz. Doznałaś udaru mózgu, no i dobrze, szybciej się ciebie pozbędziemy, a na twoje miejsce przyjdzie ktoś bardziej nam przydatny. Wszyscy wiedzą, że tak jest ale wiadomo, ręka rękę myje, a ja głupia ciągle mam nadzieję, że do czasu dzban wodę nosi.

Wojownicze Kosy

Codziennie rano jak jestem w atrium towarzyszą mi dwa kosy. Przyglądają mi się, a jak im przyniosę jakieś smakołyki to nawet mi zaśpiewają. To co zobaczyłam w sobotę – 10 kwietnia – przeszło moje wyobrażenie o ptakach. Nie wiele o nich wiem, tak więc po obejrzeniu sceny walki na patyczki, musiałam o nich trochę poczytać. Byłam pewna, że to walczyły samce chroniące swoje samice przed intruzami, okazuje się, że nie, to walczyły samice. To samice budują gniazda lęgowe i znoszą na nie budulec, a więc to one noszą w dziobach gałązki którymi przyszło im walczyć. Atrium to spokojne miejsce gdzie ptaki mogą żyć i zakładać swoje gniazdka lęgowe. I od lat było tu cichutko. Po za śpiewem ptaków nic, aż tu nieprawdopodobne zamieszanie. Łopot skrzydeł, pisk. Jak samice wezmą się za siebie to klękajcie narody. Dwie samice postanowiły wybudować gniazda nie daleko siebie a niestety nie tolerowały się na wzajem i żadna nie chciała ustąpić przez siebie wybranego miejsca. One tłukły się tymi patykami a samce przyglądały się z rozłożonymi ogonami jak cietrzewie podczas tokowania. Wreszcie jedna z nich ustąpiła, odfrunęła w inne miejsce, samce natomiast tylko złożyły swoje ogonki i nadal trwały w tym samym miejscu jak przed wojną samiczek. Dzisiaj 11 kwietnia, jeden z ptaków – nie wiem czy samiec czy samiczka – upomniał się o coś na dziób. Jak to pięknie i mądrze ptaszynka zrobiła; otóż, ja robiłam okrążenia a ptak cały czas dreptał przede mną. Podczas któregoś okrążenia ptaszysko odfrunęło i przysiadło w miejscu gdzie sypałam dla nich ziarna, pokazując w ten sposób, że coś tu nie gra, nie ma co dziobać. Głupio mi się zrobiło i jutro będę musiała coś przynieść.

Podglądanie ptaków to ogromna przyjemność. W ich postępowaniu jest tyle mądrości, że aż trudno uwierzyć. Jeszcze jak mieszkałam na Radiowej tygodniami podglądałam kaczora który uczył swoją partnerkę być dobrą matką. Wiosną wszystkie mamy – kaczki razem ze swoimi pisklaczkami, okupowały wysepkę na stawku i z tej wysepki uczyły swoje dzieci, wchodzenia do wody i pływania. Wszystkie mamy nadzorowały naukę pływania swoich pociech, a jedna mama jak tylko zobaczyła, że nikt z rodziny kaczej jej nie obserwuje, zostawiała dzieciaki i fru na plotki. Myliła się, była cały czas obserwowana przez swojego partnera, który natychmiast zjawiał się obok wyrodnej mamuni i dziobiąc ją w kuperek gonił do dzieci. Trwało to dość długo ale w końcu nauczył młodą mamę, bycia mamą. Po tygodniu pływała dumna ze swoimi dziećmi. Różnych ciekawostek z życia ptaków widziałam i mogłabym o tym w nieskończoność.

,Dość dużo komentarzy znalazłam na swoim blogu. Na ogół odnosiły się one do przyjaźni. Takie filozoficzne mądrości. Np. taka złota myśl – Żeby znaleźć przyjaciela trzeba przymknąć nieco oko, żeby go zachować trzeba przymknąć oba.- Myślę, że to odnosi się do zwykłej znajomości nie do przyjaźni. Do takiego powierzchownego kumplowania się, nigdy do przyjaźni. Jak mam chodzić w okół kogoś i przymykać oczy, albo w ogóle je zamknąć, to tylko sobie nabiję guza, a więc dzięki za taką przyjaźń. To, że przyjaźń może istnieć wyłącznie pomiędzy osobami o jednakowych dochodach, to powiedzmy, że coś w tym jest. Ktoś mi filozoficznie napisał o życiu – życie po prostu jest. Trzeba płynąć wraz z nim. – No płynę, kiepsko mi to idzie bo pływać nie umiem, tak więc unoszę się bezwiednie na fali. Kilka wpisów miałam takich, że nie wiedziałam do czego mam je dopasować. To były pochlebstwa, ale nie mogłam je nijak do czegokolwiek dopasować. Mam na myśli tekst bloga.

Do miłego…

Kwiecień plecień

Kwiecień plecień wybielił całą ziemię w okół naszego Domu. Przykrył białą pierzynką nasze ogródki. Wszystkie są jednakowe i te ukwiecone i te zaśmiecone. To jednak dopiero 6 kwietnia. Jak zwykle raniutko, zarzuciłam na siebie pelerynę i idąc na codzienną gimnastykę zobaczyłam swoje odbicie w oszklonych drzwiach. No istna ruska Katiusza, jestem nieprawdopodobnie gruba. Na pewno już ważę ze 100 kg. czy ten cholerny COVID nie skończy się nigdy. Czy ja ciągle będę tylko jeść i leżeć. Na pewno z każdym dniem przybywa mnie coraz więcej. Po śniadanku zajrzałam do swojego sztambucha, coś przecież robić trzeba, i znalazłam wierszyk o kwietniu. Wierszyk opatrzony datą 2003r. To już 18 lat temu, jak przyszła do mnie moja koleżanka ze swoją wnuczką, wówczas 8 letnią drugoklasistką., wyjątkowo zdolną dziewczynką, jeszcze zanim poszła do szkoły już umiała pisać i czytać. Ta ośmiolatka była dla mnie jak gdyby koleżanką po fachu – ja pisałam wiersze do szuflady a ona bajki. Bardzo lubiłam rozmowy z nią, czyli z Małgosią, jednak rozpoczynając rozmowę, zawsze musiałam najpierw spytać jak dzisiaj moja rozmówczyni, ma na imię. Ona od zawsze, budząc się wiedziała, że dzisiaj będzie miała na imię Jola albo Haneczka i właśnie bajka którą zamierzała dzisiaj napisać była o dziewczynce o tym imieniu. Jeśli budziła się jako Małgosia to znaczyło, że dzisiaj pisania bajek nie będzie. Osobie postronnej to taka sytuacja jest zabawna ale jej rodzinie wcale nie było do śmiechu. N.p. babcia mogła pół dnia wołać Małgosię a ona nie reagowała. Dopiero po jakimś czasie babcia zorientowała się o co chodzi. Zanim do tego doszło uznawała, że jej ukochana i jedyna wnuczka jest po prostu nie grzeczna. Któregoś dnia babcia Małgosi, cała w nerwach, wpadła do jej pokoju i w ostrych słowach wygarnęła co myśli o takim zachowaniu wnuczki i że odezwanie się w jakikolwiek sposób chyba nie byłoby takie trudne. Ty mnie doprowadzasz czasem do szału tym swoim zachowaniem. A Małgosia, ze stoickim spokojem, odpowiedziała – Babciu, ty wołałaś Małgosię a ja dzisiaj mam na imię Jagna. I teraz mam do ciebie tak właśnie się zwracać zawsze – spytała babcia. A Małgosia na to – nie, na pewno nie zawsze, ale jak długo to nie wiem, może dzień, a może dwa, a może jeszcze dłużej. Po prostu rano mnie spytaj jak mam na imię, może właśnie będę Małgosią. Swoich bajek Małgosia nie pokazała nigdy i nikomu a do mnie przyszła z prośbą. Otóż, pani nauczycielka poprosiła dzieci żeby przygotowały coś o miesiącu kwietniu. Jakieś przepowiednie, przysłowia, może jakieś wierszyki. Teraz to panna Małgorzata usiadłaby do komputera i gotowe, a wówczas trzeba było kombinować . I Małgosia wykombinowała, że jej przyszywana babcia napisze wierszyk o kwietniu, wówczas jej praca będzie zupełnie wyjątkowa. No i napisałam wierszyk dla ośmiolatki.

Kwiecień – Plecień 2003

Coś, błysnęło słoneczkiem, zapachniało kwiatkiem, zaćwierkało wróbelkiem, przeleciało wiatrem. Coś deszczykiem skropiło, kolorami nęciło – co to było? Co to było? Naraz śniegiem zawiało, chłodem przeniknęło i zginęło. Nie, nie zginęło, ostro trzyma – to zima? Nie, to plecień, czwarty miesiąc roku, który nie wie kim jest i tak miesza po trochu. Trochę zimą postraszy, trochę wiosną przygrzeje i z nas wszystkich po prostu się śmieje

.Niestety nie umiem, komputerowo, napisać wiersza z właściwą jemu szatą graficzną, żeby ten wierszyk miał kształt wiersza; dlatego on wygląda tak jak wygląda. Jednak miesiąc kwiecień co roku jest podobny do siebie. Dzisiaj – 8 kwietnia, obudziłam się później niż zwykle, o godz. 5,45 i żeby wyjść na gimnastykę o stałej porze musiałam się sprężyć. Wyjrzałam przez okno a tam cud zimy. Było nieprawdopodobnie pięknie. Śnieg padał wielkimi płatkami a dokoła było bielusieńko. Jakim cudem śnieg się utrzymywał to nie wiem, według mnie było ciepło – powyżej zera. Zachwycona tymi ostatnimi podrygami zimy ćwiczyłam i spacerowałam z ogromną przyjemnością.

Zmiana czasu

,Mam bardzo dziwny organizm, od dwóch tygodni czekałam na zmianę czasu jak na zbawienie. Od dwóch tygodni budziłam się coraz wcześniej. Doszło do tego, że godzina 3.30 to dla mnie pora na rozpoczęcie dnia. Przecież to istne wariactwo, zwłaszcza dla osoby, która nie ma nic do roboty. Po zmianie czasu ta 3.30 stała się godziną w pół do piątej, a to już zupełnie co innego. Po ćwiczeniach „łóżkowych” – czyli ćwiczeniu nóg w pozycji leżącej, prysznicu i kawce, o godzinie 6. 50 wyruszyłam, w pelerynie, bo lało, do atrium na swoją codzienną gimnastykę. Mój organizm kocha deszcz a w atrium jest miejsce z zadaszeniem pod którym można spokojnie i z rozmachem ćwiczyć. Wczoraj, czyli w dzień przed zmianą pogody, ze słonecznej na deszczową, ledwie ćwiczyłam. Połowę ćwiczeń opuściłam a dzisiaj 28 marca, w deszczową niedzielę, przerobiłam ćwiczenia podwójnie. We mnie, wraz z deszczem, wstępuje nowe życie. Moje córki zawsze mi powtarzały – u ciebie mamo, wszystko jest nie tak jak u normalnych ludzi, wszystko na odwrót. Przyznaję, coś w tym jest. Nie tylko aura wpływa na mnie nie tak jak na większość ludzi, nawet szczepionka na covid poprawiła moją odporność z którą miałam problemy już od lat. N.p. już od paru lat temperatura moja ciała oscylowała zawsze w granicach 35 st. Zanim do tego doszłam, że to u mnie normalka, to zwalałam winę na termometry, że już w aptece mają zepsute, aż wreszcie zwróciłam uwagę, że termometry nie wskazują temperatury poniżej tylko powyżej 35 st. Od czasu przechorowania i podwójnym zaszczepieniu się na covid temperatura moja jest zawsze w granicach 36,6 st. Jeszcze kilka miesięcy temu, każde moje wyjście na balkon zimą bez odpowiedniego ubrania się, kończyło się przeziębieniem; teraz jest wszystko w porządku nawet pracując teraz, w marcu, w ogródku, w samym podkoszulku, żadnego przeziębienia. O tym, że głos mój się poprawił to już pisałam. Tak więc jestem taka ” szywarat na wywarat”. Nie tylko u mnie nastąpiła zdecydowana poprawa w zdrowiu, po szczepieniach. Np. Jadzia Jel. bardzo chory człowiek- ma SM, cukrzycę i łuszczycę; czy wiecie, że po szczepionkach zniknęła u niej łuszczyca. Tak więc szczepcie się kochani bo to zdrowie i dla Was i dla osób towarzyszących nam w życiu.

Przed oknem mam już kolorowo; kwitną, w dużej ilości, prymulki. Ogródek jest czyściutki, wiosenny. Dostałam kolorowy prezent od P. Dyrektor – dwie piękne sadzonki bratków. Myślałam, że to z puli kwiatów do wysadzenia przed naszym Domem, okazuje się, że nie, przed naszym Domem, nic nie kwitnie, a w doniczkach po kwiatach zeszłorocznych, są tylko śmieci, u mnie zaś czyściutka i kwitnąca wiosna. To dlatego P. Dyrektor proponowała mi przeprowadzkę do tak zwanego nowego skrzydła; miałabym zamieszkać na parterze z bezpośrednim wyjściem z pokoju przed Dom i z ogródkiem przed samymi drzwiami. Ogródek miniaturowy ale na długość 14 pokoi. Znając mnie, wiedziała, że zadbałabym o to żeby było tam kwitnąco. Niestety nie wszyscy mieszkańcy tych czternastu pokoi dbają o wygląd swojego ogródka. Mieszka w tym skrzydle nasz Grzesiu, który dba o porządek a jeszcze jakbym tam zamieszkała ja, to byłoby jak należy, zwłaszcza, że ogródki te widoczne są od ulicy, mój ogródek widoczny jest tylko dla mnie a jest kilkukrotnie większy.

To byłoby na tyle. Wszystkim czytelnikom tego blaga życzę zdrowych Świąt .

Sukces i szczęście

” Sukces polega na tym, że zdobywa się to co się chciało. Szczęście polega na tym, że podoba się to co się ma „. Taki wpis znalazłam w swoich komentarzach; przykro mi ale ani jedno ani drugie nie pasuje do mojej obecnej sytuacji, ani do mojego charakteru. Sukcesy dotyczą młodych którzy do czegoś dążą, ja mam siedzieć cicho i przytakiwać. To i tak cud, że nie jestem z tych co przytakują, tylko walczą o swoje i moim sukcesem może być tylko to, że mimo przeciwności trwam przy swoim, czyli, że jestem sobą. Ktoś może nazwać to głupotą i pewnie będzie miał rację, ja jednak, uważam, że również mam rację w takim a nie innym postępowaniu. To tyle o sukcesach, natomiast o szczęściu to nawet grzech pisać. Co może powiedzieć o szczęściu stary człowiek zamknięty od roku w czterech ścianach a dokoła niego umierający ludzie. W naszym Domu, tak jak i w całym kraju, jest trzecia fala pandemii. Mam być szczęśliwa, że jestem zdana na innych, że swoje upodobania mam schować w butonierkę. Nie nie jestem szczęśliwa, po prostu jestem z tym pogodzona ale jak tylko zwrócona zostanie mi moja wolność, natychmiast wrócę do swoich upodobań, wówczas będziemy mogli porozmawiać o szczęściu, ale będą to tylko chwile szczęścia złapane w locie.

Uparliście się żeby mi wmówić, że jestem szczęśliwa i że jest pięknie . Tym razem dostałam wpis z pięknem w tle – cytuję: ” życie jest straszne ale ja postanowiłem, że jest piękne „. Ani nie jestem zachwycona pięknem życia, ani nie czuję się szczęśliwa; ot po prostu trwam pogodzona z rzeczywistością. Nie rozmyślam nad swoim losem, robię wszystko żeby się zmęczyć fizycznie a później usatysfakcjonowana odpoczywać. Pracownicy śmieją się ze mnie, że skoro świt lecę na swoją gimnastykę jak do roboty. Ćwiczę tak długo aż się zmęczę. Po śniadanku i odpoczynku znów idę się pomęczyć, tym razem do ogródka. Po takich zajęciach z przyjemnością oddaję się rozrywce, ale żeby się zachwycać nad życiem to nie przyszło mi do głowy.

Po za szczęściem i pięknem życia, jeszcze powinna być nadzieja a ja ją tracę razem z odchodzącymi osobami. Np. odejście Eli zabrało mi nadzieję, że będę robiła to co kocham robić – programy słowno muzyczne. Ela codziennie mnie wypytywała o czym będzie następny program. Co nam będziesz opowiadała? Jak przychodziłam na miejsce spotkań to grupka ludzi już na mnie czekała. Ta grupka cieszyła się na mój widok. Jak mówiłam to słuchali, jak chciałam żebyśmy wszyscy śpiewali, to tak było. Niestety, mam taki charakter, że mnie trzeba o wszystko poprosić, sama w nic nie wejdę. Owszem buntowałam się przeciwko zakazom dyrekcji o prowadzeniu moich spotkań, ale najpierw to byłam o te spotkania poproszona przez ewentualnych słuchaczy i obiecałam, że spotkania będą a później buntowałam się przeciw zakazom dyrekcji. Nie wiem co będzie dalej, przecież liczba codziennych zachorowań podcina skrzydła – na dzień 26 marca nowych zachorowań było ponad 35 ooo, dla nas oznacza to, że nic nam nie wolno, że mamy tylko jeść i spać.

Odpowiedź dla Moniki

Twój wpis brzmiał z dziwną pretensją. Dziwisz się, że ja i nie tylko ja, chcielibyśmy robić zakupy sami i w mieście. To jest bardzo dziwne, że się dziwisz. Uważasz, że my to nie ludzie. Sklepik który prowadzisz to sklepik spożywczy, a nie tylko chlebem człowiek żyje. Piszesz, że przecież jeśli czegoś nie ma to można zamówić i będzie. Przypomnij sobie, że nawet jak zamawiałam, to po tygodniu usłyszałam nie ma, a chodziło o czepek do kąpieli, czy taśmę klejącą. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile zakupów robią nam pracownicy. Ostatnio pan Krzysztof kupił mi żelazko, żarówki, włóczkę. Potrzebuję bieliznę, której mi nie kupisz, a nawet nie chciałabym żeby mi ją ktoś kupował. Ktoś kupował mi krzyżówki, niby nic no przecież Jolki, niestety zupełnie nie te. Ktoś kupował mi wkłady żelowe do długopisów, i znów nie takie jakbym chciała, ktoś jeszcze kupował mi konturówkę, niestety nie to. Ja nie muszę się godzić na byle co. Mam swoje upodobania i przy nich zostanę.W miniony poniedziałek, na wymienione trzy pozycje, pozycje spożywcze typu mleko, kawa – na wszystkie usłyszałam – nie ma. Kupiłam produkt zastępczy – śmietankę w proszku, niestety nie lubię, ale już kupiłam. Ciekawa jestem co byś odczuła jako klientka na odpowiedź sprzedawczyni – nie ma, nie ma, nie ma. Ja ciebie rozumiem a ty mnie nie rozumiesz. Ostatnio jak chciałam kupić baterie do pilota usłyszałam, że muszę zamówić bo nie ma. Zawsze były. Przypominam, zamawiałam i po kilku dniach usłyszałam – nie ma. A jak poproszę Krzysia to mam co potrzeba za godzinę. Jednak my się wstydzimy ciągle prosić. Marzymy o tym żebyśmy mogli po prostu kupić sami. Dotknąć, obejrzeć i kupić albo i nie. Po za tym, przecież my nawet nie wiemy co w tym twoim sklepiku jest, my towaru nie widzimy. Żebym nie zobaczyła, że Zosia kupiła winogrona, to w życiu nie pomyślałabym, że je masz, bo nigdy nie było. Mam nadzieję, że zrozumiałaś moje niezadowolenie, bo ja rozumiem, że nie masz zaplecza, żadnego magazynu, że towar musisz kupować i przywozić sobie sama ( w końcu za ten trud narzucasz marżę )i że twoja praca jest uzależniona od widzi mi się dyrekcji – ty nakupujesz towaru a po pół godzinie usłyszysz, że sklepik trzeba zamknąć do odwołania. Ja to wszystko rozumiem a ty mnie nie rozumiesz – że szlak mnie trafia bo od ponad roku jestem zamknięta i co bym nie robiła to wszystko jest kontrolowane, moje wyjścia czy moje zakupy, które przechodzą przez czyjeś ręce a jeszcze ktoś się dziwi, że nie podoba mi się to. No nie podoba i to bardzo, a na słowo – nie ma – dostaję cholery.

Chandra

Od kilku dni miałam chandrę – to stan przygnębienia, apatii, zniechęcenia do życia, uczucie smutku, nudy i beznadziejności. Płakać mi się chciało nad swoim losem. Nie pocieszał mnie fakt, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji, że cały świat jest nieszczęśliwy. Mam jednak dziwnie dbający o mnie, charakter. Trzy dni chandry wystarczyło żebym zaczęła myśleć co z tym fantem zrobić a nie tylko użalać się nad sobą. W tym celu, w poniedziałek 15 marca wybrałam się do p. Dyrektor żeby mi pozwoliła wychodzić do mojego ogródka, bo zwariuję, a z wariatami różnie bywa. Pozwolenie otrzymałam, tak więc już od wtorku – 16 marca wychodzę na godzinkę do ogródka. Ogródek, jako taki, już mnie nie cieszy, to wyjście do niego to tylko wyjście z pokoju, to powietrze i ruch. Nie wiele zdziałam przez godzinkę, ale jestem przez ten czas na powietrzu. Głównie oto mi chodzi – ruch i powietrze. Pierwszego dnia wróciłam po godzinie wykończona. A już drugiego dnia, o dziwo, wcale nie. Nie położyłam się do łóżka padnięta, tylko zrobiłam sobie kawkę i siadłam do komputera. A w komputerze dziesięć wpisów na moim blogu – dwa wpisy od moich sąsiadów z ul. Radiowej, którym bardzo dziękuję, że pamiętają o mnie, i osiem reklam na najnowocześniejsze testy do wykrywania korona – wirusa. Z tych reklam wynika, że blog nie jest czytany, ale jest potrzebny do umieszczenia reklam. Oczywiście nic z tego, reklamy powędrowały do kosza. Z radości, że mam dwa wyjścia z pokoju – chandra zniknęła – rano skoro świt na godzinkę na gimnastykę do atrium, dwie godziny później do ogródka na godzinkę i już ewentualnie można żyć. Jeszcze żeby można było raz w tygodniu wyjść do miasta po zakupy to byłoby już git. Czy to tak dużo. W naszym Domu jest co najwyżej 10 osób, które wybrałyby się do miasta. Osoby rozsądne, wiedziałyby, że maseczka jest niezbędna i odległość od ludzi również. Można by zawieźć nas pod jakiś sklep wszystkich i przywieźć wszystkich całych i zdrowych z powrotem. Żeby jednak aż tak pójść na rękę podopiecznym to trzeba kochać ludzi i wiedzieć, że my mimo, że starzy i nikomu nie potrzebni to mamy jakieś potrzeby żeby żyć. Poczekam aż spadnie liczba dziennych zachorowań i zasugeruję to p. Dyrektor. Jak na razie to liczba 27 278 nowych chorych na dzień 18 marca, przeraża. Ponieważ 19 marca śnieg obficie zasypał wszystko co się da, do ogródka wyjść nie mogłam, zrobiłam obchód po korytarzach. Naliczyłam 35 wolnych miejsc, czyli, że było tyle zgonów. Zmarła też moja jedyna koleżanka – Ela. Szłam korytarzem z bólem w sercu i ze spuszczoną głową, rozmyślając o Eli, o tym, że zamknięci w pokojach nie wiemy nawet co się dzieje w okół nas, jak zaczepił mnie ksiądz i zaprosił na drogę krzyżową do kaplicy. Poprosiłam księdza żebyśmy tę drogę krzyżową poświęcili tym co odeszli. Ksiądz się zgodził więc poszłam; przy okazji zorientowałam się, że korona wirus nie zabrał mi głosu,że śpiewając mój głos brzmiał czysto i dźwięcznie a maseczka przekazywała ten głos dalej, na cały kościół wzmacniając go jak mikrofon.

Kłamstwo jako oręż

Bardzo dziękuję za wszelkie komentarze, 6 marca, jak otworzyłam stronę swojego pamiętnika, doznałam szoku ilością wpisów i reklam. 7 marca analogiczna sytuacja, 8 marca znów. Ten ogrom reklam świadczy o tym, że ilość czytelników znacznie wzrosła. Podobno firmy mają tak ustawione swoje komputery, że jak na jakimś blogu liczba czytelników przekracza ileś tysięcy to ów komputer z automatu wysyła mu swoje reklamy. Niestety takie tajniki w moim komputerze odkrywał wnuk, a teraz nie mam z nim bezpośredniego kontaktu. U mnie wszystkie reklamy wędrują do kosza. Mój pamiętnik ma inną misję do spełnienia. Tymi reklamami zniechęciłabym do czytania. Pisząc bloga ciągle liczę na to, że przeczyta go ktoś kto w jakikolwiek sposób wpłynie na metodę zatrudniania osób kierujących DPSami, że kontrole które weryfikują pracę kierownictwa Domów będą z prawdziwego zdarzenia. Że kontrolujący zaczną wierzyć pensjonariuszom takich Domów a nie zakłamanej kadrze kierowniczej. Z dyrekcją takich Domów trzeba rozmawiając korzystać z wariografu, bo są nauczeni stwarzać pozory cudownie ciepłych osób. Ciągle wierzę, że wreszcie znajdzie się ktoś taki, kto korzystając z serca i rozumu, zajmie się weryfikacją kierownictwa DPS a moi kochani czytelnicy utwierdzają mnie w tym, że dożyję takiej chwili i będę miała satysfakcję. Nawet wszelkie straszenia dają mi pewność, że ta moja pisanina ma sens. Niestety, nikogo z porządnych i wpływowych ludzi ten blog nie interesuje. Interesują się nim tylko ci wpływowi, którym ja przeszkadzam. Ciągle chętnie mnie straszą, a ja ciągle mam nadzieję, że spełni się mój zamysł. Jeśli miało by się to stać jak już mnie nie będzie, to też warto było.

W komentarzach było kilka wpisów z zapytaniem – czy dostałam odpowiedź z SANEPIDU. Niestety nie. Podejrzewam, że za wcześnie doręczyłam kopię pisma naszej dyrektorce. Teraz pisma do urzędów w mieście, wrzuca się do skrzynek na korespondencję. Moje pismo zostało wrzucone w piątek a już w poniedziałek dostarczyłam kopię naszej dyrekcji. Przy swoich szerokich znajomościach mogła spowodować wybranie pism ze skrzynki przez swoich znajomków. A wtedy szukaj wiatru w polu. Pani dyrektor jednak zdradziła się jaką linię obrony wybrała, tak na wszelki wypadek. Wykrzyczałyśmy to sobie na wzajem na korytarzu DPSu. To miało miejsce jak ja urwałam się ze smyczy i zrobiłam samowolkę z wypadem do miasta. W zamiarze miałam oficjalne wyjście z Domu i w związku z tym wybrałam się do pani dyrektor żeby ją o tym poinformować. Spotkałyśmy się na holu głównym, więc zagaiłam, że szłam do niej z informacją, że chcę się wybrać do miasta. W końcu jestem zdrowa i dwukrotnie zaszczepiona tak więc założę maseczkę i idę. Czekałam na ten moment 11 miesięcy. A pani dyrektor na to – zadzwonię do SANEPIDU i spytam czy może pani to zrobić. We mnie strzelił piorun. Sądziłam, że tylko powie mi kilka uwag i będzie życzyć miłego wyjścia; przecież od momentu szczepień zapewniała mnie, że będę mogła wyjść, a tu taka niespodzianka. Tak więc pełnym, silnym, opartym na przeponie głosem i z saturacją płuc w 98 % -zapytałam – a jak zrobiła pani magazyn wirusów na moim korytarzu, to zadzwoniła pani wówczas do SANEPIDU żeby spytać czy można? A ona ni z gruszki ni z pietruszki – jak zrobiliśmy ten magazyn to pani była już chora. ( czyli, że chodziło wyłącznie o mnie ), a ja na to – sięga pani po swoją jedyną oręż jaką pani dysponuje – kłamstwo. Jak to wszystko wyglądało można łatwo udowodnić. To wszystko jest u pani w dokumentach jak również odnotowane jest na moim blogu, kiedy zachorowałam ja, kiedy zmarł Józef a kiedy zachorowała Julia. Pani Danusiu, ale od poniedziałku mają być nowe obostrzenia. To od poniedziałku, a dzisiaj jest piątek. I pani Danusia p o o o s z ł a …

Mój pamiętnik okazał się bardzo przydatny w wyjaśnieniu kłamstw pani dyrektor. ( Od dziś częściej będę wpisywała daty). Z niego wynika, że pan Józef zmarł 24 listopada. W tydzień później jego pokój został wykorzystany do składowania używanej odzieży ochronnej. 8 grudnia były pobierane wymazy od mieszkańców z naszego korytarza i nie tylko. Byłam zdrowa. W kilka dni później p. Julia już była chora na COVID. Nam nic o tym nie powiedziano a Julię natychmiast przeniesiono na inny oddział. 18 grudnia opiekunka która opiekuje się nami z radością stwierdziła, że u nas wszyscy są zdrowi i teraz tylko będzie pilnowała żeby nikt do nas nie przychodził. 24 grudnia Helenka była jeszcze zdrowa a jak ja zachorowałam, co wykazały wymazy z 31 grudnia, to Helenka już nie żyła. Nie żyje też i pani Julia. Tak więc zachorowałam jako ostatnia, a to dlatego, że od lat mam zwyczaj zatykania szpar w drzwiach kocem. To nawyk który pozostał mi z tych najgorszych czasów, kiedy przez szpary w drzwiach wpuszczano mi gaz usypiający i przesyłano mi anonimy grożące oszpeceniem. Tym razem te zatkane szpary zatrzymywały w jakimś stopniu przeniknięcie wirusów. Śmierć Julii i Helenki, powinna obciążyć sumienia pań, które podjęły decyzję o stworzeniu magazynu wirusów na korytarzu o największym zagęszczeniu mieszkańców. Są cztery korytarze na których pokoje są po jednej stronie, nie tak jak u nas po obu stronach korytarza. Są korytarze znacznie szersze od naszego i na każdym z tych korytarzy są wolne pokoje i wreszcie są pomieszczenia po hydroterapii i fizykoterapii. Dlaczego wybrano właśnie nasz korytarz? Ja to odbieram jako nieudany atak na mnie, a śmierć Julii i Helenki to skutki uboczne.

W poprzednim wpisie pisałam o nowych zachorowaniach i o tym, że ktoś tę zarazę przyniósł do osób leżących. Pofolgowałam nawet ze swoją wyobraźnią kto to mógł zrobić ( skasowałam te swoje przypuszczenia ). Pisałam też, że nasz personel jest – chyba – cały zaszczepiony. Okazało się, że niestety ze szczepieniem personelu jest gorzej. Część personelu była szczepiona po raz pierwszy, dopiero teraz 5 marca. Tak więc była możliwość przekazywania wirusów. Dziwi mnie bardzo fakt, że nie zaszczepiony personel może wchodzić i wychodzić gdzie chce a my zaszczepieni dwukrotnie nie możemy nawet pójść na spacer.