Odpowiedź dla Moniki

Twój wpis brzmiał z dziwną pretensją. Dziwisz się, że ja i nie tylko ja, chcielibyśmy robić zakupy sami i w mieście. To jest bardzo dziwne, że się dziwisz. Uważasz, że my to nie ludzie. Sklepik który prowadzisz to sklepik spożywczy, a nie tylko chlebem człowiek żyje. Piszesz, że przecież jeśli czegoś nie ma to można zamówić i będzie. Przypomnij sobie, że nawet jak zamawiałam, to po tygodniu usłyszałam nie ma, a chodziło o czepek do kąpieli, czy taśmę klejącą. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile zakupów robią nam pracownicy. Ostatnio pan Krzysztof kupił mi żelazko, żarówki, włóczkę. Potrzebuję bieliznę, której mi nie kupisz, a nawet nie chciałabym żeby mi ją ktoś kupował. Ktoś kupował mi krzyżówki, niby nic no przecież Jolki, niestety zupełnie nie te. Ktoś kupował mi wkłady żelowe do długopisów, i znów nie takie jakbym chciała, ktoś jeszcze kupował mi konturówkę, niestety nie to. Ja nie muszę się godzić na byle co. Mam swoje upodobania i przy nich zostanę.W miniony poniedziałek, na wymienione trzy pozycje, pozycje spożywcze typu mleko, kawa – na wszystkie usłyszałam – nie ma. Kupiłam produkt zastępczy – śmietankę w proszku, niestety nie lubię, ale już kupiłam. Ciekawa jestem co byś odczuła jako klientka na odpowiedź sprzedawczyni – nie ma, nie ma, nie ma. Ja ciebie rozumiem a ty mnie nie rozumiesz. Ostatnio jak chciałam kupić baterie do pilota usłyszałam, że muszę zamówić bo nie ma. Zawsze były. Przypominam, zamawiałam i po kilku dniach usłyszałam – nie ma. A jak poproszę Krzysia to mam co potrzeba za godzinę. Jednak my się wstydzimy ciągle prosić. Marzymy o tym żebyśmy mogli po prostu kupić sami. Dotknąć, obejrzeć i kupić albo i nie. Po za tym, przecież my nawet nie wiemy co w tym twoim sklepiku jest, my towaru nie widzimy. Żebym nie zobaczyła, że Zosia kupiła winogrona, to w życiu nie pomyślałabym, że je masz, bo nigdy nie było. Mam nadzieję, że zrozumiałaś moje niezadowolenie, bo ja rozumiem, że nie masz zaplecza, żadnego magazynu, że towar musisz kupować i przywozić sobie sama ( w końcu za ten trud narzucasz marżę )i że twoja praca jest uzależniona od widzi mi się dyrekcji – ty nakupujesz towaru a po pół godzinie usłyszysz, że sklepik trzeba zamknąć do odwołania. Ja to wszystko rozumiem a ty mnie nie rozumiesz – że szlak mnie trafia bo od ponad roku jestem zamknięta i co bym nie robiła to wszystko jest kontrolowane, moje wyjścia czy moje zakupy, które przechodzą przez czyjeś ręce a jeszcze ktoś się dziwi, że nie podoba mi się to. No nie podoba i to bardzo, a na słowo – nie ma – dostaję cholery.

Chandra

Od kilku dni miałam chandrę – to stan przygnębienia, apatii, zniechęcenia do życia, uczucie smutku, nudy i beznadziejności. Płakać mi się chciało nad swoim losem. Nie pocieszał mnie fakt, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji, że cały świat jest nieszczęśliwy. Mam jednak dziwnie dbający o mnie, charakter. Trzy dni chandry wystarczyło żebym zaczęła myśleć co z tym fantem zrobić a nie tylko użalać się nad sobą. W tym celu, w poniedziałek 15 marca wybrałam się do p. Dyrektor żeby mi pozwoliła wychodzić do mojego ogródka, bo zwariuję, a z wariatami różnie bywa. Pozwolenie otrzymałam, tak więc już od wtorku – 16 marca wychodzę na godzinkę do ogródka. Ogródek, jako taki, już mnie nie cieszy, to wyjście do niego to tylko wyjście z pokoju, to powietrze i ruch. Nie wiele zdziałam przez godzinkę, ale jestem przez ten czas na powietrzu. Głównie oto mi chodzi – ruch i powietrze. Pierwszego dnia wróciłam po godzinie wykończona. A już drugiego dnia, o dziwo, wcale nie. Nie położyłam się do łóżka padnięta, tylko zrobiłam sobie kawkę i siadłam do komputera. A w komputerze dziesięć wpisów na moim blogu – dwa wpisy od moich sąsiadów z ul. Radiowej, którym bardzo dziękuję, że pamiętają o mnie, i osiem reklam na najnowocześniejsze testy do wykrywania korona – wirusa. Z tych reklam wynika, że blog nie jest czytany, ale jest potrzebny do umieszczenia reklam. Oczywiście nic z tego, reklamy powędrowały do kosza. Z radości, że mam dwa wyjścia z pokoju – chandra zniknęła – rano skoro świt na godzinkę na gimnastykę do atrium, dwie godziny później do ogródka na godzinkę i już ewentualnie można żyć. Jeszcze żeby można było raz w tygodniu wyjść do miasta po zakupy to byłoby już git. Czy to tak dużo. W naszym Domu jest co najwyżej 10 osób, które wybrałyby się do miasta. Osoby rozsądne, wiedziałyby, że maseczka jest niezbędna i odległość od ludzi również. Można by zawieźć nas pod jakiś sklep wszystkich i przywieźć wszystkich całych i zdrowych z powrotem. Żeby jednak aż tak pójść na rękę podopiecznym to trzeba kochać ludzi i wiedzieć, że my mimo, że starzy i nikomu nie potrzebni to mamy jakieś potrzeby żeby żyć. Poczekam aż spadnie liczba dziennych zachorowań i zasugeruję to p. Dyrektor. Jak na razie to liczba 27 278 nowych chorych na dzień 18 marca, przeraża. Ponieważ 19 marca śnieg obficie zasypał wszystko co się da, do ogródka wyjść nie mogłam, zrobiłam obchód po korytarzach. Naliczyłam 35 wolnych miejsc, czyli, że było tyle zgonów. Zmarła też moja jedyna koleżanka – Ela. Szłam korytarzem z bólem w sercu i ze spuszczoną głową, rozmyślając o Eli, o tym, że zamknięci w pokojach nie wiemy nawet co się dzieje w okół nas, jak zaczepił mnie ksiądz i zaprosił na drogę krzyżową do kaplicy. Poprosiłam księdza żebyśmy tę drogę krzyżową poświęcili tym co odeszli. Ksiądz się zgodził więc poszłam; przy okazji zorientowałam się, że korona wirus nie zabrał mi głosu,że śpiewając mój głos brzmiał czysto i dźwięcznie a maseczka przekazywała ten głos dalej, na cały kościół wzmacniając go jak mikrofon.

Kłamstwo jako oręż

Bardzo dziękuję za wszelkie komentarze, 6 marca, jak otworzyłam stronę swojego pamiętnika, doznałam szoku ilością wpisów i reklam. 7 marca analogiczna sytuacja, 8 marca znów. Ten ogrom reklam świadczy o tym, że ilość czytelników znacznie wzrosła. Podobno firmy mają tak ustawione swoje komputery, że jak na jakimś blogu liczba czytelników przekracza ileś tysięcy to ów komputer z automatu wysyła mu swoje reklamy. Niestety takie tajniki w moim komputerze odkrywał wnuk, a teraz nie mam z nim bezpośredniego kontaktu. U mnie wszystkie reklamy wędrują do kosza. Mój pamiętnik ma inną misję do spełnienia. Tymi reklamami zniechęciłabym do czytania. Pisząc bloga ciągle liczę na to, że przeczyta go ktoś kto w jakikolwiek sposób wpłynie na metodę zatrudniania osób kierujących DPSami, że kontrole które weryfikują pracę kierownictwa Domów będą z prawdziwego zdarzenia. Że kontrolujący zaczną wierzyć pensjonariuszom takich Domów a nie zakłamanej kadrze kierowniczej. Z dyrekcją takich Domów trzeba rozmawiając korzystać z wariografu, bo są nauczeni stwarzać pozory cudownie ciepłych osób. Ciągle wierzę, że wreszcie znajdzie się ktoś taki, kto korzystając z serca i rozumu, zajmie się weryfikacją kierownictwa DPS a moi kochani czytelnicy utwierdzają mnie w tym, że dożyję takiej chwili i będę miała satysfakcję. Nawet wszelkie straszenia dają mi pewność, że ta moja pisanina ma sens. Niestety, nikogo z porządnych i wpływowych ludzi ten blog nie interesuje. Interesują się nim tylko ci wpływowi, którym ja przeszkadzam. Ciągle chętnie mnie straszą, a ja ciągle mam nadzieję, że spełni się mój zamysł. Jeśli miało by się to stać jak już mnie nie będzie, to też warto było.

W komentarzach było kilka wpisów z zapytaniem – czy dostałam odpowiedź z SANEPIDU. Niestety nie. Podejrzewam, że za wcześnie doręczyłam kopię pisma naszej dyrektorce. Teraz pisma do urzędów w mieście, wrzuca się do skrzynek na korespondencję. Moje pismo zostało wrzucone w piątek a już w poniedziałek dostarczyłam kopię naszej dyrekcji. Przy swoich szerokich znajomościach mogła spowodować wybranie pism ze skrzynki przez swoich znajomków. A wtedy szukaj wiatru w polu. Pani dyrektor jednak zdradziła się jaką linię obrony wybrała, tak na wszelki wypadek. Wykrzyczałyśmy to sobie na wzajem na korytarzu DPSu. To miało miejsce jak ja urwałam się ze smyczy i zrobiłam samowolkę z wypadem do miasta. W zamiarze miałam oficjalne wyjście z Domu i w związku z tym wybrałam się do pani dyrektor żeby ją o tym poinformować. Spotkałyśmy się na holu głównym, więc zagaiłam, że szłam do niej z informacją, że chcę się wybrać do miasta. W końcu jestem zdrowa i dwukrotnie zaszczepiona tak więc założę maseczkę i idę. Czekałam na ten moment 11 miesięcy. A pani dyrektor na to – zadzwonię do SANEPIDU i spytam czy może pani to zrobić. We mnie strzelił piorun. Sądziłam, że tylko powie mi kilka uwag i będzie życzyć miłego wyjścia; przecież od momentu szczepień zapewniała mnie, że będę mogła wyjść, a tu taka niespodzianka. Tak więc pełnym, silnym, opartym na przeponie głosem i z saturacją płuc w 98 % -zapytałam – a jak zrobiła pani magazyn wirusów na moim korytarzu, to zadzwoniła pani wówczas do SANEPIDU żeby spytać czy można? A ona ni z gruszki ni z pietruszki – jak zrobiliśmy ten magazyn to pani była już chora. ( czyli, że chodziło wyłącznie o mnie ), a ja na to – sięga pani po swoją jedyną oręż jaką pani dysponuje – kłamstwo. Jak to wszystko wyglądało można łatwo udowodnić. To wszystko jest u pani w dokumentach jak również odnotowane jest na moim blogu, kiedy zachorowałam ja, kiedy zmarł Józef a kiedy zachorowała Julia. Pani Danusiu, ale od poniedziałku mają być nowe obostrzenia. To od poniedziałku, a dzisiaj jest piątek. I pani Danusia p o o o s z ł a …

Mój pamiętnik okazał się bardzo przydatny w wyjaśnieniu kłamstw pani dyrektor. ( Od dziś częściej będę wpisywała daty). Z niego wynika, że pan Józef zmarł 24 listopada. W tydzień później jego pokój został wykorzystany do składowania używanej odzieży ochronnej. 8 grudnia były pobierane wymazy od mieszkańców z naszego korytarza i nie tylko. Byłam zdrowa. W kilka dni później p. Julia już była chora na COVID. Nam nic o tym nie powiedziano a Julię natychmiast przeniesiono na inny oddział. 18 grudnia opiekunka która opiekuje się nami z radością stwierdziła, że u nas wszyscy są zdrowi i teraz tylko będzie pilnowała żeby nikt do nas nie przychodził. 24 grudnia Helenka była jeszcze zdrowa a jak ja zachorowałam, co wykazały wymazy z 31 grudnia, to Helenka już nie żyła. Nie żyje też i pani Julia. Tak więc zachorowałam jako ostatnia, a to dlatego, że od lat mam zwyczaj zatykania szpar w drzwiach kocem. To nawyk który pozostał mi z tych najgorszych czasów, kiedy przez szpary w drzwiach wpuszczano mi gaz usypiający i przesyłano mi anonimy grożące oszpeceniem. Tym razem te zatkane szpary zatrzymywały w jakimś stopniu przeniknięcie wirusów. Śmierć Julii i Helenki, powinna obciążyć sumienia pań, które podjęły decyzję o stworzeniu magazynu wirusów na korytarzu o największym zagęszczeniu mieszkańców. Są cztery korytarze na których pokoje są po jednej stronie, nie tak jak u nas po obu stronach korytarza. Są korytarze znacznie szersze od naszego i na każdym z tych korytarzy są wolne pokoje i wreszcie są pomieszczenia po hydroterapii i fizykoterapii. Dlaczego wybrano właśnie nasz korytarz? Ja to odbieram jako nieudany atak na mnie, a śmierć Julii i Helenki to skutki uboczne.

W poprzednim wpisie pisałam o nowych zachorowaniach i o tym, że ktoś tę zarazę przyniósł do osób leżących. Pofolgowałam nawet ze swoją wyobraźnią kto to mógł zrobić ( skasowałam te swoje przypuszczenia ). Pisałam też, że nasz personel jest – chyba – cały zaszczepiony. Okazało się, że niestety ze szczepieniem personelu jest gorzej. Część personelu była szczepiona po raz pierwszy, dopiero teraz 5 marca. Tak więc była możliwość przekazywania wirusów. Dziwi mnie bardzo fakt, że nie zaszczepiony personel może wchodzić i wychodzić gdzie chce a my zaszczepieni dwukrotnie nie możemy nawet pójść na spacer.

Pakt

Najpierw kilka słów o Korona wirusie w naszym Domu. Niestety ludzie znów zaczynają chorować. Musiałam przeprowadzić wywiad czy osoby chore były szczepione – dlaczego zachorowały? Okazało się, że chorują i tacy co byli zaszczepieni i ci co nie byli. Wszystkie te osoby, to osoby leżące, ktoś ich obdarował tą panoszącą się zarazą przychodząc do ich pokoju. Bardzo to jest przykre. Może osoby zaszczepione i mimo to chorujące, wytworzyły za mało antyciał. Może leki które przyjmują obniżają ich odporność ? W każdym razie już nawet nadziei jest coraz mniej. Nasz personel jest w całości ( mam nadzieję) zaszczepiony.

W nawiązaniu do poprzedniej strony, mówiącej, co nie co, o przyjaźni, znalazłam w komentarzach wpis którego treść bardzo mi się spodobała cytuję – Przyjaźń między kobietami jest niczym więcej jak paktem o nieagresji. – Myślę, że nie tylko między kobietami, zwłaszcza tu w DPSie takie określenie przyjaźni jest bardzo adekwatne. Ludzie bardzo różne sytuacje międzyludzkie nazywają przyjaźnią. N.p. mojemu zięciowi wystarczy kilka sympatycznych rozmów z kimś i już ta osoba jest określana mianem przyjaciela. Ja natomiast przez całe swoje życie – w końcu osiemdziesięcioletnie, tylko trzy osoby nazwałam przyjaciółmi, ponieważ dla mnie przyjaźń to jest bardzo wielkie słowo. Ostatnio wyraźnie odczuwam, że łączy mnie ze wszystkimi mieszkańcami, taki właśnie pakt o nieagresji. Nikt z mieszkańców nie robi mi żadnych świństw. Po 10 latach życia w bagnie poczułam się czysta, nikt mnie nie opluwa, nie wyzywa. Moje „wielbicielki” wybrały się już na tamten świat, jeśli nie zupełnie to jedną nogą już tam są. Nie podpisałabym takiego paktu z jedną z mieszkanek, z Felicją ani z jej absztyfikantem, ponieważ są to sprzedawczyki; dla kieliszka wódki sprzedadzą każdego, ale np. z Panem NIKT, który był prawą ręką mojego największego, nie żyjącego już, wroga to taki pakt mogłabym podpisać. Jest on teraz naprawdę Panem NIKT. Samotnym i zupełnie nie groźnym. Już nie biega z pismami do dyrektorki, nikt go do tego nie zmusza. Słyszałam rozmowę pana NIKT z Zygmuntem, w ogóle nie ma porównania rozmowa sprzed roku czy dwóch lat a rozmowa dzisiaj. Pan NIKT bardzo cierpliwie przysłuchiwał się każdemu słowu Zygmunta, a zrozumieć go jest bardzo trudno i mało komu starcza na to cierpliwości. A zatem jest to całkiem znośny, człowiek który był pod złym wpływem. Jego wadą jest słaby charakter, uległość. Chociaż muszę przyznać, że pani NIKT umiała jak nikt inny, podporządkowywać sobie ludzi. Ludzie ci z pełną pokorą jej usługiwali i wykonywali wszelkie sugestie czy wręcz polecenia. Najpierw, przez wiele lat jej paziem była Maria Kar. – obrzydliwa postać, wszystkie polecenia wykonywała z naddatkiem; wygryzła ją z tego zaszczytnego stanowiska Brońka, aż wreszcie tę fuchę przejął pan NIKT i pełnił ją aż do śmierci zleceniodawczyni świństw wszelakich. Przy nim pani NIKT poczuła się wysoce dowartościowana, w końcu to mężczyzna, całkiem przystojny i o 20 lat młodszy. Jeśli zaś chodzi o dyrekcję, to z nimi paktu nie podpiszę. Co innego jak posuwa się do robienia świństw stary, samotny, schorowany człowiek, który na coś liczy, chce być zauważony, a co innego jak staremu człowiekowi robi świństwa ktoś młody, wykształcony i na stanowisku. Na ten temat również znalazłam kilka interesujących wpisów w moich komentarzach, cytuję – Gdyby któraś z pań decydentek miała ludzkie odruchy, nigdy nie zaszłaby tak daleko. Zarządzanie DPSami to duże pieniądze a pieniądz przyciąga zło i to zło w czystej postaci zarządza nami.

Luty 2021

Kocham cię w tym roku mój ty luty srebrny, Jesteś mroźny, śnieżny, wietrzny, w swej aurze niezmienny. Malkontent narzeka, że w lutym jest zima, że śnieg we dnie pada a nocą mróz trzyma. Przez chwilę zawiodłeś, odwilżą i pluchą, To czynność przedwiośnia, mówię ci na ucho. Robisz wstyd naturze, człowiek też tak czyni, Szybko to naprawiaj zanim miesiąc minie.Dajesz fory wiośnie żeby przymroziła, żeby swe kałuże śniegiem opruszyła. Plucha, mżawka, chlapa to marcowa sprawa Nie słuchaj zmarzlaków, w śnieżki nas zabawiaj.

Słuchajcie zmarzlaki co wam teraz powiem: ” Gdyby luty pofolgował, marzec by go reperował” ” Gdyby luty ciepły był i po wodzie wiosna późno by przyszła i o chłodzie” ” A gdy luty mrozy daje, wróży wielkie urodzaje”.

Więc kochajcie moi mili – śniegi zimą, kwiaty wiosną, słońce latem, A jesienią złote liście, w lutym zaś – niech nas wszystkich mróz przyciśnie.

Ten wierszyk napisałam w lutym 1999r. Chyba czułam się szczęśliwa jeśli miłością ogarniałam nawet miesiące. W tym roku jest ze mną gorzej. Nadal zachwycam się mroźnym lutym ale coraz częściej wyściubiając nos spod kołdry. Przecież od grudnia do 26 stycznia miałam to kwarantannę to izolację. 28 stycznia już byłam zaszczepiona, myślę, że stanowczo za wcześnie bo ten fakt odchorowałam bardzo. Przez 8 dni byłam całkowicie padnięta. Z każdym dniem nabierałam siły po to żeby znów zmusić organizm do tworzenia antyciał – 18 lutego miałam drugie szczepienie. Na szczęście to drugie przechorowałam tylko przez jeden dzień, ale po tym wszystkim, do pełnych sił będę długo dochodzić. W ciągu siedmiu tygodni cały czas walczyłam z tą zarazą. Optymistycznie patrząc na ten stan rzeczy, to jeśli wygrałam trzykrotną walkę z tą zarazą, to znaczy, że nie ma na mnie mocnych. A wracając do mojego wierszyka i do porzekadeł ludowych to wniosek nasuwa się jeden – zima wróci, a u mnie w ogródku już irysy wysuwają noski do słońca.

W komentarzach dostałam znów filozoficzny wpis – ” Przyjaciel to ktoś kto przychodzi, gdy inni wychodzą”. Kochani, tu u nas w DPSie nie ma przyjaciół. Każdy myśli o sobie. Jeśli ktoś do kogoś się zbliży to w jakimś celu. A ponadto, nam prawie od roku nie wolno było nawet siebie odwiedzać. Unikamy siebie. Taką psychozę zasiali w nas zarządzający naszym Domem. Oni nie mają pomysłu na nas więc zamykają i mają święty spokój. W poniedziałek – 24 lutego, nie wytrzymałam – uciekłam z DPS i poszłam pieszo do miasta. W końcu jestem zdrowa, a czy silna to musiałam sprawdzić maszerując przez dwie i pół godziny. Dałam radę, wróciłam zmęczona ale i nieprawdopodobnie szczęśliwa. Jak psiak, który zerwał się ze smyczy. Oczywiście z maseczką chirurgiczną na nosie i ustach. Teraz niestety znów będziemy w zamknięciu mimo szczepień – trzecie nasilenie pandemii. Będę musiała świecić przykładem żeby dyrekcja zapomniała o mojej nie subordynacji.

Ostatnio dostaję bardzo dużo komentarzy, na ogół nawiązujących do filozofii życia. Bardzo za nie dziękuję i jednocześnie przepraszam ale czytam tylko wpisy w języku polskim, a dostaję je z całego świata. Nie uczyła się babcia języków to teraz ma za swoje.

Życie moje…

Jak tylko napiszę w swoim pamiętniku, o tych co odeszli, albo szykują się do tej drogi, od razu dostaję wpis w komentarzach z myślą Roberta Cody – ” Miej odwagę żyć, umrzeć każdy potrafi”. Czyżby z mojego pamiętnika nie wynikało, że mam tę odwagę? Nie tylko mam odwagę żyć ale mam odwagę upomnieć się o życie innych. Kochani, moje całe życie zostało po za murami DPSu. A teraz, kiedy od roku nie wychodzę po za te mury, to każda wiadomość o znajomych z ” tamtego życia „, mnie wzrusza i nadchodzą wspomnienia. Kocham te wspomnienia i dlatego z przyjemnością o nich piszę bez względu na to jakie one są. Dostałam również wpis o treści : Nigdy nie zapomnij najpiękniejszych dni swojego życia. Wracaj do nich ilekroć w twoim życiu zaczyna się walić „. Kochani, to jest wręcz motto mojego życia. Szkoda, że dopiero na starość. Młodość rozpacza nad najmniejszym niepowodzeniem a starość upiększa wszystko co było i bez względu na to jakie ono było.

W poprzedniej części pisałam o p. Halince i o tym, że wprowadziła się do nas jako lokator wtórny; a teraz chciałam wspomnieć poprzednich lokatorów mieszkania p. Halinki. Jak to obiecująco wkraczali w życie a jak smutno ono się skończyło.

Wyprowadzając się z naszego bloku nie wyprowadzili się daleko, tylko do bloku o bok, także spotykaliśmy się na spacerach ze swoimi pieskami, codziennie. Wszyscy posiadacze czworonogów z naszej dzielnicy, znali się i rozpoznawali z daleka pieska a później właściciela. Jak mnie pytano z nazwiska o kogoś to nic nie mogłam powiedzieć, zadawałam pytanie pomocnicze – czy ten ktoś ma psa, jeśli tak to jak ten psiak się wabi albo chociaż jak wygląda i wówczas mogłam powiedzieć co i jak. Jeśli ten ktoś psa nie miał to i tematu nie było. Myśmy siebie określali imieniem swoich piesków, np. ja byłam Smykowa, bo mój pupil wabił się Smyk.

Państwo P… byli, tak jak i reszta mieszkańców, pierwszymi lokatorami naszego bloku. Wprowadzając się do mieszkania dwupokojowego wiedzieli, że to nie na stałe tylko na chwilę. ( Okazało się, że ta chwila trwała prawie 20 lat ). To byli ludzie zasługujący na piękne duże mieszkanie. Dwoje architektów stworzyło nie jedną dzielnicę w naszym mieście, ale widocznie chcieli mieszkać w tej a nie w innej. Zanim wybudowano blok, w którym wreszcie było piękne, czteropokojowe mieszkanie specjalnie dla nich, to ich dzieci dorosły i poszły w świat. Pan P… pomieszkał w tym mieszkaniu tylko dwa lata; dostał zawału i zmarł. Tak więc w tym wymarzonym mieszkaniu została już tylko pani P… z pieskiem. Dzieci były tak zajęte swoim życiem, że nie znalazły chwili żeby odwiedzić matkę. A matka w tej tęsknocie i bolesnej samotności, zanikała, Podobno te wszystkie choroby z zanikaniem pamięci to ucieczka psychiki od tego co jest. Jej jedynym towarzyszem był zawsze tylko pies, jeden potem drugi… aż nagle choroba posunęła się tak daleko, że już opieka sąsiadów i opiekunów z Opieki Społecznej, nie wystarczała. Powiadomiono dzieci o konieczności zajęcia się matką. Syn nawet nie przyjechał. Córka wpadła do matki na dwa dni. Wszystko załatwiła błyskawicznie – nie miała czasu – sprzedała mieszkanie, psa oddała do schroniska a matkę do Domu Opieki i to jak najdalej od miasta w którym, razem z mężem, była Honorowym Obywatelem.

Sąsiadka z ul. Radiowej

… wiesz babciu, następna twoja sąsiadka chyba trafi do DPSu – mówi mi przez telefon żona mojego wnuka. To super, odpowiadam, będę miała kogoś bliskiego. Nie masz się czego cieszyć, ona nie wie co dzieje się w okół niej, nie wie nawet kim jest. Ale to temat na dłuższą rozmowę – mówi mi wnuczka.

Zanim wnuczka zacznie tę dłuższą rozmowę na temat obecnego stanu Pani Halinki, to ja zacznę jeszcze dłuższą i sięgnę pamięcią na 35 lat wstecz.

Pani Halinka wprowadziła się do naszego bloku jak ja i inni mieszkańcy, mieszkaliśmy już w nim około 20 lat. Czyli, że była lokatorką wtórną. Wprowadziła się z mężem i dwójką dzieci. Filigranowa pani, wyglądająca zawsze dużo młodziej niż wskazywał wiek. Mąż kiedyś również był filigranowy ale przez alkohol zaczął rosnąć w szerz. Przez alkohol nabawił się też padaczki, ale niestety pić nie przestawał, a wręcz odwrotnie, wciągnął w to picie swojego już dorosłego syna. Syn w każde popołudnie przychodził do tatusia i siadając po przeciwnych stronach stołu najpierw zgodnie pili a później się czubili. Dosłownie doskakiwali do siebie jak dwa koguty, ale siedząc cały czas po przeciwnych stronach stołu. Skąd wiem? Widziałam niejednokrotnie ten obrazek. Otóż jak panowie zaczynali się czubić to pani Halinka wzywała pomocy, krzycząc – ratunku. Sąsiedzi myśląc, że coś się dzieje złego biegli na pomoc. A Pani Halinka robiła szparę w drzwiach wejściowych do mieszkania i w tę szparę krzyczała. A w domu mąż z synem pili i wykrzykiwali swoje pretensje do siebie nie zwracając uwagi na Halinkę. Aż któregoś dnia dowiadujemy się, że mąż pani Halinki zmarł. Ciężko pani teraz – pytam, a Halinka na to: pani Danusiu, przecież ja się jego panicznie bałam, nigdy nie wiadomo było co mu strzeli do głowy. Spałam z nożem pod poduszką. A teraz wezmę rodzinę wnuczki do siebie i będzie dobrze – mówi Halinka. Wnuczka zanim się wprowadziła to zrobiła generalny remont mieszkania, wymieniła meble, a po remoncie Halince odwidziało się wspólne mieszkanie. Powiedziała wnuczce wprost – nie chcę z wami mieszkać. Ja byłam przerażona tak postawioną sprawą a co dopiero wnuczka Halinki. Jak mogłaś tak postąpić. Jakbym tak postąpiła ze swoimi to do końca życia nie odezwali by się do mnie – a Halinka na to, a tam, im złość przejdzie a ja będę miała spokój. Nie spodziewałam się po niej takiego podejścia do sprawy. Okazało się, że nowo poznana koleżanka, z bloku na przeciwko, namówiła ją do znalezienia sobie męża, a nie zajmowania się wnukami, czy prawnukami. No ale jak go znaleźć, gdzie go szukać – tego męża. Koleżanka Halinki miała gotowy plan – przecież mieszkamy w parku, do którego na spacery zjeżdżają się ludzie z całego miasta, wystarczy zacząć chodzić na te spacery. I zaczęły – dwie babinki z chusteczkami na głowach zawiązanymi pod brodą, całymi dniami chodzić po parku. Do takich to można śmiało podejść i porozmawiać o wszystkim, a na dodatek czuć się mądrzejszym, a to w wypadku mężczyzn jest bardzo ważne. Któregoś dnia jak panie przysiadły na ławeczce podszedł do nich pan z zapytaniem czy może się dosiąść. Ponieważ ów pan był w przybliżonym wieku i i również nie zbyt wysoki, koleżanka Halinki odpowiedziała natychmiast, że tak, zapraszamy. Ów pan całkiem śmiało zaczął opowiadać swoją historię, że Jest od 5 lat wdowcem, mieszka razem z rodziną córki i ma po dziurki w nosie tego wspólnego mieszkania. Przyjechał kilkanaście kilometrów od swojego miasteczka, żeby jak najdalej od dzieci i wnuków, znaleźć sobie żonę i z nią zamieszkać, u tej żony. I w ten właśnie sposób Halinka poznała swojego drugiego męża. Bardzo szybko zamieszkali razem a mniej więcej po roku znajomości wzięli ślub i urządzili weselisko z pompą. Przeżyli ze sobą ponad 20 lat jak papużki nierozłączki. Wszędzie razem i za rączkę – po zakupy, do lekarza, na spacer. Zawsze zajęci rozmową, zerkający z zachwytem w swoje oczy. Często ich spotykałam już mieszkając w DPS, zawsze szczęśliwych i uśmiechniętych.

…., któregoś dnia – mówi wnuczka, przyszła do mnie p. Halinka i nie wiedząc jak powiedzieć o co jej chodzi, wzięła mnie za rękę i prowadzi do swojego mieszkania. Zaprowadziła do pokoju, gdzie w łóżku leżał jej mąż i pokazuje na niego. Nie mówi, już dawno nic nie mówi – to słowa p. Halinki. Przyjrzałam się sąsiadowi i stwierdziłam, że on nie żyje i to już od dłuższego czasu. Zadzwoniłam po pogotowie i chciałam zadzwonić po kogoś z rodziny ale p. Halinka nie wie gdzie są jakieś dokumenty, adresy czy telefony. Lekarz nie może niczego stwierdzić bo z żoną denata nie można się dogadać no i brak dokumentów utrudnia sprawę. Pobiegłam po męża, mówi wnuczka, może on spojrzy na sprawę innym wzrokiem i wybrniemy jakoś z tej sytuacji. Faktycznie, dzięki niemu znaleźliśmy dokumenty. Lekarz wszystko posprawdzał i zabrali denata. Ja zostałam, żeby zapewnić jakąś opiekę p. Halince – mówi wnuczka. Nikt z rodziny nie mógł przyjść – Cowid. Zadzwoniłam do DPSu okazało się, że p. Halinka miała stałą opiekunkę, która została wezwana, tak więc poczekałam aż przyjdzie. Za kilka dni przyszła córka p. Halinki żeby podziękować za pomoc i wyjaśniła, że mama musi być u siebie w domu tak długo aż Sąd stwierdzi jej niepoczytalność, wówczas oddamy ją do Domu Opieki. Mama zachowuje się różnie. Nigdy nie dotrzymuje słowa. Nie chcę wypaść przed ludźmi na wyrodną córkę, ale z nią nie można inaczej.

Tak kończy się nasze życie. Pomalutku odchodzimy jeden po drugim; tylko dlaczego ta końcówka życia jest taka przykra…

Dziękuję !

To podziękowanie to moja reakcja na ostatni wpis do komentarzy. Ten wpis to jedno zdanie podpisane przez kogoś kto nazwał siebie ” ego ” a tym zdaniem bardzo mocno poruszył moje ego. Dla takiego jednego zdania warto pisać. Dziękuję!

Wpisy podpisane Jau McDonald i Metale XMCpl. ( jeden z nich z zaproszeniem do siebie – po co ? ) Dziękuję, że napisaliście ale zostałam ostrzeżona przez wnuka żebym do nikogo nie klikała i tego się trzymam. Jak ktoś zachęca mnie do kliknięcia w jego adres to nawet przestaję wierzyć w miłe słowa. Ale dziękuję za wpisy.

Troska…

Niedziela 31 styczeń, zmuszam organizm do w miarę normalnego funkcjonowania, trzeba ćwiczyć, trochę w pokoju, bo to na leżąco a reszta w atrium. Do atrium wyszłam 20 min. później niż zwykle, nie o godz. 7 a o 7,20 ponieważ czas moich ćwiczeń jest zawsze taki sam – 40 min. tak więc przed 8 rano nie było mnie w pokoju. Nigdy bym nie przypuszczała, że tym faktem zaniepokoję swoją opiekunkę, że ktoś w ogóle zwraca uwagę na to czy jestem w pokoju czy mnie nie ma. Wychodząc zostawiam zawsze kartkę w drzwiach informującą gdzie jestem, a zatem wiadomo gdzie jestem, a mimo to opiekunka zaniepokoiła się, że o zwykłej porze nie było mnie w pokoju. Przybiegła do atrium sprawdzić czy wszystko w porządku. Przeprosiłam i wyjaśniłam dlaczego tak się stało, obiecałam, że od dziś będę przestrzegała czasu ćwiczeń od 7 do 7, 40. Jestem wzruszona troską. A już myślałam, że jak coś by mi się stało w tym atrium, to bym zamarzła i nikt by nie wiedział, a tu proszę jaka miła niespodzianka.

Wybrałam się do pielęgniarek żeby uzupełnić leki i przypomnieć, że od dziesięciu miesięcy leży u nich skierowanie dla mnie od neurologa na TK głowy, ( jeszcze po uderzeniu przez Leona ). Ponieważ mam dość silne zawroty głowy postanowiłam wykorzystać to skierowanie. Trafiłam na dwie najcudniejsze pielęgniarki – Justynkę i Beatkę. Oczywiście wszystko o co prosiłam zostało od ręki załatwione. To są dwa wzory do naśladowania, chociaż dwa zupełnie inne wzory. Ich wspólne cechy to bardzo życzliwe podejście do podopiecznych i załatwienie każdej sprawy z poszanowaniem każdego z nas. Justynka – to iskierka, która wszystko zrobi błyskawicznie i ciągle do kogoś biegnie, a Beatka emanuje spokojem. Jak wchodzi do nas Beatka to doznajemy takiego dziwnego uczucia, że od tej chwili nikt inny się nie liczy tylko ten do kogo przyszła. ( Proszę spokojnie wyłuskać swoje problemy wszak jestem do wyłącznej pani \pana dyspozycji). Wśród pielęgniarek jest też jedna o której muszę napisać chociaż nie wymienię jej imienia bo to plama na honorze i pielęgniarek i tych co ją przyjęli do pracy. Pielęgniarka ta powinna być za kratkami ale ponieważ ma ogromne długi do spłacenia ( okradła swoje koleżanki pracując w szpitalu ) których nigdy nie da rady spłacić, udaje, że pracuje. Jest nie miła, opryskliwa, ale chyba ktoś taki może się przydać naszemu kierownictwu, bo dla nich im gorzej tym lepiej.

Podobno naprawdę u nas wszyscy są zdrowi. Zapadła decyzja, że już w tym tygodniu rozpocznie się przyjmowanie nowych pensjonariuszy. Tyle wolnych miejsc w DPS to katastrofa finansowa. Ceny utrzymania poszybują w górę a już sięgają „gwiazd”.

Szczepienie miałam 28 stycznia, dzisiaj jest już 4 luty, a ja dopiero dzisiaj poczułam się jako tako. Przez te wszystkie dni czułam się jak po chorobie, osłabienie tragiczne. Już myślałam, że tak zostanie, że zdecydowanie za wcześnie zostałam zaszczepiona, ale dzisiejszy świt dodał mi otuchy. Wyszłam do atrium o godzinie 6, 40, ( wcześniej, żeby wrócić na czas ), co krok jakaś opiekunka przestrzegała mnie, że nie dam rady z chodzikiem na taki śnieg. Dałam radę, a na dodatek cieszyłam się, że moje zwiotczałe mięśnie trochę popracowały. Koła chodzika całe były zanurzone w śniegu tak więc pchałam ten swój chodzik i byłam szczęśliwa jak głupia, że mam siłę. Czułam z każdym krokiem, że wraca we mnie życie. Za dwa tygodnie następne szczepienie. Mam pietra, no bo ile stary człowiek może wytrzymać. Pewnie znów padnę i to na długo, ale teraz jest dobrze.

Przepraszam autorów ostatnich wpisów, że nie odpowiem na żaden z nich, ale ciągle przypominam, że odpisuję tylko na treści pisane w języku polskim. Dziękuję, że czytacie i piszecie do mnie, ja niestety nie umiem korzystać z tłumacza i już nie chcę się uczyć, jednak bardzo dziękuję za wpisy.

Tak mi siebie jest żal…

Wyobraźcie sobie, chociaż to wprost nie do wiary, ale w naszym DPS podobno, wszyscy są zdrowi. Nie ma wirusa. Część mieszkańców została nawet zaszczepiona. Oczywiście ci co zachorowali to albo wyzdrowieli albo zmarli, ale chorych już nie ma. Ludzie są wolni, chodzą na ćwiczenia, na spacery, tylko ja muszę do 26 stycznia być w izolacji a później lekarz zdecyduje.

Lekarz na temat Covidu nie powiedział nic, tak więc natychmiast poczułam się wolna. Wybrałam się do Działu Socjalnego, żeby opłacić leki i o dziwo od razu usłyszałam, że za dwa dni mam mieć pierwsze szczepienie. Nie wiem czy to nie za wcześnie, ale ucieszyłam się bardzo, przecież to oznaczałoby, że jeszcze tylko trzy tygodnie do drugiego szczepienia i wolność absolutna. Ale idąc korytarzem spotykałam bardzo zdziwionych ludzi którzy zadawali mi to samo pytanie – to ty żyjesz, wszyscy mówią, że umarłaś. To dobrze, że tak mówią, znaczy to bowiem, że będę żyła długo. Z tej radości, że żyję i jestem na 50% wolna, poszłam na spacer do atrium, a na drugi dzień, swoim starym zwyczajem o godz. 6, 50 byłam już w atrium. Po ćwiczeniach i głębokich oddechach na świeżym powietrzu, poczułam się szczęśliwa a saturacja tlenowa wskoczyła na właściwe tory – 98%. Czekam z niecierpliwością co będzie jutro – zaszczepią czy nie zaszczepią? Zaszczepili! Czekając na swoją kolej do szczepienia pochodziłam po dwóch korytarzach, po dwóch, a jest u nas 11 korytarzy, tylko na tych dwóch korytarzach jest osiem wolnych miejsc, nie pokoi tylko miejsc, a to znaczy, że tyle osób zmarło. Najwięcej osób zmarło na medyku w pokojach dwuosobowych.

Szczepienie było w ogóle nie odczuwalne. Zanim się zorientowałam to pielęgniarka już naklejała plaster. Jak widzi się w telewizji taką grubą igłę, którą wkłuwają prawie całą, to aż przeraża; a u nas była cieniutka igiełka i chyba tylko dotknięcie. Młodziutki lekarz, siedzący przy komputerze z naszymi danymi, raptem na cały głos powiedział – ale z pani szczęściara… Bardzo proszę rozwinąć temat, bo nie rozumiem. A on patrząc w monitor mówi – przeszła pani chorobę bardzo ciężko a skutków ubocznych nie ma żadnych. Teraz życzę spokojnego przeżycia szczepionki. Za bardzo spokojne to przeżycie nie było. Z godziny na godzinę coraz bardziej zaczęła boleć ręka. Na drugi dzień, po nie przespanej nocy, czułam się fatalnie. Nie miałam siły chodzić. Poszłam o świcie do atrium, ale po pół godzinie wróciłam do pokoju i położyłam się. Czułam się tak słaba jak podczas choroby. Było mi potwornie zimno, miałam wrażenie jakbym wpadła do przerębli. Takiego odczucia doznawałam kilkukrotnie i to po parę godzin. Koszmar. Ale wieczorem usnęłam i spokojnie przespałam całą noc. Dzisiaj 30 stycznia nic się nie dzieje ale jestem bardzo osłabiona dlatego łóżko mam w ciągłej gotowości.