W poprzednim wpisie wspomniałam o różnych ewentualnościach wysiadki osób współprowadzących ze mną programy, ale takiej ewentualności jaka mnie spotkała to się nie spodziewałam. Byłam urzeczona Anią, wydawało mi się, że jest nadzwyczaj kumata, że wszystko sobie wyjaśniłyśmy. Dałam jej dowolną ilość czasu żeby się mogła spokojnie przygotować. Ponieważ chciała mówić o poezji, to i ja i Natalka znalazłyśmy teksty o które prosiła. W sobotę, prowadzę swój program o Wenecji, podjeżdża do mnie Ania, kładzie teksty wierszy i ogłasza, że już może je czytać. Aniu- mówię- nie teraz, to będzie wyrwa w moim programie. Ania odczekała aż skończę program, podjechała do nas na wózku i bez żadnego wyjaśnienia, czy nawiązania do czegokolwiek, zaczęła czytać te wiersze. Tak ni z gruszki ni z pietruszki, przeczytała pięć wierszy. Zaczęłam jej tłumaczyć, że to nie tak ma wyglądać, że powinna zrobić swój autorski program i wszystko o czym będzie mówiła ma być powiązana tematycznie. Tak to ja nie chcę – tymi słowami Ania zakończyła naszą współpracę. Ludzie lubią podpinać się do mnie, ja niestety tego nie lubię. Zbyt starannie szykuję się do każdego programu, żebym pozwoliła na zburzenie porządku. Może kogoś to dziwić, że szykuję się jakbym miała wystąpić co najmniej w Teatrze Wielkim, ale taka jestem. Co bym robiła to zawsze z najwyższą starannością. Im jestem starsza, tym mniej umiem ale niestety tym dłużej i staranniej przygotowuję się. To było w sobotę, przy nieprawdopodobnie pięknej pogodzie. Spotkaliśmy się w atrium i nikomu nie chciało się kończyć tego naszego spotkania. A już w niedzielę pogoda była owszem nie brzydka ale pod koniec programu nawet trochę zmarzliśmy. Za to program był wyjątkowo udany – słuchaliśmy wywiadów, które przeprowadziłam z przedszkolakami jeszcze za czasów jak prowadziłam radio. To była pełna godzina śmiechu. Właśnie w takich sytuacjach poznaje się bystrość umysłu słuchaczy – była na piątkę. Jak puszczałam muzykę to ludzie jeszcze trawili śmiech. Do połowy utworu muzycznego jeszcze śmieszyły ich słowa dzieciaków – moich bezzębnych rozmówców. Szkoda, że nie będziemy mogli spotykać się w atrium, do użyczonej salki nie mam serca, a bez serca niczego robić nie potrafię.
Rozmowa z Anią
Zaczepiła mnie Ania – najmłodsza mieszkanka naszego Domu, pytając czy już jestem gotowa na spotkania muzyczne, jak odpowiedziałam, że tak, już w najbliższą sobotę możemy się spotkać, to padło pytanie – jaki będzie temat naszego spotkania. Fakt, każde moje spotkanie muzyczne jest tematyczne. A zatem słuchają tego o czym opowiadam i interesuje ich to. To mnie bardzo zmobilizowało. Mam na sobotnie spotkanie przygotowane dwa tematy : kwarantanna i koniec lata. O kwarantannie będę mówiła sięgając do jej historii i pochodzenia słowa. Słowo kwarantanna pochodzi od cyfry włoskiej kwaranta – czyli 40 ponieważ pierwsza kwarantanna podczas dżumy w Republice Weneckiej trwała 40 dni. Opowiem o prowincji która stała się Republiką i to potężną zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym. A jak Wenecja to koniecznie barkarola Jakuba Ofenbacha no i oczywiście treść operetki Opowieści Hofmana, ponieważ tematycznie jest ściśle powiązana z rozpustą w potężnej i bogatej Republice to i o Kasanowie słów kilka.. A że wszystko co piękne dość szybko się kończy to będzie kilka słów o mijającym lecie w wierszach romantycznych i sentymentalnych, jeszcze letnich piosenkach. To wszystko pokrótce opowiadałam Ani. Dla Ani ten temat historyczny wcale nie był obcy, uzupełniała go swoimi wiadomościami, nie była też jej obca poezja. Nasza rozmowa stała się bardzo ciekawa. Zorientowałam się, że Ania znacznie więcej wie ode mnie. Ja o czymkolwiek opowiadam to podpieram się internetem a Ania ma to wszystko w głowie. To nie wypada wprost żebym ja mówiła o historii świata osobie mądrzejszej od siebie, tylko dlatego, że mam łatwość wymowy i kontaktu z ludźmi. Postanowiłam namówić Anię żebyśmy razem prowadziły ten program słowno muzyczny – Ona słownie, ja muzycznie. Pomogę jej we wszystkim, a mając doświadczenie współpracy z ludźmi chorymi ( nigdy nie wiadomo kiedy zrobią wysiadkę ) to zawsze będę musiała być przygotowana do samodzielnego poprowadzenia programu. Przypomniało mi się jak prowadziłam radio zapraszając do programu inne osoby, zawsze musiałam być przygotowana, że mogą być w niedyspozycji. Moja sąsiadka już nie żyjąca – Natalka – raz zapomniała, że występuje w programie na żywo i po prostu nie przyszła, a za drugim razem uciekła ze studia bo dostała rozwolnienia. Druga z pań – Janeczka – już miała czytać wiersz jak się zorientowała, że nie ma zębów. Kiedyś w programie miała wystąpić Ksawercia, miała powiedzieć piękny wiersz o moralności a jej się zechciało śpiewać, no to śpiewała. Tak więc wiem, że muszę być przygotowana na wszystkie ewentualności.
Noszę maseczkę…
żeby uchronić siebie przed wirusem jakim jest dla mnie siostra przełożona. Na niebieskiej maseczce mam czarny napis – ochrona przed przełożoną. Zaczynam podejrzewać, że ona jest chora jak nie zrobi mi świństwa, a ta choroba objawia się stale i przewlekle. Przypomnę: nie udzieliła mi pomocy podczas udaru. Opisałam to na swoim blogu. Wiedząc, że bez chodzika mam trudności w poruszaniu się, podsunęła pomysł żeby mi go zabrać i dać osobie nowo zamieszkałej a jak dowiedziałam się o tym to przełożona udawała głupią. Bez skrupułów odwołała moje zabiegi o które starałam się przez ponad rok, nie pytając mnie o zdanie. Ponieważ teraz prowadziłam spotkania muzyczne i jego uczestnicy załatwili nawet pokój żeby nie odwoływać ich w razie nie pogody ( prowadziłam je w atrium albo na korytarzu ), to ta moja psycho fanka, wymyśliła wirusa żeby mnie zamknąć na podwójnej kwarantannie. Żebym wiedziała od razu, że ten wirus to pic na wodę, to jak SANEPID robił ze mną wywiad powiedziałabym, że całowałam się z przełożoną; wówczas zamknęli by i ją i całą jej rodzinę. Byłoby takie wet za wet. Od tej chwili już zacznę każde podejście kogokolwiek z dyrekcji dokładnie analizować i myśleć jak je skontrować. Z moim myśleniem jest coraz gorzej ale jeszcze jako tako.
Moi prawdziwi ” Fani ” co jakiś czas pytają kiedy się spotkamy przy muzyce. Przecież już mamy gdzie się spotykać – mówią, powiedz kiedy. A mnie serce boli i nie jest gotowe na zajmowanie się muzyką. Ciągle myślę o Marcelince. To miłe, że Pani Dyrektor użyczyła nam salkę na nasze spotkania, ale we mnie jest jakiś opór, chyba wolę na korytarzu niż w użyczonej salce. W ogóle jestem jakaś taka nie do życia. Nic mnie nie cieszy i nic nie robi na mnie wrażenia. Kwarantannę w kwarantannie przeszłam obojętnie i nawet jak się skończyła nie chciało mi się z pokoju wychodzić. Do ogródka również nie chce mi się chodzić. Pół roku beznadziejności zrobiło swoje. Parafrazując Pawlikowską Jasnorzewską ( w prawdzie w odniesieniu do beznadziejności nie do miłości ) ” Nie widziałam Cię już od miesiąca ” Nie widziałam świata już od miesięcy. I nic. Jestem na pewno bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca; lecz widać można żyć bez powietrza.
Do Moniki
Przede wszystkim dziękuję, że napisałaś do mnie. Przekaż całej rodzinie wyrazy mojego szczerego współczucia. Mnie również boli serce z żalu, po Marcelince, że jej już nigdy nie zobaczę. Mimo różnych zawirowań była mi bardzo bliska. Od kilku dni szukałam jakiegoś kontaktu do kogokolwiek z waszej rodziny, nikt nic nie mógł mi podać. Przyznam szczerze, że po ostatniej wymianie ” komplementów ” w komentarzach na moim blogu, ze złości skasowałam wszystkie telefony do was. Ja na blogu nie mogę podać swojego telefonu ponieważ będzie to informacja dla wszystkich czytelników, natomiast jak Ty w komentarzach podasz mi swój numer to będzie to informacja wyłącznie dla mnie. Będę prowadziła dochodzenie skąd wyszła plotka, że Marcysia miała korona wirusa. Dyrektorka twierdzi, że dostała zalecenia z SANEPIDU o kwarantannie każdego kto miał kontakt z Marcelinką ale jak jej mówię, że ktoś ten SANEPID musiał powiadomić, a na pewno nie był to szpital, to już ona nic nie wie. Podobno cała rodzina przechodzi kwarantannę. Jak wy to znosicie. Bardzo proszę napisz do mnie i podaj swój telefon. Całuję ciotka Danka.
Już wiem kto zrobił świństwo bardzo wielu ludziom informując SANEPID o rzekomym wirusie. To osoba która lubuje się w robieniu świństw. To osoba która wydawałoby się, że powinna być kompetentna bo jest w naszym DPSie utytułowana, a ona sama tworzy plotki i na podstawie tych plotek wydaje dyspozycje. To wierchuszka naszej służby zdrowia której wszyscy natychmiast wierzą a która bez żadnych skrupułów niszczy ludziom życie. Kobieto, czy ty wiesz ile ludzi przez ciebie cierpiało? W sanepidzie usiłowali ci wytłumaczyć, że nie mają żadnej informacji na ten temat ze szpitala a ty upierałaś się przy swoim. WSTYD !!! Pewnie chciałaś swoim sposobem sprawić mi przykrość, a zostałaś znienawidzona przez personel sobie podległy. Nie przyszło ci do głowy, że cały ciężar w podejściu do chorych bierze na klatę i swoje spracowane ręce personel Domu. Nie przyszło, ponieważ ludzie ciebie nie interesują. Że też tych twoich świństw ciągle nie dostrzega dyrektorka Domu, przecież za wszystkie świństwa zrobione przez ciebie odpowiada ona. Podjęła decyzję o kwarantannie na podstawie plotki – gratulacje!
Korona wirus
Nie wiem na jakiej zasadzie dopada i kaleczy ludzi, ten wirus, na dodatek jest ukoronowany. Jestem w ostrym reżimie sanitarnym tylko dlatego, że przez 5 min. rozmawiałam z Marcysią stojąc w holu w odległości półtora metrowej od siebie. Nie pamiętam czy Marcysia miała maseczkę, ja jej nie miałam. Mieszkańcy naszego Domu maseczek nie noszą ponieważ wszyscy są zdrowi, a przynajmniej byli. Pracownicy maseczki noszą. Marcysia miała ciężkiego raka, który pustoszył jej organizm już od ponad roku. Nikt nie przypuszczał, że ma też korona wirusa. Przychodziła do pracy dwa razy w tygodniu – prowadziła nasz maleńki sklepik. Jak źle się czuła to nikogo to nie dziwiło. Ostatnio do pomocy zabierała swoją siostrę, sama bardzo często nie miała siły. Jak z nią rozmawiałam to wyjawiła mi, że zakwalifikowano ją do eksperymentalnego leczenia raka. Że już pierwszy zabieg eksperymentalny przyjęła i cały tydzień czuła się dobrze a jutro idzie do szpitala na drugi zabieg – chemię. Przed podaniem chemii chory przechodzi wszystkie bardzo dokładne badania i właśnie te badania wykryły korona wirusa. W środę szpital miał wyniki a w czwartek o świcie Marcysia zmarła. Mnie powiadomiono w piątek, że muszę przejść ostrą kwarantannę. Za chwilę już do mnie dzwoniono z SANEPIDU przeprowadzając wywiad i poinformowano mnie, że w poniedziałek będą ode mnie pobierać wymaz. Najpierw psioczyłam ile się da, nie dlatego, że mogę mieć tego cholernego wirusa ale dlatego, że przez pół roku byłam naprawdę w kwarantannie, przestrzegając wszystkich zasad, a tu ciach i wszystko może szlak trafić. No niby jestem dobrej myśli, czuję się dobrze, wszystko u mnie gra, ale ta izolacja doprowadza mnie do szału. Zamiast widzieć zakończenie tego świństwa u mnie to się dopiero zaczyna. Będąc w zamknięciu nie będę miała o czym pisać ponieważ umysł jest zaprzątnięty czymś czym nie powinien być. Jeśli coś się wydarzy to będę dopisywała do tej strony. Jeśli trafi mnie szlak, to wnuk powie Wam w moim imieniu, moje smutne do widzenia. Trzymajcie za mnie kciuki.
Poniedziałek 31 sierpień 2020r. godzina 12,oo a nikogo z SANEPIDU nie ma. Przypomniało mi się, że tydzień temu, bliżej ode mnie w rozmowie z Marcysią była moja sąsiadka Julka. Opiekunka zrobiła dochodzenie potwierdzające moją uwagę także SANEPID powinien zająć się też Julką. Widzę dużą życzliwość ze strony personelu i pomoc połączoną z ostrożnością, we wszystkim o co poproszę. Nikt do mojego pokoju nie wchodzi. Ja za nim otworzę drzwi to zakładam maseczkę. Podoba mi się też forma podawania posiłków do której wcześniej miałam zastrzeżenia. Otóż, talerze stawiam na tacy ( posrebrzanej zresztą, bardzo eleganckiej. To pamiątka po sąsiadce ) Personel wydający posiłki nie dotyka talerzy tylko przez rękawiczki bierze za uchwyty tacy. Jedna z pań trzyma tacę, druga napełnia talerze nie dotykając do nich. Bardzo mi się to podoba. W niedzielę zadzwoniła do mnie Pani Dyrektor naszego Domu i z autentyczną troską wypytywała o moje samopoczucie. Od rana, czekając na SANEPID przechodzę sprawdzian z moich predyspozycji umysłowych. Otóż akurat teraz, kiedy nikt do mnie nie może przyjść, ja muszę posiąść umiejętności korzystania z sieci internetowej ale nowego operatora. Trzeba było połączyć internet ze smartfona do laptopa. Zadzwoniłam do wnuka, okazało się, że jest w pociągu jadącym do Warszawy a później do Zagrzebia, na jakieś badania naukowe, na dodatek aż na trzy miesiące. I tak on w pociągu, ja w pokoju posłusznie wykonując jego polecenia dokonałam cudu jak na swoje możliwości i mogę spokojnie pisać bloga no i odczytać co piszecie do mnie. A w komentarzach dostałam miłą notatkę z Kanady – dziękuję.
Nie mam i nie miałam żadnego cholernego korona wirusa. Jestem wolna. Nie miała też korona Marcysia. Ten cały cyrk wyszedł z jakiejś plotki. Gratuluję ludziom odpowiedzialnym za nas. Jedna pani drugiej pani i wszystkich na klucz. Wstyd.
Iskierka w historii naszego DPS
W swojej płytotece znalazłam płytę CD na której miałam nagraną 56 audycję Radia Kombatant, była ona poświęcona pani Helence mieszkającej w Zagórzu czyli na drugim krańcu Polski. Swego czasu było bardzo głośno o naszym Radiu w całej Polsce i nie tylko i w ten sposób Pani Helenka dowiedziała się o nas i przysłała mi tomik swoich wierszy w celu wykorzystania ich w audycjach radiowych. Zrobiłam audycję łączącą Warmię z Podkarpaciem. Pani Helenka w swoich wierszach opiewała piękno swojego regionu a nasz region wychwalała muzycznie Kapela Jakubowa. To były takie przechwałki poetycko muzyczne, co jest piękniejsze a w sumie wyrażające miłość do naszego kraju. Opowiadałam również o życiu Pani Helenki, które ona mi opisała. Ta płyta znalazła się u mnie przez przypadek, po prostu musiałam dwa razy nagrywać płytę bo coś tam mi szwankowało. Lepsze nagranie wysłałam Pani Helence a to gorsze zostało u mnie. To było moje pierwsze nagranie, zrobione u mnie w pokoju, w prymitywnych warunkach. Później robiłam wiele audycji o życiu naszych mieszkańców i każdemu bohaterowi audycji dawałam płytę na pamiątkę. Niestety nie mam tych płyt, to znaczy, że udawały się za pierwszym podejściem. Płyta o której mowa była przedmiotem spotkania słowno muzycznego w niedzielę 23 sierpnia. Spotkanie to zaczęłam od słów – dawno, dawno temu, tu w naszym Domu pracował pan Karol jako terapeuta zajęciowy. Człowiek który całkowicie poświęcał się swoim podopiecznym. Nie kończył pracy jak wszyscy o godz. 15, 30 ponieważ uważał, że my starzy ludzie którzy swoje już odpracowali, zasłużyliśmy na wszelkie rozrywki. Zabierał nas do kina, do teatru, na spacer po Starówce, na wernisaże, koncerty muzyki klasycznej i rozrywkowej. Pytał swojej żony co lubią kobiety ( żona była również pracownikiem naszego Domu), sam dobrze wiedział co lubią mężczyźni. Z kobietami jeździł na wieczorne spacery po Starówce i lody. Z mężczyznami robił nocne wyprawy na ryby, grał z nimi w szachy, spotykał się żeby omówić wrażenia po przeczytanej męskiej lekturze, czy obejrzanym meczu. Na miejscu, w godzinach od 7,30 do 15, 30 organizował wszelkie imprezy okolicznościowe, prowadził kółko teatralne które wyjeżdżało na występy do innych Domów czy szkół, prowadził kursy komputerowe no i założył nasze wewnętrzne radio, którego zostałam spadkobierczynią po odejściu p. Karola od nas. Karol nie odszedł z własnej woli, owszem sam się zwolnił jednak na skutek poniżającego traktowania Go przez dyrekcję. Zarówno mieszkańcy jak i pracownicy kochali Go i czuliśmy wyraźnie, że On kocha nas wszystkich, chodziliśmy za nim jak kurczaki za kwoką; jednak coś tam szanownej p. dyrektor nie pasowało a więc ruszyły do boju jej przydupasy i wykończyły człowieka. Następczyni tej byłej zakompleksionej dyrektorki okazała się wcale nie lepsza i dalej pociągała za sznurki włożone w jej ręce przez poprzedniczkę. Morał tego opowiadania jest taki, że pracując w Domu Opieki nie musisz się starać o swoich podopiecznych, możesz ich olewać obyś przymilał się do szefów, wyrażał podziw i uwielbienie.
Drugą iskierką w naszym Domu była Marcysia. Napisałam była ponieważ Marcysia, którą wszyscy znali i kochali zmarła 27 sierpnia br. Młodziutka piękna kobieta osierociła nie tylko dzieci i swoją całą rodzinę ale i nas mieszkańców DPS. Będziemy o niej pamiętać i rozpamiętywać z miłością.
W czasie deszczu…
Na korytarzu zaczepia mnie Krysia 1 – zobacz, deszcz pada a twoi słuchacze nie wiedzą co mają ze sobą zrobić. Chyba poszli do ciebie spytać o to. Rzeczywiście, sobota a więc nasze spotkanie muzyczne a tu leje. Budynek ogromny a żadnego kąta nie ma żeby ludzie mogli się spotkać i porozmawiać ze sobą bez żadnego nadzoru. W każdym takim Domu mają świetlice ogólnie dostępne, u nas wszystko pozamykane na cztery spusty. Ludzie przesiadują na korytarzach a więc i my okupimy kącik korytarzowy. Pukanie do drzwi, wchodzi delegacja z pytaniem – Danusia i co będzie? Jeśli wy chcecie żeby było tak jak w każdą sobotę, to ja tym bardziej. Na spotkanie przyszło 10 osób a są tylko dwa fotele. Cztery osoby będą siedziały na swoich wózkach a więc trzeba zorganizować jeszcze cztery miejsca siedzące. Zorganizowaliśmy. Program był wysłuchany z przejęciem. Krysia 2 cały czas płakała. Dlaczego płaczesz – pytam – no bo ty robisz takie piękne spotkania i to my za tobą chodzimy, nie ty za nami, a żadnego kąta dla nas nie ma. Jak lubicie to co dla was robię, to cała przyjemność po mojej stronie i zaręczam, że gdzie byśmy nie byli to wszędzie nam ze sobą będzie miło. Przykro mi ale ja nie będę chodziła po prośbie do naszych szefów. Bo to niestety są szefowie a nie opiekunowie nasi, oni nie pomagają tylko wydają dyspozycje. O,o,o zobaczcie, nie każdy tych dyspozycji słucha – Wanda wskazała ręką na Feliksę która żegnała się z Bolkiem. Feliksa od miesiąca powinna być w ścisłej kwarantannie, ponieważ co tydzień jeździ do różnych lekarzy i na różne zabiegi. Niestety nic sobie z tego nie robi. Żeby chociaż wychodząc z pokoju zakładała maseczkę, nic z tych rzeczy. Mało tego kilka razy na dzień przychodzi do niej Bolek, albo ona chodzi do Bolka który chodzi po pokojach i na stołówkę. Wszyscy to widzą i nikt nie reaguje. Szanowna dyrekcjo – WSTYD, za jedno przewinienie jak potraktowaliście Witka, po chamsku. Feliksa przy każdej okazji robi sobie nie zbędne zakupy, chodzi więc i po sklepach, głównie po bazarku, i co, ona może zarażać. Widziałam ją też wczoraj jak w porze obiadowej przed stołówką rozmawiała z Natalką chwaląc się, że jak ta kwarantanna się skończy to teraz do lekarza pojedzie dopiero za miesiąc. Jak mnie zobaczyła i moją marsową minę to szybko uciekła do swojego pokoju. Feliksa wie dobrze, że za dużo sobie pozwala i wie też, że ja raz czy drugi daruję ale trzeciego razu to już nie. To chodzi tylko o mojego bloga, ja wszystko opisuję i wiem, że zarówno dyrekcja jak i inni pracownicy czytają tak więc chociaż trochę zawstydzę, oczywiście dyrekcję. Pamiętacie, jak mnie nie pozwoliliście pojechać na zabiegi do szpitala. Żeby ta przebrzydła przełożona nie powiadomiła kłamliwie szpitala o tym, że jestem osobą leżącą to po przesunięciu terminu ze względu na pandemię, właśnie kończyłabym przyjmować zabiegi. WSTYD ! UWAGA – w naszym mieście jest już korona wirus, stwierdzono go w Poliklinice, w stacji dializ i u pracownika Urzędu Skarbowego, Urząd jest zamknięty.
Fotoreporter Grzesiu
Grzesiu został zobligowany do zrobienia zdjęć uczestnikom sobotnio niedzielnych spotkań słowno – muzycznych. Zdjęcia dla potrzeb Redakcji Kwartalnika Głosu Seniora. Nikt go nie nauczył jak się ma zachowywać podczas takiej sesji. Fotoreporter powinien być nie zauważalny, a on wszedł i narobił bałaganu. Trzeba było przerwać granie ponieważ Grzesiu do robienia zdjęć angażował wszystkich. Ludzie się zirytowali. Dwie panie zaprotestowały, nie chciały żadnych zdjęć. Któraś z pań głośno mówiła – o patrzcie, wszedł i jest najważniejszy, to dyrekcja przewróciła mu w głowie. Niestety w tym jest prawda. Nasi mieszkańcy, choć trochę interesujący się życiem Domu, wiedzą, że Grzesiu jest od wszystkiego, jednak tego wszystkiego trzeba chociaż troszeczkę nauczyć, podać jakieś wskazówki. Grzesiu jest najlepszy we wszelkich pracach manualnych i jest naszą złotą rączką, który nigdy niczego nie odmówi i we wszystkim pomoże, ale on sądzi, że skoro go o wszystko proszą to znaczy, że jest mistrzem wszystkiego. A tak w ogóle to fotografia, w pojęciu pracowników socjalnych, jest czymś nadzwyczajnym. Rozumiem, do artykułu jest przydatna, jeśli ktoś lubi siebie oglądać na łamach no to już w ogóle aj waj. Ale są też osoby które uważają, że zdjęcie z nim to szczyt szczęścia dla osoby z którą się fotografuje. Wyobraźcie sobie, że fotografia z taką osobą jest główną nagrodą za wygrany konkurs ogłaszany w Kwartalniku. JEST O CO WALCZYĆ !!!
A teraz słów kilka o podejściu naszego lekarza do nas, w tym wypadku do mnie, choć narzekań jest bardzo dużo. To ostrzeżenie – kochani, interesujcie się swoimi dziadkami, zwłaszcza tymi którzy już nie bardzo wiedzą o co chodzi. U nas króluje hasło – dziadkowie leczcie się sami. Od kilku miesięcy, z dnia na dzień coraz bardziej dokuczała mi swędząca wysypka. Na szczęście objęła tylko nogi, także była nie widoczna. Myślałam, że skórę zedrę z siebie. Dwa razy dziennie brałam gorący prysznic, który zawsze leczył wszystkie moje dolegliwości skórne i dzięki któremu skórę miałam czyściuteńką, bez najmniejszej skazy a tu taka okropna dolegliwość. Ponieważ nic nie pomagało to już wiedziałam, że jest to uczulenie na coś. Zaczęłam analizować biorąc wszystko za i przeciw i drogą eliminacji doszłam do wniosku, że to chyba wina zamiany leku, konkretnie – potasu. Poszłam do pielęgniarki prosząc ją żeby mi wypisała zlecenie do apteki na coś co mi uśmierzy to swędzenie. Pielęgniarka bardzo rezolutnie odpowiedziała, że to musi obejrzeć lekarz. Proszę wytrzymać do jutra – mówi Justynka. Jutro czekam i czekam a lekarza nie ma. Idę do gabinetu lekarskiego i co słyszę – lekarz uznał, że wizyta nie jest konieczna, wypisał to o co prosiłam. Wieczorem już będzie pani ten lek miała. I co Wy na to ? Mam smarować sobie nogi i tyle. Sama musiałam dojść do sedna sprawy, przecież trzeba wyeliminować powód a nie leczyć bezustannie skutki. W składzie tego zastępczego leku znalazłam coś czego nie było w poprzednim. Wczytałam się w internecie na temat tego składnika i było napisane , że może powodować uczulenie i wysypkę skórną. Na ulotce tego nie było. Wyrzuciłam ten zamiennik i wróciłam do poprzedniego leku. Oczywiście smarowidło będę wykorzystywać aż wszystko się wygoi. Nie wiem na 100% czy mam rację ale coś robić trzeba. Jak myślicie – czy tym nie powinien zająć się lekarz, zwłaszcza, że jego pacjenci u nas na ogół są nie kumaci. Przypomniało mi się, że jakiś czas temu ten sam problem miały dwie Bogusie, mieszkające obok siebie ( jedna już nie żyje a druga jest na medyku ), obie zwalały winę na pokojowe, że za dużo chemii zużywają przy sprzątaniu. Drapały się i psioczyły na pokojowe. Przyznam, że moja pierwsza myśl również sugerowała nadmiar chemii, ale tej związanej z pandemią, tylko zastanawiało mnie dlaczego objęło mi nogi. Od ciągłej dezynfekcji miałabym uczulenie na dłoniach, no i czułam wyraźnie, że swędzenie idzie od wnętrza organizmu, tak jak by ukłucie z krwi, a zatem to musiały być leki. Obyśmy wszyscy zdrowi byli, choć to jest w naszym przypadku bardzo trudne, będąc pod opieką lekarza który ma już dość ludzi starych i siostry przełożonej która kocha robić pacjentom na złość – przynajmniej w stosunku do mnie.
Zaufanie i jego brak.
Nazbierało się trochę pytań i zastrzeżeń pod moim adresem. Chcecie mnie wciągnąć nawet w sprawy polityczne – bo ostatnio sprawy seksu są sprawami politycznymi. To słynne LGBT. Dla mnie seks był zawsze sprawą bardzo intymną i indywidualną a nie zbiorową. Ludzie z mojego pokolenia nigdy nie afiszowali się ze swoimi uczuciami. Mnie to przeraża ale tylko dlatego, że na flagi wciąga się tę najbardziej intymną sferę życia człowieka. „Róbta co chceta” ale mnie o tym nie musicie informować.
Zarzucacie mi brak konsekwencji – jak mnie kontrolują to jest źle a jak nie kontrolują też jest źle. Chodzi o moje wyjścia do ogródka i braku zainteresowania się czy jest wszystko w porządku. Dotyczy to ostatniego wpisu. Odpowiadam: jeśli pod takim rygorem jestem wypuszczana i wpuszczana to brak zainteresowania się czy jest wszystko w porządku, jest równoznaczne z brakiem konsekwencji, – którą zresztą widać u nas na każdym kroku. Jeśli dostałabym zezwolenie na wyjście do ogródka w dowolnym czasie – czyli najchętniej po południu albo raniutko, to wiedziałabym, że od początku do końca za to wyjście i powrót odpowiadam sama. Przecież wychodząc i wracając przechodziłabym przez portiernię.
Moje kochane spotkania muzyczne udały się pół na pół. W sobotę musiał być zły biometr bo trzy panie, były w dość agresywnym nastroju i cały czas atakowały najpierw Zygmunta a później Iwonnę. ( myślę, że to ta nieszczęsna kwarantanna). Nic im się w tych osobach nie podobało. W związku z tym ograniczyłam słowo wiążące i była prawie sama muzyka. Jak oznajmiłam, że to już koniec to były bardzo zawiedzione, wytłumaczyłam więc, że jakbym czekała aż skończy się awantura to program dopiero by się zaczynał. Natomiast w niedzielę program był wysłuchany z wielkim zainteresowaniem i z wielkim żalem padło pytanie – a jak zacznie się chłód, to co z nami będzie? To nie możliwe żeby aura decydowała o naszych spotkaniach.- Pożyjemy, zobaczymy. Może dyrekcja nam pomoże. Od dyrekcji są echa zainteresowań naszymi spotkaniami i to całkiem miłe. Szkoda, że we mnie nie ma ani za grosz zaufania do nich. 10 lat nękania zrobiło swoje. Dyrekcja musiałaby być dla mnie miła teraz przez następne 10 lat to może coś we mnie by się zmieniło. Zaczepiła mnie Natalka – słyszałam p. Danusiu o pani spotkaniach muzycznych, czy mogłabym coś o nich napisać w Kwartalniku? – spytała. Może pani. A mogłabym zrobić wam zdjęcia podczas takich spotkań? Może pani. Może pani napisałaby coś o tych spotkaniach. Robi pani dobrą robotę. Najpierw się zgodziłam, ale po namyśle wycofałam się z tego. Widać po podchodach, że chcecie coś uzyskać, a to na pewno nie będzie na moją korzyść. Co mi z tego waszego Kwartalnika, kto go czyta? Mojego bloga czyta już 5000 komputerów no i mogę pisać bez cenzury. Przypomnę jak zakończyło się moje pisanie do Kwartalnika – sfałszowałyście wybory do Samorządu Mieszkańców po to żeby nowy Samorząd powołał komisję kontrolującą moje artykuły i odrzucał je. Cenzura na wyłączność. Na artykuły, w których nigdy nie było nic co można by było w jakikolwiek sposób zakwestionować. Niestety jestem wolnym ptakiem do bólu. Nie możecie znieść faktu, że te moje spotkania są bez waszego nadzoru. Całe życie otoczona byłam mądrymi ludźmi i nikt nigdy nie kwestionował mądrych decyzji, nie ważne było, że szef dowiedział się o nich po fakcie. Byłam zawsze obdarzana zaufaniem i ufałam swoim zwierzchnikom, a jeśli nie miałam zaufania to dziękowałam za pracę. Do was zaufania nie mam nawet za grosz.
Pomalutku, po troszeczkę będę likwidowała ogródek. Dzisiaj powycinam krzewy, są bardzo brzydkie. Jeśli na wiosnę zaczną odrastać to niech odrastają a jeśli nie to trzeba będzie zasypać ziemią i posiać trawnik. Ale ziemi to nie wezmę od naszej administracji , nakupowali na zapas nie świadomi tego, że właśnie w taki sposób lęgnie się robactwo i niszczy roślinność. Jak ma się starą ziemię to trzeba też mieć dużo chemii do jej odkażania. Jestem pewna, że to ziemia, której dostałam aż 8 worków, zniszczyła mi mój ogródek. Grzęda z krzewami ma 6m długości. Wykopać krzewy z korzeniami nie da się, ponieważ zapadnie się grunt a razem z nim rozwali się chodnik z polbruku. To mój ogródek trzymał w ” ryzach ” ten chodnik. Nikogo to nie obchodziło, że chodnik bez oparcia na długości 6m. może się rozsypać.
Szanowna dyrekcjo zwróćcie uwagę na naszego firmowego psychopatę, myślę, że nie przyjmuje leków bo znów mnie nęka. Wystarczyło, że dwa razy ze stołówki wyszłam normalnym wyjściem od razu zaczął wygłaszać mój życiorys.
Wszystko co piękne …
szybko się kończy. No i skończyły się nasze spacery, było zbyt pięknie żeby mogło trwać. Ale to już jest tradycja i zgodnie z nią przerywa się zajęcia bez jakiejkolwiek informacji, nie ma i już, czy wam się podoba, czy nie . Kto by się przejmował staruchami. Czy coś się zaczyna czy kończy to MY o tym decydujemy – MY kadra kierownicza DPS, a wy staruchy cieszcie się, że wzięliśmy was na spacer chociaż kilka razy. Tak więc ja zabiorę się za ogródek przecież trzeba się ruszać. Gimnastyka poranna to dla mnie za mało ale niestety prace w ogródku to już ostatnie podrygi prababci Danusi.
Po za spacerami piękne były nasze spotkania muzyczne tak więc już czekam co wymyśli kierownictwo Domu żeby ich nie było. W dobie pandemii wszystko zwala się na nią, ale jak zobaczyłam grupę 30 osób stłoczonych obok siebie bez maseczek, to wolałam nie brać udziału w tym zbiegowisku. To była zabawa na sportowo zorganizowana przez dział socjalny naszego Domu, czyli 30 osób siedziało a dwie osoby bawiły się na sportowo pod czujnym okiem trzech terapeutek. Brak konsekwencji w zachowaniach pracowników w okresie pandemii jest nagminne. Ale myślę, że to obali ich ewentualne podchody zaczepne w stosunku do naszych sobotnio niedzielnych spotkań muzycznych na których przestrzegamy odległości . Spotkanie ku pamięci Powstańcom Warszawskim zakończyło się uczczeniem Ich pamięci minutą ciszy. Natomiast niedzielne spotkanie z Kapelą Jakubową zakończyło się gromkimi brawami skierowanymi do jednej z solistek tej Kapeli. Po prostu zadzwoniłam do niej jak ludzie bili brawa. Teraz szykuję spotkanie sobotnie na dzień 8 sierpnia a w tytule spotkania są ptaki. Gatunkami ptaków zostały nazwane światowej sławy wykonawczynie piosenek których będziemy słuchać : wróbelek Paryża czyli Edith Piaff, słowik Warszawy z czasów naszej młodości czyli PRLu – Bogna Sokorska i Yma Sumak nazwana słowikiem Andów, a ponieważ nad Andami króluje Kondor nie słowik tak więc posłuchamy królowej podniebnych przestrzeni peruwiańskich. Do tego dodam kilka ciekawostek o ptakach i program gotowy. W niedzielę zaś, program poprowadzi, od początku do końca – Janusz Zakrzeński. Mam płytę na której on recytuje, opowiada i śpiewa, ja go tylko przypomnę w kilku słowach.
Muszę też przypomnieć pracownikom socjalnym, że jestem ich podopieczną. Że nie wystarczy otworzyć mi drzwi prowadzące do mojego ogródka i ” róbta co chceta” tylko należałoby zobaczyć chociaż czy spokojnie dotarłam do tego ogródka i wyjrzeć czasem przez okno dla sprawdzenia czy wszystko w porządku. W czwartek żeby nie mój chodzik który toruje mi drogę to już byłoby po mnie. Otworzyłam bramkę do windy, już wprowadziłam chodzik jak zobaczyłam, że winda jest na dole a przede mną kanał od windy. Mało, że skręciłabym sobie kark to jeszcze przez ponad godzinę nikt by o tym nie wiedział. Mój ogródek i wejście do niego jest miejscem bezludnym. Mogłabym wołać do woli i tak nikt by mnie nie słyszał. Kiedyś jak się przewróciłam i nie mogłam się podnieść to i telefon nie pomógł. Dzwoniłam trzykrotnie do działu socjalnego, nikt nie odebrał telefonu. Oddzwoniono do mnie po dwóch godzinach z pytaniem – czy coś pani od nas chciała? Odpowiedź jest zawsze jedna – nie daj Boże coś od was chcieć.
Mam okazję, chyba po raz pierwszy, swój wpis zakończyć optymistycznie. Otóż przy odbiorze swojego prania z pralni nie doliczyłam się jednej podkoszulki. Zwróciła też na ten brak uwagę kierowniczka pralni, poprosiła o jeden dzień na ewentualne odszukanie brakującej rzeczy, a po tym terminie przyniosła mi nowiutką, fabrycznie zapakowaną podkoszulkę z przeprosinami za dyskomfort psychiczny – chociaż wcale tego dyskomfortu nie odczułam, nie zdążyłam. Można? Można.
