Agresja Leona

Agresja w Leonie narasta z dnia na dzień. Widzi bezradność dyrekcji Domu i to go upewnia, że może sobie pozwalać na wszystko. Zaczynam podejrzewać, że Dyrekcji Domu jest na rękę zachowanie Leona; im nie wypada wziąć się za mnie fizycznie a więc Leon im spadł z nieba. Zostałam pobita już trzykrotnie, Dyrekcja o tym wie i pewnie czeka kiedy zostanę pobita skutecznie a od nich padnie zdanie, że robili co mogli ale cóż można zrobić ze starym i chorym człowiekiem. Nie biorą pod uwagę faktu, że zarówno atakujący jak i atakowana są ich podopiecznymi i te przypadki świadczą o tym, że kierownictwo Domu jest nie kompetentne. Ponieważ po pierwszym pobiciu mnie, zrobiło się zbiegowisko ludzi to teraz Leon krąży w okół mnie i atakuje tylko wtedy jak na horyzoncie poza mną nie ma nikogo. Nie jestem jakimś słabeuszem ale podstępne działanie Leona powala na łopatki. Pierwszy raz jak mnie zaatakował to najpierw walnął swoim chodzikiem w mój, ja się zachwiałam ponieważ miałam do przebycia i górkę i zakręt jednocześnie; uderzyłam się o ścianę a jak usiłowałam zobaczyć co się dzieje to dostałam pięścią z całej siły w twarz i Leon uciekł. Po tym incydencie okazało się, że wszyscy są bezradni i personel i dyrekcja i nawet policja, to upewniło Leona, że może sobie pozwalać do woli. Przez kilka dni był cichutki jak trusia, nie zaczepiał mnie ani fizycznie ani nawet słownie, co było rzadkością. Aż nagle, w najmniej oczekiwanym momencie, Leon wyrasta jak spod ziemi i atakuje. Wsiadałam właśnie do windy, już nacisnęłam guziczek na odjazd jak zostałam pchnięta, od tyłu z całej siły tak, że rączki mojego chodzika wbiły mi się w żebra i brzuch, straciłam oddech i upadłam. Winda ruszyła ze mną pokiereszowaną a Leon – niewiniątko został na korytarzu drugiego piętra. To działo się w takim czasie, że na żadną pomoc liczyć nie mogłam – sobota godzina 17. 10 cały personel, a jest go mniej o połowę, jest zajęty wydawaniem leków i kolacji. Po raz pierwszy, moje sadełko, okazało się przydatne, uchroniło mnie od połamania żeber i wewnętrznych obrażeń. Jeszcze tego samego dnia wychodząc na balkon zobaczyłam Leona w oknie piętro wyżej, z kamieniem w ręce i grożącego mi tym kamieniem; to mnie upewniło, że on jest opętany. Opisałam to wszystko i zaniosłam pismo do Pani Dyrektor, wiem, że ona jest bezradna i na nikogo nie może liczyć ale ja po prostu będę zbierała dowody z którymi na pewno ruszę w świat. Powyższy incydent miał miejsce w sobotę – 13 czerwca a już w poniedziałek Leon zaatakował mnie znów i znów w miejscu i czasie gdzie nikt by się jego nie spodziewał. Na moim korytarzu, Leon mieszka dwa piętra wyżej, wyszłam wyrzucić śmieci i w momencie kiedy podniosłam klapę kosza zostałam uderzona kamieniem w głowę i zobaczyłam twarz Leona cieszącego się z tego co zrobił. Pociemniało mi w oczach, oparłam się o kosz na śmieci żeby wrócić do równowagi. I znów wydarzenie to miało miejsce w czasie kiedy na pomoc liczyć nie można, czyli wszystko dokładnie przemyślane. Po dwóch godzinach dotarłam do pielęgniarki którą zobowiązałam do opisania w księdze wydarzeń, to co widzi na mojej głowie. Miałam wielkiego krwiaka w centralnej części głowy. Dostałam żelowy kompres chłodzący i to wszystko. Na drugi dzień był u mnie lekarz który stwierdził – ooo to tylko maleńki krwiaczek. Poprosiłam żeby mimo wszystko ten fakt odnotował w karcie. Każdy ma dla mnie tylko dwie rady do wyboru – albo mam mu wpuścić w pier… albo unikać kontaktu z nim. Czyli, że z problemem mam uporać się sama, na nikogo liczyć nie mogę. Nie wiem jak mam jego unikać – wczoraj wieczorem wybrałam się do pielęgniarki, wychodzę z windy i trafiam prosto na Leona który w wulgarny sposób zaczął mi ubliżać wpychając mnie do windy z powrotem, wrzeszczał – won na dół tam gdzie mieszkasz i ostrzegł mnie, że na pewno już długo nie pochodzę. Muszę szukać ratunku poza terenem naszego Domu, niestety korona wirus komplikuje mi sprawę ale jestem cierpliwa.

Wolność kocham i rozumiem

Tak śpiewają ” Chłopcy z placu broni ” – Tak nie wiele żądam, tak nie wiele pragnę, tak nie wiele widziałam, tak nie wiele zobaczę, tak nie wiele myślę, tak nie wiele znaczę, tak nie wiele słyszałam, tak nie wiele potrafię. Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem…

Nigdy nie pomyślałabym, że ten tekst tak bardzo będzie pasował do mojej sytuacji. Czuję się bardzo zniewolona, ja nic nie mogę; a tak nie wiele pragnę – tylko wyjść na daleki, dwugodzinny spacer nic więcej. Po za tym mam wszystko czego mi potrzeba. ” Tak nie wiele widziałam ” i już chyba niczego więcej nie zobaczę, a dlaczego ? – ponieważ ja już nie wiele znaczę, a może nawet nic nie znaczę. Będą nas trzymać w zamknięciu tak długo ile się da, tak na wszelki wypadek. Przecież Ci którzy nami się opiekują mają chociaż trochę wolności, my jej nie mamy. Zadzwoniłam do swojej koleżanki, którą zawsze namawiałam żeby zamieszkała w naszym Domu ze względu na swoje bardzo chore nogi i co usłyszałam – ledwie chodzę, mówi mi Mańcia, ale wychodzę kiedy i dokąd chcę, a ty jesteś w klatce i to takie dzikie zwierzę jak ty, jest zamknięte w niewoli. Nie zamieniłabym się z tobą – mówi Mańcia. To zamknięcie w klatce osłabia cały organizm. Resztki moich mięśni zamienia się w tłuszcz. Ja ciągle śpię, zasypiam nawet po śniadaniu, czyli po całkowicie przespanej nocy. Zwykle po śniadaniu wychodziłam i szłam gdzie mnie oczy poniosą, w świat. A teraz leżę i następuje kumulacja energii, która nie ma ujścia, a ten brak ujścia powoduje tycie. U mnie każdy kęs zamienia się w tłuszcz, jestem nim opasana. Przez nadwagę robię się coraz bardziej leniwa i koło się zamyka. We wtorek pójdę do lekarza z prośbą żeby mi wypisał receptę na wolność – na dwie godziny dziennie całkowitej wolności, w innym wypadku cała obrosnę w sadło i będę ciągle spać, wówczas opiekunki nie poradzą sobie ze mną. Nie wiem co się ze mną dzieje, przecież ja nie przyjmuję żadnych leków ani na uspokojenie ani na sen, a zachowuję się tak jakbym przyjmowała. Nie wiem co będzie z nami zniewolonymi, jak długo jeszcze?

Obsesja

Obsesja to naukowe określenie opętania, czyli choroby psychicznej, zwykłej choroby psychicznej z którą każdy lekarz psychiatra umiałby postąpić, zwłaszcza, że ten opętany jest w Domu Opieki, czyli zawsze w zasięgu ręki. Niestety nasz lekarz nawet nie rozpoznał choroby a więc nie może być mowy o leczeniu. Nasz psychiatra potrafi czasem z normalnego człowieka zrobić durnia, ale żeby wyleczyć, to już ponad jego możliwości. Chodzi mi o Leona i jego obsesji na moim punkcie. To natręctwo opętało Leona dwa lata temu i trwa a objawia się coraz agresywniej. Leon całkiem oficjalnie mówi, że mnie zgładzi. Zgładzenie mnie to jego życiowa misja. Wszystkim dookoła opowiada wymyślony niby mój życiorys, po to żeby inni uznali, że naprawdę mnie trzeba zgładzić z tego świata. Przecież jestem najwyższej klasy szpiegiem sowieckim, wyszkolonym przez Stalina. Przeze mnie zgładzono tysiące ludzi podczas I i II wojny światowej. Nikt nie potrafił rozprawić się ze mną a on to zrobi. On nie widzi różnicy wiekowej, nie interesuje go, że jak Stalin zmarł to ja miałam 11 lat. Według Leona byłam pupilką Stalina. Obelgi jakimi mnie poniewierał, po pół roku zaczęłam puszczać mimo uszu. Pisałam o tym do Pani dyrektor dwukrotnie, prosiłam żeby coś z tym zrobiła, odpisała mi, że rozmawiała z Leonem i on obiecał, że nie będzie mnie zaczepiał. Chory psychicznie człowiek obiecał i to naszej pani dyrektor wystarczy. Leon już trzykrotnie próbował mnie pobić, w tym raz mu się niestety udało. Skoro nasza dyrekcja nie wie jak poradzić z Leonem to ja będę musiała poradzić sobie z dyrekcją. Przecież on jest podopiecznym naszego Domu, skoro on nie odpowiada za siebie, to za niego odpowiada dyrekcja. Zadzwoniłam do Dzielnicowego, który odpowiedział mi, że nic nie może zrobić, co najwyżej zadzwoni do dyrekcji Domu i porozmawia. Poprosiłam go jednak żeby sporządził notatkę w tej sprawie. Za każdym razem, jak tylko Leon mnie zaczepi będę dzwoniła na Policję i na piśmie informowała naszą panią dyrektor aż w końcu nagłośnię sprawę w mediach. Moją córkę poinformowano, że w piątek – 5 czerwca będzie lekarz psychiatra który zajmie się sprawą. I właśnie w piątek wieczorem wyszłam na balkon i z przerażeniem zobaczyłam w oknie korytarza, piętro wyżej, Leona z kamieniem w ręce.On mnie osacza ze wszystkich stron. W piątek gdzie bym się nie ruszyła wszędzie spotykałam Leona. On jest naprawdę opętany. Od dziś zawsze przy sobie będę miała coś do samoobrony, nie będę bierna tylko aktywna.

Po za tym maj skończył się pięknym słonecznym dniem i pięknie odśpiewaną majową. Panie zaczęły mnie namawiać żebym poprowadziła i czerwcowe; ja w pierwszej chwili zawahałam się ale jednak zrezygnowałam z tej zaszczytnej funkcji. Nie jestem w końcu aż taką świętoszką. Poczekamy do następnego maja. Wszyscy jesteśmy umęczeni tą nie możliwością wychodzenia z budynku. Dzisiaj jakieś wizyty rodzinne były, nie wiem na jakiej zasadzie. Nie widziałam żadnej informacji na ten temat, to chyba z obawy, że byłoby za dużo chętnych. Ja czasem wychodzę do ogródka ale te prośby o wyjścia są upokarzające. Trochę podłubię w ziemi i już jestem zmęczona, także wyjście raz czy dwa razy w tygodniu to kropla w morzu potrzeb. Musiałabym pójść do sklepu ogrodniczego kupić coś do spryskania róż – (są zjedzone przez jakąś zarazę ) i krzątać się w ogródku codziennie, wówczas ogródek spełniałby swoją rolę a tak to jest zaniedbane byle co.

Areszt

Idąc korytarzem naszego Domu spotkałam Witka, który mnie spytał – no jak tam, już ci Jan nie przeszkadza w prowadzeniu majowej? No nie widziałam już go dość długo, a dlaczego pytasz? Bo Jan siedział w areszcie – mówi Witek. W jakim areszcie, co on pobił kogoś czy jak? Przecież u nas nie raz ktoś kogoś natłukł po pysku i wcale za to nie trafił do aresztu. Wszystko zwala się na karb niepoczytalności. No chyba, że zrobił to na zewnątrz, ale jak, przecież nie możemy wychodzić? Nikogo nie pobił, wystarczyło, że samowolnie pochodził po mieście. Okazuje się, że zawieziono go do lekarza, a on od tego lekarza czmychnął. Jak wrócił to prosto do aresztu. Aresztem nazywają mieszkańcy pokoje przygotowane na izolację. Ja też tam swoje odsiedziałem – mówi Witek. A coś ty takiego zrobił ? Zadzwoniłem po taksówkę i pojechałem do miasta pozałatwiać swoje sprawy, których nazbierało się trochę. Jak wróciłem to prosto do aresztu. No tak, Witek ma możliwość wyjścia bez opowiadania się nikomu; mieszka na parterze a tam z każdego pokoju jest wyjście przed Dom, a dalej to już zależy tylko od sprytu i pomysłowości. Okazuje się, że Franuś, od początku kwarantanny przebywa w areszcie, tak na zmianę – szpital i areszt. Właśnie, w takim areszcie planowałam zakończyć swoją szpitalną rehabilitację. Na czas zabiegów wzięłabym urlop, a po ich zakończeniu odbyłabym ścisłą kwarantannę. Tylko, że to nie przyszło do tych inteligentnych głów naszego szefostwa. Przełożona ubóstwia decydować za innych zakładając z góry, że wszyscy są od niej głupsi. Całe swoje życie zawodowe uchodziłam za osobę logicznie myślącą i właśnie dlatego widzę kompletny brak logiki w postępowaniu nasze trójcy

.Po za tym, znów muszę przepraszać osoby komentujące moje wpisy. Wyjaśniałam już nie raz, że czytam tylko wpisy w języku polskim. Umieliście przeczytać to co ja napisałam to bardzo proszę umiejcie napisać do mnie po polsku. Jestem prababcią i już nie wejdzie do starej głowy nic nowego – czyli, że nie nauczę się już korzystać z tłumacza, zwłaszcza, że piszecie do mnie w różnych językach. Z mojej głowy ucieka to co umiałam do tej pory. Widocznie pojemność się zmniejsza i żeby cokolwiek zostało to trzeba pozbywać się części swoich umiejętności. Odczuwam to bardzo, że to co było dla mnie tak oczywiste teraz już oczywistym nie jest. To są właśnie skutki nie leczonego udaru centralnego. Po mnie w ogóle nie widać, że miałam udar, ja jego skutki odczuwam wewnętrznie – tracę wzrok, słuch i pamięć. Jeszcze z tym co mam można żyć ale właśnie dlatego żeby to co jest zatrzymać miałam mieć specjalistyczne zabiegi i właśnie dlatego pielęgniarka przełożona postąpiła tak jak postąpiła.

Bezczelność i bezmyślność

Chodzi o bezczelność kadry kierowniczej, wysoko postawionej w naszym DPSie i bezmyślność personelu wyszkolonego na żołnierza wykonującego polecenia bez wdawania się w jakiekolwiek dyskusje. Nie pytaj bo nie musisz wiedzieć o co chodzi tylko wykonaj co ci kazali. Pani kierownik działu medycznego, bo o nią chodzi, samowolnie, a zatem bezczelnie i bezprawnie, odwołała moje zabiegi w Szpitalu Klinicznym które miałam zaplanowane na koniec maja i na które czekałam kilka miesięcy a szykowałam się do nich rok robiąc wszelkie niezbędne badania. Odwołała je informując Szpital, że jestem już osobą leżącą, a naszemu pielęgniarzowi przekazała żeby mnie o tym poinformował, ale już odwróciła kota ogonem i powiedziała mu, że w tej sprawie dzwonili do niej ze szpitala i odwołali moje zabiegi informując jednocześnie, że w tym roku nie mam już na nie szans. Ponieważ pielęgniarz wie, że on to coś więcej niż pozostały personel średni, wydaje polecenie opiekunce – Agnieszce, że ma przekazać informacje o odwołaniu zabiegów. Bez żadnych wyjaśnień. Ta z kolei mimo ,że nie wie o co chodzi, nie pyta tylko bezmyślnie informuje mnie, że moje zabiegi są odwołane chyba dlatego, że sala gimnastyczna jest znów zamknięta. Zdziwiona tą informacją mówię, że przecież ja nie przyjmuję żadnych zabiegów. W odpowiedzi usłyszałam, – ja tam nic nie wiem, miałam powiedzieć to mówię. To miało miejsce 5 maja br. 18 maja dzwonię do Szpitala żeby coś ustalić z zabiegami, licząc się z tym, że na pewno będą przesunięcia o dwa albo i trzy miesiące a dowiaduję się, że zabiegi odwołała nasza pielęgniarka naczelna. Ja nikogo takiego nie upoważniłam do zajmowania się moimi sprawami medycznymi – mówię. Ta pani była bardzo wiarygodna i nie sądziliśmy, że mogłaby nas oszukać. Wyjaśniłam więc, że to jest osoba dzięki której kilka lat temu dostałam udaru i osoba która zostawiła mnie w udarze bez pomocy lekarskiej i nawet po latach robi wszystko żeby ten udar dalej pustoszył mój organizm. Lekarz kierujący mnie na zabiegi po udarowe o tym wszystkim wie. Całe szczęście, że pani która ze mną rozmawiała na ten temat, sprawę potraktowała poważnie. Zadzwoniła do lekarza kierującego mnie na zabiegi a później do mnie z przeprosinami i ustaleniem nowego terminu. Żeby szpital inaczej potraktował sprawę, przysięgam, że naszą dyrekcję oskarżyłabym przed Sądem. Szczerze, to nawet cieszyłam się takim obrotem sprawy ponieważ to byłby nie zbity dowód, że ta pseudo pielęgniarka działa z premedytacją na niekorzyść swoich podopiecznych. Nazbierałabym nie mało świadków na tę okoliczność, którzy zeznawaliby śmiało ponieważ owa pielęgniarka naczelna dla tych osób jest nikim. Na bezczelność pielęgniarki naczelnej brakuje mi słów. Opisałam to wszystko i zaniosłam pismo do pani dyrektor, po co ? Nie wiem. Przecież u niej zawsze ma rację pracownik nie podopieczny. Oczywiście bezczelność pielęgniarki naczelnej nie wynika z jej charakteru tylko wszystkiemu jest winien Korona wirus – odpowiedziała mi na piśmie pani dyrektor. Wobec tego ten korona wirus siedzi w tej podłej głowie już od lat i zakaża okolicznych szefów.

Ślad w sercu

Jak mieszkańcy dowiedzieli się, że prowadziłam majową w intencji zmarłego Rysia, posypały się prośby od różnych osób w podobnej sprawie. Najpierw przeraziło mnie to, ale później pomyślałam – damy radę. Uczestnicy majowej mogą po prostu pomyśleć o tych co odeszli a ja głośno powiem, że dzisiaj modlimy się i śpiewamy w intencji tych za którymi tęsknimy a ich już nie ma z nami. Zanim zaczęliśmy pieśni majowe to zespół Piotra Rubika odśpiewał ” Zdumienie ” do słów Jana Pawła II, które mówi o sensie życia i umierania, następnie Andrea Boccelli zaśpiewał Ave Maryja i przeszliśmy do pieśni majowych które rozpoczął Krzysztof Krawczyk śpiewając ” Chwalcie łąki umajone. Trochę odbiegliśmy od typowego śpiewania bo wśród pieśni była jedna która brzmiała jakby ją śpiewał tercet egzotyczny – Panience na dobranoc, a druga to francuska pieśń Santa Maryja, śpiewana w języku polskim. To te pieśni sprawiły, że uczestnicy majowej mieli ochotę śpiewać bez końca, zwłaszcza, że każdy uczestnik otrzymał teksty. ( Żeby do tego wszystkiego doszła życzliwość i pomoc pracowników socjalnych to byłaby pełnia szczęścia ).

W trakcie rozmów z mieszkańcami dotyczących majowych w intencji, dowiedziałam się, że odeszły od nas dwie panie za które będę się modlić i śpiewać jeszcze wiele razy. To bardzo mi życzliwe osoby. Osoby, które były w tym parszywym chórze, znanym z niszczenia ludzi, a mimo to do końca szlachetne. Jedna bardzo delikatna i życzliwa wszystkim ludziom dookoła – to Helenka, a druga idąca swoją drogą, stąpająca twardo po ziemi i nie dająca się z niej zboczyć, mimo usilnych starań – to Józia.

Ślad w sercu

Jeszcze chodzimy po Waszych śladach i dotykamy tej samej poręczy, tak nie dawno patrzyliśmy Wam w oczy, a dziś już wspomnienia jak nici pajęczyn.

Odeszłyście cicho w nieznane, coraz więcej nas po drugiej stronie… Jak długo pamiętać będziemy o wspólnym życia wrzecionie.

Zadeptujemy już Wasze ścieżki, pozacieramy i Wasze ślady. W Waszych pokojach ktoś inny mieszka, już tylko w sercach ślad pozostanie.

Miało być cudnie

i było cudnie ale tylko w niedzielę. Pogoda – cud, miód i orzeszki, tak więc raniutko do atrium żeby się rozruszać, ( chociaż moje wyjścia na rozruszanie się nie mają nic wspólnego z pogodą, ale było cudnie). Po śniadanku pół godzinki na słoneczku. Te pół godzinki trochę mi humor popsuło a to dzięki sąsiadom którzy wyrzucają chleb przez okno. Kiedyś jak tylko zobaczyłam jakiś chleb natychmiast wychodziłam żeby go pozbierać, przecież po chleb przychodzą dziki i ryją wszystkie ogródki, a teraz każde wyjście do ogródka to uniżone prośby przed panią kier. socjalną, a ona chociaż trochę ale musi mnie przeczołgać. Byłam tylko dwa razy w ogródku korzystając z pośrednictwa działu socjalnego: za pierwszym razem to w ogóle zapomniały żeby mnie wypuścić z ogródka – wołałam, stukałam, dzwoniłam dwukrotnie aż musiałam poradzić sobie sama i to wtedy kiedy byłam poturbowana upadkiem. Półtorej godziny po moim telefonie do nich oddzwoniły z zapytaniem – czy coś pani od nas chciała? Nie daj Boże coś od was chcieć. Za drugim razem zmądrzałam i do ogródka wybrałam się z chodzikiem a z nim to bez łaski mogę obejść cały budynek. Ale i wówczas musiałam odczekać bo szanowne zapomniały, że miały mnie wpuścić. Znalazłam wyjście na przypomnienie – wrzasnęłam pod ich oknem i od razu przypomniały sobie o mnie; jednak jeszcze musiałam poczekać ponieważ pani kierownik wzięła nie te klucze, także sobie pobiegała. Widząc mój chodzik już wiedziała, że nie będę czekała na ich łaskawe wypuszczenie mnie z ogródka. Piszę o dziale socjalnym w liczbie mnogiej ponieważ wszystkie jego pracownice muszą zachowywać się tak samo jak ich szefowa. Jeśli w czymkolwiek mają swoje zdanie to długo w DPSie nie popracują. Bardzo zmieniły się panie z działu socjalnego. Ale i tak jest cudnie, ponieważ utrudniających mi życie jest garsteczka w porównaniu z tymi którzy mi pomagają na każdym kroku. Miłych, życzliwych i uczynnych pracowników jest wielokrotnie więcej. Aż trudno uwierzyć ale nawet muzykę potrzebną mi na już, mam natychmiast wgraną. Nie musiałam zabierać ze sobą do atrium internetu, wszystko co chciałam mam na pulpicie. Teraz mam inny problem, jak prowadzę majową w atrium, muszę robić namiot nad komputerem, żeby zasłonić go od słońca, ponieważ nie widzę kursora. Ale jest dobrze. Siedzę pod namiotem jak pod wielką maseczką. W sobotę i w niedzielę Majowe przeciągnęły się o godzinę dłużej, panie były zachwycone i pieśniami i ich wykonaniem; a już w poniedziałek majowej nie było ze względu na pogodę. Zimno i deszcz, także przerywamy nasze śpiewy do lepszej pogody. I w ten, że poniedziałek znów natknęłam się na panią kier. socjalną z maseczką zawieszoną na jednym uchu. Myślała, że jak mnie zobaczy to zdąży ją prawidłowo założyć – nie zdążyła. Nie wytrzymałam i podniesionym głosem powiedziałam co o tym myślę, a we wtorek napisałam w tej sprawie pismo do pani dyrektor. Tak nie może być, żeby jedna osoba usilnie starała się zniweczyć trudy dwumiesięcznej kwarantanny dwustu osób i nikt z tym nic nie mógł zrobić. Przecież ta kobieta z pracy i do pracy jeździ kilkoma autobusami, robi zakupy w różnych sklepach; ona nie powinna mieć z nami kontaktu w ogóle, a ona chodzi po całym DPSie i narzuca nam swoją wolę w sposób nie uzasadniony. To ona od nas powinna uczyć się zachowań nie my od niej. Jej zachowania są nie właściwe a przecież jest kierownikiem działu socjalno – rehabilitacyjnego. W odpowiedzi na moje pismo pani kierownik socjalna pokazała demonstracyjnie, że ma wszystkich w du…żym poważaniu. W środę wszystkie trzy panie pracujące w dziale socjalnym przyjmowały interesantów bez maseczek – w maleńkim pokoiku, zastawionym szafami i biurkami panie przyjęły pana Ryszarda i mnie na pewno i wszystkich innych. W całej Polsce ludzie dbają o zasady zachowań podczas pandemii tylko nie my. Według naszej p. kierownik tam gdzie jest ona pandemia natychmiast wygasa. Jednej z naszych podopiecznych pozwoliła nawet, po zabiegu dokonanym w Poliklinice, wrócić do DPSu samodzielnie i pieszo.

W nocy z poniedziałku na wtorek spadł śnieg, no i narobił spustoszeń. Przecież to już 12 maja. W moim ogródku zniszczył mi liliowce, które pięknie wyrosły i już pięły się ku górze swoimi pączkami. Za dwa tygodnie ozdobiłyby ogródek pięknymi, żółtymi kwiatami. Niestety na kępie 50 liliowców siadła wielka, ciężka czapa śniegu. W ciągu dnia śnieg wszędzie stopniał tylko nie na liliowcach, leżała ta poducha śniegu do wieczora a rano zobaczyłam połamane całkowicie moje ukochane kwiaty. Zerknęłam do moich rymowanek dotyczących pogody w latach poprzednich no i spuściłam nos na kwintę – w czerwcu 2006 r. pisałam tak: Co się dzieje z tym czerwcem, czemu ciągle płacze? Nie chce rozstać się z wiosną i z latem romans zacząć. Maj był zimny i dżdżysty kaprysił przez trzydzieści dni – a teraz ty? Z tego wynika, że przez dwa najpiękniejsze miesiące było zimno i dżdżysto, czyli, że nie możemy narzekać, przecież w tym roku są dni słoneczne, a że od czasu do czasu – trudno.

Niesubordynacja

Ktoś jednak czyta tego mojego bloga. Jak napisałam o moich dolegliwościach związanych ze starością to w komentarzach znalazło się kilkadziesiąt wpisów z aptek z całego świata z suplementami na młodość. Innym razem napisałam o skutkach mojego upadku w ogródku i analogiczna sytuacja, reakcja aptek na zlikwidowanie skutków po wypadkowych. Wygląda to tak jakby ktoś pilnował o czym napiszę i z automatu służył poradą. Wszystkie porady w postaci suplementów czy leków, wędrują do kosza, ja tego nawet nie czytam. Tylko rzut okiem i kosz. Są też wpisy od osób prywatnych, bardzo osobiste; niestety również idą do kosza ponieważ prababcia nie zna języków. A wracając do zdrowia to ze mną wcale nie jest tak źle, jeszcze wszystko się goi, jak to kiedyś mówiono – jak na psie. Jeszcze trochę ograniczeń mam, w związku z upadkiem ale wszelkie krwiaki wchłonęły się pięknie.

Ze względu na deszczową pogodę odwołałam majowe do końca tygodnia; później zobaczymy. Chodzi mi głównie o panie uczestniczące w śpiewie. Już jedna z pań narzeka na pęcherz a przecież była na swoim balkonie i mogła się opatulić. Chodzi też o mój sprzęt, który narażony jest na wilgoć i o zachowanie się pana NIKT, który nie może znieść tego co robię i codziennie przesuwa stół z pod zadaszenia na przestrzeń otwartą. Stół jest bardzo ciężki i codzienne jego przestawianie już mnie nuży. Jedna z pań z oburzeniem stwierdziła – i to jest kościelny? Panie które uczestniczą w majowych nie znały mnie od strony organizacyjnej ” imprez ” jestem przez nie obsypywana komplementami, tak więc staram się jeszcze bardziej. Wynajduję w internecie piękne pieśni Maryjne, niestety nie umiem ich zrzucić na pulpit i będę musiała zabierać ze sobą internet – to się chyba nazywa fi fi. ale uczestniczki będą zachwycone. Tak jak pan NIKT nie może znieść tego co robię, tak samo pani kierownik socjalna. Przysłała do mnie znów Kasię, która udając, że w trosce o mnie składa mi wizytę a w konsekwencji wygadała się że ta moja samowolka płazem mi nie ujdzie i za skupiska ludzi i ich bliskość będę odpowiadała. Myślały panie, że mnie przestraszą a ja poczułam się skomplementowana, bo to znaczy, że one również znają moją wartość i boją się, że wszyscy za mną polecą; no nie polecieli. Ostatnio w atrium nie było nikogo. A za bliskość ewentualnych osób na pewno odpowiadać nie będę. To nie moja broszka. Porządny kierownik socjalny powinien zorganizować swojej podopiecznej pomoc pod każdym względem i czuwać nad przebiegiem majowej. Tylko, że skąd go wziąć, tego porządnego kierownika. Dla naszych mieszkańców jednak majowa jest ważna, oto przykład : smutną jest rzeczą jak ktoś umiera, ale u nas to chleb powszedni i wyobraźcie sobie zmarł Rysiu a jego córka zadzwoniła do jednej z naszych z prośbą o odśpiewanie majowej w intencji Rysia. Poprosiła mnie żebym koniecznie przeprowadziła majową w sobotę bo to będzie dzień pogrzebu Rysia. W ten sposób będziemy z nim. Może pan NIKT nie zepsuje tej majowej swoimi spacerami, w końcu przyjaźnił się z Rysiem.

Wracam do naszej kwarantanny; otóż kierownictwo naszego DPSu organizuje na jednym z korytarzy, pokoje dla osób powracających ze szpitala żeby byli oddzieleni od reszty mieszkańców. Na korytarzu tym jest najmniej pokoi bo tylko 5 i można go oddzielić od reszty pomieszczeń zamykając po prostu drzwi korytarzowe. Nasi trafiają z różnych przyczyn do szpitala także takie oddzielenie jest potrzebne na wszelki wypadek. Już jest przeprowadzana roszada i zwalnianie pokoi. |Żeby jeszcze wszyscy pracownicy przestrzegali noszenie maseczek i odległości między ludźmi. Niestety u tej co najwięcej krzyczy jest kompletny brak subordynacji. Wszystkich ma poniżej pasa, ona nikomu nie podlega, ona tylko rozkazuje. Chodzi mi cały czas o jedną osobę, o panią kierownik socjalną . Ona zakłada maseczkę tylko jak zobaczy mnie, wówczas dopiero idzie do pokoju po maseczkę. Nie nosi jej nawet na szyj. Wstyd mi za nią. Opiekunowie czy pokojowe, tak ciężko pracują. Dla nich maseczka to wielki trud, a jednak nie zdejmują jej nigdy. Zmęczeni do bólu, zalani potem, ukradkiem przecierają czoła a cały czas maseczki noszą. Także szanowna pani kierownik jeśli wirus wejdzie w nasze podwoje to nie będzie to moja wina – jak pani za wszelką cenę chce mi wcisnąć – tylko wyłącznie pani. Nie widziałam ani jednego pracownika bez maseczki tylko panią. Kompletny brak subordynacji.

Upór

Upór – brzydkie słowo, ale kiedyś wypowiedziane prze panią dyrektor utkwiło we mnie i wykorzystałam je jako wytyczne. Jak chcesz coś zrobić, to po chamsku upieraj się przy swoim, inaczej do niektórych nie dociera. To usłyszałam, jak w prostacki sposób, kilka lat temu, niszczono mnie i moje ukochane radio. ( Oj, przydałoby się teraz ). Mogła się pani upierać przy swoim, powiedziała p. dyrektor. Więc teraz się uparłam. Dwa tygodnie temu zgłosiłam p. socjalnej, że w tym roku będę chciała prowadzić majowe. Ludzie z którymi rozmawiałam są zachwyceni, -oznajmiłam. Na moje stwierdzenie socjalna jednym zdaniem zdradziła swój bardzo brzydki charakter i fakt, że nie nadaje się na stanowisko które piastuje – czy nie pomyliła pani kolejności. No i czy da się kogoś takiego polubić? Za cholerę się nie da. Po za pychą jest w tej kobiecie tylko przyklejony uśmiech, reszta zero. Jej podlegli pracownicy są wdeptani w ziemię, nie mają prawa złapać porządnego oddechu bez jej wiedzy. Zatraciły swoją wartość, już nie wiedzą czy coś potrafią czy nie. Nawet pani dyrektor jest jej uległa i bez żadnej analizy potwierdzi wszystko co chce socjalna. A ona, co do mojej osoby, wszystko na nie. Żadnych imprez podczas pandemii – oznajmiła. To nie będzie impreza tylko śpiewane przeze mnie pieśni Maryjne. Poczekajmy aż wszystko się wyjaśni – ona. Ja – na nic nie będziemy czekać, wejdę do atrium i będę śpiewać. Nie pozwoli pani w atrium to będę śpiewała ze swojego balkonu i jeszcze zadzwonię do telewizji żeby zobaczyli jak u nas miło. Żadnej telewizji – ona, decyzję wydam dwa dni przed majem. Chciałabym wydrukować śpiewniki, wypróbować mikrofon,- mówię, lubię do wszystkiego przygotować się należycie. Pani kierownik odwróciła się na pięcie i poszła. Ale przysłała do mnie Kasię, która zaczęła mi objaśniać jak to trudno jest obsługiwać mikrofon. Żeby to nie była Kasia to już bym huknęła, ona uczy ojca dzieci robić. W każdym razie żadne moje argumenty nie docierały tak więc oznajmiłam, że ze wszystkim poradzę sobie sama, bez niczyjej pomocy a majowe zaczynam w piątek. Pani socjalna zażyczyła sobie żeby to było 4 nie 1 maja. Nikt mi nie zabroni śpiewać kiedy chcę – powiedziałam. Po tej rozmowie socjalna przysłała do mnie panią dyrektor która usiłowała obarczyć mnie winą za wszystkie obecne i przyszłe plagi świata. Powiedziałam jej, że niech się lepiej weźmie za samą socjalną, która przez 8 godzin siedzi biurko w biurko z Agatą a przecież ma swój gabinet, a nawet dwa – jeden przy sali widowiskowej, drugi w łączniku. Jak byłam w dziale socjalnym to szanowna p. kierownik załatwiała moją sprawę przy biurku Eli i bez maseczki. Wypadły trzy osoby na pół metra powierzchni. Ja do biura weszłam zdrowa i od dwóch miesięcy nigdzie nie wychodzę – a wy ? Czyżby pani socjalna była ponad prawem a czepia się innych. Mówiłam wszystko podniesionym głosem bo naprawdę szlak mnie trafia jak mam cokolwiek zrobić z Działem Socjalnym. Jeszcze nic nie zrobisz a już się umęczysz jakbyś ciągnęła ogromny wór pełen kamieni. Całe życie praca wokół muzyki to było dla mnie – motylem jestem, a nie worem kamieni. W każdym razie pierwsza majowa minęła bardzo miło; pieśni śpiewane były przez chór dziecięcy z organami. W atrium mój głos brzmiał jak organy i nie potrzebny był do tego mikrofon, „którego nie daj Boże nie umiałabym obsłużyć”. Atrium ma 300 m2 powierzchni na której były 2 osoby. Na balkonach było 6 osób. Fakt, było zimno i dżdżysto no i pierwsze koty za płoty; za kilka dni może być więcej ale nie będzie więcej jak 10 osób także wypadnie po 30 m2 na osobę. Żadna z pań oskarżająca mnie za nieszczęścia tego świata nie pomyślała nawet, że na majowe nigdy nie przychodziło więcej jak 20 osób a z tego 70% to ludzie na wózkach których ktoś musiał przywieźć. Nie muszę przypominać, że wszelkie inicjatywy podopiecznych powinny być wspomagane jak się da. Tym bardziej teraz kiedy wszyscy jesteśmy umęczeni kwarantanną. P. S. do grupy przeszkadzaczy dołączył pan NIKT, podczas drugiej Majowej chodził z kijkami nie myśląc w ogóle, że to o nim źle świadczy. Ludzie popukali się w czoło i machnęli ręką – niech sobie chodzi i udowadnia kim jest. Mało tego – jak zobaczył przesunięty stół pod zadaszenie, na którym stał laptop i głośniki, to przyszedł specjalnie żeby postawić go tak jak on chce. Jedna z pań widząc tą niedorzeczność zaprosiła mnie na swój balkon, powiedziała mi – pani tu będzie wygodnie a ja mogę pójść na dwór. No i co panie NIKT, miałeś pretensje, że kiedyś nazwałam ciebie tak, że aż poszedłeś z tym do adwokata żeby coś ze mną zrobić. Przecież ty na każdym kroku potwierdzasz to imię z dodatkiem specjalnym.

Ogródek i prababcia

Jak jest się prababcią to z pracami w ogródku trzeba by się pożegnać, zwłaszcza jak ogródek jest na skarpie z której można spadać na łeb na szyję. Niestety znów wróciło słoneczko, które nie licząc się z nikim i z niczym wyciąga nas z domów. Wyciągnęło i mnie do mojego ogródka; tyle zachodu żeby uzyskać zezwolenie na wyjście a po godzinie pracy w ogródku bęc i prababcia unieruchomiona. Walnęłam na wiadro z wodą, runęłam jak długa i podnieść się nie mogłam przez 15 min. Nikt mnie nie widział ani nie słyszał. Na żadną pomoc liczyć nie mogłam. Starocie ma problem z wstawaniem z łóżka a co dopiero z ziemi. Po bardzo bolesnej ekwilibrystyce – udało się. Mokra, zabłocona jakoś dotarłam do swojego pokoju. Opiekunka obejrzała moją rękę i zaleciła koniecznie pójście do pielęgniarek. Poszłam. Z ręką robiło się coraz gorzej. Trafiłam na swojego wroga, czyli siostrę przełożoną,ona w ogóle mojej ręki nie oglądała tylko słyszała pytania pielęgniarek i moje odpowiedzi, po których stwierdziła krótko – uszkodzony nadgarstek trzeba prześwietlić. Ja – jaki nadgarstek, przecież mam pokiereszowany łokieć. Łokieć mnie bolał do zwariowania i ręka zaczynała puchnąć. Na SOR nie chciałam jechać. W dobie korona wirusa? Przełożona nalegała ale ja wietrzyłam podstęp – wyśle mnie na SOR, później 14 dni gdzieś na kwarantannie i tak pozbędzie się szanowna mnie albo na długo albo w ogóle. Nic z tego. Postanowiłam przeczekać do jutra. Po godzinie ból stał się nie do wytrzymania i to właśnie nadgarstka. Dłoń opuchła. Szacun mój wrogu nr. 1 – jesteś dobrym diagnostykiem, żebyś była taka dobra w pomocy nam. W swojej domowej apteczce znalazłam leki przeciwbólowe, wprawdzie przeterminowane o rok ale ryzyk, fizyk – wzięłam dwie tabletki, pomogło ból ustąpił. Całą rękę wymasowałam maścią z eukaliptusa – opuchlizna zaczęła się zmniejszać. Na drugi dzień swoje zabiegi powtórzyłam i już można żyć. Do ogródka długo nie pójdę ale jakoś to przeżyję. Tak więc jak przystało na prababcię dzień zaczynam od środków przeciwbólowych.

W poprzednim wpisie wspomniałam, że w ramach obostrzeń wprowadzono u nas obrót bezgotówkowy, z którego wyszła jakaś lipa bo na drugi dzień przyniesiono mi fakturę za leki – myślałam, że do zaparafowania a okazało się, że do opłacenia. Przyniesiono mi również kilka groszy zapakowane w woreczek foliowy jako reszta z zakupów zrobionych w naszym sklepiku dwa dni temu. Jeśli już bilon jest aż tak niebezpieczny to jako resztę można mi było od razu podać w woreczku. Trudno, wszystko jest ostatnio darowywane naszym szefom bo jakby nie patrzeć to jesteśmy zdrowi.

Któregoś dnia pochodziłam trochę po naszych korytarzach i okazało się, że powinnam to robić częściej. Na każdym z korytarzy słyszałam jakieś wołania tak więc reagowałam na nie i tak : jednej z pań trzeba było podać telefon, innej zorganizować sprawdzenie telefonu ponieważ miała z nim jakieś problemy, trzeciej nalać wody do pojemniczka z dzióbkiem a do czwartej poprosić pielęgniarkę. Obecnie w naszym Domu nie wiele jest osób chodzących i myślących logicznie. Na moim korytarzu np. na jedenastu mieszkańców tylko ja mogę sensownie zadziałać. Jednak jak dzisiejszej nocy mój sąsiad dawał wszystkim ostro popalić swoimi wrzaskami i waleniem w drzwi , nie poszłam i nie pomogłam. Wiedziałam, że to pijackie wrzaski i pewnie jak zwykle po pijaku przewrócił się i nie może wstać, a że jest wyjątkowo wulgarny to ani myślę spieszyć z pomocą. Jego sąsiad przez ścianę, pomimo, że całymi dniami przesiaduje u niego, z pomocą nie pospieszył. Może nacisnął światełko wzywające pomocy, ale używa go tak często i bez potrzebnie, że zaprzestano reagować na nie.

Po smakach zwróciłam uwagę, że w naszej kuchni chyba zatrudniona jest nowa osoba. Teraz pracowników kuchni nie widujemy, są pod szczególną ochroną – i dobrze, ale szczerze mówiąc trochę tęsknię za nimi. Są to bardzo mili ludzie. A wracając do nowego smaku który odczuwa się wyraźnie – jest palce lizać. Gratuluję nabytku. Wszystkie jesteście super! Napisałam wszystkie, ponieważ w kuchni pracują same panie – ALE JAKIE ! Panowie powiększyli grono opiekunów i pielęgniarzy – również są godni najwyższych pochwał.

Zbliża się maj wielkimi krokami. Szykuję się więc do prowadzenia majowych. Wpadłam na pomysł, że ja jako prowadząca będę w atrium a reszta uczestników będzie w swoich pokojach albo na korytarzu przy otwartych oknach. Nie wiem czy to się uda ale jestem dobrej myśli.