Areszt

Idąc korytarzem naszego Domu spotkałam Witka, który mnie spytał – no jak tam, już ci Jan nie przeszkadza w prowadzeniu majowej? No nie widziałam już go dość długo, a dlaczego pytasz? Bo Jan siedział w areszcie – mówi Witek. W jakim areszcie, co on pobił kogoś czy jak? Przecież u nas nie raz ktoś kogoś natłukł po pysku i wcale za to nie trafił do aresztu. Wszystko zwala się na karb niepoczytalności. No chyba, że zrobił to na zewnątrz, ale jak, przecież nie możemy wychodzić? Nikogo nie pobił, wystarczyło, że samowolnie pochodził po mieście. Okazuje się, że zawieziono go do lekarza, a on od tego lekarza czmychnął. Jak wrócił to prosto do aresztu. Aresztem nazywają mieszkańcy pokoje przygotowane na izolację. Ja też tam swoje odsiedziałem – mówi Witek. A coś ty takiego zrobił ? Zadzwoniłem po taksówkę i pojechałem do miasta pozałatwiać swoje sprawy, których nazbierało się trochę. Jak wróciłem to prosto do aresztu. No tak, Witek ma możliwość wyjścia bez opowiadania się nikomu; mieszka na parterze a tam z każdego pokoju jest wyjście przed Dom, a dalej to już zależy tylko od sprytu i pomysłowości. Okazuje się, że Franuś, od początku kwarantanny przebywa w areszcie, tak na zmianę – szpital i areszt. Właśnie, w takim areszcie planowałam zakończyć swoją szpitalną rehabilitację. Na czas zabiegów wzięłabym urlop, a po ich zakończeniu odbyłabym ścisłą kwarantannę. Tylko, że to nie przyszło do tych inteligentnych głów naszego szefostwa. Przełożona ubóstwia decydować za innych zakładając z góry, że wszyscy są od niej głupsi. Całe swoje życie zawodowe uchodziłam za osobę logicznie myślącą i właśnie dlatego widzę kompletny brak logiki w postępowaniu nasze trójcy

.Po za tym, znów muszę przepraszać osoby komentujące moje wpisy. Wyjaśniałam już nie raz, że czytam tylko wpisy w języku polskim. Umieliście przeczytać to co ja napisałam to bardzo proszę umiejcie napisać do mnie po polsku. Jestem prababcią i już nie wejdzie do starej głowy nic nowego – czyli, że nie nauczę się już korzystać z tłumacza, zwłaszcza, że piszecie do mnie w różnych językach. Z mojej głowy ucieka to co umiałam do tej pory. Widocznie pojemność się zmniejsza i żeby cokolwiek zostało to trzeba pozbywać się części swoich umiejętności. Odczuwam to bardzo, że to co było dla mnie tak oczywiste teraz już oczywistym nie jest. To są właśnie skutki nie leczonego udaru centralnego. Po mnie w ogóle nie widać, że miałam udar, ja jego skutki odczuwam wewnętrznie – tracę wzrok, słuch i pamięć. Jeszcze z tym co mam można żyć ale właśnie dlatego żeby to co jest zatrzymać miałam mieć specjalistyczne zabiegi i właśnie dlatego pielęgniarka przełożona postąpiła tak jak postąpiła.

Bezczelność i bezmyślność

Chodzi o bezczelność kadry kierowniczej, wysoko postawionej w naszym DPSie i bezmyślność personelu wyszkolonego na żołnierza wykonującego polecenia bez wdawania się w jakiekolwiek dyskusje. Nie pytaj bo nie musisz wiedzieć o co chodzi tylko wykonaj co ci kazali. Pani kierownik działu medycznego, bo o nią chodzi, samowolnie, a zatem bezczelnie i bezprawnie, odwołała moje zabiegi w Szpitalu Klinicznym które miałam zaplanowane na koniec maja i na które czekałam kilka miesięcy a szykowałam się do nich rok robiąc wszelkie niezbędne badania. Odwołała je informując Szpital, że jestem już osobą leżącą, a naszemu pielęgniarzowi przekazała żeby mnie o tym poinformował, ale już odwróciła kota ogonem i powiedziała mu, że w tej sprawie dzwonili do niej ze szpitala i odwołali moje zabiegi informując jednocześnie, że w tym roku nie mam już na nie szans. Ponieważ pielęgniarz wie, że on to coś więcej niż pozostały personel średni, wydaje polecenie opiekunce – Agnieszce, że ma przekazać informacje o odwołaniu zabiegów. Bez żadnych wyjaśnień. Ta z kolei mimo ,że nie wie o co chodzi, nie pyta tylko bezmyślnie informuje mnie, że moje zabiegi są odwołane chyba dlatego, że sala gimnastyczna jest znów zamknięta. Zdziwiona tą informacją mówię, że przecież ja nie przyjmuję żadnych zabiegów. W odpowiedzi usłyszałam, – ja tam nic nie wiem, miałam powiedzieć to mówię. To miało miejsce 5 maja br. 18 maja dzwonię do Szpitala żeby coś ustalić z zabiegami, licząc się z tym, że na pewno będą przesunięcia o dwa albo i trzy miesiące a dowiaduję się, że zabiegi odwołała nasza pielęgniarka naczelna. Ja nikogo takiego nie upoważniłam do zajmowania się moimi sprawami medycznymi – mówię. Ta pani była bardzo wiarygodna i nie sądziliśmy, że mogłaby nas oszukać. Wyjaśniłam więc, że to jest osoba dzięki której kilka lat temu dostałam udaru i osoba która zostawiła mnie w udarze bez pomocy lekarskiej i nawet po latach robi wszystko żeby ten udar dalej pustoszył mój organizm. Lekarz kierujący mnie na zabiegi po udarowe o tym wszystkim wie. Całe szczęście, że pani która ze mną rozmawiała na ten temat, sprawę potraktowała poważnie. Zadzwoniła do lekarza kierującego mnie na zabiegi a później do mnie z przeprosinami i ustaleniem nowego terminu. Żeby szpital inaczej potraktował sprawę, przysięgam, że naszą dyrekcję oskarżyłabym przed Sądem. Szczerze, to nawet cieszyłam się takim obrotem sprawy ponieważ to byłby nie zbity dowód, że ta pseudo pielęgniarka działa z premedytacją na niekorzyść swoich podopiecznych. Nazbierałabym nie mało świadków na tę okoliczność, którzy zeznawaliby śmiało ponieważ owa pielęgniarka naczelna dla tych osób jest nikim. Na bezczelność pielęgniarki naczelnej brakuje mi słów. Opisałam to wszystko i zaniosłam pismo do pani dyrektor, po co ? Nie wiem. Przecież u niej zawsze ma rację pracownik nie podopieczny. Oczywiście bezczelność pielęgniarki naczelnej nie wynika z jej charakteru tylko wszystkiemu jest winien Korona wirus – odpowiedziała mi na piśmie pani dyrektor. Wobec tego ten korona wirus siedzi w tej podłej głowie już od lat i zakaża okolicznych szefów.

Ślad w sercu

Jak mieszkańcy dowiedzieli się, że prowadziłam majową w intencji zmarłego Rysia, posypały się prośby od różnych osób w podobnej sprawie. Najpierw przeraziło mnie to, ale później pomyślałam – damy radę. Uczestnicy majowej mogą po prostu pomyśleć o tych co odeszli a ja głośno powiem, że dzisiaj modlimy się i śpiewamy w intencji tych za którymi tęsknimy a ich już nie ma z nami. Zanim zaczęliśmy pieśni majowe to zespół Piotra Rubika odśpiewał ” Zdumienie ” do słów Jana Pawła II, które mówi o sensie życia i umierania, następnie Andrea Boccelli zaśpiewał Ave Maryja i przeszliśmy do pieśni majowych które rozpoczął Krzysztof Krawczyk śpiewając ” Chwalcie łąki umajone. Trochę odbiegliśmy od typowego śpiewania bo wśród pieśni była jedna która brzmiała jakby ją śpiewał tercet egzotyczny – Panience na dobranoc, a druga to francuska pieśń Santa Maryja, śpiewana w języku polskim. To te pieśni sprawiły, że uczestnicy majowej mieli ochotę śpiewać bez końca, zwłaszcza, że każdy uczestnik otrzymał teksty. ( Żeby do tego wszystkiego doszła życzliwość i pomoc pracowników socjalnych to byłaby pełnia szczęścia ).

W trakcie rozmów z mieszkańcami dotyczących majowych w intencji, dowiedziałam się, że odeszły od nas dwie panie za które będę się modlić i śpiewać jeszcze wiele razy. To bardzo mi życzliwe osoby. Osoby, które były w tym parszywym chórze, znanym z niszczenia ludzi, a mimo to do końca szlachetne. Jedna bardzo delikatna i życzliwa wszystkim ludziom dookoła – to Helenka, a druga idąca swoją drogą, stąpająca twardo po ziemi i nie dająca się z niej zboczyć, mimo usilnych starań – to Józia.

Ślad w sercu

Jeszcze chodzimy po Waszych śladach i dotykamy tej samej poręczy, tak nie dawno patrzyliśmy Wam w oczy, a dziś już wspomnienia jak nici pajęczyn.

Odeszłyście cicho w nieznane, coraz więcej nas po drugiej stronie… Jak długo pamiętać będziemy o wspólnym życia wrzecionie.

Zadeptujemy już Wasze ścieżki, pozacieramy i Wasze ślady. W Waszych pokojach ktoś inny mieszka, już tylko w sercach ślad pozostanie.

Miało być cudnie

i było cudnie ale tylko w niedzielę. Pogoda – cud, miód i orzeszki, tak więc raniutko do atrium żeby się rozruszać, ( chociaż moje wyjścia na rozruszanie się nie mają nic wspólnego z pogodą, ale było cudnie). Po śniadanku pół godzinki na słoneczku. Te pół godzinki trochę mi humor popsuło a to dzięki sąsiadom którzy wyrzucają chleb przez okno. Kiedyś jak tylko zobaczyłam jakiś chleb natychmiast wychodziłam żeby go pozbierać, przecież po chleb przychodzą dziki i ryją wszystkie ogródki, a teraz każde wyjście do ogródka to uniżone prośby przed panią kier. socjalną, a ona chociaż trochę ale musi mnie przeczołgać. Byłam tylko dwa razy w ogródku korzystając z pośrednictwa działu socjalnego: za pierwszym razem to w ogóle zapomniały żeby mnie wypuścić z ogródka – wołałam, stukałam, dzwoniłam dwukrotnie aż musiałam poradzić sobie sama i to wtedy kiedy byłam poturbowana upadkiem. Półtorej godziny po moim telefonie do nich oddzwoniły z zapytaniem – czy coś pani od nas chciała? Nie daj Boże coś od was chcieć. Za drugim razem zmądrzałam i do ogródka wybrałam się z chodzikiem a z nim to bez łaski mogę obejść cały budynek. Ale i wówczas musiałam odczekać bo szanowne zapomniały, że miały mnie wpuścić. Znalazłam wyjście na przypomnienie – wrzasnęłam pod ich oknem i od razu przypomniały sobie o mnie; jednak jeszcze musiałam poczekać ponieważ pani kierownik wzięła nie te klucze, także sobie pobiegała. Widząc mój chodzik już wiedziała, że nie będę czekała na ich łaskawe wypuszczenie mnie z ogródka. Piszę o dziale socjalnym w liczbie mnogiej ponieważ wszystkie jego pracownice muszą zachowywać się tak samo jak ich szefowa. Jeśli w czymkolwiek mają swoje zdanie to długo w DPSie nie popracują. Bardzo zmieniły się panie z działu socjalnego. Ale i tak jest cudnie, ponieważ utrudniających mi życie jest garsteczka w porównaniu z tymi którzy mi pomagają na każdym kroku. Miłych, życzliwych i uczynnych pracowników jest wielokrotnie więcej. Aż trudno uwierzyć ale nawet muzykę potrzebną mi na już, mam natychmiast wgraną. Nie musiałam zabierać ze sobą do atrium internetu, wszystko co chciałam mam na pulpicie. Teraz mam inny problem, jak prowadzę majową w atrium, muszę robić namiot nad komputerem, żeby zasłonić go od słońca, ponieważ nie widzę kursora. Ale jest dobrze. Siedzę pod namiotem jak pod wielką maseczką. W sobotę i w niedzielę Majowe przeciągnęły się o godzinę dłużej, panie były zachwycone i pieśniami i ich wykonaniem; a już w poniedziałek majowej nie było ze względu na pogodę. Zimno i deszcz, także przerywamy nasze śpiewy do lepszej pogody. I w ten, że poniedziałek znów natknęłam się na panią kier. socjalną z maseczką zawieszoną na jednym uchu. Myślała, że jak mnie zobaczy to zdąży ją prawidłowo założyć – nie zdążyła. Nie wytrzymałam i podniesionym głosem powiedziałam co o tym myślę, a we wtorek napisałam w tej sprawie pismo do pani dyrektor. Tak nie może być, żeby jedna osoba usilnie starała się zniweczyć trudy dwumiesięcznej kwarantanny dwustu osób i nikt z tym nic nie mógł zrobić. Przecież ta kobieta z pracy i do pracy jeździ kilkoma autobusami, robi zakupy w różnych sklepach; ona nie powinna mieć z nami kontaktu w ogóle, a ona chodzi po całym DPSie i narzuca nam swoją wolę w sposób nie uzasadniony. To ona od nas powinna uczyć się zachowań nie my od niej. Jej zachowania są nie właściwe a przecież jest kierownikiem działu socjalno – rehabilitacyjnego. W odpowiedzi na moje pismo pani kierownik socjalna pokazała demonstracyjnie, że ma wszystkich w du…żym poważaniu. W środę wszystkie trzy panie pracujące w dziale socjalnym przyjmowały interesantów bez maseczek – w maleńkim pokoiku, zastawionym szafami i biurkami panie przyjęły pana Ryszarda i mnie na pewno i wszystkich innych. W całej Polsce ludzie dbają o zasady zachowań podczas pandemii tylko nie my. Według naszej p. kierownik tam gdzie jest ona pandemia natychmiast wygasa. Jednej z naszych podopiecznych pozwoliła nawet, po zabiegu dokonanym w Poliklinice, wrócić do DPSu samodzielnie i pieszo.

W nocy z poniedziałku na wtorek spadł śnieg, no i narobił spustoszeń. Przecież to już 12 maja. W moim ogródku zniszczył mi liliowce, które pięknie wyrosły i już pięły się ku górze swoimi pączkami. Za dwa tygodnie ozdobiłyby ogródek pięknymi, żółtymi kwiatami. Niestety na kępie 50 liliowców siadła wielka, ciężka czapa śniegu. W ciągu dnia śnieg wszędzie stopniał tylko nie na liliowcach, leżała ta poducha śniegu do wieczora a rano zobaczyłam połamane całkowicie moje ukochane kwiaty. Zerknęłam do moich rymowanek dotyczących pogody w latach poprzednich no i spuściłam nos na kwintę – w czerwcu 2006 r. pisałam tak: Co się dzieje z tym czerwcem, czemu ciągle płacze? Nie chce rozstać się z wiosną i z latem romans zacząć. Maj był zimny i dżdżysty kaprysił przez trzydzieści dni – a teraz ty? Z tego wynika, że przez dwa najpiękniejsze miesiące było zimno i dżdżysto, czyli, że nie możemy narzekać, przecież w tym roku są dni słoneczne, a że od czasu do czasu – trudno.

Niesubordynacja

Ktoś jednak czyta tego mojego bloga. Jak napisałam o moich dolegliwościach związanych ze starością to w komentarzach znalazło się kilkadziesiąt wpisów z aptek z całego świata z suplementami na młodość. Innym razem napisałam o skutkach mojego upadku w ogródku i analogiczna sytuacja, reakcja aptek na zlikwidowanie skutków po wypadkowych. Wygląda to tak jakby ktoś pilnował o czym napiszę i z automatu służył poradą. Wszystkie porady w postaci suplementów czy leków, wędrują do kosza, ja tego nawet nie czytam. Tylko rzut okiem i kosz. Są też wpisy od osób prywatnych, bardzo osobiste; niestety również idą do kosza ponieważ prababcia nie zna języków. A wracając do zdrowia to ze mną wcale nie jest tak źle, jeszcze wszystko się goi, jak to kiedyś mówiono – jak na psie. Jeszcze trochę ograniczeń mam, w związku z upadkiem ale wszelkie krwiaki wchłonęły się pięknie.

Ze względu na deszczową pogodę odwołałam majowe do końca tygodnia; później zobaczymy. Chodzi mi głównie o panie uczestniczące w śpiewie. Już jedna z pań narzeka na pęcherz a przecież była na swoim balkonie i mogła się opatulić. Chodzi też o mój sprzęt, który narażony jest na wilgoć i o zachowanie się pana NIKT, który nie może znieść tego co robię i codziennie przesuwa stół z pod zadaszenia na przestrzeń otwartą. Stół jest bardzo ciężki i codzienne jego przestawianie już mnie nuży. Jedna z pań z oburzeniem stwierdziła – i to jest kościelny? Panie które uczestniczą w majowych nie znały mnie od strony organizacyjnej ” imprez ” jestem przez nie obsypywana komplementami, tak więc staram się jeszcze bardziej. Wynajduję w internecie piękne pieśni Maryjne, niestety nie umiem ich zrzucić na pulpit i będę musiała zabierać ze sobą internet – to się chyba nazywa fi fi. ale uczestniczki będą zachwycone. Tak jak pan NIKT nie może znieść tego co robię, tak samo pani kierownik socjalna. Przysłała do mnie znów Kasię, która udając, że w trosce o mnie składa mi wizytę a w konsekwencji wygadała się że ta moja samowolka płazem mi nie ujdzie i za skupiska ludzi i ich bliskość będę odpowiadała. Myślały panie, że mnie przestraszą a ja poczułam się skomplementowana, bo to znaczy, że one również znają moją wartość i boją się, że wszyscy za mną polecą; no nie polecieli. Ostatnio w atrium nie było nikogo. A za bliskość ewentualnych osób na pewno odpowiadać nie będę. To nie moja broszka. Porządny kierownik socjalny powinien zorganizować swojej podopiecznej pomoc pod każdym względem i czuwać nad przebiegiem majowej. Tylko, że skąd go wziąć, tego porządnego kierownika. Dla naszych mieszkańców jednak majowa jest ważna, oto przykład : smutną jest rzeczą jak ktoś umiera, ale u nas to chleb powszedni i wyobraźcie sobie zmarł Rysiu a jego córka zadzwoniła do jednej z naszych z prośbą o odśpiewanie majowej w intencji Rysia. Poprosiła mnie żebym koniecznie przeprowadziła majową w sobotę bo to będzie dzień pogrzebu Rysia. W ten sposób będziemy z nim. Może pan NIKT nie zepsuje tej majowej swoimi spacerami, w końcu przyjaźnił się z Rysiem.

Wracam do naszej kwarantanny; otóż kierownictwo naszego DPSu organizuje na jednym z korytarzy, pokoje dla osób powracających ze szpitala żeby byli oddzieleni od reszty mieszkańców. Na korytarzu tym jest najmniej pokoi bo tylko 5 i można go oddzielić od reszty pomieszczeń zamykając po prostu drzwi korytarzowe. Nasi trafiają z różnych przyczyn do szpitala także takie oddzielenie jest potrzebne na wszelki wypadek. Już jest przeprowadzana roszada i zwalnianie pokoi. |Żeby jeszcze wszyscy pracownicy przestrzegali noszenie maseczek i odległości między ludźmi. Niestety u tej co najwięcej krzyczy jest kompletny brak subordynacji. Wszystkich ma poniżej pasa, ona nikomu nie podlega, ona tylko rozkazuje. Chodzi mi cały czas o jedną osobę, o panią kierownik socjalną . Ona zakłada maseczkę tylko jak zobaczy mnie, wówczas dopiero idzie do pokoju po maseczkę. Nie nosi jej nawet na szyj. Wstyd mi za nią. Opiekunowie czy pokojowe, tak ciężko pracują. Dla nich maseczka to wielki trud, a jednak nie zdejmują jej nigdy. Zmęczeni do bólu, zalani potem, ukradkiem przecierają czoła a cały czas maseczki noszą. Także szanowna pani kierownik jeśli wirus wejdzie w nasze podwoje to nie będzie to moja wina – jak pani za wszelką cenę chce mi wcisnąć – tylko wyłącznie pani. Nie widziałam ani jednego pracownika bez maseczki tylko panią. Kompletny brak subordynacji.

Upór

Upór – brzydkie słowo, ale kiedyś wypowiedziane prze panią dyrektor utkwiło we mnie i wykorzystałam je jako wytyczne. Jak chcesz coś zrobić, to po chamsku upieraj się przy swoim, inaczej do niektórych nie dociera. To usłyszałam, jak w prostacki sposób, kilka lat temu, niszczono mnie i moje ukochane radio. ( Oj, przydałoby się teraz ). Mogła się pani upierać przy swoim, powiedziała p. dyrektor. Więc teraz się uparłam. Dwa tygodnie temu zgłosiłam p. socjalnej, że w tym roku będę chciała prowadzić majowe. Ludzie z którymi rozmawiałam są zachwyceni, -oznajmiłam. Na moje stwierdzenie socjalna jednym zdaniem zdradziła swój bardzo brzydki charakter i fakt, że nie nadaje się na stanowisko które piastuje – czy nie pomyliła pani kolejności. No i czy da się kogoś takiego polubić? Za cholerę się nie da. Po za pychą jest w tej kobiecie tylko przyklejony uśmiech, reszta zero. Jej podlegli pracownicy są wdeptani w ziemię, nie mają prawa złapać porządnego oddechu bez jej wiedzy. Zatraciły swoją wartość, już nie wiedzą czy coś potrafią czy nie. Nawet pani dyrektor jest jej uległa i bez żadnej analizy potwierdzi wszystko co chce socjalna. A ona, co do mojej osoby, wszystko na nie. Żadnych imprez podczas pandemii – oznajmiła. To nie będzie impreza tylko śpiewane przeze mnie pieśni Maryjne. Poczekajmy aż wszystko się wyjaśni – ona. Ja – na nic nie będziemy czekać, wejdę do atrium i będę śpiewać. Nie pozwoli pani w atrium to będę śpiewała ze swojego balkonu i jeszcze zadzwonię do telewizji żeby zobaczyli jak u nas miło. Żadnej telewizji – ona, decyzję wydam dwa dni przed majem. Chciałabym wydrukować śpiewniki, wypróbować mikrofon,- mówię, lubię do wszystkiego przygotować się należycie. Pani kierownik odwróciła się na pięcie i poszła. Ale przysłała do mnie Kasię, która zaczęła mi objaśniać jak to trudno jest obsługiwać mikrofon. Żeby to nie była Kasia to już bym huknęła, ona uczy ojca dzieci robić. W każdym razie żadne moje argumenty nie docierały tak więc oznajmiłam, że ze wszystkim poradzę sobie sama, bez niczyjej pomocy a majowe zaczynam w piątek. Pani socjalna zażyczyła sobie żeby to było 4 nie 1 maja. Nikt mi nie zabroni śpiewać kiedy chcę – powiedziałam. Po tej rozmowie socjalna przysłała do mnie panią dyrektor która usiłowała obarczyć mnie winą za wszystkie obecne i przyszłe plagi świata. Powiedziałam jej, że niech się lepiej weźmie za samą socjalną, która przez 8 godzin siedzi biurko w biurko z Agatą a przecież ma swój gabinet, a nawet dwa – jeden przy sali widowiskowej, drugi w łączniku. Jak byłam w dziale socjalnym to szanowna p. kierownik załatwiała moją sprawę przy biurku Eli i bez maseczki. Wypadły trzy osoby na pół metra powierzchni. Ja do biura weszłam zdrowa i od dwóch miesięcy nigdzie nie wychodzę – a wy ? Czyżby pani socjalna była ponad prawem a czepia się innych. Mówiłam wszystko podniesionym głosem bo naprawdę szlak mnie trafia jak mam cokolwiek zrobić z Działem Socjalnym. Jeszcze nic nie zrobisz a już się umęczysz jakbyś ciągnęła ogromny wór pełen kamieni. Całe życie praca wokół muzyki to było dla mnie – motylem jestem, a nie worem kamieni. W każdym razie pierwsza majowa minęła bardzo miło; pieśni śpiewane były przez chór dziecięcy z organami. W atrium mój głos brzmiał jak organy i nie potrzebny był do tego mikrofon, „którego nie daj Boże nie umiałabym obsłużyć”. Atrium ma 300 m2 powierzchni na której były 2 osoby. Na balkonach było 6 osób. Fakt, było zimno i dżdżysto no i pierwsze koty za płoty; za kilka dni może być więcej ale nie będzie więcej jak 10 osób także wypadnie po 30 m2 na osobę. Żadna z pań oskarżająca mnie za nieszczęścia tego świata nie pomyślała nawet, że na majowe nigdy nie przychodziło więcej jak 20 osób a z tego 70% to ludzie na wózkach których ktoś musiał przywieźć. Nie muszę przypominać, że wszelkie inicjatywy podopiecznych powinny być wspomagane jak się da. Tym bardziej teraz kiedy wszyscy jesteśmy umęczeni kwarantanną. P. S. do grupy przeszkadzaczy dołączył pan NIKT, podczas drugiej Majowej chodził z kijkami nie myśląc w ogóle, że to o nim źle świadczy. Ludzie popukali się w czoło i machnęli ręką – niech sobie chodzi i udowadnia kim jest. Mało tego – jak zobaczył przesunięty stół pod zadaszenie, na którym stał laptop i głośniki, to przyszedł specjalnie żeby postawić go tak jak on chce. Jedna z pań widząc tą niedorzeczność zaprosiła mnie na swój balkon, powiedziała mi – pani tu będzie wygodnie a ja mogę pójść na dwór. No i co panie NIKT, miałeś pretensje, że kiedyś nazwałam ciebie tak, że aż poszedłeś z tym do adwokata żeby coś ze mną zrobić. Przecież ty na każdym kroku potwierdzasz to imię z dodatkiem specjalnym.

Ogródek i prababcia

Jak jest się prababcią to z pracami w ogródku trzeba by się pożegnać, zwłaszcza jak ogródek jest na skarpie z której można spadać na łeb na szyję. Niestety znów wróciło słoneczko, które nie licząc się z nikim i z niczym wyciąga nas z domów. Wyciągnęło i mnie do mojego ogródka; tyle zachodu żeby uzyskać zezwolenie na wyjście a po godzinie pracy w ogródku bęc i prababcia unieruchomiona. Walnęłam na wiadro z wodą, runęłam jak długa i podnieść się nie mogłam przez 15 min. Nikt mnie nie widział ani nie słyszał. Na żadną pomoc liczyć nie mogłam. Starocie ma problem z wstawaniem z łóżka a co dopiero z ziemi. Po bardzo bolesnej ekwilibrystyce – udało się. Mokra, zabłocona jakoś dotarłam do swojego pokoju. Opiekunka obejrzała moją rękę i zaleciła koniecznie pójście do pielęgniarek. Poszłam. Z ręką robiło się coraz gorzej. Trafiłam na swojego wroga, czyli siostrę przełożoną,ona w ogóle mojej ręki nie oglądała tylko słyszała pytania pielęgniarek i moje odpowiedzi, po których stwierdziła krótko – uszkodzony nadgarstek trzeba prześwietlić. Ja – jaki nadgarstek, przecież mam pokiereszowany łokieć. Łokieć mnie bolał do zwariowania i ręka zaczynała puchnąć. Na SOR nie chciałam jechać. W dobie korona wirusa? Przełożona nalegała ale ja wietrzyłam podstęp – wyśle mnie na SOR, później 14 dni gdzieś na kwarantannie i tak pozbędzie się szanowna mnie albo na długo albo w ogóle. Nic z tego. Postanowiłam przeczekać do jutra. Po godzinie ból stał się nie do wytrzymania i to właśnie nadgarstka. Dłoń opuchła. Szacun mój wrogu nr. 1 – jesteś dobrym diagnostykiem, żebyś była taka dobra w pomocy nam. W swojej domowej apteczce znalazłam leki przeciwbólowe, wprawdzie przeterminowane o rok ale ryzyk, fizyk – wzięłam dwie tabletki, pomogło ból ustąpił. Całą rękę wymasowałam maścią z eukaliptusa – opuchlizna zaczęła się zmniejszać. Na drugi dzień swoje zabiegi powtórzyłam i już można żyć. Do ogródka długo nie pójdę ale jakoś to przeżyję. Tak więc jak przystało na prababcię dzień zaczynam od środków przeciwbólowych.

W poprzednim wpisie wspomniałam, że w ramach obostrzeń wprowadzono u nas obrót bezgotówkowy, z którego wyszła jakaś lipa bo na drugi dzień przyniesiono mi fakturę za leki – myślałam, że do zaparafowania a okazało się, że do opłacenia. Przyniesiono mi również kilka groszy zapakowane w woreczek foliowy jako reszta z zakupów zrobionych w naszym sklepiku dwa dni temu. Jeśli już bilon jest aż tak niebezpieczny to jako resztę można mi było od razu podać w woreczku. Trudno, wszystko jest ostatnio darowywane naszym szefom bo jakby nie patrzeć to jesteśmy zdrowi.

Któregoś dnia pochodziłam trochę po naszych korytarzach i okazało się, że powinnam to robić częściej. Na każdym z korytarzy słyszałam jakieś wołania tak więc reagowałam na nie i tak : jednej z pań trzeba było podać telefon, innej zorganizować sprawdzenie telefonu ponieważ miała z nim jakieś problemy, trzeciej nalać wody do pojemniczka z dzióbkiem a do czwartej poprosić pielęgniarkę. Obecnie w naszym Domu nie wiele jest osób chodzących i myślących logicznie. Na moim korytarzu np. na jedenastu mieszkańców tylko ja mogę sensownie zadziałać. Jednak jak dzisiejszej nocy mój sąsiad dawał wszystkim ostro popalić swoimi wrzaskami i waleniem w drzwi , nie poszłam i nie pomogłam. Wiedziałam, że to pijackie wrzaski i pewnie jak zwykle po pijaku przewrócił się i nie może wstać, a że jest wyjątkowo wulgarny to ani myślę spieszyć z pomocą. Jego sąsiad przez ścianę, pomimo, że całymi dniami przesiaduje u niego, z pomocą nie pospieszył. Może nacisnął światełko wzywające pomocy, ale używa go tak często i bez potrzebnie, że zaprzestano reagować na nie.

Po smakach zwróciłam uwagę, że w naszej kuchni chyba zatrudniona jest nowa osoba. Teraz pracowników kuchni nie widujemy, są pod szczególną ochroną – i dobrze, ale szczerze mówiąc trochę tęsknię za nimi. Są to bardzo mili ludzie. A wracając do nowego smaku który odczuwa się wyraźnie – jest palce lizać. Gratuluję nabytku. Wszystkie jesteście super! Napisałam wszystkie, ponieważ w kuchni pracują same panie – ALE JAKIE ! Panowie powiększyli grono opiekunów i pielęgniarzy – również są godni najwyższych pochwał.

Zbliża się maj wielkimi krokami. Szykuję się więc do prowadzenia majowych. Wpadłam na pomysł, że ja jako prowadząca będę w atrium a reszta uczestników będzie w swoich pokojach albo na korytarzu przy otwartych oknach. Nie wiem czy to się uda ale jestem dobrej myśli.

Dalszy ciąg kwarantanny

Zaraz po świętach zepsuła się pogoda, także odpadły mi moje balkonowe „kąpiele” słoneczne. Zamiast słoneczka padał śnieg z deszczem. Żadna pogoda jednak nie przeszkadza mi w wyjściu do atrium. Niestety ubiór w taką pogodę nie ułatwia wykonywania ćwiczeń. No ale podobno słabej tanecznicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy. Zawsze kochałam wyjścia z domu skoro świt, to tchnęło we mnie natychmiastową radość życia, taki zachwyt nad wszystkim. Kiedyś to nawet podejrzewano, że przychodzę do pracy po jednym głębszym, no bo jak można być szczęśliwym przed siódmą rano. A ja byłam szczęśliwa bo idąc pieszo do pracy uśmiechał się do mnie cały świat. Teraz tego zachwytu nie ma ponieważ przestrzeń jest ograniczona; ale niech no tylko skończy się kwarantanna jak pójdę w długą to nic mnie nie zatrzyma, no chyba, że szanowna starość. A jak to podstępnie we mnie wchodzi – ta szanowna starość. Od kilku już miesięcy zauważyłam, że nie mam normalnej temperatury ciała, na ogół 35 stopni, nawet grypę w grudniu przeszłam z taką niską temperaturą. A teraz, w ramach zwiększających się obostrzeń w związku z pandemią, mierzona nam jest codziennie temperatura. Okazało się, że potrafię mieć temperaturę zaniżoną do 34 stopni. Winę zwalałam na wadliwe termometry. Teraz zwróciłam uwagę, że termometry na rtęć nie wskazują niższych temperatur jak 35, 5 stopnia a ja takiej temperatury nie miewam. Zaczęłam się wczytywać w internecie w powody takiego stanu, okazało się, że to starość ma zmniejszoną możliwość do wytwarzania ciepła. No trudno, przeżyję i starość. Przechodzimy kwarantannę już grubo ponad miesiąc a obostrzenia z dnia na dzień są coraz większe. Teraz wprowadzono zakaz obrotu gotówką. Wszyscy musieliśmy podpisać zgodę na potrącanie wszelkich opłat bezpośrednio z naszych depozytów. Podpisałam, ala zaraz po tym przypomniało mi się ile problemów było z fakturami za leki. Wielokrotnie kwestionowałam faktury na których było moje imię i nazwisko i pesel tylko leki nie były moje. Ja ich nawet nie otrzymywałam tylko płacić za nie miałam. Zastrzegłam więc, że księgowość może honorować fakturę wyłącznie z moją parafką. Zamówienie na leki składam na piśmie w dwóch egzemplarzach, dopiero jak porównam fakturę z moim zamówieniem i zatwierdzę ją dopiero wówczas księgowość będzie mogła potrącić mi za leki z mojego depozytu. Mało tego, na wszelki wypadek założyłam księgowość w zeszycie. Niestety brak zaufania. Zastrzeżeń co do faktur za leki miałam bardzo dużo i to wszystko jest opisane na moim blogu. Nie tylko ja miałam zastrzeżenia, to był stały problem mieszkańców. Podejrzewam, że to dlatego właśnie nasz Dom ma podpisaną umowę z tą anie z inną apteką – samowolka, przecież starzy głupcy nie zwrócą uwagi. Ja sobie z tym problemem poradzę a jak poradzą sobie inni. Nikt z rodziny pomóc nie może a nie każdy potrafi dopilnować swoich spraw. Fakt, że mamy możliwość korzystania z apteki nie wychodząc z domu, jest bardzo dużym udogodnieniem w chwili obecnej, ale brak zaufania komplikuje sprawy.

Jakaś taka staranność weszła w sumienia pracownicze. Otóż w pierwszym dniu świąt o godz. 19 zaczęła mi kapać woda z sufitu w przedpokoju. Pobiegłam do sąsiadki mieszkającej nade mną a tam sucho. Zaczęłam rozglądać się za personelem ale to taka godzina i na dodatek święta, że nie ma co szukać personelu; jest gdzieś u kogoś w pokoju jakaś opiekunka ale pokoi jest sto pięćdziesiąt. Przeszłam się po korytarzach i wróciłam do siebie. Podstawiłam więc miskę, którą obłożyłam ręcznikami i poszłam spać. Rano poczekałam do godz. 6,30 – o tej porze przychodzi poranna zmiana – i zgłosiłam problem. Aż trudno uwierzyć ale jeszcze przed śniadaniem problem został rozwiązany i to poważny problem. Piętro wyżej i to dwa pokoje dalej ode mnie, pękła rura. Zalało dwie łazienki i dwa przedpokoje, ale u ludzi leżących, którzy sami do łazienek nie wchodzą także o awarii nic nie wiedzieli. Jeszcze przez cały dzień musiałam przez przedpokój przechodzić z parasolką ale to wyciekała woda którą nasiąkł sufit. Wymiana rur nastąpiła błyskawicznie. Także kochani u nas wszystko dobrze. Nie sugerujcie się tym, że najwięcej ludzi umiera na koronawirusa w DPS u nas jest okey!

Wielkanoc 2020r.

Wielkanoc dla mnie zawsze musiała być pachnąca czystością, świeżością, w kolorach bieli, żółci i zieleni. Wszystko musiało lśnić i pachnieć . Wiosenne słoneczko musiało zaglądać do naszych okien przez czyściutkie szyby. Mówiły o tym moje wielkanocne rymowanki:

Wszystko czyste Wielkanocnie, czysta dusza, czyste serce… Czystą dłonią uścisk dajesz drugiej dłoni tej w podzięce. Wielkanocnie czysty obrus, wielkanocnie lśniące szyby, Post już minął, w sercu wiosna, żyj naprawdę nie na niby. Czystym sercem radość dawaj, wszystkim ludziom dookoła, Jasne czoło schyl przed drugim ; w czystej duszy jest pokora.

Serce i dusza były zawsze czyste przed Wielkanocą ponieważ obowiązkiem było – ” Przynajmniej raz w roku spowiadać się a około Wielkiejnocy Komunię Świętą przyjmować”. Gorzej było z tą pokorą. W tej rymowance to jest przypomnienie dla mnie – więcej pokory pani Danusiu. Nigdy jej we mnie nie było. W tym roku Wielkanoc jest smutna, bez radosnego witania gości, bez koszyczka z wykrochmaloną serwetką i jajeczkiem do poświęcenia. Każdy z nas osobno, sam ze sobą. Ale tak jest prawie na całym świecie. To jest właśnie życie na niby. My, podopieczni naszego DPSu mamy lepiej od innych. W naszym Domu wszyscy są zdrowi i to jest najważniejsze. Przecież setki tysięcy ludzi leżą w szpitalach. Na świecie zarażonych korona wirusem jest ponad 1700 000 ludzi. Od tego wirusa zmarło na świecie już ponad 100 000 ludzi. Personel który zajmuje się tymi chorymi pada na twarz ze zmęczenia i strachu o siebie o innych i o swoich bliskich. To są Herosi XXI wieku i to na skalę międzynarodową. Tak więc hasło dnia, które obowiązuje już od kilku tygodni, jest ciągle aktualne – ZOSTAŃ W DOMU. W naszym Domu podporządkowali się wszyscy temu zaleceniu i pewnie dlatego jesteśmy zdrowi. Są malkontenci, którzy chodzą i marudzą nie mogąc się z tym faktem pogodzić, że ma siedzieć w domu. Do mnie przychodzi taki maruder i smędzi – to Antoś. Dzień w dzień tłumaczę mu to samo stosując łopatologię żeby zrozumiał. Mózg mu się zasklepił i nic nie dociera. Zadaje mi ciągle to samo pytanie, jak dziecko – dlaczego? A no dlatego, że nikt nie wie dlaczego tak a nie inaczej. Na wszelki wypadek tak ma być i już. Mój dzień choć w samotności, mija mi całkiem znośnie. Wstaję jak zwykle o godz. 5. 30 rano. Trochę poćwiczę jeszcze w łóżku, później toaleta, kawka, wiadomości w Polsacie, ogarnięcie pokoju i wyjście z kijkami do atrium. Wychodzę codziennie o godz. 7, 00. W atrium trochę chodzę trochę ćwiczę tak na zmianę i w ten sposób mija 45 min. Po powrocie do pokoju muszę wykonać ćwiczenia których nie mogłam wykonać na dworze ponieważ wychodzę w polarze i kamizelce przez co jest mi ciężko. Tak w ogóle to moja tusza już mi przeszkadza w życiu a w ćwiczeniach to już aż strach. Później jest śniadanko podane do pokoju, a od godziny 9,30 do 10, 30 korzystam ze słoneczka na balkonie. Później jakaś Jolka – czyli krzyżówka, coś popiszę, coś poczytam i już obiad – podano do stołu jaśnie pani. Kawka poobiednia koniecznie ponieważ pomalutku zaczyna schodzić powietrze z pani Danusi. Jeszcze się wysilę na jakieś porządki na półkach, może jakieś prasowanie, ale to już na siłę bo już nie wiele powietrza zostało. Tak więc łóżeczko i telewizorek o godz. 21,oo lulu. I takie to jest życie staruszki, męczące samo w sobie, jednak i tak mamy lepiej od innych i to nie tylko od staruszków.

Już kwiecień

Dopiero się zaczął więc jaki będzie nie wiadomo, ale jakie były kwietnie w latach minionych to mogę sobie przypomnieć otwierając zeszyt z moimi rymowankami. Przed laty, dość często opisywałam różne wydarzenia, pory roku, czy poszczególne miesiące. Teraz jak otworzyłam kartki swojego notesu z rymowankami sprzed laty stwierdziłam, że to jest pamiętnik mojego życia tyle tylko, że pisany wierszem. Widać zawsze mnie ciągnęło do pisania pamiętników, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy. W tym moim rymowanym notesie są trzy części zatytułowane : rymowane fragmenty życia, teksty do piosenek pisane przeze mnie i życzenia . I tak np. rymowanka opisująca kwiecień 1999r. świadczy o tym, że na święta wielkanocne spodziewałam się dużo gości. Najpierw wysprzątałam cały dom a później zabrałam się za świąteczne potrawy i byłam szczęśliwa bo wszystko się udało.

Zakasałam już rękawy i porządki czynię. Kwiecień świętem się zaczyna a ono przeminie tak szybciutko jak i przyjdzie- radością wiosenną, gwarem wnuków, pięknem córek, tęsknotą niezmienną. Baby pięknie wypieczone, szynki okazałe, szczupak, śledzik i święcone, wszystko się udało. Stół szeroko rozstawiony, już przyjmuje gości. Kiedy znów się zobaczymy – czy w miesiąc miłości ? Swoją rymowankę zakończyłam pytaniem a opisując maj dałam odpowiedź.

Tego roku maj był Laury; otulił ją bielą – Kołysała w sercu Bozię z dumą i nadzieją. Skąd powaga taka w dziecku, skąd tyle godności? W długiej sukni kroczy dumnie i zaprasza gości. Zapraszała nas do stołów umajonych kwieciem, z lewej strony starsi siedli, po prawej zaś dzieci. Kuchnia polska i chorwacka na białym obrusie. Ustawiają pełne misy Damirek z tatusiem. Rośnij zdrowo polska wnuczko, choć z chorwackiej ziemi, wojna ciebie tu przygnała z rodzicami twymi. Szłaś przez Sztudgard do Olsztyna zagrzebianko mała, rośnij zdrowo, ucz się dobrze, błyskaj szczęściem cała.

Oczywiście ta rymowanka mówi o Pierwszej Komunii Świętej mojej wnuczki. O tym, że z Zagrzebia wygnała ich wojna bałkańska. Uciekli najpierw do Sztudgartu a później przyjechali do Olsztyna i są tu do dziś. Opisując czerwiec przypomniałam sobie, że w maju spotkaliśmy się w licznym gronie dwukrotnie a w czerwcu w bardzo licznym gronie na moich imieninach, to grono było powiększone o moich przyjaciół. Rymowankę zaczęłam słowami, że na czerwcowym stole stoją jeszcze róże w majowym wazonie… a dalsze zwrotki mówią i o licznych przyjaźniach i serdecznych spotkaniach ale i o wydarzeniu, które mnie bardzo zabolało.

Czerwiec, tak jak życie to smagał to koił. A jedno smagnięcie wciąż boli i boli. Mimo tłumu gości i naręczy róż, moje serce wciąż boli, boli i już. Toastów było dużo, radości też moc, więc czemu nie zasnęłam przez calutką noc? W dalszych zwrotkach wymieniam wszystkich swoich gości i tych którzy złożyli życzenia telefonicznie no i oczywiście wyjaśniam tak ” poetycko ” swój ból serca.

Rok dwutysięczny zostawił po sobie same puste kartki; a w 2001 roku opisałam kwiecień tak :

Perskie oczko do nas puścił pod koniec żywota, cały miesiąc mroził, chłodził, nie żałował błota. Zapomniałeś żeś wiosennym jest miesiącem – miły. Sercem całym wyczekany do ostatniej chwili. Na zwodziłeś nas nadzieją, tęsknotą do słońca, aż błysnąłeś i ogrzałeś pod koniec miesiąca. Takie było perskie oczko, muśnięcie jak mgiełka. Już nie czekam, rok za długi, nadzieja nie wielka.

Chyba w kwietniu 2001r. nie wydarzyło się nic szczególnego, nic co warto byłoby uwiecznić, ale lekkość wiersza świadczy, że miałam się dobrze. Opisałam tylko pogodę. A we wrześniu tego roku już chodziłam na Pobyt Dzienny do naszego DPSu.

Rymowankę o kwietniu 2003r. pisałam razem z trzyletnią dziewczynką, córką jednej z naszych dziennikarek radiowych, która bardzo chciała pisać wiersze. Tak więc wierszyk musiał być leciutki, muskający życie. A oto on- kwiecień plecień z 2003r.
Coś – błysnęło słoneczkiem, zapachniało kwiatkiem, zaćwierkało wróbelkiem, przeleciało wiatrem. Coś – deszczem skropiło, kolorami nęciło, co to było, co to było? Naraz śniegiem zawiało, chłodem przeniknęło i zniknęło. Nie, nie zniknęło, ostro trzyma – to zima? Nie, to plecień, czwarty miesiąc roku, który nie wie kim jest i tak miesza po trochu. Trochę zimą postraszy, trochę wiosną przygrzeje i z nas wszystkich po prostu się śmieje.

W rok później, na swoje czwarte urodziny, owa przyszła poetka zażyczyła sobie ode mnie urodzinowy wierszyk. Trudno mi było pisać tak leciutko jak dla dziecka ale dziecko było zachwycone i to było najważniejsze.

A co dzieje się teraz, w kwietniu 2020? Jak śpiewa Krzysztof Kiliański w duecie z Izą Kowalewską – ” klepię życie jak różaniec, jak paciorki bliźniacze dni. Smaku jak w opłatku w nim brak” . To przez te cholerne wirusy które nawet siebie ukoronowały i to dlatego, że opanowały cały świat i będą dominantą przez wiele miesięcy.