To nie SKS tylko bandytyzm

13 stycznia byłam w przychodni rehabilitacyjnej Szpitala Akademickiego. Po 8 latach bycia pod opieką w DPSie dowiedziałam się, że po zawale mózgu i przerażających zaniedbaniach ze strony siostry przełożonej naszego Domu ( tylko ona wiedziała, że mam udar ) mam jeszcze szanse żeby zatrzymać proces dalszego obumierania tkanek. Wszystko zwalałam na starzenie się organizmu czyli na SKS – to, że czuję wyraźny ubytek słuchu, tragicznie pogarszającą się pamięć i wzrok. Po dokładnych badaniach okazało się, że są to efekty zaniedbania po udarze. Udar nastąpił w centralnej części mózgu i właśnie wówczas traci się pamięć, wzrok i słuch. ( Dziękuję pani Irenko – życzę pani z całego serca żeby ktoś zajął się panią tak jak pani nami ). Szanowna pani Irenka, do której zgłosiłam się po utracie mowy, zdolności pisania i czytania, o godz. 7, 15 w dniu 26 X 2012 r. zamiast natychmiast zawieźć mnie do neurologa kazała mi podać neospazminę i zaprowadzić do łóżka. To był właśnie bandytyzm. Przespałam dwa dni nie wiedząc co się ze mną dzieje. Później musiałam się uczyć mówić a chodząc przewracałam się wszędzie gdzie się da i ciągle nie wiedziałam dlaczego. Robiłam sobie krzywdę za krzywdą co doprowadziło do zszywania mięśni i ścięgien, które rwały się przy częstych upadkach. A ta przeklęta przeze mnie siostra przełożona była z siebie dumna i zamiast, nawet po latach, w jakiś sposób mi pomóc to spowodowała, że zaczęto mnie straszyć najpierw sądem a później szpitalem psychiatrycznym, dlatego, że te bandyckie zapędy kierownictwa naszego Domu opisuję na blogu. Piękne zdanie usłyszałam z ust pani doktor od rehabilitacji. Zaczęła wypisywać mi dość dużo zabiegów, spytałam więc co to są za zabiegi – rehabilitanci będą wiedzieli o co chodzi – odpowiedziała. Ale może te zabiegi będę mogła przyjmować w moim DPSie. A pani doktor na to – skoro ten wspaniały DPS nie pomógł pani przez 8 lat, to niech się teraz trzyma od pani z daleka. Przez tą okrutną, zdegenerowaną przełożoną, notabene prawą rękę dyrektorki, ( chociaż jej lewa ręka, czyli kier. socjalna wcale nie jest lepsza ) muszę przy chodzeniu korzystać z pomocy chodzika. To szczęście, że ja go psychicznie zaakceptowałam, pogodziłam się z tym, że to jest moje oparcie; żebym nie zaakceptowała to jeszcze do wszystkich dolegliwości doszła by depresja. Nawet ten mój chodzik przeszkadzał kierownictwu Domu, zginął mi któregoś dnia. Po prostu zabrano mi go spod drzwi i zawieziono do Franka który mieszkał wówczas zupełnie w innym skrzydle Domu, na dodatek chodzik trzymał w pokoju i szukaj wiatru w polu. Wspaniałomyślna siostra przełożona znalazła go, oczywiście po moim dochodzeniu.

Mimo moich utyskiwań Nowy Rok zaczął się dla mnie szczęśliwie, a to dlatego, że piszecie do mnie. To od Was dowiedziałam się o wielu nieprawidłowościach które dzieją się u nas. Napisał do mnie Student, Czytelnik i Pani Józefa. Są to bardzo szczegółowe informacje z wymienionymi imionami i nazwiskami winowajców brzydkiego zachowania się względem podopiecznych. Bardzo dobrze, że napisaliście o tym ja o tym poinformuję na blogu i wszyscy będą wiedzieli, że są bacznie obserwowani przez swoje koleżanki, czy osoby przychodzące w odwiedziny; może to ich powstrzyma przed takim zachowaniem się. Wasze komentarze świadczą o tym, że nie dajecie przyzwolenia na takie postępki. Mówicie nie! na robienie zdjęć upośledzonemu podopiecznemu, na nie grzeczność wobec Zygmunta czy Bogusi. To od Was dowiedziałam się, że Zbysiu spod 2 spadł w nocy z łóżka i leżał na podłodze aż do porannego obchodu pomimo, że udało mu się włączyć alarm. Alarmy są w pomieszczeniu w którym w nocy nikogo nie ma a pielęgniarki i opiekunowie powinny całą noc czuwać. Jedna z komentatorek opisała mi brzydkie zachowanie się opiekunki i pyta co robić, zgłosiła to w dziale socjalnym ale nie widzi, żeby to coś dało. Droga Pani Józefo nasze kierownictwo nie ma pojęcia jak się zachować w sytuacjach awaryjnych. Kiedyś jedna z podopiecznych pobiła drugą podopieczną to kierownictwo zamieniając im nawzajem pokoje było pewne, że sprawę załatwiło. Dziwiłam się, że teraz przeprowadzono takie roszady w rewirach pokojowych, a to na skutek Pani skargi pokazały, że coś robią. Kochani, zaczęliście do mnie pisać o naszych sprawach codziennych to jest bardzo duży postęp. To znaczy, że widzicie zło i nie godzicie się z tym. Wiem, że będzie nas, tych odważnych, przybywało i wspólnie stłamsimy nieprawość która się panoszy w Domach Opieki. Kierownictwo Domu musi wiedzieć, że my się ich nie boimy, to oni mają się bać NAS. Przez dwa lata pisania bloga czułam, że jestem w tej walce sama. Teraz już czuję za sobą siłę swoich czytelników. Piszcie do mnie a ja będę piętnowała brzydkie zachowania wobec podopiecznych, może w ten sposób chociaż ukrócimy samowolę zachowań. Zupełnie jej nie wytępimy ponieważ na takie zachowania mają przyzwolenie od swoich zwierzchników – pokojowa od kierownictwa Domu, kierownictwo Domu od Dyrekcji MOPSu a ci od Dyrekcji Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej i tak dalej. Pisałam na swoim blogu jak swoją krzywdę opisałam i powiadomił wszystkich odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, to ci odpowiedzialni udawali głupków. Teraz jest nas więcej i będziemy drążyć skałę. Przykro mi, że nie mogę tak jak Wy wymienić winowajców z imienia i nazwiska ale ci ludzie wiedzą, że o nich mowa i może to ich powstrzyma.O czymkolwiek piszę to wszystko musi być sprawdzone przeze mnie . Dziękuję, że piszecie!

wiosna na całego.

Ta wiosna styczniowa jest nie tylko za oknem ale i we mnie. Już myślałam, że choroba która trzymała mnie bardzo długo zostawi jakieś poważne ślady po sobie, jakieś tąpnięcia. Na szczęście nie zostawiła i stąd ta wiosna. To taka byle jaka wiosna ale jednak. Pierwsze trzy wyjścia na spacer były bardzo trudne. Miałam wrażenie, że ciągnę za sobą wagon z węglem. Byłam cholernie osłabiona. Teraz z dnia na dzień jest lepiej, czasem nawet fruwam nad ziemią mimo, że z chodzikiem. Chorowałam aż 16 dni, a to dlatego, że to okres świąteczny no i Pan doktor nie spieszył się z podaniem antybiotyku bez którego niestety nie obeszło się. Dostałam go dopiero po 12 dniach. W powrocie do zdrowia bardzo pomaga mi nasz personel od żywienia. Ja co rusz czegoś nie chcę albo chcę. Najpierw, i to już od pięciu lat, nie jadam kolacji, to było w ramach odchudzania się, za co dostawałam więcej owoców i wodę, ( nic nie pomogło przy odchudzaniu ale przy tej diecie zostałam). Teraz nie jem żadnych wędlin, za które również dostaję owoce. Kupiłam więc blender i codziennie wypijam ponad pół litra bomby witaminowej. Od 7 stycznia ganiałam po mieście – byłam na zebraniu spadkobierców kombatanckich, czyli Stowarzyszenia Dzieci Wojny. 8 stycznia miałam przeprowadzone badanie słuchu. W słuchu odczuwam wyraźne tąpnięcie i chociaż znajomi ze mnie się śmieją, że wymyślam, ja czuję ubytek. Miałam w końcu słuch muzyczny, to więcej niż słuch przeciętny. To, że nie słyszę sąsiadki z góry to jest na plus, ale np. wczoraj w sklepie to było mi wstyd bo źle usłyszałam. Kasjerka powiedziała mi, że mam zapłacić 10 zł. i 87 groszy a ja zrozumiałam, że 9 zł. i 87 gr. Byłam bardzo zdziwiona, że po podaniu 10 zł. kasjerka jeszcze czegoś chce ode mnie. W końcu nie musi mi wydawać reszty, a ona czekała na dopłatę. Dopiero dzisiaj tj. 12 stycznia – zajrzałam do swojego bloga i zrobiło mi się bardzo miło po przeczytaniu komentarza od osoby podpisującej się Beata. Kochana Beatko, bardzo dziękuję za życzenia noworoczne i za to, że jesteś moim 2001 czytelnikiem. To ja Cię pozdrawiam najserdeczniej jak potrafię. Niech Ci się darzy na każdym polu. Napisałaś mi o różnych wydarzeniach jeszcze z czasów byłej dyrektorki, bo wówczas byłaś pracownikiem naszego Domu i widziałaś bardzo dużo. Ja niestety nie widziałam prawie nic a mimo to wystarczyło do podziękowania za pracę byłej. Pytasz czy nowa dyrektorka zrobiła porządek w tym bałaganie. Niestety nie zrobiła nic. Dosłownie nic, a w moim wypadku to nawet znacznie pogorszyła sytuację. Ponieważ sama nie wiedziała jak zarządzać to zostawiła tych samych ludzi jakimi wysługiwała się jej poprzedniczka to znaczy siostrę przełożoną i namaszczoną przez poprzedniczkę – kierownik socjalną. Mieszkańcy mówili o złych wyborach nowej dyrektorki ( już wcale nie nowej ), chodziliśmy do niej, tłumaczyli, prosili. Nic z tych rzeczy nie wzięła do serca. Od razu było widać, że nie chodzi jej o nas ale o stołek. Kiedyś trafiłam na artykuł w jakiejś gazecie, w którym były fragmenty rozmów dwóch szefów partii. Jeden z nich pyta – czy nie widzisz jakimi ludźmi się otaczasz; odpowiedź brzmiała , że brudną ścierką też można jeszcze coś wytrzeć. U nas poszły w ruch te brudne ścierki. Oto przykład. Wczoraj na przystanku autobusowym, na mój widok rozgorzała dyskusja o naszym Domu. To co usłyszałam to mną wstrząsnęło – nie zmieniło się nic. Otóż, pewna pani zaczęła się starać o przyjęcie do naszego Domu. Osoba po osiemdziesiątce z wysoką emeryturą, pięknym własnościowym mieszkaniem i zupełnie samotna. To zawsze był łapczywy kąsek dla zarządzających Domami Opieki. Ponieważ emerytura tej pani pokrywała pobyt w Domu w 80 % owa pani zobowiązała się, że różnicę osobiście będzie dopłacać. Rzadko się zdarza podopieczny który pokrywa w całości swój pobyt. No nic tylko brać pod swoje skrzydła. Niestety pracownice naszego Domu zechciały czegoś więcej i starym sposobem wybrały się specjalnie do tej pani żeby zabełtać jej rozum w głowie odnośnie posiadanego przez nią mieszkania. Były pewne swoich zdolności w ogłupianiu ludzi, przecież to ich chleb powszedni. Ale ponieważ wywiad środowiskowy już był przeprowadzony przez pracownika MOPSu , owa pani zorientowała się, że coś tu nie gra i podziękowała za fatygę przyjścia do niej i za ofertę zamieszkania w naszym Domu. Po prostu chciwość która wyłaziła jak słoma z butów, przeraziła tą panią. Inna sprawa również nie czysta, to sprowadzenie dla podopiecznej naszego Domu chodzika. Szefostwo dobrze wiedziało, że pani dla której został sprowadzony chodzik słynie ze skarg, że jej wszystko ginie, tak więc zadziałały z premedytacją. Sprowadziły chodzik, córka wpłaciła odpowiednią i nie małą sumkę za niego i otrzymała fakturę ale na inne nazwisko. Cwaniaczki sądziły, że owa pani nie zwróci na to uwagi. Zwróciła uwagę, wszak to była księgowa i to biegła. Przyszła z tym do mnie. Ja oczywiście musiałam wszystko sprawdzić. Faktura była wystawiona na nazwisko osoby, która nigdy nie mieszkała w naszym Domu i nawet nie przychodziła do nas. Ten chodzik miał zginąć jak wszystko u pani Bogusi, i zysk gotowy, taki na zasadzie – ziarnko do ziarnka. Ciekawa jestem czy pani dyrektor zna takie zachowania swoich pracowników i czy tylko pobłaża czy wręcz popiera, bo kiedyś na pewno za wszystko odpowie. Jakieś dziwnie mocne układy mają ciągle dyrektorzy Domów Opieki. Po ostatniej kontroli przeprowadzonej na zlecenie Ministerstwa Zdrowia i z możliwości potwierdzenia wszystkich zarzutów to już dawno wymieniane przeze mnie panie, plus psychiatra, nie powinny pracować w Domach Opieki, ba nawet powinny mieć zakaz opiekowania się ludźmi, a one pracują i mają się dobrze. ” Dziwny jest ten świat „.

Święta, święta i już po…

Moje święta mijają zgodnie z moim trybem starzenia się. Od dłuższego czasu zauważyłam, że jak zbliżają się święta to ja zaczynam chorować. I im więcej lat mi przybywa tym dłużej choruję. W tym roku to już był przesadyzm – od 20 grudnia do dzisiaj – 4 stycznia, czyli 16 dni. Mój organizm przestał walczyć z chorobą, on się poddaje. Przez te 16 dni temperatura ciała była w granicach 35 stopni C. Dzisiaj czuję się dobrze a mam 35, 6 stopnia C. W Domu Opieki to tak jak w przedszkolu, jak chorować to zespołowo albo jeden po drugim. I o dziwo, mimo, że zaliczam się do osób , które nie wysiedzą w miejscu i wiecznie gdzieś wędrują, to tym razem spokojnie przeleżałam w łóżku 16 dni. W między czasie, na odcinku na którym mieszkam zmieniła się pokojowa, z czego bardzo się cieszę; w tej chwili mamy i opiekunki i pokojową super luks. Poczułam, że na prawdę jest opieka. Codziennie rano zaglądają pytając o samopoczucie i pomagają w przeżyciu każdego dnia. Czyli, że jest tak jak powinno być. Myślę, że jeszcze dzień, dwa i zacznę oblatywać miasto bo mam kilka spraw do załatwienia, zaczynam już od wtorku. W związku z nie bywaniem nigdzie nie wiem co dzieje się na terenie naszego Domu po za moim odcinkiem.

Po za tym chciałam podziękować za komentarze Pani Marysi i Panu Jon -owi. Dziękuję, że czytacie i dzielicie się ze spostrzeżeniami. Pozdrawiam noworocznie.

Wspomnienia o sąsiadach

Wczoraj przekazano mi pozdrowienia od jednej z moich byłych sąsiadek i tak z automatu nasunęły mi się wspomnienia. Wspomnienia o naszym wspólnym, sąsiedzkim działaniu w trosce o sąsiadkę spod 12. – cichutkiej, prawie nie istniejącej kobietki i o jej mężu który sądził, że jest super mężem ponieważ mimo, że miał kochankę i z nią syna to żony nie zostawił, nie rozwiódł się z nią. Myślę, że powstrzymywał go wstyd przed sąsiadami ale tymi jeszcze sprzed ślubu. Oboje mieszkali w tej samej wsi i to po sąsiedzku. Dwoje bogatych gospodarzy sąsiadujących ze sobą tylko przez płot, postanowiło połączyć swoje dzieci węzłem małżeńskim; jeden miał dorodną córkę drugi dobrze zapowiadającego się syna. Ta córka to piękna blondyna z warkoczem do pasa i ogromnymi błękitnymi oczami. Ów syn, również przystojny chłopak, był już wówczas komendantem MO w ich wsi. Oboje byli jedynakami także po śmierci rodziców jedno i drugie odziedziczyło dość znaczne bogactwo. Nazwijmy ich Kasią i Jankiem. Bardzo lubiłam ich oboje a panu Jankowi zawdzięczam nawet fakt, że rozstałam się ze swoim ślubnym. Żeby nie pan Jan pewnie tkwiłabym w tym patologicznym związku. Wiekiem i urodą para bardzo pasowała do siebie. Jak poznaliśmy się jako sąsiedzi to pan Jan był już szefem wydziału śledczego komendy wojewódzkiej i już niestety miał nieślubnego syna. Natomiast niestety pani Kasi był fakt, że nie mogła mieć dzieci. Pan Jan pysznił się tym swoim synem, poznawał z sąsiadami i zarówno syna jak i jego matkę gościł w swoim domu nie zważając na samopoczucie żony. Żona gasła z każdym dniem i zamykała się w swojej skorupie. Stała się kimś od podawania kapci zmęczonemu mężusiowi i od prowadzenia domu. Pani Kasia przyjęła do wiadomości i respektowania zasady, które wpoiła jej, jej matka: „przed przyjściem męża z pracy wyglądaj promiennie. Bądź bardziej radosna i bardziej interesująca niż jesteś – coś musi rozświetlić jego szary dzień, to twój obowiązek! Dobra żona zawsze zna swoje miejsce „. Biedna Kasia nie ośmieliłaby się nigdy zachować inaczej. W sercu ból a na twarzy uśmiech. Ten uśmiech był z dnia na dzień smutniejszy. Pan Jan nie widział w tym nic złego; w końcu co by się z nią stało jakby doszło do rozwodu. Na pewno nie dałaby sobie rady w życiu. I chyba by nie dała rady. Można było jej wejść na głowę bez najmniejszych problemów. Dlatego właśnie po latach bardzo przydali się sąsiedzi. Pan Jan zmarł, Kasia jako wdowa została sama i całkowicie bezradna. Na szczęście mąż przed śmiercią zapewnił jej pomoc jak już jego nie będzie. Pewnemu młodemu człowiekowi oddał swój samochód i garaż w zamian, że będzie on zawsze i na każde wezwanie pani Kasi. Ten pan był taksówkarzem i zawoził panią Kasię na każde jej życzenie dokąd chciała. Robił jej codzienne zakupy. Kasia była i jest nadal, z tych usług zadowolona a tę taksówkę widzieliśmy pod blokiem codziennie i dzisiaj również widzą ją sąsiedzi. Z Kasią było coraz gorzej. Zauważyliśmy, że coraz częściej odwiedzają ją jacyś ludzie. Na pytanie kto to ? Odpowiadała, że to rodzina. Po jakimś czasie Kasia nagle wyprowadza się – wracam na swoją ukochaną wieś i do swojego rodzinnego domu, mówiła. Minęło kilka miesięcy jak Kasia wyprowadziła się od nas. W jej mieszkaniu zamieszkali jacyś młodzi ludzie. Okazało się, że to syn pani która ostatnio tak często odwiedzała Kasię. Na moje pytanie – co u cioci Kasi, jak się czuje ? Krótka odpowiedź – dobrze, kończyła ewentualną dalszą rozmowę. I to właśnie mnie zaniepokoiło. Nie wiedzieliśmy o Kasi nic, a wiedzieliśmy, że jest to biedny, zdeptany przez życie człowiek. Poruszyłam temat wśród sąsiadów. Lekarz z Polikliniki gdzie pani Kasia miała pielęgniarkę środowiskową, odszukał obecny adres Kasi. Sąsiad spod 17 zobowiązał się, że pojedzie tam z żoną i niby przy okazji odwiedzi Kasię. No i dowiedzieliśmy się, że Kasia, która jest właścicielką dwóch domów na wsi i mieszkania w mieście, mieszka w swoim domu ale kątem w pokoju przejściowym, w którym toczy się całodzienne życie rodziny jej dalekiej kuzynki. Owa kuzynka w zamian za opiekę nad domami miała zgodę na zamieszkanie w jednym z nich. Ale było jej ciągle mało i stopniowo zajmowała coraz więcej nawet mieszkanie w mieście. Wszyscy sąsiedzi postanowili, że Kasia ma wrócić do nas a opiekę nad nią będzie sprawowała sąsiadka spod 14. Poszliśmy do młodych mieszkających w mieszkaniu Kasi, daliśmy im termin jednego tygodnia na opuszczenie mieszkania ponieważ za tydzień jedziemy wszyscy po Kasię. Nie musieliśmy, po trzech dniach Kasia już została przywieziona przez swoją pożal się Boże rodzinkę i mieszka spokojnie w swoim mieszkanku do dziś.

Fascynacja i niesmak

We wtorek – 17 grudnia dałam się skusić na wspólny wyjazd do byłego Domu Kultury na występ osób ze Środowiskowego Domu – Barka. Zaproszenie informowało, że ma to być spotkanie wigilijne a były to obchody dziesięciolecia Barki. Pierwsze pół godziny przeznaczone było na przemówienia, gratulacje i takie tam… Później zaczęły się występy, które dziwnie mną owładnęły. Dlaczego dziwnie? Otóż nie było w nich nic co byłoby ekstra wykonaniem a patrzyłam na te występy urzeczona. Występy rozpoczął chór, w którym podobało mi się tylko ich wprowadzenie – rozpoczęli nauką rytmicznego klaskania. Uważałam, że pasowało to do początku występów. Później chór się rozsypał. Zostawmy jednak chór. Drugim punktem programu była scenka ” Lepszy model ” niby nic a jednak dobrze wyreżyserowana, dobrze zagrana i z przesłaniem, także mogła się podobać. W trzecim punkcie programu była filmowa, urocza wycieczka po zakątkach naszego miasta. To była taka praca dyplomowa z nauki obsługiwania kamery. Nasi bohaterowie chodząc po mieście częstowali przechodniów jabłkami. Kilka jabłek upadło na ziemię. Upadające jabłka tocząc się, nadawały kierunek zwiedzania miasta. Uroczy filmik zachęcający do okazywania sympatii napotkanym ludziom. No i wreszcie moja fascynacja. Na ekranie widzimy wzburzone fale jeziora i fruwające po plaży strzępy gazet. Tytuły artykułów możemy odczytać. Nagle od czytania nagłówków z gazet, odrywa nas śpiew. Zaczynamy się wsłuchiwać ponieważ ten śpiew jest dziwnie Inny od słyszanego kiedykolwiek. Śpiewem owładnięte jest jezioro i plaża i my słuchacze. Nie pamiętam nawet czy były wyśpiewywane jakieś słowa , czy była to pieśń bez słów, wiem na pewno, że tego śpiewu mogłabym słuchać bez końca. Słyszałam jakieś dziwne synkopowanie, jakieś wzlatywanie do nieba razem ze słuchaczami. Nawet nie wiem kiedy na scenę weszła tańczącym krokiem dziewczyna. Dziwnie weszła, zupełnie nas nie widząc. To wyglądało tak jakby dziewczynie sen zmienił się w jawę. Widownia ją nie interesowała, ona cała w tiulach tańczyła swój taniec marzeń, ale jakim cudem my znaleźliśmy się w tych marzeniach nie znajomej dziewczyny. Ja z tym śpiewem i tym tańcem unosiłam się do nieba – to była moja fascynacja, mimo, że temu widowisku towarzyszył cholerny dyskomfort, otóż akustyk pofolgował sobie z decybelami. One rozrywały i ściany i mózgi. Ja cały czas miałam zatkane uszy, dopiero wówczas można było słuchać. Bałam się je odetkać choć na moment. Pomyśleć, że akustyką zajmował się spec znany od lat w naszym regionie. To widowisko zafundowała nam poważnie chora młodzież pod kierunkiem osób z wyobraźnią. U nas, w naszym Domu każdy występ powoduje niesmak. Nasi potrafią tylko odczytać z kartki wierszyk, czy coś zaśpiewać. To takie akademie szkolne tylko, że oprawione starymi głosami; a to z prostej przyczyny – nasze zespoły ” artystyczne ” tworzone są nie z pasjonatów a z osób które są uniżone dyrekcji. Te osoby muszą być zjednoczone wówczas mają siłę przebicia i właśnie taki zespół nie daje wrażeń artystycznych tylko przewraca w głowach „artystów”. To wpychanie ich na scenę jest nagrodą za służalczość. Jeszcze trochę a osoby te uwierzą, że są artystami. Za poprzedniej dyrektorki w naszym Domu był chór który jeździł wszędzie z panią dyrektor i wystawiał jej laurki, czerpiąc z tego niebywałe korzyści.

Tak przy okazji służalczości – opiszę brzydkie zachowanie pracownicy względem podopiecznej. Teraz, przed świętami dostałam choinkę częściowo ubraną. Szpic i kilka bombek było w kolorze niby złotym, takim matowym złotem, jednym słowem – brzydkie. Poprosiłam ową pracownicę żeby ten mat upstrzyła brokatowym sprajem. Na zasadzie jak wyjdzie tak wyjdzie ale będzie błyszczeć. Mijają dni a prośba jest odsuwana w czasie. Pytam więc – czy to takie trudne położyć cacka na gazecie i popryskać. Jeśli trudne to je wezmę i zrobię sama. Od razu zostały zrobione i przyniesione mi do pokoju. Jak zobaczyłam to oniemiałam – zabawki sztuka w sztukę zostały pomalowane na czerwono. Sprawiały wrażenie jakby były pomazane farbą olejną. Bombki wyglądały jak pomidory. Moim zdaniem to było takie przedświąteczne świństwo i to już nie pierwsze, skierowane przez ową terapeutkę zajęciową pod moim adresem. Jej zachowanie opisywałam na swoim blogu równo rok temu, wówczas chodziło o zajęcia komputerowe. Jestem pewna, że jest to w ramach wykonywania poleceń swojej przełożonej. Bo chyba nie wypada coś co miało być zrobione na prośbę, czyli według mojego gustu, zrobić po swojemu. Gratuluję!

Pokora

to tylko tytuł artykułu z ” Wysokich obcasów” który potwierdził moje spostrzeżenia, że pokora pokorze nie jest równa. Czyli, że są co najmniej dwa typy pokory. Do tej pory modliłam się wręcz żeby było we mnie więcej pokory. Jestem cholernie niepokorna, taka wprost. Co mam na wątrobie to mówię i nie ważne komu. Jest pokora łagodna, delikatna, taka prawdziwa i taką cenię w innych, ale i jest pokora która szkodzi nam samym, to pokora sztuczna, to uniżoność. Nie znoszę ludzi pokornych w taki sposób. To pokora kłaniająca się w pas swoim zwierzchnikom, oczywiście w celu osiągnięcia korzyści. Np. jestem nic wartym pracownikiem ale jak zniosę wszystkie upokorzenia zadawane mi przez mojego przełożonego to on to doceni. Albo inaczej jestem niezła a jak do tego dodam uniżoność to będzie i premia i awans. Taka pokora dewastuje psychikę. Traci się swoją duszę, zatraca się siebie. Po jakimś czasie człowiek ze zdewastowaną psychiką już nie zauważa, że jest upokarzany, poniżany; ale taka jest właśnie droga za wszelką cenę do celu. Ja należę do tych co do celu idą z podniesioną głową albo zmieniają kierunek. W naszym Domu jest wiele ludzi rozdwojonych – na pokaz, jestem niezwykle skromny, szlachetny uczynny, to przed swoimi zwierzchnikami, a przed nami, swoimi podopiecznymi – może nie demonstracyjnie ale jednak – mam was poniżej pasa. O to przykład: od trzech dni na korytarzu koło moich drzwi leży świeżo wyprana czyjaś odzież. Ktoś ją wziął z pralni i położył na wózku pani Helenki. Pani Helenka, stwierdziła, że to nie jej garderoba i przełożyła ją na stojący obok fotel. Ktoś chciał usiąść na fotelu przełożył to na mój chodzik. Ja z chodzika korzystam kilka razy dziennie i za każdym razem przekładałam tą odzież na fotel. Trzeciego dnia pomyślałam wreszcie, że to jest pewnie już ubranie niczyje i położono je żeby ktoś sobie wybrał co mu się podoba. Tak się u nas praktykuje. Pytam więc opiekunki – co to ubranie robi od trzech dni na korytarzu? One nie wiedzą, ale jedna z nich przejrzała i stwierdziła, że są to ubrania Gieni, mieszkającej na drugim końcu budynku. Gienia nie upomni się o nie – nie mówi od pewnej słynnej nocy kiedy to straciła mowę i złote pierścionki jednocześnie. Może zauważy, że czegoś nie ma ale wyrazić tego nie potrafi w żaden sposób. Ludzie ciągle mówią, że ginie im odzież którą oddają do pralni. Opiekun zaniesie ubranie nie tam gdzie trzeba. Miałam taki przypadek, moje ubranie opiekun wziął z pralni i zaniósł do szafy sąsiadki. Tak się złożyło, że przyszłam po nie zaraz po wyjściu opiekuna tak więc poproszono mnie żebym sprawdziła czy nie zaszła właśnie takowa pomyłka. W ten sposób je odzyskałam . Jeśli przyszłabym dzień albo i dwa dni później to byłoby – szukaj wiatru w polu. A to, że jakaś rzecz zostanie dołączona do innego prania to zdarza się dość często. Ja odbierając osobiście swoje rzeczy z daleka poznam, że jest w nim coś nie mojego, natomiast jak pranie odbierze opiekun to niestety to przepada albo znajduje się po jakimś czasie. No niby przykład jest nie na temat; ale osoby które tak postępują mają nam pokornie służyć, wspierać, pomagać we wszystkim a nie olewać na każdym kroku. To takie osoby kłaniają się nisko swoim przełożonym żeby trwać. Wszystko inne nie liczy się. Spróbujcie powiedzieć jakiemuś opiekunowi, że nie przyniósł czegoś z pralni, wykpi cię, wyprze się w żywe oczy, a przecież nie sposób sprawdzić 150 szaf mieszkańców pod kątem zawartości nie tej co trzeba. Tak więc KOCHANA DYREKCJO jak ludzie mówią wam, że coś zginęło to w końcu potraktujcie to poważnie.

PS. W komentarzach mojego pamiętnika był wpis od Wiliama, napisany w języku rosyjskim, zachęcający mnie żebym napisała do Niego. Kochany Wiliamie odpisuję wyłącznie na łamach pamiętnika. Nie mam innych adresów ani kont, tak więc nic z tego. Mimo to dziękuję, że napisałeś.

Czysta Polska i czyste sumienie

Pierwszy człon mojego tytułu słyszymy ostatnio dość często w mediach. Mówi się o zaśmiecaniu lasów, wód i okolic. Z tą okolicą bywa różnie. W listopadzie dość długo było ciepło i przechodząc niemal ,że codziennie koło ogródków działkowych przyglądałam się ich sprzątaniu. Trochę nie fer, że działkowicze swoje śmieci wynosili i rzucali gdzieś aby dalej od siebie. Kiedyś byłabym tym faktem oburzona, ale odkąd przejechałam się na takiej uczciwości przy sprzątaniu już mnie to nie dziwi. Sprawa śmieciowa jest dość dziwnie zorganizowana. Teraz może inaczej ale przed laty za to, że zorganizowałam wiosenne sprzątanie wokół naszej posesji, wszyscy mieszkańcy naszego bloku słono za to zapłacili. Nasz budynek miał duży taras, przed drzwiami wejściowymi ogródek dla dzieci, dookoła trawnik i drzewa które przy otwarciu okna swoje gałęzie rozkładały na naszych wewnętrznych parapetach. Było pięknie o każdej porze roku tylko ta wiosna co roku odsłaniała wielomiesięczne zabrudzenia. Owszem były osoby sprzątające ale to sprzątanie było po łebkach. Skrzyknęłam więc sąsiadów i zabraliśmy się do pucowania okolic naszej posesji. Zrobiliśmy wszystko na błysk. Z tej radości zorganizowaliśmy kawkę na pięknie wyczyszczonym tarasie. Taras nasz liczył sobie około 100 metrów kwadratowych. Wszystkie śmieci po pańsku popakowaliśmy w worki i znieśliśmy do przeznaczonego do tego celu pomieszczenia. Zgłosiliśmy fakt odpowiednim służbom i byliśmy z siebie dumni dopóki nie otrzymaliśmy rachunku za wywóz śmieci – dodatkowa stówa na każdą rodzinę, a wówczas opłata miesięczna od osoby wynosiła 5 zł. A można było inaczej – mieszkaliśmy w parku, trzeba było nasze śmieci podrzucić do tych parkowych i czekać na pochwałę, że u nas taki błysk. Mądry Polak po ” szkodzie ” .W ogóle byliśmy cudownymi sąsiadami chociaż wówczas tego nie docenialiśmy. Dopiero dzisiaj, z perspektywy czasu wszystko widzę inaczej i wspominam z miłością.

A co poza tym, otóż dzisiaj jest sobota 7 grudnia i właśnie wróciłam z naszej kaplicy, gdzie odbyło się nabożeństwo pokutne. Dziwne było to nabożeństwo ale wyszłam z niego bardzo kontenta, jakaś lekka, spełniona i z oczyszczonym sumieniem. Wstęp do Nabożeństwa był króciutki, później mówił rekolekcjonista, następnie nasz kapelan poprosił żebyśmy śpiewali a Oni będą w tym czasie spowiadać. Śpiewać mamy tak długo aż nasz Ksiądz wróci po wyspowiadaniu osób leżących w pokojach, wówczas nam pobłogosławi i będziemy mogli się rozejść. Śpiewanie rozpoczął Pan NIKT, kiepskie było to śpiewanie ale żeby nie on to śpiewu nie byłoby w ogóle. Ktoś musi trzódką zarządzać. Najpierw podporządkowałam się tym śpiewom ale później postawiłam na swoim. Po wyspowiadaniu się śpiew wzięłam pod swoje skrzydła. Była nas garstka ale śpiewaliśmy zgrabnie. Zdecydowanie prowadziłam melodie i z wyraźną dykcją podawałam tekst. Ludzie mieli się czego trzymać. Jak Ksiądz wrócił do kaplicy był pełen podziwu – jak wy pięknie śpiewacie, cały budynek rozbrzmiewał waszym pięknym śpiewem. A śpiewaliśmy prawie godzinę. Chyba tego mi było potrzeba. Poczułam się spełniona i doceniona. Podczas spowiedzi poruszyłam temat swojego bloga. Może to grzech tak najeżdżać na co niektórych – pomyślałam; a dostałam pochwałę, że nie jestem obojętna i jeśli opisuję prawdę to robię dobrą robotę. A opisuję wyłącznie prawdę, tak więc jeśli macie zastrzeżenia to podważajcie tą moją prawdę argumentami. Jeszcze żeby ktoś umiejętnie powstrzymał Leona od codziennego wyzywania mnie to byłoby jeszcze lepiej, ale nie ma mądrych żeby się tym zająć. A ja ” teraz mówię sercu żeby sercem było ” właśnie o tym śpiewa Kora w tej chwili. Odebrałam ten tekst jak podpowiedź co mam robić.

Kiedyś tyle miałam w głowie…

… na tak na nie zawsze odpowiedź. To fragment piosenki którą śpiewała Kora Jackowska. To szczera prawda, że kiedyś. Że co dobre to coraz częściej jest w czasie przeszłym. Kiedyś kilku osobom na raz mogłam ripostować jak perszing a teraz jak przystało na starszą panią mówię – pozwól, że pomyślę. A jest o czym pomyśleć. Nigdzie nie wychodzę i nie powinnam mieć żadnych wiadomości na temat życia w naszym Domu, tymczasem wiadomości przychodzą do mnie. Rysiu pyta – zwróciłaś uwagę, że co rusz ktoś podchodzi do Marianny i pyta o jakieś instrukcje. Zrobiła się jakaś ważna. Nie wiesz o co chodzi. No nie wiem, ale najprościej byłoby żebyś podszedł do niej i poprosił o te instrukcje, przecież byliście w dość bliskich kontaktach. Dobrze powiedziałaś – byliśmy. Z podobnym pytaniem przyszło do mnie jeszcze kilka osób, a zatem coś w tym jest. Domyślam się, że wreszcie nasza Dyrekcja doczekała się osoby, która będzie ją we wszystkim popierać – bo taka jest Marianna, coś za coś, nic za darmo i zawsze na swoją korzyść. A zatem warto jest przeprowadzić wybory do Samorządu Mieszkańców a rzeczona Marianna pomyśli o ludziach które będą jadły jej z ręki i w ten sposób Dyrekcja obrośnie w siłę i razem z Samorządem będzie żyła dostatnio. Jak powiedziałam o tym zainteresowanym to w odpowiedzi usłyszałam – nie pozwolimy jej na to. Cóż Wy macie do pozwolenia czy nie pozwolenia. Jak ktoś chce coś wygrać to organizuje jakieś przedsięwzięcie które mu to ułatwi. Wy co najwyżej możecie zorganizować się w kontrze. Tak działają wszystkie partie przed wyborami. Z tego co się orientuje mielibyście znacznie więcej ludzi. W grupie Marianny jest tylko jedna osoba lubiana przez wszystkich a cała reszta na czele z Marianną nie jest lubiana. Także wasze działanie będzie bardzo proste. A ty z kim będziesz – padło pytanie. Z wami, ponieważ Marianna podpadła mi już dwukrotnie; na samym początku swojego zamieszkania w tym Domu i kilka miesięcy temu. Ona poza swoim czubkiem nosa i podlizywaniem się do dyrekcji nie zrobi nic więcej. Zawsze tak było, że dyrekcja Domu nie dbała o to żeby w Samorządzie Mieszkańców byli ludzie oddani sprawie mieszkańców, tylko tacy którzy we wszystkim poprą dyrekcję.

A propo naszej dyrekcji, konkretnie Pani Dyrektor, w mojej sprawie płaszcza i pralni zachowała się perfekt. W prawdzie na wstępie była za pracownicami pralni jednak po wysłuchaniu moich argumentów stanęła na wysokości zadania. Zakupiono nowy zamek do mojego płaszcza i krawcowa go wszyła. To takie proste. Mam swój ukochany płaszczyk, za co bardzo dziękuję! Ale w związku z tym zdarzeniem i moim ostatnim wpisem, napisał do mnie ” Ktoś ” wytykając mi moje zdegustowanie wszystkim. Tobie nic się nie podoba – grzmiał komentarz – do wszystkich się czepiasz już nawet do pralni. Może więcej empatii. No trzymajcie mnie, mnie pralnia pozbawia płaszcza na zimę w przed dzień zimy, a ja mam być empatyczna. Czyli co? zamiast żądać naprawy przedmiotu sporu miałam im powiedzieć – nic to, kilka stówek w tę czy w tę, co to dla mnie. Grunt, że wy nic nie macie sobie do zarzucenia. Przykro mi, ale ja zawsze przytaczam fakty. Nie zmyślam sytuacji tylko opisuję wydarzenia. Fakt, opisy moje są subiektywne, choć staram się żeby były obiektywne. Ale Wy moi drodzy komentatorzy, napiszcie pod moim adresem coś konkretnego dotyczącego mojego zachowania czy podejścia do czegoś. To nie jest zarzut, że mi się nić nie podoba tylko rzecz gustu.

Kowal zawinił a Cygana powiesili,

Jeszcze nie powiesili ale już obwinili za swoje sprawki. Chodzi mi o wydarzenie z naszej pralni które pozbawiło mnie zimowego płaszcza. Płaszcza kupionego zaledwie w ubiegłym roku, późną jesienią i oddanego po raz pierwszy do pralni w celu odświeżenia. Płaszcza, który musiał mnie chronić i od zimna i od deszczu; przecież nie mogę nosić parasolki ponieważ ” powożę ” chodzikiem. Mam zwyczaj szykowania ubrań zimowych na dzień 1 listopada. W tym roku do 21 listopada temperatura w dzień była zawsze dwucyfrowa na plusie, także płaszcz który przyniosłam z pralni wisiał nie tknięty w szafie i czekał na chłody. Właśnie 21 listopada zrobiło się chłodno postanowiłam więc założyć swój ukochany, cieplutki, leciutki, płaszczyk. Szok… jedna maleńka część zamka błyskawicznego wyraźnie roztopiona i płaszcz nie nadaje się do noszenia. Biegnę do pralni – może mnie poratują. Nic z tych rzeczy, starym zwyczajem panującym chyba w każdym Domu Opieki, w niczym i nigdy nie jest winien personel tylko zawsze ten głupi, stary podopieczny. Tak jest absolutnie ze wszystkim. Żeby osoba która zawaliła przyznała się do tego od razu, czyli miesiąc temu, wspólnie zaradzilibyśmy i dawno byłoby po problemie. A to było na zasadzie – wcisnąć a może się uda uniknąć problemu. W najporządniejszej rodzinie bywają wpadki ale do każdej wpadki dodaje się szczyptę empatii i po sprawie. Po szczerym przyznaniu się do wpadki, kupiłabym nowy zamek błyskawiczny, krawcowa która jest na miejscu, wszyłaby go i już. Ale nie, trzeba winę zwalić na podopieczną – nosiła pani płaszcz przez miesiąc a teraz do nas z pretensją ? – Usłyszałam. Nie, nie nosiłam, płaszcz wisiał w szafie i czekał nieświadomy na niższe temperatury. Zawiodłam się na paniach z pralni. Potraktowały mnie jak klientkę której trzeba się pozbyć a nie jak podopieczną której trzeba pomóc. Sprawa oparła się o gabinet dyrektorki; zobaczymy co z tego wyniknie. A tak swoją drogą to pomimo iż chwaliłam pralnię to wpadek z ich strony trochę zaliczyłam, które wspólnie załatwiliśmy a teraz stają okoniem, to im wytknę. Wiem dobrze co mnie za to czeka ale zaryzykuję. Otóż dość dawno temu odebrałam z pralni kurtkę polarową, czarną, na podszewce. Odbierając ją z pralni nie zwróciłam uwagi, że wisi na wieszaku podszewką na wierzch. Przyniosłam do domu i tak samo ją powiesiłam w szafie. Jak przyszła pora nałożenia jej – szok… kurtka cała oblazła w siwe włosy. Nie mogę iść z pretensją bo byłoby : a dlaczego dopiero teraz, a przecież to mogą być pani włosy. Prawda, wzięłam się więc za czyszczenie. A chyba mogła to zrobić pracownica pralni grzecznie i po pańsku. Nie, łatwiej jest durnia zrobić z podopiecznej. Innym razem wrzucono do pralki całą moją pościel nie oddzielając granatowego prześcieradła, które farbowało, od białej reszty. Prześcieradło było służbowe nie moje, tak więc nic o nim nie wiedziałam ale cała pościel do wyrzucenia. Czy musiałam ją odbierać i wracać z zastrzeżeniem, nie, nie musiałabym żeby personel był empatyczny. Owszem bez problemu dostałam nową pościel, ale dlaczego nie od razu, dlaczego najpierw próba udawania, że nic się nie stało. Ludzie mówią, że w pralni giną ubrania, nie wierzyłam aż doświadczyłam. Niby nic, a jednak. Czasem opiekun zaniesie twoje rzeczy do innego pokoju albo przyniesie czyjeś dla ciebie. Ostatnio odbierając pranie zauważyłam, że nie ma bluzy. Szukaliśmy wspólnie z personelem, bez rezultatu. Okazało się, że bluzę zabrała kuchnia myśląc, że należy do nich. Ja uparcie dochodziłam do celu to cel osiągnęłam a ci którym opiekunki zanoszą i przynoszą rzeczy do pralni nie będą się upierać, że to musi być. Nie chcą narażać się koleżankom, w końcu to nie ich rzeczy. Nie rozumiem jakim prawem ktoś wchodzi do pralni i bierze co chce. Na dodatek nie zwracając uwagi, że jak byk widoczny jest mój numer pokoju.

Wiem dobrze, że za ten wpis otrzymam solidną porcję antypatii, ale trudno, jakoś przeżyję. Już nie będę jak do tej pory kładła rzeczy do prania z kartką i nie przejmowała się co z nimi będzie. Pranie przekażę zwracając uwagę czy wszystko jest w porządku i tak samo będzie z odbiorem – będę robiła oficjalny odbiór.

De – gustibus i zaloty

Myślałam, że słowo de-gustibus oznacza iż jestem zdegustowana, a to dosłownie oznacza, że o gustach się nie dyskutuje : de gustibus non est disputandum. W zasadzie to jedno i to samo – mam inny gust niż wielu innych, tak więc można powiedzieć, że jestem zdegustowana ponieważ jestem w mniejszości. Zarzuca mi się, że nie przychodzę na spotkania czy jakieś występy. No nie przychodzę. Oglądając jakiś program zrobiony przez „naszych” dostrzegam tylko wady techniczne we wszystkim co oglądam, a to z tej prostej przyczyny, że mnie to nie zachwyca. Lubię bić brawa z zachwytu a nie z grzeczności. I to wcale nie oznacza, że dlatego iż są to amatorzy i na dodatek starzy – nic z tych rzeczy. Nie zapomnę nigdy dialogu wykonywanego przed laty, przez dwoje staruszków z Dziennego Pobytu. Patrzyłam na nich z zachwytem i wsłuchiwałam się w każde ich słowo. I to ilekroć ich oglądałam czy to na próbie czy na występie. A teraz przestałam chodzić na wszelkiego rodzaju występy czy imprezy, po prostu według mnie, nie są one godne oglądania. Te występy są robione wyłącznie dla tych co je robią, a widownię tworzy się stawiając na stole łakocie; bez nich nie byłoby widowni. Do czegoś przecie zmierzam; a no do tego, że właśnie trwa jakaś impreza z okazji 11 listopada a ja nie poszłam bo z góry wiedziałam, że patrzyłabym z niesmakiem. Byłoby takie de- gustibus. Wczoraj poszłam na mszę do naszej kaplicy wszak był to dzień 11 listopada, dla mnie bardzo ważny dzień i chciałam go uczcić. To była tak nieprawdopodobnie nudna msza, że po raz pierwszy w życiu musiałam siebie ratować żeby nie usnąć. Pomyślałam sobie – pójdę do miasta, pod Ratusz i ze wszystkimi moimi ziomkami odśpiewam hymn. Owszem odśpiewałam ale tak na ble, ble. Było zimno jak diabli także ludzi nie było wielu. Sądziłam, że organizatorzy przygotują śpiewniki żeby chór mieszkańców naszego grodu zagrzmiał należycie. Nic z tego. Organizatorzy nie popisali się. Nie było żadnych śpiewników ani kotylionów. Obsługa techniczna chóru który był gospodarzem imprezy, zawaliła sprawę. Nie sprawdzono nawet mikrofonów przed występem. Część działała a część nie. Akompaniatora – czyli naszego Olka akordeonisty, nie było w ogóle słychać. Już zrezygnowana szłam na przystanek autobusowy jak wreszcie usłyszałam coś na miarę tego dnia – orkiestrę wojskową grającą jak należy. I jeszcze coś bardzo, bardzo ważnego – maszerujących ramię w ramię obok siebie przedstawicieli wszystkich partii, organizacji i stanowisk. Szli obok siebie: Wojewoda, Marszałek Regionu i Prezydent Miasta. Nasze panie, reprezentujące zarówno Sejm i Senat. również zrobiły misz masz ze swoich partii. BRAWO!

Ostatnio, ni w pięć ni w dziesięć, zaczynam być adorowana przez naszych panów. Nasi panowie myślą, że stara baba da się skusić na każdy gest z ich strony. Że poleci za nimi tak jak oni biegali za każdą spódniczką w młodości. Nic z tego – de-gustibus. Mężczyzna musi czymś zaimponować, a nie palnąć coś ni z gruszki ni z pietruszki sądząc, że to wystarczy. Np. Wracam po wyrzuceniu śmieci, wioząc na chodziku brudne ogrodowe wiadro, mając na rękach rękawice ochronne, a zalotnik, cały w skowronkach – Pięknie pani wygląda, na spacerek wybrała się pani – pani Danusiu, to może pójdziemy razem. No i szlak mnie trafił. – Nie widzisz, że pracuję, że ledwie włażę pod górkę. Jeśli chcesz żebym spojrzała łaskawszym okiem to w czymś pomóż. Gadaniny zalotników to ja mam po samą kokardę. Inny zalotnik, ponieważ ma kłopoty z mową wyciąga łapska do moich ” przedsięwzięć” i oczywiście dostaje mu się po tych łapskach. Jestem w ogródku a on przez otwarte okno wykrzykuje swoje ochy i achy a ja mu na to – przyjdź wynieś śmieci, pograb liście, to może pogadamy. Od razu zamknął okno i skończyły się wyznania. Najkomiczniej zalecał się do mnie jeden z panów C. Czekał na korytarzu aż będę szła do stołówki i zaproponował mi pójście z nim na obiad do restauracji przy czym pokazał mi swój zasobny portfel i oznajmił, że zadzwoni po taksówkę. Odpowiedziałam mu, że jedzenie w naszej stołówce w zupełności mi wystarcza, a mój portfel jest nie mniej zasobny. Nie przyszło mu do głowy, że idąc do restauracji z kobietą trzeba by o czymś porozmawiać a z nim się nie da. Zaloty Zygmunta przeraziły mnie; jak się zorientowałam, że to są zaloty przestałam być do niego miła. Na korytarzu Zygmunt zaczął mnie obejmować, całować w policzek i po rękach. Wchodząc na stołówkę zaczął wykrzykiwać – kocham Danusię. Zaprasza mnie na czwartkową kawkę, sądząc, że to on będzie mnie gościł. Któregoś dnia słyszę rozmowę Zygmunta z Irkiem – kocham Danusię, mówi Zygmunt. Na to odpowiada mu Irek – ale sobie wybrałeś obiekt, toż do niej bez karabina nie podchodź. No i masz babo placek, za dużo okazałaś mu serdeczności bo to młody i chory człowiek to teraz musisz stać się w dwójnasób oschła.

Kiedyś, a było to około 20 lat temu, mój najstarszy wnuk chodził do maturalnej klasy i idąc do szkoły codziennie spotykał dziewczynę która bardzo mu się podobała. Zwierzył mi się z tej sympatii do niej. Chciałbyś ją poznać bliżej i nie wiesz jak – spytałam. Najpierw musisz się zorientować czy i ona zwróciła na ciebie uwagę i czy z sympatią. No ale jak, babciu ? To jest bardzo proste. Spotykasz ją codziennie więc śmiało możesz zacząć mówić dzień dobry. Już za trzecim, czy czwartym razem będziesz wiedział czy masz u niej szansę. Najpierw będzie zaskoczona. Później zaintrygowana. Jeśli jej odpowiedź na dzień dobry będzie na uśmiechu i z dnia na dzień serdeczniejszym, to wystarczy wówczas powiedzieć, że może czas by już był poznać się chociaż z imienia. Jeśli nie będzie tobą zainteresowana to albo odpowiedź będzie bez uśmiechu albo nawet będzie przechodziła na drugą stronę ulicy. Po dwóch tygodniach gościłam ich oboje u siebie. Bardzo lubię w sprawach męsko damskich, elegancję

Zaloty do Ani, naszej byłej pracownicy, musiały być równie eleganckie.. Jak pisała Pawlikowska- Jasnorzewska – musiały być pachnące i różowe. Ania odwiedziła nas kilka dni temu a od niej bił blask na odległość. Pytam – Aniu, czyżbyś była zakochana z wzajemnością? Tak pani Danusiu – odpowiedziała. Tak więc CHWILO TRWAJ!!