Smutne wiadomości z ulicy Radiowej

Wczoraj 21 września 2019r. odwiedziłam swoją ukochaną ulicę. Jeszcze mieszkają na niej starzy mieszkańcy, tacy w moim wieku i znacznie młodsi ale dobrze znajomi. Tylko postawię nogę na tej ulicy ( ta ulica to park ) natychmiast z daleka widzę uśmiechy i serdeczne przywitania. Takiej serdeczności nie odczuwałam kiedyś a teraz to aż wierzyć się nie chce, że tyle sympatii zostało wśród nas mieszkańców ul. Radiowej do siebie na wzajem. Poszłam tam żeby przypomnieć sobie kto mieszkał pod 13 w naszym bloku. Za Chiny Ludowe nie mogłam sobie przypomnieć. Ale jak popatrzyłam w okna swoich dawnych sąsiadów od razu przypomniało mi się. Mieszkała tam czteroosobowa rodzina – mama, tata i dwóch synów. Ludzie żyjący tak cicho jakby ich w ogóle nie było. Ich młodszy syn był aktywnie działającym harcerzem. Kiedyś moja starsza córka była na obozie harcerskim którego komendantem był właśnie nasz sąsiad. Z naszej ulicy było bardzo dużo dzieciaków na tym obozie. Po powrocie z obozu słyszę, że dzieciaki kogoś nazywają – pietruszka – widelec. Okazało się, że to właśnie naszego sąsiada. Taki przydomek towarzyszył mu przez dziesięciolecia i on nawet z tym się pogodził. A to dlatego, że ucząc harcerzy jeść zwracał uwagę żeby warzywa z zupy były zjedzone. Jak jeden z podopiecznych nie mógł wyłowić pietruszkę z zupy to pan komendant poinstruował, że pietruszkę można uchwycić widelcem i tak ją zjeść. Wstyd mi, ale zapomniałam jak ów pan miał na imię czy nazwisko jednak jak powie się pietruszka – widelec, wszyscy wiedzą o kogo chodzi. I tylko tyle wspomnień zostało po tej rodzinie w moim sercu. A w mieszkaniu pod 13 obecnie mieszkają wnukowie starszego syna. Będąc na swojej starej ulicy dowiedziałam się o dwóch smutnych sprawach. Pod koniec stycznia 2019r. pisałam o swojej koleżance – Weronice ( imię zmienione ) pisałam o niej 25 stycznia a ona 24 stycznia zginęła w wypadku samochodowym razem z córką. Bardzo mi ciężko na sercu po takiej wiadomości. To bardzo boli. Ponieważ jej rodzice mieszkali pod dwójką patrząc w ich okna zobaczyłam smutny widok w oknach pod jedynką. Okna zastawione wyschniętymi kwiatami. Okazało się, że pani Kow. zmarła a jej córka po śmierci matki popadła w depresję. Jak dla mnie to zadziwiające. Jeszcze nie tak dawno rozmawiałam z córką p. Kow. i w słowach które dotyczyły matki słychać było wyłącznie irytację. Córka mogła śmiało mówić do mnie o swojej matce to co czuje ponieważ znałam ich rodzinę i wiedziałam, że to co mówi o matce jest prawdą. Tatuś był kochany w tym domu przez wszystkie dzieci, matki natomiast nigdy nie było. Małe dzieci wychował tata, mama była wiele lat w Stanach Zjednoczonych z trupą teatralną. Pisałam o tym. Po powrocie życzyła sobie żeby się nią opiekować. Pan Kow. chciał się schronić przed żoną w naszym DPSie na pobycie dziennym, niestety żona poszła za nim. Jak pan Kow. zmarł pani Kow. zamieszkała na trochę w naszym DPSie ale nikt nad nią nie skakał więc wróciła do domu. Opiekowała się nią córka, która skarżyła mi się, że egocentryzm matki ją wykańcza; a jak mama zmarła córka wpadła w rozpacz aż po depresję. Różnie zachowują się dzieci względem swoich rodziców. Kiedyś, jako pierwsi lokatorzy pod 14 w naszym bloku mieszkali twórcy naszej dzielnicy – zarówno żona jak i mąż byli architektami. Szybko przenieśli się do budynku obok gdzie połączono dwa mieszkania żeby stworzyć przestrzeń życiową tak znamienitej rodzinie, a była to rodzina czteroosobowa – mama, tata, syn i córka. Dzieci dorosły i każde z nich ułożyło sobie życie za oceanem. W dość młodym wieku zmarł pan Posiew. Została sama mama. Czas leciał. Pani Posiew. zachorowała na chorobę starczą. Jej jedyną pociechą był pies. Sąsiedzi napisali do córki, że mama wymaga całodobowej opieki. Córka przyjechała, uśpiła psa, matkę oddała do Domu Opieki jak najdalej od domu rodzinnego, mieszkanie sprzedała i ślad po niej zaginął. Ciągle myślę, że jakby pani Posiew. była w naszym Domu to zaopiekowalibyśmy się nią, było nas czworo sąsiadów z naszej ulicy. Jakoś przeżylibyśmy to życie wspólnie do końca. Ale córkę to nie interesowało.

Przypomniał mi się tekst piosenki którą śpiewała moja siostra. To stara przedwojenna piosenka, ja jej nie śpiewałam a tekst wszedł do głowy sam i od 70 lat nie wychodzi mi z tej głowy.

Życie to zwykła kolej losu
To taka zwykła kolej losu, której nie sposób odmienić już. Mijają lata dni uniesień, nadchodzi jesień i jest tuż, tuż. Maj nad polami jaśminami, czerwiec ukoił nocą parną. Lipiec i sierpień już za nami i świat ogarnął wrześniowy chłód. Przeminął urok dawnych dni, cóż powiem ci – idź swoją drogą. Zrozumieć chciej, że ani ty, ani twe łzy nic nie pomogą. Być może zechcesz słowa te ujmować źle, jak myśl złowrogą, Lecz weź po męsku sprawę całą, tak być musiało, tak chciał los. itd.

Jaka jestem ?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie zbierałam się ponad miesiąc. Najchętniej nie odpowiadałabym na nie, ale trudno jak się zobowiązałam, że będę odpowiadała na wszystkie pytania, to niestety muszę to zrobić. Jak trza to trza. Myślę jednak, że czytając mój pamiętnik można się zorientować z grubsza jaka jestem. Odpowiedź na to pytanie będzie jednocześnie odpowiedzią na pytania i komentarz trzech osób, które do mnie napisały: Pani Emmy, która pisała do mnie już ponad miesiąc temu, i Panów Kamila i Jerzego. Właśnie wpisy tych trzech osób prowokują to pytanie. Myślę, że nie chce Wam się przeczytać w całości mojego pamiętnika stąd te sugerowane pytania o mój charakter. Rozumiem, ten mój pamiętnik to objętościowo już księga. Ciekawa jestem czy te osoby umiałyby siebie określić jakie są. To jest bardzo trudne, określenie siebie i na dodatek opisanie swoich cech na forum. Tak jak każdy człowiek jestem zlepkiem zarówno cech dobrych jak i złych. Na pewno moją główną cechą dodatnią jest rzetelność, a cechą ujemną to pamiętliwość wyrządzonych mi krzywd, brak umiejętności wybaczania i zero dyplomacji. Wiem, że przebaczenie to klucz do własnej wolności; a zatem będę zawsze zniewolona. Jeśli chodzi o rzetelność to jest ona we mnie we wszystkim co robię, zarówno w podejściu do drugiego człowieka jak i do spraw które załatwiam. Oczywiście to jest rzecz subiektywna, bo to co według mnie jest zrobione dokładnie według innej osoby to robota pobieżna. Tak jest ze wszystkim i dlatego to jest takie trudne. Ale ponieważ dotrzymuję słowa i wszystko staram się wykonać skrupulatnie tak więc śmiało stwierdzam w sobie cechę rzetelności. Moją wadą jest pamiętliwość; a tak niedawno pisałam o swoim charakterze dzięki któremu szybko zapominam co złe. I o dziwo tak jest, szybko zapominam na swoją korzyść, ja mam się czuć dobrze a osoba która wyrządziła mi krzywdę to albo dla mnie nie istnieje – to wówczas kiedy chodzi o drobną krzywdę, albo będę czekała na okazję żeby się zemścić; czasem wspaniałomyślnie ale i demonstracyjnie, niby wybaczę, ale to popis z mojej strony, bo tak na prawdę nie wybaczam. Zapominam o czymś a jak przypomnę to we mnie tkwi nie wybaczone. Jest jedna osoba, której nigdy nie wybaczę i nie zapomnę bo nie da się zapomnieć czegoś tak potwornego – doprowadzenia mnie do udaru mózgu i odmówienie udzielenia pomocy. Mało tego. jeszcze ustawicznego nękania człowieka którego okaleczyło się na całe życie. Osobie tej życzę jak najgorzej. A życzenia te ślę codziennie. Z każdym moim chwiejnym krokiem – a był zawsze sprężysty , z każdym moim bólem i zawrotami głowy – głowa nie bolała mnie nigdy ponad 70 lat. Codziennie tej kobiecie życzę żeby na swojej drodze spotykała takich ludzi jakim człowiekiem jest ona sama i żeby postępowali z nią tak jak ona postępuje ze swoimi podopiecznymi. Takich jak ja ma ona na swoim koncie wielu i na pewno wielu życzy jej bardzo źle. Życie to jak zabawa bumerangiem – zawsze wraca i to dobro i to zło. Nie można być podłym człowiekiem udającym anioła, tak jak nie można iść przez życie kilkoma ścieżkami na raz.

Satysfakcja

Ta satysfakcja jest malutka i złośliwa z mojej strony, ale jest. Czekałam na nią 10 lat. Ponieważ przez te 10 lat byłam bez powodu poniżana na forum ( i nie tylko ja, kiedyś poniżany człowiek zmarł na zawał, w trakcie zebrania, na oczach wszystkich, pisałam o tym w rozdziale II części 2 mojego pamiętnika ) a osoby, które nas poniżały i zatruwały nam życie, miały satysfakcję. Teraz tę satysfakcję mam ja. Mam też nadzieję, że każda z osób, które niszczyły ludzi będzie teraz spadać w dół i już się nie podniesie, bo na to żeby się podnieść trzeba mieć cholernie dużo siły.

Otóż, w piątek było spotkanie mieszkańców z dyrekcją Domu, czyli zebranie. Pani Dyrektor razem z Panem Kierownikiem Administracyjnym ( widzicie, że stanowiska osób napisałam dużą literą ? Czyli pomalutku wraca poważanie, jeszcze bardzo ostrożnie ale już ). Na zebraniu poinformowano nas o zbliżających się trzydniowych, ćwiczeniach Straży Pożarnej w naszym Domu. To był pierwszy temat, a drugi to nadużywanie alkoholu przez osoby chore i przynoszenie tego alkoholu przez osoby chodzące. Oczywiście po oficjalnym wystąpieniu Dyrekcji musiał głos zabrać nasz główny bełkocząco – sepleniący pan NIKT. On musi się wymądrzać wszędzie gdzie się tylko da. Niestety nie dane mu było. Zaczął od regulaminu jaki obowiązywał na studiach kiedy on był studentem. Ktoś się odezwał – nas nie obchodzą twoje studia. Proszę mi nie przeszkadzać i dać dokończyć – jak zwykle ostro zareagował pan NIKT. A ja na to, swoim niestety donośnym głosem – tylko, że nikt ciebie nie chce słuchać. Pan NIKT, mimo to, zaczął nawijać o alkoholu. A więc dałam sobie upust – od ponad 20 lat wiadomo wszem i wobec, że pierwszą alkoholiczką w tym Domu jest pani NIKT, a kto jej donosi alkohol? Tylko pan, przynajmniej przez ostatni okres pobytu pana w naszym Domu. Pan NIKT, mimo to usiłuje kontynuować zmieniając wątek – zaczyna coś o naszej kuchence, takiej oddziałowej dla mieszkańców. Na to Irek, jeszcze bardziej donośnym głosem od mojego – wszyscy wiedzą, że jest kuchenka i do czego służy, przestań ględzić i usiądź. Pan NIKT tak zrobił. Wystąpienie skończyło się zanim się zaczęło. Już wtedy poczułam satysfakcję, że ludzie wreszcie zaczynają mówić to co myślą, nie siedzą bezmyślnie a dyskusję zaczynają w kuluarach. BRAWO! Zmieniając temat zechciała usłyszeć swój głos – pani NIKT i zaczęła o naszej kuchni i wyżywieniu, – że podawane są zimne zupy i że wszystko jest bez smaku. W zupie nie uświadczysz ani jednego oczka tłuszczu. Jak może smakować zimny obiad, ale skoro najpierw trzeba obsłużyć Dzienny Pobyt, to wiadomo, że będzie zimne. Na tę odzywkę pani NIKT wystąpiłam z zaprzeczeniem – jak dla mnie to wszystko jest za gorące. Przysięgam, że to nie było złośliwe. Nie mogę jeść gorących posiłków. Mariola to śmieje się ze mnie pytając – czy nie podmuchać? Rano, do zupy mlecznej proszę o dolanie trochę zimnego mleka żebym mogła przełknąć. Na tę moją kontrującą odzywkę, pani NIKT stwierdziła ozięble – ona zawsze wszystko powie inaczej ode mnie. Siedzące na końcu sali panie zaczęły wykrzykiwać bunt przeciwko wypowiedzi pani NIKT. O dziwo, Pani Dyrektor zauważyła to i ośmieliła się stwierdzić, że nie tylko ja kontruję i udzieliła głosu Pani Stasi. Stasia żarliwie wypowiedziała swój bunt przeciwko złemu zdaniu o naszej kuchni. Brzmiało to dokładnie tak, że grzeszy ten kto mówi źle o personelu kuchennym i o naszym wyżywieniu. Po Stasi głos zabrała Wanda, to ta którą do tej pory nazywałam paprochem a która tym razem mnie zadziwiła i odwagą wypowiedzi i sensem. Odwagą w tym znaczeniu, że Wanda siedzi w stołówce przy jednym stole z panią NIKT a jej wypowiedź podważała wystąpienie pani NIKT. Wanda mówiła dość długo ponieważ ma problemy z wymową. Na sali zrobiło się cichutko, zebrani w ten sposób dawali Wandzie możliwość swobodnej wypowiedzi. Jej wystąpienie sprowadzało się do tego, że o takich sprawach jak zimna zupa nie mówi się na zebraniu. Z każdą uwagą odnośnie żywienia należy się zwrócić do szefa kuchni a on wszystko załatwi jak trzeba. Zebranie podsumował Boluś, że państwa NIKT trzeba nauczyć szacunku do innych osób. Wymagania mają Bóg wie jakie a jak popiją to całe noce nie dają ludziom spać. Pan NIKT podobno biegając po korytarzu odstrasza dziki. ( Sensu brak, ale we wszystkim co robi pan NIKT jest brak sensu ). Wychodząc z sali, w przejściu musiałam minąć Panią Dyrektor, która uścisnęła mi dłoń. Ja odebrałam to jako satysfakcję z przeprowadzonego zebrania, a konkretnie z uziemienia państwa NIKT. Chyba wszyscy już mają dosyć ich wywyższania się i dyktatury. Szkoda, że musiało upłynąć aż tyle lat upokorzenia. Ale dobrze, że chociaż teraz. Można mieć satysfakcję ? Myślę, że można.

Mój życiorys wg Leona- psychopaty

Oczywiście obiecanki Leona dla pani dyrektor to pic na wodę. Mam nagrane jak mnie wyzywa a ja celowo przypominam, że coś obiecywał pani dyrektor ale Leon na to tylko zaczął wykrzykiwać żebym się jego nie czepiała. Jednak przed moją kamerą czuje respekt. Wyzywa mnie dopiero jak go minę. On mnie nie widzi ale kamera go słyszy. Leon znalazł obrończynię w osobie Wandy – paprocha; to ta która zmyśla na poczekaniu i wedle życzenia. Twierdzi, że słyszała awanturę między mną i Leonem i zawsze ja tę awanturę prowokowałam. Wanda przypomniała Leonowi jego prawa – o nie wyrażeniu zgody na nagrywanie. Wyjaśniam więc, że zgodę na nagrywanie uzyskałam od samego zainteresowanego i tę zgodę mam nagraną. A nagrywać będę ponieważ te nagrania stanowią dowód, że paproch zmyśla, że nawet nie zna znaczenia słowa – awantura. Do awantury potrzeba więcej niż jednej osoby, a Leon zawsze wrzeszczy sam. To jest monolog psychopaty. Dzisiaj na holu Leon wykrzykiwał mój życiorys. A więc ukończyłam szkołę szpiegowską w Moskwie, z najwyższymi odznaczeniami. Potrafię obsłużyć każdą maszynę szpiegowską i rozszyfrować każdy szyfr. Jestem bardziej wykształcona od dyrektorki tego domu. Po ukończeniu szkoły szpiegowskiej Stalin wysłał mnie najpierw do zakonu z którego wyszłam po roku ze zmienionym imieniem i nazwiskiem. I o dziwo wymienił moje panieńskie nazwisko jako poprzednie. Podobno zawsze chodziłam jak gestapowiec z ogromnym psem i kiedyś ten pies go pogryzł. Poszczułam go psem ponieważ Leon mnie rozpoznał jako szpiega zakonnicę. Niech ona nie myśli, że jej to daruję – wykrzykiwał Leon, wplatając kilka wulgaryzmów, dopadnę ją bez dwóch zdań. Już wiem kiedy i gdzie chodzi. Do niej nie przychodzi nikt, bo jest zakaz. ( Zaczepił Gienię B. i przypomniał jej, że vis a vis jego pokoju, przed laty mieszkał w naszym Domu człowiek z takim samym nazwiskiem jak moje kiedyś, on szykował dla mnie drogę do tego Domu, ale najpierw musiał unieszkodliwić Leona. Żeby nie groźby i wulgaryzmy to Leon mógłby sobie gadać do woli. Ale jeśli idąc przez las spotykam tego psychopatę, to już gorzej. Czy nasz psychiatra nie rozpoznaje ciągle choroby psychicznej u Leona?

PS. Napisała do mnie osoba podpisująca się Marianna, niestety nie bardzo rozumiem treści. Nie wiem jak to ugryźć. Osoba ta nie nawiązała do żadnego mojego wpisu, a więc nie wiem czy treść Jej wpisu dotyczy mnie czy osób o których pisałam. Przykro mi ale w związku z tym nie odpowiem.

Kontemplacja codzienności

Takie zdanie padło jak przysłuchiwałam się rozmowie dwóch psychologów w programie telewizyjnym. Bardzo mi się spodobało. Idealny tytuł do jakiegoś rozdziału mojego bloga. Natychmiast przed oczyma stanęli mi staruszkowie z krajów bałkańskich jak to wieczorem wychodzą przed dom, siadają na jakiejś ławeczce czy krzesełku i opierając się o laseczkę kontemplują codzienność. Zawsze ci staruszkowie byli dla mnie bardzo mądrymi ludźmi. No bo żeby kontemplować to trzeba być mądrym człowiekiem; ja nigdy nie kontemplowałam. Kontemplacja to przyglądanie się czemuś w skupieniu i poznawanie, pogrążając się w myślach. Ja na wszystko tylko zerkam w biegu. Czasem analizuję ale nie kontempluję. Postanowiłam pokontemplować. Wyszłam na balkon w piękny letni wieczór i zanurzyłam się w myślach. Co do tej mojej głowy zaczęło przychodzić, sama nie mogę się nadziwić. Uświadomiłam sobie, że żyjemy w erze Kenozoicznej, w czwartorzędzie epoki holocenu. No ludzie, trzymajcie mnie jak to kontemplować. Jakiś strach mnie ogarnął przy tych rozważaniach. Ale patrząc z balkonu, na swój ogródek i na to co się w nim dzieje, przypomniałam,że holocen to era ssaków, owadów i roślin kwiatowych. Ja, jako ssak zauważyłam, że do ogródka zbliża się drugi ssak – kot. Kieruje się w stronę grządki, która jest dla niego skrótem do wejścia w głąb ogródka. Zaczynam do niego mówić, no skoro jesteśmy ssakami to musimy się rozumieć – O, mam cię, to ty ustawicznie depczesz mi grządkę… kot stanął i uważnie wsłuchiwał się w moją mowę. Ja nie przeganiałam go tylko tłumaczyłam – proszę bardzo, możesz przychodzić, ale tak jak należy. Mówię do niego pokazując ręką : tu jest chodniczek, proszę iść prosto do ściany i zejść chodniczkiem na dół. Kot posłuchał i tak zrobił. Mój ogródek leży na skarpie, jak się chce do niego wejść to należy zejść z górki a jak się wychodzi to pod górkę. Zauważyłam, że pod ławką jest drugi kot, który chciał być sam, także na widok intruza zrywa się i chce uciekać. Zbliża się do dość szerokiego klombu… a ja do niego : teraz ty będziesz deptał to co jeszcze nie było deptane? Koteczek popatrzył na mnie i dał dużego susa w górę przez całą grządkę. Byłam zachwycona swoimi gośćmi. Jednak co ssak to ssak. Koty poszły, a ja zaczęłam patrzeć na kwiatki. Nawet nie myślałam, że z kupionych nasion w Biedronce z napisem – astry chińskie, wysokie, roztrzepane czy jakoś tak, wyrosną i rozkwitną takie piękne kwiaty. Przepiękny róż. Dopiero zaczęły kwitnąć a już upiększają ogród a co to będzie jak zakwitnie ich dziesiątki, bo tyle ich mam. W moim ogródku wszystko rośnie bardzo wysoko. Jeden z sąsiadów zauważył, że u mnie nawet mech ma pół metra wysokości. Jak zaczęłam kontemplować to doszłam do wniosku, że to mądrość roślin. Mój ogródek jest usypany na śmietniku po budowie. Nikt nie wywiózł ani gruzu ani puszek po farbach czy rozpuszczalnikach, tylko wszystko zasypano żwirem, a ja na to nawoziłam ziemię. Tak więc nic dobrego w głębokościach nie ma i roślinki to wiedzą, pną się więc do góry zamiast się ukorzeniać. Nad wszystkim zgodnie z wymogami ery, krążą owady – bo to era ssaków, owadów i roślin kwiatowych. No i pokontemplowałam, chociaż nie wiem czy codzienność.

lawina wspomnień

Wracałam autobusem z miasta jak podeszła do mnie piękna dziewczyna i z uśmiechem powiedziała – dzień dobry pani Danusiu, jak miło panią spotkać, tyle lat nie widziałyśmy się. Patrzyłam na nią z zachwytem. Przepiękna blondynka o dużych szafirowych oczach. 175 cm wzrostu, gustownie ubrana; no istna modelka i to z górnej półki. Wstyd mi, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd się znamy, czy mogłaby pani coś bliżej. Jestem Ania Pil… Boże, jakaś ty piękna. Ale zaraz, zaraz, coś mi tu nie gra. Przede mną stoi kobieta w wieku 25 – 35 lat a przecież Ania to rówieśnica mojej młodszej córki, czyli 56 latka. Co to znaczy pobyć kilka lat w wielkim świecie. ( Jej mąż był w ochronie Prezydenta Kaczyńskiego). Nasze rodziny przez lata były zaprzyjaźnione jako sąsiedzi. Ani rodzina mieszkała piętro wyżej. Jej tata przyjaźnił się z moim mężem, ja z jej mamą, a Ania z moją młodszą córką to były papużki nierozłączki. Jak dorosły to nawet za mężów wzięły chłopaków z jednej rodziny. Ania wychodziła za mąż pierwsza, moja córka razem z bratem pana młodego byli świadkami na ich ślubie a rok później ów świadek został moim zięciem. W związku z rodziną Ani, przypomniał mi się taki incydent z którego można boki zrywać. Dotyczy on czasów kiedy nasze córki miały najwyżej roczek. Rodzina Ani to byli nie tylko jej rodzice ale i dziadkowie. Bardzo lubiłam babcię Ani. Była bardzo pokiereszowana przez wydarzenia z II wojny światowej. Zawsze była opatulona chustkami, nosiła spódnice do kostek a po schodach schodziła tyłem trzymając się z obu stron poręczy. Z wyglądu to była babinka z dalekiej Syberii a w rozmowie zachwycała mądrością. Ten incydent który mi się przypomniał jest związany właśnie z babcią Ani. Kiedyś przyszła do mnie z prośbą żebym kupiła dla niej piękną wiązankę kwiatów bo ona musi przeprosić pana profesora – sąsiada z mieszkania obok. To taki porządny człowiek a ja mu narobiłam takiego wstydu, żaliła się babcia Ani. Pan profesor mieszkał nad nami. Wprowadził się z żoną która bardzo szybko odeszła od niego. Całe noce nie spał tylko chodził po mieszkaniu – dwa kroki po podłodze, cztery po dywanie i znów dwa po podłodze – w butach. Trwało to całe noce, a więc nie tylko on nie spał. Raptem zaprzestał nocnych spacerów. Okazało się, że wzięły się za niego jego studentki i pan profesor zaczął wracać do domu nad ranem w stanie wskazującym. A głowa słaba. Kiedyś po takim powrocie stoczył bój z kluczem i zamkiem do drzwi swojego mieszkania i niestety poległ. Padł na klatce schodowej. Babcia Ani tej nocy czuwała, czekała na syna. Jak syn nie wraca w porę to znaczy, że wróci pod wpływem, chciała być w pogotowiu żeby wszystko było po cichu i po pańsku. Musiała jednak przysnąć bo kiedy wrócił nie słyszała. Obudził ją jakiś rumor na klatce. Nie wiele myśląc wybiegła chwyciła za nogi to co leżało na posadzce i wciągnęła do przedpokoju swojego mieszkania. Jakie szczęście, że sąsiedzi nie widzieli, taki wstyd…- myślała. Babcia położyła się spać spokojna, że synuś już jest w domu, a spanie na podłodze dobrze mu zrobi. Za jakiś czas budzi się Ignaś – syn i idzie do łazienki, w przedpokoju zawadził o jakieś zwłoki i się przewrócił. Patrzy i oczom nie wierzy – jakiś facet. Krystyna!!! krzyczy Ignaś, czyli żona, przybiega wystraszona, patrzy dwaj leżący panowie w ich mieszkaniu, ale to ją za bardzo nie zdziwiło ponieważ jej mąż miał bardzo dziwne poczucie humoru. Usiłuje podnieść męża z podłogi. Skończ z tymi czułościami. Lepiej bierz się za tego gacha co go sobie przyprowadziłaś i razem z nim won z domu – krzyczy rozjuszony Ignaś. Słysząc te krzyki budzi się babcia, weszła do przedpokoju i uświadomiła sobie co zrobiła. Ignaś – synku, to nie Krysia go przyprowadziła, to ja. Ty ? I co , wykończyłaś go, czy jak ? Pan profesor wystraszony, zupełnie nie wiedział gdzie jest i co się dzieje. Siedział na podłodze i prawie nie oddychał. Babcia chcąc zakończyć spór bierze go za nogi i ciągnie tam skąd go wzięła. Danusia, no taki wstyd; co człowiek wyprawia w tych nerwach. Pomóż mi go przeprosić, lamentowała babcia Ani. Ale pana profesora już więcej nikt nie widział. Nie pokazał się już a naszym bloku nigdy. Wyjechał do Szczecina ponieważ tam na uczelni otwierano wydział z jego specjalizacją. Do Szczecina wyjechali dwaj profesorowie z naszego bloku i mój śpiewający kolega – skromniutki, cichutki człowieczek, aż dziw, że wchodził na scenę i pięknie śpiewał.

Siła psychiczna

Jest niedziela 18 sierpnia i mimo iż obiecywałam sobie, że do stołówki pójdę dopiero we wrześniu to zaryzykuję i pójdę dzisiaj. Po prostu zobaczę co zrobi na mój widok Leon. Jeśli będzie mnie zaczepiał to wszystko nagram ( mam w końcu smartfona ). Bardzo wątpię, że ktoś zajmie się Leonem jako człowiekiem chorym i niebezpiecznym, dlatego będę zbierała dowody i wykorzystam swoje ” znajomości „. Będę miała okazję utrzeć nosa naszemu psychiatrze. Jak chciał Witka czy mnie ubezwłasnowolnić to łgał jak najgorszy śmieć a z prawdą nie umie się uporać. Zdrowych doprowadzić do obłędu, proszę bardzo, od tego jestem psychiatrą, ale chorymi psychicznie zająć się to niestety umiejętności brak . .Demonstracyjnie szłam przez stołówkę z kamerą nastawioną do nagrania. Niestety to był blef, nie mogłam pozbyć się jakiejś natrętnej reklamy i przez to nie mogłam włączyć kamery, ale Leon o tym nie wiedział. Z pasją wydzierał się na mnie ubliżając mi i co chwila dodawał – nagrywaj sobie ile chcesz i tak nic mi nie możecie zrobić. Na drugi dzień siedząc jeszcze przy swoim stoliku przygotowałam kamerę, oczywiście demonstracyjnie, ale Leon uciekł. Przez noc przemyślał sobie, że przecież nie nagrywam po to żeby napawać się pięknem głosu Leona tylko do czegoś ma to służyć. W końcu każdy głupi ma swój rozum. Tak było i następnego i następnego dnia. Mimo to kamera jest zawsze w gotowości. Rozbawiła mnie pani dyrektor, która zaraz po powrocie z urlopu zainteresowała się tematem Leona i poinformowała mnie, że po przeprowadzonej z nim rozmowie Leon obiecał, że nie będzie już mnie zaczepiał i Ona ciekawa jest czy dotrzyma słowa. Czy chory psychicznie człowiek dotrzyma słowa. Pewnie będzie chwila przerwy a później albo weźmie się za kogoś innego albo zaczai się na mnie gdzieś z za winkla. Jeśli tak mu wierzy to dlaczego nie przeprowadziła tej rozmowy rok temu, jak Leon nie dawał żyć Dianie. Wiem o pięciu kobietach które gnębił Leon, dopiero musiało trafić na mnie żeby dyrekcja zechciała porozmawiać z napastnikiem? To jednak pani Maria miała rację mówiąc cytuję – tak się cieszyłam, że Leon wziął się za ciebie, wiedziałam, że zrobisz z tym porządek a ja wreszcie będę miała spokój. Przykre było dla mnie to stwierdzenie ale coś w tym jest. Już kiedyś słyszałam podobne powiedzenie; to było 6 lat temu, chodziłam na dzienny pobyt do szpitala, któregoś dnia przyszło do mnie kilka pań i z żalem zaczęły prosić – wracaj z tego szpitala bo jak ciebie nie ma to chórzystki czepiają się nas. Przez ostatnich 10 lat, będąc ustawicznie gnębiona, okrzepłam bardzo. Teraz nie ma na mnie mocnych. Nigdy nie byłam taka silna psychicznie jak jestem teraz. W końcu wybór był oczywisty, albo istotnie dostać obłędu i trafić do wariatkowa na oddział zamknięty albo okrzepnąć na tyle żeby mieć wszystko w tyle.

PS. Napisała do mnie Oliwia jedno krótkie, pochlebne zdanie. Bardzo dziękuję, ale dlaczego nie w języku polskim. Pisałam wielokrotnie, że nie odpisuję nikomu kto pisze do mnie w innym niż polskim języku. Niestety jestem podejrzliwa, przepraszam, ale jedno zdanie i do niego adres zwrotny. Czyli, że to ja mam napisać. Wszystko co mam do powiedzenia jest ujęte w pamiętniku. Chcesz wiedzieć więcej napisz po Polsku na pewno zawsze i szczerze odpiszę ale tylko na blogu. Inaczej nawet nie umiem i już nie chcę umieć.

Nie ma to jak być porządnym człowiekiem.

W sobotę pisałam na blogu, że jestem spokojna i szczęśliwa a już w niedzielę porządnie się wystraszyłam. Moment nieuwagi i mogłabym dostać w głowę. Zaraz po śniadaniu, kiedy to na korytarzach nie uświadczysz ani jednej opiekunki, bo to pora karmienia i sprzątania po śniadaniu w pokojach osób leżących, na moim korytarzu pojawił się Leon. Mieszkam dwa piętra niżej od niego. Nikt nigdy nie widywał go na tym korytarzu, a tu patrzę jest. Wystraszyłam się nie na żarty. Właśnie podlewałam kwiaty na zewnętrznym parapecie okiennym tego korytarza, głowę miałam zasłoniętą firanką, jak usłyszałam pytanie – gdzie jest ta opiekunka, szpieg sowiecki? Nie wychodząc spod firanki wskazałam Leonowi drzwi do palarni. Jak on zaczął się do nich dobijać ja szybko wymknęłam się do swojego pokoju. Okazuje się, że teraz oskarża mnie o rzekome pogryzienie go przez psa, mojego psa, którego nie mam. Nic nie pomógł fakt unikania go przez dwa tygodnie. On przyjął za punkt honoru, żeby mnie zlikwidować i uparcie dąży do celu. Martwi mnie, że wiele osób interesuje sprawa Leona ale nikt nie umie poradzić co z tym fantem zrobić. Od każdego tylko słyszę – ty się boisz ? no nie wierzę. Trzepnij go porządnie i zakończ sprawę. Takie pouczenia słyszę od pracowników Domu Opieki. Wszyscy to lekceważą bo nie potrafią zająć się problemem. To jest problem. Pewnie dopiero jak coś się stanie to będzie larum. Nie potrafią zajmować się osobami chorymi psychicznie a przyjmują je pod opiekę, na zasadzie jakoś to będzie. Lekarza psychiatrę nie należy wykorzystywać do celów uciszania ludzi niewygodnych, za dużo wymagających ale wymagać od niego profesjonalizmu. Żeby dyrekcja była w porządku to za fakt tworzenia fikcyjnych diagnoz postawiłaby lekarza przed sądem a ona go do takich ekscesów namawia, tak więc są skutki, pan doktor oczekuje informacji od dyrekcji co ma z tym fantem zrobić. W sumie on nie wie czy ma wyciszyć Leona czy mnie. Kiedyś kazano mu uciszyć mnie, a teraz Leona. No i co ma robić biedny doktor? JAK NIE WIESZ JAK SIĘ ZACHOWAĆ, ZACHOWUJ SIĘ PORZĄDNIE. POD WARUNKIEM, ZE ZAWSZE.

Już myślałam, że wszystkie cechy przyzwoitości i empatii zanikły we mnie, na zasadzie weszłaś między wrony. A tu niespodzianka jestem jeszcze porządnym człowiekiem. Nie zdajecie sobie sprawy jak się cieszę z tego powodu, bo to znaczy, że w tym względzie nie ma na mnie mocnych. Otóż, jechałam wczoraj autobusem dość zatłoczonym. Siedziałam sobie wygodnie oparta o swój chodzik kiedy to na którymś przystanku wsiadła osoba o dwóch kulach. Ledwie się wtelepała do autobusu. Natychmiast odstąpiłam jej swoje miejsce. Ona widząc, że posługuję się chodzikiem, mitygowała się, ale ja nalegałam. Tylko ta osoba usiadła wygodnie, autobus nagle zahamował i ja poleciałam na łeb na szyję. Potłukłam się strasznie. Kasownik chyba wszedł mi w żebra. Przez parę godzin miałam problem z oddychaniem, ale pierwsza myśl jaka w czasie upadania przyszła mi do głowy świadczy o moim człowieczeństwie – Boże, jak dobrze, że ta pani z kulami już usiadła, przecież gdyby ona była na moim miejscu to nie byłoby co zbierać. Musiałam się tym pochwalić, bo chociaż boli jak diabli to duma mnie rozpiera przez tę moją pierwszą myśl – pomyślałam o obcym człowieku nie o sobie.

Jedna chwila szczęścia…

„Jedna chwila szczęścia może być nagrodą za lata goryczy” – to sentencja wyjęta z kalendarza a jakże pasująca do życia, zwłaszcza do mojego życia. Przez wszystkie lata gorycz życia była rekompensowana chwilami szczęścia. Tych chwil szczęścia było bardzo dużo, ale w porównaniu z życiem to na prawdę tylko chwile, choć uzbierałoby się ich cały ogromny wór. Goryczy w życiu było i jest nieporównywalnie więcej ale zawsze przy mnie było to moje szczęście – mój charakter – szybko zapominam co złe a łapię chwile szczęścia i trzymam je jak najdłużej przy sobie. Choć nie zapominam nigdy o osobach które mi to zło wyrządziły.

Rozpisałam się filozoficznie a chodziło mi tylko o to, że po miesiącu nękania mnie, publicznego upokarzania przez pana Leona i nic nie robienia ze strony dyrekcji, spotkała mnie chwila szczęścia i natychmiast zapomniałam o tym co było. Otóż, spotkałam w autobusie byłą pracownicę naszego DPSu która obsypała mnie miłymi słowami. Miała tylko pretensje – dlaczego teraz tak rzadko piszę. I co, można po czymś takim zapomnieć o tym co złe? Można. A jeszcze jak dodam, że nie chodząc do stołówki prawie zapomniałam o wyrządzanych mi przykrościach, to wiadomo, że jest dobrze. Bardzo prymitywnie zareagowały dwie pracownice, na to moje nie pokazywanie się w stołówce. Na pytanie dlaczego nie przychodzę do stołówki odpowiedziałam, że nie lubię być opluwana; pracownica odebrała to dosłownie i poradziła mi napluć na pana Leona. Druga z pracownic poradziła mi żebym strzeliła mu w mordę, ona tak zrobiłaby na pewno. Jak dla mnie w obu wypadkach był to szokujący prymitywizm. Obie panie dobrze wiedzą o kim mowa, jednak żeby ich nie zawstydzać jeszcze bardziej nie podaję imion

Wrócę jeszcze do spraw wiary, czyli do naszej kaplicy i do mojej dawnej parafii. W minioną niedzielę posłuchałam przez chwilę kazania przez naszą radiolę i wysłuchałam w całości kazania w Kościele do którego wybrałam się na godzinę 12,30. W obu wypadkach była mowa o dobrach materialnych a jakże inaczej przedstawiona. Ksiądz z naszego DPS nawoływał do dobrowolnego wyrzeczenia się wszelkich dóbr materialnych ( w domyśle na jego rzecz ). Jakie my mamy dobra materialne, my mieszkańcy Domu Opieki, będący na państwowym garnuszku, co najwyżej parę groszy na czarną godzinę i to pod warunkiem, że zrezygnujemy z fryzjera czy pedikiuru. Ksiądz w kościele parafialnym natomiast, nawoływał żeby nie zabiegać o dobra materialne. Zwłaszcza młodzież zabiega o nie żeby nie być gorszym od kolegi. Pan Bóg jednakowo kocha i biednych i bogatych. Wystarczy być dobrym katolikiem. Dzisiaj rozmawiałam na ten temat z wnuczką, a naszej rozmowie przysłuchiwał się mój najmłodszy, dwu i pół letni prawnuczek, wtrącił się do rozmowy i poinformował mnie, że zawsze płaci za to, że wchodzi do kościoła a ksiądz mówi mu Bóg zapłać.

Wczoraj był u mnie nasz psycholog, pewnie na zwiady żeby wybadać co zamierzam z tym nie chodzeniem na stołówkę. Czy dyrekcja ma się mnie bać, czy może jednak nie. Czy to jest cisza przed burzą, czy po prostu cisza. Oczywiście niczego podobnego psycholog mi nie sugerował ale ja tak tę wizytę odebrałam. Powiedziałam mu, że to nie chodzenie na stołówkę bardzo mi odpowiada, czuję się wolna i jakby szczęśliwsza, a nawet lepiej i dłużej śpię, ( choć w moim wypadku dłużej to już prawie połowa doby ). Szczerze mówiąc, to chciałabym żeby ten stan pozostał, ale niestety będę musiała sprawdzić czy nasz pożal się Boże psychiatra potrafi zająć się chorym psychicznie człowiekiem. Czy umie leczyć, czy tylko chętnie z normalnych ludzi robić chorych psychicznie. W tym celu będę musiała pójść do stołówki żeby sprawdzić zachowanie się pana Leona. Myślę, że zrobię to dopiero we wrześniu. Przecież muszę dać czas medycynie.

Strawa duchowa i cielesna

Ponieważ przestałam chodzić do naszej kaplicy, usiłowałam dotrzeć do swojej dawnej Parafii, niestety nic z tego nie wyszło. Muszę to sobie wszystko zaplanować, bo jak wyszłam bez planu to w połowie drogi musiałam zawrócić, nic nie pasowało. Autobus, do którego musiałabym dojść idąc 20 minut, czasowo nie pasował, a zupełnie pieszo całą drogę w tę i z powrotem, to też nie bardzo. Po powrocie włączyłam radiolę usiłując wysłuchać mszy z naszej Kaplicy. Msza przez radiolę to zwykła żenada; głos księdza wskakuje z dużą mocą albo ginie. Na ogół mikrofon nie działał, a więc nic nie było słychać. Zajęłam się czymś innym, aż tu raptem słyszę sprzeczkę pana i pani NIKT. Było już 10 minut po jedenastej, w Kaplicy nie było nikogo tylko oni, mikrofon włączył się sam i był włączony do godziny 18. Cały czas słychać było szumy. Nikogo to nie obchodziło. Poszłam do opiekunek, Jowita przerwała swoją pracę i poszła wyłączyć radiostację. Podobno tak jest co niedziela, radiostacja jest włączona około 9 godzin i nagrzewa się do „czerwoności”. Przy takim wykorzystywaniu tego cudu techniki, radiola długo nie podziała. Kable się przegrzewają a bateria przy mikrofonie zużywa się bez potrzeby. Przez trzy lata prowadziłam audycje radiowe nigdy ani przez sekundę nie było problemów z mikrofonem, ale dla mnie mikrofon to jak dla kogoś innego różaniec – to świętość. Jak będzie takie podejście do mikrofonu jak jest w tej chwili to długo z niego nie będziemy korzystać, przegrzane kable szlak trafi. Wczoraj był pierwszy piątek miesiąca i jak zwykle była odprawiana msza – mikrofon szumiał co najmniej do godziny 15. Wyłączyłam radiolę w pokoju bo serce mnie boli na taki brak szacunku do czegoś co powinno zachwycać a nie drażnić.

Od kilku dni nie jem posiłków w stołówce tylko w pokoju, a to z powodu nękania mnie przez jednego z mieszkańców, właśnie w stołówce. Znam człowieka od ponad 10 lat. Wiem, że jest chory psychicznie, przechodząc koło niego nawet nie spoglądałam w jego stronę, aż tu on mnie zaczepia pytając czy miałam psa – miałam odpowiadam, zaskoczona pytaniem. I chodziłaś z nim po parku, co ? Chodziłam. A, to ty jesteś tym szpiegiem sowieckim przez którego zapełniały się łagry. Ile ludzi wymordowałaś ? Ty świnio sowiecka. Pan Leon jarał się tym co mówił i używał coraz bardziej wulgarnych słów. W końcu po kilku dniach wyzwisk stwierdził, że on mnie musi zlikwidować skoro nikt do tej pory tego nie zrobił. Z początku mnie to śmieszyło, aż w końcu miałam dość. Żeby tego nie słuchać przestałam chodzić do stołówki licząc, że pan Leon wyciszy się i zapomni o mnie tak jak zapomniał już o wielu innych osobach które nękał. Na ogół były to pracownice. Jego zdaniem ja byłam jego opiekunką ale on nie życzył sobie śmiecia sowieckiego. Niby swój problem zlikwidowałam. Nie widzę go i mam spokój. Śniadanka jem w pokoju i zawsze słyszę pytanie – co podać? Co sobie życzę z tego co jest na wózku barowym. Na obiady, zanoszę trojaki do stołówki, które odbieram kiedy chcę, nie jestem uwiązana czasowo. Mnie taki stan rzeczy odpowiada. Okazało się, że bywalcy stołówki ucieszyli się, że Leon wziął się za mnie wiedząc, że jestem silną psychicznie osobą i na pewno coś z tym zrobię. Dyrekcja od lat wie o tym i nic nie robi. Nawet nie wiedziałam, że wiele osób przechodziło to uporczywe nękanie, teraz są zawiedzeni, że ja zamiast coś zrobić, uciekłam. Kochani, ja myślę, że tą sprawą powinna się zająć dyrekcja, a zwłaszcza nasz psychiatra który woli tak jak Leon nękać zdrowych ludzi bo chyba z chorymi sobie nie radzi, Leon jest tego przykładem. Jeszcze parę lat temu bał się tylko swojego pokoju, wszystkie noce spędzał śpiąc na korytarzu. Później doszło maniakalne zajadanie się jajkami – kuchnia musiała mu nieustannie, dzień w dzień podawać po dwa jajka na twardo, po za tym Leon jeszcze jeździł na rynek i co tydzień kupował dwie zgrzewki jajek. Wszyscy o tym wiedzieli i nikt z tym nic nie zrobił, a to przecież wyraźny objaw choroby. Mało tego, te ogromne ilości zjadanych jajek na pewno wpłynęły na pogorszenie się stanu zdrowia. Jak Leon nie dostał jajek to robił piekielne awantury więc dla świętego spokoju dostawał je. Od zawsze dyrekcję interesuje tylko święty spokój. Może tym razem jednak nie. Wszystko opisałam i skierowałam sprawę do p. Dyrektor. Mam nadzieję, że sprawa będzie wreszcie załatwiona, że nasz psychiatra zajmie się człowiekiem chorym psychicznie, a nie jak dotąd ze zdrowych usiłował zrobić chorych.