Moje mrzonki

W poprzednim rozdziale mojego pamiętnika rozpisałam się o Ani a przecież nie tylko ona zasługuje na uznania jako pracownik Domu Opieki. O jeszcze pracujących pisać nie będę ponieważ każdy kogo pochwalę może mieć nieprzyjemności od dyrekcji Domu. Cały czas obowiązuje zasada – poskarżyć się nie ma komu a pochwalić strach, że zaszkodzisz. W ten sposób straciła pracę inna Ania. Tę zasadę powiedziała mi osoba która mieszkała w naszym Domu zaledwie kilka miesięcy i już się zorientowała w czym rzecz. Każdy kumaty wie, że tak właśnie jest. Jeśli któryś z pracowników robi coś nie tak to dyrekcja go ceni bo może go trzymać w garści. Taki podpadnięty pracownik potulnie zrobi wszystko żeby nie stracić pracy. Na samym początku swojego pamiętnika pisałam o Karolu dla którego brakowało mi słów uznania, którymi potrafiłabym opisać jego podejście do swoich podopiecznych. Modlę się za tego człowieka codziennie i chociaż to zupełnie nie realne w swoich modlitwach proszę żeby stał się cud i żeby Karol wrócił do nas do pracy z podniesionym czołem i na godne siebie stanowisko. A jakby tak do nas wróciła Ania i Karol to dopiero byłoby pięknie. Tylko byłby kłopot kto kim miałby być. Ale są to tak piękne osobowości, że zgodnie podzieliły się obowiązkami i zaszczytami. Wówczas nasz Dom Opieki byłby wzorcowym Domem pod każdym względem ze szczęśliwymi podopiecznymi. Pomarzyć dobra rzecz.

Któregoś dnia oglądałam teleturniej – Jaka to melodia, w którym uczestnikami byli redaktorzy muzyczni Radiowej Jedynki; byłam urzeczona wiadomościami tych ludzi na temat muzyki. Wiem, że to przecież ich chleb powszedni; ja również czasem strzelę prawidłowo po jednej nutce, ale żeby tak odpowiadać jak szef Jedynki – no ta bene zwycięzca programu, to coś nieprawdopodobnego. Rozmarzyłam się żeby być w otoczeniu ludzi będących z muzyką tak za pan brat jak owi redaktorzy. Z marzeniami oddaliłam się od rzeczywistości i wyobraziłam sobie, że pracuję w Radiu pod kierownictwem takich encyklopedii muzycznych. To jest dopiero szczęście. Kocham mądrych ludzi, całe życie tak miałam. Według mnie mądry człowiek może sobie pozwolić na słabostki i tak będę go cenić ponad wszystko. Wiem, że to moje ” cenienie ” nikomu do szczęścia nie jest potrzebne ale po prostu głośno myślę.

W komentarzach miałam pytanie o brydża, który miał mieć miejsce trzy tygodnie temu. Niestety nie zagraliśmy w normalnego brydżyka ponieważ pan NIKT stchórzył. Na dodatek zachował się brzydko. Dobrze wiedział, że to ja mam grać tak jak ja wiedziałam, że mamy grać z panem NIKT. Najpierw przez kierownictwo Dziennego Pobytu uprzedził, że się spóźni około 15 min. przyszedł po 20 minutach i w ostrym tonie oznajmił, że nie będzie grał. Nie było słowa przepraszam, że wprowadziłem w błąd, że czekaliście. Panowie poczuli się urażeni; ja nie ponieważ miałam cykora przed graniem. Pograliśmy więc nienormalnie to znaczy z dziadkiem. I właśnie grając z dziadkiem uświadomiłam sobie, że ja nie umiem się należycie skupić. Czyli, że nie umiem już grać. Zapominałam kto co licytował, kto z jakiej karty wychodził, a przecież to jest bardzo ważne. Ale zauważyłam też, że i moi brydżyści są gorsi niż byli. Poprosili mnie żebym dogadała się z Mańcią – moją koleżanką, żebyśmy znów jeździli do niej na brydżyka. Nie wiem co ona na to, w końcu i jej przybyło kilka latek. Wszyscy przeżyliśmy tąpnięcie z powodu SKSu, także pół żartem pół serio możemy uczyć się siebie przy brydżyku od początku mimo, że znamy się około 15 lat. Ten SKS bardzo niszczy ludzi. Likwiduje szare komórki jedną po drugiej i to w szaleńczym tempie. A żyć trzeba i coś z tym życiem robić.

Zaduszki

Zaduszki nastrajają ludzi do zadumy, melancholii i wręcz smutku, a mnie jakoś nie. Owszem wspomnę z nostalgią, ale życie starych ludzi to już tylko wspomnienia. Żal jak umiera młody człowiek ale stary ? Jego pora i już, a jeśli cierpi to i lepiej, że przestał. Coś się powspomina z życia które minęło; ale przecież wspomina się coś stale. Mój cały pamiętnik to wspomnienia tego co było i nie potrzebne do tego były mi Zaduszki. Natomiast od lat w Zaduszki wspominam Anię, żyjącą i kwitnącą, piękną, młodą, ciepłą kobietę, byłą pracownicę naszego DPSu. która nauczyła mnie robić bukiety na groby, a ja z roku na rok robię je coraz piękniejsze. Już na kilka dni przed Zaduszkami zaczynam zbierać niezbędne do tego akcesoria i z automatu rozmyślam o Ani – jaka była a jaka może być teraz. Zatrudniła ją u nas poprzednia dyrektorka i przydzieliła mi ją jako pracownicę pierwszego kontaktu. Ania potraktowała tę funkcję z należytym jej szacunkiem i swoje pierwsze kroki skierowała do mnie. Dzisiaj ludzie nie wiedzą, że mają takich opiekunów, a jeśli wiedzą to tyle, że w razie potrzeby mogą coś od nich chcieć. A Ania chciała uczestniczyć w moim życiu. Przedstawiła mi się oznajmiając, że bardzo by chciała żebyśmy się poznały bliżej ale ponieważ takie poznanie wymaga dużo czasu a z tym jest gorzej, tak więc zaprasza mnie do swojej pracowni plastycznej w której prowadzi zajęcia dla różnych grup naszej społeczności z której będę mogła dobrać sobie odpowiednią grupę ludzi. Pracownia Ani była oblegana przez mieszkańców, przez przychodzących do ” Leśnej Chaty ” , przez pracowników, czy przychodzących na Pobyt Dzienny. Wszystkich uczyła robić piękne rzeczy. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że potrafię robić takie cudeńka. Dzień u Ani to była najlepsza terapia i relaks. Opowiadaliśmy o sobie, śpiewaliśmy no i oczywiście tworzyliśmy cuda popijając kawkę. Ponieważ ja byłam już po przejściach dzięki pobytowi w tym Domu, także praca u Ani była dla mnie bardzo potrzebna. To ona pierwsza zauważyła, że mną jest coś nie tak po udarze. Zwróciła uwagę, że przestawiam słowa czy pojedyncze głoski. Wprowadziła więc, dla mnie specjalnie logopedię, nic mi o tym nie mówiąc. Po prostu pomagała mi wyjść z tej matni prowokując odpowiednią zabawę. To ona zorganizowała pójście do nowej dyrektorki wraz z pracownicami, w mojej sprawie, bo bardzo szybko zauważyła, że jestem nękana. Poprzednia dyrektorka po odejściu od nas, jak znalazła dla siebie pracę, zabrała ze sobą Anię. Wiedziała dobrze, że jest to bardzo wartościowy pracownik. Poza plastyką, w której nie miała sobie równych, Ania grała na pianinie, na gitarze i śpiewała. Ania miała jedną wadę, była cholerną bałaganiarą. Ale ponieważ była kochaną bałaganiarą to po jej wyjściu z pracowni organizowałam sprzątanie. Obie panie – poprzednia dyrektorka i Ania, trafiły do prywatnego Domu Opieki, jedna jako zarządzająca, druga jako jej podwładna. Właściciel Domu szybko poznał się na Ani i z niej zrobił zarządzającą Domem a dyrektorce podziękował za współpracę. Teraz tok myślenia o Ani jest zupełnie inny – czy się zmieniła a jeśli tak to w jakim stopniu? Jest przecież dyrektorem. Czy jako dyrektorka Domu jest wstanie pomieścić w sobie swoje ogromne serce ? A może zmieniła się, stała się cynicznym zimnym dyrektorem udającym tylko, że kocha ludzi, tak jak wszyscy dyrektorzy Domów Opieki – no prawie wszyscy. A może jest unikatem wśród dyrektorów Domów Opieki? Bardzo chciałabym wiedzieć. Kilka lat temu byłam w Domu Opieki zarządzanym przez Anię. Jej nie było a ja ” ciągnęłam za język ” pracowników żeby coś powiedzieli na temat dyrekcji. Podpuszczałam na zasadzie – macie tak daleko do pracy, przecież tu szczere pole, nawet telefony nie mają zasięgu. Ale atmosferę mamy życzliwą – odpowiadali. Wiemy jak jest u was i nie zamienilibyśmy się. Ja widziałam różnicę – u nas fizycznie jest więcej przestrzeni np. mamy swoje jednoosobowe pokoje i piękną przestrzenną i czyściutką stołówkę. Tam stołówka to bar z PRLu. Ale kuchnia, o dziwo, może śmiało konkurować z naszą. I takie właśnie są u mnie reminiscencje zaduszkowe.

Pycha krocząca przed upadkiem

Od kilku dni krąży wśród mieszkańców i pracowników wieść o ostatnim świństwie państwa NIKT. Dla pani NIKT zrobienie komuś świństwa i zniszczenie kogoś zawsze było bardzo proste, a ostatnio coś jej nie wychodzi; posunęła się więc do ostateczności przez co poniżyła się i ośmieszyła zarówno przed mieszkańcami jak i pracownikami. A rzecz idzie o naszego nowego księdza. Poprzedni ksiądz był kumplem pani NIKT ale takim nawet uniżonym. Wszystkie prośby i zachcianki pani NIKT były natychmiast spełniane, tak więc pani NIKT obrastała w piórka pychy. Nowy ksiądz jest jakby oporny na ” uroki ” pani NIKT. Nie rozpoczyna mszy od nowinek o rodzinie pani NIKT. Poprzednio wszyscy musieliśmy wysłuchać gdzie i kiedy urodziła się nowa prawnuczka. Poprzedni ksiądz nie ośmielił się wymienić imienia czy nazwiska osoby którą pani NIKT gardziła. Nie ważne, że msza była w intencji danej osoby. Nie wolno było narazić się pod żadnym pozorem pani NIKT. Ludzie z niej już kpili ale na rządy kościelne machnęli ręką. Jak tak bardzo chcesz rządzić to sobie rządź. Pan NIKT, jako jej giermek, chodzi po kościele sprawdzając kto gdzie siedzi, czy wózek stoi w odpowiednim miejscu. A to uciszy za głośno śpiewających czy zbyt pewnym krokiem kroczących przez Kościół, a to kogoś wspaniałomyślnie poklepie, no i oczywiście zbiera datki na tacę.Wszystko nadal musi być tak jak sobie życzą państwo NIKT, ale już wymuszone. Jednak brak admiracji podczas mszy, państwo NIKT odczuwają boleśnie. Brakuje im uniżoności poprzednika ( z którym są w stałym kontakcie ). Wpadli na genialny pomysł – zniszczyć ( bo tylko to potrafią ) obecnego księdza i zażądać powrotu poprzednika. Ponieważ sami chleją wódę pozbierali trochę butelek, wstawili do szafki w zakrystii i zrobili zdjęcia. Zdjęcia opatrzyli odpowiednimi napisami i wysłali jako anonimy do Kurii. Nie wiem czy na pewno tak było, czy to tylko plotka. Jednak w każdej plotce jest chociaż ziarenko prawdy. W naszym Domu zaczęły się tworzyć komitety obrony księdza. Właśnie w ten sposób dowiedziałam się o wszystkim. Jedni pytali co robić, a inni przynieśli pismo żebym je przeczytała, wypowiedziała się na jego temat i podpisała. Do Kościoła chodzę ponieważ przykazanie kościelne mówi – ” pamiętaj abyś dzień święty święcił” a księża, zarówno jeden jak i drugi, jest mi obojętny. Dla mnie każdy ksiądz kojarzy się z tacą i co łaska. Kilka brzydkich przeżyć z poprzednim księdzem miałam ale za wszystkie czuję się przeproszona. Wszystkie przejścia z poprzednim księdzem opisałam w swoim pamiętniku i te dobre i te złe. Ale co by nie było nie znoszę świństw i ludzi którzy je tworzą. Zajęłam się tą sprawą po swojemu. Pomyślałam, że skoro wszędzie w tym moim mieście mam znajomości to może i w Kurii jakieś będą. Wybrałam się spacerkiem do centrum miasta i wstąpiłam do Kurii. To był strzał w dziesiątkę. Sprawę przedstawiłam bardzo ogólnikowo a informacje jakie uzyskałam powinny podciąć skrzydła naszym świństwo twórcom. Otóż, młyny kościelne mielą bardzo wolno. Kościół twierdzi, że jest nie rychliwy ale sprawiedliwy, ja natomiast uważam, że przez tę powolność kościół nadaje sam sobie wyższą rangę. Że to niby wnikliwość w rozpatrywaniu sprawy. Tak więc za nim do nas dojdą jakieś echa naszej sprawy, to może minąć rok. Nie ma więc po co wysyłać pism bo zniechęcimy się czekając na odpowiedź. Druga rzecz, to fakt, że ksiądz Jan, czyli poprzednik, do nas nigdy nie wróci. Po tej informacji państwo NIKT powinni posypać głowę popiołem i bić się w piersi, że tyle zachodu w robieniu świństw i wszystko na darmo. Jeśli nawet Kuria zdecyduje odsunąć – dla świętego spokoju, księdza z naszego kościoła to na jego miejsce nigdy nie przyjdzie ksiądz Jan. A przecież tylko o to chodziło świństwo twórcom. Tak postępując państwo NIKT ośmieszyli nie tylko siebie ale i księdza Jana. Bo jeśli mieszkańcy tworzą komitety obrony obecnego księdza to znaczy, że tamtego nie chcą. Nasz obecny ksiądz powinien zakazać zbierania tacy. Właśnie przez nią są te niesnaski. W zupełności wystarczyłaby skarbonka na drzwiach zakrystii. Wierni z przyzwyczajenia wrzucaliby datki. I w ten oto sposób ksiądz pozbyłby się rządów państwa NIKT i nabrałby szacunku u wiernych którzy mają takie samo spojrzenie na finanse księży jak ja – PENSJA WYSTARCZY! Przez taki pogląd, poprzedni ksiądz odmówił mi podania Komunii Św. Ja mimo to karku nie ugięłam i zdania nie zmieniłam aż ksiądz poczuł się winny. Wiedziałam, że to nie ja grzeszę mówiąc głośno o chciwości, tylko ksiądz który odmówił mi podania Komunii Św. O tym fakcie powiedziałam księdzu spowiednikowi podczas spowiedzi i przez jakiś czas chodziłam do Kościoła swojej byłej parafii, czyli parafii obu naszych księży.

PS. Ja sprawę nagłośniłam w Kurii a moja koleżanka w Parafii do której należą obaj księża. Dowiedziałam się też, że w Kurii są osoby które czytają mój pamiętnik i to już od dawna.

Tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro…

to pierwsze słowa piosenki z filmu pt. Wojna domowa. Dalej tekst mówi, że bohaterowi filmu ” każdy dzień ciągnie się jak makaron”. Od razu więc wiadomo, że bohater tego filmu to małolat. Mnie jest od kilku dni źle i szaro, ale każdy dzień zasuwa jak mały samochodzik. Młodość ciągle na coś czeka, a w oczekiwaniach czas się wlecze; natomiast stary człowiek już na nic nie czeka – wstanie pochodzi trochę po pokoju, później się położy, trochę poczyta, albo i nie. Jakiś serial, jakaś krzyżówka i trzeba iść spać. Nie sądziłam, że tak szybko stanę się ospała i na nic nie mająca ochoty. To jest ta słynna choroba – SKS. Wyjdę do ogródka, popatrzę, coś tam wytnę, coś wyrwę i wracam do swojego pokoiku bo już jestem zmęczona. Od dwóch dni usiłowałam wyjść na spacer, owszem wyszłam i po paru minutach już wracałam do domu. Moje nogi były zbyt ciężkie żeby je ze sobą ciągnąć. Mam nadzieję, że to jakaś chwilówka, że to minie. Wykręciłam się od dwóch spotkań towarzyskich, no nie chce mi się nigdzie chodzić. W przyszłym tygodniu znów obowiązkowe dwa spotkania – brydż i imieniny Ireny; a mnie się nie chce iść. Bardzo lubiłam grać w brydżyka, tak więc jak Krzysiek wyszedł z tą propozycją bardzo się ucieszyłam, nawet fakt, że mam grać ze swoim wrogiem, no raczej z nie odłączną częścią mojego wroga, nie zniechęcił mnie. Granie to jest granie a nie jakieś tam sympatie czy antypatie. Po chwili jednak zaczęły nachodzić mnie różne wątpliwości – czy ja jeszcze umiem grać? Bo na pewno zapisu już nie pamiętam. Zawsze do mnie należało prowadzenie zapisów, a teraz ? Prosty zapis pewnie pamiętam ale już z contrą, re contrą, przed partią, po partii, premie za wygrane. To wszystko już wyleciało mi z głowy. A może już i grać nie umiem. Przecież ta gra wymaga tyle finezji, którą ubóstwiałam, właśnie ta finezja, te podchody, to wszystko niestety zależy od zapamiętania kto co licytował, kto w co wyszedł, ile kart w danym kolorze już zeszło, czy można kogoś przyłapać na jakąś bloteczkę, no i pilnować Krzyśka bo oszukuje. Mam nadzieję, że nie tylko ja jestem głupsza o rok, bo SKS to czas który działa na naszą nie korzyść. Przestałam też chodzić na gimnastykę. Gimnastyka dla starego człowieka nie może być tylko dwa razy w tygodniu, jeśli już to codziennie. Przez godzinę nie zmienisz pozycji i już kości zesztywnieją a co dopiero przez trzy dni. Nie dziwię się, że mieszkańcy Domu nie korzystają z gimnastyki bo to niestety przez nią nas wszystkie kości bolą. Najpierw musisz rozruszać stawy, tak więc boli. Później to rozruszane zastygnie i po trzech dniach znów boli. Teraz, jak przestałam ćwiczyć przestało mnie boleć. W pokoju, rano, robię ćwiczenia na rozruch i to wszystko. Ponieważ robię codziennie to samo wszystko jest jakby naoliwione. Jakbym teraz poszła na gimnastykę to w ruch poszły by inne partie organizmu i znów ból. Ponarzekała sobie stara baba i basta.

Nasze sprawy codzienne

Chyba powinnam pisanie o naszych sprawach zacząć od opatrzenia strony datą, ponieważ różne sprawy spotykają nas w różnych okresach. Tak więc zaczynam od tego, że 6 października 2o19r. czyli w niedzielę, po raz pierwszy podczas mszy prowadzonej przez nowego księdza nie było mowy o środkach materialnych. Ten ksiądz jest już u nas ze dwa miesiące i za każdym razem kazania były poświęcane mamonie i dzieleniu się nią. Tak więc tym razem poczułam się jak w Kościele, zwłaszcza, że to kazanie było ładne. Słuchało się z przyjemnością. Ksiądz nie powtarzał w kółko, że musimy być oddani w 100% Bogu i tylko Bogu. Nawet prawie święty ksiądz nie powinien być oddany w 100% Bogu, bo jakiś procent musi być dla ludzi. Ja na przykład w 100% oddaję się życiu normalnego człowieka. To nawoływanie do stuprocentowego oddawania się Bogu, nie wiem jak innych ale mnie zniechęcało do Kościoła, zwłaszcza, że księża niewielki procent siebie oddają Bogu.

W poniedziałek usłyszałam awanturę na moim korytarzu. Zaciekawiło mnie to ponieważ nasz korytarz jest cichutki, co najwyżej Zygmunt walnie drzwiami od czasu do czasu. A teraz słyszę krzyk Jadzi – odczepcie się ode mnie, do żadnego kardiologa nie pojadę. Po co ? Kardiolog opisze moją chorobę, wypisze leki i wszelkie zalecenia a wy tego nie przestrzegacie. Wczoraj wieczorem miała przyjść pielęgniarka z lekami i co, nie ma jej do dziś. To po co wizyty u kardiologa. Biedna opiekunka tłumaczyła się za nie swoje zaniedbania. Niestety, wszelkie zaniedbania to chleb powszedni w naszym Domu.

W środę przyszła do mnie Józia z uzasadnionymi uwagami. Otóż, Józia została pobita przez sąsiadkę ze swojego korytarza i to tak, że trafiła do szpitala, w prawdzie tylko po opatrunek ale mimo wszystko. Dyrekcja, na skargę Józi, odwróciła kota ogonem ( to stała metoda, wyuczona na blachę – wszystko co złe to z winy skarżącego ) – pani Józiu, z takimi jak Basia trzeba delikatnie a pani do niej zbyt ostro. No ludzie trzymajcie mnie – Baśka nocami chodzi po pokojach żądając papierosów ale my musimy do niej delikatnie. Nie jestem pierwsza poturbowana przez Baśkę – mówi Józia – Irena od spotkania z Baśką jeździ na wózku, a chodziła na własnych nogach. Dyrekcja nie wie jak postępować z psycholami a nas uczy. Po za tym, po powrocie ze szpitala zauważyłam u nas wiele niedociągnięć. W naszych pokojach, jak korytarze długie, wszędzie zapalone światła, w pokoju, w przedpokoju i w łazienkach. A ludzie śpią. Natomiast przed budynkiem ciemna noc. Przywieziono mnie karetką do DPSu – mówi Józia, przed budynkiem ciemno, nie ma wózków do przewiezienia chorych. Personel z karetki szukał wózka żeby mnie przewieźć niestety na darmo. Na korytarzu czekał na mnie mój syn oparty o poręcz i zasapany, a w okół ani jednego krzesła żeby usiąść. Pouczać innych potrafią a zorganizować porządnie pracę to już gorzej, umiejętności brak.

Dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień Drzwi trzasnęły, zamiauczał kot w ogrodzie … itd

Sprawa dla reportera

3 października wieczorem, przerzucając kanały telewizyjne trafiłam na program Redaktor Jaworowicz ” Sprawa dla reportera „. Ponieważ program dotyczył DPSu obejrzałam go w całości. Wniosek nasunął mi się jeden – do zarządzania Domami Pomocy Społecznej wybiera się jakiś gorszy gatunek ludzi, ludzi bez sumienia. Ci co ich wybierają mają jakiś klucz, no bo jak trafić na człowieka, który tylko z pozoru jest człowiekiem? Zarządzający Domami Opieki mają w swojej „pracy” tylko jeden cel – ograbić staruchów na tyle na ile się da. W programie usłyszałam takie zdanie, z którym zgadzam się w 100% a tym razem zostało powiedziane przez personel DPSu w Szczurkowie – dyrekcji zależy na tym żeby w każdym Domu Opieki byli ludzie bez świadomości tego co dzieje się w okół ich, albo żeby nie byli w stanie wyrazić tego co czują i co widzą. ( Jestem tego jeszcze żywym przykładem ). Wprawdzie w naszym Domu aż tak źle nie jest, mamy wszak kuchnię na poziomie która serwuje codziennie pyszne i świeżutkie dania. Mamy pralnię, która utrzymuje nas w czystości. W naszych pokojach, jak przypilnujesz, to i kąty będą posprzątane, nie tylko środek pokoju. Są zajęcia różnego typu dla tych nudzących się. Ale jest też rzucający się w oczy mieszkańcom, cholerny brak empatii. Ten brak empatii służy jakiemuś celowi, jest pod warstwą niby miłego uśmiechu. No bo dlaczego nie udzielono pomocy Eugeniuszowi jak umierał w trakcie zebrania. Justynowi, który z tętniakiem w głowie przechodził udar leżąc na podłodze w łazience co najmniej dwa dni. Dlaczego Gienię po utracie mowy, nigdy nie skonsultował neurolog. Dlaczego, mimo usilnych nalegań żeby wezwać pogotowie do Pani Marii, nie zrobiono tego. Dlaczego jak doprowadzono mnie do udaru, nie wezwano do mnie pogotowia, nie skonsultowano nawet z naszym lekarzem, nie poinformowano mnie o tym że miałam udar ( opisuję to w 3 rozdziale II części swojego pamiętnika ). Jaki cel mają usługi naszego psychiatry? Niestety jestem pewna, że dla zysku – od jednego podopiecznego wezmą a reszta nic o tym nikomu nie powie. Tak się dzieje w każdym Domu Opieki. W Domu w Szczurkowie o którym była mowa w programie telewizyjnym sytuacja była niewyobrażalnie tragiczna, a to dlatego, że Dom był malutki a dyrekcja cholernie pazerna i bezwzględna. W swoim pamiętniku ( część I rozdz. 6 ) opisałam zachowanie się dyrektorki Domu dla niewidomych w naszym mieście, która była dyrektorem do swoich 80 tych urodzin. Musiała mieć plecy. Nie mogę pojąć, że nasi notable wiedząc co dzieje się w Domach Opieki nic z tym nie robią. Przecież ja powiadomiłam swego czasu wszystkich odpowiedzialnych za ten stan rzeczy a oni zaczęli się bawić ze mną w kotka i myszkę wysyłając bzdurne pisma i licząc na to, że się zniechęcę i zaprzestanę dociekać. ( Opisuję to w II części w rozdziale 2 ) Pozornie Prezydent Miasta załatwił sprawę – zwolnił dyrektorkę i dał na jej miejsce inną. To takie – zamienił stryjek siekierkę na kijek. W naszym Domu nadal działo się źle, a dla mnie to nawet gorzej. Ja ustawicznie informowałam Prezydenta o wszystkim, On niestety zmienił front i zachwycał się swoją protegowaną. Ja dostawałam pisma od Prezydenta które według mnie były dla niego potwarzą. Na pewno nie wiedział co podpisuje. Muszę o tym wszystkim bezustannie przypominać, ponieważ te sprawy obciążają mi serce. Ciąg dalszy wydarzeń w Szczurkowie będę śledziła z ciekawością. Bo przecież nie tylko chodzi o to żeby przywrócić do pracy osoby zwolnione za to, że wyciągnęły na światło dzienne tragiczne losy mieszkańców tego Domu, ale żeby wreszcie rozbić mafię kierującą Domami Opieki. Przecież płacąc tak wygórowane stawki za pobyt w DPS można zapewnić dobrą opiekę; a jeśli ma ktoś zarabiać na tym, to wolałabym żeby to była Gmina, która za nas dopłaca a nie wątpliwe kierownictwo.

Odpowiedzi

Zostałam zasypana pytaniami dotyczącymi mojego charakteru, zwłaszcza mojego braku umiejętności wybaczania. Najwięcej pytań dotyczyło osoby, o której pisałam, że nie umiem jej wybaczyć . Pytania były – kto to taki i dlaczego aż tak. Pytania oczywiście świadczą o tym, że nie chciało Wam się czytać mojego pamiętnika od początku, albo było to tak dawno, że już zapomnieliście. Nie dziwię się, ja również zapominam o wielu rzeczach o których pisałam. Jednak jak sobie przypomnę czytając ten mój życiorys z ostatnich dziesięciu lat, to aż dziw bierze, że wbrew życzeniom moich opiekunów, nie wpadłam w depresję. Osoba o którą pytacie to nasza pielęgniarka naczelna. Pisałam, że jej właśnie zawdzięczam udar mózgu który przeszłam w naszym DPS bez żadnej pomocy czy opieki. ( Nie tylko ja przeszłam udar bez pomocy medycznej, jest tu nas takich osób dużo więcej, a nasi kaci mają się całkiem dobrze, mimo, że ich przełożeni o tym wiedzą ). Do samego udaru to pielęgniarka naczelna przyczyniła się pośrednio – stwarzając taką atmosferę, że każdy kto zrobił mi jakieś świństwo miał u niej specjalne względy. Trzem pielęgniarkom bardzo zależało na tych względach to szczególnie mnie gnębiły. To gnębienie było prostackie, bezwzględne i bardzo wprost po chamsku. Drwiły sobie z każdej mojej prośby z każdego pytania. Wiedziały, że nie spotka ich za to kara tylko nagroda od przełożonej, a swego czasu to i od obecnej dyrektorki. Na szczęście z tych trzech pielęgniarek została już tylko jedna. Opisywałam wszystkie świństwa jakich doznawałam systematycznie i przez całe lata. To było działanie pośrednie naszej naczelnej pielęgniarki a bezpośrednie to nie udzielenie mi pomocy jak zwróciłam się do niej z typowymi objawami udaru. Byłam normalnym człowiekiem wewnątrz swojego organizmu a zewnętrznie nie mogłam niczego wyrazić – straciłam mowę i umiejętności pisania i czytania. Taka ja, to było marzenie dyrektorów naszego Domu i tej byłej i tej obecnej, dlatego właśnie zamiast wezwania pogotowia podano mi 20 gram neospazminy i wydano polecenie zaprowadzenia mnie do pokoju. Jeden z aktorów w serialu który oglądam miał taką kwestię – ” człowiek szmaci się z różnych powodów”. To bardzo pasuje do osoby którą opisuję. Ja tej osobie nie zrobiłam nic, ba nawet ją lubiłam dopóki nie otworzyła mi oczu na to jaka jest. Ona zrobiła nie jedno świństwo swoim różnym podopiecznym na prośbę byłej dyrektorki; ta z kolei z zemsty, że nie otrzymała ode mnie mojego komunalnego mieszkania a właśnie je kolekcjonowała. O związkach zależności naczelnej pielęgniarki z byłą dyrektorką również pisałam w swoim pamiętniku. Obecna dyrektorka podporządkowała się całkowicie dwóm reliktom z przeszłości : naczelnej pielęgniarek i kier. socjalnej, psując sobie opinię wśród mieszkańców i personelu. Także na żadne zmiany nie ma co liczyć. No może troszeczkę; świadczyło o tym ostatnie zebranie, które również opisałam w pamiętniku. Kochani, przecież ja skutki udaru odczuwam codziennie. W Domu Opieki nikt nie uprzedził mnie jak mam się zachowywać po udarze – chodziłam przewracając się i okaleczając na całe życie. I co, mam to wszystko ot tak wybaczyć. Mogę co najwyżej życzyć wszystkiego najgorszego.

Następna kwestia do wyjaśnienia dotyczyła zabranych krzeseł z korytarza działu medycznego. Nie będę opisywała kto, co i dlaczego, ponieważ całą sprawę wyjaśniłam z kier. administracyjnym ;notabene bardzo życzliwym swoim podopiecznym. Otóż, krzesła te zostały zakwalifikowane jako łatwopalne i dlatego należało je usunąć. Odpowiednie krzesła, spełniające wymogi BHP zostaną zakupione i postawione w miejsce poprzednich. Ma to być załatwione w ciągu miesiąca.

Trzecia sprawa dotyczy naszych panów którzy, o dziwo, przyszli do mnie ze skargą na pana NIKT, że to niby pan NIKT kompletuje zespół ludzi którzy będą w kontrze do tych którzy źle wypowiadali się o nim na ostatnim zebraniu. Kochani, nasza dyrekcja nie umie załatwiać spraw między ludzkich, między mieszkańcami a ja nie mam kompetencji do żadnych spraw. Jestem gnębiona przez Leona już od kilku miesięcy a dyrekcja nie wie co z tym fantem zrobić. To ja jak szczur chowam się po kątach unikając Leona i konfliktów z nim związanych. Tu każdy musi myśleć sam o sobie, nie ma na kogo liczyć. Po za tym nasza dyrekcja jest nie obiektywna – zawsze będzie za swoimi, a ma takich . Przypomnę kilka faktów – kiedyś jedna z opiekunek obcinała nam włosy. Ponieważ byliśmy bardzo zadowoleni to mimo iż ona nie chciała żadnych pieniędzy, dawaliśmy jej po 10 zł. , przecież to symboliczna suma. Opiekunka ta została wezwana do siostry przełożonej która udzieliła jej ostrej nagany. Natomiast osoba która zakablowała robiła pedicure i brała za to 100 zł. i mogła to robić. Ciągle słyszę jak to nie można czegoś kupować podopiecznym. Jak jeden z panów przyniósł alkohol to była afera na cały Dom a jak pokojowa robi skręty i sprzedaje je podopiecznym to nawet spodziewa się awansu. Dyrekcja widzi tylko to co chce widzieć a nie co powinna. A wracając do spraw naszych panów – Panowie! pan NIKT naprawdę już jest nikim, ludzie co grzeczniejsi mu przytakują ale każdy wie, że z nim jest tak jak z Leonem, trzeba go po prostu unikać.

Smutne wiadomości z ulicy Radiowej

Wczoraj 21 września 2019r. odwiedziłam swoją ukochaną ulicę. Jeszcze mieszkają na niej starzy mieszkańcy, tacy w moim wieku i znacznie młodsi ale dobrze znajomi. Tylko postawię nogę na tej ulicy ( ta ulica to park ) natychmiast z daleka widzę uśmiechy i serdeczne przywitania. Takiej serdeczności nie odczuwałam kiedyś a teraz to aż wierzyć się nie chce, że tyle sympatii zostało wśród nas mieszkańców ul. Radiowej do siebie na wzajem. Poszłam tam żeby przypomnieć sobie kto mieszkał pod 13 w naszym bloku. Za Chiny Ludowe nie mogłam sobie przypomnieć. Ale jak popatrzyłam w okna swoich dawnych sąsiadów od razu przypomniało mi się. Mieszkała tam czteroosobowa rodzina – mama, tata i dwóch synów. Ludzie żyjący tak cicho jakby ich w ogóle nie było. Ich młodszy syn był aktywnie działającym harcerzem. Kiedyś moja starsza córka była na obozie harcerskim którego komendantem był właśnie nasz sąsiad. Z naszej ulicy było bardzo dużo dzieciaków na tym obozie. Po powrocie z obozu słyszę, że dzieciaki kogoś nazywają – pietruszka – widelec. Okazało się, że to właśnie naszego sąsiada. Taki przydomek towarzyszył mu przez dziesięciolecia i on nawet z tym się pogodził. A to dlatego, że ucząc harcerzy jeść zwracał uwagę żeby warzywa z zupy były zjedzone. Jak jeden z podopiecznych nie mógł wyłowić pietruszkę z zupy to pan komendant poinstruował, że pietruszkę można uchwycić widelcem i tak ją zjeść. Wstyd mi, ale zapomniałam jak ów pan miał na imię czy nazwisko jednak jak powie się pietruszka – widelec, wszyscy wiedzą o kogo chodzi. I tylko tyle wspomnień zostało po tej rodzinie w moim sercu. A w mieszkaniu pod 13 obecnie mieszkają wnukowie starszego syna. Będąc na swojej starej ulicy dowiedziałam się o dwóch smutnych sprawach. Pod koniec stycznia 2019r. pisałam o swojej koleżance – Weronice ( imię zmienione ) pisałam o niej 25 stycznia a ona 24 stycznia zginęła w wypadku samochodowym razem z córką. Bardzo mi ciężko na sercu po takiej wiadomości. To bardzo boli. Ponieważ jej rodzice mieszkali pod dwójką patrząc w ich okna zobaczyłam smutny widok w oknach pod jedynką. Okna zastawione wyschniętymi kwiatami. Okazało się, że pani Kow. zmarła a jej córka po śmierci matki popadła w depresję. Jak dla mnie to zadziwiające. Jeszcze nie tak dawno rozmawiałam z córką p. Kow. i w słowach które dotyczyły matki słychać było wyłącznie irytację. Córka mogła śmiało mówić do mnie o swojej matce to co czuje ponieważ znałam ich rodzinę i wiedziałam, że to co mówi o matce jest prawdą. Tatuś był kochany w tym domu przez wszystkie dzieci, matki natomiast nigdy nie było. Małe dzieci wychował tata, mama była wiele lat w Stanach Zjednoczonych z trupą teatralną. Pisałam o tym. Po powrocie życzyła sobie żeby się nią opiekować. Pan Kow. chciał się schronić przed żoną w naszym DPSie na pobycie dziennym, niestety żona poszła za nim. Jak pan Kow. zmarł pani Kow. zamieszkała na trochę w naszym DPSie ale nikt nad nią nie skakał więc wróciła do domu. Opiekowała się nią córka, która skarżyła mi się, że egocentryzm matki ją wykańcza; a jak mama zmarła córka wpadła w rozpacz aż po depresję. Różnie zachowują się dzieci względem swoich rodziców. Kiedyś, jako pierwsi lokatorzy pod 14 w naszym bloku mieszkali twórcy naszej dzielnicy – zarówno żona jak i mąż byli architektami. Szybko przenieśli się do budynku obok gdzie połączono dwa mieszkania żeby stworzyć przestrzeń życiową tak znamienitej rodzinie, a była to rodzina czteroosobowa – mama, tata, syn i córka. Dzieci dorosły i każde z nich ułożyło sobie życie za oceanem. W dość młodym wieku zmarł pan Posiew. Została sama mama. Czas leciał. Pani Posiew. zachorowała na chorobę starczą. Jej jedyną pociechą był pies. Sąsiedzi napisali do córki, że mama wymaga całodobowej opieki. Córka przyjechała, uśpiła psa, matkę oddała do Domu Opieki jak najdalej od domu rodzinnego, mieszkanie sprzedała i ślad po niej zaginął. Ciągle myślę, że jakby pani Posiew. była w naszym Domu to zaopiekowalibyśmy się nią, było nas czworo sąsiadów z naszej ulicy. Jakoś przeżylibyśmy to życie wspólnie do końca. Ale córkę to nie interesowało.

Przypomniał mi się tekst piosenki którą śpiewała moja siostra. To stara przedwojenna piosenka, ja jej nie śpiewałam a tekst wszedł do głowy sam i od 70 lat nie wychodzi mi z tej głowy.

Życie to zwykła kolej losu
To taka zwykła kolej losu, której nie sposób odmienić już. Mijają lata dni uniesień, nadchodzi jesień i jest tuż, tuż. Maj nad polami jaśminami, czerwiec ukoił nocą parną. Lipiec i sierpień już za nami i świat ogarnął wrześniowy chłód. Przeminął urok dawnych dni, cóż powiem ci – idź swoją drogą. Zrozumieć chciej, że ani ty, ani twe łzy nic nie pomogą. Być może zechcesz słowa te ujmować źle, jak myśl złowrogą, Lecz weź po męsku sprawę całą, tak być musiało, tak chciał los. itd.

Jaka jestem ?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie zbierałam się ponad miesiąc. Najchętniej nie odpowiadałabym na nie, ale trudno jak się zobowiązałam, że będę odpowiadała na wszystkie pytania, to niestety muszę to zrobić. Jak trza to trza. Myślę jednak, że czytając mój pamiętnik można się zorientować z grubsza jaka jestem. Odpowiedź na to pytanie będzie jednocześnie odpowiedzią na pytania i komentarz trzech osób, które do mnie napisały: Pani Emmy, która pisała do mnie już ponad miesiąc temu, i Panów Kamila i Jerzego. Właśnie wpisy tych trzech osób prowokują to pytanie. Myślę, że nie chce Wam się przeczytać w całości mojego pamiętnika stąd te sugerowane pytania o mój charakter. Rozumiem, ten mój pamiętnik to objętościowo już księga. Ciekawa jestem czy te osoby umiałyby siebie określić jakie są. To jest bardzo trudne, określenie siebie i na dodatek opisanie swoich cech na forum. Tak jak każdy człowiek jestem zlepkiem zarówno cech dobrych jak i złych. Na pewno moją główną cechą dodatnią jest rzetelność, a cechą ujemną to pamiętliwość wyrządzonych mi krzywd, brak umiejętności wybaczania i zero dyplomacji. Wiem, że przebaczenie to klucz do własnej wolności; a zatem będę zawsze zniewolona. Jeśli chodzi o rzetelność to jest ona we mnie we wszystkim co robię, zarówno w podejściu do drugiego człowieka jak i do spraw które załatwiam. Oczywiście to jest rzecz subiektywna, bo to co według mnie jest zrobione dokładnie według innej osoby to robota pobieżna. Tak jest ze wszystkim i dlatego to jest takie trudne. Ale ponieważ dotrzymuję słowa i wszystko staram się wykonać skrupulatnie tak więc śmiało stwierdzam w sobie cechę rzetelności. Moją wadą jest pamiętliwość; a tak niedawno pisałam o swoim charakterze dzięki któremu szybko zapominam co złe. I o dziwo tak jest, szybko zapominam na swoją korzyść, ja mam się czuć dobrze a osoba która wyrządziła mi krzywdę to albo dla mnie nie istnieje – to wówczas kiedy chodzi o drobną krzywdę, albo będę czekała na okazję żeby się zemścić; czasem wspaniałomyślnie ale i demonstracyjnie, niby wybaczę, ale to popis z mojej strony, bo tak na prawdę nie wybaczam. Zapominam o czymś a jak przypomnę to we mnie tkwi nie wybaczone. Jest jedna osoba, której nigdy nie wybaczę i nie zapomnę bo nie da się zapomnieć czegoś tak potwornego – doprowadzenia mnie do udaru mózgu i odmówienie udzielenia pomocy. Mało tego. jeszcze ustawicznego nękania człowieka którego okaleczyło się na całe życie. Osobie tej życzę jak najgorzej. A życzenia te ślę codziennie. Z każdym moim chwiejnym krokiem – a był zawsze sprężysty , z każdym moim bólem i zawrotami głowy – głowa nie bolała mnie nigdy ponad 70 lat. Codziennie tej kobiecie życzę żeby na swojej drodze spotykała takich ludzi jakim człowiekiem jest ona sama i żeby postępowali z nią tak jak ona postępuje ze swoimi podopiecznymi. Takich jak ja ma ona na swoim koncie wielu i na pewno wielu życzy jej bardzo źle. Życie to jak zabawa bumerangiem – zawsze wraca i to dobro i to zło. Nie można być podłym człowiekiem udającym anioła, tak jak nie można iść przez życie kilkoma ścieżkami na raz.

Satysfakcja

Ta satysfakcja jest malutka i złośliwa z mojej strony, ale jest. Czekałam na nią 10 lat. Ponieważ przez te 10 lat byłam bez powodu poniżana na forum ( i nie tylko ja, kiedyś poniżany człowiek zmarł na zawał, w trakcie zebrania, na oczach wszystkich, pisałam o tym w rozdziale II części 2 mojego pamiętnika ) a osoby, które nas poniżały i zatruwały nam życie, miały satysfakcję. Teraz tę satysfakcję mam ja. Mam też nadzieję, że każda z osób, które niszczyły ludzi będzie teraz spadać w dół i już się nie podniesie, bo na to żeby się podnieść trzeba mieć cholernie dużo siły.

Otóż, w piątek było spotkanie mieszkańców z dyrekcją Domu, czyli zebranie. Pani Dyrektor razem z Panem Kierownikiem Administracyjnym ( widzicie, że stanowiska osób napisałam dużą literą ? Czyli pomalutku wraca poważanie, jeszcze bardzo ostrożnie ale już ). Na zebraniu poinformowano nas o zbliżających się trzydniowych, ćwiczeniach Straży Pożarnej w naszym Domu. To był pierwszy temat, a drugi to nadużywanie alkoholu przez osoby chore i przynoszenie tego alkoholu przez osoby chodzące. Oczywiście po oficjalnym wystąpieniu Dyrekcji musiał głos zabrać nasz główny bełkocząco – sepleniący pan NIKT. On musi się wymądrzać wszędzie gdzie się tylko da. Niestety nie dane mu było. Zaczął od regulaminu jaki obowiązywał na studiach kiedy on był studentem. Ktoś się odezwał – nas nie obchodzą twoje studia. Proszę mi nie przeszkadzać i dać dokończyć – jak zwykle ostro zareagował pan NIKT. A ja na to, swoim niestety donośnym głosem – tylko, że nikt ciebie nie chce słuchać. Pan NIKT, mimo to, zaczął nawijać o alkoholu. A więc dałam sobie upust – od ponad 20 lat wiadomo wszem i wobec, że pierwszą alkoholiczką w tym Domu jest pani NIKT, a kto jej donosi alkohol? Tylko pan, przynajmniej przez ostatni okres pobytu pana w naszym Domu. Pan NIKT, mimo to usiłuje kontynuować zmieniając wątek – zaczyna coś o naszej kuchence, takiej oddziałowej dla mieszkańców. Na to Irek, jeszcze bardziej donośnym głosem od mojego – wszyscy wiedzą, że jest kuchenka i do czego służy, przestań ględzić i usiądź. Pan NIKT tak zrobił. Wystąpienie skończyło się zanim się zaczęło. Już wtedy poczułam satysfakcję, że ludzie wreszcie zaczynają mówić to co myślą, nie siedzą bezmyślnie a dyskusję zaczynają w kuluarach. BRAWO! Zmieniając temat zechciała usłyszeć swój głos – pani NIKT i zaczęła o naszej kuchni i wyżywieniu, – że podawane są zimne zupy i że wszystko jest bez smaku. W zupie nie uświadczysz ani jednego oczka tłuszczu. Jak może smakować zimny obiad, ale skoro najpierw trzeba obsłużyć Dzienny Pobyt, to wiadomo, że będzie zimne. Na tę odzywkę pani NIKT wystąpiłam z zaprzeczeniem – jak dla mnie to wszystko jest za gorące. Przysięgam, że to nie było złośliwe. Nie mogę jeść gorących posiłków. Mariola to śmieje się ze mnie pytając – czy nie podmuchać? Rano, do zupy mlecznej proszę o dolanie trochę zimnego mleka żebym mogła przełknąć. Na tę moją kontrującą odzywkę, pani NIKT stwierdziła ozięble – ona zawsze wszystko powie inaczej ode mnie. Siedzące na końcu sali panie zaczęły wykrzykiwać bunt przeciwko wypowiedzi pani NIKT. O dziwo, Pani Dyrektor zauważyła to i ośmieliła się stwierdzić, że nie tylko ja kontruję i udzieliła głosu Pani Stasi. Stasia żarliwie wypowiedziała swój bunt przeciwko złemu zdaniu o naszej kuchni. Brzmiało to dokładnie tak, że grzeszy ten kto mówi źle o personelu kuchennym i o naszym wyżywieniu. Po Stasi głos zabrała Wanda, to ta którą do tej pory nazywałam paprochem a która tym razem mnie zadziwiła i odwagą wypowiedzi i sensem. Odwagą w tym znaczeniu, że Wanda siedzi w stołówce przy jednym stole z panią NIKT a jej wypowiedź podważała wystąpienie pani NIKT. Wanda mówiła dość długo ponieważ ma problemy z wymową. Na sali zrobiło się cichutko, zebrani w ten sposób dawali Wandzie możliwość swobodnej wypowiedzi. Jej wystąpienie sprowadzało się do tego, że o takich sprawach jak zimna zupa nie mówi się na zebraniu. Z każdą uwagą odnośnie żywienia należy się zwrócić do szefa kuchni a on wszystko załatwi jak trzeba. Zebranie podsumował Boluś, że państwa NIKT trzeba nauczyć szacunku do innych osób. Wymagania mają Bóg wie jakie a jak popiją to całe noce nie dają ludziom spać. Pan NIKT podobno biegając po korytarzu odstrasza dziki. ( Sensu brak, ale we wszystkim co robi pan NIKT jest brak sensu ). Wychodząc z sali, w przejściu musiałam minąć Panią Dyrektor, która uścisnęła mi dłoń. Ja odebrałam to jako satysfakcję z przeprowadzonego zebrania, a konkretnie z uziemienia państwa NIKT. Chyba wszyscy już mają dosyć ich wywyższania się i dyktatury. Szkoda, że musiało upłynąć aż tyle lat upokorzenia. Ale dobrze, że chociaż teraz. Można mieć satysfakcję ? Myślę, że można.