Znajomości

Odkąd zaczęłam chodzić na kurs komputerowy co jakiś czas ktoś pytał mnie – w jaki sposób dostałam się na ten kurs. Zawsze to pytanie zadawali mi pracownicy naszego DPSu. Jakby to pytanie zadane mi było raz czy dwa, to nie zwróciłabym na to uwagi, ale ponieważ powtarzało się często, odpowiadałam krótko – ma się te znajomości. Te moje znajomości to życie w moim mieście ponad 70 lat. Swoim życiem zaczęłam żyć jak wprowadziłam się do otrzymanego, komunalnego mieszkania przy ul. Radiowej, mając niespełna 22 lata , czyli 56 lat temu. To przepiękna, maleńka uliczka umiejscowiona w parku pod lasem. Nic więc dziwnego, że mieszkała tam, w większości elita miasta. Jakim cudem ja tam się znalazłam ze swoją rodziną to nie wiedziałam. W moim bloku, w mieszkaniu obok mieszkał sam burmistrz, piętro niżej prokurator wojewódzki, obok niego komendant Komendy Wojewódzkiej MO, dwoje profesorów zwyczajnych z naszej uczelni, kilkoro polityków ( w tym mój mąż ). Mieszkanie dla nas załatwiałam ja. Chodziłam od Kajfasza do Annasza i po kilku miesiącach było mieszkanko w nowo oddanym do użytku bloku. Swoją wędrówkę rozpoczęłam od samego burmistrza; później okazało się, że swojego sąsiada a jeszcze później, podstępem dowiedziałam się, że fana i wielbiciela. Codziennie dzwonił i wyznawał mi miłość, aż w końcu po kilku miesiącach podpuściłam go żeby mi się przedstawił i okazało się, że to mój sąsiad. Zmyłam mu głowę ostro; przypominając, że mam męża a on nie dość, że ma żonę to jeszcze i kochankę o której wiedzieli wszyscy sąsiedzi. Tak to jest z tymi politykami. W każdym razie telefony urwały się a pana burmistrza przestałam nawet widywać. Te znajomości oczywiście dzisiaj nic nie znaczą bo towarzystwo dawno rozpełzło się po różnych miejscach i już jest stare i nic nie znaczące tak jak i ja. Ich dzieci również nie traktuję jako bliskich znajomych, ale za to ich wnukowie to już są moi dobrzy znajomi. Wnukowie moich dawnych sąsiadów mają dzisiaj po 30 – 40 lat. A więc sam kwiat w karierze zawodowej. To są moje dzieciaki z ulicy Radiowej, o których pisałam w osobnym rozdziale – i moje znajomości. Marcina widziałam wielokrotnie w telewizji, jest znanym muzykiem a przez kilka lat nosił na szyj klucz od mojego mieszkania w którym ćwiczył grę na pianinie. Przychodził jak mnie nie było i miał pełen luz. Tomka również widuję w telewizji jest rzecznikiem jednej z prokuratur wojewódzkich; wywróżyłam mu w Andrzejki, że w tej kolejce do wróżenia woskiem jest też jego miłość. Wróżba się spełniła. W naszym mieście moje dzieciaki pracują w Urzędzie Miasta, w Urzędzie Wojewódzkim, w Urzędzie Marszałkowskim. Nigdy nie zwracałam się do nich z żadną prośbą ale jestem pewna, że jak przyszłabym do Kancelarii Adwokackiej którą prowadzą dwie koleżanki z ul. Radiowej, które uczyłam pichcić różne frykasy, jak miały po 10 lat, to na pewno przyjęły by mnie z życzliwością. Tak jak kiedyś trafiłam na SOR przyjął mnie Kamil – sam dyrektor oddziału, mój dzieciak z Radiowej. Siedział przy mnie i snuł wspomnienia o naszych wspólnych zabawach czy czytaniu na głos lektury szkolnej. Są wśród nich i dzieciaki z nie ciekawym życiorysem ale i z nimi przy spotkaniach witam się czule. Postrach połowy miasta – Wojtek, potężny, łysy kark ze złotym na nim łańcuchem, jak mnie spotkał to tulił się i płakał nad tym co było i nad tym co jest – zdradziła go żona. Czyż nie cudne są te moje znajomości.

Dziękuję !

Na niedzielę organizowałam spotkanie swojej rodziny u mnie w DPSie. Okazji ku temu nazbierało się sporo: córka obroniła pracę magisterską, teraz spokojnie może iść na emeryturę jako pani magister; córka pracując ukończyła normalne, stacjonarne studia. Wnuk obronił doktorat, wnuk jest tatą a zatem i Dzień Ojca trzeba by uczcić no i oczywiście moje imieniny. Córka chciała ten zbiór okazji uczcić u niej ale ponieważ w ich domu przyjęcia szykuje zawsze mój zięć, a jego nie było w kraju, zdecydowałam, że Go zastąpię i zorganizuję to spotkanie rodzinne; zorganizuję to za mocne słowo, powiedzmy firmowałam pracę pracowników naszego DPS. Zarówno córka jak i wnuk mieli za sobą trudny okres ( obie obrony miały miejsce w tygodniu poprzedzającym moje imieniny ) tak więc niech się zrelaksują. Wykupiłam w naszej stołówce obiady; przy niedzieli jest też ciasto – zawsze pyszne a więc już nie wiele więcej potrzeba – napoje, kawka, herbatka, szampan to już u mnie w pokoju. Wszystko wypaliło bardzo dobrze . Nasza kuchnia nie dość, że wszystko przygotowała tak, że palce lizać, to jeszcze podano ekskluzyw. Nakrycie stołu i obsługa na najwyższą ocenę. Nawet do pokoju dostałam odpowiednią zastawę. W każdym razie wszystko było na medal. Moi goście czuli się bardzo dobrze bo tak zostali ugoszczeni przez pracowników DPS. Pracownicy naszej kuchni każdego dnia zasługują na medal. Teraz w takie potworne upały nie dość, że gotują dla prawie dwustu osób to jeszcze i spełniają nasze kaprysy. DZIĘKUJĘ w imieniu swoim, moich gości i rozkapryszonych mieszkańców.

„Nie poganiaj mnie bo tracę oddech „

W naszym Domu nie tylko mnie nie należy poganiać, każdy z nas cokolwiek robi to robi to wolniej od młodych. Kilka dni temu poskarżyła mi się moja była sąsiadka, że ją poganiano przy przeprowadzce. Pani Halinka mieszkała króciutko obok mnie, ale przerażona widokiem wiecznie pijanego sąsiada z vis a vis uprosiła o zmianę pokoju. Dostała piękny pokój jakich w naszym Domu są tylko trzy; a ona zamiast się nim cieszyć ciągle przeżywa tą ponaglaną przeprowadzkę. Za każdym razem jak mnie widzi pyta czy już ktoś mieszka w opuszczonym przez nią pokoju. Jak słyszy, że jeszcze4 nikt, to natychmiast się denerwuje i pyta – to dlaczego mnie tak poganiano. To nie było żadne poganianie, dla młodych to mogło to być nawet żółwie tempo ale dla nas za szybko. Od dłuższego czasu chciałam poruszyć temat możliwości fizycznych i psychicznych ludzi starych. My możemy jeszcze wiele, w zależności od wieku, ale wolniej! Konkretnie chodzi mi o gimnastykę. Od wielu lat uwielbianą przeze mnie a teraz coraz częściej opuszczaną. Dyrekcja wprowadziła zmianę w obsadzie prowadzących ćwiczenia. Teraz gimnastykę prowadzi, na zmianę, cała trójka terapeutów. Nie chciałabym urazić żadnego z nich. Każdy z nich jest wspaniałym terapeutą, wrażliwym na nasze bolączki i specjalistą w swoim fachu ale gimnastykę ze starymi ludźmi nie każdy z nich potrafi prowadzić. Kiedyś prowadziła gimnastykę tylko Nina, od czasu do czasu Asia czy Michał. Nina to terapeutka będąca już na emeryturze ale fachowiec pod każdym względem. Ona jest tak jakby bliżej nas. Ćwiczy z nami spokojnie, po trudniejszych ćwiczeniach robi króciutką przerwę na jakiś dowcip czy ciekawostkę, Zawsze też gimnastyka jest przedłużona o tę przerwę. Po gimnastyce z nią wszyscy czujemy się wspaniale: rozciągnięci, zrelaksowani i zdrowo zmęczeni. Po gimnastyce z Asią to jest uczucie spełnionego obowiązku. Gimnastyka trwa od, do, ani minuty w tę czy w tamtą stronę. Szkoda czasu na jakieś rozmowy, to jest czas na gimnastykę. Widać, że Asia prowadzi z nami tę gimnastykę bo musi. No i zupełnie osobna sprawa to gimnastyka z Michałem. Jest on, w stosunku do nas stanowczo za młody. My się nie rozumiemy. Każde ćwiczenie z nim to jest gonitwa nie wiadomo za czym. On nawet nie wie, że nas pogania do utraty oddechu. Owszem tłumaczy nam, że każdy wykonuje ćwiczenia według swoich możliwości ale patrząc na niego, nawet nic nie robiąc, można się zasapać. To wszystko jest szybko, szybko. A ćwiczenia na refleks to już zupełnie nie dla takich jak my. Dla Pobytu Dziennego to i owszem, ale nie dla mieszkańców, a z pośród ćwiczących mieszkańców ja jestem najsprawniejsza fizycznie, a mimo to po gimnastyce na refleks mam wybite dwa palce, kiedyś miałam limo pod okiem i połamane okulary. Dorze, że to była zima to sam mistrz robił mi okłady ze śniegu. Chyba nie o to chodzi w gimnastyce dla staruchów. My nie musimy przełamywać żadnych barier psychicznych czy fizycznych; my mamy tylko rozruszać nasze stare kości i nie zapomnieć do czego służą nam kończyny. Nikt o tym nie mówi bo nie chcą sprawiać nikomu przykrości. Od tego jestem ja. Przepraszam jeśli sprawiłam przykrość.

Jestem niesprawiedliwa

13 czerwca 2019r. był w naszym DPS występ chóru pielęgniarek. Ponieważ już znałam ten zespół, wiedziałam że śpiewa dobrze, wybrałam się na ich występ. W repertuarze były pieśni St. Moniuszki których zawsze warto posłuchać. Słuchałam i wyliczałam w myślach do czego się przyczepię. Nawet nie zauważyłam kiedy zostałam wciągnięta do śpiewania. Poczułam się na swoim miejscu i przestałam się czepiać a zaczęłam się bawić. A jak na zakończenie zostałam obdarowana upominkami i od prowadzącej zespół i od naszej P. dyrektor to zrobiło mi się bardzo miło i zapomniałam, że miałam się czepiać. Tak więc to moje czepianie się pewnie byłoby po wielokroć niesprawiedliwe. A co jeszcze wpłynęło na ten mój dobry nastrój ? – spotkanie po latach. Idąc korytarzem, jeszcze przed występem, spotkałam Danka, muzyka z czasów swojej bardzo odległej młodości. Oczywiście domyśliłam się, że to on będzie akompaniował zespołowi. Przywitaliśmy się serdecznie i poleciałam we wspomnieniach do roku 1961. Byłam już żoną i mamą a mój wiecznie zazdrosny mąż zażyczył sobie, że skoro chcę śpiewać to mam to robić w klubie ” Kolejarz ” to był klub do którego mój mąż chodził na brydżyka to i ja powinnam chodzić właśnie tam. Zabierałam ze sobą córkę i w ten sposób cała rodzina dwa razy w tygodniu była w klubie . Niestety żeby śpiewać trzeba by mieć z kim. W klubie owszem był zespół muzyczny ale grali muzykę klasyczną i mieli odpowiednio dobranych solistów. Ja do tego grona pasowałam najwyżej jako słuchacz nie jako członek zespołu. Tak więc trzeba było założyć odpowiedni zespół. Ponieważ miałam swoje audycje muzyczne w naszej Rozgłośni Polskiego Radia poprosiłam spikera żeby przed zapowiedzią moich piosenek przeprowadził ze mną wywiad nakierowany na poszukiwanie chętnych do udzielania się w zespole estradowym, którego jeszcze nie ma. Na drugi dzień klub przeżył oblężenie; poprzyjeżdżali ludzie nawet z odległych miast. Musiałam się tłumaczyć, że to ma być zespół grający dla rozrywki i bez jakiegokolwiek honorarium. Byli to sami bardzo młodzi ludzie z których udało się stworzyć dość liczny zespół. Zespół już działał a podczas naszych spotkań zawsze widzieliśmy na sali chłopaka który nam się przysłuchiwał. Trwało to miesiącami. Okazało się, że to młody, niespełna 18 letni, pianista marzący o tym żeby grać w zespole dżezowym. Natychmiast taki zespół powstał bo nie tylko on miał takie marzenia. Nasz pianista wziął się za puzon a swoje miejsce przy klawiaturze ustąpił Dankowi. Zespół pięknie się rozwijał a ja poszłam swoją drogą. Po latach ,( już byłam mamą dwóch córek )dokładnie w czerwcu 1966r. , przechodząc koło klubu Domu Środowisk Twórczych dowiedziałam się, że trwa tam w tym momencie egzamin dla muzyków którzy chcą uzyskać uprawnienia zawodowe. Zaszłam z ciekawości. W dużej sali było około pięćdziesiąt osób. Wszyscy byli w jednym pomieszczeniu i egzaminatorzy i zdający egzamin i oczekujący na egzamin i kibicujący zdającym. Spojrzałam na skład komisji, pomyślałam – to nie moja bajka – już chciałam wyjść jak przewodniczący komisji podszedł do mnie i spytał – pani nie na egzamin? Zaczęłam coś bełkotać o komisji przed którą mam za wysokie progi ( w komisji jest dyrygent Orkiestry Symfonicznej, dyrektor artystyczny Orkiestry i dwoje koncert mistrzów ) . Kudy mnie do Was? A pan dyrektor na to – proszę zaryzykować. Nie jestem przygotowana, nie mam akompaniatora… Proszę sobie wybrać, chętnych na pewno nie zabraknie. Rozejrzałam się i wybrałam Danka. Ustaliliśmy szybciutko co gramy i śpiewamy i to, że na pytania muzyczne odpowiada Danek a z literatury ja. Oboje zdaliśmy i oboje byliśmy sobie wdzięczni. Mam przed sobą tak zwaną kartę weryfikacyjną wydaną w formie legitymacji przez Związek Zawodowy Pracowników Kultury i Sztuki – Sekcja Muzyków Rozrywkowych stwierdzającą, że uzyskałam uprawnienia zawodowe z prawem występów estradowych. Legitymacja opatrzona jest datą 27 VI 1966r. protokół nr. 2 legitymacja nr. 5. Danek ma wszystko to samo tylko ma legitymację nr 6.

Mieszkam w swoim mieście ponad 70 lat, lat chudych i tłustych ( bez porównania więcej tych chudych ) ale zawsze pięknie przeżytych. Takich prawych. Błędów w swoim życiu popełniłam mnóstwo ale świństwa ani jednego. Dlatego każda napotkana osoba, z różnego okresu mojego życia, łączy się z cudownymi wspomnieniami.

Kto pod kim dołki kopie…

Jak już pisałam pan NIKT uważa się za doradcę pani dyrektor i podsuwa jej coraz to lepsze pomysły. Ponieważ wie, że głównym celem szefowej jest oszczędność, wpadł na genialny pomysł żeby tych podopiecznych którzy mają małe emerytury porozsyłać po różnych tańszych domach opieki, w których są wyłącznie pokoje wieloosobowe. Nie pomyślał, że trzeba byłoby wysiedlić połowę mieszkańców i siebie i panią NIKT również. Jemu do głowy nie przyszło, że jego guru ma jedną z najniższych emerytur. Po strojach widać bogactwo tak więc myślał, że służy zamożnej pani. Ta pani, niestety, wszystko otrzymywała od dyrekcji Domu i stąd taka nienawiść do mnie, przyczyniłam się bowiem do wyschnięcia źródełka zysków. Jeśli by doszło do realizacji pomysłu pana NIKT , to pani NIKT zniszczyłaby go. Autor pomysłu nawet nie wie co musiałby przeżywać. Leżałby i kwiczał w dołku przez siebie wykopanym.

W niedzielę nie poszłam na mszę do naszej kaplicy ponieważ chciałam ją wysłuchać z radioli. Transmitowanie mszy przez radiolę to nowy i bardzo dobry pomysł, ponieważ większość naszych podopiecznych jest leżąca. Jednak żeby móc z przyjemnością wysłuchać mszy wszystko musi grać. Dlatego właśnie chciałam posłuchać – czy w odpowiedniej odległości jest ustawiony mikrofon, czy nie rezonuje. Czy głośność dla słuchających jest odpowiednia. Niestety nic z tego, transmisji nie było, dlaczego nie wiem. Pewnie naszemu kościelnemu nie przyszło do głowy, że nie wystarczy włączyć mikrofon trzeba też włączyć całą radiostację, która znajduje się w poczekalni u pielęgniarek.

Z dobrych wiadomości to powrót do pracy Agatki. Aż się boję żeby nie było tak jak z Magdą która po dwóch latach nieobecności wróciła do pracy a po miesiącu już odeszła na stałe. To były i są dwie osoby z którymi lubiłam pracować. Nic na to nie poradzę, że lubię poważne osoby nie wariatuńciów. Szczerze mówiąc to nikt tu u nas nie lubi pisków i krzyków ale nikt nie chce o tym mówić oficjalnie, nie chcą się narażać. W każdym razie spróbuję porozmawiać z p. kierownik socjalną o wznowieniu moich zajęć komputerowych. Chciałabym raz w tygodniu poćwiczyć to czego ” nauczyłam się ” na kursie. To nauczyłam się wzięłam w cudzysłów bo tak naprawdę niczego nie nauczyłam się. Za to opanowałam swojego smartfona. Ta nauka doprowadzała mnie do szału. Najdłużej nie mogłam nauczyć się odbioru przychodzących rozmów. Od każdego słyszałam – leciutko naciśnij zieloną słuchawkę. U mnie dotknięcie zielonej słuchawki rozłączało rozmowę. Kupiłam więc sobie ” długopis ” z gumką, myślałam, że może moje palce są nie takie jak u innych. Okazało się, że z odbiorem telefonu w moim smartfonie nie ma nic wspólnego zielona słuchawka, no może tyle, że od kółka które jest pomiędzy słuchawkami muszę przejechać palcem w kierunku zielonej słuchawki. Ot i cała filozofia. Wszystko inne już potrafię.

Problem Eli

Problem Eli to wydawałoby się zupełny drobiazg – nocne skurcze nóg, ale lek jaki dostała na tę dolegliwość zwalają z nóg – to Aspargin. Daje on tyle co poplucie na ranę i czekanie aż się zagoi. Poszłam z Elą do pielęgniarek i poprosiłam w jej imieniu o porządny magnez. Magnez jest bez recepty tak więc wydawało mi się, że wystarczyłby telefon do apteki która przywozi do nas leki codziennie wieczorem i po sprawie; okazało się, że apteka już nie przyjeżdża do nas codziennie i na głupi magnez trzeba poczekać dwa dni. Dwa dni dla osoby cierpiącej to bardzo długo. To dwie nie przespane noce. Druga sprawa, również dotycząca Eli, to trudności w połykaniu leków. Ela rozdrabnia tabletki, zalewa wodą i wypija. ELA, na litość boską, jesteś typowym szewcem który bez butów chodzi – 40 lat pracy w szpitalu i ty nie wiesz, że są leki w płynie lub rozpuszczalne, np. magnez jest musujący i smakuje jak oranżadka. Na to ELA – jak pracowałam w szpitalu to byłam zdrowa, nie interesowały mnie leki. Taka odpowiedź również może zwalić z nóg. Właśnie o tego typu sprawach nas podopiecznych DPSu powinien wiedzieć nasz opiekun i pomagać nam w rozjaśnieniu sprawy. Ela o wszystkim wiedziała ale nie pamięta już prawie nic. Jest 10 lat starsza ode mnie. Jeszcze dwa lata temu była całkiem kumata a teraz to tylko sprawia wrażenie kumatej. Chodziłyśmy na spacery i zaśmiewałyśmy się ze wszystkiego. Teraz Ela opowiada w kółko to samo i to nie jest do śmiechu a wręcz przeciwnie. Na spacery Ela też już prawie nie chodzi a jeśli już to jej chodzenie jest tak powolne, że to już nie dla mnie – mnie to męczy i po powrocie z takiego spaceru padam skonana. Także Ela dobrała sobie do spacerów Jadzię, Jadzia ma duże problemy z chodzeniem tak więc dwa żółwiki spacerują razem ja do nich czasem dochodzę na koniec ich spaceru. One wiedzą, że ja to oblatywacz a one to dwa żółwie. Bardzo mi szkoda tych szarych komórek Eli. Miałyśmy takie samo poczucie humoru które przez parę lat trzymało nas w ryzach psychicznych. W ten właśnie sposób odchodzą od nas osoby, jeśli nie fizycznie to uciekają psychicznie. Za takimi osobami później się tęskni, nawet jak one są.

Wszystkie nasze dzienne sprawy…

Jedna z mieszkanek przyniosła mi do przeczytania nasz aktualny Głos Seniora. Wszystko w nim po staremu z wyjątkiem jednego – wreszcie jakiś artykuł, no raczej artykulik, króciutki, chwalebny na cześć gościa który był u nas z wizytą, na cześć Biskupa naszej Diecezji. Artykuł napisany przez naszego kościelnego, czyli Pana Nikt. Jak dla mnie to była modlitwa do Jego Eminencji, ekscelencji i świętobliwości. Czytając ten artykuł odniosłam wrażenie, że autor jak padł na kolana przed Jego Świętobliwością, to nie mógł się podnieść i w takiej pozycji pisał. Moim zdaniem autor tego artykułu powinien resztę życia spędzić na klęczkach albo odciąć się od swojego Guru, czyli pani Nikt, bo to ni jak nie współgra. Przypomnę jakim człowiekiem jest osoba która kieruje całym życiem pana Nikt. Najprostszym przypomnieniem będzie zacytowanie treści esemesa który został wysłany do mnie przed laty, a którego inicjatorką była pani Nikt. Otóż, pięć pań ( Krystyna Cz. Marianna Kos. Maria Kar, Bronisława Kul. i Janina Mar.) przy mocno zakrapianym Sylwestrze, ( owe panie zakrapiały sobie każdy dzień, nie tylko Sylwestra ) postanowiło wyładować swoją nienawiść do mnie wysyłając właśnie owego esemesa z życzeniami: – ” żebyś dostała wylewu, żebyś przestała mówić i chodzić, to my się tobą zajmiemy . Popamiętasz nas i zdechniesz pod naszą opieką a my zatańczymy na twoim grobie”. Oczywiście jak panie wytrzeźwiały to zniszczyły komórkę z której wysłały tego esemesa, nie przyszło im do głowy, że to nie wystarczy, że wszystkie dane pozostały w mojej komórce. Treść esemesa dobitnie świadczy o charakterach owych pań dla których pani Nikt była ich guru. Żebym dostała tę przesyłkę teraz, kiedy opisuję ich niechlubną działalność na swoim blogu, to mogłabym to jakoś zrozumieć, ale wówczas nie usłyszały ode mnie ani jednego przykrego słowa, nie okazałam im żadnego niegrzecznego gestu. Razem pracowałyśmy tworząc programy artystyczne, aż tu nagle bum… przyszedł rozkaz z góry i panie zwarte i gotowe do działań. Balon, którym były owinięte wszystkie przebrzydłe cechy charakteru owych pań, pękł i obornik się wylał. Przykro mi, że żadna z pań nie zatańczy na moim grobie – trzy już pożegnały ten padół łez, dwie ledwie powłóczą nagami. Treść tego esemesa prawie się spełniła – miałam wprawdzie udar nie wylew, ale i nie mówiłam i nie chodziłam. I stał się cud, prawie wszystko wróciło do normy mimo utrudnień celowych ze strony dyrekcji DPS. chociaż w dalszą drogę zawsze muszę się wspomóc chodzikiem ale już go nawet polubiłam. Dyrekcja naszego Domu znała dobrze treść tego przebrzydłego esemesa i nie zrobiła z tym nic a wręcz odwrotnie jest nadal uniżona względem pani Nikt. Ja wstydziłabym się takiej znajomości. Wyobraźcie sobie, że Agnieszka – socjalna sugerowała mi przyjaźń z panią i panem Nikt. Coś obrzydliwego.

Wreszcie koniec edukacji.

Wreszcie ukończyłam kurs komputerowy. Na ostatnie zajęcia chodziłam wbrew swojej woli, no ale jak się coś zaczęło to należy skończyć. Podsumowując, to w głowie zostało tylko to, że coś można zrobić ale czy potrafię to zrobić to wątpię. Bardzo się dziwię naszej Oli – prowadzącej szkolenie, że dawała radę – w grupie ośmiu osób każda z osób o innym stopniu zaawansowania, od 0 do 10 punktów wiedzy o komputerze. Każda z osób chciała się dowiedzieć czegoś innego. Osoby potrafiące wszystko angażowały się w pomoc innym i przez to wprowadzały chaos, którego Ola nie była w stanie czasem opanować, a podobno byłyśmy najspokojniejszą grupą żądną wiedzy. A zatem rekrutacja do poszczególnych grup była bez pomyślunku. Kursy rozpoczęło około 15 grup i w każdej ten sam problem – ogromne zróżnicowanie; a to takie proste – podzielić grupy pod względem umiejętności, przecież w ankietach wpisywaliśmy informację o poziomie swojej wiedzy; wszystkim byłoby łatwiej i prowadzącym i uczącym się. Jednak co by nie mówić to była to grupa wspaniałych ludzi zawsze życzliwych i uśmiechniętych. Edukacja zakończona jednak my zgodnie z umową którą podpisaliśmy, będziemy spotykać się raz w miesiącu przez najbliższe trzy miesiące. Na pewno będą to miłe spotkania zwłaszcza, że już zaplanowałyśmy eksponowanie swoich zdolności wokalnych. Pisałam już, że chyba warunkiem przyjęcia do naszej grupy były te właśnie zdolności bo wszystkie byłyśmy śpiewające – i to Jak!

Zanikanie szarych komórek

Od poniedziałku tak jak obiecałam zajęłam się sprawą Krysi. Okazało się, że Krysia ma pracownika pierwszego kontaktu, jest nim Pani Ela – pracownik socjalny. Ela jest bardzo fajnym człowiekiem, tak więc wystarczyło tylko zachęcić Krysię do częstszych rozmów ze swoim opiekunem. Podobno w sprawie pieniędzy Krysia zwracała się wielokrotnie z mnóstwem pytań ale o szczegółach odpowiedzi zapominała. Według opiekunki, Krysia chowa pieniądze w różnych miejscach a później nie może ich znaleźć i twierdzi stanowczo, że nie dostała. Pytałam ją – a skąd masz kawę, słodycze, za darmo ci ktoś daje, Krysia nie wie co odpowiedzieć. W zawrotnym tempie zanikają u Krysi szare komórki. Ten problem zaniku pamięci to jest przekleństwo naszego Domu, właśnie to tempo zanikania. Ludzie przychodzą w miarę normalni, bardzo szybko błądzą nie wiedząc o co chodzi i raptem słyszysz, że już nie chodzą, są osobami leżącymi. Każdy z nas coś zapomina w danym momencie ale zapomnieć, że w sprawie swoich pieniędzy byłaś już w księgowości dziesięć razy jest przerażające. Na nas starych trzeba uważać tak samo jak na dzieci bo nie wiadomo kiedy możemy sobie naputać biedy. Jestem osobą jeszcze myślącą i to muszę uważać na każdym kroku. Oto przykład : sama wykupuję leki. W aptece farmaceutka się pomyliła i wydała mi lek niby o takiej samej nazwie ( i tu i tu HEXAL tylko, że jeden na arytmię a drugi na cholesterol. Na cholesterol zdwoiłabym dawkę, ponieważ już przyjmuję a na arytmię nie miałabym leku. Zauważyłam to dopiero w domu. Ja to zauważyłam a 80% naszych mieszkańców nie. Niestety u nas często dochodzi do pomyłek, bo w naszym labiryncie można dostać zawrotu głowy.

Staram się jak mogę ćwiczyć swoją pamięć – urządzam sobie zgadywanki Jaka to melodia słuchając radia i widzę, że coraz częściej jest – no mam na końcu języka, wiem na pewno, a powiem dopiero za godzinę. Dlatego chodzę na kurs komputerowy i nie rezygnuję z żadnych ćwiczeń umysłowych. Któregoś dnia oglądałam w telewizji na TVP Kultura film pt . ” Jeszcze nie wieczór” z przecudowną obsadą, film o problemach ludzi w podeszłym wieku; jak oni walczą o to żeby coś robić a ich motto życiowe to nie rezygnować z niczego. Zapamiętałam kwestię Jana Nowickiego która brzmi tak: ” powolna rezygnacja to stara śpiewka co nam do uszu płynie i płynie, godzina po godzinie „. Przeniosłam wartości tego filmu na grunt naszego DPSu i z bólem serca stwierdziłam, że odsuwanie mnie od wszelkiej działalności było działaniem z premedytacją służące zanikaniu komórek tych jeszcze szarych. Nie udało się, mnie to cieszy a dyrekcję boli, tyle trudu poszło na marne. Udar niszczy mózg, i jest nie porównywalnie gorzej ale z tym można żyć.

W poniedziałek znów muszę iść do księgowości w sprawie trzynastej emerytury pani Marianny. Przyszła do mnie z płaczem żebym pomogła wyjaśnić . Przyszła w dość licznym towarzystwie któremu tłumaczyłam – czy nie lepiej byłoby od razu do księgowości a nie do mnie, do nie potrzebnego pośrednika. Towarzystwo się uparło, że ja to zrobię lepiej a więc zrobię tak jak sobie życzą.

Kamień wzgardzony …

…stał się fundamentem. Te słowa to motto dzisiejszej ewangelii pasujące do naszych spraw codziennych.Jak zwykle trochę się zebrało tych naszych spraw codziennych. W sobotę wybrałam się dwa piętra wyżej żeby zobaczyć kto ma dyżur w portierni, a nóż ktoś młody zdolny to poćwiczę na smartfonie pod okiem tychże. Utknęłam na korytarzu jak zobaczyłam zapłakaną Krysię. Już kiedyś pisałam o Krysi jak została pobita przez jedną z Halinek i to w swoim pokoju, a za karę – tak to odebrała Krysia – została przeniesiona do innego pokoju. Na domiar złego do pokoju w którym mieszkała owa Halinka. To był kompletny bezsens, ta zamiana pokoi, ale dyrekcja uważała, że postąpiła nader mądrze, Krysia natomiast poczuła się upokorzona i to upokorzenie czuje do dziś. Nie dość, że ją pobito to jeszcze ją upodlono a agresora wywyższono. Według Krysi pokój w którym mieszkała był bez porównania lepszy, a zatem została ukarana za czyjeś złe zachowanie. Nikt nie pytał ją o zdanie i to właśnie jest wzgarda. Krysi marzeniem jest wyprowadzka z naszego Domu nawet pod most. Moje tłumaczenia, że źle kombinuje długo nie docierały do Krysi. W końcu, po godzinie usłyszałam – jak dobrze, że ciebie spotkałam. Obiecałam Krysi, że załatwimy dla niej pracownika pierwszego kontaktu który będzie się nią interesował i pomagał we wszystkim, że w poniedziałek pójdę z nią do księgowości żeby Kasia wytłumaczyła jej co dzieje się z emeryturą. Krysia twierdzi, że nie dostaje ani grosza. Tak, że sprawą Krysi zajmiemy się w poniedziałek. Przeprowadzka Krysi miała miejsce już dwa lata temu a teraz podczas naszej rozmowy dołączyła do nas Jadzia – co oni z tymi przeprowadzkami – spytała, teraz biorą się za mnie i wyraźnie dają do zrozumienia, że nie podoba im się brak mojej zgody. Ja nie będę taka jak ty Krysiu i nie pozwolę sobie w kaszę dmuchać. Kiedyś tak wzgardzono Panią Tamarą i jej przymusową przeprowadzką, to upokorzenie Tamara odczuwa do dziś. Ja wszelkie upokorzenia odbierałam przez 10 lat, tak więc proszę się nie dziwić, że o nich nie zapominam.

W niedzielę, po mszy zaczepiła mnie Józia i przedstawiła sprawę która ją oburzyła. Józia, od czasu do czasu zagląda do Marii Kar. która jest opuszczona przez wszystkich a kiedyś to był fundament na którym opierały się wszystkie najgorsze świństwa kierowane pod moim i nie tylko adresem. Obie panie przez lata śpiewały razem w chórze i teraz Józia czuje się w obowiązku zaopiekowania się nią. Opowiada mi często o Marii, ja te opowiadania kategorycznie przerywam twierdząc, że Maria ma to na co zasłużyła. Była wieloletnim podnóżkiem pani NIKT ( tak jak teraz jest nim pan NIKT ) niech więc ona zajmuje się nią. Józia opowiada dalej – zaczepiłam księdza i pytam – czy zagląda czasem do Marii Kar.- no nie odpowiada ksiądz. A nie powinien ksiądz czasem do niej zajrzeć, pyta Józia. Chyba powinienem, odparł ksiądz. Sprawa byłaby zakończona gdyby nie aroganckie wtrącenie się pana NIKT, który popierany latami przez dyrekcję ma przewrócone w głowie i lubi wszystkich pouczać. Pan NIKT w ostrym tonie zwrócił się do Józi- proszę nie mówić księdzu co ma robić. A Józia na to – jesteś też doradcą księdza, bo moim zdaniem tylko kościelnym. Wywiązała się nie przyjemna dyskusja. To są skutki wywyższania jednych przed drugimi. Pan NIKT ma kompletnie przewrócone w głowie i nie zważa na to co czyni.

A teraz z innej beczki; w sobotę były rozdawane kwiatki na balkony i do ogródków, skorzystałam z tego i ja. Mam nawet obiecaną ziemię do ogródka, tak więc we wtorek będę pracowała przy sadzeniu kwiatów.

Dowiedziałam się, że znacznie powiększyło się grono czytelników mojego pamiętnika i na dodatek są to nowi pracownicy naszego DPSu – dziękuję, jest mi bardzo miło. Wniosek z tego, że ” starzy ” pracownicy informują tych nowych o tym co warto wiedzieć.