Styczeń – trochę dobrze, trochę źle.

Jeszcze w grudniu, naszego lekarza zaniepokoił  mój stan zdrowia, a konkretnie serca.  Poszłam tylko po receptę.  Byłam zdziwiona tym zainteresowaniem się mną, na ogół naszemu lekarzowi jesteśmy obojętni. Istotnie, czułam się taka jakby zamazana od wewnątrz.  Już 7 stycznia byłam u kardiologa. Na wizytę czekałam niespełna miesiąc; jak na specjalistę i to najwyższej klasy, to wprost nieprawdopodobne. Po przeprowadzeniu wszelkich niezbędnych badań, Pani Doktor stwierdziła ciągłą arytmię. Rok temu miałam incydenty arytmiczne  a teraz  ciągłość.                                                              Zaczęłam rozmyślać  ( jak na nowy rok przystało) –  jak to człowiek, w pewnym okresie swojego życia, zaczyna się starzeć. W naszych pokojach mamy szafki pod sufitem; jak wprowadziłam się  9 lat temu, to żeby sięgnąć do takiej szafki wówczas  wystarczył taboret. Po trzech latach potrzebowałam już stabilnego krzesła, a więc oparcia jako podpórki. Za następne trzy lata już bałam się wchodzenia na krzesło, kupiłam sobie drabinę składaną. Boże, jak przypomnę jak ją niosłam z drugiego końca miasta bez żadnych problemów… a teraz już boję się i drabiny.

6 stycznia była u nas Kolęda. Dziwna to była Kolęda – nadzwyczaj sympatyczna. Ksiądz był do mnie niebywale miły. Od tej Kolędy już nie będę pamiętała tego co było złe  zwłaszcza, że stół poza świecami, dekorowała piękna różyczka którą otrzymałam od jednej z terapeutek.

Obiecuję, że nie będę pamiętała tego co złe ale złego wyboru apteki dla naszego Domu zapomnieć nie można, zwłaszcza, że korzysta z tej apteki ponad setka ludzi niemal, że codziennie.  Od miesiąca sierpnia  z naszej apteki korzystałam wyłącznie pobierając leki bezpłatne.  Całkiem bezpłatne to one były tylko przez dwa miesiące – sierpień i wrzesień. W październiku  i w listopadzie zaczęłam do tych leków dopłacać po 5 zł. z groszami. Może coś się zmieniło – pomyślałam; ale jak w grudniu pobierałam te leki w innej aptece to nie dopłaciłam nic.  W pierwszej chwili chciałam na ten temat porozmawiać z Panią Dyrektor, doszłam jednak do wniosku, że nie ma sensu, przecież  jak dotąd nie załatwiła nic. Np. nasz sklepik nadal jest obwieszony używanymi ciuchami przy których są owoce i ciasto na wagę.

W styczniu, u nas w DPS miał miejsce występ chóru  młodzieży szkolnej, która śpiewała czyściutko, równiutko i dźwięcznie. Wprawdzie były to kolędy ale oryginalnie opracowane muzycznie. Ponieważ zdaję sobie sprawę jak trudno jest dwudziestoosobowemu zespołowi zaśpiewać a kapella, właśnie czyściutko i równiutko, tym bardziej jestem pełna podziwu.

A ja, żeby się nie nudzić, kupiłam sobie głośniki do komputera i teraz mogę słuchać dowolnie muzyki z każdej półki, od klasyki po rozrywkową różnych gatunków. Słuchać i nie tylko, wszak jest karnawał.

Święta, święta i już po…

Święta lubią dzieci i młodzi ludzie, starzy lubią święty spokój. Każdy starszy osobnik jest skrępowany faktem, że zawsze potrzebuje jakiejś pomocy, że najlepiej się czuje w swoim pokoju i w swoi łóżku.  Miło jest się spotkać z rodziną ale na krótko.                                                                                              Wigilię obchodziłam dwa razy – raz o godz. 13 w DPS i drugi raz o godz. 17 u córki. Na noc wracałam do siebie. W pierwszy dzień pojechałam na cmentarz, w sumie chyba poszłam bo mój chodzik jechał przede mną, a z cmentarza autobusem pojechałam  do córki. Na cmentarzu było dużo ludzi i kwitł na całego handel przed cmentarzem. Wieczorem znów wróciłam do siebie. W drugi dzień byłam u koleżanki. Dzień po Świętach padłam ze stanem podgorączkowym na cztery dni.  Córka zaopatrzyła mnie w leki a personel dbał żebym miała wszystko inne.  W brew temu co mówi o mnie dyrekcja odwiedzało  mnie dość dużo osób a dwie osoby dały mi się we znaki szczególnie. Te osoby to ci którym zabrakło alkoholu. Chodziły one po wszystkich pokojach, trafiły i do mnie.  Po kilku kurtuazyjnych zdaniach słyszę – Danusia daj kilonka bo umieram. Wiedzą, że mam, bo na ogół  mam.  Ten kto nie pije ten  ma.    W swoich prośbach poniżały się, traciły  godność. Na pierwszą prośbę reagowałam po ludzku – wlałam porządnego kielicha i przeprosiłam, że niestety ja nie będę piła. Zdziwiło mnie to, że ani jednej ani drugiej pani nie przeszkadzał fakt, że nie będę  z nimi piła To był wyraźny sygnał. Miałam problemy  z pozbyciem się tych pań. Stawałam się bardzo nie grzeczna. Ja ich wypychałam ze swojego pokoju. Ostatnio skorzystałam z okazji, że w moim pokoju była pracownica, a spragniona pani nie mogła się doczekać kiedy jej dam kielicha,  ale tak żeby nikt nie widział,  a ja całkiem śmiało i głośno oznajmiłam, że nie mam zamiaru zaspakajać waszych problemów i to za własne pieniądze i podsumowałam delikwentkę – byłaś przedwczoraj, wczoraj i jesteś dzisiaj; proszę bardzo resztę likieru  zabieraj, zapłać mi za całą butelkę i nie pokazuj mi się na oczy, bo za każdym razem będę wzywa personel żeby ciebie wyprowadzili ode mnie. Pani która była u mnie jako ostatnia sprawiała wrażenie całkiem przyzwoitej kobiety a tu taka dysfunkcja. I weź tu człowieku dobierz sobie towarzystwo.  Ta pani przyszła do mnie jeszcze następnego dnia żeby mnie przeprosić ale jak zaczęła opowiadać jak to ona wypiła z gwinta cały alkohol na korytarzu, bo w pokojach  było sprzątanie, to mnie aż zemdliło. Pani widząc moją minę mówi – Danusia, ale ten twój alkohol był jakiś słaby, żeby się dopić poszłam na stację benzynową po piwo. Co ty za alkohol pijesz?   To nawet nie zauważyłaś, że to był likier, bardzo lubię delikatne, słodkie alkohole i to w bardzo wyjątkowych sytuacjach np dla umilenia czegoś co jest już miłe. Obie miłośniczki mocnych trunków spuszczają wzrok jak mnie widzą. No i dobrze, bo za takie towarzystwo to ja dziękuję. Najbardziej odpowiada mi bycie sam na sam ze sobą. Zawsze mam co robić. Teraz np. opętało mnie śpiewanie w języku rosyjskim. Ten język w piosence jest cudny.  Aktualnie uczę się tekstu piosenki pt. milion purpurowych róż.                       I  zauważyłam, że to nie piosenka  zachwyca a  aranżacja muzyczna jest przecudna.

Abra – kadabra i niewidzialna ręka.

Któregoś dnia będąc na sali gimnastycznej powiedziałam co mi się przydarzyło dziwnego dzisiejszego poranka,  coś  takiego niby nic a jednak. Otóż z lampki nocnej spadł klosz a z nim połowa żarówki. Żarówka była zadziwiająco równiutko przecięta na pól, żadnego odprysku ani w  części która spadła na podłogę ani w tej która została w lampce.  Była godzina 5 rano, nikt nie chodził, było cichutko. Żeby zapalić lampkę korzystam z włącznika który jest przy łóżku. Żeby to się stało równolegle przy zapalaniu to jeszcze bym jakoś sobie wytłumaczyła, ale to się stało godzinę po zapaleniu.                                                                                                                        Na tą moją ” rewelację” panie zaczęły opowiadać o swoich.    Były bardziej dziwne. Jadzia M. z zaskoczeniem patrzyła jak w jej kloszu pod sufitem odkręca się żarówka i spada na podłogę. Żarówka zostaje cała i o dziwo dobra. Przyszedł elektryk i  wkręcił ją  z powrotem tak jak poprzednio.                                             Na to Ela – słuchajcie co u mnie. Leżę sobie na łóżku nagle słyszę potworny huk i brzdęk rozbijającego się szkła. Wchodzę do przedpokoju a tam na podłodze rozbite w drobny mak lustro łazienkowe. To lustro nie spadało pionowo tylko przeleciało odległość 2 metrów i chyba zatrzymały to lustro drzwi, które były przymknięte i otworzyły się szeroko pod  uderzeniem w nie lustra.  W łazience ani jednego szkiełka, wszystko rozbiło się w przedpokoju.                                                                                                            Na te rewelacje odzywa się Jadzia J. U mnie  ni z tego ni z owego z szafki spadł telewizor. Stał tam sobie spokojnie kilka lat. Nikt go nie dotykał. Ja siedziałam na wózku i oglądałam wiadomości, a tu takie bum !!! Wystraszyłam się nie na żarty.                                           Na to Krysia K.  z sarkazmem w głosie – u   mnie przez rok pomalutku, ginęły  ubrania z szafy. Mówiłam o tym i przełożonej    i socjalnej i opiekunce i pokojowej, wszystkie były bezradne. No jak mam udowodnić, że mówię prawdę. Jako dowód zaczęłam argumentować, że widać to już po mojej szafie, rok temu  nie można było włożyć ręki  tak była zapchana ciuchami a teraz prawie pusta. Odebrano to jako argument i po miesiącu miałam  upchaną szafę  tyle tylko, że nie moimi ciuchami. I słuchajcie te ciuchy zabierała i przynosiła nie widzialna ręka.                                     U nas wszystko dzieje się tak jakoś nie widzialnie.  Bez żadnych ogłoszeń ludzie zbierają się na zajęciach  czy spotkaniach, nikt nic nie wie a tu ciach i są.  Są spotkania wyjazdowe i na miejscu, na których bywa tylko 4 czy 5 osób ale wykazane jest w raporcie, że impreza się odbyła. W podpisie – nie widzialna ręka. Takie to czary mary, hokus pokus.

Zajęcia z których usiłuję korzystać

Od połowy listopada nasza kadra kierownicza jest w pracy i w sobotę i w niedzielę. Jest w te dni jakaś taka uniżona, zupełnie jak nie nasza kadra. Którejś niedzieli zobaczyły mnie w kaplicy stojącą natychmiast podstawiły mi fotel.  A ja jak ten głupol, od razu pomyślałam, że pewnie już takie będą, grzeczne i usłużne.     Oj naiwna , naiwna, one pokazywały wolontariuszom których było w tych dniach   u nas dość dużo, jak należy się zachowywać. Czyli, że wiedzą jak trzeba tylko z trudem im to przychodzi, zwłaszcza do osób takich jak ja. Ale dobre i to, że pokazują młodym jak należy się zachowywać wobec starszych.                                            Odnośnie mojej osoby to ta grzeczność nie trwała zbyt długo, szybko pokazały, że wszystko zależy od nich i właśnie miały ochotę dać mi prztyczka  w nos  i dały.                                                       W jednym z pism urzędowych w których wypowiadały się na mój temat napisały, ze ja nie korzystam z żadnych zajęć po za gimnastyką i zajęciami komputerowymi.  Fakt, ze względu na gimnastykę w ogóle zainteresowałam się tym DPSem. Opisałam to bardzo dokładnie na początku mojego pamiętnika.                                                                                  Zupełnie inaczej wygląda sprawa z zajęciami komputerowymi.  Tu  systematycznie  dostaję prztyczka w nos. Widząc mój zapał, dyrekcja robi wszystko żeby tych zajęć nie było, chociaż udają, że one są i to wyłącznie dla mnie.                       Komputer poznałam dopiero jako prababcia mieszkająca właśnie w tym naszym DPS. Początki moje z komputerem również opisałam w pamiętniku dokładnie.  Sytuacja zmieniła się wraz ze zmianą dyrektora. Jak już pisałam ta” młoda zdolna”pozbywała mnie wszystkiego, pomalutku a sukcesywnie. W końcu po to ukończyła socjologię, żeby wiedzieć jak postępować z ludźmi, w tym wypadku jak wykańczać  człowieka z uśmiechem na twarzy. Wie dobrze, że człowieka przy życiu trzyma praca. Człowiek który nic nie robi przestaje być człowiekiem. Pani dyrektor rządzi u nas prawie sześć lat. W tym czasie jak przyszła zajęcia komputerowe ze mną prowadziła Natalka.  Ponieważ wysiudano mnie z prowadzenia radia , a ktoś prowadzić je musiał, przydział dostała właśnie Natalka. Przez rok nie miałam zajęć komputerowych, jak zaczęłam się upominać to przydzielono mi Magdę. Magda dość szybko odeszła z pracy.  Długo nie miałam zajęć, znów  upomniałam się o nie, króciutko miał je ze mną Dawid, który przestał być terapeutą a został opiekunem. Znów długo nie miałam zajęć aż się o nie upomniałam. Na te zajęcia przydział dostała Agatka, niestety nie ma jej już dawno. Chwilę poprowadziła zajęcia ze mną  Ania, ale  tylko chwilę.  Już prawie rok jak nie mam zajęć. Poprosiłam  Natalką żeby ustaliła ze swoją szefową chociaż jedną godzinę zajęć raz w miesiącu.  Zważcie – jedną godzinę w miesiącu. Natalka przyszła z informacją, że od teraz każdy pierwszy wtorek miesiąca, o godzinie 14 będę miała zajęcia komputerowe w bibliotece. Jeśli by się coś zmieniło to odpowiednio wcześnie ustalimy zmiany  i inny dzień. I co?  I lipa zajęć nie ma. Właśnie w pierwszy wtorek miesiąca grudnia  Natalka dostała wolny dzień od pracy i nikomu nie przyszło do głowy żeby mnie o tym poinformować, albo po fakcie przeprosić i zgodnie z umową ustalić inny termin. Pierwszy wtorek stycznia wypada w Nowy Rok. To są te tak zwane prztyczki w mój nos.  Tak właśnie wyglądają moje zajęcia komputerowe  o których dyrekcja informuje, że je mam.                  Jak myślicie mam je czy nie?   Biedulki jeszcze się nie domyśliły, że ja to cholernie twardy orzech do zgryzienia i dzięki takim zachowaniom  mam o czym pisać.   CAŁUJ Ę !

Ku pamięci

Pani Wiesia,  to ona była tą iskrą która spowodowała wybuch złości u naszego księdza. Zaczynam podejrzewać, że złość była spowodowana  nie tylko kazaniem dla młodzieży w Kościele Parafialnym ale i faktem, że w ostatniej drodze nie towarzyszył jej nasz ksiądz tylko ktoś zupełnie inny.  Nic więc dziwnego, że po reprymendzie nie zaprosił  nas do modlitwy za zmarłą koleżankę.                                                                                                                    Myśli  o  życiu Wiesi  nie dają mi spokoju.             Do wysłuchania  jej życiorysu nakłoniły mnie kiedyś  dwie sprawy – rozmowa z jej córką sprzed  ośmiu laty i odpowiedź Wiesi  na pytanie –  kiedy się urodziła?                                                                  Kiedyś córka pani Wiesi  dłuższą chwilę czekała na matkę u mnie. Wyczułam oschłość w wypowiedziach o matce i bracie. Zaczęłam drążyć temat i okazało się, że ona jako dziecko została oddana do Domu Dziecka a brat nie. Nie bardzo wierzyłam w to co  usłyszałam,  pani Wiesia  była zawsze miła i delikatna, na pewno kochająca swoje dzieci. Postanowiłam dowiedzieć się wersji wydarzeń u źródła.                       Rozmowę z  Wiesią  zaczęłam właśnie od zapytania o datę urodzenia.  Wiesia zamiast mi odpowiedzieć podała mi swój dowód osobisty. Przeleciało przeze mnie  uczucie zawodu, że w ten sposób ona  chce zamknąć temat, okazało się, że nie, że to początek długiej, tragicznej historii. Historii której jej córka nie znała dlatego odczułam chłód w wypowiedziach o matce. Tak więc postanowiłam wszystko opisać i dać córce do przeczytania. Pierwsze wrażenie córki to był wstyd, że ma matkę analfabetkę, później jednak serce skruszało a rozum ogarnął tragizm życia matki.                                                                                                                          Ze swojego dzieciństwa z  domu rodzinnego, Wiesia  pamiętała tylko dwa wydarzenia, jak siedząc na kolanach u ojca spytała go – tato ile ja mam lat?  A tato odpowiedział  – urodziłaś się tak jakoś zimą; nie wiem trzy czy cztery lata temu.  Potem już nigdy więcej ojca nie widziała, poszedł na front.        Drugie wydarzenie  to – leżąca na podłodze matka cała w kałuży krwi i ona  tuląca się do niej też cała w jej krwi i bardzo głodna. Później, od najwcześniejszego dzieciństwa ciężka praca w obcych domach. Zawsze głodna , brudna i oberwana. Nikomu  z tych ludzi u których pracowała nie przyszło do głowy żeby czegoś  to dziecko    nauczyć. Jeśli kazali coś zrobić to miałam robić i już  bo darmozjada nie będą trzymać. Pamiętam kiedyś – mówi Wiesia – umyłam się w rzece żeby jakoś wyglądać i uciekałam od swoich chlebodawców jak dalej. Trafiłam do miasta i do rodziny w której byłam potrzebna żeby opiekować się dziećmi. Zaczęłam też poznawać ludzi. To moje,,  nie wiele ode mnie starsze koleżanki, zorientowały się, że ja nic o sobie nie wiem. Że tym imieniem ktoś mnie nazwał i tak zostało. Byłam bez nazwiska, daty urodzenia i bez adresu. Dziewczyny pracowały w kuchni internatu szkolnego i tam miały pokój. Zabrały mnie do siebie i zaprowadziły do kierownika. Opowiedziały mu wszystko o mnie. On pozwolił mi zostać i zajął się wyrabianiem dokumentów, a moim koleżankom kazał nauczyć mnie chociaż kilku liter i cyfr. Tak powstał dokument w którym nie ma ani jednego słowa prawdy.  Nie chodziłam do szkoły i nie  nadawałam się do żadnej szkoły, przecież nie umiałam nic i nie wiedziałam nawet, że trzeba się uczyć,  a jak się dowiedziałam to  wstydziłam się tego, że nic nie umiem.                                                                                                                         Dzisiaj, pani z którą byłam na spacerze, powiedziała takie zdanie    – jak komuś wiatr w oczy rano to i po obiedzie. I tak było z Wiesią.          U niej wiatr wiał w oczy rano, po obiedzie i z wieczora.                                                                                           Musiała być bardzo ładną dziewczyną bo jeszcze teraz, chociaż była po osiemdziesiątce, była ładna. Ucieszyła się jak pierwszy chłopiec który ją zobaczył od razu poprosił o rękę; na dodatek wszystko o niej wiedział – to brat jednej z koleżanek.  Szkoda tylko, że ta koleżanka powiedziała wszystko o niej  bratu, a nie powiedziała Wiesi , że to pijaczyna. Szybko dorobili się dwójki dzieci i  nawet się nie obejrzała jak została wdową. Syn miał wówczas 4 latka a córka roczek. Na szczęście  sąsiadka – staruszka, zaproponowała jej zamieszkanie u siebie razem z dziećmi, w ten sposób Wiesia dorobiła się mieszkania, nie mieszkała już na przyczepkę w rodzinie byłego męża. Do póty ta pani żyła to wspólnie jakoś dawały sobie radę, jednak jak staruszka zmarła to Wiesia musiała wziąć dodatkowe prace żeby utrzymać rodzinę. Poszła nawet rozładowywać wagony z węglem i to przepłaciła zdrowiem. Dostała bardzo ciężkiego zapalenia płuc. Nie przytomną zawieziono do powiatowego szpitala daleko od miasta w którym mieszkała. Dzieci porozwożono do różnych Domów Dziecka, oczywiście na czas choroby matki. Córka miała wówczas 5 lat i dobrze zapamiętała wielką tęsknotę za domem i żalem, że nikt ją nie odwiedza. Każde z nich umierało z tęsknoty i każde myślało, że zostało porzucone. Matka leżała w szpitalu 4 miesiące. Po wyjściu ze szpitala najpierw odebrała syna żeby razem z nim przygotować dom na przyjście córeczki. Tak więc jak córka wróciła to zapamiętała fakt, że brat i matka byli w czystym ciepłym domu a ona była w sierocińcu. Ten żal rozdarł jej serce na 50 lat. Dopiero ja 8 lat temu przyniosłam jej artykuł z naszego kwartalnika w którym opisałam życie jej mamy. Jeszcze długo nie mogła przetrawić tych informacji, dopiero dwa lata temu serce córki zmiękło.    Ostatnie 10 lat Wiesia spędziła w naszym Domu.  Za to, że utrzymywała ze mną kontakt była szykanowana przez niektórych pracowników i mieszkańców. Kierowca Kuba – syn poprzedniej dyrektorki gnębił ją a na pytanie dlaczego tak się zachowuje odpowiadał wprost – bo jest pani sąsiadką Danuty S. Zawsze jak miał ją zawieźć do lekarza specjalisty to oznajmiał, że zepsuł mu się samochód. Mieszkanka – Maria Kar. która dzisiaj już nie wie o co chodzi na tym świecie – przyszła do Wiesi i powiedziała wprost, że jeśli będzie miała ze mną jakikolwiek kontakt to nie będzie miała życia w tym Domu. Wiesia powiedziała mi  – Danusia nie przychodź do mnie  bo ja już nie mam życia. Od tej pory w jej pokoju nie byłam ale pomagałam we wszystkim w czym mogłam.  Podczas jej ostatniej  choroby w szpitalu byłam,  w pokoju nie. Nawet w końcówce jej życia jeszcze jej dokuczano.  Moje ostatnie z nią spotkanie było na pogrzebie. Oczywiście po za mną z naszej placówki nie było nikogo.

Ps. Imię bohaterki zmieniłam.

Niedziela i dzień powszedni

Niedziela  25 listopada br. Jesteśmy na Mszy w naszej kaplicy.                                                Przed mszą rozmawiałam z Elą o śmierci jednej z naszych sąsiadek. Ponieważ ksiądz podczas mszy kilka razy nawoływał żeby modlić się za zdrowie naszych leżących towarzyszy niedoli i wśród nich wymienił imię osoby która właśnie tej nocy zmarła, Ela podczas komunii poinformowała księdza o tym fakcie. Ksiądz w dość ostrym tonie odpowiedział: przecież mówiłem. Żeby na tym temat zakończył nie byłoby sprawy, ale on już przy ołtarzu zaczął zachowywać się nie współmiernie do sytuacji. Wykrzykiwał:  zawsze robicie z igły widły. Ciągle coś wam się nie podoba. Jeśli nie słyszeliście co mówiłem to powtórzę – byłem u niej i tydzień temu i dwa tygodnie temu z komunią i namaszczeniem chorych i dzisiaj już mówiłem. Zajmijcie się swoimi sprawami a nie ciągle tylko pouczaniem innych.     Wszyscy byli zaskoczeni ale nie wiedzieli o co chodzi, tylko ja i Ela wiedziałyśmy co jest grane ale żadna z nas nie spodziewała się takiej reakcji. Żebym to ja wyszła z tą informacją to nie dziwiłabym się ewentualnej reakcji,  na wszystkich ” decydentów ” działam jak płachta na byka. Temat jednak poruszyła Ela, osoba która zdmuchuje pyłek spod nóg księdza, jest jego pupilką. A więc ksiądz musiał być pod silnym napięciem i byle iskra spowodowała ten wybuch złości. Oczywiście musiałam zrobić dochodzenie – co to było? Okazało się, że dwa tygodnie temu w kościele parafialnym podczas mszy wieczornej dla młodzieży kazanie poświęcone było naszemu DPSowi. Nie było powiedziane wprost o jaki Dom opieki chodzi ale to było zupełnie oczywiste. Niestety  słów pochlebnych  nie było, a wręcz odwrotnie. Podejrzewam, że za ten stan rzeczy nasz ksiądz oberwał i od swoich pryncypałów parafialnych ( wszak o jego parafię chodziło ) i  od dyrekcji naszego Domu, że dopuścił do czegoś podobnego.                                                                                      Co by o mnie nie myśleli pracownicy naszego Domu to ja powiem krótko – bardzo się cieszę, że mój pamiętnik żyje; szkoda, że to Kościół ożywił temat nie Prezydent, który wszystko o nim wie.      Dla informacji zainteresowanych –   mam swój fanklub wśród młodzieży który po tej mszy powiększył się.

A teraz dzień powszedni.                                                                            Nareszcie rozpoczął się poważny remont łazienki u sąsiadki mieszkającej na de mną. Ostatnio to woda z sufitu ciekła ciurkiem, ale jak zobaczyłam sufity u innych to z przerażenia zaniemówiłam. U mnie, w porównaniu z innymi nie było o czym mówić.

Z bólem serca przyjęłam do wiadomości decyzję o zmienionych zasadach dotyczących gimnastyki. Do tej pory prowadziła ją Nina. Nina rozumie starych ludzi i wie, że już nie chodzi o to żeby budować mięśnie czy tracić na wadze, ale o to żeby te mięśnie i kości jako tako funkcjonowały. Teraz gimnastyka jest prowadzona na zmianę przez trójkę terapeutów, niestety jak prowadzi ją Michał to ja już nie radzę. To jest młody człowiek i sądzę, że gimnastyka ze staruchami go nudzi. Narzuca tempo trudne do pokonania nie tylko dla mnie. W każdym razie, moim zdaniem gimnastyka z nim  jest dla Dziennego Pobytu nie dla mieszkańców. Boże, jak byłam na Dziennym Pobycie  co to była za gimnastyka i ostra i efektowna no i prowadziła ją Nina, ale Nina widzi różnicę między nami a przychodzącymi do nas.

Chodzę co jakiś czas, na spacery z nowo zamieszkałą podopieczną. Wiadomo, jak jesteśmy sobie nowe to i rozmowy są interesujące. Jak dla mnie, poznawanie ludzi jest fascynujące. Nie wspomniałam jej ani jednym słowem o moich stosunkach z kadrą kierowniczą ani o swoim pamiętniku.  Boję się, że to nie interesuje ludzi. Ale owa pani powiedziała mi ciekawostkę, że pan NIKT chodzi do wszystkich kumatych nowo przyjętych i podlizując się do nich tłumaczy z kim powinni rozmawiać a z kim nie. Nie pytałam co pan NIKT mówi na mój temat bo mnie to kompletnie nie obchodzi ale to co ta pani powiedziała o nim to już mnie obchodzi ponieważ potwierdza moje spostrzeżenia.     Otóż, pan NIKT rozmowę zaczął : pani jest taka miła  i mądra i dobra: i tej pani to wystarczyło. „Skąd on kurna wie jaka ja jestem, jak on mnie pierwszy raz na oczy widzi”, i popukała się w głowę.

 

Pielęgniarki i czarne owce

Zawsze myślałam, że pielęgniarka to taki człowiek składający się cały z miłości do ludzi, że to jedna wielka empatia. W większości na pewno tak jest,  ale niestety pielęgniarki to tylko ludzie i są wśród nich wyrzutki społeczne. O naszych wyrzutkach już pisałam, jak potrafią być bezwzględne lub obojętne na innych ludzi. Pisałam też, że wśród starych pielęgniarek są trzy ze znieczulicą a nawet z nienawiścią do innych, ale że nowe pielęgniarki są wszystkie empatyczne. Niestety tak nie jest. Opiszę swój przypadek w kontakcie z pielęgniarką i to taką  świeżutko zatrudnioną a już z dystansem do nas. Po jej zachowaniu się widać, że  źle wybrała sobie zawód.                        Jest sobota 10  listopada godzina 16  Jest to czas kiedy pielęgniarki już od ponad godziny   skończyły rozdawać leki z  pory  obiadowej i mają jeszcze godzinkę do  wydawania leków wieczornych.  Ponieważ  nasilił mi się ból kręgosłupa ( cały tydzień przyjmowałam zabiegi na kręgosłup ) odczekałam na właściwą porę żeby poprosić pielęgniarkę o posmarowanie miejsca bolącego żelem przeciwbólowym.  W życiu nie spodziewałam się, że spotkam się z odmową pomocy w bólu.         Gabinet pielęgniarski był zamknięty. Pielęgniarka siedziała w pokoju  socjalnym w wygodnym fotelu, pokojowa zmieniała właśnie pościel żeby panie  mogły noc spędzić w czyściutkim łóżeczku. Na moją prośbę o pomoc pielęgniarka ani drgnęła; oschłym tonem oznajmiła, że tym zajmują się opiekunki.  Przypomniałam jej, że jest sobota, opiekunki  w takim dniu i o takiej porze mają huk roboty.  Jak  zwykle  jest  jedna opiekunka na dwa piętra, która właśnie w tej chwili przygotowuje podwieczorek, później karmi chorych, następnie sprząta po podwieczorku i szykuje się do kolacji żeby ją wydać, nakarmić kogo trzeba, posprzątać po kolacji i przygotować podopiecznych do spania. Posmarowanie mi małej części kręgosłupa zajęło by pani kilka sekund i dalej mogłaby pani odpoczywać a później rozdać tabletki i fajerant. To chyba oczywiste, że odeszłam wściekła. Mam nie pełnosprawne ręce tak więc  posmarowanie  sobie pleców  sprawiało mi trudność.  U nas wszystko spada na opiekunki, to najbardziej zapracowane osoby.  Tak, że nie dziwię się jak którejś niedzieli jedna z opiekunek huknęła na mnie za to, że jej pomogłam. Otóż, są osoby które owszem chodzą ale nigdzie nie trafią. Są przyprowadzane do stołówki ale już z powrotem do pokoju są problemy. Po prostu  w dni takie jak sobota czy niedziela, opiekunki zapominają o nich. Trzy błądzące po korytarzach panie chciałam odprowadzić do ich pokoi. Będąc już na dziale medycznym usłyszałam, zamiast dziękuję, proszę zostawić te panie i zająć się swoimi sprawami. No tylko trzepnąć na odlew. Ale ponieważ takie zachowanie się opiekunki to wyjątek, tak więc darowałam jej. Ale o zachowaniu się pielęgniarki poinformowałam siostrę przełożoną, na zasadzie – zrobi z tym coś czy nie to jej sprawa, ale wiedzieć musi. Podobno rozmowa była, Przełożona poinformowała mnie o tym i przeprosiła za  nie właściwe  zachowanie się.                                  LUDZIE, ale  taki człowiek został pracownikiem służby zdrowia i to  w DOMU OPIEKI ?

Odpowiedź na komentarz Maryi

Komentarz twój emanuje wściekłością, ja doznaję takich samych uczuć jak czytam pisma od was. Czyli, że jesteśmy kwita.  Nie rozumiem dlaczego tak Cię  boli określenie  – decydentki, tak siebie określiłyście same  w jednym z pism  – Cytuję –  Podczas pobytu w placówce zaobserwowano, że ma problemy z nawiązywaniem satysfakcjonujących ją relacji ( że niby ja ), przestrzeganiem norm społecznych, szczególnie negatywnie ocenia i posądza o nieprawidłowości  osoby DECYZYJNE , o szerokich kompetencjach ( ksiądz, lekarz, dyrektor, kierownicy działów ). Słowo to zostało użyte po raz pierwszy przez kogoś  z dyrekcji Domu i podsunięte do podpisu Prezydentowi żeby zrobiło mocniejsze wrażenie. Ja tylko użyłam innej odmiany.       Jak można szanować ludzi którzy w jednym zdaniu   określają mnie  jako osobę  nie przestrzegającą  norm społecznych i mającą problemy z nawiązywaniem kontaktów a w innym zdaniu, tego samego pisma, określić ją jako osobę komunikatywną  i aktywną społecznie.                                                                                          Nie zgodzę się z określeniem, że narzekam iż jest mi źle. Nigdy w życiu. W tym DPSie po prostu poznałam ludzi jakich nigdy przedtem nie znałam. Najpierw było to dla mnie szokujące a teraz spoko,  po prostu tacy jesteście. Wiem, że po was można się wszystkiego spodziewać ( mam na myśli wyłącznie decydentki ) i o tym właśnie piszę w SWOIM pamiętniku.  Nie podoba się to proszę nie czytać.                                                                                             Czekasz na moje niedołęstwo i wyrażasz ubolewanie, że złego diabli nie biorą. Mam nadzieję, że jak będę już niedołężna to was  w tym DPS nie będzie, zmienicie pracę czy przejdziecie na emerytury.  Różnica między nami mieszkańcami tego Domu, a jego pracownikami jest taka, że my tu już zostajemy do śmierci a wy do emerytury. Wy czujecie się jak decydentki o szerokich kompetencjach a ja ciągle wam przypominam, że jesteście po prostu naszymi opiekunami, kiepskimi ale jednak.  Pani dyrektor nie jest moim dyrektorem tylko osobą kierującą zakładem w którym są ludzie oddani pod jej opiekę i ona ma nadzorować żeby wszystko grało. Żeby łatwiej było kierować całym zespołem ludzi pani dyrektor ma do tego jeszcze kierowników działów a oni pozostały personel  a każda z wymienionych osób jest po prostu moim opiekunem i ja o tym niezmiennie przypominam – OPIEKUNEM.  To, że nie wychodzi wam ta opieka to właśnie opisuję. Złości was to moje pisanie – wiem. Jak prowadziłam radio to nie pisałam bloga. Jak pisałam artykuły do kwartalnika, to nie pisałam bloga. Jak prowadziłam raz w miesiącu, programy poetycko muzyczne, to nie pisałam bloga. A teraz nic nie robię to piszę bloga i traktuję to jak misję.

Rzecznik postanowił…

… odmówić wszczęcia postępowania wyjaśniającego.                Wszystko bym zrozumiała ale zdania – ” lekarz w trakcie udzielania pacjentce świadczeń nie naruszył  Kodeksu Etyki Zawodowej” – nie mogę pojąć. Przyszedł do mnie psychiatra, nie słuchał tylko mówił i miał gotową diagnozę a etyki nie naruszył. Rzecznik podobno dokonał czynności sprawdzających, uzyskał dokumentację medyczną ( nie musiał uzyskiwać bo ją dostarczyłam. To dwie diagnozy wystawione właśnie przez lekarza którego skarżyłam, innych nie było-  Jedna diagnoza sprzed 5 laty w której było napisane – ” wieloletnie życie w stresie i druga już ta wymyślona teraz ) Ciąg dalszy pisma rzecznika –  i w historii choroby pacjentki było rozpoznanie  – ” uporczywe zaburzenia urojeniowe „.  I koniec , nic nikogo nie obchodzi. Pan doktor miał podważyć mojego bloga, zrobił to i on jest w porządku.  No przecież moralności pana doktora nie podam do sądu.  Zresztą jak można postawić przed Sądem coś czego nie ma. Sądziłam jednak, że etyka = moralność. Okazuje się, że nie, że niektórzy lekarze mają swoją i etykę i moralność.   On miał prawo i już.  Może to nie brak moralności tylko nie douczenie?  Tak czy siak ani tego ani tego przed Sądem postawić nie można.                                                                                                                Mam przed sobą  dane z akt sprawy  sądowej innego naszego mieszkańca – pana Witka. Rozpoznanie takie samo  jak u mnie – organiczne zaburzenia urojeniowe. Jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek zakwestionował postępowanie naszych decydentek natychmiast pan doktor psychiatra szufladkuje go  – uporczywe urojenia. Przecież te nasze rządzące  są takie wspaniałe, czego ci podopieczni od nich chcą.  Mam nadzieję, że kiedyś życie dobierze się i do naszych decydentek i do naszego pożal się Boże doktorka.                                                                                                                 Jak pan doktor pisał o mnie to sprawa dotyczyła wyłącznie mojego bloga, natomiast w diagnozie u  Witka są to skargi   pisane przez niego   do pani dyrektor i uwagi personelu odnośnie zachowania się Witka.  Jak dla mnie to dyrekcja i lekarz psychiatra wystawili sobie brzydką opinię i to ich należałoby podleczyć, czego dowodem są właśnie zarzuty stawiane Witkowi, pisane do Sądu jako dowód koniecznego leczenia szpitalnego.  Podstawowy zarzut naszego doktorka został przez Sąd odrzucony –  pacjent demonstruje objawy choroby psychicznej. Biegli psychiatrzy zarzutu nie potwierdzili.                                                                                                                A oto co pisał w swoich skargach Witek i co ma świadczyć o jego chorobie                                                                                                                                  – zarzuca pani dyrektor, że kłamstwa to jej chleb powszedni – To potwierdzi 80% podopiecznych. Mój pamiętnik też o tym mówi.                                                                                                                    Skargi na pielęgniarki o niewłaściwym podawaniu leków, o wchodzeniu do pokoju kiedy on sobie tego nie życzy, o zamiennikach lekowych których on sobie nie życzy, o brakach zawodowych pielęgniarek.  To również potwierdzą inni mieszkańcy. Ja osobiście miałam wiele incydentów nie właściwego zachowania się pielęgniarek. Jeden z nich opiszę na dalszych stronach.                                                                                                       O alkoholizmie pana Witka, który według decydentek należy leczyć, mają świadczyć dwa incydenty rzekomego upojenia alkoholowego. Jeden miał mieć miejsce 6 lipca 2016r. a drugi dwa lata później – 5 lipca 2018r. Jak załatwiają te rzekome upojenia to opisałam w poprzednim rozdziale.                                     Jest groźnie brzmiąca notatka służbowa, która mogłaby świadczyć o zaburzeniach psychicznych gdyby nie była prawdziwa. Pacjent zgłosił, że w nocy po jego twarzy chodziły wszy. Personel stwierdził, że to były muszki owocówki ( trochę nie bardzo pasują owocówki do ostrej zimy, fakt miał miejsce u Witka w styczniu a u mnie dwa tygodnie wcześniej). To robactwo oblazło cały DPS i każdy nazywał je inaczej. Ja je nazwałam mucho mrówkami, bo to i pełzało i fruwało.  Opisywałam ten incydent w grudniu 2016r. Miałam dezatyrację przed samym Bożym Narodzeniem. Była wymiana rur kanalizacyjnych i robactwo obległo cały prawie dom. U jednych było wcześniej u innych później. U mnie wcześniej ponieważ pod moimi drzwiami był rozkopany korytarz.                                                                                   Brud  w pokoju podopiecznego ma świadczyć o chorobie psychicznej. U podopiecznego  z niedowładem całej lewej strony  i częścią prawej, to według pracowników DPS ma świadczyć o podopiecznym a nie o pracownikach. I kto nie byłby w takiej sytuacji nerwowy co zarzuca się panu Witkowi.  Chcą mieć święty spokój  i tyle.                                                                                            Jedna z nowo przyjętych mieszkanek już to zauważyła, mnie trzeba było na to kilka lat; owa mieszkanka mówi mi – poskarżyć się nie ma komu a pochwalić kogokolwiek strach, że ten ktoś może być napiętnowany.

Odpowiedzi i podziękowania

Przeniosłam podziękowania z poprzedniej strony , ponieważ  odpowiedzi na komentarze nie były adekwatne do tytułu strony.

Tak więc dziękuję za komentarz zakończony zdaniem – Dodałem do ulubionych, na pewno tu wrócę. Komentarz był na stronie o osobach z mojego życia prywatnego sprzed laty myślę więc, że jest to sympatia do ludzi o których pisałam.  DZIĘKUJĘ!

Dziękuję Grażynce za informację o artykule  z Gazety Olsztyńskiej  z dnia 13 listopada o moim tacie. Niestety autor go trochę ubarwił, ładnie ale…

Pytacie czemu nie emituję reklam które dostaję, przecież na tym można zarobić.                                                                                              Żebym zostawiała wszystkie reklamy jakie dostaję na kartach mojego pamiętnika to więcej byłoby w nim reklam niż treści z mojego życia. Te reklamy nawet pasują do treści ale mnie nie o to chodzi. Nie lubię reklam, jak dla mnie to one utrudniają oglądanie filmów czy programów telewizyjnych. Kto czytałby mój pamiętnik żeby musiał przebijać się przez reklamy. Dzisiaj np nie mogłam wejść na swoją stronę bo właśnie musiałam przebijać się przez reklamy te ogólnodostępne. Całe szczęście, że reklamy przychodzące do mnie w komentarzach mogę wrzucić do kosza jednym kliknięciem.

Pytacie czy dostałam odpowiedź z Izby Lekarskiej. – Owszem dostałam  ale to był szach i mat. Opiszę dokładnie na następnej stronie.

Kochani, ja jestem zasypywana pytaniami nawet na ulicy.  Odpowiadam zawsze tak samo – czytaj prababcia 102pl.

Wszystkim bardzo, bardzo dziękuję.