Nawiązania do komentarzy

Jeden z komentarzy liczył sobie aż 6 stron, niestety był napisany w języku niemieckim. Byłam ciekawa co można chcieć ode mnie aż w takiej formie. Po przetłumaczeniu okazało się, że to dziennikarz niemiecki jest zainteresowany moim pamiętnikiem i pyta  na ile może go wykorzystać.  Niestety nie może wcale. Żeby był to dziennikarz polski to może porozmawialibyśmy. Żeby rozmawiać z kimś na jakikolwiek temat należałoby go dobrze rozumieć. Tak więc przepraszam ale zgodnie z umową  czytam i odpisuję na komentarze w języku polskim.                                                               A propos strachu,  było też takie pytanie – czy się nie boję? Nie, nie boję się. Nie mam nic do stracenia. Mam nadzieję, że wszystko co najgorsze już się stało  i tego  już  się nie odwróci; to poszło na cały świat i będzie krążyć po nim.       Mam takiego administratora, że w razie jeśli mi się coś stanie on to wszystko dokładnie opisze przed zamknięciem bloga. Nie muszę się z nim widzieć, wystarczy jeden telefon albo brak telefonu w odpowiednim czasie.  Pisałam już o podobnym przypadku – kupiłam nowego laptopa i po trzech miesiącach padł twardy dysk. Wszystkie inne programy musiałam odtworzyć sama z głowy, natomiast mój pamiętnik był u mnie po 5 minutach.                                                   Moja szanowna dyrekcja nie ma wyboru, jeśli chce zakończyć to pranie brudów na forum to wyjście jest jedno -stać się człowiekiem, nawet w stosunku do mnie.  Nie przestraszą mnie już niczym, za dobrze się znamy.             Pani NIKT, na zebraniu wykrzykiwała, że  kiedyś  to  był najlepszy Dom w Polsce; bo nikt nie miał odwagi wywlekać brudów. Kiedyś ktoś musiał zrobić ten pierwszy krok.  Ja wiem, że łatwiej jest walczyć o zasady niż żyć zgodnie z nimi, ale ja musiałam – BO CI KTÓRZY NIE MOGĄ PODJĄĆ DECYZJI ABY ZROBIĆ PIERWSZY KROK SPĘDZAJĄ ŻYCIE STOJĄC NA JEDNEJ NODZE,albo w rozkroku; nie chcę ani tak, ani tak. Lubię stąpać twardo po ziemi.

A teraz trochę naszych spraw codziennych.                      Robactwo,  o które  był posądzany i oskarżany nawet przed Sądem, pan Witek, a które oblazło kiedyś i mój pokój, teraz zatruwa życie Zygmuntowi. Mimo dwukrotnego oprysku jakąś trucizną robactwo nie ginie. Naszemu kierownictwu nie przychodzi do głowy, że zawsze należy zacząć od znalezienia ogniska zarazy. U mnie również chciano opryskiwać po raz drugi; sama musiałam pokazać ognisko wylęgu robactwa – przy wymianie rur, u mnie w łazience  i  wybraniu płytek ceramicznych, zostawiono dziury pod sufitem. Można by było bez końca opryskiwać a robactwo i tak by się rozłaziło. Zygmunt od dwóch tygodni przychodzi do mnie ze  skargami. Będą robić u niego remont a przez ten czas niech robactwo się rozłazi gdzie się da. Przecież u nas  jest dużo ludzi których zawsze można oskarżyć, jak Amerykanów o stonkę, czy Witka o niechlujstwo.

Od jakiegoś czasu pracuje u nas opiekunka, u której rzuca się w oczy brak empatii, ale za to dziwnie jest bardzo częstym gościem siostry przełożonej. Już o niej kiedyś pisałam, że za jej odzywkę miałam ochotę strzelić na odlew.  Jak była u nas kontrola to ona biegała od kontrolerek do przełożonej. Pewnie przełożona ją ściągnęła do pracy i chce uczyć podobnych do swoich zachowań, widać po niej już , że to typowa decydentka rządzić a nie pracować. Kiedyś, w niedzielny poranek miałam okazję utrzeć jej nosa. Po śniadaniu niedzielnym siedziałam w stołówce i czekałam kto i kiedy przyjdzie po nasze dwie błądzące podopieczne.  Nagle widzę wchodzi do stołówki owa opiekunka. Zostawia wózek z naczyniami i wychodzi, a ja do niej – proszę pani, nie uważa pani, że trzeba by odprowadzić te dwie panie na ich korytarz. To nie moje podopieczne – odpowiada. A ja na to – myślałam, że nawet ja jestem pani. Zreflektowała się  i łaskawie zabrała panie ze sobą.

Na każdym stanowisku pracy porządnej roboty powinna nauczyć osoba która tę robotę wykonuje najlepiej anie ktoś kto chce mieć oddany sobie personel.

Moje spotkania z dzikami.

Kocham wszystkie zwierzęta świata. Pewnie, że są takie których się boję ale na ogół czuję tylko miłość. Obojętne  czy jest  to dzik czy to kaczka, ja z nimi rozmawiam i mam wrażenie że się rozumiemy. Przykładami mogłabym sypać jak z rękawa. Przez ostatnie 60 lat zawsze mieszkałam pod lasem i dużo w nim przebywałam. Moje pierwsze spotkanie z dzikami i to z dwiema watahami na raz było i piękne i straszne. Mój pies, notabene wzięty z naszego DPSu  w którym był i wszystkich i niczyj, a który sam mnie upatrzył na swoją panią, obudził mnie któregoś dnia  przed piątą rano dając do zrozumienia, że musi wyjść. Ponieważ nie mam i nigdy nie miałam problemów z wczesnym wstawaniem, na zasadzie – jak trza to trza – wskoczyłam w dres i  do przodu. O tej godzinie w parku pod lasem nikogo nie ma, co najwyżej znajome pieski, puściłam więc swojego Niuńka samopas. Nagle słyszę ujadanie. Mój pies miał piękny zwyczaj, zawsze o swoich zamiarach mnie informował. Tak więc ujadał na kogoś ale przybiegł do mnie w celu poinformowania mnie o czymś. W pewnym momencie znaleźliśmy się na ścieżce  na której z obu stron szły w naszym kierunku dwa stada dzików. Nie było pola manewru. Uklękłam na ziemi, przytuliłam do siebie swojego Niuniusia  ( tak został nazwany przez mieszkańców naszego Domu ) trzymałam jego mordkę w dłoniach żeby nie szczekał i nie drażnił loch.  Dziki sobie spokojnie przechodziły koło nas. Jedna z loch odwróciła się i zobaczyła, że brakuje jej jednego pasiaczka, zachrumkała, dzieciak wybiegł z ogródka sąsiadów i dołączył do swojej rodzinki. Nie mogłam się nadziwić, że ta dzika mama umiała doliczyć się swojej gromadki.                                                           Innym razem, już mieszkałam w DPSie i jak zwykle, codziennie o godzinie 5. 30 wychodziłam z kijkami na spacer do lasu. Nagle widzę na poboczu drogi, w krzakach, ogromne dzikie, błyszczące jak latarnie oczy.  Zauważyłam w tych oczach i strach i ostrzeżenie dla mnie. Stanęłam, spokojnie rozglądnęłam się i zobaczyłam po drugiej stronie drogi całkiem nie małe stadko pasiaczków.  Powiedziałam dzikiej mamuni żeby się mnie nie bała i zawołała swoje dzieci. Ona to zrobiła. Dzieciaki przebiegły koło mnie, ja pochwaliłam dziką mamę i pożegnałam się z nią czułymi słowami. No jak nie kochać zwierząt.                                             Kiedyś, wracam wieczorem do DPSu, aż tu nagle przebiega koło mnie młody dzik samotnik. Zachwyciłam się nim był taki zgrabny, jak nie dzik i powiedziałam to jemu –  ale jesteś piękny. Zawrócił i idzie w moim kierunku. Zrobiło mi się trochę nie swojo i mówię do niego –  jesteś naprawdę piękny ale stanowczo za blisko mnie. Stanął i przygląda mi się. No idź już idź. I przystojniak poszedł.

Spotkanie mieszkańców z Panią Dyrektor

Spotkanie to  miało miejsce w środę – 20 lutego 2019r.    Pani dyrektor, na wstępie,  podziękowała za  liczne przybycie. Przykro mi ale to moja zasługa; podchodziłam do każdego mieszkańca i namawiałam do przyjścia, sądziłam bowiem, że będą wybory do Rady Mieszkańców a wiedziałam, że nie można dopuścić żeby do Rady wszedł pan NIKT. Tylko o to chodziło. W razie czego skreślamy z listy pana NIKT.  Po zatem było nam wszystko jedno kto będzie. Oczywiście w ogóle nie braliśmy pod uwagę kandydatury pani NIKT, przecież ostatnio najpierw się pchała do Rady a później z niej zrezygnowała. To była jej obrona Rady przede mną. Zapewniam, że ani wówczas ani teraz nie mam zamiaru startować w wyborach, będę jedynie pilnowała ich rzetelnego przebiegu. Jestem mądrzejsza o poprzednie wybory, wiem gdzie był przekręt.                   Bardzo dziwnie do wyborów nawiązała nasza dyrekcja, poinformowano  nas, że ci co chcą być w Radzie mają się zgłaszać do działu socjalnego. Myślę, że mimo wszystko będziemy mieli możliwość przegłosowania tych kandydatur. To ma być RADA  MIESZKAŃCÓW  a nie poplecznicy dyrekcji.                                                                              Mój wróg nr. 1 tak jak przed laty tak i teraz zaczął wykrzykiwać, że ze mną trzeba zrobić w końcu porządek, ( kiedyś wykrzykiwała – eksmitować ją )  ja,  swoim blogiem obrzucam błotem nasz DPS.  DPS który kiedyś był najlepszym Domem; a pani dyrektor nic z tym nie robi, panią nikt się nie boi itp. i itd. Pani dyrektor odpowiedziała, że w tym Domu nikt nie ma obowiązku mieszkać. Ja to wykorzystałam i zaproponowałam pani NIKT żeby się wyprowadziła. To było jak włożenie kija w gniazdo szerszeni. Ja oznajmiłam, że nie mam zamiaru zmieniać miejsca zamieszkania. Jestem obecnie zadowolona z pobytu. Mam co robić. Mój pamiętnik publikowany w internecie będzie nadal pisany, on dotyczy moich doznań, moich przeżyć i tylko moich. Jeśli aż tak was to moje pisanie boli to nie czytajcie albo podajcie mnie do sądu  –  ale byłaby piękna katastrofa, tym razem na całą Polskę.  Jest jeszcze jedno wyjście, – porządne zachowywanie się wobec wszystkich maluczkich, ale wówczas  nie miałabym o czym pisać.  Na to wszystko pani NIKT – a cóż ja ci takiego zrobiłam?  Ona w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego co mi zrobiła i robi nadal.                                KIEDY  BÓG  DOBRZE  ŻYCZY  CZŁOWIEKOWI  WTEDY DAJE  MU  POZNAĆ  WŁASNE  WADY.                                          Na koniec spotkania było  wystąpienie  pana NIKT  które  jest podawana z ust do ust i sprawia, że mamy ubaw po pachy. Otóż pan NIKT ostrzegał wszystkich przed dzikami, które owszem stanowią dla nas problem. Oto co powiedział na temat dzików – ” dziki potrafią wpaść do domu i porwać małe dziecko”. On był świadkiem takich wydarzeń.  To chyba trauma z dzieciństwa tak wpłynęła na zachowania pana NIKT, bo trzeba przyznać są  co najmniej dziwne.

Metody zastraszania

Nie zaglądałam do swojego pamiętnika  przez kilka dni a tu worek z komentarzami – 48 komentarzy.  Niestety trzy czwarte tych komentarzy  pisane było  w językach niemieckim i angielskim; nie znam języków a zatem nie czytając odrzucam do kosza. PRZEPRASZAM!  Kiedyś poprosiłam terapeutkę żeby mi zainstalowała tłumacza to narobiła mi tylko  bałaganu w komputerze. Ostatnio jakoś nie umie mi w niczym pomóc. Trudno, jakoś sobie radzę mimo, że prawie nic nie umiem.                                                                                          Inne komentarze dotyczyły działania socjalnej na szkodę mieszkańców. Cały mój pamiętnik jest temu poświęcony.  Jestem pewna, że kierownictwo DPSów przechodzi specjalne szkolenie  – jak uciszyć tych którzy wiedzą za dużo albo chcieliby coś wiedzieć czego nie powinni, albo powiedzą jedno słowo za dużo czy po prostu nie zrobią czegoś czego się po nich oczekuje –  tak jak w moim przypadku. Poprzednia dyrektorka miała misternie uplecioną sieć w którą wpadali ludzie do odstrzału, zarówno mieszkańcy jak i pracownicy.  Tę sieć dokładnie opisałam w  I części  IV rozdziału.  Obecna kierownik socjalna od lat była pracownikiem DPSu  i dobrze zna wszystkie tajniki a posadzono ją na tym stołku ponieważ wyróżniała się chęcią niszczenia ludzi. Ja już po pół roku pobytu zaczęłam dostawać po głowie choć bardzo długo nie wiedziałam o co chodzi.    Jeden z dyrektorów podobnej placówki zdradził się  wiedzą – metody niszczenia i lekceważenia  ludzi,  jak byłam jeszcze na pobycie dziennym.  Opisałam to w II części I, II i III rozdziału. Po roku pobytu miałam wypróbowane na sobie wszystkie metody niszczenia psychicznego  człowieka.  To, że nie zwariowałam to istny cud. Ten cud rodził się w mojej głowie – po zakazach robienia jednego zawsze znalazłam furtkę na robienie czegoś nowego. Radio niszczyli mi przez trzy lata, a to dlatego tak długo im się nie wiodło, ponieważ ja miałam więcej pochwał niż świństw. Więcej radości z prowadzenia radia niż bólu z prymitywnych zachowań dyrekcji.                                                                                                      Dyrekcja naszego MOPSu wcale nie jest lepsza od dyrekcji  Domów Opieki – jak dostarczyłam im swój pamiętnik to bawili się ze mną w kotka i myszkę udając, że nie wiedzą o co mi chodzi. A nawet Prezydent dobrze wiedział na co jest stać dyrekcje Domów Opieki skoro pisma od  Niego dostawałam w bardzo zakamuflowany sposób.                                                                                                           Bardzo się cieszę, że powstał mój pamiętnik                          prababcia 102 pl. bo dzięki niemu mogę dokładnie odtworzyć zachowania niby ludzi, a i inni mogą się dowiedzieć co nie co – kim trzeba być żeby się wspiąć na kierownicze stanowisko w tej branży. Obecne rządzące próbują za wszelką cenę powołać do życia sieć perfidnych działań, jednak jakoś, Chwała Bogu ,im się to nie klei. Jest państwo NIKT które zawsze chętnie podejmie .się świństw wszelakich. Jest pani Maria K. która czuje się zaszczycona jak może coś podpisać na prośbę socjalnej – ale wszyscy wiedzą, że p. Maria mimo swojej 90 tki wypatruje wizyty mamusi. Naszej dyrekcji to nie przeszkadza. ( Pani NIKT i pani Maria to dwie ostatnie które chciały zatańczyć na moim grobie, reszta nie zdążyła,  już odeszła). No i jeszcze do sieci próbowano wpleść paprocha – tak zatytułowałam rozdział w swoim pamiętniku o niej. Niestety te osoby nic nie znaczą w naszej społeczności. Są tylko obiektem kpin. Wśród pracowników to w świńską sieć dał się wplątać psychiatra, jest  też uległa jedna z pracownic, reszta  owszem jest zastraszona ale nie chętna.

Nosił wilk razy kilka…

W związku z kontrolą która ma miejsce aktualnie u nas, usystematyzowałam  wszystkie zło jakie wyrządziły decydentki mnie i innym osobom. To wszystko jest w moim pamiętniku ale rozrzucone w czasie. Po analizie występków doszłam do wniosku, że najcwańsza z trójki decydentek jest pani kierownik socjalna. Robi najwięcej świństw, bierze udział w każdym, a nie ma możliwości  wykazania tego. To jest szkoła poprzedniej dyrektorki. Nie na darmo przyjęła ją do pracy jak sama już była na wylocie. Dosłownie mając tylko kilka dni  zatrudnienia w naszym DPSie.  Nasza dyrektorka zdała się w stu procentach na siostrę przełożoną i kierownik socjalną.  Czyli na pozostałości po poprzedniczce. Wszyscy wiedzą, że ona nic nie może zrobić bez zgody tych pań. To te dwie perfidne panie wprowadziły działanie psychiatry jako metodę na niepokornych. Póki psychiatra nie był wykorzystywany w tym celu, to był szanowanym i lubianym lekarzem; teraz nie ma wśród mieszkańców szacunku a wręcz odwrotnie ma bardzo brzydką opinię. Jako dowód  dołączyłam do informacji o szkodliwościach współpracy decydentek z psychiatrą swoje dwie diagnozy : pierwsza, sprzed 6 laty, fachowa i życzliwa dla mnie, oraz potwierdzająca, że kierownictwo placówki gnębi ludzi i druga diagnoza, sprzed pół roku, broniąca decydentki przed oskarżeniami.            „KIEDY PRZEMAWIA ZŁOTO ELOKWENCJA JEST BEZSILNA”.                                                                                                    Tak jak pani dyrektor pozwala na chamstwo w zachowaniu np. moich wrogów – których już bardzo nie wiele –  tak socjalna unieszkodliwia mnie  w sposób taktyczny. To takie drażnienie psa kiełbasą którą na jego oczach sama zjada i sądzi, że pies się nie odgryzie. – Nosił wilk razy kilka …  Oto przykłady –  Terapeutki prowadzą cykl spotkań czwartkowych o miastach Polski.  Pytam czy mają program o naszym mieście – nie mają. Szykuję razem ze swoim wnukiem piękny program. Nasza regionalna kapela chodzi ulicami miasta i  po zakątkach jego okolic i piosenką opowiada  historię i dzień dzisiejszy. Oczywiście wszystko na dużym ekranie. Ludzie od lat nie wychodzili do miasta, nie wiedzą jakie to nasze miasto jest piękne. A tu decyzja pani kierownik – nie będzie tego programu. To samo było z planowanymi spotkaniami z muzyką klasyczną, czy spotkaniem sylwestrowym.  Ona nie musi nawet ze mną na ten temat rozmawiać, oznajmia to pracownikowi i pani dyrektor. Jak pracownik powie jedno zdanie za dużo, bo też pracował przy tym programie, to już nie będzie pracownikiem.  Przykład Ania, ona przestała pracować a do pracy przyjęto kogoś innego, bo tak sobie życzyła socjalna.   Próbowałam na ten temat rozmawiać z panią dyrektor – cóż ja mogę –  brzmiała  odpowiedź,-  nie wchodzę w kompetencje innych. Ci inni wchodzą śmiało w jej kompetencje. Opisywałam też o planowanych zajęciach dla mnie – pół godziny raz w miesiącu – które nie mogą dojść do skutku.                                                                                                                  W sumie  to i dobrze, że wszystko spadło na karb pani dyrektor, może wreszcie pomyśli, że co by się nie działo to za wszystko odpowiada Ona !

Po pierwsze nie szkodzić!

Miałam już pisać tylko o swoich sąsiadach z minionego stulecia ale przyszła do mnie Józia opowiadając sytuację która się jej przydarzyła z prośbą   o  opisanie. Nie mogłam odmówić, wszak wszystko co dotyczy moich współtowarzyszy niedoli boli mnie tas samo jak ich; chociaż ja w ostatniej  chorobie doświadczyłam  staranności i fachowości.                                   Józię w ubiegły  piątek o świcie zaczął potwornie boleć brzuch. Odruchowo wzięła tabletki przeciwbólowe. Nie pomogło, wzięła następne i następne. Ból nie ustępował. Poszła  do pielęgniarek, dostała tabletki przeciwbólowe, które działały  dwie godziny. Ból się nasilał. Minął piątek, kończy się sobota, pielęgniarki tylko się wymieniły ale działały szablonowo, tak samo – tabletka przeciwbólowa z informacją, że do wtorku musi jakoś wytrzymać, ( we wtorek będzie nasz lekarz, który przyjmuje tylko we wtorki). Józia , w nocy z soboty na niedzielą zadzwoniła  do syna i poskarżyła  mu się. Syn przyjechał po matkę o godzinie 6   rano w niedzielę żeby zawieźć ją do jakiegoś lekarza dyżurującego w mieście.  Swoim przyjazdem rozruszał trochę  pielęgniarkę, która zmierzyła Józi ciśnienie i poziom cukru. Józia do południa była w przychodni dyżurnej gdzie porobiono jej wszystkie badania,  podano leki i z opisem i receptą wypisano do domu. Diagnoza – stan zapalny jelit. A zatem nasza służba zdrowia ignoruje pierwszą i podstawową zasadę medycyny – po pierwsze nie szkodzić. Bardzo szkodziły podając leki przeciwbólowe i to w takiej ilości.                                  Józia przy okazji poznała pracę nocnej zmiany w naszym DPS.  Opiekunka siedziała na korytarzu w takim miejscu, że w razie czego wszystko widziała i słyszała. Natomiast pielęgniarki zmieniły miejsce spania. Ponieważ już wszyscy wiedzieli, że pokój socjalny służy w nocy za sypialnię to sypialnię zrobiły z gabinetu światłoterapii, korzystając z łóżka wodnego. Budynek jest tak duży, że w razie poszukiwań mogą być wszędzie na razie jeszcze gabinet światłoterapii jest nie znany jako kryjówka pielęgniarek.                                                  Ze mną było zupełnie inaczej, –  jak z czwartku na piątek miałam nasilenie choroby to już w piątek o godz. 10 rano zawieziono mnie do naszego lekarza, do przychodni w której pracował w tym dniu. Po powrocie do Domu w ciągu godziny miałam wszystkie niezbędne leki a nawet więcej i przez następne trzy dni byłam pod opieką pielęgniarek i opiekunki. Czyli, że ze mną postępowano tak jak należy, mimo, że ja o to wcale nie prosiłam.                                                                                                           Jeszcze  śmiesznostka w problemach Józi. Otóż, Józia ma chore obie ręce. Są tak opuchnięte, że to ogranicza jej każdy ruch. W związku z tym ma codzienny problem ze schowaniem pościeli do wersalki. A Józia to 90 letnia pedantka, pościel składa równiutko i chciałaby żeby pokojowa równie starannie ją schowała i przykryły wersalkę. Ta czynność może trwać 1 minutę a ma z nią codzienny problem. Nikt nie ma czasu. Postanowiła znaleźć kogoś kto miałby czas. Chodząc z piętra na piętro zauważyła, że wszyscy coś robią tylko dyrektorka siedzi za biurkiem ” nic nie robiąc”. Weszła do gabinetu i przedstawiła sprawę – ponieważ tylko pani nic nie robi to może pani schowa mi pościel do wersalki. Niestety nasza szanowna nie ma poczucia humoru, zamiast pójść i to zrobić, przez co mogłaby zawstydzić personel, ona „wszczęła procedurę”. A Józia na to – czy pani wie, że pani nikt się nie boi. Komu bym nie powiedziała, że pójdę na skargę do dyrektorki to słyszałam odpowiedź – i myślisz, że my się jej boimy?

Sam talent nic nie znaczy

Wczoraj oglądałam w TV  program  ” Jaka to melodia „, w którym śpiewała Krystyna Prońko – mój Boże, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku spotykałyśmy się na scenie; brałyśmy nawet obie  udział w ogólnopolskim konkursie piosenkarskim w którym ja byłam wyżej oceniona przez jurorów od Niej. I co? Ona jest gwiazdą wokalistyki i panią profesor a ja nikim. Kochałam śpiewać ale nie chciałam być gwiazdą. Konkursy, festiwale i  rywalizacja w nich, były moją pasją; ale natychmiast po zdobyciu laurów uciekałam tylnym wyjściem do domu.   To wszystko nie było dla mnie istotne wówczas i nie jest teraz, że tak jest posłużę się następnym wspomnieniem z lat jeszcze wcześniejszych i będzie to zwrot do moich sąsiadów .                                                                                                                     Z rodziną państwa J. znałam się jeszcze zanim zamieszkaliśmy na ul. Radiowej. Z ich starszą córką chodziłam do szkoły muzycznej do klasy śpiewu.  Jak dzisiaj wspominam naszą ówczesną przyjaźń to nadziwić się jej nie mogę. Powinnyśmy być rywalkami drącymi ze sobą koty,  a żyłyśmy w przyjaźni. Nasza wspólna Pani Profesor od śpiewu lubiła jak byłyśmy na jej lekcji obie. Stawałyśmy obok siebie a Pani Profesor z nostalgią  głośno myślała – mój Boże, jestem bardzo ciekawa co z was będzie. Weronika piękna i z uporem dążąca do celu żeby być śpiewaczką, chociaż pracy nad jej głosem będzie bardzo dużo, ( cały rok Pani Profesor pracowała nad wydobyciem jej głosu, mówiła – on jest ale bardzo głęboko ukryty). Danuta , nie upierzony jeszcze dzieciak, który nie wiadomo skąd ma taką i potęgę i finezję w głosie. Dla ciebie  śpiew zbyt lekko przychodzi, a to co przychodzi lekko nie jest szanowane.             I miała rację. Ja wcale nie chciałam być śpiewaczką. Mnie do szkoły muzycznej przyprowadzili dwaj nasi działacze kulturalni, zgarniając mnie z podwórka gdzie śpiewałam z  kapelą  podwórkową. Było to na zasadzie – „chodź dziecię ja cię uczyć każę”.                                        Po roku z centrum miasta przeprowadziliśmy się do miasteczka akademickiego i tam po sąsiedzku mieszkaliśmy z państwem J. czyli rodziną Weroniki.  Biegałam do niej chętnie ponieważ  ona w przeciwieństwie do mnie pięknie grała na fortepianie na którym stało oprawione w ramce zdjęcie przystojnego pana. O nim Weronika mogła godzinami. Już wówczas był  znanym  w naszym mieście chirurgiem i pierwszą i wielką miłością Weroniki.                                              Weronika z uporem dążyła do celu. Na koncercie dyplomowym Średniej Szkoły Muzycznej pan doktor był na widowni już jako jej mąż. Zamieszkała w jego domu w małym miasteczku powiatowym; nie chciał zamienić tego miasteczka na miasto wojewódzkie w którym pracował. Dla swojej żony był nadzwyczaj miły, bez problemów pozwolił jej na Konserwatorium w Warszawie, ba nawet opłacał jej mieszkanie w stolicy. Nasze kontakty rozluźniły się. W 1963r. wprowadziłam się do nowego mieszkania i byłam bardzo zdziwiona jak zobaczyłam państwa J – czyli rodziców Weroniki, jako swoich sąsiadów; jednak każde pytanie o Weronikę było  zamknięciem tematu i chłodnym pożegnaniem. Wreszcie do rodziców przyjechała Weronika z dziesięcioletnią już córeczką – Boże, jakie podobne do siebie, pomyślałam. Podrzuciłyśmy swoje dzieci babciom a same zrobiłyśmy sobie babski wieczór. To co usłyszałam było przerażające. Weronika przeżyła coś  strasznego. Wszystko było pięknie dopóki studiowała. Wreszcie koniec studiów uwieńczony koncertem dyplomowym. Mąż Weroniki nie przyjechał na koncert, przerażona Weronika myśląc, że coś się stało, dzwoni po taksówkę i jedzie prawie na sygnale do swojego miasteczka, wpada do domu, szuka po pokojach, wchodzi do sypialni a tam mąż z drugim mężczyzną w akcie miłosnym. Pan doktor za to że został przyłapany na czymś co udawało mu się ukrywać przed całym światem, w tej desperacji dotkliwie pobił swoją żonę. Weronika przez dwa lata leczyła się z tego spotkania. Na szczęście znalazł się  ktoś kto ją pokochał i przy niej trwał – to  dyrygent orkiestry z którą jeździła na koncerty po świecie, właśnie przyniosła mi zaproszenie na swój występ w naszej Filharmonii. Boże, jak ona pięknie śpiewała, takim ciepłym, aksamitnym altem. Teraz nie wiem co się dzieje z Weroniką. Jej rodzice już od 40 lat nie żyją. W ich mieszkaniu  lokatorzy zmieniali się już dwukrotnie.  Weronikę  wspominam z wielką miłością i podziwiam jej nie bywałą wytrwałość w dążeniu do celu.

Niebo pobladło z tęsknoty                                                                   Złote liście toczą się kołem.                                                                 Moja młodość była jak gotyk                                                               Siedzę teraz jak pod kościołem..  ( Pawlikowska Jasnorzewska)

Przyszła kryska na Matyska

Nie zaglądałam do mojego pamiętnika  już dość długo bo przyszła na mnie kryska jak na Matyska; jestem ciągle chora i nazbierało się w nim trochę komentarzy odnośnie mojego pamiętnika i mojego charakteru. Dobrze wiem, że mam trudny charakter, u mnie w rzetelności nie ma odcieni, wszystko jest albo czarne albo białe. Jeśli poruszam w pamiętniku jakiś problem to on już nie dotyczy tylko mnie ale nas mieszkańców tego Domu, a zatem jeśli mi ubliżacie to za co? Zanim napisałam o ciucholandzie w spożywczaku to rozmawiałam na ten temat z wieloma ludźmi, na ogół z rodzinami, jak to nazwała komentatorka, ” leżaków „. Zarzucono mi, że nie poruszam tego tematu ponieważ dotyczy on rodziny, –  więc poruszyłam. Osoby  o których mowa , podobno były z tym problemem u p. dyrektor, ale jak to u niej – pogadali i poszli. Poproszono mnie żebym temat opisała. Ja to zrobiłam bardzo delikatnie, zamknęłam temat jednym zdaniem. Na pewno nie chciałybyście żebym zacytowała słowa jakie padały z ust oburzonych.   Cała  żeńska rodzina komentatorek pracuje w handlu, dziwię się bardzo, że ich to nie razi. Ja na to nie mogę patrzeć. Już  słyszę jak mówicie – to nie patrz. Ja dla odmiany mówię – nie podoba się  o czy piszę to nie czytajcie,  bo i tak czytacie bez zrozumienia wynika to z waszych komentarzy,

Drugi temat, tym razem bardzo sympatyczny dotyczy wspomnień o moich sąsiadach. Piszą do mnie ludzie młodzi którzy wprowadzili się do mojego byłego bloku w ostatnim dziesięcioleciu. Interesuje ich historia tego bloku a ja w końcu byłam jedną z pierwszych lokatorek. Wzruszyłam się chęcią poznania czegoś czego w większości już dawno nie ma. Ja przez pierwszych 30 lat nie znałam prawie nikogo z bloku w którym mieszkałam. Zawsze miałam  swój czas wypełniony po brzegi swoimi sprawami, nie starczało mi   go na życie innych, a tu proszę – młodzi zaganiani a mają jeszcze czas  na ociupinkę historii. A jakie to przebiegłe – latem kilka razy poszłam do wnuka, który mieszka w moim byłym mieszkaniu, zanim weszłam do budynku na tarasie zostawiałam, przypięty do barierki, mój chodzik; no i ci spryciarze szybko dodali dwa do dwóch. Któregoś dnia przypięłam chodzik i chcę wejść do bloku szukając klucza od drzwi wejściowych, a tu para młodych – a to pani chodzik, to pani się nazywa tak i tak  i to pani jest autorką pamiętnika. Zaczęły sypać się prośby głównie żebym pisała numery mieszkań sąsiadów o których piszę.  Odstawiłam  jednak temat na boczny tor, to przez tą kryskę.                                                                                        Ostatnio bardzo często choruję np. w ostatnich trzech tygodniach chorowałam trzykrotnie i nadal jestem na antybiotykach.  Podczas choroby odczuwam bardzo serdeczne podejście do mnie, chętnie napisałabym o osobach które troskliwie mną się opiekują ale boję się, że mogę im zaszkodzić. Pamiętacie pisałam o nowej mieszkańce  która już po paru miesiącach  stwierdziła – ” poskarżyć się nie ma komu a pochwalić strach bo możesz zaszkodzić”                  Poza sąsiadami z ulicy Radiowej są też sprawy bieżące, takie jak wożenie chorych ludzi nie ogrzanym samochodem. Pani dyrektor wie o kogo chodzi, bo zmarznięty chory człowiek dzwonił do niej z trasy w tej sprawie, a jechał , bagatela, do Warszawy w styczniu. Drugi temat który mnie razi to nasza zewnętrzna winda, którą nie jechał nikt od ponad 6 lat ( wiem bo jest vis- a- vis moich okien ) jest  ona co roku konserwowana i zawsze pod napięciem, w gotowości. Czy to, przepraszam, w ramach oszczędności. Można porównać wydatki na konserwację zupełnie nie potrzebnej windy i ogrzaniem samochodu.

Styczeń – trochę dobrze, trochę źle.

Jeszcze w grudniu, naszego lekarza zaniepokoił  mój stan zdrowia, a konkretnie serca.  Poszłam tylko po receptę.  Byłam zdziwiona tym zainteresowaniem się mną, na ogół naszemu lekarzowi jesteśmy obojętni. Istotnie, czułam się taka jakby zamazana od wewnątrz.  Już 7 stycznia byłam u kardiologa. Na wizytę czekałam niespełna miesiąc; jak na specjalistę i to najwyższej klasy, to wprost nieprawdopodobne. Po przeprowadzeniu wszelkich niezbędnych badań, Pani Doktor stwierdziła ciągłą arytmię. Rok temu miałam incydenty arytmiczne  a teraz  ciągłość.                                                              Zaczęłam rozmyślać  ( jak na nowy rok przystało) –  jak to człowiek, w pewnym okresie swojego życia, zaczyna się starzeć. W naszych pokojach mamy szafki pod sufitem; jak wprowadziłam się  9 lat temu, to żeby sięgnąć do takiej szafki wówczas  wystarczył taboret. Po trzech latach potrzebowałam już stabilnego krzesła, a więc oparcia jako podpórki. Za następne trzy lata już bałam się wchodzenia na krzesło, kupiłam sobie drabinę składaną. Boże, jak przypomnę jak ją niosłam z drugiego końca miasta bez żadnych problemów… a teraz już boję się i drabiny.

6 stycznia była u nas Kolęda. Dziwna to była Kolęda – nadzwyczaj sympatyczna. Ksiądz był do mnie niebywale miły. Od tej Kolędy już nie będę pamiętała tego co było złe  zwłaszcza, że stół poza świecami, dekorowała piękna różyczka którą otrzymałam od jednej z terapeutek.

Obiecuję, że nie będę pamiętała tego co złe ale złego wyboru apteki dla naszego Domu zapomnieć nie można, zwłaszcza, że korzysta z tej apteki ponad setka ludzi niemal, że codziennie.  Od miesiąca sierpnia  z naszej apteki korzystałam wyłącznie pobierając leki bezpłatne.  Całkiem bezpłatne to one były tylko przez dwa miesiące – sierpień i wrzesień. W październiku  i w listopadzie zaczęłam do tych leków dopłacać po 5 zł. z groszami. Może coś się zmieniło – pomyślałam; ale jak w grudniu pobierałam te leki w innej aptece to nie dopłaciłam nic.  W pierwszej chwili chciałam na ten temat porozmawiać z Panią Dyrektor, doszłam jednak do wniosku, że nie ma sensu, przecież  jak dotąd nie załatwiła nic. Np. nasz sklepik nadal jest obwieszony używanymi ciuchami przy których są owoce i ciasto na wagę.

W styczniu, u nas w DPS miał miejsce występ chóru  młodzieży szkolnej, która śpiewała czyściutko, równiutko i dźwięcznie. Wprawdzie były to kolędy ale oryginalnie opracowane muzycznie. Ponieważ zdaję sobie sprawę jak trudno jest dwudziestoosobowemu zespołowi zaśpiewać a kapella, właśnie czyściutko i równiutko, tym bardziej jestem pełna podziwu.

A ja, żeby się nie nudzić, kupiłam sobie głośniki do komputera i teraz mogę słuchać dowolnie muzyki z każdej półki, od klasyki po rozrywkową różnych gatunków. Słuchać i nie tylko, wszak jest karnawał.

Święta, święta i już po…

Święta lubią dzieci i młodzi ludzie, starzy lubią święty spokój. Każdy starszy osobnik jest skrępowany faktem, że zawsze potrzebuje jakiejś pomocy, że najlepiej się czuje w swoim pokoju i w swoi łóżku.  Miło jest się spotkać z rodziną ale na krótko.                                                                                              Wigilię obchodziłam dwa razy – raz o godz. 13 w DPS i drugi raz o godz. 17 u córki. Na noc wracałam do siebie. W pierwszy dzień pojechałam na cmentarz, w sumie chyba poszłam bo mój chodzik jechał przede mną, a z cmentarza autobusem pojechałam  do córki. Na cmentarzu było dużo ludzi i kwitł na całego handel przed cmentarzem. Wieczorem znów wróciłam do siebie. W drugi dzień byłam u koleżanki. Dzień po Świętach padłam ze stanem podgorączkowym na cztery dni.  Córka zaopatrzyła mnie w leki a personel dbał żebym miała wszystko inne.  W brew temu co mówi o mnie dyrekcja odwiedzało  mnie dość dużo osób a dwie osoby dały mi się we znaki szczególnie. Te osoby to ci którym zabrakło alkoholu. Chodziły one po wszystkich pokojach, trafiły i do mnie.  Po kilku kurtuazyjnych zdaniach słyszę – Danusia daj kilonka bo umieram. Wiedzą, że mam, bo na ogół  mam.  Ten kto nie pije ten  ma.    W swoich prośbach poniżały się, traciły  godność. Na pierwszą prośbę reagowałam po ludzku – wlałam porządnego kielicha i przeprosiłam, że niestety ja nie będę piła. Zdziwiło mnie to, że ani jednej ani drugiej pani nie przeszkadzał fakt, że nie będę  z nimi piła To był wyraźny sygnał. Miałam problemy  z pozbyciem się tych pań. Stawałam się bardzo nie grzeczna. Ja ich wypychałam ze swojego pokoju. Ostatnio skorzystałam z okazji, że w moim pokoju była pracownica, a spragniona pani nie mogła się doczekać kiedy jej dam kielicha,  ale tak żeby nikt nie widział,  a ja całkiem śmiało i głośno oznajmiłam, że nie mam zamiaru zaspakajać waszych problemów i to za własne pieniądze i podsumowałam delikwentkę – byłaś przedwczoraj, wczoraj i jesteś dzisiaj; proszę bardzo resztę likieru  zabieraj, zapłać mi za całą butelkę i nie pokazuj mi się na oczy, bo za każdym razem będę wzywa personel żeby ciebie wyprowadzili ode mnie. Pani która była u mnie jako ostatnia sprawiała wrażenie całkiem przyzwoitej kobiety a tu taka dysfunkcja. I weź tu człowieku dobierz sobie towarzystwo.  Ta pani przyszła do mnie jeszcze następnego dnia żeby mnie przeprosić ale jak zaczęła opowiadać jak to ona wypiła z gwinta cały alkohol na korytarzu, bo w pokojach  było sprzątanie, to mnie aż zemdliło. Pani widząc moją minę mówi – Danusia, ale ten twój alkohol był jakiś słaby, żeby się dopić poszłam na stację benzynową po piwo. Co ty za alkohol pijesz?   To nawet nie zauważyłaś, że to był likier, bardzo lubię delikatne, słodkie alkohole i to w bardzo wyjątkowych sytuacjach np dla umilenia czegoś co jest już miłe. Obie miłośniczki mocnych trunków spuszczają wzrok jak mnie widzą. No i dobrze, bo za takie towarzystwo to ja dziękuję. Najbardziej odpowiada mi bycie sam na sam ze sobą. Zawsze mam co robić. Teraz np. opętało mnie śpiewanie w języku rosyjskim. Ten język w piosence jest cudny.  Aktualnie uczę się tekstu piosenki pt. milion purpurowych róż.                       I  zauważyłam, że to nie piosenka  zachwyca a  aranżacja muzyczna jest przecudna.