Pani Emanuela,

była piękną kobietą do późnej starości. Poznałam ją jak już miała 60 lat, ja wówczas miałam lat 40. Rzucało się w oczy jej piękno i szlachetność; a jednak pozory mylą. Wykształcona, na stanowisku, mieszkająca w pięknym domu otoczona pięknymi antykami, na starość zaczęła czuć się jakby była skazą tego piękna. Po przejściu na emeryturę wydeptała stałą ścieżkę: dom – kościół. Kiedy bym jej nie spotkała to zawsze z różańcem w ręce. Nie chciała mówić o sobie, a im bardziej się wzbraniała opowieścią o sobie tym bardziej mnie to intrygowało. Zobaczyłam w jej domu zdjęcie w pięknej oprawie, równie jak ona pięknej kobiety, ale to zdjęcie wyglądało jak fotos filmowy. Jakby fragment sceny opery Karmen. Bo to jest fragment sceny z Karmen, a ta Karmen to moja teściowa, primadonna opery Lwowskiej – powiedziała. Skoro jest teściowa to znaczy, że miała pani męża. Odpowiedziała – miałam. I koniec opowieści. Pokaże mi pani zdjęcie męża. W tym domu mieszkałam całe życie z teściową, nikogo innego tu nie było to i zdjęć żadnych nie ma. Myślałam – dziwna to kobieta zaprasza mnie do siebie i tak to wygląda jakby chciała żebym się z nią tylko modliła. Siedzi zamyślona i zawsze z różańcem w ręce. Ilekroć mnie spotkała to niemalże na siłę ciągnęła do siebie do domu. Wyglądało to tak jakby bardzo chciała coś mi powiedzieć jednak coś ją wstrzymywało przed tymi wyznaniami. Już czułam się w jej domu jak u siebie, robiłam dla nas herbatkę, puszczałam muzykę ze starych płyt i siedziałyśmy w milczeniu. Pomyślałam, że może jak zacznę z nią modlić się to otworzy się i coś o sobie opowie. Miałam rację, ale wolałabym tego nie słyszeć. To wyglądało tak jakby wszystko zrzuciła z siebie a odpowiedzialność za jej ciężki grzech spadł na mnie. To było całonocne opowiadanie po którym więcej już do pani Emanueli nie przyszłam, zresztą po kilku dniach zmarła. Zaczęłam od pytania – kochała pani swojego męża? A ona prawie z krzykiem – coś się tak uparła z tym mężem, ja kochałam teściową i to z wzajemnością. Otóż, jak już pisałam, teściowa pani Emanueli była primadonną opery Lwowskiej, szybko rozeszła się wieść, że interesują ją kobiety nie mężczyźni. Została brutalnie zgwałcona i z tego gwałtu urodził się syn. Odwrócili się od niej wszyscy. Przestała też śpiewać. Mijały lata w samotności i w biedzie. Syna nie kochała. Techniczny pracownik teatru, który od lat ją kochał nieśmiało, namówił ją żeby została jego żoną i żeby już jako małżeństwo wyjechali ze Lwowa. Tak zrobili, uciekali z miasta już w warunkach wojennych. W Warszawie znalazła pracę w sierocińcu i właśnie tam spotkała piękną, piętnastoletnią Emanuelę. W głowie przyszłej teściowej zrodził się szatański plan. Jej syn miał już lat 18, a jakby tak Emanuela została jego żoną to mogłaby zamieszkać razem z nimi już na zawsze. Na zawsze razem. Jednak chociaż syn był do tego konceptu potrzebny to w życiu codziennym był przeszkodą, tak samo jak i mąż. W głowie teściowej rodzi się jeszcze straszniejsza myśl – pozbyć się obu. Widziała wzajemność uczuć ze strony Emanueli dlatego działała szybko i zdecydowanie. Syn ożenił się z Emanuelą jednak nie spędził z nią nawet nocy poślubnej; jednej nocy przyszła po syna Służba Bezpieczeństwa, drugiej nocy po męża. Kobiety bardzo szybko zmieniły miejsce pobytu z Warszawy na Olsztyn a o ich mężach słuch zaginął. Jeszcze 20 lat panie przeżyły razem; jak Emanuela została sama dopiero do niej dotarło w czym uczestniczyła w swoim życiu. Zaczęły się niekończące modlitwy o odpuszczenie grzechów. Czy pomogły ? Nie wiem. Każdego na starość dopada cierpienie za grzechy, i bardzo dobrze; lepiej takich grzechów nie mieć. Drobne grzeszki to są nawet i owszem ale ciężkie i poważne to nie daj Boże. Nie mam takich i chwała Bogu niestety są ludzie co je mają i muszą z tym żyć. Kończę to nie miłe wspomnienie o którym długo nie mogłam odważyć się pisać.

I to byłoby na tyle – NARA!!

Mali terroryści.

W minionym tygodniu dwukrotnie byłam w mieście. Piszę o tym ponieważ uważam to za swój wyczyn, przecież ja całymi tygodniami potrafię nie wyściubić nosa po za teren dps. A jeszcze nie tak dawno, sama, bez niczyjej pomocy codziennie chodziłam sobie do miasta. A teraz samochód służbowy podrzuca mnie na przystanek autobusowy, na którym ja przesiadam się do pojazdu komunikacji miejskiej, jadę do konkretnego celu a wracam do Domu sama i bez pośpiechu. Zanim dojdę do dps to kilkukrotnie odpoczywam. Najbardziej lubię odpoczywać jak już jestem na ostatniej prostej, około 1km. od celu, na małej, jednokierunkowej uliczce okolonej ogrodami. Siadam wówczas na siedzisku swojego pojazdu, czyli chodzika, i przyglądam się przechodniom. Tym razem to się przysłuchiwałam awanturze pomiędzy dzieckiem i mamą. Jak już zbliżyli się do mnie to zobaczyłam, że ten walczący z mamą wojownik ma nie więcej niż 6 lat. Widać też było, że mama niestety w tej walce polegnie. Ustąpi dla świętego spokoju. Dzisiejsze mamy nie mają cierpliwości i dla świętego spokoju na wszystko pozwalają a mali terroryści znają słabość swoich mam i to wykorzystują. Nie raz widziałam takie sceny brania pod pręgierz mamy przez malucha, zawsze dzieciak wygrywał. Zaczęłam się zastanawiać jaka ja byłam jako dziecko. Nie domagałam się niczego czego nie mogłam sobie wziąć sama ponieważ niczego takiego nie mieliśmy. Rosłam bez zabawek czy słodyczy. Nie interesowało mnie kupno czegokolwiek czego mama mi nie kupiła. Jeśli nie kupiła to znaczyło że nie mogła. Pomimo wszystko dość często słyszałam – ty mnie Danuśka kiedyś do grobu wpędzisz. To chyba przez to, że zawsze starałam się zejść z oczu mamy. Mama zaczynała coś chcieć ode mnie a mnie już w pobliżu nie było. Jeśli domyśliłam się o co chodzi to szybciutko zrobiłam i zniknęłam żeby nie było drugiej części prośby. Jak coś chciałam to prosiłam tatusia a domagałam się od starszego rodzeństwa np. żeby przed swoim wyjściem z domu ładnie mnie uczesali, to oni znikali przede mną jak ja przed mamą. Jak już byłam nieco starsza i nadal naciągałam tatusia na kupno czegoś to wówczas mama wzięła się za mnie i miałam wykład typu – żebyś mi się nie ważyła prosić tatę o cokolwiek, nie jesteś jedynaczką. No i więcej już o nic nie odważyłam się prosić. A jakie były moje córki? Starsza cieszyła się jak cokolwiek dostała i nigdy o nic mnie nie prosiła, ona miała od tego ukochaną babcię. Ja przyzwyczaiłam starszą córkę do przeglądania nowości w pismach dla dzieci czy książkach, to tylko przy witrynach księgarskich czy kioskach RUCHU szkliły się oczy córki z pożądania. Godzinami musiałam jej czytać aż już wszystko umiała na pamięć i wówczas popisywała się przed każdym kto do nas przyszedł – jak to ona pięknie czyta. Każdy kto słyszał jej ” czytanie ” był zaskoczony i pełen podziwu. Ale tak było dopóki nie musiałam swojego czasu dzielić na dwie już córki. Młodsza była zupełnie inna. Bywało że próbowała mnie terroryzować jak wychodziłyśmy razem po zakupy; a wychodziłyśmy razem codziennie. Jednak jak zaczynał się terror to ja udawałam że spełniam życzenie, kupując jej coś innego co uważałam za właściwsze, np. zamiast batonika kupowałam kabanosika, a wręczałam jej to jak już byłyśmy daleko od sklepów. Niestety zawsze chodziło o słodycze. Zaczynały się kaprysy na które ja nie reagowałam. Szybko dziecko się zorientowało, że prosić mnie o coś to daremny trud. Zaznaczam, że ani ja ani moje dzieci nie dostawałyśmy żadnego kieszonkowego przy dorastaniu i przeżyłyśmy jakoś. Jak już jestem przy zwyczajach w mojej rodzinie, to koniecznie muszę napisać o zwyczajach mojej mamy jako teściowej. Na temat teściowych krążą dowcipy, nigdy pochlebne, teściowa to postrach, to nic dobrego. Ale nie moja mama. Moja mama miała zupełnie inne podejście do swoich zięciów a miała ich aż czterech i jedną synową, która wolała mieszkać ze swoimi rodzicami. Podobno synowe nie są zbytnio lubiane przez teściowe. Każde młode małżeństwo musiało na początku jakiś czas pomieszkać w domu mamy, czyli i teściowej. Ja ze swoją już rodziną mieszkałam u mamy 5 lat zanim dostaliśmy swoje mieszkanie. Moja mama nadzwyczajnie traktowała swojego zięcia. Uważała, że jest to ktoś kto przyszedł do obcego dla siebie domu i trzeba mu pomóc w adaptacji. Robiła wszystko żeby nowy członek rodziny czuł się jak najlepiej. Jeśli dochodziło do jakiegoś sporu pomiędzy mną a moim mężem, mama zawsze stawała po stronie swojego zięcia, zawsze. Nie wnikała kto ma rację, uważała, że ja jestem w swoim domu i sobie ze wszystkim poradzę a zięciowi trzeba pomóc. Wszystko było ku zadowoleniu zięcia. Żaden z moich szwagrów nie powiedział na swoją teściową ani jednego złego słowa. Natomiast my, córki często byłyśmy wściekłe na mamę. Mama nic sobie z tego nie robiła, przyjęła taką taktykę i już. Mąż musi lubić wracać do domu a jeśli żona tym się nie przejmuje to zajmie się tym teściowa.

Tyle o sprawach rodzinnych. A po za tym, sierpniowe upały dają się we znaki. Taka pogoda jaka jest ostatnio to młodych zachwyca, starych zatrzymuje w domu, bo dla nas starych jest już nie do zniesienia. A ponieważ ja już w ogóle wychodzę z domu bardzo rzadko, to szczerze mówiąc nawet nie wiem, jaka to pora roku. Coś się zaczęło to i skończy. Z domu wychodzę wyłącznie o świcie a wtedy jest zawsze chłodno, podobnie i latem i wiosną i jesienią; zwłaszcza, że bardzo lubię jak pada, obojętnie czy deszcz czy śnieg, czuję się wówczas bardzo dobrze. Jestem taka jakaś odwrotna, w języku rosyjskim to jestem taka szywarat na wywarat. Jak wychodziłam ostatnio do miasta to mnie ostrzegano, że zanosi się na deszcz a ja na to właśnie liczyłam – kocham pogodę niżową, jak jest tak byle jak.

I to już wszystko, do następnego – NARA!!

Ilovewro.

Napisał do mnie ktoś kto na wstępie zaznaczył, że kocha Wrocław, podpisał się bowiem ilovewro, pl tak więc sprawdziłam co ten zlepek znaczy i okazało się, że gdyby było napisane i love Wro to właśnie byłoby wyznanie miłości Wrocławowi. Cieszę się bardzo, że ludzie kochają swoje miasta, ja również kocham swoje. Dziękuję bardzo za miłe słowa; a na pytanie – czy planuję w podobnym tonie pisanie swojego bloga – odpowiadam – zwróć uwagę, a to jest równoznaczne z przeczytaj od początku czyli ponad 580 wpisów, że wpisy mają kilka , jeśli nie kilkanaście tonacji. Blog zaczęłam pisać pod wpływem wielkiego rozczarowania jakie mnie spotkało natychmiast po zamieszkaniu w dps. a szłam pełna nadziei, że będzie super. Tu w moim dps spotkałam się z najciemniejszymi kolorami charakterologicznymi. Kiedy miałam dosyć tego szamba w którym się znalazłam musiałam jakoś zresetować swój umysł. bo wyjścia z niego nie było, zaczęłam opisywać swoje korzenie rodzinne a później to szło na zmianę, to wydarzenia w dps, to wspomnienia o moich sąsiadach, to wspomnienie o moim życiu, albo skomentowanie tego co zasłyszałam w telewizji. Opisywałam również swoje wyjścia z dps na spacer ponieważ zawsze spotkało mnie coś co warto było opisać Mam nadzieję, że już nic złego mnie nie spotka i moje wpisy to będą jakieś wydarzenia i jakieś zasłyszenia. Bardzo lubię pisać i będę to robiła w różnych tonacjach. Pozdrawiam serdecznie komentatora mojego bloga.

Dzisiaj, 7 sierpnia na placu przed naszym dps miał miejsce występ kwartetu męskiego – Warmia Retro Band. Panowie około sześćdziesiątki po których od razu widać było, że scena to ich żywioł, normalnie fachury które na scenie potrafią wszystko. Zachwycił mnie skrzypek, którego tony były cudowne. Wcale nie gorszy od niego był klawiszowiec, nawet kontrabasistę mogliśmy słyszeć w solówkach, to jest majstersztyk. Za moich czasów po każdej solówce jakiegoś instrumentalisty były owacje, szkoda, że ten zwyczaj zanikł, to zawsze dodawało skrzydeł muzykom. No i wreszcie solista – wokalista i prowadzący w jednej osobie. Program prowadził zgrabnie. Zabawiał nas dowcipami. Osobowość bardzo muzykalna, poczucie rytmu mająca we krwi, całkiem zgrabnie swingująca ale przydałoby mu się trochę więcej śpiewającego głosu. Po rozmowie z córką okazało się, że to jest kabareciarz nie piosenkarz, a w kabarecie trzeba umieć wszystko, śpiewać też i pan Andrzej umie wykorzystać swój głos śpiewająco. Taka forma występów to moja młodość. Ci z którymi występowałam również potrafili zachwycić; tyle tylko, że skład zespołu z którym śpiewałam był nie co inny. Nie było skrzypiec, a szkoda, był na ogół saksofon, zwykle tenor, czasem plus trąbka, no i gitara prowadząca, oczywiście kontrabas i koniecznie perkusja. Konferansjer w moich czasach, to była nieodzowna konieczność; to on zabawiał publiczność, dlatego osoba śpiewająca na prawdę musiała umieć śpiewać. ” To były piękne dni, po prostu piękne dni, nie zna już dziś kalendarz takich dat „.

Swój wpis wysyłam wcześniej niż zwykle, zwykle to jest sobota, ale jutro od rana jadę do szpitala na cykliczne kłucie gałek ocznych. Pani doktor wspomniała tak nie śmiało, że zrobi zastrzyki w dwoje oczu, tak więc w sobotę i w niedzielę będę taka nie koniecznie.

I to byłoby na tyle – NARA!!

Wesoły pociąg…

To tytuł piosenki, którą śpiewaliśmy na jednym z czwartkowych spotkań z piosenką. Wprowadziliśmy taki zwyczaj , że tytuł wybiera jeden z uczestników spotkania, następnie szykujemy tekst i muzykę a na następnym spotkaniu śpiewamy wszyscy te wybrane piosenki. Dlaczego wpadła mi do głowy właśnie ta piosenka? Otóż, odkąd zaczęły się wakacje to w telewizji bębnią ciągle o drożyźnie utrudniającej wyjazdy rodzin na wczasy. Że na ogół Polacy uciułają co najwyżej na tygodniowy pobyt na wczasach, na dwutygodniowy prawie nikogo nie stać. Oczywiście nie biorę pod uwagę możliwości milionerów bo takich po obaleniu ustroju w 1989r. z roku na rok przybywa. A ta piosenka mówi, że był czas kiedy wszystkich było stać na wyjazd na wczasy z całą rodziną i na pełne dwa tygodnie. Wystarczyło żebyś pracował, a praca była dla każdego. Zarabialiśmy bardzo mało, jednak nie było tej pogoni za pieniędzmi i kultu bogactwa. Każdy zakład pracy miał swoje ośrodki wypoczynkowe i fundusz wczasów pracowniczych. Ośrodki te były różne w zależności od zamożności zakładu, ale były. Były dostępne dla wszystkich tak samo i sanatoria i wczasy nad morzem, jeziorem czy w górach. Ludzie wyjeżdżali gremialnie stąd te wesołe pociągi. W lipcu i w sierpniu właśnie kolej szykowała specjalne składy pociągów żeby dowieźć wszystkich na wypoczynek i przywieźć wszystkich po wczasach do domów. A teraz mają się dobrze wyłącznie politycy i celebryci, chociaż to jedno i to samo. Politycy chcą wygrać wybory nic poza tym, a wybory u nas są bardzo często. Ledwie jedne się skończyły to już się słyszy o tych co będą. O swoich planach programowych zapominają bardzo szybko; kalkulują w której partii opłaca się im być, a te partie biorą jak leci w swoje szeregi wszystkie odpady bo liczą się głosy na sali sejmowej. Aż przykro patrzeć na to wszystko i przykro słuchać. Konfederat nazywa Pisowców politycznymi gangsterami, Pisowiec konfederata nazywa rozwydrzonym bachorem. Jak mówi poseł Trela ( którego bardzo lubię ) polityczny debiutant z niewiadomych powodów piastuje drugi urząd w państwie stąd brak poszanowania słowa; na estradzie wszystko mu było wolno, jeszcze nie wie, że w polityce trzeba ważyć słowa i zachowanie. Toczą ciągłą bitwę między sobą a obiecywali bić się o nas. To nie kończący się spektakl. Nowy Prezydent będzie robił wszystko żeby obalić rząd, rząd będzie walczył z Prezydentem; podobno elektorat lubi igrzyska. Tę kwiecistą paplaninę słychać z ust każdego polityka. Niedawno jeden z największych polityków świata, obiecywał ” świetlaną ” przyszłość swojemu krajowi i spokój w Ukrainie. A teraz daje sowietom 50 dni na wykrwawienie Ukrainy – wstyd! Z ust wysokiej rangi oficera polskiego padają słowa – ” dopóki na Ukrainie trwa wojna to my możemy czuć się bezpieczni „. Jak można takie słowa wypowiadać publicznie ? Politycy nie ważą słów. Trumpowi przeszkadzają wiatraki, chociaż nie są one w jego kraju. Nie ważne, że przynoszą oszczędności w energetyce, ważne, że zmniejszają powierzchnię pól golfowych, a to przecież i zysk i rozrywka szanownego pana Prezydenta. Nasz przyszły Prezydent nic a nic nie będzie lepszy, kabareciarze śmieją się, że jak trzeba to i w mordę da i dziewczynkę na noc załatwi, a on sam uważa, że są szlachetne formy mordobicia. Boże drogi, a gdzie są ci wielcy politycy, gdzie są prawdziwi mężowie stanu. To że ich nie ma to jesteśmy winni my wszyscy – wyborcy.

BO WIĘKSZYM PRZESTĘPCĄ OD TEGO CO KRADNIE JEST TEN KTO CZYNI MU MIEJSCE I DAJE MU GODNOŚĆ.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Miłe spotkanie.

Za każdym razem jak wyjdę z dps zawsze kogoś spotkam z kim chociaż trochę porozmawiam na mniej lub bardziej ciekawe tematy; na ogół rozmowa sprowadza się do mojej osoby, czuję się wówczas nie zręcznie. Tym razem spotkałam panią z którą rozmawiałam dziesiątki razy, nigdy o mnie, na ogół o niej, dlatego z przyjemnością i zaciekawieniem zatrzymałam się przy niej żeby dowiedzieć się co u niej. Pani Danusiu, jak byłam całe życie sama, choć nie sama, tak i jestem – mówi p. Ania. Kiedyś w wielkim domu i wydawałoby się z wielką rodziną: bo mąż, dzieci, rodzice, byłam ciągle sama bo mąż marynarz, rodzice zapracowani lekarze i dzieci ze swoimi sprawami, a teraz jesteśmy oboje z mężem na emeryturze jednak mąż nie potrafi żyć bez wielkiej wody więc ciągle ucieka do niej, rodzice nie żyją a dzieci już dawno na swoim a ja ciągle sama w wielkim domu. Żyję już tylko wspomnieniami. I wie pani, że bardzo chciałam panią spotkać bo od dłuższego czasu prześladuje mnie wspomnienie związane z panią p. Danusiu. Wspomnienie z lat sześćdziesiątych. Ale chyba nie znałyśmy się wówczas ? Tak, ale tylko panią zobaczyłam już w latach dwutysięcznych to od razu przypomniałam pewien fakt, jednak jakoś nie nawiązywałam do dawnych wspomnień. Chodzi o występ pani w Teatrze Narodowym, czy Wielkim jak kto woli. Pamięta pani jak zżarła panią trema a jak pięknie w stosunku do pani zachowała się publiczność. Skutki tremy pamiętam dobrze. Nigdy dotąd nie byłam w wielkim świecie chciałam więc popatrzeć jak wygląda Teatr Wielki i ludzie przychodzący do niego, tak się zapatrzyłam, że zupełnie zapomniałam tekst który miałam zaśpiewać. Ponieważ orkiestra grała, a dyrygował nią sam Rachoń to śpiewać musiałam i w konsekwencji zaśpiewałam cztery razy pierwszą zwrotkę. Doznałam szoku jak usłyszałam brawa, to były wręcz owacje a jak do tego dołączył okrzyk bis… to pomyślałam sobie – ludzie ze mnie zadrwili, trudno, za wysokie progi, ten wielki świat to nie dla mnie. Ale brawa trwały i trwały. Co się dzieje? Widownia nie pozwala mi zejść ze sceny. Aż nagle maestro podrywa orkiestrę do zagrania powtórki. Tak ze mną pogrywacie – pomyślałam. To ja wam pokarzę, że umiem śpiewać. I zaśpiewałam jak umiałam najlepiej i zaskoczyłam, że widowni właśnie o to chodziło, wierzyli we mnie chociaż mnie nie znali i chcieli mnie usłyszeć w pełnej krasie. Wspomnienia są piękne, ale od tej pory nigdy nie patrzyłam na widownię w obawie, że coś zobaczę i zapomnę jak to leciało.

Po kilku latach musiałam jednak w czasie występu zerknąć na widownię, ale to było u siebie, w naszym teatrze w Olsztynie, gdzie mnie wszyscy znali i znałam swój teatr. To już zupełnie coś innego. Miałam wspólny występ ze starszą córką, takie przekazanie pałeczki młodszemu pokoleniu. Ja bardzo szybko czułam się staro. Pewnie dlatego, że bardzo młodo wyszłam za mąż, { nie polecam }. Na występ ten zabrałam również młodszą córkę. Usadowiłam ją w samym środku widowni żebym mogła z łatwością ją dostrzec. Aż tu w trakcie śpiewania, patrzę a miejsce po córce jest puste. Zdenerwowałam się bardzo. W czasie przerwy chcę porozmawiać z konferansjerem żeby trochę zmienić kolejność bo ja muszę poszukać młodszej, a tym czasem konferansjer mówi mi – a ta twoja siedzi cierpliwie na widowni. Jak to, przed chwilą jej nie było. Za chwilę mamy śpiewać obie z córką, a młodszej znów nie widzę. W drodze powrotnej do domu dzieciak młodszy zachowuje się dziwnie. Nie chce iść razem z nami. W domu domagam się wyjaśnień. Bo ja, w przeciwieństwie do was, to mam wstyd – odpowiada. Nie rozumiem, jaśniej proszę. A ona na to – jak wy się nie wstydzicie tyle ludzi na was patrzy a wy popisujecie się jak w domu. Mnie było wstyd za was dlatego się chowałam żeby nikt nie domyślił się że jesteśmy rodziną. I już nigdy z wami nigdzie chodzić nie będę. Po paru latach, idąc Aleją Wojska Polskiego słyszę dochodzące śpiewy z kina Grunwald. Stanęłam żeby posłuchać i nagle niczego nie świadoma słyszę konferansjerkę udającą, że się myli i zapowiadającą moją młodszą w ten sposób – przed państwem Danuta S… przepraszam Grażyna S… najmocniej przepraszam to najmłodsza z rodziny Wioletta S.

I to byłoby na tyle NARA !!

Stare dokumenty

W chłodne, sobotnie, lipcowe popołudnie zaczęłam przeglądać stare szpargały i w nich natknęłam się na moje świadectwo szkolne ukończenia drugiej klasy szkoły podstawowej. Dziwne to świadectwo stwierdzało, że drugą klasę w roku szkolnym 1949| 50 ukończyłam w Olsztynie. Włożyłam to świadectwo do tej samej teczki w której była Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej z roku 1950 ale wystawione w Jezioranach i już całe popołudnie rozmyślałam jak to się stało, że ja przez ostatnie dwa i pół miesiąca chodząc do drugiej klasy w Jezioranach otrzymałam świadectwo, że ukończyłam tę klasę w Olsztynie. Przyszło mi do głowy, że znając ówczesne realia polityczne, dyrekcja szkoły wiedząc, że nas wywieźli w nieznane i w obawie, że może tak być, że nie będę miała możliwości chodzenia do szkoły, po prostu wydało dokument ukończenia klasy drugiej. Że też ja wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, jeszcze jak mogłam kogokolwiek o to zapytać – jak to możliwe, że kończąc drugą klasę w Jezioranach mam świadectwo jej ukończenia z Olsztyna. Fakt, na świadectwie jest napisane, że w roku szkolnym opuściłam 34 dni nauki i że te dni są usprawiedliwione, pewnie ta usprawiedliwiona nieobecność usprawiedliwiała wystawienie świadectwa. A zatem jakim cudem to świadectwo trafiło do naszej rodziny? Czyżby szkoła dowiadywała się o nas, może przysłali to świadectwo do szkoły w Jezioranach, a może rodzice odebrali je dopiero jak wróciliśmy do Olsztyna. A może dyrekcja szkoły w Jezioranach wystąpiła z prośbą o wystawienie świadectwa do szkoły olsztyńskiej, bo przecież musiałam przejść do klasy trzeciej, a chodziłam do trzeciej klasy w Jezioranach. Mnóstwo pytań. Pomieszanie z poplątaniem ale świadczące o życzliwości dyrekcji obu szkół.

Jak wspomniałam włożyłam to świadectwo do teczki z pamiątką I Komunii św. i postanowiłam te wydarzenia sprzed lat upamiętnić słowem dziękczynnym podczas mszy świętej w naszym kościółku. Opisałam na kartce, uroczystość rodzinną łączącą pierwszą komunię mojego trzeciego prawnuka ( a mam ich pięcioro ) z 75 rocznicą mojej pierwszej komunii, włożyłam do koperty 50 zł. i podałam naszemu tymczasowemu księdzu, ( jest w zastępstwie ). W jednej chwili przypomniało mi się jak zwróciłam się z prośbą do innego księdza, zatrudnionego przez wiele lat w naszym dps, na wyjątkowo dobrych warunkach finansowych, z prośbą o intencję modlitwy za mojego tatę w związku z Dniem Wojska Polskiego a mój tato Ułan, Piłsudczyk, wstąpił do wojska w styczniu 1920r. walcząc na Kubaniu. Tato miał wówczas 22 lata, sześcioletni staż wojskowy w legionach i został od razu plutonowym. Oczywiście tych wywodów nie pisałam tylko prośbę o modlitwę za tatę. I wówczas i dzisiaj dałam księżom 50 zł. Dzisiaj to jest bardzo mało a mimo to ksiądz całą mszę poświęcił mojej rodzinie czteropokoleniowej; natomiast 15 lat temu to nie było tak mało a ksiądz mnie olał. Wpisał się w gang dyrektorski który wówczas mnie gnębił. Musiał dołożyć swoje trzy grosze. Podaję księdzu sto zł. informuję , że chciałabym dać 50zł. ale nie mam odpowiedniego banknotu, a ksiądz myślał, że mnie przechytrzy i mówi – niestety ale reszty nie wydam bo nie mam, ale wyciąga rękę po stówę, a ja swoją cofam i mówię – wobec tego przepraszam ale to są moje jedyne pieniądze. Poczekaj, przypomniało mi się, że mam. Podnosi sutannę i spod niej wyciąga opasły plik banknotów. Ty szujo – pomyślałam, nosisz takie pieniądze ze sobą bo co, boisz się, że jak zostawisz w domu to koledzy ukradną? Po tym wydarzeniu przestałam na długo chodzić do naszej kaplicy. Nigdy nie przypuszczałabym, że ksiądz dołączy do ekipy gnębiącej ludzi. Przecież ta szuja odmówiła mi podania Komunii i to tylko dla tego, żeby poplecznicy dyrektorki widzieli iż on trzyma z nimi i że swoimi sposobami potrafi przygrzmocić psychicznie. Widać, że jeśli ktoś długo popracuje w dps to staje się śmieciem zgodnie z powiedzeniem – kiedy wejdziesz między wrony to kraczesz tak jak one. Także jak jakiś ksiądz oberwie od kogoś na ulicy to mnie to nie wzruszy.

Znów przychodzi, na mój blog, mnóstwo reklam; potrzebuję około godziny żeby na nie zerknąć i powrzucać do kosza. Wnuk mi tłumaczył, że są firmy które swoje reklamy mają tak ustawione, że jeśli coś czyta albo ogląda ponad 100 000 osób to reklamy przesyłają się same. Ostatnio był czas około pół roku, że miałam tylko po kilkanaście reklam a teraz znów po kilkaset. Czyli, że znów zaczął się bum na czytanie mojego bloga. Bardzo mnie to cieszy. Ale z trudem, w tej mnogości wpisów reklamowych, dopatrzyłam się wpisu z uśmiechem od Ani. Dziękuję.

I to byłoby na tyle NARA!!

Prawie spowiedź

Jest godzina 6 rano, ja już ćwiczę w atrium i słyszę, że dzwoni telefon. Rzadko kiedy zabieram ze sobą telefon, traktuję go jakby był stacjonarny, zawsze zostawiam w pokoju a ci co do mnie dzwonią mają pretensje, że nie odbieram i nie oddzwaniam. Wiem, że to świństwo z mojej strony ale nic na to nie poradzę, telefon zawsze leży w szufladzie a odbieram tylko wtedy kiedy słyszę dzwonek. Kto może dzwonić o tej porze, musiało się stać coś strasznego. Odbieram, patrzę – Krzysiek i zamiast grzecznie wysłuchać co może ode mnie chcieć, to ja na niego z góry – zwariowałeś, o tej porze dzwonisz, co spać nie możesz ? A ty pewnie nie masz czasu – mówi Krzysiek. Od kilku dni dzwonię do ciebie po kilka razy dziennie; teraz to miał być ostatni raz do ciebie a następny telefon to miał być do dyrekcji, żeby się dowiedzieć kiedy umarłaś. A ja myślałam, że to ktoś dzwoni z twojego telefonu żeby powiadomić mnie o twojej śmierci. No bo przyznaj o tej porze? Ty mnie już lepiej nie denerwuj tylko zacznij odbierać telefony albo oddzwaniaj.

Krzysiek dobrze wie, że ja nie umiem rozmawiać z mężczyznami , zawsze znajdę powód żeby petenta potraktować z góry. To niestety wina płci brzydkiej. W młodości panowie nie widzieli we mnie człowieka tylko obiekt pożądania i uraz we mnie pozostał, nie umiem inaczej . Z Krzyśkiem znamy się od 2001 roku, kiedy to zaczęłam przychodzić na pobyt dzienny do naszego dps.. On też przychodził. Znałam jego rodziców, chyba nawet o nich pisałam na blogu, muszę sprawdzić, bo to bardzo ciekawa historia. Jest mi bliżej wiekiem do jego rodziców niż do niego. To jest różnica około 10 lat, Krzysiek jest ode mnie o tyle młodszy a jego rodzice o tyle byli starsi. Krzysiek pomagał mi w różnych sytuacjach. On wiedząc, że w moim domu jest odłączony gaz przynosił mi różne frykasy przez siebie upitraszone. Jak miałam rękę w gipsie, po przegryzieniu przez psa, to również miałam gotowe posiłki przyniesione pod dom. Bo w moim domu nigdy nie był. Ja również nie byłam ani w jego domu w mieście ani na wsi. Całymi latami grywaliśmy w brydżyka. I to on, jak miałam końcowe ostre starcie z byłą dyrektorką, a ona powołała się na niego będąc w 100% pewną, że ją poprze, usłyszała, że w takim gównie to on się nie babrze. Tym zdaniem dodał mi sił do walki z tym barachłem. A czy ode mnie usłyszał choć jedno miłe słowo? Na pewno nie. Nie umiem być miła. Jestem rzeczowa, konkretna, uczynna, nigdy nikomu niczego nie odmówię, ale miła to nie. To za trudne. Tylko raz Krzysiek miał do mnie prośbę, żebym upiekła mu sernik na święta, a w zamian dostałam pół kilograma suszonych grzybów i dwa litrowe słoiki usmażonej i zamarynowanej rybki w occie. Siedział całe lato na wsi i zbierał grzybki i łowił rybki. Tym razem chciał żebym się dowiedziała jak długo czeka się na przyjęcie do naszego dps bo on już nie ma siły wychodzić ze swojego domu, bez laseczki to nawet po mieszkaniu nie chodzi. A ja na to – i czym ty się chwalisz, ja już od 8 lat chodzę przy pomocy chodzika i to już sprawia mi trudność; myślę o wózku elektrycznym żeby nie prosić nikogo o zrobienie mi zakupów w mieście. ( Przypomniało mi się, że podczas covidu to Krzysiek robił mi czasem zakupy). O ile się nie mylę to podanie o przyjęcie do naszego dps, w twoim imieniu, pisałam już 10 lat temu. Rozumiem ludzi którzy mimo trudności życiowych ociągają się z zamieszkaniem w dps ze względu na dzieci które muszą dopłacać do pobytu, ale ty dzieci nie masz, tobie chyba żal mieszkania. Ty i chciałbyś i boisz się. Ale dowiedziałam się wszystkiego o czym trzeba wiedzieć chcąc zamieszkać w dps – po złożeniu odpowiednich dokumentów czeka się na przyjęcie od pół roku do roku. Tę wiadomość to już zostawiłam mu na sekretarce, dzwonić i rozmawiać to już za duża fatyga – jak na mnie.

Po rozmowie z Krzyśkiem dotarło do mnie, że jestem okropnym człowiekiem. Przypomniało mi się, że gdzieś miesiąc temu, Krzysiek był u mnie i mnie nie zastał, a ja nawet nie zadzwoniłam do niego żeby spytać czy czegoś chciał ode mnie czy po prostu przyszedł. Mogę tylko żałować, że jestem taka nie czuła, bez empatii, ale niestety już za późno na zmiany.

I to byłoby na tyle – NARA!!

Dajmy sobie coś miłego…

Ta króciutka informacja miała zachęcić nas do przyjścia na koncert, który odbył się w czwartkowe popołudnie w sali gimnastycznej. W różnych sytuacjach używano u nas słowo – koncert – tak więc nie bardzo w to słowo wierzyłam, a jednak, z lekkim opóźnieniem ale poszłam. Dla mnie słowo koncert ciągle znaczy bardzo wiele mimo tutejszych jego wypaczeń. Zbliżając się do sali usłyszałam śpiew mezzosopranistki. Przystanęłam i wsłuchiwałam się. Głos nie brzydki, kształcony ale niedokształcony. Solistka przy każdym podwyższeniu tonacji na ułamek sekundy przerywała śpiew. Jak doszło do wysokich partii artystka swój śpiew zamieniała w krzyk. Nie trafiłaś, moja kochana, na dobrych profesorów. Usłyszeli nie brzydki głos i tylko to co mieli poddali obróbce, nie szukali więcej i więcej. Przypomniały mi się lekcje śpiewu mojej koleżanki, o której już pisałam, lekcje u profesor Stankowej. Weronika bardzo chciała być gwiazdą scen operowych. Ten jej upór w dążeniu do celu bardzo podobał się naszej profesor. Powiedziała Weronice wprost – masz ładny kawałeczek głosu, reszta głosu jest ukryta głęboko i co najmniej przez rok będziemy ten głos wydobywać. Udało się, Weronika zachwycała swoim głosem widownie sal koncertowych na świecie. Natomiast wykonawczyni którą słuchałam, z zapowiedzi była solistką scen operowych Gdyni. Jednak, to spotkanie można było nazwać koncertem zwłaszcza, że drugi wykonawca prowadzący program i zabawiający zebranych, pan po sześćdziesiątce z pięknym, ciepłym głosem zachwycał, a śpiewał i solo i w duecie; i właśnie na zakończenie duet zaśpiewał nam piosenkę o tytule takim jak mój wpis.

A co tam u nas w polityce? Brzydko i bardzo brzydko. Dwie główne partie obrzucają się błotem na zmianę. Do tego błota swoje pięć groszy dorzucają partie mniejsze, które w ten sposób podpinają się do partii większej i o dziwo na ogół do PISu. Z koalicji Platformy i reszty od dłuższego czasu nie należycie zachowywał się Szymon Hołownia, chociaż udaje ciągle, że jest ” Ą ” ” Ę ” . Wiernie przy Platformie trwa PSL i Lewica, chociaż programowo różnią się radykalnie, np. te dwie partie w sprawach kobiet. Co z tego galimatiasu wyniknie nie trudno sobie wyobrazić – Prezydent bez pełnego zaufania, Sądy bez kompletnego zaufania i dumny z siebie Kościół który zamiast słynąć ze szlachetności liczy tylko korzyści jakie nawzajem przynoszą sobie z PISem. Jak do tego wszystkiego dołączy Konfederacja to kobiety w Polsce zaczną nosić burki i swoim panom buty czyścić. Dobrze, że tego nie dożyję.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Czerwiec 2025r.

Czerwiec tego roku, jeśli chodzi o pogodę, był inny niż wszystkie poprzednie czerwce sprzed ostatnich co najmniej pół wieku. Odkąd sięgam pamięcią to każdy czerwiec zamęczał ludzi gorącymi nocami. Powstawały piosenki o upalnych nocach czerwcowych; a w tym roku była jedna jedyna noc z temperaturą 15 stopni, reszta była po niżej. Jeśli chodzi o dni to czerwiec również nie bardzo ma się czym chwalić a jeszcze tylko dwa dni i po czerwcu.

Chciałabym nawiązać do swojego ostatniego wpisu o dwóch wydarzeniach. Jedno z nich właśnie zakończyło się w piątek, to moja terapia którą odbywałam w szpitalu. O tym, że same zabiegi różniły się radykalnie od tych wykonywanych u nas to już pisałam. Chcę pochwalić działania organizacyjne Justynki która organizowała moje dojazdy do szpitala, naszego kierowcy no i przede wszystkim naszej kuchni. Wydawałoby się, że jest to nie do ogarnięcia – samochód jeden a podopiecznych trochę jest. Każdy mój wyjazd wiązał się z przygotowaniem dla mnie śniadania; i tak na początek ustalono, że będę wyjeżdżała o godzinie 8. 15. Tak więc śniadanie było gotowe już o godzinie 8. Po kilku dniach zaczęło się zmieniać , wyjazdy były i o godzinie 7. 40 i o godzinie 7. 15 i zawsze wszystko grało. O godzinach wyjazdów dowiadywałam się dzień wcześniej po to żeby dogadać się z terapeutkami szpitalnymi odnośnie czasu na zabiegi. I wyobraźcie sobie, że wszystko chodziło jak w zegarku. Pomimo ciągłej zmiany czasu wyjazdów nigdzie i na nic nie wyczekiwałam, ani na samochód, ani na śniadanie, ani na zabiegi. Jestem pełna podziwu, że tak pięknie można było dogadać sprawę.

W niedzielę 22 czerwca, przyszli do mnie moi wnukowie i prawnukowie z opowiadaniami o przebiegu uroczystości komunijnych prawnuka i uczczeniem moich imienin, które były dwa dni później. No i oczywiście zaczęły się rozmowy o I Komuniach. Wnuk opowiadał ilustrując zdjęciami, wydarzenia z 15 czerwca br. Ja opowiadałam o swojej I Komunii, również popierając to swoimi starymi, czarno białymi zdjęciami. A moja córka nagle powiedziała, że nie pamięta I Komunii swojej córki; tak więc zrobiłam córce i wnuczce niespodziankę i przeczytałam swój wierszyk upamiętniający I Komunię wnuczki. Dlaczego dopiero teraz o tym mówisz, że coś napisałaś – spytała córka. Zawsze byłam pewna, że kpicie z mojej ” poezji ” a ja opisywałam często różne sytuacje które zatytułowałam ogólnie – Fragmenty życia zapisane wierszem. Każdy z takich wierszyków nie miał tytułu tylko był opatrzony datą. I tak pod datą ( niestety nie pełną ) maj 1999r. pisałam : Tego roku maj był Laury, otulił ją bielą, kołysała w sercu Bozię z dumą i nadzieją. Skąd powaga taka w dziecku, skąd tyle godności ? W długiej sukni kroczy dumnie i zaprasza gości. Zapraszała nas do stołów umajonych kwieciem, z lewej strony starsi siedli, po prawej zaś dzieci. Kuchnia polska i chorwacka na białym obrusie, ustawiają pełne misy Damirek z tatusiem. Rośnij zdrowo polska wnuczko choć z chorwackiej ziemi. Wojna ciebie tu przygnała z rodzicami twymi. Szłaś przez Sztudgard do Olsztyna Zagrzebianko mała. Rośnij zdrowo, ucz się dobrze, tryskaj szczęściem cała.

Następne nasze spotkanie ustaliliśmy na dzień 9 lipca, ponieważ żona wnuka dopatrzyła się na świadectwie komunijnym moim, w postaci pamiątkowego obrazka, że do I Komunii przystąpiłam 9 lipca 1950 r. a zatem równo 75 lat temu i to należy uczcić.

I to byłoby na tyle NARA !!

Dwa wydarzenia…

które muszę opisać – to I komunia mojego prawnuka w porównaniu z moją I Komunią, oraz rehabilitacja którą przechodzę aktualnie chodząc na zabiegi do szpitala, w porównaniu z rehabilitacją jaką miałam u nas w dps.

15 czerwca mój trzeci prawnuk ( a mam ich piątkę ) przystąpił do I Komunii Św. Na uroczystości nie byłam bo po pierwsze jestem już osobą którą trzeba się zajmować – pomagać w różnych sytuacjach a był to dzień w którym wszelkie zainteresowania należało skierować na prawnuka nie na mnie, po drugie męczą mnie tłumy ludzi i staję się bardzo kłopotliwa. Całą uroczystość znam z opowiadania, zresztą jakie teraz są te komunijne uroczystości to każdy wie. Jednak dopiero po fakcie uświadomiłam sobie, że powinnam była być żeby opowiedzieć zebranym jak wyglądała moja I Komunia. W końcu jestem ostatnim świadkiem w rodzinie który wie i pamięta jak żyło się w kraju socjalistycznym. Tylko czy ktokolwiek słuchałby mnie ? Młodzi dzisiaj nie wiedzą, że skromnie, a nawet biednie może być pięknie. To był rok 1950 – Polska była w obozie socjalistycznym, a moja rodzina była na indeksie Urzędu Bezpieczeństwa. Na lekcje religii chodziłam w Olsztynie a Komunię Pierwszą przyjmowałam w Jezioranach. Lekcje religii w Olsztynie odbywały się w salkach katechetycznych przy kościele natomiast w Jezioranach normalnie w szkole. Jak pisał W. Broniewski – ” pod drzwiami staną i nocą kolbami w drzwi załomocą ” to nie fikcja poetycka, to norma przy składaniu wizyt przez Urząd Bezpieczeństwa; taka sytuacja miała miejsce w marcu 1950 r, po północy w naszej rodzinie. Najpierw tatusia zabrali na ” przesłuchanie ” prosto z pracy, ( robili to co tydzień, zawsze w sobotę ), a później w nocy przyjechali rozklekotaną ciężarówką po resztę rodziny, czyli po mamę z jej czwórką dzieci, po to żeby nas wszystkich wywieźć do innego miasta. Nie wyjaśniali nic. Na każde mamy pytanie padało słowo – milcz. Jak przyjechaliśmy do Jezioran to zegar na kościelnej wierzy wskazywał trzecią w nocy. Jeziorany były miejscem zsyłek wrogów socjalizmu dlatego mieszkańcy tego miasteczka byli uczuleni na dźwięki kół ciężarówek po bruku nocą i natychmiast biegli z pomocą, w końcu przywozili tu ludzi takich jak oni sami, czyli przyjaciół którym trzeba pomóc. I pomagali wszyscy wszystkim w każdej sytuacji. Jak pomagali to opisałam we wpisie – Jeziorany i Jeziorany II. Ale miałam pisać o uroczystości komunijnej. Otóż każdy z mieszkańców przynosił do kościoła najpierw stroje, jakie miał, dla dzieciaków a później co kto mógł żeby można było przyjąć około setki gości. Jeśli potrzebne były jakieś przeróbki strojów to krawcowa – Pani Glejznerowa, była do dyspozycji, chociaż nie była katoliczką, była Żydówką. Przyjęcie po komunijne odbywało się na dziedzińcu przykościelnym i było przeznaczone dla wszystkich dzieci z miasteczka i okolicznych wiosek. Rodzice tylko usługiwali dzieciom, przy stołach nakrytych białymi obrusami udekorowanymi gałązkami sparagusu, tak samo jak ubranka dzieci przystępujących do komunii. Mam zdjęcie pamiątkowe w białej sukieneczce przystrojonej gałązkami sparagusu. A na stołach stały dzbany kakao i misy z ciastem drożdżowym. Ilustrowaną pamiątkę I Komunii mam do dzisiaj. W naszym muzeum znajduje się taka pamiątka z roku 1970 a ja przecież mam z roku 1950 jest taka sama, czyli, że kościół również żył skromnie, nadrukował obrazków i korzystał z nich przez dziesiątki lat. Jedynym prezentem dla dzieci było pamiątkowe zdjęcie z księdzem, a radości i szczerej sympatii wszystkich dookoła było co nie miara.

Druga sprawa którą chcę opisać porównując, to moja rehabilitacja. Skierowanie na tę rehabilitację otrzymałam od neurologa z dokładnym opisem co i jak. Zrobiłam ksero tego skierowania i oryginał zaniosłam do szpitala a kopię dałam naszym terapeutkom w dps, to dlatego, że na szpitalne zabiegi musiałam czekać 7 miesięcy. Każda ze stron inaczej odczytała wytyczne na skierowaniu. Nasze terapeutki ulokowały mnie na łóżku, wytłumaczyły co i jak mam robić – było to 5 różnych ćwiczeń z unoszeniem bioder oraz nóg w różnych pozycjach i to wszystko. Panie rehabilitantki poszły sobie do swojego ulubionego kantorka. Ich nigdy nie interesuje jak pacjent wykonuje te czynności, one zrobiły swoje – opisały w miarę dokładnie co masz robić tak więc rób albo i nie to już twoja sprawa. A w szpitalu – ponieważ było wyraźnie napisane, że chodzi o cały kręgosłup to zaczęły od prądów na kręgosłup szyjny, później laser na kręgosłup lędźwiowy. Następnie siedząc na krzesełku ćwiczyłam na różne sposoby kręgosłup szyjny przez pół godziny pod ścisłym nadzorem terapeutki. Następne pół godziny ćwiczyłam przy drabinkach, również pod ścisłym nadzorem. Wytłumaczono mi, że ze względu na zawroty głowy nie mogę wykonywać żadnych ćwiczeń w pozycji leżącej, zabiegi z prądem również mam ograniczone ze względu na problemy z sercem. Terapeutki w szpitalu zanim przystąpiły do zabiegów dokładnie zapoznały się z moim ogólnym stanem zdrowia. Terapeutki z naszego dps. znają mnie od lat ale jakoś nie interesuje ich mój ogólny stan zdrowia, czytają tylko zapis na skierowaniu a i to jakoś inaczej, tak wybiórczo. Po ćwiczeniach w szpitalu jestem bardzo zmęczona a jeszcze muszę pieszo wrócić do Domu. Jeszcze nie tak dawno ten kawałeczek drogi przebywałam w ciągu 8 minut, teraz idę tą drogą 45 minut, oczywiście co chwilę odpoczywając. Wczoraj ledwie weszłam do pokoju to padłam na łóżko i zasnęłam; nie nadawałam się nawet do rozmowy.

I to już wszystko – NARA !!