Ten wpis zatytułowałam – odpowiedzi , ale żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania , którymi mnie zasypaliście ostatnio to musiałabym przepisać całego swojego bloga i opowiedzieć swój życiorys damsko – męski. Wiele rzeczy chcielibyście żebym wyjaśniła. Ale jest też pytanie od osoby która mnie zna i widziała mnie w autobusie w ubiegłym tygodniu, bo pytanie brzmiało – z jakiej okazji było to ogromne naręcze kwiatów? Zacznę od odpowiedzi na pytanie – czy Zygmunt spotkał się wreszcie ze swoją ukochaną? Odpowiedź brzmi – oczywiście, że nie. Tak jak pisałam u nas zawsze są tylko obiecanki cacanki… Rozmowa z naszą szanowną nie miała i nigdy nie będzie miała sensu. To jak grochem o ścianę. Udaje, że słucha, obiecuje, a jak się odwróci to już nie pamięta o czym była rozmowa. Ona ma jakiś zawór który przekręci – pstryk i nie słyszę tylko się uśmiecham. Ten uśmiech u naszych trzech decydentek to udawana empatia, której u nich jest kompletny brak. Naobiecywała Zygmuntowi, że zawiezie go do Anetki. To tylko pół godziny jazdy samochodem. Okazja ku temu była; w każdym Domu Opieki organizuje się tak zwane majówki na które zjeżdżają się goście z innych Domów. Wystarczyło wysłać zaproszenie do Domu w którym mieszka Aneta i ona przyjechałaby z opiekunem do nas. Tak samo można było zadziałać w drugą stronę. No ale żeby tak się zachować to trzeba kochać ludzi. Jeśli z jakiś powodów nie można by było tak postąpić to należałoby zainteresowanym grzecznie wytłumaczyć dlaczego tak a nie inaczej. Zarówno Aneta jak i Zygmunt są mądrymi ludźmi. Upośledzonymi fizycznie ale mądrymi. Zygmunt jest mądrzejszy od naszego lizusa z wyższym wykształceniem. Nasz lizus rozwiązuje jedynie najprostsze krzyżówki a Zygmunt rozgrywa partie szachowe z komputerem. Te kwiaty to długa historia, którą opowiem następnym razem. Następnym razem odpowiem też na pytanie – czy nie mogłabym zakończyć wreszcie tego konfliktu ? Może jednak powinnam uczestniczyć w wyjazdach i zajęciach organizowanych dla mieszkańców Domu ? Czy nie powinnam skierować do Sądu sprawy wmawiania mi choroby psychicznej, właśnie takie wmawianie może wreszcie spowodować depresję. Dlaczego teraz tak rzadko piszę? Pani Zofia przysłała mi instrukcję jak krok po kroku mam działać żeby udowodnić nękanie i złą wolę decydentek. Dostałam też zaproszenie do zamieszkania w innym Domu Opieki gdzie z chęcią wykorzystają moje talenty artystyczne i zapewnią spokój. Za wszystko bardzo dziękuję. Każde słowo napisane do mnie jest mi bardzo ważne ponieważ świadczy o tym, że nie jestem sama.
Po nitce do kłębka
Muszę wyczerpać temat naszego psychiatry, dlatego, że im więcej piszę i myślę na ten temat to więcej wiem. On działał na wyraźne zlecenie pani dyrektor, żeby mnie uciszyć. Byłam świadkiem wielu incydentów stwarzanych np. przez Halinkę, która naprawdę powinna znaleźć się w szpitalu psychiatrycznym; przecież ona pobiła nie jedną osobę, wyzywała każdego kogo spotkała na swojej drodze, okradała ludzi, no ale ona nie wysyłała informacji w świat o paskudnej działalności naszych decydentek, tak więc niech sobie robi co chce, ludzie się poskarżą i im przejdzie. Zresztą co to za ludzie – stare niedołęgi. Tak właśnie odbierają nas i traktują decydentki. Drugą osobą która kwalifikuje się do szpitala na diagnozę i leczenie jest pan Leon. Z nim jest coraz gorzej. Ma jakąś fobię i boi się nocą swojego pokoju. W dzień chodzi i ubliża ludziom. Jedną z pracownic to wyzywa od złodziejek na cały regulator aparatu gębowego. Słyszą to decydentki i nic, jemu wolno bo zostaje to wszystko w murach naszego Domu. Jak dla mnie to nawet fakt, że pan Leon je trzy razy dziennie jajka gotowane to już to jest choroba psychiczna. Niech by kuchnia spróbowała nie dać jajek Leonowi to urządziłby takie piekło na stołówce, że wszyscy skończyliby w psychiatryku. Jeśli chodzi o mnie to mimo, że pani dyrektor nałgała, że posługuję się ” agresją słowną” to konia z rzędem temu kto potwierdziłby u mnie agresję jakąkolwiek, czy słowną czy czynną. Chyba, że taki sam łgarz jak nasi decydenci. Ja demonstracyjnie okazuję lekceważenie to w ramach rewanżu za taki sam stosunek do nas mieszkańców. A jak bardzo jesteśmy lekceważeni przez decydentów to postaram się wyjaśnić na podstawie pism rzekomo wysyłanych w naszej sprawie czy to do urzędów czy do samego Prezydenta. Mam w posiadaniu pismo ze skargą naszego mieszkańca do Prezydenta Miasta i dopiero jak przeanalizowałam dokładnie odpowiedzi na te skargi to widać wyraźnie, że odpowiadają na nie osoby na które ta skarga była składana. Tak samo jak pismo z 2010r. kierowane do Pana Eugeniusza tak samo i pisma z 2013 i 2018 r. kierowane do mnie w treści są identyczne : zarzuty są niczym nie potwierdzone, pracownicy działają dla dobra placówki oraz mieszkających w niej pensjonariuszy a osoby skarżące się to są wręcz kanalie utrudniające pracę decydentom. Przecież nawet doktor psychiatra usiłując mnie przestraszyć użył sformułowania, że dezorganizuję pracę. I teraz po tej nitce dochodzimy do kłębka. Dnia 22 marca za pośrednictwem naszego sekretariatu, skierowałam pismo do pana doktora z pytaniem o jednostkę chorobową na podstawie której tak bardzo chce mnie skierować do szpitala psychiatrycznego. Wiedziałam, że tym pismem rozłożyłam na łopatki pana doktora. On bardzo chciał mnie wziąć pod swoje skrzydła wszak jest ordynatorem w takim szpitalu; bardzo szybko zrobiłby ze mnie kompletną wariatkę. Nie wyszło. Sprawę w swoje nieczyste ręce wzięła pani dyrektor, a przynajmniej udawała, że zajmuje się nią. Ja im udowadniam, że głupia nie jestem a do decydentek nie dociera. Mam swoje lata i wolniej myślę ale ciągle logicznie.Ponieważ całe życie pracowałam wśród szlachetnych i mądrych ludzi to do głowy mi nie przyszło, że nasza dyrektorka zajmuje się brudami dla przyjemności. Wyobraźcie sobie , że niby wysyła pismo do dyrekcji szpitala w którym pracuje nasz psychiatra a w rzeczywistości pisze je tylko do mnie. Obstawia paragrafami żeby zrobić na mnie jak największe wrażenie. Owszem wrażenie jest, że pani dyrektor nie ma nic z człowieczeństwa. Jak pierwszy raz poszłam w tej sprawie do szpitala żeby uzyskać odpowiedź trafiłam na osobę podobną do naszych decydentek, która odpowiedziała mi, że skoro pismo pisała pani dyrektor to ona dostała odpowiedź. Pani dyrektor odpowiedziała mi przez posłańca – pracownicę socjalną – że żadnej odpowiedzi na piśmie już nie dostanę. Powiedziałam, że nie ustąpię i będę drążyć temat. Wybrałam się do Rzecznika Spraw Pacjenta tego szpitala w którym zatrudniony jest nasz psychiatra. Przyjęła mnie Pani Profesor Zastępca Dyrektora Szpitala ponieważ rzecznik był na urlopie. Okazało się, że nasza szanowna nigdy nie wysłała do nich żadnego pisma. Czyli kopia dla mnie a oryginał do kosza. WSTYD! Po co to udawać człowieka jak się nim nie jest. Dowiedziałam się też, że nasz psychiatra pracuje tam już tylko do końca miesiąca. U nas również powinien zakończyć swoją nie chlubną działalność ponieważ ja sprawy nie odpuszczę.
Bezduszne spełnianie obowiązków.
Ponieważ już od dłuższego czasu nie biorę udziału w żadnych zajęciach ( co bardzo dobrze wpływa mi na moją psychikę ) to w sumie widzę tylko to co dzieje się na korytarzach, w stołówce, kaplicy czy sali gimnastycznej. Nawet tu widzę i słyszę to o czym warto napisać. Ponieważ nie jem kolacji tylko podwieczorek to czasem zdarza mi się wejść do stołówki podczas sprzątania, czyli o godzinie 16. Szok, ile tabletek zmiata się z podłogi. Pielęgniarki ( nie dotyczy to nowo zatrudnionych ) wpadają, wsypują w brudne ręce pacjenta tabletki i uciekają. Czasem załatwią picie którego nie ma pacjent. Chorzy, nie sprawni ludzie usiłują te tabletki przyjąć, niestety one wypadają im z rąk na podłogę, ( mnie też to się zdarza ). Jednym wypadają niechcący a inni celowo je strącają. Jeśli tabletka spadnie na podłogę przy pielęgniarce to ona podniesie ją z podłogi i poda choremu. Ponieważ kiedyś opisałam wrzucanie tabletek do kawy czy zupy, to zwróciłam uwagę, że już tego nie robią. Nowo zatrudnione pielęgniarki pilnują starannego przyjęcia leków. Leki podają do ust z kieliszka albo z łyżki, nie z ręki, pilnują ich połknięcia i popicia. Tym nowym jeszcze na nas zależy ale pewnie to minie. A zatem u nas chorzy ludzie są coraz bardziej chorzy bo nie dostają leków w porę albo i w ogóle. Jak dla mnie to jest skandal. Jak chodziło o umieszczenie mnie w psychiatryku, to decydentki użyły do tego wszystkich swoich sił. Bo chodzi tylko o to żeby bylejakość i bezduszność, nie wyszła na jaw. Tylko ja ujawniam te sprawy. Tak więc marzeniem decydentek jest unieszkodliwienie mnie. Wówczas byłby dla nich raj na ziemi. Pan Nikt wychwalałby je pod niebiosa a one by wszystkich i wszystko olewały. LITOŚCI !
Na stołówce dowiedziałam się, że zmarła Hania (, której śmierć obwieścił ksiądz już dawno temu ) i o staraniach mieszkańców o jej pokój. O zmianę pokoju starał się Franek mieszkający w pokoju dwuosobowym i Rysiu który uważa, że pokój w którym mieszka jest smutny. Była okazja załatwić te dwie sprawy jednocześnie i obie na korzyść zainteresowanych, ale niestety należałoby pomyśleć a z tym chyba kiepsko u naszych decydentek. Pokój po Hani dostał Franek i sprawa załatwiona. Rysiu ma żal, że nie on. A można było Rysiowi dać pokój po Hani – wesoły pokój, a do pokoju Rysia zakwaterować Frania, jemu chodziło wszak tylko o jedynkę. Wszyscy byliby zadowolenie. Niestety w śród decydentek brak ludzi myślących życzliwie i logicznie, tak więc zawsze będzie ktoś nie zadowolony.
30 maja stałam na korytarzu i rozmawiałam z Antosiem. On na ucho coś mi szeptał.. Przechodząca koło nas pokojowa wrzasnęła – nie życzę sobie plotkowania na mój temat. Słyszeć naszej rozmowy nie mogła a więc odezwało się jej nie czyste sumienie. W tym czasie jak ona przechodziła Antoś dawał mi wybór – czy czekolada, czy winogrona. To nie pasowało ani jak do plotkowania na temat przechodzącej pani. Ale skoro sama zaczęła to pociągnęłam za język Antosia. To co mi powiedział sprawdziłam u osoby blisko zainteresowanej tematem i pani pokojowa którą do tond szanowałam zepsuła sobie opinię. Na razie o tym pisać nie będę ale w głowie mi się nie mieści, że można tak zachować się wobec podopiecznych. Mam nadzieję, że to był incydent. Że coś tam nie zagrało w domu i nerwy zostały przeniesione do pracy. Trzy osoby których sprawa dotyczyła powinny się dogadać, a rozmowę powinna zainicjować pokojowa bo to ona zachowała się bardzo brzydko. Ale tu wszyscy olewają nas starych i ich zdaniem głupich.
Ja to mam szczęście
To szczęście jest ale po za Naszym Domem Opieki. Mieszkańcy aż się dziwią, że jak wybiorę sobie sama jakiegoś specjalistę to już lepiej wybrać nie można było. Wyobraźcie sobie – dostaję skierowanie do neurologa z podejrzeniem cieśni kciuka, wybieram neurologa w ciemno, tylko zaznaczam, że ma to być młodziutki lekarz. Doświadczyłam podejścia młodego chirurga i młodego ortopedy i byłam nimi zachwycona. Pani doktor specjalista neurolog zachwyciła mnie swoim podejściem do mnie jako pacjentki jeszcze bardziej od wymienionych. W rejestracji podpowiedziano mi żebym poszła do pokoju 35 i spytała czy mnie Pani doktor przyjmie. Pani doktor powiedziała mi, że tak ale za miesiąc. Ustaliłyśmy termin na 28 maja. Miałam numerek na godzinę 9, 50 i o tej porze zostałam przyjęta. Ponieważ choroba z którą przyszłam nie zagrażała życiu Pani doktor zaproponowała bliższe poznanie – czyli zbadała mnie od stóp do głów i dała mnóstwo skierowań na różne badania. Muszę panią dobrze poznać zanim przystąpię do leczenia – powiedziała. No jak nie kochać młodych lekarzy ? Oni chcą leczyć. Ja dla nich nie byłam staruchą tylko pacjentką. Żeby było jeszcze piękniej to na USG czeka się kilka miesięcy a ja czekałam 1 dzień, czyli już następnego dnia miałam zrobione USG przepływów krwi odcinka szyjnego. I znów, miałam być przyjęta o godzinie 12, 10 i tak zostałam przyjęta, co do minuty. Na USG dłoni muszę trochę poczekać, ale niespełna miesiąc. Bardzo mi się podobało podejście pani doktor, która ma robić mi USG dłoni. Zanim mnie zarejestrowała wzięła moje dłonie w swoje ręce i powiedziała – jest upał a pani ma zimną dłoń, na USG proszę przyjść wcześniej z butelką gorącej wody i ogrzać obie dłonie, po ogrzaniu będzie pełniejszy obraz badań. Oczywiście wielu mieszkańców naszego Domu już wzięło namiary na lekarzy u których byłam, a jedna z pracownic namawiała mnie żebym zagrała w TOTKA bo to szczęście u mnie jest wprost nie możliwe. A u nas to nawet nie raczą odpowiedzieć mi na pismo odnośnie mojej choroby ” psychicznej ” . Poszłam do szpitala do którego to pismo zostało przesłane przez naszą panią dyrektor, już dwa miesiące temu, tam dowiedziałam się, że do nich napisała pani dyrektor i szpital odpowiedź przesłał do niej. A pani dyrektor przysłała do mnie socjalną z informacją, że żadnej odpowiedzi na piśmie nie dostanę. Ponieważ ani myślę ustępować to zacznę działania od Rzecznika Praw Pacjenta. Muszę te wszystkie szuje oduczyć poniewierania nami, swoimi PODOPIECZNYMI. Dzisiaj mamy 31 maja , przez wszystkie 31 dni nie opuściłam ani jednego nabożeństwa majowego ale modliłam się w intencji trzech pań decydentek. Te panie nie znoszą starych ludzi i dają to odczuć na każdym kroku. Może moje modlitwy zostaną wysłuchane? Jak do tej pory to zawsze były wysłuchane.
Odpowiedzi na dwa komentarze
Jeden z komentarzy zawierał pytanie : Co w tym dziwnego, że socjalne chciały w spokoju zjeść obiad? Odpowiadam – ano nic my również lubimy jeść w spokoju, wszyscy, a personel na czele z panią dyrektor lubi pogaduszki z podopiecznymi podczas posiłków, a więc niech to znoszą cierpliwie skoro same tego nauczyły. Pani dyrektor nie myśli nawet, że komuś przeszkadza swoim towarzystwem przy posiłkach. Uważa, że to zaszczyt dla podopiecznego, że właśnie ona dosiadła się do niego. Może i pyta – czy można? Ale kto powie, że nie. Ja odważyłam się i powiedziałam, że jej towarzystwo przy stoliku, podczas posiłków bardzo mnie krępuje, nie wiem jak mam się zachować, czy mogę siedzieć, czy powinnam wstać. No bo jeść to na pewno nie mogę. To moje stwierdzenie zadziałało tylko w stosunku do mnie, inni muszą cierpliwie znosić niechciane towarzystwo. Patrzcie państwo, a socjalna nie życzy sobie ani na moment intruza przy stole. Nie wiedziała nawet co Halinka chce powiedzieć. Dla mnie to zabrzmiało jak – poszła won. A powinna wstać i powiedzieć, że jak zje obiad to do niej przyjdzie i spokojnie porozmawiamy. Powinna grzecznie odprowadzić Halinkę do stolika. No ale takie grzeczności ze strony personelu obowiązują najwyżej w stosunku do kilku osób.
Drugi komentarz dotyczył zagadnienia depresji, którą u mnie zdiagnozowano zaocznie. Czytelnik mojego bloga przysłał mi artykuł mówiący o depresji i różnych jej objawach. Ten artykuł powinien być przesłany do pana doktora i do trzech pań decydentek; to oni nie mają pojęcia co to jest depresja, skoro podejrzewają ją u osoby która po prostu ma uczulenie na wymienione osoby. No chyba depresja różni się objawami od alergii.
” Empatia”
Dalszy ciąg lekceważącego podejścia do nas. Rzecz dzieje się w stołówce, podczas obiadu, w dniu 16 maja. Do obiadu zasiadają dwie panie socjalne. Widząc te panie podchodzi do nich Halinka – ich podopieczna. Tylko się do nich zbliżyła usłyszała w ostrym tonie – proszę dać nam w spokoju zjeść obiad. Ona chce coś powiedzieć, a socjalna, myląc jej imię mówi – pani Kasiu da pani nam spokój. Halinka odeszła. Wszyscy wiedzą, że odkąd Halinka zamieszkała w tym Domu ciągle nie może się pogodzić z faktem, że nie ma pieniędzy. ” W poprzednim życiu ” była księgową, a teraz jest nikim i nikt nie ma cierpliwości żeby jej to spokojnie wytłumaczyć, że ma pieniążki w depozycie i zawsze jak tylko zechce może je otrzymać. Bardzo jest mi żal Halinki a socjalna ma u mnie wielki minus. Na drugi dzień z tą samą sprawą Halinka zwróciła się do Uli – pracownicy kuchni; Ula ją przytuliła, coś poszeptała do ucha, Halinka spokojna i szczęśliwa wróciła do stolika. Która z tych pań miała podejście pełne empatii? Może te panie powinny zamienić się stanowiskami?
17 maja, przechodząc przez stołówkę widzę, że Lucyna w prawdzie siedzi przy stoliku ale ledwie dyszy, blada jak papier przez otwarte usta łapie powietrze. Na sali są trzy terapeutki i pielęgniarka, nikt tego nie widzi. Terapeutki mają za zadanie opiekowania się ale kim innym. Podchodząc ze śniadaniem pani Wanda – pracownica kuchni, pyta Lucynę – może zaprowadzić panią do pokoju, bardzo źle pani wygląda. Lucyna odpowiada – nic mi nie jest. Po śniadaniu, widzę, że z nią jest coraz gorzej; nic nie mówiąc poszłam po chodzik i pomogłam Lucynie dojść do swojego pokoju. żeby mogła się położyć a pokojową poprosiłam żeby miała baczenie na nią.
Mnie aż mierzi ta opiekuńczość w naszym Domu. Owszem, są pracownicy pełni empatii ale niestety pochwalić ich nie mogę bo może to grozić im zwolnieniem z pracy albo czepianiem się bez powodu. Zresztą za co chwalić, za to że należycie ktoś wykonuje swoje obowiązki i do chorych ludzi podchodzi z sercem?
W piątek 18 maja spotykam na korytarzu Zygmunta – Danusia, zobacz co dostałem od Anetki – i pokazuje mi oficjalne zaproszenie na uroczystości do Domu Opieki w którym mieszka Aneta. ( To jest para którą rozdzielono bo są bardzo chorzy a zakochali się w sobie; kto to widział żeby ułomni ludzie byli zakochani – to jest właśnie empatia naszych decydentek ). Pomyślałam, że może by tak sprawdzić jak to jest z tą empatią u nas, może się cokolwiek zmieniło. Namówiłam Zygmunta żeby poszedł do dyrektorki z tą sprawą. Jest ku temu okazja i to nie jedna, zaczynają się majówki na które zjeżdżają się gości z różnych Domów. Mogłaby Aneta przyjechać do nas jako gość i Zygmunt mógłby pojechać w gości do nich. Podobno , pani dyrektor obiecała, że go zawiezie do Anetki. Zygmunt aż skakał z radości. Jak znam życie to są to obiecanki cacanki, ale może ? Życzę z całego serca żeby ktoś się ulitował nad tą parą zakochanych ludzi. Żeby pobyli chociaż trochę szczęśliwi.
” Opieka „
Nawet nie wiedziałam, że aż tak, na bieżąco, mieszkańcy czytają mój pamiętnik. Że pracownicy to wiem, że jeden z mieszkańców to również wiem ale żeby aż takie zainteresowanie to nie przypuszczałam. To chyba rodziny informują o tym co przeczytały, bo nie wiem czy mieszkańcy mają komputery. Chodzi o końcówkę mojego ostatniego wpisu o ewentualnym pisaniu przez pana NIKT panegiryku na cześć naszych decydentek i super życiu w naszym Domu. Dostałam całe mnóstwo informacji o złych zachowaniach. Nie będę o nich pisała ponieważ tego nie widziałam. Napiszę o brzydkich incydentach w wykonaniu opiekuna o którym już pisałam, a które poznałam bliżej. Incydenty te świadczą o kompletnym lekceważeniu nas starych Pierwszy incydent. – Była godzina 14sta, idąc korytarzem zauważyłam mieszkankę która czegoś lub kogoś szukała. Pytam więc – czy mogę w czymś pomóc? Szukam takiego opiekuna który rozwoził obiady. On teraz zbiera naczynia po obiedzie – mówię. A pani na to – był u mnie z obiadem, ponieważ obiad był zimny, poprosiłam żeby mi podgrzał. On coś burknął pod nosem i poszedł. Myślałam, że poszedł podgrzać to jedzenie, ale nie ma go już dwie godziny a ja jestem bardzo głodna – mówi pani. Razem coś zaradzimy na ten głód, zaprowadzę panią do stołówki a z niej nikt nie wychodzi głodny. Przedstawiłam problem pracownicom kuchni. W jednej sekundzie przygotowały nakryty stół i już grzała się w mikrofali zupa a za chwilę drugie danie. Nie byłam już tam potrzebna więc życząc smacznego wyszłam. Drugi incydent z tym samym opiekunem i dotyczący jedzenia miał miejsce w niedzielę 13 maja. Ponieważ w kościele nie było Jadzi, postanowiłam, że po mszy pójdę zobaczyć co jest grane. Wchodzę i widzę, że Jadzia płacze – co jest , pytam. A ona na to Da… przyniósł śniadanie, na talerzu był twardy twaróg i kilka talarków pomidora; proszę go żeby dał mi coś innego a on puścił wiązankę wulgaryzmów i poszedł. Jak on mógł tak do mnie? Nie rycz mała nie rycz – mówię, zaraz będzie pyszne, wymarzone, niedzielne śniadanko. Poszłam do kuchni, przedstawiłam sprawę i za chwilę widziałam Jadzię uśmiechniętą od ucha do ucha. Czy tak wygląda opieka? To jest bezduszne, wręcz z odrazą spełnianie obowiązków. Na temat zimnego posiłku rozmawiałam z opiekunkami, a one na to – z Zosią jest tak zawsze, postawimy jedzenie na stole a ona zamiast brać się za jedzenie to zaczyna coś robić a jedzenie stygnie, a później pretensje. Myślę jednak, że można by dopilnować panią Zosię żeby zjadła w porę albo zwyczajnie podgrzać posiłek a nie bezdusznie zostawić bez jedzenia. Można by było też po prostu zaprowadzić panią Zosię do stołówki, tam dostanie obiad w takiej temperaturze w jakiej sobie zażyczy.
Incydent z Jadzią to zwyczajna arogancja opiekuna. Jak powiedziałam o tym w kuchni to nikt w to nie chciał uwierzyć ale sprawę załatwili. Myślę, że Jadzi nie tak chodziło o twardy twaróg ( bo ten twaróg akurat to mój ulubiony ) jak o podejście opiekuna do niej.
Czy tak powinna wyglądać opieka w Domu Opieki?
Kaszpirowscy niżsi rangą.
Jeszcze słów kilka o personelu który ma ze mną jakikolwiek kontakt i który mógł pomóc ” w stawianiu diagnozy”. Pierwsza i moim zdaniem najważniejsza w tej kwestii osoba to opiekunka. Z nią, a w zasadzie z nimi, ponieważ zmieniają się czasem, widuję się w przelocie, na korytarzu z rzuconym pytaniem – wszystko dobrze, pani Danusiu ? Dziękuję, dobrze – brzmi moja odpowiedź. Chyba, że źle się czuję to opiekunka powiadomi pielęgniarkę, czy lekarza no i załatwi przynoszenie posiłków do pokoju. Żadna z opiekunek nie ma czasu na jakiekolwiek rozmowy, są przecież ludzie potrzebujący pomocy bezustannie i dla nich czasu nie starcza. My przesyłamy sobie uśmiechy i to wszystko. Najwięcej rozmawiałam z dwiema paniami: pokojową i z terapeutką od zajęć komputerowych. Z pokojową rozmowa dotyczyła dokąd idę i kiedy wrócę a z terapeutką co zgrać na pendraifa albo z pandraifa na pulpit. Nie wiem czy którakolwiek z pań, w czasie tych króciutkich spotkań, byłaby w stanie zdiagnozować u mnie depresję. A jeśli podjęłaby się tego to przecież pan doktor mógłby śmiało powiedzieć która to z pań i co takiego niepokojącego u mnie zauważyła. To można by przegadać, czyż terapia psychiatryczna nie polega na rozmowach? Chyba u naszego doktora NIE. U naszego doktora oparta jest na plotkach, do których sam nie ma odwagi się przyznać. Tak jak pięć lat temu izolacja od środowiska kierowanego przez panią dyrektor pomogła mi się wykaraskać psychicznie na Oddziale Dziennym Szpitala Psychiatrycznego, tak teraz wystarczyło mi nie widzieć tych ludzi przez okres trzech tygodni. Nie mieć nic wspólnego z decydentkami naszego Domu ” Opieki ” . Chodzę codziennie na Majowe do mojej byłej parafii, mam okazję pośpiewać przez pół godzinki. Mam też ogródek w którym codziennie coś trzeba zrobić. Czasem pójdę na spacer z miłymi ludźmi, dwa razy w tygodniu mam gimnastykę grupową z super grupą, która dobrze się zna i lubi. To mi w zupełności wystarcza żeby utrzymać dobre samopoczucie. Nikt nie umawia się ze mną żeby później dać prztyczka w nos, ignorując wszelkie umowy. A propos super grupy gimnastycznej; każda nowa osoba zawsze jest bardzo mile widziana, poza jednym panem, który podpadł na wstępie. To pan NIKT. Otóż, mamy zwyczaj ustawiania krzeseł i szykowania sprzętu, na kilka minut przed czasem. Każdy z nas wie gdzie kto siedzi i jakiego sprzętu potrzebuje. Zawsze też szykujemy jedno krzesło dodatkowe dla ewentualnie nowej osoby, którą witamy z autentycznym aplauzem. Ale też każda nowa osoba widząc ustawione krzesła, pyta gdzie może usiąść? Poza panem NIKT. Ten przyszedł nie mówiąc nawet dzień dobry, przeszedł przez całą salę, wziął moje krzesło ( ni w pięć ni w dziesięć ) i przeniósł je na początek sali. Ja widząc to mówię: proszę pana to jest moje krzesło. A on na to – a co, podpisała je pani, bo nie widzę podpisu. Pan NIKT usiadł na moim krześle a ja wzięłam sobie to krzesło które było przygotowane dla nowo przybyłej osoby a stało obok pana NIKT. Od tej pory ów pan był przez wszystkich tak traktowany jak sobie na to zasłużył. Grupa zaczęła go uczyć dobrych manier. Po kilku spotkaniach przestał przychodzić na gimnastykę. Teraz doszły mnie słuchy, że pan NIKT będzie pisał artykuły kontrujące mój pamiętnik czyli chwalące życie w naszym Domu. Wszyscy wiedzą, że jemu i jego pannie NIKT jest bardzo dobrze, spełniane są każde kaprysy, tak jakby w tym Domu było tylko ich dwoje. On jest lizusem pierwszego kalibru już go nazywają – lizi d…. a ona coś trzyma w garści. W swoim pamiętniku nazywałam ją kobietą monstrum albo szefową hołoty. To ona przez mój pamiętnik doznała smutku, co mnie bardzo ucieszyło.
Odpowiedź na komentarz
To w zasadzie usiłowanie sprecyzowania o co chodzi. . Najpierw z trudnością odnalazłam ten komentarz mimo, że miałam go przed oczami. Był tak krótki, że go nie widziałam : ” Oj, nie ładnie”. – to cały komentarz. Nie mogłam tego zdania dopasować do pisaniny na moim blogu. Przecież ja nie tworzę sytuacji tylko je sprawozdaję, relacjonuję. Telepatycznie przesłałabym ten komentarz osobom o których piszę. Jeśli coś było nie ładne to ja tylko o tym napisałam. Zaczęłam analizować zdanie po zdaniu z ostatniego wpisu. Nie było niczego o czy bym już wcześniej nie pisała. Tylko, że wcześniej opisywałam sytuacje szczegółowo, a teraz tylko napomknęłam. Dopiero na drugi dzień przyszło mi do głowy, że to może dotyczyć klubu GOU GOU. Pewnie czytelnik przeraził się, że prababcia rozmawia o czymś takim z kierownikiem socjalnym. Ależ, kochany Panie Garnuszku, ja tego klubu nie założyłam i nawet go nie nazwałam, tylko wypowiedziałam jego nazwę głośno i dobitnie na stołówce, do pani Józi, która źle słyszy. Terapeutka chodziła po stołówce i zapraszała panów na godz 14. Pani Józia spytała – a co to będzie o tej 14stej. ? Na co terapeutka odpowiedziała, że to coś tylko dla panów. Więc przybliżyłam Józi temat mówiąc jej o klubie gou gou. Pewnie Pan czyta wyrywkowo więc przedstawię sprawę od początku. To chyba było jakieś dwa lata temu jak moja koleżanka Ela, spytała mnie – czy wiem, że u nas jest klub gou gou. Nie bardzo rozumiem, poproszę o wyjaśnienie – powiedziałam. A ona na to : Co piątek, o godzinie 14 w najelegantszej sali zajęciowej, na wygodnych kanapach przy kawce i ciasteczkach, zasiadają nasi panowie a nasze terapeutki zajęciowe robią wszystko żeby ich zabawić. Żeby panowie poczuli się szczęśliwi. Jak spytałam – mówi Ela, czy mogę zobaczyć jak to wygląda to usłyszałam, w żadnym wypadku to jest wyłącznie dla panów. A jak przykleję sobie wąsy, to uda mi się przemycić – w żadnym razie – usłyszała. Ponieważ z Elą rozmawiałyśmy na różne głupie tematy tylko żeby się pośmiać, tak więc i to potraktowałam jak coś wymyślonego przez Elę. Dopiero za jakieś pół roku, przechodziłam koło tej sali i zgłupiałam – ten klub gou gou to prawda. Zobaczyłam zaślinionych z wrażenia, naszych dziadków, rozłożonych wygodnie na kanapach, a na środku sali robiącą wygibasy, młodziutką terapeutkę. Te wygibasy robione były w rytm muzyki, a terapeutka ubrana była w sweterek, ale była młoda i ruchliwa. Temu wszystkiemu przyglądała się, szanowna pani dyrektor i była szczęśliwa, że mogła tak dogodzić naszym staruchom. Jak zobaczyła mnie natychmiast wstała i wyszła. Jak nazwałam te cykliczne spotkania klubem gou gou to jedna z terapeutek poczuła się obrażona i poszła na skargę do socjalnej. Ta z kolei przyszła z reprymendą do mnie. ( I to właśnie była ta rozmowa ) Odpowiedziałam, że to pomysłodawczyni obraża pracownice nie ja. Ja tylko wyraziłam głośno nazwę owego przybytku. Kochani, działalność klubu gou gou polega właśnie na zabawianiu przez młode dziewczyny, łaknących tego panów. To jest podstawa działalności takiego klubu. Resztę precyzują przepisy wewnętrzne klubu. W niektórych klubach goście nie mają prawa nawet dotknąć takiej dziewczyny, ( u nas mogą). Przepraszam, czy te spotkania u nas miałam nazwać Klubem Starszych Panów, w takim wypadku nie byłoby tam kobiet. Tak więc to ” Nie ładnie” kieruję do pomysłodawczyni tego przybytku ” kultury”.
Naśladowcy Kaszpirowskiego
Myślałam, że zasieję wielkie przerażenie jak napiszę o naszym lekarzu który leczy bez diagnozy. Już nikogo to nie dziwi, bo czasem udaje mu się wstrzelić we właściwą chorobę. Jest u nas ciekawsza osoba, ( a nawet nie jedna ), to doktor, który nie widzi swojego przyszłego pacjenta latami, a stawia diagnozę. To pan doktor psychiatra. Nie widział mnie 5 lat, nawet nie mijaliśmy się na korytarzach, a on trach i wie, że ja mam depresję i to taką, że natychmiast trzeba ze mną do szpitala. Przyznał się mojej córce, że zrobił to na prośbę personelu; tak określił osobę decyzyjną. Osoba decyzyjna jak tylko wyczuła smrodek wokół sprawy, szybko umyła ręce wysyłając moje pismo z zapytaniem o jednostkę chorobową, do szefów pana doktora. Nie wiem jak zachowali się szefowie pana doktora bo ciągle nie mam odpowiedzi na moje pytanie. Pan doktor sądzi, że rozmowa z córką wystarczy? Nie, to ja zadałam pytanie. Skąd do cholery ta depresja? 5 lat temu kierując mnie na oddział dzienny, na wyraźną MOJĄ prośbę, napisał pan długotrwały stres. Dostałam od pana leki, które zostały odstawione przez samego ordynatora oddziału, ponieważ uważał on, że zmiana środowiska i terapia zajęciowa są dla mnie wystarczające. Mam nadzieję, że było panu wstyd jak koledzy lekarze dowiedzieli się o sprawie. No ale trudno, jak powiedziała jedna z naszych pracownic, jest dorosły i wiedział co robi. Wszedł nie tylko do mętnej wody ale do brudnej. Żeby się jakoś usprawiedliwić to pan doktor dodał, że czytał mojego bloga i że słyszał iż mam zwyczaj namawiania pensjonariuszy żeby nie brali leków bo one bardziej szkodzą niż pomagają. Szanowny panie doktorze nigdy nie interesowałam się lekami jeśli już to tylko formą ich podawania. Ale to osobny temat. Ponieważ pan doktor postraszył mnie szpitalem na prośbę personelu ( czyli osoby bliżej nie sprecyzowanej ) to ja w skrócie opiszę jak wyglądają moje kontakty z decydentami, na podstawie których stanowczo stwierdzono u mnie depresję. Kontakty w ciągu ostatniego półrocza, ale wyglądają one mniej więcej tak samo zawsze. 1| Pani dyrektor – rozmawiałam z nią raz przed Świętami Bożego Narodzenia, na korytarzu sprawa dotyczyła Sylwestra. Druga rozmowa była w gabinecie na temat zakazu pisania bloga. Obie rozmowy trwały po jednej minucie. 2|Siostra przełożona – rozmawiałam z nią zaraz po świętach Wielkanocy na temat zaginięcia mojego chodzika. Rozmowa odbyła się na korytarzu w obecności pokojowej i trwała 2 minuty. 3| Kierownik socjalna – rozmawiałam z nią pół roku temu na temat klubu gou gou i ostatnio na temat nie przyjmowania mojej korespondencji. Czy po tych rozmowach można wystawić jakąkolwiek diagnozę?
Na zarzut, że nie korzystam z organizowanych wyjść do miasta(, to jeden z zarzutów zdiagnozowania u mnie depresji), odpowiadam – od roku nigdzie nie chodzę ponieważ na jednej z wycieczek do parku, w ubiegłym roku, bardzo się rozchorowałam i wtedy postanowiłam, że już nigdy więcej. Otóż, mieliśmy być w parku godzinkę, niestety na samochód czekaliśmy jeszcze dwie i pół godziny. Było wietrznie a ja mam bardzo wrażliwą głowę na przeciągi. Po tej wycieczce głowę leczyłam, bardzo intensywnie, przez ponad pół roku i podziękowałam za tego typu przyjemności.
