Jest mi mimo wszystko bardzo miło. Pozyskałam jeszcze jednego czytelnika swojego bloga, dlatego właśnie jest mi miło a mimo wszystko – bo wiem, że ten ktoś czytając, źle o mnie myśli i źle mi życzy. Jeśli w ogóle myśli i czyta ze zrozumieniem, to może zamiast być przeciw mnie zrozumie, że jestem krzywdzona i choć trochę popatrzy na mnie ze współczuciem. Wyobraźcie sobie, że to Jasiu we własnej osobie. Najpierw czyta a później komentuje razem ze starą Markie… czyli ze swoją osobistą. Dzisiaj nawet mnie zaczepił, już myślałam, że usłyszę coś miłego ale niestety zrozumienia brak. To co usłyszałam to szok. Jasiu wszedł w spółkę z panią dyrektor żeby mnie wreszcie unieszkodliwić i odesłać do szpitala psychiatrycznego. A jakie macie podstawy – spytałam – a on na to, że leki które przyjmuję i ich ilości świadczą o chorej głowie. Dalej był bełkot ale zrozumiałam, że nazwę leku zna rzeczywiście dzięki pani dyrektor. To dla niej zrobiłam zestawienie porównawcze leków. To, że jest mi wstyd za panią dyrektor to normalka – jak można prowadzić rozmowy z podopiecznym na tematy chorób drugiego podopiecznego. Ale Jasiowi wyjaśniam: Ten lek na głowę to Vicebrol forte. Opakowanie zawiera 90 tabletek które wystarczają mi na dwa miesiące. One regulują krążenie około mózgowe. To krążenie powodowało gwałtowne spadki ciśnienia przez co mam uszkodzone serce ( serce miało puste przebiegi). Te puste przebiegi uszkodziły zastawki – mam niedomykalność wszystkich czterech zastawek. Wprawdzie ta niedomykalność jest względna ale jest. Zanim lekarze doszli do tego to przez 10 lat lądowałam na SORze co najmniej dwa razy w tygodniu z migotaniem przedsionków, czyli z pustym przebiegiem serca. I to był powód dla którego jako samotna osoba chciałam zamieszkać w Domu Opieki. Żałuję bardzo tej decyzji ale trudno, stało się. Mam nadzieję, że mimo waszych nadgorliwych starań nie zwariuję. Jak trzy lata temu szukałam pomocy u psychiatry to jeszcze nie wiele wiedziałam o swoich podstępnych wrogach i to na czele z panią dyrektor. Teraz znam swoich wrogów, wiem na co was stać, ale też wiem, że już nie jest was tak dużo jak było kilka lat temu i ludzie nie skłaniają się w waszym kierunku ale w moim. Jestem znacznie silniejsza psychicznie. A jeśli poczuję potrzebę pomocy psychicznej to wiem dokąd mam się udać. Na pewno do nikogo z kręgów opieki społecznej.
Ceny leków
1 stycznia, poniedziałek Nowy Rok 2018. Rzadko to robię ale wyszłam z pokoju pochodzić po naszych korytarzach. No i jak zwykle w takich wypadkach obstąpiły mnie panie skarżąc się na wszystko. Wszystkie panie, dosłownie wszystkie, bardzo brzydko mówiły o dyrektorce. Ja mam o niej brzydkie zdanie ale inni to aż przykro słuchać. Dlaczego wy mi tak wszystko mówicie, – pytałam. Ja mam bardzo poważną wadę psychiczną – jak słyszę skargi to muszę coś z tym zrobić. A to zawsze wychodzi ze szkodą dla mnie. Dobrze o tym wiem a mimo to załatwiam sprawę. Jestem kompletnym przeciwieństwem naszej dyrektorki – ona udaje, że słucha i z żadną skargą jeszcze nic nie zrobiła.
7 stycznia była u nas Kolęda; o dziwo była taka jak powinna być. Ksiądz dla każdego z nas znalazł chwilkę. Kolęda trwała ponad 3 godziny, nie tak jak zwykle 45 minut.
10 stycznia padłam chora. Wspomagałam się lekami które miałam w swojej apteczce. Czułam opiekę personelu średniego. I tak dotrwałam do 13 stycznia, w tym dniu przyjmuje lekarz u którego powinnam poprosić o wypisanie leków. W tym też dniu pani dyrektor ogłosiła co miesięczne spotkanie z mieszkańcami. Zupełnie nie wiem po co ona to robi, ale robi. Odfajkuje swoje działanie w sprawozdaniach. Na tym zebraniu pani dyrektor namawia nas do kupowania leków w aptece z którą mamy umowę. Dziwne to było dla mnie ale uwierzyłam w dobre intencje i wszystkie potrzebne mi leki zamówiłam zgodnie z sugestią pani dyrektor. Jak otrzymałam fakturę to mina mi zrzedła, na ogólną sumę 90 zł. przepłaciłam o 20 zł. Mieszkańcy którzy kupują sami w aptekach na mieście zawsze mówili mi, że u nas jest drożej. Ja nigdy nie zwracałam na to uwagi, u nas kupowałam leki tylko na receptę; ale ta sugestia dyrektorki, dlaczego ona to zrobiła? Jak można oficjalnie, na zebraniu sugerować kupno droższych leków. Jak wyzdrowiałam przeszłam się do kilku aptek sprawdzić ceny. Skonfrontowałam ceny w 5 aptekach wszędzie było taniej. A więc to jakiś przekręt z przetargiem. Czym kierowała się szanowna pani dyrektor podpisując umowę z tą a nie inną apteką. Jestem pewna, że ona tylko podpisała umowę podsuniętą przez jakieś demony z przeszłości. No bo po co komplikować sobie życie myśleniem o mieszkańcach DPS. Zrobiłam zestawienie wydatków na leki w poszczególnych aptekach i z prośbą o wyjaśnienie sprawy złożyłam pismo w sekretariacie. Wychodząc z sekretariatu spotykane osoby, dowiedziawszy się po co tam byłam, jedni ostrzegali mnie, że się doigram a inni mówili, że będą za mnie się modlić bo nikt po za mną nie interesuje się sprawami mieszkańców. Odpowiadałam, że sprawy mieszkańców są moimi sprawami. Odpowiedź jaką dostałam od pani dyrektor powaliłaby z nóg każdego. Już pierwsze zdanie świadczy o tym, że pani dyrektor ma nas za głupich. Cytuję ” W odpowiedzi na pani pismo, dotyczące cen leków dostarczonych dla pani za naszym pośrednictwem z Apteki Na Podgrodziu, uprzejmie informuję, że zwróciliśmy się do w|w Apteki o wyjaśnienie tej sprawy”. Dalej jest ble, ble, ble na dwie strony. No podpowiedzcie mi co zrobić z kimś takim jak nasza pani dyrektor. Ręce opadają po każdej rozmowie z nią i po każdym otrzymanym od niej piśmie.
Jasiu rządzi
Nie znoszę faceta; pewnie dlatego,że mocno trzyma z moim wrogiem – starą Markie…i robi absolutnie wszystko co ona mu każe a ona mu każe demonstracyjnie mnie ignorować. Robi to kierownik socjalna i Jasiu. To jest metoda stwierdzona lata temu i ma służyć schylaniu karku delikwentowi. Ale ona działa tylko wtedy jak delikwent, czyli w tym wypadku ja , nic o niej nie wie. Ja wiem i nic z tego nie wyjdzie. Co rusz ktoś mnie pyta – czy wiem dlaczego ten Jan jest taki ważny, do wszystkiego się wtrąca i wszystko mu wolno. Pani kierownik socjalna zarządziła, że to on jest teraz naszą wschodzącą gwiazdą; chociaż nikt go nie rozumie. Ja myślę, że to zwykły lizus który chce być ceniony za wszelką cenę. Tylko ten słowotok, przez który jest nie zrozumiały, utrudnia mu życie. Podobno to on przyczynił się do wywiezienia Anety z naszego domu, twierdząc że tacy ułomni ludzie jak Aneta i Zygmunt nie mogą być zakochani bo z tego mogą być dzieci i co wtedy. Nie pomyślał, że tym biednym, bardzo chorym, młodym ludziom, coś od życia się należy. Pozbył się Anety a teraz robi wszystko żeby pozbyć się z naszego domu Zygmunta no i mnie. Kiedyś spotkałam bardzo zdenerwowanego Zygmunta, wykrzykującego, że jak tylko ten Jan do niego się zbliży to mu odda. Co mu oddasz, pytam. Danusia on mnie pobił a nikt mi nie wierzy więc mu oddam. Ja Zygmuntowi wierzę i chętnie bym mu pomogła w tym oddawaniu. Ponieważ coraz częściej słyszałam pytanie – czym to się zasłużył Jan, że jest na specjalnych warunkach, postanowiłam zasięgnąć języka tam gdzie trzeba. Otóż Jan uczy dzieci socjalnej angielskiego. ( Fe, pani kierownik, jak można wykorzystywać podopiecznego do celów prywatnych ). Czyli te rządy to zadośćuczynienie. Jeśli miałabym napisać coś dobrego o kończącym się 2017 roku w naszym domu, to tylko to, że na moim korytarzu są wreszcie pozamykane drzwi a fakt ten doceni tylko ktoś kto chciał czy nie a musiał oglądać gołego faceta w pokoju z naprzeciwka, który miał wiecznie otwarte drzwi. Jaka to jest ulga to nie wyobrażacie sobie. Nawet zapach jest inny na korytarzu. W ogóle doszłam do wniosku, że ten mój korytarz jest teraz najlepszy. Nie ma widoków, nie ma smrodu i jest cicho. Nic więcej do szczęścia nie trzeba. W naszym domu rok 2017 zakończył się 29 grudnia balem ” sylwestrowym ” . Wyszłam z tego balu po pół godzinie i już na żadne tego typu spotkania chodzić nie będę tak więc i recenzji z imprez już nie będzie.
Grudzień 2017 roku.
Grudzień 2017r. pobił miesięczny rekord umieralności w naszym domu. Jak dom istnieje to nie było tyle zgonów.. Średnia roczna umieralności od lat była 14 osób, a tym razem w samym grudniu zmarło 8 osób. Fakt, przyjmowani są chorzy w znacznie gorszym stanie zdrowia, ale wszystko jedno jest coś nie tak. Z naszą służbą zdrowia jest coraz gorzej. O to przykład z mojego ” podwórka”. Od dwóch lat przy chodzeniu korzystałam z chodzika. Tak, tak napisałam w czasie przeszłym, już wystarczą mi kijki a zasuwam jak mały samochodzik. Nasz pan doktor leczył mnie, leczył i już nie miał pomysłu. Masz zawroty głowy, przewracasz się to weź laskę albo chodzik, a może nawet wózek inwalidzki i będzie problem z głowy. Ja się przeciw temu buntowałam, nie mogłam znieść, że traktuje się mnie jak starą babę. Aż trafiłam na lekarza, który potraktował mnie jak normalną pacjentkę. Porobił wszystkie badania. Postawił diagnozę i dał skierowanie do specjalisty od zabiegów terapeutycznych. Jak spytałam go dlaczego sam nie wypisze mi skierowania na zabiegi, to pan doktor na to – ja chciałbym panią wyleczyć. Niech każdy robi to co umie najlepiej. Ja swoje zrobiłem ale chciałbym też panią pilotować. No i Eureka, pani Danusia normalnie chodzi. Jak byłam u niego w październiku to miałam nawrót bólu podkolanowego i wyprosiłam o receptę na zastrzyk który mnie uzdrowił. Pan doktor dał mi receptę ale też poprosił żebym z miesiąc wytrzymała bez tego zastrzyku. I znów cud, ból ustąpił bez zastrzyku. Po naszym domu krąży dowcip – czy można wyleczyć starego człowieka? – Można ale po co. Taki stękający staroć jest zajęty swoją chorobą, swoimi bólami i do niczego się nie wtrąca. Można dać mu coś na uspokojenie czy na sen i problem z głowy. Delikwent robi się coraz głupszy no i właśnie o to chodzi. Niestety, nami się tu nikt nie interesuje. Mówi się o opiece, to jest kpina nie opieka; pani dyrektor nami nie interesuje się w ogóle. Siostra przełożona, odpowiedzialna za naszą stronę medyczną, nigdy nami się nie interesowała, a kierownik socjalna interesuje się tylko tym – jak zostać rekinem finansowym i jej wzorem do naśladowania jest poprzednia dyrektorka. Działa więc na wzór i podobieństwo. Wszystko musi być jej podporządkowane, łącznie z panią dyrektor. Doszły do mnie słuchy, że pani kierownik socjalna razem z osobistym narzeczonym starej Markie… planują umieścić mnie w Szpitalu Psychiatrycznym. Najpierw mnie to rozbawiło, przecież musieli by mnie ubezwłasnowolnić, ale po chwili pomyślałam, że mogą to zrobić inaczej, prościej – wpuszczą do mojego pokoju gaz halucynogenny, ( przecież już tak robili ) ja zacznę wariować a wówczas kaftan i sprawa załatwiona. Powiadomiłam o tym swoją rodzinę, w razie czego niech wiedzą. No i ustaliliśmy pewne kroki. Niestety z mafią nie ma żartów a chęć bogacenia się wyżera umysły ludziom którzy co niedziela gorliwie się modlą, przystępują do komunii i fałszywie udają, że są tacy szlachetni, a nie wiedzą co to słowo znaczy.
Suknia łososiowa
Chyba pisałam, że nasze tablice informacyjne od miesięcy były obwieszone informacjami o wjazdach do miejsc świętych, o mszach, o spotkaniach przy herbatce i rozmowie o Papierzu, o różańcu, o zaproszeniu do kina na film o świętościach. A wszyscy u nas wiedzą, że jeśli jest ogłoszenie to znaczy, że nie ma chętnych i trzeba by zrobić jakąś łapankę. Aż wreszcie w listopadzie 2017 r. zaczęło się coś zmieniać. Było dużo występów dzieci z przedszkoli i szkół. Były nie raz po dwa występy tego typu w jednym dniu. Aż ludzie mieli przesyt i przestali przychodzić ale ogłoszenie informujące o występie osób dorosłych zachęciło do przyjścia. Dwie osoby nie wiele młodsze od nas, z dwiema gitarami i z piosenkami. Ja niestety oceniłam ten występ na dwójkę. Jak reszta nie wiem. Za tydzień wystąpił u nas chór pielęgniarek. Panie zaśpiewały pełnymi, dojrzałymi, czystymi głosami. Ich oceniłam wysoko zwłaszcza, że chór śpiewał bez dyrygenta a równiutko. I już byłaby szóstka gdyby nie zaczęły śpiewać solistki. Zwykle solistą zostaje osoba z najładniejszym głosem a tu odwrotnie. Solistki zaniżyły poziom. Ich występ pokazał, że wszędzie rządzą układy. No ale to ich sprawa, chór u nas popisał się my jako gospodarze niestety nie. Na widowni było 12 osób, w tym trzy osoby z personelu. Jak Markie…. mówiła wierszyk, czy w świetlicy czy w kaplicy, to pozwożono ludzi ile się da, samego personelu było siedem i więcej osób, a tu taki wstyd. Kierownictwo domu powinno było ich przywitać, ugościć i pożegnać po pańsku, a tu nawet nie było nikogo z kierownictwa. Wstyd. Gośćmi zajęła się Ela, bo to jej branża a ja w imieniu wszystkich zebranych, na prośbę Natalki, podziękowałam za piękny występ. Tak zakończył się listopad. Natomiast 14 grudnia gościliśmy u nas aktorkę teatralną i filmową panią Irenę Telesz. ( To matka proboszcza z serialu telewizyjnego ” Nad Rozlewiskiem”). Znam ją osobiście około 40 lat i zawsze jestem nią urzeczona. Było mi bardzo miło jak na swój widok rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Obsypałyśmy się wzajemnie komplementami i na sercu zrobiło się cieplutko. Pani Irena opowiadała nam jak kręci się sceny do filmu. Porównała pracę na planie filmowym i w teatrze i jak każdy aktor wyżej ceniła sobie teatr od filmu ale film wyżej ceni aktorów. Jak opowiadała o trudach kręcenia poszczególnych scen, bezustannego powtarzania ich, to przypomniało mi się, że właśnie 40 lat temu zagrałyśmy w jednym filmie razem. Śmiem napisać grałyśmy , choć w zasadzie to ja nie wiedziałam czy gram czy statystuję, ale nasze kwestie były współmierne i czasowo i tekstowo i finansowo.Dla mnie to granie było łatwe i przyjemne. Grałam panią domu w którym odbywa się wesele. Byłam matką panny młodej. Pani Irena była gościem a jej mąż był ojcem pana młodego. Postanowiłam poszukać czegoś na temat tego filmu w internecie. Ale jak znaleźć jak nie pamiętałam ani nazwiska reżysera ani tytułu filmu. U mnie wszystko przelatywało przez moje życie nie zostawiając śladów. Przypomniałam, że podpisując umowę odnośnie grania w tym filmie byłam bardzo dumna, że umowa była umową z aktorem, że ja byłam tym aktorem. Zostawiłam tę umowę w rodzinnym albumie artystycznym na pamiątkę.. W umowie było nazwisko kierownika produkcji i roboczy tytuł filmu, ale po nitce doszłam do kłębka. Otóż tytuł filmu to ” We dwoje ” a reżyserem filmu jest Kazimierz Karabasz. Film swoimi cięciami przez cenzurę został wręcz zniszczony. Film polityczny stał się filmem kompletnie o niczym. Ale zobaczyłam siebie. W 46 minucie bohater filmu szykuje się na wesele Cała kwint esencja filmu to rozmowy gości weselnych, jak u Wyspiańskiego, a tu wszystko wycięte. Film jest czarno biały ale jest jedna pani w sukni łososiowej, to ja 40 lat temu.
Demony wracają
Jak się raz naraziłaś mafii to ci nie odpuszczą. Czuję wyraźnie oddech byłej dyrektorki naszego domu na swoich plecach. Magda Pt… obecna kierownik socjalna, wybrana na to stanowisko w ostatniej chwili przez poprzednią dyrektorkę, postępuje ze mną w ten sam sposób w jaki postępowała była – jak już jej się naraziłam. Magdzie nie naraziłam się niczym ona tylko wykonuje polecenia byłej. Po to została wybrana na to stanowisko. Czyżby mafia się odrodziła ? Tylko kliknęłam nazwę Stowarzyszenia które według mnie jest centrum dowodzenia mafii i już wiedziałam, że mam rację. Nawet szefowa jest ta sama. Nazwa się nie zmieniła tylko to Stowarzyszenie jest teraz ogólnopolskie z oddziałami regionalnymi a nie jak kiedyś obejmowało tylko nasz region. Ucichło tylko ze swoją działalnością na parę lat i znów weszło do gry. Cholernie ważne stały się w naszym domu, siostra przełożona i kierownik socjalna – dwa relikty z przeszłości – moje demony. Wszyscy wiedzą, że u nas rządzą te dwie panie. Wiedzą o tym i pracownicy i podopieczni. Pani dyrektor ma teraz jeszcze mniej do powiedzenia niż na początku swojej pracy. Ludzie nawet wątpią czy ona chce mieć coś do powiedzenia. Jej się wydaje, że tak jest dobrze. Ona nie musi podejmować żadnych decyzji, robią to za nią demony. Nawet za cenę ośmieszenia się wycofa się z każdego powiedzianego wcześniej słowa. To ona – pani dyrektor wykonuje polecenia wymienionych pań. Przykre to jest bardzo bo szanowna nie bierze pod uwagę faktu, że za wszystko to odpowiada jednak ona. I kiedyś za wszystko poniesie konsekwencje. Z taką dumą mówiła mi, że też należy do tego Stowarzyszenia. Jak powiedziałam jej, że przecież to jest mafia, nie ma czym się chwalić; to w odpowiedzi usłyszałam tylko – nie, już nie. To stowarzyszenie jest bardzo sprytnie zorganizowane. Należą do niego wszyscy dyrektorzy i kierownicy placówek opiekujących się w różnej formie, ludźmi potrzebującymi tej opieki. Oczywiście nie muszą wstępować w jej szeregi, ale wówczas byliby pomijani przy różnych formach pomocy. A stowarzyszenie to obraca ogromnym majątkiem. Na pewno nie wszyscy należący to tego stowarzyszenia to szuje, ale wystarczy, że nie widzą jak coś jest nie tak a podpiszą co trzeba. W razie czego to przecież w tym stowarzyszeniu nikt za nic nie odpowiada, wszak to sami wolontariusze pracujący ciężko i społecznie na rzecz biednych, pokrzywdzonych przez los ludzi. Ci ludzie, zwłaszcza samotni, to żyła złota, odchodzą i zostawiają cały swój dorobek życia. To zbyt kuszące żeby nie wrócić do takiej działalności, z tak misternie usnutego planu, który się tak pięknie realizowało. Wystarczy tylko usunąć ze swojej drogi takich jak ja. Niestety ci ludzie mafii nie potrafią niczego załatwić po pańsku, dyplomatycznie, u nich jest w łeb i po problemie. Mnie truto, rzucano we mnie petardami, przysyłano anonimy z groźbami. Piszę o tym śmiało chociaż liczę się z tym ale też wiem, że mojego bloga czyta co miesiąc 1000 komputerów i to nie zmiennie od początku mojego pisania. Z tego tysiąca to setka wie dobrze o kogo chodzi, zna mnie i zna sprawę.
Powrót do pamiętnika pensjonariuszki DPS
Byłam pewna, że już nie będę pisała pamiętnika, że wszystko się jakoś ułoży w naszym domu i będzie git. Myślałam, że pracownicy socjalni pod batutą swojej szefowej po prostu tak wciągną mnie do różnych prac, że na podglądanie wnikliwe życia domu już nie znajdę czasu. Przecież najgłupsza nawet osoba wie, że to moje pisanie wzięło się z braku jakichkolwiek zajęć. Z odsuwania mnie od wszystkiego. Ja w ten sposób bronię się przed depresją i jak widać skutecznie. Na wszelkie smutki – praca. Wiadomo, że jeśli mam coś robić to dotyczy to sfery artystycznej. Pani dyrektor była na tak, kierownik socjalna na nie i jest na nie. Cokolwiek chciałabym zrobić , daremny trud. Chciałam zorganizować spotkania z muzyką klasyczną. Mam bardzo dużo nagrań takiej muzyki. Wybrałabym najbardziej popularne, do tego dodałabym barwne słowo i byłaby taka uczta melomana. Ale chciałam to zorganizować kameralnie, w małym przytulnym pomieszczeniu, nie w świetlicy przez którą przechodzą ludzie. Niestety spotkałam się z odmową. Podobno głównie chodziło o pomieszczenie, już w to uwierzyłam ale jak się zorientowałam, że odmawia mi się wszelkiej działalności to już wiem co jest grane. Ponieważ panie socjalne prowadziły takie turystyczno poznawcze programy o różnych miastach Polski; ja przygotowałam cudny program o naszym mieście. Przecież nasi ludzie nie wychodzą nigdzie od lat i nie wiedzą jak jest pięknie. W kancelarii Prezydenta Miasta dostałam wideo o naszym mieście a Kapela która powstała po to żeby rozsławiać nasze miasto i okolice, śpiewając oprowadzałaby nas. W czwartek miałam poprowadzić ten program a we wtorek dowiaduję się, że programy krajoznawcze już zeszły z ” afisza”. Zaczęłam szykować coś ekstra na Sylwestra. Kosztowało mnie to i czas i pieniądze. Dwa miesiące przed czasem spytałam pani dyrektor czy pozwoli, że poprowadzę Sylwestra. Już mam piękną muzykę i filmy do każdego utworu. Nasza pracownica Ania pomagała mi we wszystkim i ona zajęła by się stroną techniczną czyli komputerowo ekranową a ja byłabym prowadzącą i opowiadającą. Pani dyrektor była cała w ochach i achach. Byłam na 100% pewna, że prowadzę Sylwestra a tu na dwa tygodnie przed Sylwestrem usłyszałam NIE. a po nie było głupie tłumaczenie się, że pani dyrektor myślała, że chodzi o jakąś sobotę w karnawale ale i tego mi już nie zaproponowano. Ponieważ robić coś trzeba a ja nie wiele umiem to wracam do pamiętnika i czas jakoś upłynie. Takie ostre odsuwanie mnie od wszystkiego nasuwają mi podejrzenia, że w naszym mieście została przywrócona do łask poprzednio działająca mafia do której trzeba się koniecznie przymilić. O tym świadczy nie tylko ponowne wdeptywanie mnie w kąt ale i powrót do łask mojego głównego wroga czyli pani Janiny Mark… Eksponowaniem Janiny i wkopywaniem mnie w narożnik zajmuje się pani kierownik socjalna – pozostałość po poprzednich rządach. Krew z krwi byłej dyrektorki. A o takich jak ja nie zapomina się nigdy. Tak więc i ja będę pisała ku pamięci a czytelnicy mojego bloga będą wiedzieli, że jeśli mi się coś stanie to powód będzie ten sam co 4 lata temu – nadepnęłam na odcisk miłośnikom mafii.
Moje całe życie runęło jak domek z kart.
Dwa silne tąpnięcia i całe moje życie runęło. Pierwsze tąpnięcie nastąpiło po wejściu do domu i spotkaniu się oko w oko z siostrą i bratem. Z siostry zaczęła wylewać się cała zebrana w niej żółć, która zalegała w niej od chwili moich narodzin. Tyle nienawiści ile było w tej dwudziestoletniej dziewczynie do mnie, to chyba nie było w nikim i nigdy. Nie wydaje mi się, że chodziło to tylko o płaszczyk który sobie pożyczyłam. Brat z kolei był wściekły na mnie za to, że już od miesięcy nie mógł mnie znaleźć na żadnych tańcach, a przecież pilnowanie mnie było jego nadrzędnym obowiązkiem. Przez złość na mnie chyba nawet nie zauważył, że już przestałam chodzić na te tańce. Tak więc moje kochane rodzeństwo zebrało swoje siły i postanowiło, że jednym cięciem załatwią wszystkie ze mną problemy i dadzą upust swojej wściekłości. Było to cięcie dosłowne – brat mnie trzymał a siostra ostrzygła mnie na łyso. W pełni usatysfakcjonowani za należycie spełniony obowiązek czekali na powrót rodziców żeby z dumą im oznajmić, że wszelkie problemy z Danuśką skończone. Tatuś jak mnie zobaczył wylądował w szpitalu z zawałem serca. Mama, jak wróciła ze szpitala, usiłowała z żalem w głosie, tłumaczyć mojemu mądremu rodzeństwu, co zrobili – przecież ona musi chodzić do szkoły, ( chodziłam do liceum i do szkoły muzycznej) nie pomyśleliście o tym – lamentowała mama. Wiecie dobrze, że nie pójdzie, żadne z was w takiej sytuacji nie wyszłoby z domu. Tak właśnie po raz pierwszy zawalił mi się świat. Z domu nie wychodziłam bardzo długo. Stałam się bardzo smutną osobą. Najbardziej bolało mnie, że tatuś leży w szpitalu a ja nie mogę go odwiedzić.To, że nie chodziłam do szkoły nie martwiło mnie wcale, uważałam, że jest to teraz problem mojej rodziny nie mój. Odcięłam się od świata. Nie odzywałam się do nikogo. Cała moja rodzina stała się dla mnie nie widzialna. Zresztą bez tatusia to żadna rodzina. Zaczęłam pisać wiersze. Jak po latach przeczytałam je to się przeraziłam, podarłam i wyrzuciłam. Zapamiętałam tylko mały fragment z kilkudziesięciu wierszy . Wszystkim teraz wiosna, bo maj to przecież… A w moim sercu jesień, bo smutek, bo łzy … Bo nie chcę już być na tym świecie. Po trzech miesiącach próbowałam wyjść do ludzi. W całej Polsce zapanowała moda na fryzury afro, akurat na moje włosy. Fryzjera musiała sfinansować Hanka. Z taką fryzurą nie można jednak było iść do szkoły. Dzisiaj może tak, ale wówczas nie wyobrażalne. Pałętałam się jak coś bezużytecznego. Dopiero po roku wzięłam się w garść i nadrabiałam zaległości w edukacji. Tatuś po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu wrócił do domu na kilka tygodni i znów szpital, później Akademia Medyczna w Gdańsku, z której już nie wrócił żywy. Zmarł 9 stycznia 1958r. To było moje drugie tragiczne tąpnięcie, bo którym już nie było możliwości żeby się podnieść. Byliśmy bardzo skromnie żyjącą rodziną, ale pogrzeb jaki mama sprawiła tatusiowi był iście królewski. Kondukt żałobny obchodził ulice Olsztyna i cały czas grała orkiestra wojskowa. Orkiestra nie mogła grać to co mama chciałaby żeby grali więc grali nokturny Chopina. Jeden z granych na pogrzebie utworów wrył się w moje serce i tkwił, choć nie wiedziałam co to za utwór. Aż wreszcie po latach odkryłam – to Adagio G mol Tomasa Albinoniego siedemnastowiecznego, włoskiego kompozytora. Posłuchajcie go a wryje się w wasze serca jak w moje. Mama chociaż w ten sposób chciała oddać hołd UŁANOWI III SZWADRONU 14 PUŁKU UŁANÓW JAZŁOWIECKICH bo w jej sercu pozostał nim na zawsze.Mam nadzieję, że teraz to już w sercu każdego członka naszej rodziny. A rodzina rozrosła się. Przybyło dziesięcioro wnuków i dwadzieścia dwoje prawnuków. Będę szczęśliwa jeśli dzięki temu blogowi poznali swoich antenatów.
Mam przyzwoitka, a w zasadzie trzech
Jak już miałam kompletny strój czyli : czarna trykotowa bluzeczka z dekolcikiem, rękawek trzy czwarte. Czerwona spódniczka z kory, rozkloszowana z wystającymi koronkami od białej halki, która była na fiżbinach i czarne, skórzane baletki. Strój cudo i dzisiaj każda dziewczynka wyglądałaby pięknie. A więc jak już to wszystko miałam zaczęłam biegać na tańce. No i oczywiście dostałam przyzwoitkę z przydziału. Tym razem to był przyzwoitek – mój brat. Przejął się swoją rolą bardzo, gdziekolwiek nie byłabym to po godzinie brał mnie za fraki i do domu. On nie ma zamiaru sterczeć i patrzeć jak się wykręcam. To dlaczego sam się nie bawisz? Pytałam brata. Bo tańce są dla takich głupich dziewczyn jak ty – odpowiadał. Nie zatańczył nigdy ani razu i nie spuszczał mnie z oczu. Zaczęłam mu się wymykać jeszcze zanim zauważył, że wychodzę z domu. Tak więc zanim mnie znalazł to minęło dwie albo i trzy godziny. Ponieważ szukanie mnie trwało coraz dłużej, przecież zabawy były w dziesiątkach miejsc a ja za każdym razem byłam gdzie indziej, brat zaangażował do pomocy swoich dwóch kolegów – Romka i Andrzeja. No ci to nawet z ulicy zgarniali mnie do domu a i w domu mnie pilnowali bo znali moje możliwości. Kiedyś pamiętam, Andrzej zagonił mnie do domu a w domu nikogo nie było. Ja udawałam, że się cieszę bo przypomniało mi się, że muszę naobierać ziemniaków na placki. Poprosiłam żeby mi pomógł, nawet nie zauważył jak został w domu sam i nie mógł wyjść bo nie miał kluczy, tak więc siedział i obierał ziemniaki. Co sobotę i niedzielę udawało mi się jakimś cudem wymknąć na tańce. Będąc już na sali zauważyłam, że moje przyzwoitki, jak wchodzą na salę to pytają o mnie z imienia. Trzeba więc zmienić imię i grono znajomych. Pora ku temu była bardzo odpowiednia, zaczynał się nowy rok szkolny a w liceum nikt mnie nie znał, zaczęłam się więc przedstawiać jako Karolinka. No i po kłopotach, ani brat ani jego agenci już mnie nie znajdą. Któregoś razu, na tańcach spostrzegłam pięknego chłopaka z bujną czarną czupryną pełną loków i pięknymi, wielkimi, czarnymi oczami. Chłopiec również zwrócił uwagę na mnie. Jednak on nigdy nie tańczył. Zawsze był otoczony grupą około 20 chłopców, którzy też nie tańczyli i nie odstępowali od niego ani na krok. On wchodził na salę z tym orszakiem i jak wychodził to również z nim. Przeprowadziłam wywiad i okazało się, że Stasio jest piłkarzem a ci chłopcy to kibice, wówczas nikt tego słowa nie znał. Ponadto mój piękny nie znajomy był Cyganem i faktycznie . miał na imię – Buczko. Któregoś razu na sali z rozbawioną młodzieżą, usłyszałam grające skrzypce. Na sali zrobiło się cicho, nikt nie ruszył się ze swoich miejsc. A moda z miejscami była taka, że chłopcy siedzieli po jednej stronie sali a dziewczęta po drugiej. Cały środek sali był pusty; nagle idąc prze całą salę Buczko stanął na przeciw mnie i zaczął tańczyć. Ten taniec był zupełnie inny niż nasze tańce. Raz był delikatny, jakby klasyczny, innym razem ognisty a z oczu mojego Cygana buchały ognie. Patrzyłam na ten taniec jak zahipnotyzowana, a on tańczył. Buczko skończył tańczyć i jakby ze złością wyszedł z sali razem ze swoim orszakiem. Podobno powinnam była w pewnym momencie dołączyć do niego w tym tańcu i wtedy stalibyśmy się parą. Ponieważ tego nie zrobiłam to znaczyło, że go odtrąciłam. W ogóle przestał przychodzić na tańce a i mnie się odechciało. Pytałam znajomych czy go widzieli ale nikt go nie widział. Mijały dni a po moim pięknym Cyganie ani śladu. Któregoś dnia jak przechodziłam po ul. Partyzantów koło zegara, zaczepiły mnie dwie śliczne Cyganeczki – daj rękę to ci powróżymy. Ponieważ miałam już słabość do Cyganów to dałam się namówić. Idź tu nie daleko, na ulicę Żeromskiego, tam w otwartym oknie zawsze stoi młody mężczyzna i wzdycha. Wzdycha do ciebie, on cię bardzo kocha i Buczko ma na imię. Powiedz mu, że i ty go kochasz bo on z dnia na dzień ginie w oczach. Przykro patrzeć na chłopaka, a to sportowiec musi być zdrowy. Okazało się, że to były siostry Stasia. Wróżba jak balsam na serce, pobiegłam jak oszalała pod te okna – stał. Przeszłam po ulicy w tę i z powrotem, no i co i nic. Ja nic i on nic. Przez kilka dni stroiłam się najpiękniej jak mogłam i przechadzałam się ulicą Żeromskiego i nic. Była piękna słoneczna wiosna, włożyłam nowiutki, spod igiełki płaszczyk mojej siostry – krzyk mody – popielata dyplomatka z granatowymi wyłogami z aksamitu. Chciałam tylko przejść się w niej pod oknami ukochanego, nic więcej. Po spacerze wróciłam do domu a tam moja siostrzyczka razem z moim braciszkiem już na mnie czekali. Po minach było widać, że będzie to sąd ostateczny.
Jestem przyzwoitką
Teraz Haneczce trzeba przydzielić przyzwoitkę. Padło na mnie. Kochani, to jest bardzo uciążliwe zadanie. Nie masz swojego życia tylko żyjesz życiem osoby której pilnujesz. A jak się jest obowiązkowym to przegrana sprawa zarówno dla jednej jak i drugiej strony. Do kina ze mną, a więc tylko na seanse wcześniejsze, dozwolone dla młodzieży szkolnej. Chociaż mnie wolno było chodzić tylko na poranki, ale w towarzystwie osoby starszej i to z rodziny mogłam pójść na seans na godz. 16. Wyobrażam sobie wściekłość Haneczki za ten stan rzeczy. Ona już pracowała. Pracowała w Ratuszu a tam czas pracy trwał do godz. 16. Także kino już nie bardzo wchodziło w grę. Spacer po parku – też ze mną, na tańce również w moim towarzystwie. Mnie to czasem i bawiło, Hanka już tego znieść nie mogła. Żadna rozmowa im się nie kleiła, a już o przytulankach czy buzi, buzi, mowy być nie mogło. Nienawiść Hanki do mnie wzmagała się coraz bardziej ale znalazła wyjście z sytuacji. Zobaczyła, że i na mnie już zerkają chłopcy a na potańcówkach to bardzo chętnie korzystam z zaproszenia do tańca. Bardzo poważnie wytłumaczyła mamie, że to ja powinnam mieć przyzwoitkę a tą przyzwoitką to ona nie będzie. Rzeczywiście jak to mama mówiła nadchodził do mnie miesiąc ” lizun” to znaczy, młody człowiek zaczyna bardzo starannie przyglądać się sobie. Dba o higienę i wygląd. Lusterko zaczyna być nie zbędnym atrybutem każdej chwili dnia. Tylko patrzeć jak przyjdzie pierwsza miłość. Pierwsza ode mnie zakochała się moja koleżanka Krysia G. ( Miałam dwie koleżanki i obie miały na imię Krysia i obie były ode mnie o rok starsze). Edek, bo tak miał na imię jej wybranek, był traktorzystą, najpopularniejszy w tym czasie zawód świata. Prawie każda dziewczyna marzyła o traktorzyście. Ja bardziej chciałam być traktorzystką niż mieć traktorzystę. Ale ta moja chęć bycia przyczyniła się do ich codziennych spotkań. O żadnych randkach mowy być nie mogło. Wpadłyśmy na genialny pomysł do spotkań w czasie trwania lekcji. Edek przyjeżdżał pod szkołę zaraz po pierwszej lekcji a my oczywiście uciekałyśmy ze szkoły. Wyjeżdżaliśmy za miasto, na polne drogi. Edek nauczył mnie prowadzić traktor więc ja prowadziłam a oni na przyczepie randkowali. Ze szkoły wracałam jak gdyby nigdy nic ale brudna jak sto nieszczęść. Haneczka przeprowadziła wywiad i okazało się, że już od kilku tygodni uciekam zaraz po pierwszej lekcji. Po reprymendzie sporządniałam, dostałam kilka piątek i znów biegałam do tatusia, tym razem do pracy. W pracy wszyscy znajomi w ochach i achach nad córeczką, tatuś szczęśliwy, że tak mu się udała, a córcia zaczęła miewać kaprysy, jakie kaprysy może mieć 14 latka – oczywiście ciuszki. Mama bardzo szybko zauważyła to moje strojenie się i kategorycznie zabroniła naciągać tatusia na tego typu wydatki. Nie jesteś jedynaczką, że wszystko tylko dla ciebie. Nie waż się prosić o cokolwiek. No i masz babo placek, już mam prawie wszystko, zostały do kupienia tylko pantofelki, a tu zakaz proszenia. No to trzeba je kupić za swoje pieniążki. Krysia na wakacje już załatwiła sobie pracę gońca ale ja mam za mało lat. Wzięłam mamy dowód, bardzo prymitywnie przerobiłam swoją datę urodzenia i w ten sposób zostałam zatrudniona w Spedytorze Mazurskim jako goniec. Ja pięknie bawiłam się tą pracą gorzej było z moim szefostwem. Pisma rozniosłam po całym mieście błyskawicznie i szybciutko wracałam do biura. No takiej błyskawicy to w Spedytorze jeszcze nie było. Korciła mnie bardzo maszyna do pisania ale dostałam pozwolenie, że jak będzie wolna to mogę na niej pisać. Dokument sfałszowałam dodając sobie lat ale przez to rozumu mi nie przybyło. Przepisywałam na maszynie teksty piosenek i wysyłałam je do wszystkich dyrektorów firm z nami współpracujących na kopertach stawiając pieczątki spedytora i dodatkowo – poufne. Oczywiście każdy tekst był ” zatwierdzony „przez naszego prezesa pieczątką i podpisem. Pytaniem – co się u was dzieje ? nasz szef był zasypywany codziennie. Wezwał mnie do siebie, wytłumaczył, że tak nie można i że jak jeszcze raz to zrobię to on będzie musiał mnie zwolnić. Tak więc urzeczona szefem zaczęłam zachowywać się jak należy Przecież muszę zarobić na wymarzone pantofelki.
