Zdrowia, szczęścia, pomyślności…

Mama mówiła, że istotnie rodzina była sprawdzona i tatuś odbierał gratulacje, że znalazł pannę prawą i pracowitą. I tak rozesłano wici, że Marianna Kozłowska i Zygmunt Rymkiewicz powiadamiają, iż w dniu 24 lutego 1930r. o godz. 10 odbędzie się uroczystość zaślubin  w Kościele Parafialnym w Olkienikach na którą mają zaszczyt prosić rodzice i narzeczeni.                                                                  ( Ciekawa jestem kto zaśpiewał im Ave Maria, przecież to mama była solistką chóru kościelnego. Miała piękny, trój oktawowy sopran i śpiewała czysto do późnej starości)

Po ślubie rodzice wyjechali do Bójwidz, gdzie czekała na nich gosposia w pięknie wysprzątanym domu i koniuszy. Tata dostał od swoich kolegów z Pułku w prezencie ślubnym,  dwa konie, a ponieważ on również miał dwa, to była już czwórka koni  przy której było trochę pracy.                                                                                                                               W Bójwidzach urodziła się czwórka mojego starszego rodzeństwa: w październiku 1931r. Irena  później Alicja, Hanna i Gerard.  Irena z  rozrzewnieniem wspomina lata spędzone w Bójwidzach. Przede wszystkim tatusia który ponad wszystko kochał dzieci i konie. Dla swoich miłości zawsze miał czas. Mama była bardzo elegancka, miała czas dla siebie bo w domu były dwie nianie, kucharka i osoba od porządków.  Co sobotę rodzice spotykali się ze swoimi przyjaciółmi u nas albo u któregoś z nich.  Kiedyś, jako siedmiolatka wbiegłam na takie spotkanie towarzyskie, cała w złości bo niania zjadła nasze wszystkie czekoladki, to mama siedząca z paniami była zdenerwowana a tatuś przestał grać w  preferansa bo wizytę mu złożyła dama jego serca- czyli ja – mówi Irena.  Uspokoił mnie, od gospodarza  spotkania dostałam całe pudełko czekoladek i szczęśliwa usnęłam na kolanach taty. Mama długo wypominała tatusiowi, że przez tą ślepą miłość do dzieci psuje je.                                                                                                                       Niestety życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności spełniały się tylko przez   nie całe  dziesięć lat. Później to już była tylko ucieczka, ukrywanie się i więzienie.                                                                                           Był rok 1939 Rosja szykowała się do wojny. Przed rozpoczęciem wojny Rosjanie  postanowili wywieść do obozów jenieckich wszystkich oficerów, policjantów i całą inteligencję polską. Wywieść i rozstrzelać.               Całe szczęście, że nasz tatuś był życzliwym człowiekiem dla wszystkich i ci którzy go znali odwdzięczali mu się życzliwością.  Rosjanie razem z Litwinami tworzyli bojówki, które w nocy wpadały  do domów polskich i wyprowadzali z nich mężczyzn na pewną śmierć. Dosłownie na kilka godzin przed wtargnięciem bojówek do naszego domu, tata został ostrzeżony, że ma natychmiast uciekać z rodziną. W ciągu dwóch godziny nie było śladu po domownikach a za następne dwie godziny cały dom już płonął. Rodzice z całym dobytkiem na  jednym wozie, pojechali do Malinówki. To był  majątek stryjecznego brata taty. Niestety tam też  długo nie zabawili. Ktoś ze służby zadenuncjował Litwinom o gościu w majątku. Ktoś drugi ostrzegł i znów ucieczka. Koledzy z Wilna znaleźli dla naszej rodziny schronienie w szkole rosyjskiej w Wilnie właśnie. Kierowniczka szkoły, wdowa po bohaterze Związku Radzieckiego który zginął w pierwszych dniach wojny, uważana była przez Polaków,  za porządnego człowieka. Dostaliśmy klasę która służyła nam za mieszkanie a tatuś został zatrudniony jako woźny. W takich warunkach, jak dla mnie to luksusowych, dla mojego rodzeństwa niestety nie, przeżyliśmy rok. Jak ja się urodziłam tata już był w więzieniu NKWD.

Ułan w cywilu

Mój Boże, takie chwalebne czyny trzeba było ukrywać przed całym światem. We wszystkich rodzinach naszych wyzwolicieli był to temat tabu. Pamiętam jak kiedyś przez przypadek znalazłam legitymację taty z krzyżem Virtuti Militari , mama natychmiast wyrwała mi ją z rąk i później wmawiano mi, że coś mi się przywidziało. Dopiero jak od bratowej dostałam to słynne zdjęcie zaczęłam pomału coś nie coś kojarzyć. I tak po nitce do kłębka poznałam losy swojego taty.                                                                                Tata szedł za swoim wodzem wszędzie . Polska była wolna. Tworzył się rząd polski. Marszałek chciał stanąć na czele tego rządu, tego również chciał naród polski a politycy, nie zmienili się nic a nic, tak wówczas jak i teraz – nie ma to jak awantura w sejmie.  W maju 1926r. na czele oddanych mu oddziałów,  Piłsudski ruszył na Warszawę po władzę. Na ulicach Warszawy toczyły się krwawe boje. Podczas tych walk nasz tata zostaje ciężko ranny. Wykrwawiłby się na ulicy, gdyby nie pewien Niemiec o imieniu Gerard. Zabrał tatę do siebie i opiekował się nim do pełnego wyzdrowienia. Opiekował się również koniem taty.                               Na pamiątkę tego wydarzenia mój brat otrzymał imię Gerard.           Tata wrócił do Wilna. Przeszedł do cywila. Marszałek Piłsudski nigdy nie zapominał o swoich żołnierzach. Przyjechał osobiście do domu rodzinnego taty i zadał pytanie mojej babci – jakie teraz ma marzenia, proszę mówić śmiało, Tak więc babcia odpowiedziała, śmiało – chcę mieć restaurację, konkretnie tę na ulicy Antokolskiej. Dostała to co chciała. Od tej pory w rodzinie dziadków zaczyna się spokojne i dostatnie życie. A czego chciałby mój żołnierz  – pytał dalej Marszałek. Spokojnego życia jak najdalej od tłumów – odpowiedział tata. To znajdź sobie takie miejsce i daj mi znać. Przypomniał też, że pora się żenić. Poszukaj sobie żony i o tym też daj mi znać , bo trzeba będzie sprawdzić czy kandydatka  zasługuje na naszego bohatera. Marszałek zawsze interesował się życiem swoich żołnierzy.

Był rok 1928  tata na koniku objeżdżał wszystkie małe miejscowości na Wileńszczyźnie.  Miesiące mijały i nic. Przemierzył na koniku dziesiątki kilometrów aż wreszcie znalazł – Bójwidze. Tak to miejsce nazwał Napoleon Bonaparte jak zobaczył bój toczący się pomiędzy Francuzami i Rosjanami. Krzyknął głośno – bój widzę.  Tej osady nie było wówczas na mapach. To była zwykła dolina okolona lasem. Dopiero w latach 1820 –  1830 zaczęli się zjeżdżać pierwsi osadnicy żeby budować swoje miasteczko. Ktoś wspomniał jak nazwał to miejsce Napoleon i tak zostało to miejsce nazwane. Tatę zauroczyła dolina okolona lasem. Kilkanaście domków, w centrum rynek i kościół. Widok jak z obrazka. Zdecydował, że tu chce spędzić resztę życia.  Ale wracając do Wilna nie jechał najkrótszą  z dróg. Nadłożył ponad 40 km.  i jechał do Wilna przez Olkieniki. Widocznie serce mu podpowiedziało, że tam mieszka jego przyszła żona. Spotkali się na moście łączącym dwa brzegi Mereczanki.  Tata zszedł z konia i z galanterią przedstawił się dziewczynie z warkoczem do kolan, pytając o drogę do Wilna. Panna wiedziała, że to blef , tam żadnej drogi nie było  ale kawaler przypadł do gustu.

Cud – nie tylko nad Wisłą

Po raz drugi wyznaczono tatę do odznaczenia Krzyżem Walecznych za bitwę pod CHorowcem w 1920r. Tata sam w imieniu swojego plutonu  poszedł na zwiady. Cała wieś była zajęta przez bolszewików. Zdecydował, że poczekają do nocy i na przyjście całego Pułku. Pułk zaszedł bolszewickich oficerów od tyłu a tata  od frontu, ukryty, walił w różne żelastwa żeby narobić jak najwięcej hałasu. Wystarczyła ta jedna noc żeby wieś była znów w rękach Polaków.                                                                                    Każde odznaczenie poprzedza wniosek dowódców i uzasadnienie wniosku. I wniosek i uzasadnienie  to dokładny opis wydarzenia które według zwierzchników było wielkim bohaterstwem.  Ten wniosek zatwierdza Kapituła, składająca się w wymienionych przypadkach z sześciu wysokiej rangi oficerów z nazwiskami takimi, które znamy z lekcji historii takie jak np. Pułkownik Rummel czy Generał Haller.

Pułk Jazłowiecki walczył też z wojskami Budiennego , najpotężniejszym  i najsprytniejszym wojskiem wroga. Budienny otoczył 14 Pułk i znając swoje tereny wyparł cały Pułk na bagna. Bagno zaczęło wciągać zdobycz. Budienny ze swoim wojskiem zawrócił pewny, że już po Pułku. I stał się cud, nie jeden tego roku. Bagna mają dwa cykle wciągania zdobyczy i wypluwania jej. Takie cykle są różne w zależności od składu mineralnego i ciężaru jaki pochłonęło.  Nasi chłopcy trafili na cykl wypluwania. Bagno zaczęło  bulgotać, gotować się i wypluwać zdobycz. Jakież było zdziwienie w wojskach Budiennego  jak nasi chłopcy zdążyli dołączyć  do Dywizji Rummla  i zatrzymać jazdę Budiennego  przed marszem na Lwów.  Słynna bitwa pod Komorowem to ostateczny pogrom wojsk Budiennego.                                                                                Ułani 14 Pułku byli nieprawdopodobni. Całe wsie i miasteczka wyzwalali w kilka godzin, najwyżej w dobę. Nic dziwnego, że cały Pułk był Kawalerem Virtuti Militari. Oni byli i są – Semper Fidelis – zawsze wierni. Wielokrotnie zasługiwali na Order Virtuti Militari ale taki Order można przyznać tylko raz. Także wszyscy Ułani tego Pułku mieli zezwolenie noszenia złotych naszywek na mundurach. Wyglądali jak generalicja.                                                                            Pisząc o wszystkich walkach i nadludzkich zwycięstwach 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich ciągle dręczyła mnie myśl – dlaczego ten Pułk nie brał udziału w bitwie warszawskiej  w 1920 r. dopiero jak poszłam na film pod takim właśnie tytułem, wszystko zrozumiałam. To była taktyka Marszałka Piłsudskiego. Przechwycono depeszę do sztabu bolszewickiego  a po rozszyfrowaniu jej okazało się, że sowieci kierują na Warszawę wszystkie swoje wojska. Zdobycie Warszawy było dla nich otwarciem drzwi do Europy. Marszałek wiedział, że takiej ilości wojsk nie pokona. Przecież połowa naszego wojska była na wschodzie Polski. Marszałek wydał rozkaz żeby wojska będące na wschodzie rozdzieliły maszerujących sowietów na Warszawę. Żeby wszczęły wojnę zaczepną i przez to zatrzymały połowę wojsk sowieckich. Marszałek swoją decyzją przeciął front na pół, a ponieważ i żołnierze ze wschodu i żołnierze spod Warszawy spisali się na piątkę to stał się CUD  NAD  WISŁĄ.

Szlak bojowy Taty wg dokumentów

Niespełna 16 letni chłopiec był wszędzie tam gdzie rozkazał mu być jego dowódca. Wybuch wojny 1914 – 1918 szybko spowodował, że legioniści  przeistoczyli się w regularne wojsko dołączając do formacji austriackiej. Już po roku trwania walk wojska niemieckie, austrowęgierskie  i polskie  w połączeniu, zajęły ziemie zaboru rosyjskiego i utworzyły w centralnej Polsce – Królestwo Polskie, a w roku 1918 w ręce polskie przeszły ziemie zaboru austriackiego. Utworzono Rząd Polski,  (a żołnierz polski choć oficjalnie nie jest jeszcze żołnierzem) jest rozrzucony po całej Europie i nie tylko. Tatuś, najpierw  był w Rumunii gdzie  utworzony został szwadron polski który dołączył  do formacji rosyjskich białoarmistów – kontrrewolucja do czerwonoarmistów. Połączenie wojsk następuje właśnie na Kubaniu. Tam na Kubaniu powstaje cały Pułk Polski którego dowódcą zostaje major Konstanty Plisowski. Śledząc losy majora poznałam cały szlak bojowy taty.   Cały rok trwała przeprawa pułku polskiego z Kubania przez Odessę do Polski.  Z Odessy pułk musiał przeprowadzić nasze konie wyścigowe które na torze odeskim były od 1915r. Przeprowadzenie tych koni  w warunkach wojennych było bardzo trudne bo i koni trzeba było chronić i walczyć trzeba było.                   7 października 1918r. zostaje ogłoszona niepodległość Polski. Wprawdzie tylko jej część  centralna ale już zostaje powołany Rząd Polski. 10 listopada 1918r. Józef Piłsudski zostaje Naczelnym Dowódcą Wojska Polskiego  od tej pory zaczyna się oficjalny nabór do Wojska Polskiego. Tata oficjalnie wstępuje do wojska w styczniu 1919r.  ma 21 lat  i już pięcioletnie doświadczenie wojskowo – wojenne. W lutym 1919r. Polska przystąpiła do działań militarnych  o wyzwolenie całego kraju i ustalenie granic sprzed zaborów. W czerwcu 1919r. pułk taty przekracza granice Polski w dziewięć miesięcy później tata zostaje wnioskowany do odznaczenia Krzyżem Walecznych. Wniosek jest opatrzony datą   8 kwietnia 1920r. a czyn którego dokonał miał miejsce 8 października 1919r. Ten pierwszy krzyż otrzymał za bitwę pod Korostyniem a ona miała miejsce właśnie 8 października . We wniosku jest napisane – cytuję :  ” kiedy szwadron  piechoty atakował bolszewików, stanął na czele plutonu i uderzył na szykujących się  do kontrataku  bolszewików  i swoim osobistym przykładem porwał swój pluton i zmusił wroga do ucieczki, biorąc z kilkoma ułanami  około 100 jeńców  w wysokim stopniu, przez co ułatwił ogólne zwycięstwo.                                                                                   W swoim ” lewym życiorysie” napisał, że był w tym czasie koniuszym u hrabiego Perezy. Hrabia ów był właścicielem  koni wyścigowych które pułk przeprowadzał z Odessy. Koniuszym u hrabiego był niejaki Zygmunt Rynkiewicz który zginął podczas przeprawy  i tata, już w PRL powoływał się na to nazwisko ( z jedną inną literką )sądząc, że to uchroni go od represji.  Niestety bardzo się mylił, każdy wróg Związku Radzieckiego był ścigany do końca swoich dni.                                                                                                              Droga z Odessy do Polski to bezustanna walka, wiadomo wojna. Podczas postoju w Besarabii szwadrony biją się z sowietami. Granice Polski przekraczają pod Śniatyniem  – tu walki z Ukraińcami nad Dniestrem. Później walki nad Stypą,  no i słynna bitwa o Jazłowiec  w której 200 szabel ułańskich pokonuje 2 5oo  bagnetów, 50 ckm i 4 baterie ukraińskie. W takim stylu zdobywają miasto i klasztor w Jazłowcu . Panny które schroniły się w klasztorze  wyhaftowały dla pułku piękny sztandar i od tej pory  Pułk jest 14 Pułkiem Ułanów Jazłowieckich.                                              12 sierpnia 1919r. na pamiątkę tego nie bywałego zwycięstwa  Józef Piłsudski nadaje im ten tytuł i odznacza Pułk            Krzyżem       VIRTUTI   MILITARI.

Nie ma tego złego …

Pamiętnik rodzinny zaczęłam pisać jak już w domu opieki w którym mieszkałam nie wolno mi było nawet oddychać.  Zaczęło się od moich wizyt u starszej siostry, która pozabierała wszystkie zdjęcia rodzinne a ja zechciałam zobaczyć je i porobić sobie odbitki. Moja siostra jest ode mnie o dziesięć lat starsza i mimo, że jesteśmy spod tego samego znaku zodiaku – waga – na wszystko mamy zupełnie inne spojrzenie. Ona patrząc na zdjęcia mówiła mi kto na nich jest, w końcu uczestniczyła w młodości naszych rodziców a więc wiedziała to o czym ja nie miałam pojęcia. Ale jak doszło do zdjęć taty w mundurze to nie umiała odpowiedzieć na moje pytania. Razem ze zdjęciami był odręcznie napisany życiorys tatusia, który jak dla mnie to był bez sensu. Za dużo w nim było nie jasności, plątaniny dat i całe mnóstwo miejscowości gdzie tato niby był. Ja musiałam to wszystko sobie powyjaśniać a siostra przyjęła do wiadomości i już. Druga siostra przyjęła do wiadomości relację starszej i koniec kropka. Wzięłam kilka zdjęć, porobiłam odbitki. Było dla mnie dziwne, że nic nie było na odwrotnych stronach tych zdjęć. Postanowiłam podzielić się tymi fotografiami z naszą bratową. Brat już dawno nie żył ale w końcu zostawił syna który nosi nasze  rodowe nazwisko. I to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że brat miał ukryte przed wszystkimi zdjęcie tatusia. Chował je jak relikwie i zakazał komukolwiek  pokazywać. Bratowa daje mi to zdjęcie ze zdziwieniem, że to niby taki skarb, a dla mnie to był skarb, który mi wszystko wyjaśnił. Na zdjęciu dwaj młodzi chłopcy w mundurach wojskowych, z szabelkami a na odwrocie pieczęć Dowództwa 3 Szwadronu 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich  i data 18 styczeń 1920r. z podpisem tatusia – na wieczną pamiątkę. I tak jak później korzystając z ” życiorysu taty” pisałam gdzie się da żeby dowiedzieć się czegokolwiek i nie dowiedziałam się niczego, bo był to życiorys napisany dla potrzeb UB i potrzeb dzieci;  tak mając to zdjęcie napisałam do Archiwum Wojska Polskiego i dowiedziałam się bardzo wiele. Jak dołożyłam do tego lekturę o Pułku taty to wiedziałam już prawie wszystko.  Te wiadomości zebrałam w całość, którą opisałam i przekazałam każdemu z naszej rodziny. Bo nie może tak być, że czegoś nie wiemy. Możemy nie wiedzieć kto z kim i kiedy ale o czymś takim jak wyzwalanie miast polskich po ponad stu latach niewoli i to przez naszego rodzica, to grzech nie wiedzieć. Przecież to On, nasz tatuś –  tworzył zalążki naszej wolnej już ojczyzny.

Babcia Anastazja i dziadek Stanisław.

Dziadek mając zaledwie 11 lat już został głową rodziny. W tym strasznym okresie kiedy trzeba było  walczyć o kawałek chleba, pięcioro dzieci zostaje bez niczyjej opieki i bez jakichkolwiek środków do życia. Najstarszym  z dzieci jest właśnie Staś – 11 letni chłopiec. Jego ojca, czyli mojego pradziadka zabrano do wojska rosyjskiego zaraz po Powstaniu Styczniowym; pradziadek z tego wojska nie wrócił. Prababcia któregoś dnia wyszła z domu żeby zdobyć coś do jedzenia i już nigdy nie wróciła. Dzieci zostały same. Mój dziadek bardzo dzielnie zajął się swoją rodziną. Podzielił obowiązki między rodzeństwem a sam pracował  od świtu  żeby zarobić na  kawałek chleba. Nie wiem jakim cudem cała piątka przeżyła. W każdym razie dziadek przez najbliższe 25 lat zajmował się tylko rodzeństwem. Jak  już był spokojny o losy  rodzeństwa  zaczął myśleć o sobie. I tak mając 36 lat wziął za żonę 17 letnią  Anastazję.   Z tego małżeństwa zrodziło się siedmioro dzieci.     Najstarszy Józef urodził się w 1892r. W  dorosłym życiu  był introligatorem.  Po II wojnie światowej mieszkał w Olsztynie i miał swój  zakład  introligatorski na ulicy Św. Barbary przy Katedrze. W dwa lata później urodziła się córka Helena, która zamieszkała w Słupsku. Po następnych dwóch latach urodził się Jan czyli w roku 1896. Jan został fryzjerem i również zamieszkał w Słupsku.       Zygmunt, mój tatuś, urodził się w 1898r. Chluba nie tylko rodziny. Dzięki jego postawie, jego waleczności i odwadze cała rodzina moich dziadków po roku 1920  zaczęła żyć w dostatku i w wielkiej chwale, tak jak żyli w chwale zwycięzcy Ułani Piłsudczycy. . Następnym dzieckiem dziadków była Kazimiera, później Mieczysław i Janina.                                                                                                Do roku 1920 w Wilnie nie było szkół polskich . Nasza babcia, ta młodziutka pani o kamiennym charakterze uczyła swoje dzieci  czytania po polsku na książeczce do nabożeństwa. Tak było w każdej polskiej rodzinie. Za każdym razem przystępując do nauki, dzieci musiały uklęknąć i przeżegnać się. Przecież czytały modlitwy. Babcia w tej atmosferze religijności i wielkiej miłości do ojczyzny uczyła też swoje dzieci historii i  geografii no i oczywiście rachunków. Uczyła tak jak umiała, jak wcześniej uczyli ją jej rodzice.  Dzieciom mówiła ciągle o swoim wielkim marzeniu – wolnej Polsce i swobodnym mówieniu w języku ojczystym. Tak zakorzeniła tę miłość do ojczyzny, że jak tatuś miał 16 lat  musiała mu szyć mundur legionisty.  W tym czasie Józef Piłsudski  – który miał takie samo marzenie jak moja babcia – tworzył legiony.  Jak już mówiłam, moja babcia miała kamienny charakter, nie łkała na myśl, że jej syn, dzieciak jeszcze, chce przelewać krew za ojczyznę, która  była  tylko w sercach Polaków, przecież Polski w ogóle nie było na mapach świata, tylko mówiła idź i walcz.  Polskie dzieciaki szły walczyć właśnie po to żeby na mapach świata znalazł się kontur Polski. Babcia nie łkała na myśl, że syn może nie wrócić, tylko powtarzała jak  modlitwę – idź i walcz, każdy Polak musi walczyć o swoją ojczyznę. Tak żyć jak my teraz żyjemy – nie można!

WILNO

Rodzice mojego taty urodzili się w Wilnie  w okresie najstraszniejszym dla tego miasta. Cała Polska była już przez dziesięciolecia w niewoli.  Ostatni rozbiór Polski miał miejsce w roku 1795 . Rosja jeszcze przez kilkadziesiąt lat  patrzyła na Polskę pobłażliwym okiem mimo różnych represji.  Zostawiła pewne swobody i utrzymywała niektóre instytucje autonomiczne i to pozwoliło rozkwitać mojemu ukochanemu miastu. Przecież to miasto należy do najstarożytniejszych miast na wschodzie Europy, liczy sobie prawie dziesięć wieków.  Lata 1815 – 1830 to wielki rozkwit  miasta.  Mimo niewoli powstaje Uniwersytet Wileński, działają Towarzystwa Naukowo Literackie. Wydawane były dzienniki i czasopisma polskie, na łamach których pisali wybitni literaci polscy. Absolwenci Uniwersytetu Wileńskiego wykładali na uniwersytetach w całej Europie. Mimo niewoli Wilno kwitło, a kwitło bo miało wielkich ludzi, a ludzie ci wiedząc, że są wielcy postanowili wyzwolić się spod zaboru carskiej Rosji  i dołączyli  do powstań narodowo wyzwoleńczych  – 1830r. Powstanie Listopadowe i 1863r. Powstanie Styczniowe.  Oba powstania zostały  bardzo krwawo stłumione. Od tej pory Rosja zaczęła niszczyć całą autonomię polską. Wojsko Polskie przestało istnieć, oficerów i inteligencję zsyłano na Syberię. Konfiskowano mienie. Porywano dzieci i wysyłano je do rosyjskich kolonii. Uczelnie zamknięto. Przestały istnieć wszystkie polskie szkoły. Z dobrobytu została bieda a zasady moralne  zanikały  w obliczu walki o byt o przetrwanie. Dla Polaków nastąpiła długa czarna noc, która trwała przez prawie 60 lat.  Terror rosyjski był najsroższy na wileńszczyźnie.  Rządził tu osławiony Murawiew – Wieszatiel.  Kazał wieszać Polaków za byle co.  Ci co pozostali przy życiu nie mieli niczego, był zakaz sprzedawania czegokolwiek Polakom.  Był zakaz mówienia po Polsku. Polakom została tylko walka o byt biologiczny. Polacy uznali tę rzeczywistość  twardą i krwawą. Ich dewizą było już tylko trwać.  W tej strasznej rzeczywistości ukształtowały się kamienne charaktery.                                            Właśnie w tym strasznym czasie przyszli na świat rodzice mojego taty. Dziadek Stanisław Rymkiewicz urodził się w Wilnie w 1853r.  a babcia Anastazja z domu Czypułkowska urodziła się  w 1872r.

Olkieniki – II

Szłam z Basią przez  tę cząstkę Olkienik , weszłyśmy na „most” idąc przez Mereczankę – na tym moście poznali się moi rodzice; mama mówiła, że tata przejeżdżał przez most konno. Teraz to tylko kładka nie most i wstążeczka wody pod tą kładką.  Jedna z mieszkanek naszego domu opieki opowiadała, że w czasach jej młodości, czyli lata dwudzieste ubiegłego wieku, Mereczanka była bardzo głęboka i miała bardzo bystry nurt, widać to zresztą po korycie rzecznym. Jeszcze  przed II wojną  pewien Niemiec budował fabrykę zapałek, a że budował nie w swoim kraju to i niczego nie szanował, zrobił tamę na Mereczance żeby skierować bieg rzeki do swojej fabryki. Zrobił to tak, że koryto rzeki w Olkienikach wyschło a u niego w Koleśnikach były ciągłe powodzie.  I rzeka zaginęła i fabryki nie było. Przez brak wody w Mereczance przestała działać w Olkienikach, smolarnia. Mereczanka nawadniała część puszczy  przez co było dużo przegniłych starych sosen. Rdzeń tych sosen  wykorowywano i paliło się te rdzenie w specjalnych piecach, w odpowiedniej temperaturze przez dwa tygodnie. Podczas  obróbki wydzielał się gaz. Rury z gazem były zanurzone w wodach Mereczanki w celu schłodzenia  a na drugim brzegu rzeki z tych samych rur już zamiast gazu była terpentyna i smoła. Polacy, w swoim kraju szanowali wszystko nawet przegniłe drzewa były wartością.                                     Minęłyśmy tą słynną Mereczankę, weszłyśmy pod górkę i na lewo zobaczyłam dom  dziadka Karola.  Kiedyś to może ten dom wydawał się okazały a dzisiaj to po prostu domek. Fakt piętrowy ale to tylko wiejski domek. Weszłyśmy przez bramę – na lewo były budynki gospodarcze rozpoczynając od łaźni i kuchni letniej. Łaźnia z dużym paleniskiem nad którym kiedyś stawiano wielkie kotły do wrzącej wody. Na podłodze poukładane wielkie kamienie na które lało się tę wrzącą wodę.  W ten sposób tworzyła się gęsta para, która obejmowała całe pomieszczenie. Korzystający z łaźni, ledwie widoczni prze tę parę, biczowali się wienikami – czyli miotłami uwitymi z brzozy. Obok drugie pomieszczenie z ławami, to miejsce na odpoczynek po trudach sauny. Wychodzimy z łaźni i widzimy dom, dom jednopiętrowy. Na parterze domu są trzy pokoje , kuchnia, spiżarnia,  kącik sanitarny i duża weranda. Na piętrze jeden duży pokój. W kuchni do dziś jest klepisko; podobno tam gdzie jest porządne klepisko nie lęgnie się żadne robactwo i nie potrzebna jest lodówka.                                                                                Po  krótkiej rozmowie wybrałyśmy się z Basią na cmentarz. Odwiedziłyśmy groby dziadka i jego rodziców, no i oczywiście groby pomordowanych w Krwawe Zielone Świątki w 1942r.  Ponieważ pomordowani leżeli pod płotem cmentarnym, mieszkańcy  przesunęli płot tak żeby zbiorowa mogiła znalazła się na terenie cmentarza. Tak więc szesnastu z nich leżało już na cmentarzu a pozostałych pięciu pod lasem za smolarnią, wśród tych pięciu byli dwaj bracia mamy. Mimo to wujek Sylwek postawił krzyże drewniane na obu grobach a po pięćdziesięciu latach przywiózł z Polski kamienne tablice na których były wyryte  nazwiska wszystkich pomordowanych, czyli 21 nazwisk. Wujek postawił te tablice na cmentarzu mimo, że jego bracia leżeli pod lasem. Były już lata dziewięćdziesiąte, a ci pod lasem byli nadal wrogami nr. 1 których nie można było pochować z godnością na cmentarzu i nie można było postawić jakiegokolwiek pomnika. Wujek stawiając pomnik na cmentarzu był pewien, że kiedyś doczeka się chwili, że jego bracia znajdą się na cmentarzu. Niestety nie doczekał. Mieszkańcy Olkienik pamiętają o tych pod lasem, zawsze są tam kwiaty i płoną znicze.                                                                                        Żegnając się z Olkienikami zaszłyśmy z Basią do kościoła, w końcu w tym kościele był proboszczem członek naszej rodziny, w tym kościele brała ślub moja babcia i moja mama – niestety wejście do kościoła nie było miłe, msza odprawiana była po litewsku. Dopiero wówczas uświadomiłam sobie, że jestem na Litwie, że miejscowość w której przebywam już dawno nie nazywa się Olkieniki tylko VALKIENINKAI.

Olkieniki – I

Pojechałam do Olkienik bez uprzedzenia kogokolwiek, że przyjadę. Nie wiedziałam nawet czy jeszcze ktoś z rodziny Kozłowskich tam mieszka. A jeśli mieszka to jak do tego kogoś trafić. Nie miałam ani adresu ani telefonu do nikogo. Zupełnie nie wzięłam pod uwagę, że obecne Olkieniki to nie to samo miasto co sprzed wojny w którym wszyscy znali rodzinę Kozłowskich. Miasto to nie tylko, że litewskie nie polskie ale i wielokrotnie dzielone i przydzielane do różnych okręgów. Najpierw był to okręg ejszyski a wówczas orański. Niszczono to miasto dzieląc na różne części i przydzielając do różnych okręgów żeby wytrzebić całkowicie polskość. A ponadto Litwa przez ponad pół wieku stanowiła republikę rosyjską i popadała w ruinę.  Ja to wszystko uświadomiłam sobie jak już siedziałam w autobusie jadącym do Olkienik. Dopiero wpadłam w panikę – przecież ja nie znam litewskiego. Dogadałabym się po rosyjsku ale Litwini nie znoszą teraz i Rosjan. Boże drogi, ja nawet nie wiem jak duże są Olkieniki, ile w nich przystanków autobusowych, na którym miałabym wysiąść?  Raptem usłyszałam swój wystraszony  głos – Ile przystanków jest w Olkienikach?  Cały autobus rozśpiewał się kresową polszczyzną. To taki specyficzny język polski niszczony prawie dwa wieki; on jest inny ale dobrze zrozumiały przez takich jak ja. W moim domu tatuś i my dzieciaki, mówiliśmy czystym językiem polskim, a mama i babcia  mówiły  właśnie takim wileńskim językiem, a może nawet olkienickim.    Np. Rojsty – krzaki,   pałonik – łyżka wazowa,  przestudzić – podmuchać,  koczerga – pogrzebacz,   szwendanie się – chodzenie be celu,          trzaski – drzazgi,   nie bluźnij – nie zmyślaj,   nosówka – chusteczka do nosa,   nie bresz – nie mów głupstw,   okutana – otulona,   bożyć się – przysięgać,   pośpiejem – zdążymy,   kiturka – rozporek męski,   żerdź – kołek w płocie,   bierwiono – szczapa.         Nie wiele pamiętam z tej mowy mojej babci i mamy, ale jak do mnie ktoś mówi używając takich słów to wszystko rozumiem. Ludzie w autobusie zaczęli zasypywać mnie pytaniami – a do kogo ty wybrała sie?  czyja ty ?  jak nazywali sie twoi rodzice ?  a ty masz siostra Ircia ? Jak odpowiedziałam na te wszystkie pytania to usłyszałam – a to ty do Karolów. Zrozumiałam, że mimo iż dziadek Karol nie żyje już od pół wieku to ja przyjechałam do jego domu. Ten dom wybudował Karol i kto by w nim nie mieszkał to zawsze to będzie dom Karolów. Babcia Jadwiga to Karolowa, ich córka to Karolówna, ich synowie to Karoluki.  Kozłowskich w Olkienikach było dużo a Karol był jeden.                                                                                     (  I tu wyłazi jak szydło z worka brak dokładności w artykule profesora   Uniwersyteckiego, który swego czasu pisał artykuł o Olkienikach  a był on  w 70% poświęcony rodzinie moich dziadków, czyli rodzinie jego chrzestnej mamy. W artykule tym było zdjęcie braci mojej mamy i zdjęcie domu dziadków z podpisem, że to dom  Jana Kozłowskiego.  Panie profesorze  przecież był pan Polakiem zanim został pan profesorem a zgodnie z polską tradycją ten dom na zdjęciu to dom Karola. Jan tylko przez jakiś czas tam mieszkał, mimo, że był synem Karola i tam się urodził ) .                                        Tak my już wysiońdzim stobo ( to nie błąd to taka mowa ) . Dom Karolów jest za smolarnio. Chociaż smolarni nie ma już od pół wieku, ale dom Karolów jest za smolarnią. Przejdzim przez plac koło kościoła, tam zobaczysz pomnik stryjka swojego dziadka naszego proboszcza – ten proboszcz nie żyje już od 150 laty ale on nasz. Jak minisz kościół zobaczysz rzeczka – Mereczanka , przejdzisz przez most i pójdzisz pod górka i na lewo już zobaczysz dom Karolów. Ale teraz tam toż nikogutku, toż Basia w pracy. Ot tu patrzaj apteka tak ty i wstąp i pokażsie, że przyjechała. Basia apteka zamkni a my wszystkim powiemi czemu.  Toż taki gość, tak ty idź z Bogiem.                               W tym momencie zrozumiałam co to znaczą korzenie. Drzewa wycięte w pień. Gałęzie spalone wieki temu a korzenie tkwią głęboko w ziemi, są. Minęły dziesięciolecia, ja nigdy nie byłam w Olkienikach, urodziłam się w Wilnie a całe życie mieszkałam w Olsztynie, a tylko postawiłam nogę na tej ziemi  już byłam  ich, byłam swoja.  Stąpałam po ziemi pod którą wiły się korzenie mojej rodziny.

 

Moja pielgrzymka do Wilna.

Był już rok 1994 jak po pół wieku postanowiłam pojechać do Wilna. Jakoś dziwnie mnie wcale nie ciągnęło do tych stron ojczystych. Wyjechałam z tego miasta w 1946r. i nigdy później  nie byłam a jak tylko znalazłam się w tym mieście od razu poczułam wielką miłość do tych stron znad Wilii. Wstąpił we mnie duch bojowy  ale z ogromną dozą miłości do tego miasta. Chciałam wszystko zobaczyć, w zasadzie dopiero poznać, a duch bojowy krzyczał we mnie – to moje miasto, tu się urodziłam  i wszędzie trafię bez niczyjej pomocy. Czułam się taka zdrowa i silna, nawet nie zwróciłam uwagi, że przestałam pić kawę, zauważyły to  moje współlokatorki z hotelu. Budziłam się skoro świt i byłam gotowa do podboju miasta. Ponieważ była to autentyczna pielgrzymka z mojej parafii to i do kościoła trzeba było pójść codziennie ja biegałam codziennie do Ostrej Bramy, to tu byłam chrzczona i tu mama modliła się o moje zdrowie jak wpadłam pod samochód mając 4 i pół roku.             Jedna bardzo ważna rzecz zwróciła moją uwagę – wszędzie tam gdzie byliśmy zaczynało się od ciszy i w zależności od tego kto pierwszy odezwał się, Polak czy Litwin to reszta obecnych mówiła wówczas w tym języku. Jak zwróciłam na to uwagę to natychmiast rozpoczynałam swoim dobitnym głosem mówienie po polsku. Jaką mi to sprawiało przyjemność jak słyszałam, gdziekolwiek byłam, mowę polską. W Ostrej Bramie, zaczynałam modlitwy i śpiew po polsku i natychmiast  wszyscy obecni modlili się i śpiewali w moim ojczystym języku, pewnie i w swoim. Wsiadałam do tramwaju razem ze mną zaczynano rozmawiać po polsku. Zwróciłam również uwagę, że tak jak przed laty tak i wówczas Litwini patrzyli na nas z nienawiścią. No ale jeśli przyjezdni Polacy zachowywali się tak jak ja to nie dziwię się. Niestety mieszkający tam Polacy usuwali się w cień, woleli nie narażać się. Przewodniczka, która oprowadzała nas po Wilnie jakoś dziwnie zapomniała, że całe stare Wilno zbudowali Polacy.  Spytałam ją – gdzie się pani urodziła? w Kownie – odpowiedziała. A ja tu w Wilnie, na ul. Ostrobramskiej. Tak więc swoje bajeczki o Wilnie może pani zacząć opowiadać jak już umrze ostatni Polak, który urodził się w polskim Wilnie.   Nie sądziłam, że stanę się taką lwicą jeśli chodzi o to miasto. Zawsze dziwiło mnie, że ludzie nie mogą zapomnieć tego co było; a ja nie wiele wiem co było – a to moje i już.                  Wreszcie po przeżyciach wielkich uniesień patriotycznych poczułam potrzebę poznania miejsca urodzin mojej mamy i miejsca  poznania się moich rodziców, czyli Olkienik.  Tylko ja i mój tatuś, urodziliśmy się w Wilnie. Mama i moja starsza siostra w Olkienikach a pozostałe rodzeństwo w Bujwidzach. Dziś decyzja i dziś natychmiastowe działanie.  W końcu to tylko godzinka jazdy autobusem. Powiadomiłam  moje współmieszkanki z hotelu, że jadę i nie wiem kiedy wrócę.