Pani M.

Pani M mieszka w naszym DPSie już około roku. Jak zobaczyła mnie po raz pierwszy od razu zareagowała prawidłowo, w przeciwieństwie do mnie, – o, my się znamy, chyba Danusia, jeśli się nie mylę? Ja akurat wracałam ze szpitala i miałam oko zaklejone po zastrzyku; tak więc nie bardzo widziałam ale i nie byłam w nastroju do rozmów w dociekaniu skąd się znamy. Burknęłam tylko – Danusie, Danusia. Później kilkukrotnie mijałyśmy się, ona uśmiechała się do mnie życzliwie, ja tylko uśmiech odwzajemniałam. Wiedziałam, że chyba ją znam, ale skąd, nie miałam pojęcia. Wreszcie przypomniałam, z tą panią często mijałam się w pobliżu naszego DPS jeszcze jak chodziłam na Dzienny Pobyt a jak zamieszkałam już w tym Domu to wreszcie zagadałam do niej. I z tego gadu, gadu, dowiedziałam się, że przychodzi do nas codziennie ponieważ opiekuje się panem Edkiem. Ale jak się opiekuje: kąpie go, gotuje w domu to co Edziuś lubi najbardziej i przynosi to do DPS, piecze ciasta które on lubi, pierze, prasuje – bo nikt tak pięknie nie prasuje jak ona. Marysiu, po co ty to wszystko robisz, to wszystko ma na miejscu w całkiem dobrym wykonaniu, no chyba, że on płaci ci za te usługi. Nie płaci, ale ja wciąż liczę na to, że on zrezygnuje z pobytu w Domu Opieki i zamieszkamy razem. Czyli, że reklamujesz siebie jako ewentualną żonę? No mniej więcej tak – odpowiedziała. Danusiu, żylibyśmy jak pączki w maśle. On ma takie piękne mieszkanie, ja swoje oddałabym córce, a nasze dwie emerytury zapewniły by nam życie w dostatku. Przyznaje, plan całkiem nie zły, ale za jaką cenę. Zastanów się, ten twój Edziuś skrył się w dps żeby uniknąć wszelkich obowiązków względem ciebie a ciebie wykorzystuje. Jak poznaliście się – pytam. Jak przeszłam na emeryturę, to już będzie 10 lat, ( teraz już dwadzieścia ) postanowiłam dorobić sobie gotując obiady samotnym panom. Czterech panów przychodziło do mnie na te obiadki. A ty się popisywałaś swoimi umiejętnościami i z tej czwórki upatrzyłaś sobie Edziusia, dlaczego właśnie jego – pytam. Przynosił kwiatki, czekoladki, zapraszał do kina czy na spacer? Nie nic z tych rzeczy. Wyrażał zainteresowanie tobą w jakiejś innej formie ? Nie. Przez dziesięć lat nic a ty ciągle masz nadzieję, kobieto otrząśnij się. Któregoś dnia spotkałam się z p. Edkiem w poczekalni do lekarza, zaczęłam Edziusia ciągnąć za język i okazało się, że jest gejem, że mieszkanie już dawno przepisał na swojego partnera, a Marysię traktuje jak najcudowniejszą koleżankę. Nigdy nie traktował jej inaczej. Pozostali panowie którzy przychodzili do niej również byli gejami. Od tej rozmowy zaczęłam unikać spotkań z Marysią. Bałam się, że nie uwierzy mi i pomyśli jeszcze, że chcę go jej zabrać.

Edziuś już dawno nie żyje a nasze rozmowy dzisiaj to zupełnie inne tematy, to życie w dps. Danusiu – pyta Marysia – dlaczego ja nie mogę wyjść z tego domu np. na spacer. Widzę jak ludzie wychodzą a ja nie mogę ? A pytałaś o to panie z działu socjalnego ? To one są najbardziej kompetentne w tych sprawach nie ja. Podejrzewam, że jesteś ubezwłasnowolniona. Przez kogo – pyta Marysia. Przez lekarza albo przez rodzinę. Nie wiem i nie pytaj mnie o takie rzeczy. No dobrze – mówi Marysia, skoro jestem ubezwłasnowolniona i nie mogę nigdzie wychodzić sama, to dlaczego nikt nie zajmuje się mną, nie chodzą ze mną na spacer ? Zazdroszczę sąsiadce z naprzeciwka – po nią zawsze ktoś przychodzi i gdzieś ją prowadzi a mnie nigdy i nigdzie – dlaczego? Zobaczyłam przechodzącą pracownicę socjalną, poprosiłam żeby podeszła do nas – jest temat do przegadania, tak więc zostawiam was i coś ustalcie.

Wczoraj, po dwóch miesiącach, miałam podany, jak zwykle, zastrzyk w oko i jak zwykle nie mogę się nachwalić podejścia młodziutkiej pani doktor do swojej pacjentki , czyli do mnie. Mówię – pani doktor od ostatniej wizyty znacznie gorzej widzę na leczone oko, czy to znaczy, że znów będę musiała przyjmować zastrzyki co miesiąc? Zaraz sprawdzimy – mówi p. doktor. Zebrał się płyn w oku zaraz się go pozbędziemy. Pani doktor, a to moje prawe oko które jest spisane na straty, trochę widzi, może weźmiemy się za nie. Dobrze, na następnej wizycie podamy zastrzyk i do tego oka. To może i w tym oku tworzy się zaćma ? Owszem, zakwalifikuję i prawe oko do zdjęcia zaćmy. Ale to jeszcze nie w tym roku. A czy może mi pani wypisać nowe okulary, bo teraz nikt lepiej nie zna moich oczu jak pani doktor. Jak zrobimy wszystko po kolei, to znaczy zlikwidujemy płyn, zdejmiemy zaćmy i pomyślimy o nowych szkłach. Czyli, że nawet są szanse, że ze wzrokiem będzie lepiej, Boże jak się cieszę.

I w tym optymistycznym nastroju, choć ślepa jak kret, kończę – NARA !

I chciałabym i boję się…

Marzy mi się samodzielne wyjście do miasta. Jak leżę w łóżku to jestem pewna, że dam radę ale jak wstanę i pochodzę trochę po pokoju, jak mną kiwnie parę razy to już wiem, że to słomiany zapał, bo więcej jest boję się niż chciałabym. Z mojego samodzielnego chodzenia to zostało tylko atrium i też tego chodzenia w nim nie wiele, ale widok atrium, na samym wstępie jest już piękny i nastraja optymistycznie. Po za jednym balkonem, który powinien być najładniejszy, bo to balkon naszej ” głównej kwiatowej ” czyli Felicji, a jest brzydki. Powiedziałam jej dzisiaj dosłownie – Fela twój balkon, w porównaniu z innymi, wygląda jak śmietnik. Jakbyś pozbierała wyrzucone przez kogoś doniczki i poustawiała je na swoim balkonie. Kwiatki nędzne, różnej wielkości, różnego gatunku w różnych doniczkach, a naćpane tego bez umiaru – brzydko. Felka mnie obsztorcowała i przegoniła. Jak mnie ktoś sztorcuje to wiem, że zawsze ma rację, natomiast komentarz jaki otrzymałam ma się nijak do mojej osoby. A o to treść – uwielbiam Panią pod każdym względem – ten wpis ma się nijak do moich możliwości, wyglądu, umiejętności i samopoczucia. Kogoś takiego można jedynie tolerować. No ale dziękuję.

Te nasze śpiewania czwartkowe nabierają ” rumieńców „. Jeden z panów nazwał je nawet koncertem. Oczywiście przesadził, ale niech mu będzie. Mnie się w nich podoba to, że ja tylko kieruję śpiewem, całą organizacją zajmują się Natalka i Dorotka, czyli pracownice socjalne. I jeszcze podoba mi się to, że uczestnicy tych spotkań proszą o piosenki z ich młodości. Pewnie nigdy nie przygotowywałabym takich piosenek jak ” Dwadzieścia lat a może mniej” którą śpiewał swego czasu Jacek Lech, czy piosenki Marynika, w wykonaniu chóru Czejanda. A zatem wchodzimy w przeboje okresu socjalizmu. Robię to jednak z ogromną przyjemnością. Przecież każda piosenka którą znamy kojarzy nam się z fragmentem naszego życia. I może nawet to nie piosenka wzrusza, ale przywołuje ona jakiś piękny okres życia.

W piątek, po przerwie dwumiesięcznej, idę na zastrzyk w oko. Widzę znacznie gorzej niż dwa miesiące temu. Tak więc eksperyment okulistyczny nie zdał egzaminu. Od poniedziałku 16 VI będę chodziła codziennie, przez dwa tygodnie, na ćwiczenia rehabilitujące kręgosłup, do szpitala ” kolejowego „, czyli do tego samego co na zastrzyk w oko. Nie powinnam na takie zabiegi chodzić poza naszą placówkę, ale niestety bardzo nisko oceniam prace naszych fizjoterapeutek. Poszłam do nich ze skierowaniem opisującym jakość ćwiczeń które powinnam wykonywać. To nasze panie pokazały mi raz co mam robić i uważały, że z ich strony to już wszystko. Ja na drugi dzień już zapomniałam jak te ćwiczenia mają wyglądać, bo to 6 różnych ćwiczeń. Poprosiłam o przypomnienie, więc przypomniały i poszły do swojego ulubionego kantorka. Za pięknych czasów naszego DPSu to fizjoterapeutki cały swój czas spędzały na sali, podglądając czy to co trzeba wykonujemy dobrze. Podchodziły, poprawiały, tłumaczyły, widać było zaangażowanie pracą. Dlatego właśnie zachwyciłam się Pobytem Dziennym i ze względu na pracę fizjoterapeutek postanowiłam zamieszkać w tym domu. Teraz jest mi przykro patrzeć na podejście do podopiecznych, których zainstalują do jakiegoś ustrojstwa i róbta co chceta, możecie nawet spać, wasza sprawa. Nowi mieszkańcy nie wiedzą jak tu było kiedyś więc cicho siedzą, a mnie boli serce i bardzo tęsknię za NINĄ i OLĄ sprzed ponad dwudziestu lat.

Trochę ponarzekałam i to już wszystko. NARA !!

Pomimo wszystko.

Wyzdrowiałam tak na ostatni gwizdek. To znaczy – lekarz wypisując mi antybiotyk zaordynował 6 tabletek, nie jak na ogół wypisywał 3, pytam dlaczego aż 6 – nie wystarczą dla pani 3 tabletki. Kiedyś starczały a już niestety nie. Ostatnio jak miałam zaordynowanych 6 tabletek to dwie ostatnie przyjęłam będąc już zdrowa, ot po prostu żeby zakończyć kurację jak należy. A tym razem wieczorem przyjęłam ostatnią tabletkę a rano byłam jeszcze wyraźnie chora. Zapisałam się nawet na wizytę do lekarza. Aż tu po paru godzinach ciach i zdrowa. Odwołałam więc wizytę. Idąc korytarzem zobaczyłam naszego lekarza odwiedzającego chorych w pokojach, wyglądał na bardzo zmęczonego, a może nawet chorego. Żal mi się go zrobiło. Ludzie psioczą na niego, że nigdy nie ma dla nas czasu tyle ile trzeba, a on po prostu nie wyrabia się z tym co ma. Przecież u nas są sami chorzy ludzie, a jest nas 148 osób, który lekarz zdoła przyjąć tylu.

Pierwsze moje wyjście z Domu było do atrium żeby się chociaż trochę rozruszać; wchodzę a tam pięknie, mnóstwo kwiatów. Podobno te wszystkie kwiaty dostajemy od zaprzyjaźnionego banku, z którego usług korzystamy. Widocznie jesteśmy dobrym klientem. Nawet mnie się trafiło 5 doniczek pięknych kwiatów na balkon. Dziękuję !

Ludzie widząc mnie zaczynają wylewać swoje żale. Wiesia cała rozdygotana skarży się, że zginęły jej pieniądze. Ale nie tylko jej, w nocy z 29\ 30 maja, w pokoju pana który jest niewidomy ktoś narobił bałaganu i też ukradł pieniądze. Ów pan, dbający bardzo o porządek wokół siebie, jak każdy niewidomy, nie mógł sobie poradzić. Nie wiedząc co się dzieje przewracał się i kaleczył. Niestety tego incydentu nocna zmiana nawet nie odnotowała w raporcie. Nieustannie skarży się też Rysiu, ciągle nie ma klucza od drzwi do swojego pokoju. Danusia – mówi Rysiu, są tutaj ludzie znacznie głupsi ode mnie i mają klucze od swoich pokoi, dlaczego ja go nie mam. Dla mnie nie logiczny jest fakt, że Rysiu może się zamknąć od środka a jak wychodzi z pokoju to pokój musi zostawić otwarty. To jakieś chore myślenie. Rysiu ma sporo drogich rzeczy i nie ma możliwości ich chronić. To są rzeczy z których Rysiu korzysta codziennie ( nietypowe instrumenty muzyczne ) tak więc nie chce ich oddawać do depozytu. Chowa je jak może w pokoju i ciągle jest poddenerwowany – czy jak wróci do pokoju to jeszcze będzie je miał.

Ja tak wszystko opisuję i te wszystkie informacje przechodzą bez echa. Jak zaczęłam pisać bloga i opisywałam całą tragedię jaka mnie spotkała w tym dps, to straszono mnie szpitalem psychiatrycznym, sądem , a nawet znęcano się na de mną fizycznie i psychicznie; ponieważ nie udało się zamknąć mi ust to zakończono nękanie. Ja mimo wszystko będę o tym przypominać, aż może kiedyś ten mój blog przyda się komuś. Może ktoś kiedyś dozna jakiejś dużej krzywdy i odważy się coś z tym zrobić, to ten blog będzie dowodem, że w Domach Opieki dzieją się rzeczy straszne. Wszyscy do kogo się zwracałam byli bezradni; i jednostki nadrzędne, włącznie z Prezydentem Miasta i Ministerstwo i Posłanka i Izba Lekarska i Rzecznik Praw Pacjenta i SANEPID każdy nasze problemy odsuwał jak najdalej od siebie. Dyrekcja Domu była pewna, że ponarzekam a odpowiedź dostanę na Tamtym Świecie i będzie po problemie; a prababcia ciągle żyje i ponieważ nie przyjmuję leków z rąk naszej służby zdrowia to ciągle mam pełną świadomość tego co robię i ciągle moją domeną jest logiczne myślenie – pomimo wszystko. Jednak ludzie to co mi przekazują interpretują różnie. Jak o bałaganie i kradzieży w pokoju osoby niewidomej opowiadała mi Marianna to przyjęłam to za pewnik; w końcu Marianka opiekuje się tym panem i wie co mówi. Natomiast po rozmowie z pokojową z tego odcinka okazało się, że fakt miał miejsce wieczorem jak ów pan wybrał się do Marianki na kawę i nie zamknął drzwi od swojego pokoju. Także i bałagan i kradzież mógł być dokonany przez mieszkańca i już po wizycie wieczornej opiekunów dlatego nie został odnotowany w raporcie. Jeśli więc dochodzi do kradzieży przez mieszkańców to niestety nie można Rysia pozostawić bez klucza od swojego pokoju.

To byłoby na tyle NARA !!

Starość nie radość

byle wiaterek i babunia chora. W ubiegłą środę wybraliśmy się zorganizowaną grupą do miasta. Ja odłączyłam od grupy bo miałam kilka spraw do załatwienia w mieście – typu apteka, drogeria, KIK. Ponieważ wszystko było w niedużej odległości od siebie to chciałam z tego skorzystać, biorąc na siebie samodzielny powrót do Domu. No i mam za swoje. Dzień był kapryśny, na zmianę to upał to zimno wiejące aż strach, które doprowadziło babunię z przystanku autobusowego na długo, prosto do łóżeczka z temperaturką, kaszlem i katarem. A właśnie jak byłam w aptece to zaopatrzyłam się , tak na wszelki wypadek, w leki na przeziębienie. Ironia losu. Leki te nie wystarczyły jestem szósty dzień chora i dopiero od dzisiaj wchodzi antybiotyk. Muszę jednak z zachwytem wypowiedzieć się o kierowcy autobusu którym jechałam. Jak wsiadałam nie zauważył, że korzystam z chodzika ale szybko to zauważył przy wysiadaniu, zobaczył moją bezradność ze względu na odległość autobusu od chodnika, natychmiast zawołał – proszę poczekać, już do pani idę. Podszedł, przeprosił, wysunął ruchomy podest i pięknym gestem zaprosił do przejścia, jak do tańca. Pierwszy raz skorzystałam z tego podestu – wspaniała rzecz. Przypomniał mi się inny kierowca, który zamiast mi pomóc to wykłócał się ze mną. Na czas mojej choroby przypadło pierwsze głosowanie na Prezydenta Polski. Z jaką pompą głosowałam – kochani ja w łóżeczku a cała komisja wyborcza przychodzi do mnie ze wszystkimi arkuszami i urną, ( taką na głosy ) która posłużyła mi za stolik podczas zakreślenia odpowiedniej dla mnie kratki. Warto było zachorować i zobaczyć z pozycji łóżka, Komisję Wyborczą stojącą niemalże na baczność przed chorą babunią. A chora babunia oddaje swój głos w pełni świadoma, że osoba na którą głosuje nie przejdzie do drugiej tury. Już słyszę pytanie – to po co na nią głosowałaś ? A no po to żeby wiedziała, że są wyborcy którzy popierają jej program. To było takie przesłanie – tak trzymaj, a wybierać będę w drugiej turze. Na drugi dzień usłyszałam – to ty głosowałaś na Lewicę ? Nie, nie głosowałam na żadną partię tylko na program kandydata, konkretnie na panią Magdalenę. Z jej programem się zgadzam i podziwiam odwagę wypowiedzi. Inni kandydaci po trudnych tematach prześlizgiwali się, Ona każdy temat akcentowała dobitnie zdając sobie sprawę, że przez niektóre tematy traci wyborców. Wychodziła z założenia, albo mnie wybieracie z takim programem, wówczas będę śmiało o to walczyła albo mnie nie wybieracie. Wiem, że to nie jest polityczna rozgrywka a Prezydent musi być wysokiej lasy politykiem, czyli musi być mężem stanu. A czy obecny Prezydent Stanów Zjednoczonych jest mężem stanu ? Szczerze wątpię. Naobiecywał tyle, że słuchając go nie wierzyłam, że to mówi ktoś kto zna się na polityce. Jego wypowiedzi brzmiały jak zdarta płyta, powtarzał w kółko – będzie bardzo dobrze, widzę świetlaną przyszłość a wojnę na Ukrainie zakończę w 24 godziny. Tak właśnie mówią politycy ale nie mężowie stanu, a ludzie bezpodstawnie im wierzą. Będąc już na stanowisku o które walczył mydląc oczy wyborcom, zmienia radykalnie swój front i ma za nic swoich naiwnych wyborców. Tak więc ja przynajmniej wiem, że moja kandydatka będzie zgodna ze swoim programem. A jak nauczy się być politykiem i zacznie kłamać, to po wyborach pozytywnych dla siebie, zmieni front i wróci do swoich starych tematów. Tego jej życzę z całego serca razem z milionem innych wyborców.

P.S. Po ostatnim wpisie dostałam 16 komentarzy, niestety nie w języku polskim a na takie nie odpisuję. Treść wszystkich szesnastu komentarzy można określić jednym słowem, a było tych słów kilka, typu – good, super, cool, very good.

I to już wszystko – NARA !!

Marsz medyków przeciw przemocy i nienawiści.

Zgadzam się z intencją marszu ale niestety wśród medyków właśnie są czarne owce które zachowaniem swoim psują opinię porządnym kolegom po fachu i prowokują do takiego działania jakie miało miejsce ostatnio w Polsce. Mój cały blog świadczy o chamskim podejściu do osób za których zdrowie wzięli odpowiedzialność. Na swoim blogu opisuję bezwzględność siostry przełożonej i lekarzy psychiatrów w naszym dps. Opisuję działanie w naszym dps. ale takie zachowanie służby zdrowia jest w każdym dps. O psychiatrach piszę w liczbie mnogiej bo u nas było ich dwóch i obaj byli bezwzględni i przekupni. Jednego z nich poprzednia dyrektorka ściągnęła do nas z innego miasta bo to był ktoś obcykany we wszystkich chamskich podejściach do podopiecznych. Poza tym, że był psychiatrą to był również dyrektorem jednego z dps. Wpłynęłam na pozbycie się i byłej dyrektorki i jej wyćwiczonego psychiatrę; niestety nowa dyrektorka z pomocą siostry przełożonej szybko odkryli pokłady chamstwa i bezwzględności w nowo zatrudnionym psychiatrze który na prośbę dyrektorki wystawiał diagnozy świadczące o koniecznym leczeniu na oddziale zamkniętym Szpitala Psychiatrycznego, najlepiej tam gdzie on był ordynatorem. Nie ważne, że o pacjencie, jako lekarz nie wiedział nic, narzekał na pracę dyrekcji więc musiał być chory psychicznie. Lekarz psychiatra, siostra przełożona i jedna z pielęgniarek z naszego dps. zrobili mi tyle świństw, tak mnie gnębili na różne sposoby, że jeśli którejś z tych osób przytrafiłoby się coś złego to ja cieszyłabym się. Przykro mi ale takim ludziom życzę wszystkiego co najgorsze. Medycy płaczą, że zgłaszali agresywne podejścia pacjentów tam gdzie trzeba i niestety nikt nic z tym nie zrobił. Ja również zgłaszałam bezwzględność w parszywym podejściu do swoich podopiecznych naszego psychiatry do Izby Lekarskiej też nic nie zrobiono. Jestem starą kobietą i po prostu źle sformułowałam pismo w którym żądałam przeprosin od lekarza, a powinnam domagać się komisji lekarskiej i zakazu wykonywania zawodu dla takiego śmiecia jakim jest nasz psychiatra. Na siostrę przełożoną pisałam skargę do Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej i do SANEPIDU, nie otrzymałam nawet żadnej odpowiedzi; a w piśmie do Sanepidu opisywałam jej zachowanie jako narażenie swoich podopiecznych na utratę zdrowia i życia wielu osób – bez odpowiedzi. Wszystkie tortury psychiczne jakie przechodziłam całymi latami, opisywałam i na piśmie zanosiłam do pani dyrektor dps. Szanowna zawsze odkręciła kota ogonem i tuszowała sprawę i przez to była współodpowiedzialna za wszystko. I pewnie jakby teraz doszło do jakiejś tragedii to słyszelibyśmy – no nic nie zapowiadało takiej tragedii a ja krzyczałam na cały świat i nikt nie słyszał. Przeczytajcie Część III strona 10 mojego pamiętnika, o Gieni która dostała silne leki nasenne, po których straciła mowę i złote pierścionki. Bezczelność pielęgniarek opisuję też w Części III strona 20, strona 27, 28 w Części IV str. 10, 16 i 17 o podejściu lekarza psychiatry pisałam od roku 2018 wiele razy – 10 czerwca, 15 września, 17 września, 23 sierpnia 2019 roku, Psychiatra krzywdził nie tylko mnie. Potwornie zachował się w stosunku do Witka, do mojej sąsiadki z ul. Radiowej do Antosia – niestety ci ludzie nie żyją. Siostra przełożona wzięła sobie za cel wykończenia mnie dosłownie nie tylko psychicznie. Jej zachowanie opisuję we wpisach : 22 września 2018r. 18 stycznie 2020 r. 10 stycznia 2021 r. 1 kwietnia 2023r. Pielęgniarka Dorota robiła mi świństwa z aparatem tlenowym na polecenie przełożonej. 17 lutego 2024 opisuję porównawczo dwie pielęgniarki Dorotę i Renię. Jak przeczytacie te wpisy to nikogo nie będą dziwiły życzenia wszystkiego najgorszego psychiatrze, przełożonej, pielęgniarce a nawet dyrektorce dpsu, jak też lekarzom z Izby Lekarskiej, szefom Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej, koleżankom przełożonej z SANEPIDU, które potraktowały moją sprawę tak jakby jej w ogóle nie było, cóż to że ludzie umierali, przecież było na co zwalić – covit. Niestety zapomnieć o tym wszystkim nie mogę, za dużo krzywd. Weźcie się za swoich kolegów którzy zachowują się nie etycznie. Wyczyśćcie swoje szeregi i to kategorycznie a będzie nam wszystkim lżej. Jakby każdy resort wprowadził etyczną dyscyplinę nie byłoby takich tragedii jakie miały miejsce ostatnio.

Dostałam list zbiorowy od kilku pracownic z naszego dps, skarżą się one, że starsze koleżanki zamiast im pomagać to ich gnębią, wyśmiewają się z nich i wrzeszczą na nie. Nie ma do kogo się zwrócić bo przecież nasze kierownictwo zachowuje się tak samo; a żyć trzeba i pracować trzeba, ale to boli. W tym dpsie nikt nikogo nie szanuje.

Z przykrością czyta się taki tekst, ale co ja mogę, co najwyżej zaapelować – dziewczyny opamiętajcie się nie krzywdźcie koleżanek. Nic ponad to zrobić nie mogę, tylko napisać o tym na swoim blogu. Niestety ci co krzywdzą ludzi wstydu nie mają, tak więc mój wpis nic dla nich nie znaczy. Ale jakby tak te krzywdzone podniosły głowy i swoim oprawcom pokazały, że to co robią jest nie moralne, to może…… Tylko, że wychowanie należałoby zacząć od dyrekcji domu, której najwygodniej jest nic nie widzieć i bardziej ją drażnią ci co się skarżą od tych co krzywdzą innych.

I to byłoby na tyle – NARA!!

Smętny kościół.

I znów zniechęciłam się do kościoła i to właśnie przez śpiewanie. W niedzielę przyszłam do kaplicy 5 minut przed czasem, ludzie siedzą i czekają na cud. Może coś zaśpiewamy – spytałam, a nasz kościelny w odpowiedzi huknął na mnie – przypominam, że tu jest kościół nie dyskoteka. Pewnie pomyślał, że zaintonuję ” oczy zielone ” . Więc mówię – jest maj i można gdzie się da śpiewać pieśni Maryjne i zaczęłam – ” Z dawna Polski tyś królową ” , ludzie dołączyli. Zaśpiewaliśmy dwie zwrotki i wszedł ksiądz, więc zamilkłam. Ponieważ ksiądz po przyjściu ma dość dużo krzątaniny, uważam, że powinien powiedzieć – śpiewajcie dalej, a on nic. Więc znów cisza. Jak już się przygotował to zaczął śpiewać – Chwalcie łąki umajone. Ten śpiew to były kościelne lamenty. Dlaczego w naszym kościele nie potrafią się z niczego cieszyć? Wiecznie płaczą. Przecież to jest radosna pieśń. To nie na moje nerwy. Wierzyć mi się nie chce, że z naszymi księżmi jesteśmy z tej samej parafii. Jak chodziłam do mojego kościoła parafialnego to młodzi księża zaczynali od rozśpiewania kościoła. Niedzielna msza poranna zaczynała się 15 minut przed godziną 8 i te 15 minut to były śpiewy, tak więc jak ksiądz wchodził żeby rozpocząć mszę to kościół już go witał gromkim śpiewem. Pamiętam kiedyś mszę prowadził u nas biskup Piszcz; on ma taki cieniutki głosik a nasz kościół odpowiadał mu jak dzwon na dzwonnicy. Tu u nas w DPSie są młodzi księża a nudni niemiłosiernie. Dlatego właśnie mnie to bardzo zniechęca. Jedynie co mnie ździebełko pocieszyło, to to że ksiądz udzielił reprymendy Janowi, czyli kościelnemu, za niewłaściwe zachowanie się w stosunku do wiernych i za złe wykonywanie swoich obowiązków. Tę reprymendę słyszeli wszyscy przez nasze głośniki, i to przez źle spełniony obowiązek Jana – Jan nie wyłączył mikrofonu i ta ostra dyskusja szła przez mikrofon. To było jak dalszy ciąg nabożeństwa. Janowi to się należało naprawdę, jak on wszystkich ćwiczy to aż wstyd.

W czwartek mieliśmy spotkanie z panią dyrektor. Na to spotkanie przyszło dużo ludzi i po raz pierwszy od dłuższego czasu było o czym mówić. Dowiedzieliśmy się, że nasza coroczna majówka będzie 15 maja, że będą organizowane wycieczki w okolice naszego miasta, że będą wyjazdy do zaprzyjaźnionych domów opieki. Dowiedzieliśmy się która część domu podlega któremu z pracowników socjalnych żeby w razie czego wiedzieć do kogo się zwracać. Pani dyrektor przypomniała o zakazie palenia papierosów w pokojach i że za wszystkie szkody wyrządzone przez palenie będą odpowiadać ci którzy te szkody wyrządzili. Ta odpowiedzialność będzie bardzo konkretna bo finansowa. Że będzie rygorystyczne podejście do osób nadużywających alkohol, włącznie ze zmianą miejsca pobytu. Znów padła dziwna propozycja utworzenia rady mieszkańców przez osoby chętne. Dlatego dziwna, że w czasie kiedy trzeba było pilnować za wszelką cenę żebym to ja nie weszła do takiego samorządu , to kierownictwo potrafiło na jednym spotkaniu wyłonić chętnych i zorganizować wybory. Natychmiast były przygotowane karty do głosowania, powołano komisję skrutacyjną i wybrani członkowie uformowali tę radę. A teraz od 10 lat słyszę tylko – może ktoś chciałby, jeśli tak to proszę przyjść do działu socjalnego i zgłosić siebie albo nawet kogoś. Pamiętam jak kiedyś próbowano wyłonić radę i jeden z mieszkańców zgłosił mnie, choć mnie nie było na tym zebraniu. natychmiast zebranie przerwano. A dzisiaj same trudności bo jeśli nawet ktoś chce wejść w skład rady to głupio jemu samemu zgłaszać swoją kandydaturę. Czyli, że działa to na zasadzie – i chciałabym i boję się; a tak w ogóle to lepiej żeby tego samorządu mieszkańców nie było, bo jaki on by nie był to tylko utrudniałby pracę dyrekcji. Tak więc temat samorządu zaniechano, jak zwykle zresztą. Ludzie zaczęli wylewać swoje żale i o dziwo nie było żadnego odczytu wygłaszanego przez pana Jana, jak to było w zwyczaju.. Tak więc wystarczyła jedna reprymenda żeby stonować delikwenta. Przez wiele lat ludzie śmieli się z jego wykładów a on ciągle nadawał aż wreszcie zaprzestał, a ja jak zwykle swoim wyjściem, zademonstrowałam zakończenie zebrania. bo byłoby już samo marudzenie i przedłużanie na siłę.

I to byłoby na tyle – NARA !!

Prababci otwierają się klapki…

To pewnie dzięki logopedii z której korzystam skwapliwie. Ale też dużo mi nie trzeba żebym się puściła w wir fantazji na temat spotkań muzycznych, wystarczy mi jedno słowo – zrób, od razu klapki się otwierają i strzelają pomysły, zwłaszcza jak coś co już zrobiłam podobało się. To słowo, że się podobało dodaje mi ogromnych skrzydeł. Tak było całe życie. Przecież swój pierwszy program muzyczny dla publiczności, zrobiłam będąc w drugiej klasie szkoły podstawowej. Na pewno pisałam o tym we wpisie o Jezioranach. Teraz słyszałam bardzo dużo ciepłych słów o programie jaki zrobiłam w Wielki Czwartek, a wydawało by się, że w takim dniu to nie wypada, a jednak. Był szacunek do Kościoła i jego tradycji, jednak bez jęków kościelnych. Wspominanie w powadze a śpiewy w radości. Przecież wszystko to co złe miało miejsce 2000 lat temu i wszystko skończyło się dobrze, więc po co to rozpamiętywać. Swoje programy muzyczne mam prowadzić raz w miesiącu, a teraz to już będzie maj, miesiąc moim zdaniem, radości. Na kilka dni przed majem obejrzałam swój ukochany program telewizyjny – Taniec z gwiazdami, w którym były tańce ludowe. Zachwyciłam się pomysłem- może i my zrobimy śpiewy na ludowo. Tytuł narzucił się sam – ECHA OJCZYZNY. Akurat mamy tyle ważnych świąt dzień po dniu – Dzień Flagi Narodowej, Dzień Konstytucji 3 maja, a i Święto Pracy jest ważnym świętem, te święta uczcić należy. Wśród swoich śpiewników znalazłam, zrobiony 10 lat temu śpiewnik z pięknymi rysunkami strojów ludowych wszystkich regionów Polski, który wykonany został przez naszą pracownicę Agatkę. Taki program przygotowałam już dawno temu, jednak wystąpić z nim nie mogła, byłam na indeksie. Jak pokazałam program pracownicom socjalnym wpadły w zachwyt i przyszło im do głowy, że właśnie w taki sposób można też przeprowadzić naszą co roczną Majówkę, to przecież impreza z wielką pompą. W mojej głowie otworzyła się następna klapka – żeby ten program podobał się gościom zaproszonym na majówkę to należałoby zrobić pokaz mody strojów ludowych. W starych tekstach ludowych piosenek są piękne i szczegółowe opisy strojów. Tak więc para w stroju ludowym wyszłaby tanecznym krokiem a my śpiewalibyśmy: kierezyja granatowa co ją od parady chowasz, jedwabiście wyszywana, fryzowana, lamowana. I pasiczek podkuwany, gwoździczkami wybijany, rzemyczkami ozdabiany, jak to mają krakowiany. Do kolusienieczka moja kochaneczka. Oczywiście wcześniej zapowiedź co to za strój, no a osoba prowadząca pokaz wskazywałaby wyśpiewywane części stroju. Jeszcze tego pomysłu nie zdradziłam nikomu tylko opisałam swoje myśli. Trzeba by porobić ksero śpiewników, żeby starczyło dla około 50 osób. Do śpiewania zwerbować trzeba by było pracowników, żeby to zabrzmiało jak należy. Wypożyczyć stroje. Myślę, że to wcale nie byłaby droga impreza. Za tydzień przedstawię program Natalce i Dorotce – odpowiedzialnym za organizację imprez, niech kombinują. Nie musiałyby być stroje wszystkich regionów, ale np. takie jakie są w posiadaniu Zespołu Olsztyn. Napiszcie do mnie i powiedzcie czy podoba się Wam mój pomysł. A ja już mam pomysł na miesiąc czerwiec – zrobimy wspomnieniowy Dzień Dziecka, z piosenkami które śpiewały nasze babcie naszym mamom, a które znamy i my i powinniśmy nauczyć swoje dzieci i wnuki a nawet i prawnuki. Mam też nagrane wywiady z dziećmi – istne cudo, boki zrywać. W głowie już mi się kotłują pomysły. W tych emocjach zapominam ile mam lat i już bym działała. Z chodzeniem jest kiepściutko a ze śpiewaniem i organizacją śpiewu jest całkiem nie źle.

A u nas:

Poskarżył mi się Rysiu, nasz nowy mieszkaniec z którym znam się od wielu lat, jeszcze jak przychodziliśmy razem na Pobyt Dzienny, że i owszem ze wszystkiego jest zadowolony, ale powiedz mi dlaczego nie dostałem klucza od drzwi swojego pokoju. Mieszkam tu już ponad miesiąc, chodzę na różne zajęcia zostawiając pokój otwarty. A jak coś zginie, to przepraszam kto za to odpowie? Masz rację klucz powinieneś dostać, ale Rysiu, czegokolwiek potrzebujesz to ze wszystkim zwracaj się do opiekunki, czyli do Pani Madzi. Jak sam powiedziałeś mieszkasz tu już ponad miesiąc i dopiero teraz się zorientowałeś, że nie masz klucza a właśnie teraz nasza opiekunka jest na urlopie, wróci z urlopu chyba 8 maja, tak więc cierpliwości, żyłeś bez klucza miesiąc to możesz jeszcze kilka dni. Nie wiem do kogo mam cię skierować, może idź do Działu Socjalnego, i Rysiu poszedł. W tym Dziale nie wiedzą co mają zrobić. Rysiu, ja też nie wiem. Musisz się uzbroić w cierpliwość.

Zwróciła się do mnie jedna z naszych nowych mieszkanek z pytaniem – dlaczego jej nikt nie zawozi do kaplicy a innych tak ? A prosiłaś o to kogokolwiek – pytam. Proście a będzie wam dane – odpowiedziałam.

I to wszystko, miłych majówek życzy prababcia. NARA !!

Życzenia świąteczne

Jest niedziela, pierwszy dzień świąt, schodzimy się ze wszystkich stron na śniadanie. W windzie trafiam na Antosia – no to wszystkiego – wszystkiego. Dokąd ty jedziesz tą windą, pytam Antosia, do siebie, odpowiada. Jak to, przecież mieszkasz na dolnym pawilonie; już nie, wróciłem na stare śmieci. Czego się tak mnie uczepili żebym koniecznie mieszkał w tym pawilonie to nie wiem. Rok temu przeprowadzili mnie na drugie piętro tej części budynku; jęczałem tak długo aż wróciłem na swoje miejsce. Teraz znów przenieśli mnie na sam dół tego pawilonu, znów wyjęczałem powrót. Chcę być tu gdzie jestem, tu jest mi dobrze. Znam wszystkie opiekunki, które są zawsze na miejscu i z którymi można porozmawiać a w tym pawilonie nigdy nikogo nie było, ani opiekunów ani mieszkańców nie widziałem bo każdy zamykał się w swoim pokoju. No to wszystkiego Antoś, ja już wysiadam.

Do stołówki wchodzę z Małgosią – no to zdrowych i spokojnych, dziękuję, wzajemnie. Zobacz, ludzie już zjedli i wychodzą. Każdy sam przy stole. Nikogo z dyrekcji, nawet nie ma księdza. Nikt nam niczego nie życzy. Róbta co chceta a by był spokój. Wstyd mi za naszą dyrekcję – mówi Małgosia.

Do stołówki wchodzi Maria – pani Wiolu ( to do pracownicy kuchni ) wesołych świąt. To żeś strzeliła. Jak można mieć wesołe święta jak jest się przez dwa dni świąteczne w pracy od rana do wieczora. Ten nie udany grafik pracowników kuchni pokazał, że wśród jej pracowników nie ma przyjaźni, zrozumienia i wyrozumiałości. A i kierowniczka kuchni jest jakby obok ludzkich spraw; zamiast natychmiast wziąć się za grafik żeby każda z dwóch zmian miała jeden dzień świąteczny wolny który spędziłaby z rodziną to ona spuściła na wszystko zasłonę milczenia. A ja myślałam, że wśród pracowników kuchni jest serdeczna atmosfera a tu każdy ciągnie do siebie. Tak więc życzyłam pani Wioli żeby jakoś te święta przetrwała i szybko zapomniała o stosunkach panujących w pracy.

Wracając ze śniadania spotykam Felicje; życzę zdrówka chociaż w te świąteczne dni – mówię. Nie udawaj takiej miłej, na pewno jesteś na mnie wściekła, że nie byłam z tobą w szpitalu na zastrzyku chociaż włożyłaś w to wiele starań. A wiesz, że nie jestem wściekła. Byłam, jak czekałam na ciebie i głupio mi było przed panią doktor którą prosiłam o wspólne z tobą wejścia na badania i zabieg, ale jak usłyszałam spokój w głosie pani doktor to i ja byłam spokojna. Powiedziałam jej wprost – moja koleżanka jest alkoholiczką i wczoraj chlała cały wieczór a dziś nawaliła i nie przyjdzie. A pani doktor ze spokojem spytała – i co nie mogła wytrzeźwieć do godziny 10 ? No przecież po takim piciu jest chora – mówię. A pani doktor na to – ona jest chora. I ty tak wszystko wprost powiedziałaś ? Ja zawsze mówię wprost. A ja idę chlać. No to na zdrówko.

Drugi dzień świąt, śniadanie. Do stołówki wjeżdża Ania – wesołych świąt, wykrzykuje na całą stołówkę. Nikt się nawet nie odezwał ( poza mną ). Każdy sam przy stole i wszyscy ze spuszczonymi głowami patrzyli w talerze.

Wracam do pokoju włączam telewizor i dowiaduję się o śmierci Papieża Franciszka. Wydawało mi się, że chyba czegoś nie zrozumiałam. Zaczęłam przerzucać kanały, wszędzie o tym samym. Dopiero teraz dowiedziałam się dużo dobrego o Papieżu, zrobiło mi się głupio ponieważ ja go przestałam lubić jak zaczął rozpieszczać Putina. Rusek śmiał mu się w twarz. Na audiencję spóźnił się godzinę i cały czas nie schodził z jego twarzy lisi uśmieszek a Papież wręczył mu medal Anioł Pokoju. Wszystkie wojny jakie przetoczyły się przez Europę to była sprawka Ruskich. Władze rosyjskie nie szanują nikogo, żadnego narodu, a tu taki afront. Ja to odebrałam jak podlizywanie się do bandyty. Byłam pewna, że Papież nie zna historii Europy. Może on i był dobry i wspaniałomyślny ale tylko na kontynencie Ameryki Łacińskiej. A jak Załęskiemu sugerował wywieszenie białej flagi to już byłam pewna, że brak znajomości historii świata pozbawiła go ambicji. Z Ukrainą przez dziesiątki lat byliśmy wrogami ale Polacy znają dobrze ruskich i nigdy by nie namawiali do poddania się tym bandytom prędzej stanęli by ramią w ramię. Będąc Papieżem należy znać cały świat albo się nie wypowiadać. Tłumaczenie światu, że ten medal to tylko pamiątka na setną rocznicę zakończenia I Wojny Światowej to nie tłumaczenie, chyba że byłby dopisek – pamiętaj krwiopijco o tych których wymordowałeś.

Boże, ja przeżyłam pięcioro Papieży, byli nimi Paweł Vi, Jan Paweł I, Benedykt XVI , Jan Paweł II i Papież Franciszek. Jednak wszystkie radości i smutki przeżywałam jak dotyczyły one Jana Pawła II. Co swój to swój. On znał nas Polaków i przeżył okrucieństwo wojen i okupacji.

Zmiana tematów.

Napisał do mnie pan podpisujący się – Fotograf. Bardzo miło, że napisał i pochwalił ale ja i tak nic z tego wpisu nie zrozumiałam, nie wiem do czego on się odnosi. Napisał pan o jakimś artykule i że jest pan pozytywnie zaskoczony i będzie pan częściej odwiedzał by przejrzeć nowe posty. Kochany czytaj i pisz do mnie ale tak żebym wiedziała o co chodzi. Pozdrawiam serdecznie i czekam na komentarze.

To byłoby na tyle, a zatem NARA !!

Epizod harcerski.

W czasie rekolekcji przychodzi do nas zawsze dodatkowo jakiś nowy ksiądz. Tym razem bardzo przystojny pan w wieku około siedemdziesiątki. To co nam głosił ( bo księża zdaje się nie mówią tylko głoszą ) było średniej jakości, ale ksiądz nie zanudzał. Podczas komunii, gdy podszedł do mnie, wziął mnie za ramię i szepnął – my się znamy, druhno Danusiu. Spojrzałam na niego zdziwiona, bo nie kojarzyłam nic a nic. Dlaczego druhno, dlaczego taki młody człowiek zwraca się do mnie imiennie ? ( Dla mnie siedemdziesięciolatek to młokos ) W tym dniu zgłupiałam i nie powiedziałam nic, ale nazajutrz postanowiłam spytać skąd ksiądz mnie kojarzy. Była pani w harcerstwie – spytał. Niestety nie byłam – odpowiedziałam. No to przepraszam – powiedział, musiałem się pomylić. Opowiedziałam o tym spotkaniu córce a ona na to – mamo jak mogłaś zapomnieć, że byłaś na obozie harcerskim, że obecny ksiądz to wówczas najprzystojniejszy obozowicz. Wszystkie dziewczęta w nim się podkochiwały łącznie ze mną, chociaż miałam wówczas 13 lat, – jak wszystkie to wszystkie. Jak powiedział nam, że idzie do Seminarium ( na obozie byli świeżo upieczeni absolwenci szkół średnich ) to dziewczyny ogłosiły dzień płaczu, płakałam z nimi. To dzięki niemu wstąpiłam do harcerstwa i przez wiele lat śpiewałam w Gawędzie. Przychodziłaś po mnie na zbiórki i nie pamiętasz. No ale w harcerstwie nie byłam. Przez przypadek trafiłam razem z córkami na obóz harcerski i to wszystko. Dzieciaków z tego obozu nie pamiętam w ogóle. Pamiętam tylko, że byli bardzo mili i uczynni. Że gotowanie dla nich przeróżnych frykasów było przyjemnością. Że w środku lasu zrobili dla mnie taką kuchnię, jakiej nie można nawet wymarzyć. Ale to był mały epizod w moim życiu o którym zupełnie zapomniałam.

Pracowałam wówczas w WDK i byłam właśnie pierwszy dzień na urlopie gdy nagle wpadła do mnie moja siostrzenica ( to późniejsza mama Marcysi i Moniki ) i od progu nawoływała – ciociunia ratuj. To ratuj słyszałam od niej kilka razy w tygodniu. Zawsze jakaś opresja z której wyratować mogę tylko ja. Wiedziała, że nigdy jej nie odmówię, dlatego ja. Od rodziców słyszała zawsze – jesteś dorosła to radź sobie sama. Widocznie od niej słyszeli zbyt często, że jest już dorosła. No ale była naprawdę dorosła i już pracowała. Tak pięknie wszystko pozałatwiałam, – lamentuje, od dziś ruszył obóz harcerski i właśnie dziś usłyszałam, że kucharka nawaliła. I ja mam ci załatwić na wczoraj kucharkę, w pełni sezonu i natychmiast. Nie cioteczko, nic nie musisz załatwiać, spakuj siebie i dzieciaki i jedziemy gotować obiad, czekają. Zwariowałaś skoro myślisz, że to takie proste. Nigdy nie pracowałam w żywieniu, nie byłam nigdy na obozie, nie ma mowy, nigdzie nie jadę. Ale do lamentu siostrzenicy dołączyły moje córki 13 i 9 lat. – mamo, będzie fajnie, pojedźmy. W końcu nie miałyśmy na pierwszy miesiąc wakacji żadnych planów tak więc pojechałyśmy i było fajnie. Przecież to ja załatwiłam tę pracę dla siostrzenicy i co miał być niewypał, trzeba było ratować sytuację żeby nie usłyszeć – a myśmy tobie zaufali.

Po przyjeździe na miejsce oznajmiłam wszystkim, że moje umiejętności są równe zeru a w odpowiedzi usłyszałam – nie martw się wszyscy ci będziemy pomagali, będzie dobrze. I pomagali dosłownie wszyscy. Najbardziej pomagał mi kwatermistrz, wiedziałam, że przy nim nie zginę. Harcerze z każdym dniem wyposażali mi kuchnię w różne stoły i stołki, żeby nasza szefuńcia nie męczyła się tylko śpiewająco nam gotowała. To był bardzo nietypowy obóz, był to hotel dla harcerzy idących szlakiem Kopernika, którzy przychodzili do nas wieczorem, jedli kolację, organizowali ognisko i szli spać. Rano jedli śniadanie i w drogę. W konsekwencji ja gotowałam tylko obiady dla stałej kadry 30 osób. Pomagali mi dyżurni kuchenni. Po obiedzie słyszałam, że obiad był nadzwyczajny i w nagrodę kolacje to my zrobimy sami – harcerze. Z tym, że kolacja i śniadanie musiało być przygotowane dla setki osób. Śniadanie przygotowywali wszyscy, kto żyw, łącznie z kadrą. Ja tylko planowałam i pilnowałam żeby niczego nie zabrakło.

Kiedyś wyciągnęli mnie w nocy z namiotu razem z łóżkiem na deszcz i zaprowadzili do namiotu komendanta obozu. Tam usłyszałam, że przypadłam wszystkim do gustu i to moje gotowanie też, ale na obozie harcerskim mogą być tylko harcerze i chcieliśmy cię pasować na harcerza. Chcielibyśmy sprawdzić czy dasz radę w leśnych warunkach ze wszystkim. Drogę do komendanta przetrwałaś a teraz musisz zjeść zawartość z tej puszki. Patrzę a to świńska tuszonka, bardzo smaczna konserwa ale niestety z dodatkiem igliwia i mchu. I wyście takie coś jedli? Owszem, wszyscy – odpowiedzieli. Nie będę gorsza, jak trza to trza. Od tej pory zostałam druhną. Tyle zachodu, kochani przecież mi się kończy urlop. Jeśli chciałabyś z nami zostać jeszcze 6 tygodni to powiedz tylko słowo . Załatwimy ci oddelegowanie, w końcu twój dyrektor to nasz zasłużony harcmistrz a ty w WDKu jesteś od spraw trudnych, my właśnie mamy trudności. I załatwili wszystko i zostałam i miałam najpiękniejsze wakacje. Dwa miesiące w lesie nad jeziorem z córkami o które byłam zupełnie spokojna. Co wieczór śpiewy i gawędy przy ognisku, dookoła las i jezioro, na niebie miliony gwiazd… Boże jak przypomnę to aż łza się kręci w oku ze wzruszenia. I pomyśleć że żeby nie ksiądz rekolekcjonista zupełnie zapomniałabym o tym epizodzie

Jutro święto Boże i święto wiosny – święto wszystkich nas. Niech Ci Pan Bóg dopomoże w zdrowiu spędzić czas. Przy rodzinnym stole ukwieconym wiosną niech znajdzie się kwiatek, Twój kwiatek miłości. Nie musi być różą pierwiosnkiem niech będzie, ale z Tobą i przy Tobie, w drodze, w domu, wszędzie.

I to byłoby na tyle. NARA !!

Życie o świcie i nie tylko…

O swoim ukochanym świcie, jeśli w ogóle można użyć takiego określenia, ćwiczyłam w atrium gdy nagle wyrwał mnie z zamyślenia żurawi klangor – czy to możliwe, że to co widzę na niebie to klucz żurawi? Tak bardzo chciałoby się zobaczyć te ptaki z bliska; ale one bardzo szybko zginęły z horyzontu. Zaczęłam rozmyślać o życiu ptaków. U nas w atrium ciągle nie ma ani jednego ptaszka, to i nie mam co obserwować, a oglądanie zachowań ptaków mnie fascynuje. Bardzo wiele ptaków łączy się w pary na całe życie, wśród nich są właśnie żurawie, chociaż i bernikle również. Jak codzienność te ptaki rozdzieli z takiego czy innego powodu, to na wiosnę szukają się – lecą w to miejsce w którym się poznały po to żeby odnowić swój związek. I samiec i samica lecą w to miejsce. Jeśli się okaże, że któreś z nich jest chore to drugie nie odstąpi go już do końca życia. No i jak tu nie kochać te piękne ptaszyska. Zachowują się tak samo jak ludzie: dbają o swoje dzieci, kłócą się i kochają. Opisywałam już kiedyś jak kurki wodne pięknie pracowały całą rodziną przy budowie gniazda na wodzie, żeby mama mogła wysiadywać wygodnie nowe dzieci. Pracował przy tym tata, syn już taki wyrośnięty i mama. Z tym, że mama siedziała w powstającym gnieździe, tata dopłynął do sitowia przy brzegu, wyskubywał dzióbkiem źdźbła odpowiedniej trawy i płynął żeby podać ten budulec synowi, który był w połowie drogi. Syn dopływał do mamy która odbierała od niego to źdźbło i wplatała w gniazdo powiększając je. Całymi dniami pracowali nad swoim rodzinnym gniazdem. Opisywałam też jak tata kaczor okazał się lepszym rodzicem i uczył swoją partnerkę jak ma zajmować pisklętami ponieważ ją dzieciaki nie obchodziły. Tylko tata odpłynął ona uciekała od dzieci do koleżanek na ploteczki. Tata tak długo skubał dzióbkiem w kuperek aż wróciła do dzieci. |Ćwiczył ją kilka dni, aż zaczęła być dobrą mamą. Mieszkając przy ul. Radiowej miałam w pobliżu dwa stawki na których toczyło się bardzo ciekawe życie. W nocy natomiast, przy otwartym oknie słuchałam żabiego koncertu. A wiecie, że chór tworzą wyłącznie samce a samiczki w tym czasie tańczą. Oczywiście najpierw, na swoich plecach samiczki niosły tych swoich kawalerów, nieraz po kilkoro na raz. Nie wiem czy to samiec wybierał sobie ten pojazd czy samica zgarniała chłopaków po drodze żeby mieć ich jak najwięcej dla siebie, i życie toczyło się.

Z tej ptasiej melancholii wyrwał mnie widok balkonu Felicji – zmarznięte pelargonie. Aż nie możliwe żeby to ona wystawiła te kwiaty na balkon już w kwietniu. Przecież to pierwsza znawczyni kwiatów w naszym Domu. Będę musiała z nią o tym porozmawiać. Nie teraz bo jeszcze o tej porze smacznie śpi. Okazało się, że Felicja zastawiła swoimi kwiatami wszystkie możliwe miejsca, że ma zastawiony cały pokój łącznie z podłogą i nie było wyjścia, wyszło jak wyszło. U nas kupuje się kwiaty na wiosnę, sadzi się je a później trzeba wyrzucić bo nie ma gdzie postawić. Na parapetach okiennych na korytarzach stawiać kwiatów nie można.

Idąc na śniadanie spotkałam dwie panie które zastrzegły sobie, że będą musiały ze mną porozmawiać. Nasi mieszkańcy wiedzą, że ja nic nie mogę zrobić co najwyżej problem opiszę na blogu, a mimo to wszyscy się na to zgadzają. Obie sprawy dotyczyły organizacji pracy ludzi podległych siostrze przełożonej, czyli najsłabszemu ogniwu wśród kadry kierowniczej. Jedna z pań poskarżyła się, że ona musi się kąpać wtedy kiedy jakaś opiekunka ma czas. Że do tej czynności przychodzi za każdym razem ktoś inny i wszystko trzeba takiej osobie tłumaczyć, gdzie, co i jak i przez to ona z tej kąpieli rezygnuje bo to tylko nerwówka. Druga pani poskarżyła mi się, że panie załatwiające wizyty u lekarzy specjalistów nie mają czasu łaskawie poinformować kiedy ta wizyta będzie i czy w ogóle będzie np w tym roku. To są sprawy którymi żyjemy i które są dla nas bardzo ważne.

O życiu i jego problemach można by w nieskończoność, a tym czasem u nas po cichutku coś się skończyło, czyjeś życie się skończyło. Jeszcze wczoraj ktoś był, przecież rozmawiałam z nim, robił zakupy w naszym sklepiku, a dziś już go nie ma.

8 kwietnia zmarł Grzesiu najżyczliwszy i najbardziej pracowity mężczyzna nie tylko w naszym Domu ale chyba w ogóle jakich znałam. Potrafił zrobić wszystko. Jego nazwać złotą rączką to zbyt mało. Jeśli te ręce były złote, to złoto było najwyższej próby. Pomagał wszystkim. Był nad podziw pracowity no i nie wyobrażalnie cierpliwy wykonując jakąkolwiek pracę. Był też uzdolniony artystycznie – jakie piękne rzeczy wykonywał z zapałek to aż trudno to sobie wyobrazić. On zawsze coś robił a jak zobaczył, że komuś jakaś praca idzie niezbyt natychmiast pomagał. W porównaniu z nami wszystkimi to był młody człowiek, on był nie wiele starszy od mojej starszej córki. Był też bardzo chory, cierpiący i niestety zgodnie z tradycją naszego DPSu bardzo gnębiony przez kierownictwo. Ciekawa jestem czy po jego śmierci nasze szefowe odczuwają satysfakcję, że gnębiły tego człowieka. GRZESIU, BARDZO NAM CIEBIE BRAKUJE !

I to już wszystko – NARA !!