Krwawe Zielone Świątki

Przez wiele lat życie tej rodziny toczyło się  spokojnym torem.  Tragedie  rozpoczęły się wraz z wybuchem II wojny światowej w 1939r. Oczywiście tragedie te dotyczyły  prawie wszystkich Polaków. Litwini nie znosili pięknego życia Polaków w środku Litwy. Donosili, nie jednokrotnie fałszywie, tak do Rosjan jak i Niemców.  Sprzymierzali się z każdym kto mógłby w jak najokrutniejszy sposób zniszczyć wszystko co polskie.  Wreszcie dopięli swego.      W maju 1942r.  zdarzyła się wielka tragedia. To jest dzień do dziś nazywany Krwawymi Zielonymi Świątkami. Każda żyjąca  w Olkienikach osoba zna dobrze ten termin, bez względu na to czy to dotyczyło danej rodziny, czy też nie. Na oczach matek i ojców rozstrzelano 21 młodych mężczyzn narodowości polskiej.  Wśród nich byli dwaj bracia mamy – Stefan i Karol. Najstarszy z braci zdołał się ukryć, ale po latach dopadli go w inny sposób.  Tego mordu dokonali Niemcy z Litwinami. Litwini z przyjemnością wywlekali całe rodziny z domów. Młodym chłopcom kazano kopać rowy i stanąć przy tych rowach i na oczach przerażonych rodziców rozstrzelano ich. Kwiat młodzieży olkienickiej wpadał martwy do rowów. Sparaliżowani bólem i strachem rodzice, otoczeni Litwinami z bronią, musieli zasypywać w tych dołach, swoje dzieci.  Tak skończyło się spokojne i dostatnie życie tej rodziny. Dziadek po tych wydarzeniach  podupadł na zdrowiu i z roku na rok było z nim coraz gorzej. Zmarł 8 marca 1953r.  W domu zaczął gospodarzyć najstarszy z synów – Janek. Miał już swoją rodzinę żonę i dzieci. Niestety on miał być rozstrzelany w 1942r. a więc nie mógł żyć normalnie. W tych latach Litwini zbratali się z Rosjanami a Polak był ich wspólnym wrogiem. Zapełniali Syberię Polakami. Według Rosjan i Litwinów rodzina Kozłowskich była kułakami, czyli bogaczami ziemskimi, a takich trzeba zniszczyć; wujek Janek został zesłany na Syberię a majątek rodzinny został skonfiskowany.  W domu została babcia z najmłodszym synem – Sylwestrem. Niestety nie było czym gospodarzyć. Po latach zdecydowali, że pojadą do Polski. Przyjechali do nas w 1958r.  Przyjechała babcia Jadwiga, wujek Sylwek z żoną i dwiema córkami i z matką żony. Jak myśmy się pomieścili w naszych dwóch pokojach sam Pan Bóg wie. Po wielu latach do Olkienik wrócił z Syberii wujek Janek z rodziną. Zdrowie miał zniszczone doszczętnie. Po długiej chorobie zmarł. Dzieci wujka przeprowadziły się do Wilna i zabrały do siebie matkę. Dzisiaj dom stoi pusty, jak wiele domów w Olkienikach, ale dzieci wujka dbają o ten dom. Zjeżdżają się tam wszyscy w każdą sobotę po pracy.  Przez jakiś czas mieszkała w tym domu córka wujka Janka – Basia. Poznałam ją jak przyjechała w odwiedziny do naszej wspólnej babci Jadwini.  Po latach postanowiłam odwiedzić Basi.ę  w Olkienikach. Zrobiłam to dopiero w 1994r.

Wspomnienia mojej mamy o domu rodzinnym

Moja mama urodziła się w 1909 r. i miała czterech braci – Jan, który w przyszłości został zawodowym wojskowym. Stefan był krawcem. Karol, zawodowy wojskowy i Sylwester muzyk w orkiestrze wojskowej. To nie przypadek, że aż trzech braci mamy byli zawodowymi  żołnierzami; to zasługa Marszałka Piłsudskiego. Dzięki niemu żołnierz polski był najbardziej szanowanym obywatelem społeczności polskiej. To dzięki wojsku polskiemu Polska odzyskała wolność po 123 latach zniewolenia.  Wówczas Piłsudski był bożyszczem i ojcem narodu. Jego słowa były święte.  Każdy chłopiec, czy mężczyzna chciał być pod dowództwem i opieką wodza wszystkich serc polskich. Mundur żołnierza polskiego był noszony z wielką dumą.

Życie w domu rodzinnym moja mama wspominała z wielkim ciężarem na sercu. Dręcząca wszystkich domowników czystość. Codzienne dokładne sprzątanie. Codzienna wymiana ręczników wszystkim domownikom.  Jeśli któryś z domowników wytarł ręce nie o swój ręcznik to ten ręcznik należało wymienić.  W naszym domu  ręczniki prało się nie mal bez przerwy, a to przecież balia i tara no i oczywiście ja nie babcia – mówi mama. To przez te kursy babci z higieny i czystości w naszym domu musiało być czyściutko jak na sali operacyjnej.  Inaczej  babcia nie umiała. Szkoda tylko, że było to robione wyłącznie moimi rękami – mówi mama. Babcia, ten nasz domowy SANEPID wymagała od innych, jej przecież nigdy nie było w domu. Przecież ciągle rodziły się dzieci. W rodzinie potrafiło ich być i kilkanaścioro. Roboty huk. Każdą rodzinę trzeba było dopilnować żeby noworodki rosły i rozwijały się w czystości. Jak babcia  wracała do domu to padała ze zmęczenia. Odpoczywała na piecu. To takie piece z dużą półką na ewentualną pościel. Zwyczaj przeniesiony chyba ze zwyczajów rosyjskich. Na tym piecu było zdrowotne posłanie w jednym miejscu pierze a w drugim gorczyca  a w jeszcze innym jakieś zioła zapachowe; wszystko miało znaczenie  dla zdrowia i wypoczynku.      Z tego pieca wydawała polecenia bieżące i na przyszły dzień. Oczywiście wszystkie dla mnie. Moi bracia to odpowiedzialność taty.  Do prac w domu i w obejściu byłam niestety tylko ja – mówiła mama. W każdą sobotę musiałam od świtu sprzątać podwórze, w każdym zakamarku, a całość wysypywać żółtym, drobniutkim żwirkiem, który był przywożony przez mojego tatę. Do prac polowych byli wynajmowani ludzie. Ci ludzie musieli być wyjątkowi; wyobraźcie sobie, że ludzie idący w pole musieli pachnieć czystością. Babcia tę czystość sprawdzała, codziennie o piątej rano. Nikt się nie buntował, wszyscy znali babcię z tej strony a dziadek pracowników opłacał należycie. Jak babcia miała wejść do jakiegoś domu  to ten dom był pucowany na błysk, jeśli nie to babcia zawracała od progu. Wynajęci ludzie pracowali u nas od wczesnej wiosny do późnej jesieni i cieszyli się, że mają pracę. Żywieniem tych ludzi zajmowały się wynajęte kucharki. Miały swoje specjalne pomieszczenia takie jak kuchnia i stołówka które mieściły się po drugiej stronie podwórza przy budynkach gospodarczych.

Od sierotki Jadwini do „królowej Jadwigi”

Wymarzony Królewicz Jadwini, był w tym czasie w Ameryce – czyli Stanach Zjednoczonych.  Bardzo wielu Polaków wyjeżdżało w świat  za zarobkiem..  Jadwinia, oczywiście nie miała pojęcia o jego istnieniu. Karol Kozłowski, bo o nim mowa, był od Jadwini starszy o 7 lat.  urodził się w Olkienikach  w 1878 r.  syn Jana i Ewy.  Jak wspomniałam dziadek wyjechał do Ameryki za zarobkiem. Był tam dwa razy. Za pierwszym razem  jak wrócił po roku to z zarobionych dolarów  zdołał kupić tylko kilkanaście hektarów ziemi. Połowę zarobku pochłonęła podróż.  Tak więc po roku pojechał do Ameryki po raz drugi i pracował tam przez dwa lata.  Po powrocie do kraju zabrał się za budowę domu.  Dopiero jak zakończył budowę domu, pomieszczeń gospodarczych, łaźni. Ogrodził swoją posiadłość, zasadził sad i obsiał pole , zaczął rozglądać się za ewentualną żoną.  A tak swoją drogą to moi dziadkowie to twarde sztuki; jedno i drugie najpierw praca.  A dziadek to już w ogóle twardy, męski charakter. Nie w głowie mu były podboje damskich serc, dopóki nie miał co zaoferować to omijał panny. Zalotom przeróżnym końca nie było. Przecież to młody, przystojny, bogaty jak na ówczesne czasy, kawaler i z  dobrze znanej i szanowanej rodziny. Rodzina dziadka od pokoleń żyła w Olkienikach.  Co któryś dom to dom  kogoś z rodziny Kozłowskich. Nawet proboszcz Kościoła Parafialnego już w latach  1840 – 1860  był z rodziny dziadka, a że był bardzo szanowany niech świadczy fakt, że parafianie po jego śmierci, postawili mu pomnik przed samym kościołem. Wygląda to tak jakby to on był ciągle gospodarzem tego przybytku duchowego.     Był rok 1907, nasz królewicz  miał już 29 lat, najwyższy czas na miłość i na założenie  rodziny.  Któregoś dnia, w zimny, jesienny wieczór, pan Karol spostrzegł opatuloną w chustę, biegnącą truchcikiem, dziewczynę. Nie znał jej, nie mógł nawet przyglądnąć  się  jej, a jego serce pobiegło za nią. Wbiegła do jakiegoś domu. Był wieczór, nie wypadało wejść do obcego domu, chociaż w każdym był mile widziany i dobrze znany. Przeczekał do jutra i już od świtu wypytywał o nią,  Czyja ona pytał ludzi. Od każdej pytanej osoby słyszał jedną odpowiedź – niczyja,  to sierotka Jadwinia.

W roku 1908 w Kościele pod Wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny w OLkienikach odbył się ślub Karola Kozłowskiego z Jadwigą Kajrewicz. Plac okalający kościół, służący zwykle do parad wojskowych w tym dniu musiał pomieścić setki gości, każdy chciał zobaczyć  jak to sierotka Jadwinia przeobraziła się w królową, od tej pory bowiem, nazywaną ją królową Jadwigą.  Wesele odbyło się w domu rodzinnym babci, nie mogło być  inaczej. Tego wymagała tradycja. Rodzina pogodziła się. Bracia babci poczuli się zaszczyceni, że mogą gościć tak licznie zacną  rodzinę Kozłowskich i że oni tak jakby weszli w tą rodzinę. W tym domu też urodziło się ich pierwsze dziecko, córka Marianna, czyli moja mama. Babcia, po jakimś czasie chciała wystąpić z roszczeniami o majątek po rodzicach, ale dziadek zabronił, był zbyt dumny i w końcu zamożny jak na tamte czasy.

Sierotka Jadwinia

Rozpisałam się tak o  Olkienikach  ponieważ chciałam  sama przed sobą wytłumaczyć się. Całe życie myślałam, że Olkieniki to wieś, że moja mama pochodzi ze wsi. Nawet teraz pisząc, że w czasie zaborów  inne warunki życia były w mieście napisałam i na wsi myśląc o Olkienikach. Dopiero po namyśle sprostowałam, że w mniejszym mieście od Wilna.   No bo jak można mieszkając w mieście mieć hektary i mówić takim śpiewnym językiem jak mówiła mama i babcia. Nie pasowało mi to wszystko co słyszałam o domu rodzinnym mamy.  Dzisiaj wiem, że wówczas wystarczyło mieszkać na przedmieściach żeby można było być miastowym z hektarami; a zniewalany naród, rusyfikowany przez  ponad 100 lat miał prawo mieć naleciałości językowe.                                                      Wracamy jednak do babci Jadwigi.

Babcia Jadwiga wybierając się do Olkienik  miała dobre rozeznanie i gotowy plan na życie. Nie jechała w ciemno. Otóż wiedziała, że  w szpitalu olkienickim zorganizowano kursy higieny osobistej i czystości w domu. Po skończonych kursach  można było zdobyć  zawód higienistki i pracę w szkole, w przychodniach lekarskich czy  w szpitalu.  Podczas kursu dziewczęta miały wikt i opierunek. Tak więc początek był dobry a co będzie później to czas pokarze.  Okazało się, że w ten sposób zdobyła ukochany przez siebie zawód w którym pracowała przez całe życie.                                                                          Babcia Jadwiga, nazywana wówczas sierotką Jadwinią  ukończyła kursy z wyróżnieniem. W szpitalu zwrócono uwagę, że każda praca sprawia jej dużo satysfakcji. Zaoferowano więc jej pracę w szpitalu na oddziale położniczym  i  tak zdobyła zawód akuszerki i przepracowała w tym zawodzie ponad  40 lat. Większość dzieci w Olkienikach przyszła na świat dzięki zdolnościom babci Jadwigi.  Była chrzestną matką dziesiątków tych dzieci. Chrzciła każde pierwsze dziecko które odebrała w danej rodzinie. Porody odbywały się w domach, do szpitala zawożono  tylko w szczególnych przypadkach; takich w Olkienikach nie było, Jadwinia radziła sobie ze wszystkimi przypadkami. Wszyscy ją znają i pamiętają mimo upływu wielu, wielu lat.  Miałam tego dowód jak pojechałam do Olkienik. poznałam tam jednego z jej chrzestnych synów  – profesora Uniwersytetu Wileńskiego  – Pranasa Buckusa. To on opowiedział mi o zwyczajach panujących w Olkienikach za czasów mojej babci.    Babcia  była piękną zdrową  i pracowitą dziewczyną. Od adoratorów nie mogła się opędzić, pomimo, że poza urodą nie miała nic. Mieszkała kątem u obcych ludzi. Nie miała też czasu na adoratorów ponieważ poza odbieraniem porodów zajmowała się opieką nad  noworodkami  do trzeciego miesiąca życia.                                                                                  Pewnie czekała na swojego królewicza z bajki ; a on już był tyle że tysiące mil od niej i oboje nic o sobie nie wiedzieli.

Pamiętnik Rodzinny.-Moje wileńskie korzenie

Wiem, że powinnam zacząć swój  pamiętnik od  rodziny mojego taty, jako, że nawiązałam  do wczorajszej daty 11 listopada.                   Zacznę  jednak od rodziny mojej mamy. Historia ta, mimo, że dzieje się w tym samym czasie, jest nieco lżejsza. Tak jak nieco lżejsze było w tym czasie życie w małym miasteczku  od życia w mieście  – WILNO.  Konkretnie, opowiadanie swoje rozpocznę od babci Jadwigi ( mojej babci ) ze strony  mamy.

Jak babcia miała 16 lat – czyli w roku 1901, podczas epidemii, zmarli jej rodzice – Anna i Maciej Kajrewiczowie – moi pradziadkowie. Byli dość zamożnymi   gospodarzami, a wiadomo, że  nikt z rodziny nie chciałby dzielić się majątkiem, zwłaszcza, że w przyszłości chodziłoby o kogoś zupełnie obcego, czyli ewentualnego  męża babci Jadwigi. Bracia babci zaczęli traktować ją bardzo źle po to żeby miała ich dość i wyprowadziła się z domu.  Jadwinia, tak była nazywana przez rodziców, mimo, że była bardzo przez nich rozpieszczana, miała   charakter. Któregoś dnia o świcie, jak wszyscy jeszcze spali, z węzełkiem  rzeczy osobistych,  wyruszyła w drogę. Serce pękało z żalu i ze strachu – co teraz będzie? W jednej chwili straciła ukochanych rodziców, dom i rodzinę. Tak jak przez 16 lat czuła się kochana, to teraz nikt już jej nie kochał – została zupełnie sama. Trudno,  ale iść trzeba. Nie zaszła daleko, do pierwszego miasteczka do OLKIENIK. A podróż swoją rozpoczęła z  Zaprzekopów, dzisiaj to przedmieście Olkienik. Oczywiście na Wileńszczyźnie.  W Olkienikach zatrzymała się w domu  pierwszych ludzi jakich spotkała.

OLKIENIKI – miasteczko składające się z trzech części  rozdzielonych lasami. Znane już w starożytności. W starożytnych dziejach Polski czytamy, że miasto leży na trakcie z Wilna do Krakowa. Już za czasów Zygmunta Starego było miastem okazałym. Gościli w nim królowie polscy i nie tylko.  Miasto było starostwem, miało dwór królewski i kościół parafialny ufundowany przez królową Bonę. W Olkienikach często bywał Zygmunt August syn Zygmunta Starego i królowej Bony. Każdy z królów wnosił coś od siebie dla tego miasta. Stefan Batory w 1581 r.  rozbudował kościół. Zygmunt III w 1632r. pomnożył znacznie fundusze probostwa. W Olkienikach w 1812 r. gościł Napoleon Bonaparte.  Przyczyną dbania o to miasto przez wszystkich władców polskich było jego położenie.  Miasto leżało na skraju Puszczy Prudnickiej i wszyscy królowie ze swoimi gośćmi zjeżdżali się tu na polowania. Mieszczanie olkieniccy od zawsze mówili w języku polskim a lud okoliczny  po litewsku.  Już w 1606r. w miasteczku było 30 uliczek, przy których mieszkali rzemieślnicy. Rozwój Olkienik poza położeniem  ściśle wiąże się z wyrobem broni palnej i z wydobywaniem rudy z okolicznych bagien, przerabianej na żelazo.  Jeszcze przed przybyciem mojej babci do Olkienik  w  miasteczku była fabryka tektury, duża smolarnia, szpital, przychodnia lekarska, garnizon kilkuset żołnierzy polskich  i oczywiście szkoły – powszechne i gimnazjum. Nasi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice przyszli na świat kiedy Polski nie było na mapach świata. Polska była w niewoli trzech zaborców : Prusaków, Austriaków i Rosjan.  Wileńszczyzna , wiadomo, była pod zaborem rosyjskim. Jednak w Olkienikach wszystkie organizacje, po za szkolną, były kierowane przez Polaków.  Polacy trzymali się mocno razem i pomagali sobie jak mogli. Dlatego babcia spokojnie weszła do obcego ale polskiego domu, wiedziała, że żadna krzywda ją tam nie spotka.

11 listopada 2017r.

Zaledwie od kilku lat,  w dniu 11 listopada cofam się  myślami w daleką przeszłość i  idę na grób mojego ukochanego taty z wiązanką biało czerwoną  stawiając  obok niej portret Ułana. Ułana z przewieszonym na ramieniu kożuszkiem i z szabelką, która wraz z koniem stanowiła główny atrybut  ułański. Kim był mój tatuś –  to był temat tabu.    Nikt w rodzinie nie miał prawa rozmawiać na ten temat. Wiedziała o tym tylko mama no i brat, ale brat milczał jak grób. To, że ja nie wiedziałam to się nie dziwię. Zawsze uchodziłam w rodzinie za roztrzepańca,  któremu w głowie tylko tańce i śpiewy,  ale, że nic o tatusiu nie wiedziały moje starsze siostry to mnie bardzo dziwi. Bardzo mnie też  dziwi, że to ten roztrzepaniec otworzył oczy  nobliwym i ułożonym siostrom i pokazał kim był nasz tato.    A  kim był tatuś ?  Patriotą, Piłsudczykiem, Legionistą, Ułanem XIV Pułku Ułanów Jazłowieckich.                         Ponieważ moja rodzina musi znać swoich przodków to resztę pamiętnika poświęcę ku pamięci.

„Bo każda rodzina tworzy zalążki losów  swojej Ojczyzny”.

Dziwnym wędrowcem po latach jestem,
Stąpam do tyłu drogą z przeszłości
I śladów szukam tych co odeszli,
Wspomnień z Ich życia – dziejów zaszłości.
Idę po omacku i szukam i pytam
I trafiam czasem na ślad zadeptany.
Coś mnie olśniewa, coś mi umyka
I znowu pytam – otwieram rany.
Ich tu już nie ma, odeszli dawno                                                                        Pozostawiając dzieci i wnuki
Ich śladem  idąc otwieram księgi
Żeby historii uczyć ich pra, pra, pra wnuki.

PRABABCIA DANUSIA

Cz. IV str. 38

Wywiady które prowadziłam z ogromną pasją mogły stworzyć fragment historii Polski opowiedziany przez ludzi biorących czynny udział w tej historii.  Żebym nie była taka sponiewierana w tym domu to wspólnie z bohaterami wywiadów opisywalibyśmy tę historię.   Teraz mogłabym rozmawiać o czasach PRLu  i byłoby  ponad 100 lat historii kraju w przeżyciach  podopiecznych  DPS.  Niestety za późno. Pani dyrektor przyłączyła się do hołoty i z satysfakcją  niszczyła wszystko co się da,  w ten sposób walcząc o utrzymanie stołka dyrektorskiego. Owszem jest dyrektorem ale nie szanowanym przez nikogo, ani przez mieszkańców ani przez pracowników.  Pracownicy przy niej muszą udawać, że jest inaczej, a nie którzy mieszkańcy mydlą oczy dyrektorce, ale ta bylejakość na każdym kroku i we wszystkim tworzy parszywą atmosferę  i   brak szacunku . Ludzie biorąc do ręki obecny GŁOS SENIORA widzą, że to co było kompletną lipą opisane jest w ochach i achach.  To jest brak szacunku do czytelników.. Jak w ogóle można było  doprowadzić do zniszczenia czegoś co ludzi interesowało. Ówczesny kwartalnik miał dodruki bo nasi mieszkańcy kupowali po kilka egzemplarzy i wysyłali do rodzin. Tosia wysyłała do Stanów Zjednoczonych, Hania do Anglii, Helenka do Niemiec a czytelnicy ci pisali  potem  do nas. Teraz pracownik chce czy nie musi pisać dużo i pięknie. Że to niby u nas cuda nie widy. Po za nieuzasadnionymi przechwałkami kilka artykułów zerżniętych z internetu i szlus      .No i najgłupszy konkurs świata – zgadnij kim jest ta dwuletnia dziewczynka?

A zniszczenie takiego cudu jakim było radio. To zniszczenie to w 100 % zasługa pani dyrektor. W całej Polsce nie było takiego cudu prowadzonego w całości przez mieszkankę DPS.  No ale co tam trzeba było podlizać się hołocie. Hołota to macki mafii a z nią trzeba trzymać zwłaszcza jak się nie wiele umie a chce się być dyrektorem. Tym gestem pokazała, że dla mafii zrobi wszystko.      Dzisiaj na głównej tablicy ogłoszeń wisi reklama naszego radia, jakie to ono jest wspaniałe – ” w naszym radiu nie zabraknie na pewno: muzyki, poezji, aktualności, humoru i koncertów życzeń „.  A co jest? Jedna wielka lipa . Bez słowa puszczają płytę z muzyką i leci od początku do końca. Kończy się płyta to i kończy program radiowy.  Co za różnica co puszczają i tak nikt nie słucha.   W ogóle to przez radiolę nie puszczają nawet żadnych ogłoszeń bo radiole są powyłączane.  W razie jakiegoś problemu to byłoby zero odzewu.               PO CO TO? a no po to żeby powiedzieć, że radio działa. Żeby wykazać w sprawozdaniach jak wiele się u nas dzieje.                        Poprzednie radio nie miało żadnej reklamy w naszym domu a wszyscy słuchali. Sprawdzałam to wielokrotnie.  Jakby szanowna pani dyrektor od początku posłuchała mieszkańców i zatrudniła p. Karola o którego ubiegaliśmy się  to dzisiaj mogłaby chodzić dumna z wypiętą piersią do orderów. Nasz Kwartalnik byłby znany w różnych zakątkach świata. Nasze radio byłoby znane tak samo jak było znane na początku. Wspólnie opisywalibyśmy historię życia mieszkańców tworząc historię naszego kraju. Szanowna pani dyrektor,  mieszkańcy wspólnie z Karolem planowali stworzyć telewizję wewnętrzną. Ten jeden człowiek był w stanie sprawić, że problemy mieszkańców ginęły.  Ale panią to w ogóle nie obchodzi. Zniszczyć co się da to chyba pani motto.                                    Że też są na świecie ludzie którzy niszcząc nie tworząc  awansują nie współmiernie do swoich możliwości.

Cz. IV str. 37

Ostrzegałam, że ja o tych swoich wywiadach mogę bez końca. No bo  jak można np. nie zainteresować się życiem rodziców Krzyśka, którego wszyscy znamy bo jest u nas na pobycie dziennym już ze 20 lat. Rodzice Krzyśka poznali się w więzieniu. Brzmi nie ciekawie. Ale to była wojna. Pola, tak miała na imię mama Krzyśka, była w maturalnej klasie i jak co dzień biegła do szkoły na skróty. Chociaż urodziła się we Frankfurcie nad Menem, bo tam zostali zesłani jej rodzice podczas I wojny światowej, w czasie II wojny chodziła do szkoły w Brześciu. O to miasto bili się z Polakami i sowieci i Niemcy.  Pola codziennie biegnąc  do szkoły „przekraczała  granicę niemiecką ” tym razem za ten czyn została aresztowana i osadzona. Młodość zawsze czerpie garściami z prawa do bycia szczęśliwym. Miała zaledwie 19 lat i prawo do miłości. Wacław miał lat 25 i również wyrok nie wiadomo za co.   Miłość szalona opętała ich obojga. Wojna się skończyła. Pobrali się, urodził się syn a Wacław okazał się pędziwiatrem i lowelasem, swoją drogą bardzo przystojnym lowelasem. To nie on bałamucił  kobiety, to one rzucały mu wszystko pod nogi. Żeby go żona nie znalazła to zmienił oficjalnie imię z Wacława na Marka. Nie widzieli się pół wieku aż Wacław  trafił do domu opieki w którym  pracował ich syn.  Krzysiek spowodował, że i pani Pola trafiła do nas. I tak ostatnie dni życia spędzili razem chociaż osobno, pod opieką syna.

Pisałam o pani LILI która przeżyła 102 lata  i mimo różnych kolei losu czuła się przez życie rozpieszczana.  Jej przeciwieństwem było życie pani Władzi, która od 10 lat jest z nami i tylko te lata może nazwać ” szczęśliwymi”. Ponieważ nie wiedziałam jak zacząć rozmowę to spytałam – kiedy i gdzie się urodziłaś ? I zaczął się dramat, horror, tragedia.  Nie wiem – odpowiedziała, mogę pokazać ci dowód ale tam jest wszystko zmyślone przecież musiałam mieć jakieś dokumenty.                                                                                                 Artykuł o Władzi możecie przeczytać w IV kwartale 2009r.

Pisałam o Irenie i o Basi ale najbardziej  zadziwiło mnie podejście do swojego życia – Grażynki. Osoba ze wszystkich osób najbardziej chora. Choroba dotknęła ją od wewnątrz niosąc cholerne cierpienie a na zewnątrz szpecąc młodą jeszcze kobietę. A ta kobieta była zachwycona życiem i tym co osiągnęła.  Słuchałam ją z otwartymi ustami i nie mogłam wyjść z podziwu.  O swoim życiu opowiadała z ogromną pasją.  A przecież to było zwykłe szare, pełne trudu życie.  Najpierw była pełna podziwu nad sobą, że mieszkając na pegeerowskiej wsi potrafiła codziennie dojeżdżać do szkoły odległej o  ponad sto  kilometrów.  Ukończyła szkołę zawodową i dostała pracę w mieście jako pomoc kuchenna. Bardzo szybko awansowała na kelnerkę.  Poczuła się doceniona.  Wyszła za mąż, urodziła czworo dzieci i była  bardzo dumna, że swoją pracą mogła pomagać mężowi w utrzymaniu rodziny.  Była i jest niezmiernie dumna, że mogła przyczynić się do sukcesów swoich dzieci spełniając rzetelnie obowiązki matki, gospodyni domu i pracownika. Jak spytałam o męża skwitowała –  był   dobry i pracowity  do czasu. Masz jakieś marzenia – spytałam. Tak mam trzy.  1 – żeby mniej bolało. 2 – żeby ludzie poznali wiersze mojej mamy które przechowuję jak relikwie. 3 – Żeby móc śpiewać w naszym chórze.                                                                                                           Spełnianie marzeń innych ludzi, tak konkretnie określonych to  największa przyjemność  jaka mogła  mnie spotkać od lat.                                                                                                        Artykuł o Grażynce jest w III kwartale 2009r.

 

 

Cz. IV str. 36

Byłam  jednym z ośmiu redaktorów naszego kwartalnika, miałam w nim trzy swoje stałe  pozycje  – pisałam wierszyki  rymowanki, mówiące o pogodzie w danym kwartale. Dzisiaj czytając te rymowanki można dowiedzieć się jaka była pogoda w danym miesiącu danego roku. Np. w styczniu 2006r. był tęgi mróz –        mówią, syberyjska zima przyszła do nas z za Uralu,                               od tygodni mróz tak trzyma, robi wiele szkód – bez żalu.                       A. w 2001 r.                                                                                                                    w pantofelkach luty chodził i słoneczkiem nas uwodził,                         w 2006 r. calutka zima aż trzeszczała od mrozu. A ja pisałam – kocham cię w tym roku mój ty luty srebrny,                                         jesteś mroźny, śnieżny, wietrzny, w swej aurze nie zmienny. Malkontent narzeka, że w lutym jest zima,                                                       że śnieg we dnie pada a nocą mróz trzyma.                                                    W marcu 2006r. była nadal ostra zima bo pisałam, że u nas ziemia skuta lodem, do nas wiosna przyjść nie może.

Drugim tematem mojego pisania było zachęcanie do przeczytania konkretnych tytułów książek. Byłam zafascynowana tematami mówiącymi o życiu kobiet w różnych krajach, na różnych kontynentach i w różnej cywilizacji. Czytałam, sygnalizowałam w kilku słowach temat i zachęcałam do przeczytania.

No i mój trzeci temat którym się fascynowałam, to wywiady z mieszkańcami, który zatytułowałam – poznajmy się.           Na ten temat mogłabym bez końca i zawsze z rozpaloną głową. On mnie tak fascynował, że czułam się jak archeolog znajdujący skarb w swoich  wykopaliskach. Jak szłam na wywiad do pani Helenki to słyszałam w koło – ale się nagadasz, przecież ona jest kompletnie głucha i bardzo nie chętna do zwierzeń. A ja ciekawe tematy wyczuwałam na odległość.  Podawałam kartki z pytaniami a pani Helenka  odpowiadała.  – pani chce się włamać do mojego serca ? Niech je pani zostawi w spokoju, zbyt wiele przeszło przez swoje niemal, że 100 letnie życie. Jestem po dwóch zawałach  i dziesięciu operacjach.  Moje serce może być tylko przedmiotem lekarskich dociekań, na żadne porywy już ono nie czeka.                                        Pięknie mówiła pani Helenka, nic dziwnego dwa fakultety – biologia i farmacja – o czymś świadczą.  I ruszyło to serce ze wspomnieniami aż za Ural, do azjatyckiej części Rosji, na Zabajkale gdzie w 1915 r. urodziła się p. Helenka. Przychodziłam do niej przez kilka dni a opowiadaniom nie było końca. Jak już napisałam artykuł to dowodem na zgodę oddania go  do druku było danie mi swojego zdjęcia. Aż tu zagwozdka, Helenka nie ma ani jednego zdjęcia, jak sięga  pamięcią zawsze unikała aparatów fotograficznych. Nie miała męża ani dzieci. Co robić? Znalazłam jej dość daleką rodzinę w której znalazło się zdjęcie Helenki jak miała 15 lat. Przecudowne zdjęcie zdobi mój artykuł w kwartalniku z 2004r.

Dość ostro zostałam potraktowana przez następną farmaceutkę. Usłyszałam w dość ostrym tonie – O czym ty mówisz, ja myślę o grobach, o tych co odeszli i co zrobić żeby jak najszybciej do nich dołączyć a ty mi wyjeżdżasz z takimi pierdołami jak miłość. Znajdź sobie kogoś innego i nie zawracaj mi głowy. A artykuł o miłości Janeczki okrążył nie mal cały świat. Na jej temat przychodziły listy do redakcji, a jak prowadząc radio zrobiłam o tym audycję to musiałam robić powtórki.  Poczytajcie sobie – jesień 2004rr.

Wywiad który wykorzystywałam wielokrotnie i w kwartalniku i w radiu to był wywiad z panem Józefem Koz… Rodzinie przekazałam przegraną na płytę całą audycję.  Życiorys wojenny pana Józefa był nie prawdopodobnie piękny. Jak pan Józef stracił pamięć to mu ten jego życiorys opowiadałam a on się dziwił skąd ja to wszystko wiem.  Jak wojna się zaczęła to Józuś miał 14 lat a jak się skończyła miał lat 20. Przez dwa lata był łącznikiem 27 Dywizji AK i codziennie przemierzał 70 km. przekazując meldunki. Aż któregoś dnia nie dostarczył meldunku. Znaleziono go w lesie ledwie żywego, opuchniętego przez gangrenę jaka się wdała od kuli. Szpital i jeszcze nie wyleczony a już zsyłka na Syberię.  W drodze na zsyłkę zabrany z pociągu i wcielony do wojska sowieckiego.  To wcielenie do wojska było jego wybawieniem. Trafił na pułkownika Dokuczajewa który z naszego Józusia zrobił piastuna wojennego dla swoich dzieci. Ten cudowny człowiek zabrał ze sobą na front swoich dwoje dzieci 4 i 2 latka. Potrzebna była dla nich niania, padło na Józusia.Żona pułkownika zmarła z głodu podczas oblężenia Leningradu, nie chciał zostawiać dzieci na poniewierkę. Dzięki Józkowi dzieci przeszły zdrowo cały front. Po wojnie późniejszy pan generał dziękował Józkowi kilogramami orderów. Z największą dumą mówił nasz bohater o krzyżu AK który przysłano mu z Londynu w 1989r.                                                                                           O tym możecie poczytać w kwartalniku iV kw. 2006r.

Cz. IV str 35

Na poprzedniej stronie napisałam, że nie wiem czy artykuły pisane przed laty do kwartalnika były coś warte, ale jak zaczęłam  je czytać to wpadłam w zachwyt. To jest kawał historii  pięknie opisanej.  W zespole redakcyjnym była artysta plastyk, która ukończyła Uniwersytet Jagielloński, ona pisząc swoje artykuły wprowadzała nas w świat sztuki.  Np opisywała bal karnawałowy z 1938r. który miał miejsce na Uniwersytecie Jagiellońskim.   Opisała go nie mal z detalami.  Każdy wydział miał dokładne zadanie do wykonania. Swoje zadania mieli i profesorowie i studenci. To są stronice historii pisane z pierwszej ręki. To  była historia i sztuka razem.  Hania, bo o niej mowa, jest jeszcze wśród nas ale niestety już w swoim świecie. Na magnetofonie kasetowym mam jeszcze  nagraną rozmowę z Hanią. Chciała żebym opisała jej życie w formie pamiętnika. Niestety zdążyła opowiedzieć zaledwie kilkanaście  lat swojego życia i zaczęły jej się mieszać daty.                                     Drugim mądrym i wykształconym redaktorem był pan Józef Kulik…  On opisywał historię Polski  której był czynnym uczestnikiem. Opisał II wojnę światową dzień po dniu. Znów wiadomości z pierwszej ręki.  To z jego inicjatywy w naszej kaplicy jest zawieszona gablota z orderami za zasługi dla Polski, naszych mieszkańców.                                                                                                          Następną redaktorką która pisała o autentycznych przeżyciach swoich, które były  historią Polski to Janeczka Koz… uczestniczka Powstania Warszawskiego. W kwartalniku jest przedrukowany list Janeczki do rodziny. List został napisany pod przymusem, to rozkaz Niemca u którego pracowała po upadku powstania. Był to pamiętnik napisany w formie listu. Jaki piękny charakter pisma. Ten list to ozdoba kwartalnika.                                                              Jeszcze jeden nadzwyczaj utalentowany redaktor – to pan Tadeusz. Literat z prawdziwego zdarzenia i przewodnik turystyczny po Polsce. I o tym właśnie pisał w naszym kwartalniku o swojej książce, która jak dla mnie to jest przedłużeniem Chłopów Reymontowskich.  Pan Tadeusz  opisał  w swojej książce życie na wsi kieleckiej. Zarówno książkę jak i jego artykuły czyta się pięknie. Pan Tadeusz również jest wśród nas  i za obecnej dyrekcji doznał dużo upokorzeń. Pisałam o tym na swoim blogu. Teraz jest hołdowanie zasadzie stary = głupi i można z nim wszystko.                 A Janeczka Dęb… farmaceutka , jak pięknie i  mądrze nam radziła jak się odżywiać w każdym z sezonów, jak się ubierać, co robić z lekami, jak i kiedy je przyjmować.

W naszym domu są nadal mądrzy i wykształceni ludzi tylko trzeba do nich dotrzeć. Trzeba wszystkich i wszystko traktować z szacunkiem. Nie wykrzykiwać ni w pięć ni w dziesięć, że to niby jest pięknie – ludzie tylko udają, że to kupują. Rozkrzyczana terapeutka odejdzie a ci co  do niej się uśmiechali pukają się w głowę. Głośno, nie znaczy wesoło. Mieszkańcy naszego domu mają bardzo wiele do powiedzenia, obawiam się, że więcej niż młody personel.           Po co obarczać personel pisaniem kwartalnika którego nikt nie czyta, no chyba, że pracownicy  muszą albo chcą się podlizać do szefowej. Pisząca robi to bo dostała takie polecenie, a serca do tego nie ma, prowadzi więc kronikę, którą jak się czyta to uwierzyć trudno, że tyle u nas się dzieje. Po za kroniką są artykuły ściągane z internetu. Największa kpina to zagadki na temat pracowników i mieszkańców. Ze zdjęcia dwuletniej dziewczynki mamy odgadnąć która to z pracownic, a ze zdjęcia dwudziestolatka, który to z mieszkańców. I to jest cały konkurs. Czegoś głupszego nie widziałam nigdzie.                                                                                                         Po co to wszystko?  – nie szkoda czasu, papieru i tuszu do drukarki.