Cz. IV str 34

Wspominając Tosię  bardzo się rozczuliłam i postanowiłam  przejrzeć  nasze stare kwartalniki  „Głos Seniora ” , do których pisali nasi mieszkańcy i tylko mieszkańcy. Dzisiaj na polecenie dyrektorki piszą pracownice, a że nie mają czasu ani serca do robienia czegoś na przymus to ściągają żywcem artykuły z internetu. Pytanie tylko po co ? A no po to żeby nikt nie mógł zarzucić dyrektorce, że za jej rządów przestał istnieć kwartalnik.  Nie ważne, że tego nikt nie czyta ale on jest.  Byle co ale jest.     Nie wiem czy kwartalnik sprzed lat kilku był wiele wart ale był pisany wyłącznie przez mieszkańców. Spotykaliśmy się dwa razy na kwartał jako zespół redakcyjny. Mówiliśmy o czym chcielibyśmy napisać a osoba odpowiedzialna za całokształt  podpowiadała nam jeszcze o czym powinniśmy napisać. Jak już napisaliśmy to było spotkanie korekcyjne, dokładnie ustalaliśmy jak będzie wyglądał kwartalnik. Kochani, nawet szata graficzna była zrobiona przez mieszkankę. Przecież w naszym domu są ludzie różnych zawodów trzeba tylko umieć do nich podejść. Niestety wszyscy widzą, że jesteśmy przystosowywani do bylejakości; dyrektorka to lubi – byle jak aby dużo, mieszkańcy tego nie lubią. Tosia, o której pisałam, miała w kwartalniku kącik – rozmów z mężem. Jej mąż  miał już 95 lat  i szybciej od Tosi podupadł na zdrowiu, po prostu dopadła go starość, Tosię starość ominęła. Tosia pisała :  ” wieczorem gdy męża położę spać wówczas w skupieniu porządkuję swoje zaległości pisarskie. Naraz mąż woła … Toluniu ! Zrywam się i biegnę do niego – co chciałeś kochanie ? A mąż na to – a już zapomniałem. To może jak sobie przypomnisz to mnie zawołasz. Toluniu, a to może to przez ” ż” czy ” rz ” ?  Jeśli przez ” rz ” to wymień mi jakie znasz morza. Mąż wymienia : Czerwone, Czarne, Egejskie. A nasze morze jak się nazywa – pytam. Cisza… Podpowiadam więc – Ba, Ba,  Mąż kończy – bardzo szerokie.                Innym razem mąż Tosi budzi się w nocy i pyta  – Toluniu, jesteś po kolacji? Tak odpowiadam, a ty ? Ja nie, mówi mąż. To zjesz jutro. Dobrze kochanie. Dobranoc, dobranoc” .

Czyż to nie piękne rozmowy. Czy trzeba być wielkim redaktorem żeby opisać sprawy nas dotyczące. A te sprawy czy nie są bliższe naszemu sercu niż ściąga z internetu. Niestety swoim zachowaniem dyrekcja straciła autorytet wśród mieszkańców i nikt – po za hołotą – nie chce nic robić ani mówić o sobie. Po co mam coś mówić o sobie jeśli jest wiadome, że nic nie znaczę. A dowodem na to,że nic nie znaczę jest odwalanie roboty. Stawianie na byle jakość, stawiając znak równości stary = głupi, a więc po co się starać.

Cz. IV str 33

Listopadowe święta zawsze nastrajają nostalgicznie. Mieszkam w DPS  już 8 lat i w tym czasie całe mnóstwo ludzi odeszło w zaświaty. Nie robi to na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Każdy kto przyszedł mieszkać do takiego domu to zrobił to żeby spokojnie umrzeć; nie w samotności i nie w strachu, że umrze  a ludzie dowiedzą się o tym po kilku dniach. Ale są osoby których wspominając wzruszam się.  Np. Tosia  – mieszkała w tym domu parę ładnych lat a rocznice jej śmierci są w listopadzie. Za każdym razem jak o niej pomyślę przypomina mi się historia jej pięknej, wielkiej i jedynej miłości, którą mi opowiadała jak z pełnym podziwem przyglądałam się jej troskliwemu, czułemu podejściu do swojego męża. Jej mąż ostatnie dwa lata nie bardzo wiedział o co chodzi. Woziła go na wózku, głaskała, karmiła. Ponieważ miał zawsze otwarte szeroko usta to zrobiła mu zasłonkę na usta żeby nie wpadła mu do gardła jakaś mucha czy nie daj Boże pszczoła.    A poznali się mając po 20 lat, w okresie międzywojennym, czyli sto lat temu.  Oboje mieli dziadków w majątkach pod Lwowem.  Mąż Tosi był studentem konserwatorium warszawskiego a na wakacje przyjechał właśnie do dziadków pod Lwów. Tosia, mieszkała z rodzicami we Lwowie i tam uczyła się w seminarium nauczycielskim i również przyjechała na wakacje do dziadków.  Był upalny lipiec,  Tosia pięknie wystrojona przeszła przez wieś;  ponieważ nikogo nie spotkała, całkiem spokojnie zaszła nad brzeg jeziora, rozwiesiła swoją nowiutką, błękitną sukienkę  na krzaczku a sama dała nurka do wody. Nie mając stroju kąpielowego weszła do wody nago.  W tym czasie z pociągu wysiadł młody student po którego na dworzec wyjechał dziadek furmanką załadowaną sianem. Furmanka była pękata od siana. Chłopak siadł da koźle obok dziadka, trzymając na kolanach skrzypce, prowadził z dziadkiem  bardzo ożywioną konwersację. Wjechali na podwórze i usłyszeli  zdziwiony głos babci – a gdzież  to wy panowie  zdążyliście rozebrać dziewczynę i co wyście z nią zrobili?  Zdziwieni, nie wiedząc o co chodzi, patrzą na babcię a babcia kieruje ich wzrok na furmankę, na której jest rozpostarta, błękitna suknia Tosi. Młodzieniec szybko spostrzegł, że suknia należy do filigranowej dziewczyny, postanowił wrócić śladami furmanki żeby znaleźć właścicielkę zguby. Szedł i wołał – hop, hop, mam piękną błękitną sukienkę co mam z nią zrobić. Wreszcie po wielu nawoływaniach usłyszał przerażony głos dziewczyny żeby zostawił ją tam skąd ją wziął. Tłumaczył się że nie wie gdzie to ma być, wreszcie zostawił na brzegu jeziora a sam schował się za krzaczkiem. Nimfa wyszła z wody, osuszyła się i ubrała. Kiedy oczarowała chłopaka to nie wiadomo, nie spytałam czy wychodząc z wody czy już ubrana rzuciła czar na młodziana.                                        Żyli długo, bo ponad siedemdziesiąt lat razem i szczęśliwie. Teraz też są razem.

Zadeptujemy już Wasze ścieżki,                                                          Pozacierane już Wasze ślady,                                                                             W Waszych pokojach ktoś inny mieszka                                                Lecz w moim sercu zawsze zostaniesz – TOSIU

Cz. IV str. 32

„Wszyscy święci idą do nieba ” – zbliża się ten czas, a nas, mieszkańców  wpychają tam na siłę. Kiedyś  stanęłam przed tablicą ogłoszeń to czytając aż mnie zemdliło. Nasze ogłoszenia o imprezach wyglądały jak ogłoszenia parafialne: dwie pielgrzymki, film ” dwie korony” i wszystko o Papierzu JPII.  jeszcze do tego doszła zmiana godziny na mszę niedzielną i już nic dodać nic ująć. Ponieważ to nie tylko moje odczucia to śmiało powiedziałam na głos – przed naszą tablicą informacyjną to tylko uklęknąć i się modlić; na to odezwała się pani dyrektor – a zobaczy pani za miesiąc… Już się boję, że mdłości to mało – odpowiedziałam. Mogę powiedzieć, że jestem osobą wierzącą ale nie  jestem fanatyczką. Modlę się szczerze w skrytości ducha. Każdy fanatyzm w konsekwencji może doprowadzić do nieszczęścia. Pani dyrektor  afiszuje się ze swoją wiarą a po lekturze jaką czyta wyraźnie widać, że za grzechem poszłaby na pierwszym zakręcie. Pytam pracownice – czy wy nie możecie zaproponować chociaż filmu innego?  A co my możemy, mamy tego dosyć tak samo jak mieszkańcy, ale jest NIE. Po jakimś czasie trzeba wykorzystać pieniądze przeznaczone na kino i szlus. Do rozmowy włączyła się jedna z mieszkanek i mówi – tak to prawda, poszłam do działu socjalnego z prośbą, że może poszlibyśmy do kina. Dobrze pomyślimy – padła odpowiedź. Za jakiś czas przychodzą do mnie i mówią, że zgodnie z moją prośbą możemy iść do kina. Jak usłyszałam  o jaki film chodzi to podziękowałam, doznałam takiego samego uczucia jak pani. Kochani co za dużo to nie zdrowo.

Reklamowana jedna z pielgrzymek to pielgrzymka do Ziemi Świętej. Dla kogo to ogłoszenie? Finansowo, może sobie na to pozwolić tylko ksiądz i pani dyrektor.  Ksiądz był już nie raz i jeszcze będzie nie raz, a pani dyrektor wystarczyłoby, żeby przeczytała w gazetce kościelnej i już, na pewno też już była  i to nie raz.   Ciekawa jestem co by zrobiła jakby zaczęły się zgłaszać osoby chętne na tę pielgrzymkę. Czy załatwiłaby opiekunów na wyjazd? Dla niektórych naszych mieszkańców to trzeba by co najmniej po  dwóch opiekunów. Może zafundowałaby wyjazd komuś z rodziny w ramach opieki? Przecież nasi ludzie ledwie drepczą po korytarzach. Nie ma ani jednej osoby która kwalifikowała by się na wyjazd bez opiekuna. Od jakiegoś czasu jedna z mieszkanek usilnie  prosi żeby zawieźć ją do jej domu. Mieszka zaledwie jedną ulicę dalej. Co słyszy, że przecież ona nie wejdzie na drugie piętro. I tu jest problem a na pielgrzymki nie ma. A ja uważam, że prośbę pani Marii można spełnić tylko trzeba chcieć. Pani Maria jest osobą drobną, szczuplutką, można załatwić dla niej dwóch opiekunów, panów, którzy robiąc koszyczek ze swoich rąk  wniosą  panią Marię na drugie piętro bez problemu. Ona by się im zrewanżowała za taki piękny gest. Można ją wnieść na górę i wrócić do pracy a panią Marię zostawić w domu na  jakiś czas z opiekunką. Nacieszyła by się swoimi kątami, wzięła by co tam jej potrzeba i byłaby szczęśliwa. Na dół po schodach zeszłaby sama i wróciłaby taksówką. Mnie swego czasu wnoszono i znoszono i to  na czwarte piętro. Wożono mnie do szpitala na zabiegi. Dyrektor zakładu w którym wówczas pracowałam w ogóle nie chodził do kościoła,  ale żeby ulżyć panom z pogotowia wydał zarządzenie w pracy, że każdy kto rano bierze samochód musi najpierw pojechać  do mnie i zawieźć mnie na zabiegi. Bo trzeba tylko kochać ludzi a nie udawać, że tak jest. Panią Marię przywieziono do nas bardzo chorą. Wzięła ze sobą tylko to co pracownik socjalny zapakował. Mieszkanie zamknięto na klucz  i ona nic nie wie co się w nim dzieje. Ale też nie ma kto się za nią wstawić. Znieczulica to jest grzech podstawowy, drugi grzech to udawanie, że się wierzy w Boga.

Cz. IV str. 31

NIECH ŻYJE MIŁOŚĆ !!

W naszym domu narodziła się wielka miłość. Zakochana pani to mój największy wróg –  dziewięćdziesięciokilkulatka, która zapałała miłością do siedemdziesięciolatka. To Jan i Janina. Janina, zanim Jan zamieszkał u nas, już się ledwie ruszała, prawie nie wychodziła z pokoju. Żebyście mogli zobaczyć ją teraz… w zachowaniu się fizycznie,  ubyło jej co najmniej 10 lat, a psychicznie to chyba z 50  albo i więcej. Którejś niedzieli siedziałam za nimi w kościele – Janina wchodziła wręcz na Jana.  Po takich widokach to chyba można stwierdzić, że  Janeczce ubyło 70 lat.  A więc to prawda , że miłość nie patrzy na PESEL, Janeczka już nie człapie tylko przebiera nogami i to tak, że zawsze dogoni Jana. Znów się udziela w różnych  działalnościach  i wszędzie za sobą ciągnie Jana. Jan ma zakaz zbliżania się do mnie, a więc jak Jan  mnie zobaczy to ucieka gubiąc kapcie, autentycznie kiedyś pospadały mu kapcie jak uciekał przede mną. Kiedyś  go spytałam – czy nie nauczyli pana czy już zabronili mówić dzień dobry sąsiadom? To wtedy na przygłupim uśmiechu powiedział mi dzień dobry. Ale to był jedyny raz. Janka Mar… zawsze wszystkim zabraniała zbliżać się do mnie, dzisiaj mnie to śmieszy, a kiedyś bolało.

Wczoraj 24 października zorganizowano dla nas imprezę, wiadomo, że muszę ją zrecenzować, upoważnia mnie do tego moje kilkadziesiąt lat pracy na scenie. Było wesoło i o to chodzi. Różne gry jakie były, były zgodne z możliwościami większości mieszkańców. Olek, nasz akordeonista, który pobiera wynagrodzenie za granie, nie popisał się, grał same stare smęty typu ” szła dzieweczka do laseczka „. Natomiast nasza młoda kadra prezentowała  ćwiczenia na refleks przy bardzo energetycznej muzyce, która ożywiła wszystkich. Brawo. No i jeszcze słówko o występie uczestników z Pobytu Dziennego – ćwiczyli codziennie przez dwa miesiące po to żeby podczas występu dwie najważniejsze postacie przysłoniły sobie szczelnie usta dekoracjami z kartonu. Kompletna klapa. Nikt nie delektował się słowem tylko każdy paplał. Dekoracje były ładne, widać było, że się napracowali przy ich tworzeniu no ale chyba nie służyły  do zakrywania ust.

Cz. IV str. 30

Od kilku dni i w radiu i w telewizji wałkuje się temat ” układu zakopiańskiego ” . Wszyscy udają jakby właśnie spadli z choinki. Przecież takie układy dotyczące różnych  branż działają w każdym mieście a na ich temat panuje zmowa milczenia bo prawie każdy z notabli jest wplątany w taki czy inny układ. Ja, osoba  całkowicie  nie interesująca się polityką, tylko broniąca swojego życia, stara kobieta,  w bardzo szybkim tempie wpadłam na taki układ w naszym mieście i opisałam jego działalność; i co to dało – nic. Kilka osób zmieniło miejsce pracy i to wszystko. Na chwilę to Stowarzyszenie Organizatorów  naszego całego regionu,  zawiesiło swoją działalność. Już nie można znaleźć w internecie statutu tego Stowarzyszenia. Po co to zrobili, a no po to żeby teraz wznowić działalność ale pod innym szyldem, bo ten jest spalony; przez kogo przez prababcię, nie przez jakieś szychy, przez jakiś sędziów czy prokuratorów, tylko przez starą babinkę. Tak więc nie trzeba być zbyt bystrym żeby o tym wiedzieć.  Stwór ten, zwany Stowarzyszeniem, zrzeszał wszystkich niemalże dyrektorów różnych branż naszego regionu, niezbędnych do różnych machlojek. Do tego Stowarzyszenia spływały różne datki, dotacje i wsparcia finansowe a  szefostwo tego Stowarzyszenia tym wszystkim dysponowało. Robili co chcieli i za nic nie odpowiadali bo byli to ” wolontariusze ” , ludzie pracujący ” społecznie” na rzecz innych, nie ważne, że tymi innymi byli  oni sami.. Ci prawdziwi inni musieli ich o wszystko uniżenie prosić a za spełnienie prośby musieli coś dać, np. mieszkanie, antyki, jakieś parcele. Nasza poprzednia dyrektorka była od kilkunastu lat szefową tego społecznego interesu. A była to przebiegła sztuka, swoją pracę rozpoczynała od obdzielenia wszystkich ważnych notabli, po to żeby później mieć ich w garści. Co głupszy działacz zaczynał od brania nie od dawania ,długo na złotym stolcu nie posiedział.        Jak  wspomniałam kiedyś o tym Stowarzyszeniu naszej obecnej dyrektorce, to ona cała w skowronkach zakrzyknęła – pani Danusiu ja do nich się też zapisałam. A ja na to – pani dyrektor, nie ma się czym chwalić, przecież to mafia. Już nie,- odpowiedziała.  Także nie ma co się podniecać takimi informacjami jak afera amber gold, układ zakopiański, afera węglowa, afera hazardowa, wyprzedaż połowę Warszawy i nie tylko,  bo wiele,  wiele innych. One zawsze będą. Żeby nie takie afery to Polska  opływała by w dobrobycie, a tak to tylko kilkadziesiąt  osób w każdym mieście pławi się w nim.             Ale co tam, jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było, jak mawiał sławetny Szwejk.

Koniec przerwy technicznej.

Jest mi bardzo miło, słysząc ciągłe pytania o tę przerwę.    Zechciało mi się nowego laptopa, bo stary był za wolny; a ten nowy po trzech miesiącach wysiadł. Padł twardy dysk, musiałam oddać do serwisu, a że był kupowany przez internet to nie miałam wyboru tylko trzeba było wysłać go  do Bytomia – ludzie, to przecież w poprzek Polski po całej przekątnej. Na dodatek straciłam wszystko co miałam, oprócz  bloga, który jest w całości u mojego administratora. Miałam dużo pięknych programów rozrywkowych na różne okazje. Były napisane jak miałam trochę więcej rozumu niż mam teraz. Nie zdajecie sobie sprawy w jakim tempie ucieka rozum;  ja to odczułam dokładnie w dniu swoich 76 urodzin, od tego dnia pamięć jest jakby kasowana. Wiadomo, że nie dotyczy to wszystkich starców, ale niestety większości. Jak dzisiaj, po miesięcznej przerwie,  usiadłam do laptopa to musiałam pomyśleć o co tu chodzi. Ale o dziwo login i hasło pamiętałam a przed oddaniem laptopa do naprawy musiałam to czytać z kartki.             Po miesięcznej przerwie  zrozumiałam ludzi którzy z powodu braku dostępu do komputera – cierpią, są nerwowi. Ja zasiadałam do niego od czasu do czasu a ci co korzystają z komputera non stop? Wreszcie rozumiem młodzież. Mnie bez niego i bez Was kochani, było bardzo źle.

Cz. IV str. 29

Przez to swoje krytykowanie wszystkiego i wszystkich, naraziłam się komu się tylko da. Najbardziej zabolało nazwanie przeze mnie spotkań męskich klubem gou gou.  Powiedziałam to głośno w stołówce jak jedna z pań spytała – co to ma być dzisiaj o godz. 14 , usłyszała, że to coś nie dotyczy pań to jest wyłącznie dla panów.  Więc ja natychmiast wyjaśniłam, że są to co tygodniowe spotkania panów, którzy siadają na wygodnych kanapach w zacisznym miejscu, przy kawce i ciasteczkach a młode pracownice zabawiają tych panów; to właśnie klub gou gou.  Ach jak się Dorotka obraziła, która w tym dniu miała zabawiać panów. Poszła na skargę do swojej przełożonej a ta z kolei przyszła z reprymendą do mnie.  Biedulkę obraziłam i pani występuje w jej imieniu – pytam. Kochane moje,  mnie tu obrażano przez całe lata, wyzywając od najgorszych w miejscach publicznych i na cały regulator aparatu gębowego. Jakoś wówczas pani nie stawała w mojej obronie. I Dorotka i pani jesteście od lat pracownicami tego domu i wszystko znacie , nie liczcie na to że będę gryzła się w język żeby tylko was nie urazić.  Nazwa tego klubu męskiego to nie jest mój pomysł, ja tylko wyraziłam to głośno.  I wyłazi jak słoma z butów, brak mężczyzny terapeuty. W naszym domu jest tyle samo mężczyzn co i kobiet. Zatrudnionych jest  pięć terapeutek, same kobiety. Tak walczyliśmy, swego czasu,                    o zatrudnienie Karola, najwspanialszego terapeuty świata. Był nie potrzebny. To jest właśnie objaw braku myślenia przez naszą dyrekcję. Mężczyzna ma zupełnie inny pogląd na zabicie czasu. Oto przykład – wracam ze spaceru i widzę uszczęśliwionego Zygmunta. Witek, reperując swój wózek, poprosił Zygmunta o pomoc. Zygmunta  rozsadzała duma, że może być przydatny.  Wykrzykiwał – Danusia zobacz i pokazywał swoje usmarowane w smarze ręce. Nie widziałam żeby na któregoś z panów aż tak działały kobiety jak ten smar na Zygmunta.

Już 16 wrzesień. Na dworze chłodno a w naszych pokojach cieplutko, kaloryfery grzeją. Zapowiadane są nieustanne deszcze a za oknem piękne słońce. Kończę pisanie, idę do ogródka.

 

Cz. IV str. 28

Jak miło mi słyszeć, że pracownicy naszego domu czytają mojego bloga i pytają dlaczego przez kilka dni nic nie pisałam. Kochani ja informowałam, że teraz będę pisała raz w tygodniu,                               w wyjątkowych sytuacjach dwa razy w tygodniu. Przecież żebym miała co pisać to musi się coś dziać. Nie będę pisała, że tablica informacyjna obwieszona jest kartkami informującymi, że jest wyjazd do Gietrzwałdu, do Fromborka czy na wystawę kwiatów do Kortowa. To są wyjazdy dla kilku osób, góra dla pięciu i jak widać z chętnymi jest problem bo informacje wiszą już od kilkunastu dni. Od dawna było wiadomo, że wrzesień będzie deszczowy a deszcz nie sprzyja wycieczkom. Akurat na wyjazd do Kortowa pogoda dopisała i pewnie ci co byli są zadowoleni. Ja nigdzie nie jadę ponieważ na ostatnim spacerze po parku bardzo przewiało mi głowę i po prostu panicznie boję się przeciągów.   Niestety wrzesień i to nad zalewem albo nad jeziorem to już nie dla mnie i tak chodzę ciągle z obwiązaną głową bez wiatrów z nad wody. Okazało się, że  Frombork nie wypalił. Już tłumaczę dlaczego. Do tej pory był bardzo brzydki zwyczaj zachęcania do wszelkich wyjazdów mówiąc na ucho. Kochani tym  samym obraziłyście wiele ludzi. Ludzie jak zobaczą kartki na tablicy informujące o wyjeździe to mówią wprost – nie pomagają poufne zaproszenia? To może ktokolwiek?  Pojadą tylko ludzie bez ambicji.

Ciągle leży mi na sercu fakt, że jak dotąd nie pochwaliłam naszej pralni, a to przecież bardzo istotna część naszej egzystencji. Panie które w niej pracują są bardzo miłe, zawsze do usług i spełniające każdą prośbę. No i przede wszystkim pięknie piorą i prasują. To jest bardzo ważne, że jak coś zakładasz to to coś aż błyszczy od czystości. Niestety jedną z pań musicie kochani przeszkolić po swojemu bo już się zaczyna, że jak ona ma dyżur to mieszkańcy którzy sami przynoszą swoje rzeczy w danym tygodniu nie przynoszą. Kiedyś była taka jedna pani i na jej miejsce przyszła taka sama, nie zbyt dbająca o nas. Coś trzeba z tym fantem zrobić bo przez takie osoby porządni pracownicy mają więcej pracy.

8 września, w stołówce, woła mnie Zygmunt – Danusia, a Anetka płakała. Więc pytam – czy ktoś jej zrobił przykrość, czy płacze z tęsknoty.  Z tęsknoty, a wszyscy mówią, że na to nikt nic nie poradzi a ty na pewno poradzisz. No i mam zagwozdkę muszę zaradzić coś na tęsknotę. Muszę  dać szczyptę nadziei dla obu tęskniących. Nadzieja wiąże się z radością. Mówię więc Zygmuntowi żeby porozmawiał z bratem i poprosił go o zawiezienie któregoś dnia do Anetki, to tylko godzina jazdy samochodem. Jaka radość buchnęła z Zygmunta, ogromna radość, która na pewno udzieli się i Anetce jak dowie się, że mogą się spotkać. Pytam – a brat  przystanie na twoją prośbę. Brat tak, mówi Zygmunt, brat tak, siostra to chyba nie. Ale będę prosił brata.  No i pięknie, teraz jest radosne oczekiwanie najpierw na przyjazd brata a później na spotkanie z ukochaną. Cieszę się razem z nimi. Nie wiem czy dojdzie do spotkania ale wchodzi w grę czas a on leczy rany. Jednak ciągle myślę o jednym, że ci co ich rozłączyli to nie wiedzą co to miłość i nie mają w sobie ani za grosz empatii.

 

Cz. IV str. 27

Mój wrześniowy ogródek jest całkiem ładny, szkoda, że ciągle pada i rzadko w nim bywam. Najbardziej dekorują go kwiaty które dostałam od dyrekcji. Pierwszy raz mogłam sobie wybrać kwiaty jakie chcę i ile chcę. Te otrzymane kwiaty dekorują balkon ale widać je z daleka i  przyciągają wzrok.

7 września, w czwartkową herbatkę, zamiast lekkiej rozrywki ma być czytanie ” WESELA”  Wyspiańskiego, czyli ciężki kaliber.  Natychmiast wzięłam się za lekturę, ponieważ tę pozycję czytałam ponad pół wieku temu i to na pewno  bez zrozumienia.  Czytając byłam bardzo zdziwiona wyborem,  to według mnie porywanie się z motyką na słońce.  Mówię do pani kierownik socjalnej – czy nie jest to przerost ambicji nad możliwościami?  W odpowiedzi usłyszałam – no żeby się pani nie zdziwiła. No i nie zdziwiłam się. Odfajkowana lipa. Z ciekawością posłuchałam jako wstępu, pary prezydenckiej. Popatrzyliśmy na  elegancję  pani prezydentowej i w wyglądzie i w przedstawieniu wartości tego dramatu w literaturze polskiej, co jeszcze bardziej zróżnicowało występ naszych wykonawców.  Zadziwił mnie, pozytywnie,  wybór dialogów. To były dialogi wybiórcze, co łatwiejsze do czytania.  Nie wpadłabym na to i to jest na plus. Ale kochani, nikt nie wiedział o co chodzi. Nie przedstawiono kto z kim rozmawia i że w ogóle ktoś z kimś. A przecież to była kwint esencja dramatu. Mówienie tak bardzo różnymi językami w jednym kraju.  Przedstawienie całego wachlarza  społeczeństwa  polskiego, od chłopstwa, po inteligentów, wręcz światowców po przez mocno powiązaną z Polską warstwą Żydów i wreszcie mieszczaństwem. Od ludzi zaangażowanych w życie społeczno – polityczne i ludzi obojętnych.     Pani Mar… przeczytała poprawnie swój dialog  ale nie przedstawiła swoich rozmówców czytając za dwie osoby.        Z panią Kar… było gorzej, pomijam pomyłki, ale  nikt jej nie słyszał. Siedziała tyłem do widowni.  Nie ma co mówić o dialogu czytanym przez  pana Stasia, on sam nie wiedział co czyta i na dodatek nie umie poprawnie czytać, a na domiar złego miał najtrudniejszy tekst. Tak więc coś po bełkotał.  Ludzie siedzieli jak na tureckim kazaniu, a wykonawcy i organizatorzy bili brawa sobie na wzajem.  Niezbędny był narrator. Ale kto by się przejmował, że nikt nie wie o co chodzi, grunt, że  wykazano taki ambitny punkt w działalności domu.

W piątek idąc  na śniadanie usłyszałam wołanie Zygmunta – Danusia, chodź. Widzę radość w jego oczach.  Dzwoniła Anetka – cieszy się Zygmunt. Dobrze jej tam, tylko tęskni. Chciałbym ją przytulić. Poradziłam mu żeby za jakiś czas poprosił dyrekcję o zawiezienie go do Anetki.  Ale niestety wieczorem zaczęło się  trzaskanie drzwiami. To emocje roznosiły Zygmunta. Mnie od niego oddzielają trzy pokoje, to   nie było to nic strasznego ale Władzia,  sąsiadka przez ścianę,  przyszła do mnie z żalem – pomóż.  Przecież tak nie da się żyć.  Władziu, kochanie, chodzisz, mówisz i sama wiesz z kim rozmawiać. Niestety nie zapomniałam jak w ciężkich dla mnie czasach prosiła mnie żebym do niej nie przychodziła bo hołota nie da jej żyć. To teraz powinna iść do nich z prośbą o pomoc.  Na pewno pomoc nadeszła by natychmiast bo hołota jest u szczytu łask i to jest bardzo widoczne.  No wiadomo lizusi są  zawsze w cenie i to na wagę złota.

 

Cz. IV str. 26

Jednak nasi pracownicy czytają mojego bloga. Cieszę się bardzo  bo od razu widać, że jeśli przyznają mi rację to zmieniają swoje metody pracy. Chodzi mi o zamykanie drzwi od naszych pokoi. Jak poruszyłam ten temat kilka dni temu to aż przyjemniej chodzi się po korytarzach. Drzwi są pozamykane, a jak drzwi zamknięte to i zapachy inne, a na moim korytarzu to nawet są wtyczki zapachowe. Fakt te wtyczki były już znacznie wcześniej ale ich się nie czuło bo tłumione były zapachami przez  otwarte drzwi.

We wtorek przeżyliśmy wspólnie rozpacz Anety i Zygmunta związaną z ich rozstaniem. Zupełnie nie wiem dlaczego tak się za nich wzięto. Chyba ludzie zazdroszczą osobom zakochanym. Ta para nie miała nic poza swoją miłością. Ta miłość to był dla nich dar od Boga za ich nieszczęsny żywot, za ich kalectwo fizyczne i psychiczne.  Jak pokochali siebie to stali się mili i zachowywali się bardzo grzecznie. Nie można było im niczego zarzucić. Jak dostali polecenie bycia  przy otwartych drzwiach to tego przestrzegali.  Siadali, w pokoju Zygmunta przy komputerze, włączali muzykę discopolo i śpiewali razem z zespołami. Tyle tylko, że byli zawsze objęci i chyba to innych bodło w oczy. To przecież są dorośli ludzie. Zygmuntem teraz terapeutki zajmują się intensywnie, a co robi Anetka w nowym, nie znanym sobie miejscu?                              Zygmunt w dzień funkcjonuje w miarę normalnie, ale jak przychodzi wieczór to chyba z tej tęsknoty wali niemiłosiernie drzwiami, chyba wali pięścią we wszystko co się da, tak go roznosi.

Coś się u nas zmienia na wszystkich frontach. Lucyna, która parę lat temu demonstracyjnie  przeszła na stronę ” wroga ”  po to żeby mi dowalić, która od lat lizała tyłki hołocie i dyrektorce              ( i obecnej i poprzedniej ) teraz chodzi za mną i skarży się na obecne rządy. Ale jak spytałam – czy mogę te jej żale opisać na blogu, to powiedziała, że nie. Mam być tylko jej zbieraczem żalów. Nie nadaję się do tego. Nie mogę tylko słuchać i przytakiwać. Jak komuś jest źle to natychmiast chcę to naprawiać, a jeśli nie mogę tego zrobić to i słuchać nie chcę.                                                                      Jest u nas taka pani Bogusia, która od lat mówi o jednym – okradają mnie. Mieszka z nami od ponad piętnastu lat i jeszcze nie zmieniła płyty. Ci co ją znają to omijają ją. Rozmawiają tylko z grzeczności. Właśnie na tę grzeczność dałam się nabrać to teraz muszę wysłuchiwać. Nie pomagają żadne tłumaczenia. Na jej prośby dał się naciągnąć Kaziu z pobytu dziennego i teraz to ona ma na kogo zwalić winę kradzieży. Mówiłam mu żeby nie zajmował się jej  sprawami, że obciąży go za wszystkie zło tego świata. Nie posłuchał i teraz jest wzywany na dywanik do pani dyrektor. Pani dyrektor dobrze zna Bogusie, po co więc go  wzywa. To jest strata czasu. Lepiej do Bogusi przysłać psychiatrę i to powinny być wizyty systematyczne.