Cz. IV str. 25

Jak nasi pracownicy chcą to potrafią, ale muszą chcieć.                   W czwartki chodzę  do ” świetlicy”  na spotkania z mieszkańcami przy herbatce. Właśnie wtedy zawsze któraś z pracownic ma za zadanie zorganizować rozrywkę. Ostatnio wpadły na fajny pomysł poznawania miast polskich. To takie zwiedzanie na ekranie.  Poznaliśmy kilka miast ale było to średnio ciekawe, na ekranie było  więcej tekstu niż obrazów. Umyśliłam sobie że też coś zrobię, przecież  nasi mieszkańcy nie znają już naszego miasta,pamiętają obrazki sprzed laty a nasze miasto jest co roku piękniejsze. Duże trudności miałam z zebraniem materiału ale udało się. Głównym przewodnikiem po mieście byłaby  nasza kapela która wyśpiewuje jego piękno. Kilka słów powiedziałby  historyk i kilka nasz Prezydent. Już myślałam, że zadziwię tym co pokażę, a tu nic z tego nasze pracownice bardzo starannie przygotowały program o Toruniu. Było w nim wszystko i słowo i obraz i piosenka. Brawo.  Tak więc  nie zadziwię.  Cały zebrany  materiał przekażę  terapeutkom i niech się tym zajmują.               Coraz częściej boję się ośmieszenia, no ale jak wszystkich się tylko krytykuje to są skutki.

A teraz pozwolę sobie na recenzję akademii która odbyła się u nas w dniu 1 września. Wiadomo, że będzie to subiektywna ocena. Nie umiem oceniać jako widz, bo jako widz na byle co nie chodzę. Jeśli idę to po to żeby podziwiać.                                        Akademia odbywała się w naszej kaplicy. Ja usiadłam tak, że w żadnym razie nie mogłam wyjść w trakcie, a program i wykonanie tylko na to zasługiwał. O dziwo, pan Jan czytając teksty z kartki był nawet zrozumiany. Widać, że jak nauczy się czytać to jakoś to brzmi, ale jak tylko zechciał wtrącić coś z pamięci od razu był bełkot. Z całej piątki występujących tylko jedna osoba miała w miarę młody głos i słuchało się jej nie źle. To pani Maria Kar… Myślę, że pochwała jej świadczy, że mimo wszystko jestem obiektywna, bo kobieta ta zrobiła mi ogrom świństw i to tych najgorszego kalibru, a ja mimo to ją chwalę.    W programie nie było niczego czego by obecni nie znali.  Tak więc nie mając ciekawych tekstów, ani pieśni, ani wykonawców, to taki program powinien tylko zaakcentować uroczystą chwilę  a nie ciągnąć się w nieskończoność. Byle czego słuchać przez półtorej godziny to jest koszmar.  Był moment, że już byłam pewna, że to ostatni punkt programu – zbiorowa recytacja o zakończeniu II wojny światowej i podziękowania żołnierzom przez ludność cywilną. –  Jeśli na tym byłby koniec to byłoby okey, aż tu nagle powrót do Piłsudskiego – , co to było i po co ?                                                    Ponadto program był nie słyszalny dla starych ludzi. Pani siedząca przede mną uskarżała się, że nie słyszy, a to był drugi rząd od artystów.  Zaproszonym gościom wnętrzności musiały się przewracać.         Czy komuś się podobał ?

Cz. IV str. 24

We wtorek 29 sierpnia rano, wychodzę z pokoju i oczom nie wierzę,  na naszym korytarzu wszystkie drzwi są pozamykane. Nie zdajecie sobie sprawy jaką  poczułam ulgę. Zrobiło mi się autentycznie lekko na sercu. I głupia myślałam, że to dzięki mojemu blogowi,  pracownice  przeczytały i zrozumiały, iż  nie można żyć przy wiecznie otwartych drzwiach;   przeszłam się po kilku korytarzach i wszędzie ten sam cud, wszystkie drzwi zamknięte.  Niestety okazało się, że w naszym domu jest inspekcja. A zatem pracownicy wiedzą, że drzwi powinny być pozamykane tylko im jest po prostu wygodniej jak idąc korytarzem widzą co dzieje się w pokojach. Nie myślą, że tym samym korytarzem chodzi  mnóstwo ludzi i swoich i obcych. A co tam, niech ci  którym to przeszkadza zamykają oczy.                 Inspektorzy wyszli, drzwi  się pootwierały, jakby z automatu.

Myślałam, że nie będę miała o czym pisać a tu temat goni temat. Od kilku miesięcy w naszym domu mieszka pan Jan. Panem tym zaopiekowała się szczególnie szefowa hołoty, chodzą na spacery, siedzą w jednej ławce w kościele, i działają w kółku recytatorskim. Pięknie, że takie kółko  jest ale czy muszą oni występować przed publicznością ?.   Pani Janina  pcha go wszędzie gdzie się da i umyśliła sobie, że to on będzie przewodniczącym samorządu mieszkańców w naszym domu. Pani dyrektor nie będzie miała nic przeciwko temu ponieważ pan Jan wychwala wszystko pod niebiosa. Pan Jan dostał wytyczne, że ma sobie zaskarbić 40 osób, takich które będą go popierać w najbliższych wyborach. On tak ślepo wierzy pani Janinie, że już chodzi i rozpowiada, że jest przewodniczącym samorządu składającego się z 40 osób..Nie wiem czy to nauczycielka źle wytłumaczyła, czy uczeń nie kumaty, nie bardzo zrozumiał o co chodzi z tą czterdziestką osób i ogłasza wszem i wobec, że jest przewodniczącym samorządu, w którego skład wchodzi 40 osób.  Pan Jan nawet nie wie,  że wybory dopiero mają się odbyć.  Jeszce nawet nie znamy terminu kiedy one będą, ale on już jest tym najważniejszym wybrankiem. W naszym domu tak właśnie załatwia się sprawy. Ludzie jak słyszą te jego przechwałki to  pukają się w głowę.  Zobaczymy jak to będzie z wyborami. Jeśli pan Jan przejdzie to będzie znaczyło, że dla  dyrekcji chodzi wyłącznie o bałbochwalstwo.. Poprzednia dyrektorka żeby wysłuchiwać panegiryków na swój temat założyła chór a obecna będzie ważniejsza bo będzie miała swoją radę.  Będę musiała się dobrze przyglądać wyborom i co ciekawsze wydarzenia opisać.

Cz. IV str. 23

Przez kilka dni nic nie pisałam ponieważ byłam pewna, że coś się stało z zasięgiem, nie miałam internetu. Okazało się, że to ja mam nie za wiele rozumu, kliknęłam gdzieś i wyłączyłam internet. Dobrze, że mam mądrego wnuka to od razu wszystko  zagrało.  Inna rzecz, że już i  kończą się moje skargi które leżały mi na sercu przez wiele lat. Jeszcze tylko poruszę dwie sprawy i będę musiała szukać dziury w całym. Będę chodzić  i pytać ludzi czy wszystko gra, a na pewno nie gra.

Pierwsza sprawa to pootwierane drzwi do pokojów. Wietrzenie pomieszczeń nie oknem a drzwiami. Sąsiad mój z naprzeciwka pokazał mi się nie raz w pełnej krasie, czyli goły od pasa w dół. Idąc do łazienki już w przedpokoju zdejmuje spodnie a drzwi ma zawsze otwarte. Dla mnie ten widok obrzydł straszliwie. Wychodząc z pokoju zamykam oczy żeby nie widzieć sąsiada załatwiającego się już w przedpokoju. Jeśli by opieka była naprawdę fachowa to nie byłoby czegoś podobnego.  Przecież to nie tylko dla mnie jest upokarzające ale  jest to uwłaczające godności tego człowieka. To kiedyś był ktoś a teraz jest nikt. A gdzie fachowcy którzy umieliby zadbać żeby zachować godność tego człowieka. Fakt, akurat mojego sąsiada trudno upilnować, ma manię otwierania drzwi, ale są osoby leżące, nie chodzące i u nich również są pootwierane drzwi i do pokoju i do ubikacji.  To jest bardzo brzydki widok jak się idzie korytarzem.  Moim zdaniem opiekunowie powinni przejść się od czasu do czasu po korytarzu, pogasić światła w pokojach, pozakręcać krany i pozamykać drzwi. Byłaby i oszczędność na wodzie i prądzie ale i inne widoki i zapachy na korytarzach.

Druga rzecz to rzecz nie bywała –  jest u nas  klub  gou gou.  To znaczy miejsce gdzie mogą przychodzić tylko panowie których zabawiają młode pracownice robiąc przed nimi wygibasy.  Pani dyrektor dowiedziała się, że kiedyś był u nas klub dla panów i chciała zrobić coś na wzór. Niestety nie wyszło. Poprzedni klub był prowadzony przez pana. W klubie tym panowie grali w szachy, w karty albo jeździli na ryby czy  coś majstrowali. A w tym klubie siedząc przy kawce i ciasteczkach,  sycą oczy widokiem młodych kobiet.

To byłoby na tyle. Teraz chyba będę pisała tylko raz w tygodniu np. w niedzielę. Będę zbierała informacje od ludzi. Ich żale i pretensje i będę o nich pisała. Niestety to będzie krytyka działalności domu. Wiem, że każdy lubi być chwalony ale na pochwałę trzeba sobie zasłużyć. Chyba, że jakimś cudem wszystko będzie z poszanowaniem nas czyli perfekt.

.

Cz. IV str. 22

Jak byłam ostatnio u ortopedy, lekarza zainteresowanego całokształtem swojego pacjenta, zwrócił on uwagę, że mimo upałów ja mam przepaskę na głowie. Spytał wprost – a ta chusteczka to … Tą chusteczką izoluję głowę od otoczenia bo od kilku dni mnie boli. Czuję wyraźnie, że coś zatrzymuje dopływ krwi do głowy.  Pan doktor natychmiast wypisał mi skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa szyjnego. Wytłumaczył, że prześwietlenie zrobią mi od ręki, wynik będzie w poniedziałek i od razu z wynikiem  proszę przyjść do mnie.  Dał mi karteczkę podpisaną przez siebie żebym nie miała problemów z rejestracją. Tylko musi mieć pani nowe skierowanie bo to jest inna jednostka chorobowa.              Jest piątek, nasz lekarz przyjmuje tylko raz w tygodniu we wtorki, skąd wytrzasnę skierowanie. Po powrocie do domu od razu idę do pielęgniarek żeby pomogły mi coś  z tym fantem zrobić. W gabinecie jest siostra Tereska. Jak przedstawiłam sprawę, była mile zszokowana podejściem lekarza do mnie i powiedziała krótko – nie możemy być gorsi od tych najlepszych.  Jeszcze tego samego dnia załatwiła mi skierowanie. Wysłała kierowcę do przychodni w której aktualnie przyjmował nasz lekarz.  Kierowca przedstawił sprawę a lekarz nie miał wyjścia. W poniedziałek  ortopeda  omawia wyniki prześwietlenia i daje skierowanie do lekarza od terapii. Mówię mu, że mógłby sam wypisać mi zlecenie na zabiegi u nas w naszym domu jest wszystko.  Wasi terapeuci mają wykonywać zabiegi zlecone przez specjalistów nie przez kogo się da, odpowiedział doktor. ( Cha, cha, cha, powiedzcie to naszemu lekarzowi. U nas terapeuci mówią co lekarz ma przepisać).              A za trzy miesiące chcę widzieć panią u siebie. To po co to wszystko skoro kieruje mnie pan do kogo innego. Ale skierowanie jest do mnie i chcę to pilotować. Skierowanie jest ważne pół roku i przez te pół roku chcę wiedzieć co się z panią dzieje. Świat nie widział takiego lekarza.                                                  Po drugiej stronie korytarza, w przychodni, przyjmuje inny ortopeda. I tak jak u mojego są wieczne tłumy tak u tego nigdy nikogo.  Dwa lata temu byłam u tego drugiego ortopedy ze skierowaniem po wypadkowym. Ucieszyłam się, że nikogo pod drzwiami nie ma, wchodzę żeby spytać czy mnie przyjmie. Odpowiedź brzmiała krótko – NIE, mam już limit pacjentów. Ale pod drzwiami nikogo nie ma – mówię. A to już nie pani sprawa, odpowiedział doktor.

Wszędzie są ludzie i ludziska. Doktor nie równy doktorowi a i pielęgniarki nie równe jedna drugiej. A do lekarza terapeuty mam termin na 20 września.

Cz. IV str. 21

13 sierpnia 2017r. wreszcie wybrałam się do Tamary. Prosiła mnie przez te wszystkie lata żebym przeczytała jej swój pamiętnik.  Pani Tamara jest od kilku lat mieszkanką naszego domu, a przed przyjściem do nas była dyrektorem szkoły muzycznej. Jeszcze wcześniej nauczycielką śpiewu a jeszcze wcześniej śpiewaczką operową. Mnie się ciągle wydawało, że mój pamiętnik nie może nikogo zainteresować. Przecież w nim jest tyle bólu, tyle mojego cierpienia. Dopiero jak zaczęłam pisać bloga zobaczyłam, że ludzie czytają i to bardzo dużo ludzi czyta. Co tydzień włącza się ponad tysiąc komputerów. Ta liczba z każdym tygodniem rośnie. Pracownicy  czytają prawie wszyscy i tak jak na początku słyszałam prośby  nie pisz o mnie proszę. To teraz mówią  – pisz co chcesz. Jak napisałam, że bardzo lubię Dawida, to ruszyła lawina zazdrości, dlaczego właśnie jego tak szczególnie lubisz. Tak jak Dawida lubię bardzo wiele osób. 90 % personelu jest bardzo miła, życzliwa i uczynna. Ale niestety zaganiana i zapominająca o wielu sprawach. Przecież u nas wszyscy robią wszystko i coraz częściej robią to – aby Polska nie zginęła. Aby zrobić, a szefostwo  – aby wykazać, że było. Przykro mi ale nie znoszę bylejakości. Bylejakość mnie obraża. Daję przykład – przychodzi do mnie pracownik socjalny z informacją o wyjściu do filharmonii. Podaje mi datę, zapisuję ją w kalendarzu. Od sąsiadki w stołówce słyszę, że to inna data, owszem środa ale tydzień później. Która data  jest właściwa?  – to jest ta bylejakość. Nikt  za mylnie podany termin nie przyszedł i nie przeprosił. Pewnie zwalą winę na mnie, że źle zapisałam, tak więc informuję że taką datę jak moja miały też inne osoby. Ale wam to wisi i powiewa.                  Ale wracam do pani Tamary.  Na koniec naszego spotkania stwierdziła, że już nie pamięta kiedy z takim zainteresowaniem spędziła popołudnie. Zadawała mi mnóstwo pytań ale i prosiła żebym poruszyła temat który leży jej na sercu bardzo głęboko. Oczywiście eksmisja z jej pokoju przed laty ale i porównanie jej do osoby  nie zrównoważonej.  Otóż, jak mówiłyśmy o eksmisjach to wspomniałam jej że do grona Pani Tamary i pani Józi dołączyła jeszcze pani Krysia. Pani Krysia która została pobita przez Halinkę i za karę jeszcze wyeksmitowana. I pani Tamara zaczęła mówić o Halince właśnie, że jest tu wszystkim dobrze znana ze swoją wulgarnością, złodziejstwa i bicia ludzi. Poskarżyłam się pani kierownik socjalnej – mówi Tamara, opowiedziałam  o incydentach z panią Halinką, dodając, że miejsce takiej osoby powinno być w zakładzie psychiatrycznym nie w domu spokojnej starości, bo ona zakłóca ten spokój. A pani kierownik na to – ona jest taka sama jak wszyscy tutaj. Czy ktokolwiek na mnie wniósł skargę, że jestem wulgarna, że kradnę czy biję ludzi ? Jak można dokonywać takich porównań. Poczułam się bardzo poniżona. To, że dla was jesteśmy wszyscy nic nie warci to ja wiem – mówi Tamara, ale bez takich porównań proszę.

Cz. IV str. 20

11 sierpień, upał jak diabli, powyżej 30 stopni. Mimo wszystko chcemy z Elą pójść na spacer  do lasu, bo u Eli w pokoju jest potwornie gorąco.  W kapeluszach i z butelkami wody w koszyczku na chodziku, ruszamy. Wychodzimy przed dom i oczom nie wierzę – na nagrzanym betonie,  na wózkach, z gołymi głowami,  siedzą nasi pensjonariusze.  Obok, na ławeczce w cieniu siedzą pielęgniarki, wyszły właśnie na papieroska.  Dla mnie jest to niezbity dowód, że nasze pielęgniarki  nas po prostu nie widzą albo nie mają sumienia.  One wychodząc przed dom, wiedzą dobrze, że tam zawsze siedzą podopieczni, powinny wziąć ze sobą wodę i coś do okrycia głów.  Moim zdaniem to one nie tylko nie mają sumienia ale one nie mają wstydu. Jak swoje oburzenie wyraziłam na głos to usłyszałam, że nie każdy lubi pić wodę. Do jasnej cholery to wy jesteście od tego żeby nauczyć nas wszystkich picia wody. Byłoby znacznie mniej narzekań na serce. Przecież właśnie woda jest źródłem życia, zawsze nie tylko w upalne dni. To pielęgniarki powinny upominać  się żeby w portierni była woda zawsze. Nic by się wam nie stało gdybyście w upały wyszły od czasu do czasu do ludzi i podały im szklankę wody. To tylko świadczyłoby o waszej trosce o nas. Może wówczas można by napisać w reklamie naszego domu, że tu się opiekujecie ludźmi bo jak dotąd to żadnej opieki nie widać.

12 sierpnia – sobota – stołówka. Do pani Janeczki, bardzo kapryśnej i wymagającej osoby, przychodzi pokojowa. Siada przy jej stoliku i bezmyślnie siedzi. Nawet nie patrzy na panią Janeczkę. Nie patrzy na nikogo. Minęło 15 min. ludzie kończą śniadanie i wyjeżdżają na wózkach. Połowa z nich ledwie porusza tymi wózkami. Robi się korek pod drzwiami. Pokojowa tego nie widzi, ogląda swoje paznokcie. Jedni są wściekli pod tymi drzwiami, inni cierpliwie czekają aż korek jakimś cudem rozładuje się. Jedna starucha popycha drugą staruchę żeby chociaż wyjść ze stołówki. Pokojowa tego nie widzi, a mogłaby podwieźć tych ludzi chociaż do windy. NIE, ona przyszła po panią Janeczkę, reszta ją nie obchodzi.  Wspaniała opieka na każdym kroku.

Cz. IV str. 19

29 lipca byłam w ekskluzywnej restauracji. Wygląd tego lokalu mnie oszołomił. Wystrój piękny, cały sztab kelnerów, dania na stołach tak pięknie udekorowane, że aż można dostać oczopląsu, a jak skosztowałam to patrzyłam gdzieby tu wypluć, jednak nie wypadało.  Z dwunastu dań, postawionych przede mną, zjadłam kilka maleńkich ziemniaczków, wydrążonych z dużego ziemniaka, panierowanych w ziołach i upieczonych. Napiłam się soku i udawałam, że źle się czuję. Chyba mam jakiś wypaczony gust co do smaków. Smakuje mi tylko jedzenie z naszej stołówki. Polecam!

Aż strach pomyśleć, ale mój blog czytany jest z tysiąca komputerów i może się  znaleźć ktoś  kto chętnie naszych żywieniowców podkupi.  To szczerze mówiąc nasz dom byłby nie wiele wart.

Już sierpień 2017 r. Chodząc po korytarzach naszego domu wzbudzam sensację – jak ty pięknie chodzisz, dziwi się co druga napotkana osoba. Fakt, przecież jeszcze kilka tygodni temu, bez chodzika było ani rusz. . A teraz mogę fruwać. Na pytanie – co się stało, że tak wyzdrowiałam, odpowiadałam wprost – uwolniłam się spod ” opiekuńczych ” skrzydeł naszego lekarza.  I zaczęły się sypać skargi.  Irenka Świą … zaczęła płakać – mnie tak bolą nogi a jak idę do naszego lekarza to on nawet na mnie nie popatrzy, on nie podnosi wzroku, tylko mówi mi – no czego pani chce, przecież ma pani wszystkie leki. Krysia Mak… błaga daj mi namiary na tego twojego lekarza bo się wykończę przez te moje nogi. One mnie bolą potwornie. Robię co mogę a jest coraz gorzej. Stasia Żel… dołącza się do dyskusji i mówi jestem tu krótko ale do tego lekarza nie pójdę na pewno. Po pierwszej wizycie stwierdził u mnie tarczycę. Ja jak ta głupia uwierzyłam i zaczęłam przyjmować leki które mi przepisał i wykończyłabym się.                                           Zeszłam na dół, patrzę w pobliżu mojego pokoju pani dyrektor rozmawia z Iwonną.  Temat wydawałoby się ten sam co dwa piętra wyżej a więc  włączam się do rozmowy. Pani dyrektor od razu do mnie dość kategorycznie – pani Danusiu ale my nie o tym. O tym, o tym, dobrze słyszałam. Czas najwyższy coś z tym zrobić.  Nie może być tak, że wszyscy narzekają a pani nic z tym nie robi. Bo to znaczy, że nie tylko lekarz jest tu do niczego…

Cz IV str. 18

Któregoś dnia idę korytarzem  naszego tak zwanego Medyka i spotykam wściekłą Krysie Mak.. Co jest,  pytam. Krysia zaklęła siarczyście i mówi mi, że co miesiąc prosi  żeby zanim faktura za leki trafi do księgowości dawano  mi ją  do wglądu. Ja chyba muszę wiedzieć za co płacę. Potrącają mi z depozytu nic mi nie mówiąc. Po czasie widzę, że mam na depozycie mniej  pieniędzy niż myślałam a bo za leki potrącono. Może nawet nie za moje, nie wiem. Nie byłabyś wściekła. Byłabym, ale na piśmie zażądałabym żeby faktura która trafia do księgowości miała mój podpis.           Ty to ich wszystkich już  znasz  na wylot, mówi Krysia. A no znam.

Krysia poszła a ja zauważyłam, że na drzwiach przy których stałyśmy jest wizytówka  Wandzi Olek … no i poleciałam ze wspomnieniami na dziesięć  lat wstecz.

Wandzie poznałam jak jeszcze chodziłam na  nasz dzienny pobyt. Zwróciłam na nią uwagę bo według mnie była bardzo piękną kobietą. Poznałam też jej koleżanki z pracy które do niej przychodziły. Wandzia pracowała w laboratorium  szpitala wojskowego.  Była podobno bardzo nieśmiała. Przy każdym podejściu jakiegoś pana Wandzia spuszczała wzrok. Była wręcz wstydliwa w sprawach damsko – męskich. No i przez to była panną. Nie wiarygodne wręcz jak choroba zmienia ludzi nie tylko w wyglądzie ale i w zachowaniu się. Wandzia z nieśmiałej kobiety stała się osobą odważną, taką która wie czego chce. A zechciała żeby Seweryn stał się jej partnerem.  Seweryn, niebrzydki mężczyzna, o pięknym głosie, podobał się kobietom i rwał je jak świeże wiśnie.  Jakiś czas kręcił z Janeczką, później z Helenką. Na Wandzie nie zwracał uwagi bo był zawsze w jakimś związku. Ale Wandzia miała go na oku. U nas kiedyś dość często odbywały się wieczorki taneczne, Wandzia nie patrząc, że Seweryn jest z kobietą, prosiła go do tańca. W ten sposób poróżniła Helenkę z Sewerynem. Po sprzeczce Helenka odeszła od stolika przy którym razem siedzieli w stołówce.  Wandzia natychmiast usiadła przy nim. Widziałam ten moment. To lamparcica zrobiła skok na upatrzoną zwierzynę.  Od tej pory Seweryn i Wandzia byli piękną nie rozłączną parą.  Wandzia w błyskawicznym tempie podupadała na zdrowiu. Bardzo szybko zaczęła jeździć na wózku. Seweryn był zawsze z nią. Jeździli do swoich rodzin na święta a i rodziny  jak ich odwiedzały to byli razem.  Cztery lata temu Seweryn zmarł. Skorupka Wandzi zamknęła się hermetycznie na wszystko co ją otaczało.  Na jego pogrzebie były tylko koleżanki Wandzi. Od nas z mieszkańców byłam tylko ja. Wykorzystywałam swego czasu piękny głos Seweryna w swoim radiu, to był piękny głęboki baryton. Wandzia, w swojej skorupce leży od lat w łóżku nie wiedząc co się dzieje.

Cz. IV str. 17

17 lipca, po tygodniowym urlopie wraca pan Waldemar i od razu  na  wstępie widzi, że jest coś nie tak, zastaje otwarte  drzwi  od swojego pokoju i brak komórki którą zostawił.  Tylko o tym wspomniał od razu usłyszał, że to jego wina, ( nie bardzo wie komu o tym mówił ponieważ jeszcze nie zna wszystkich, pan Waldemar mieszka z nami od niedawna ). Ja wiem że komu by nie powiedział to usłyszałby to samo. Ostatnio ja też usłyszałam coś podobnego od pielęgniarki o której miałam bardzo dobre zdanie.  Od tej pory wiem, że pod tym względem wszyscy  mają tu  wypracowany odruch zrzucania winy na nas. To takie proste. Przecież te starocia nie pamiętają co robiły pół godziny temu. Niestety moje panie, nie ze mną takie numery. Ponieważ nie raz stwierdziłam, że mylicie się i to dość  często, tak więc cokolwiek robię zostawiam tego ślad dla siebie.  Jak zwykle złożyłam pisemne zamówienie na leki do pielęgniarki  która zajmuje się tymi sprawami. W środę rano Beatka przynosi mi leki do pokoju, już z daleka widzę, że nie ma trzech opakowań Rytmonormu.  Pani Danusiu, zawsze przynoszę leki które mam w wykazie. Faktycznie Rytmonormu  w wykazie  nie ma. Idę z reklamacją i od razu słyszę, że nie  wpisałam na kartkę tego leku. No szkoda, że nie mam już tej kartki którą mi pani dała – mówi pani Małgosia, ale ja mam – odpowiedziałam.         I właśnie wtedy pomyślałam, że niestety nie ma u nas lepszych czy gorszych pielęgniarek bo wszystkie są takie same. Wszystkie swoje błędy zrzucają na nas. To takie proste powiedzieć przepraszam, zawaliłam. Nie one nigdy, to zawsze my.               Okazało się,  że apteka od razu powiadomiła naszą służbę zdrowia, że tego leku nie ma u nich już od dwóch tygodni. Że owszem mają  Rytmonorm ale w podwójnej dawce a leku tego dzielić nie należy. Tak więc lekarz powinien wypisać coś w zastępstwie. Ale dla naszych pielęgniarek nie ma to nie ma. Przecież to nie dla nich. Na swoją odpowiedzialność wzięłam lek o podwójnej dawce i dzieliłam. Okazało się że jest dobrze. Za jakiś czas zamawiam znów ten lek z informacją że może być i ten silniejszy. Nie ma ani tego ani tego i przynoszą mi trzy opakowania czegoś zupełnie nowego. Kochane panie  jeśli chce się zastosować nowy lek to dla próby trzeba zamówić tylko jedno opakowanie. Wezmę trzy opakowania, po pierwszej tabletce poczuję się źle, trzeba będzie lek zmienić a zapłacić będę musiała za wszystko. Już to przerabiałam i to nie jednokrotnie.

Cz. IV str. 16

13 lipca, śniadanie. Pielęgniarka Irena, w stołówce rozdaje leki. Robi to nie dbale. Jej nie zależy na tym żeby chorzy wzięli leki, ona tylko odwala swoją robotę. Pani Halinka nie chce wziąć leków, buntuje się. Pielęgniarka ponieważ widzi, że jest obserwowana przeze mnie, daje leki Halinki dyżurującej w stołówce terapeutce z instrukcją, że ma je wrzucić do kawy i kawę zamieszać. Dorotka mówi, że przecież Halinka nie wypije tej kawy, jest jej bardzo dużo. Ile wypije tyle wypije, odpowiada pielęgniarka.                                     Temat wrzucania leków do zupy czy kawy, poruszałam u siostry  przełożonej w obecności pani dyrektor, usłyszałam wówczas, że to nie prawda. Wiedziały, że ja nie mogę wiedzieć co dzieje się w pokojach a przecież  o pokojach wówczas  mówiłam.  Teraz miałam niezbity dowód, że to prawda, że pielęgniarki marnują leki, bo przecież to nie one za nie płacą i lekceważą nasze zdrowie.  Mówię do Dorotki – tak nie można robić, przecież to jest marnowanie leków.  A Dorotka na to  – to było polecenie pielęgniarki.  Ciągle jeszcze pielęgniarki mogą wydawać polecenia. To najważniejsza kasta. Byłaby najważniejsza gdyby autentycznie o nas dbała.                          Po zachowaniu się tej pielęgniarki widać wyraźnie, że nas starych nie znosi. Jej młodziutki syn zmarł a takie rupiecie żyją. Ona nie może się z tym pogodzić. Ja ją poniekąd rozumiem, ale jeśli nie znosi starych to może powinna zamienić nasz dom,  na dom który opiekuje się dziećmi.                                                                                                                W każdym razie pielęgniarka ta  może olewać pracę bo wie, że jej nikt nie zwolni. Za dużo haków ma na przełożoną. Zna wszystkie tajniki świństw. Nie tylko świństw ale i przestępstw, mam na myśli podtruwanie systematyczne mnie, swego czasu. To był żołnierz od brudnej roboty. No i chyba jest w okresie ochronnym przed emeryturą.  Tak więc może nami pomiatać mając na to pełną zgodę swoich przełożonych.

Tak  to jest jak  rozpoczyna się pracę z duszą na ramieniu przed mafią. Mam na myśli naszą obecną dyrektorkę. Bała się powyrzucać z pracy osoby uwikłane w brudy  to  teraz musi  czeka cierpliwie aż one same odejdą. Pani dyrektor – mafii już nie ma. Wprawdzie próbuje się stworzyć nową ale idzie to opornie. Po za tym wszystko co złe dzieje się za pani rządów to jest woda na młyn tym którzy musieli odejść.  Także tym razem nie ma pani  kogo się bać ale też  nie ma pani  na kogo liczyć.