Zadałeś mi pytanie czy jest ktoś z kim dobrze mi się współpracuje czy bawi. Długo zastanawiałam się – i wiesz, że nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Całe życie byłam raczej samotnicą. Ktoś może być dla mnie tylko jako mały przerywnik. Teraz ogólnie nie jest źle i jeśli coś robię to z każdym dobrze mi się pracuje. Każdy pracownik natychmiast pomoże we wszystkim mam wrażenie, że cieszą się iż te prośby są inne od innych. Bardziej może lubię Dawida dwudziesto kilko latka, pracownika, który mnie zadziwia swoją pasją w podejściu do staruchów, ciągłą radością no i przede wszystkim znajomością nowinek technicznych. O co bym poprosiła on myk i zrobione. Podobna do niego jest Ania, również młodziutka pracownica która wiele umie i chętnie pomaga. W śród mieszkańców to poza pięcioma osobami związanymi ze starymi moimi sprawami, ze wszystkimi jest dobrze ale tak trochę dalej. Z jedną z pań spotykam się codziennie na godzinkę a to ze względu na nasze podobne poczucie humoru. Poopowiadamy trochę głupot, pójdziemy na spacer i tyle. Nie uszczęśliwiajcie babci naprzemienną opieką. Jest takie powiedzenie – im dłużej żyją rodzice, tym krócej ich dzieci. Żadna zdrowo myśląca babcia nie chce zadręczać swoich dzieci czy wnuków. A jeśli już to myślenie nie jest zdrowe, to tym bardziej trzeba zachęcić do pójścia do domu opieki. Każda opieka jest krępująca. Babcia udaje, że się cieszy a jest jej głupio, że musi z tej pomocy korzystać, że zatruwa życie młodym. Przychodzicie do niej ona się uśmiecha przez pół godziny a później myśli sobie – Boże, już bym się położyła, niech by już poszli sobie. A jak się jest w domu opieki to ten fakt upoważnia do leżenia ile się chce. Chcę się z kimś spotkać to tylko otworzę drzwi i już. Mam dosyć to mówię do widzenia. Jeśli babcia lubi coś robić to sobie robi to co chce a jeśli nic nie lubi to odmawia różaniec albo patrzy w sufit. Nie szaleje – ojej, zaraz przyjdą wnuki. Przyjdą i pójdą. I tak ma być. Babcia niech odpoczywa do syta, dzieci niech się cieszą życiem a wnukowie niech szaleją. Życzę pięknej pogody nad morzem ale i pogody ducha. Piękna pogoda dla starych i młodych to bardzo różna pogoda. Całuję prababcia Danusia.
Część IV str. 5
Wczoraj 7 kwietnia byliśmy jako goście na warsztatach przedświątecznych w innym DPSie. Nie umiem wprawdzie robić stroików ani żadnych innych cacuszek jeśli mną ktoś nie pokieruje, ale bardzo chciałam zobaczyć ten właśnie dom. Robiłam tam to co umiem czyli śpiewałam. Śpiewałam bo mnie o to poproszono nie wciskałam się między wódkę a zakąskę. To u nas jak chcę pośpiewać to się wciskam. Było to karaoke w które wciągnęłam wszystkich, zwłaszcza młodzież której tam było dość dużo żeby opiekować się staruchami. Calusieńka sala ludzi i wszyscy rozśpiewani. Ale zanim zaczęłam te śpiewy to połaziłam po obiekcie żeby wiedzieć co i jak. W internecie ten dom był piękny i o dziwo wydawał się pięknie położony a rzeczywistość ostro zaskrzeczała. Dom stoi w szczerym polu z dala od cywilizacji, z dala nawet od jakichkolwiek domostw. Sam budynek jest nowy i nie brzydki. W okół budynku również ładnie. Korytarze pięknie udekorowane, od razu poznałam rękę naszej byłej plastyczki która w tym domu jest dyrektorem, a której nasza dyrektorka nie chciała nawet na terapeutkę zajęciową. Ania, bo o niej mowa umiała wszystko. Jako plastyczka umiała nauczyć nawet najgorszego matoła np mnie – robiłam pod jej okiem piękne szkatułki, kwiaty sztuczne, malowałam, robiłam w glinie. A co roku jak robię bukiety na cmentarz to myślę o niej – tak pięknie i fachowo nauczyła nas robienia bukietów. Jak stawiam na grobach w październiku to stoją do maja a są to żywe, świeże gałązki zieleni. Tak umiała podejść do ludzi i zachęcić do pracy. Ponadto śpiewała, grała na pianinie i organizowała imprezy artystyczne. Ale nam po co ktoś taki, przecież my mamy się modlić a do tego wystarczy ksiądz. Jak już pisałam korytarze są piękne gorzej z pokojami. Chodzi o to że jedynek jest kilka tylko, przeważnie pokoje są dwu a nawet trzyosobowe. Stołówka jak w barze mlecznym za czasów PRL. Jednak personel tego domu bardzo sobie chwali atmosferę w pracy. Twierdzą, że dobrze wiedzą jak jest u nas i nie zamienili by się nigdy. Tam dyrektor nie przymila się do personelu tylko dba o dobre warunki pracy. Zdziwiło mnie, że z każdego domu poprzyjeżdżało tak dużo ludzi. Do nas jak przyjeżdżają to najwyżej trzy albo cztery osoby i to z jednego domu nie z dziesięciu. Dla naszej pani dyrektor wszystko jest za drogo. Przy okazji wydała się sprawa zapraszania nas na wyjazdy przez naszych pracowników. Jest stosowany bardzo brzydki zwyczaj szeptania na ucho. Okazało się, że to polecenie od górne, bo nie daj Boże zgłosi się więcej niż cztery osoby i co wtedy. Co by nie było ja byłam bardzo zadowolona, że pojechałam. Wprawdzie podpierałam się chodzikiem ale wyśpiewałam się za wszystkie czasy. To moje śpiewanie odbijało się echem jeszcze dość długo. Ale o tym potem.
Cz. IV str. 4
Już 1 kwietnia 2017r. mój ogródek jest taki piękny. On jest zawsze najpiękniejszy o tej porze roku. Całe szczęście zdążyłam go posprzątać za nim moja noga zrobiła całkowitą wysiadkę. Już bez chodzika nie pochodzę. A nasz doktor co na to – natychmiast wypisał mi zlecenie na chodzik. Czyli, że on wie, że z mojego samodzielnego chodzenia będą nici. Ja nie daję za wygraną. Idę na wizytę. Oddaję opakowanie leku które dostałam. Lekarz pyta – co mamy z tym zrobić? Odpowiedziałam mu, że ma wyrzucić i wykreślić z listy leków dla takich starych ludzi jak my. Cały czas powtarzam, że ból w nodze jest chodzący. Boli mnie nie tylko pod kolanem ale calusieńka noga. Jeśli pan nie wie co mi jest to poproszę o skierowanie na USG. On nic. Powtarzam poproszę skierowanie na USG jeśli nie dostanę jego od pana pójdę prywatnie a kosztami obciążę pana. Wreszcie raczył mnie zbadać bo w kółko powtarzałam, że jestem leczona choć nikt nie wie co mi jest. Poskutkowało. Chciał mi dać skierowanie do ortopedy a ja zażyczyłam sobie do chirurga, uparcie twierdząc, że mnie nie bolą kości tylko tkanki miękkie. Uległ mi i wypisywał już skierowanie do chirurga jak ja zaczęłam utyskiwać, że teraz znów będę nie wiadomo ile czekała. Pan doktor stanął wreszcie na wysokości zadania i wypisał mi skierowanie pilne. Pielęgniarka zajęła się sprawą i już za dwa dni byłam przyjęta przez chirurga. Chirurg zbadał mnie jak na lekarza przystało i od razu stwierdził, że jest to torbiel podkolanowa. Dał mi skierowanie na USG żeby ją dokładnie zlokalizować i określić wielkość. Dodał jeszcze iż wie, że mnie to bardzo boli ale niestety skierowanie na USG będzie w normalnym trybie ponieważ nie jest to zagrażające życiu. Tak więc mimo cholernego bólu będę musiała odczekać dwa miesiące.
I znów zadaję pytanie – ja o swoje zawalczę a inni?
Cz. IV str. 3
Ostatnio u nas odbyły się dwie, o dziwo, radosne imprezy. Jedna karnawałowa z zespołem muzycznym – tańce, hulanki, swawole. A druga to dzień kobiet pod hasłem ” sport na wesoło „. Na tej drugiej wystąpiłam trzykrotnie jako przerywnik między dyscyplinami sportowymi. Dlaczego napisałam o dziwo, bo u nas najchętniej robiono by spotkania modlitewne. Z naszego domu zrobiono czyściec przed wstępny do nieba, nie pytając czy oby wszyscy chcą do nieba. Nie tylko ja z tego się śmieję, śmieją się z tego prawie wszyscy ale tak żeby pani dyrektor o tym nie wiedziała. Jak ona słyszy to są tylko przytakiwania. Na zakończenie imprezy jeden z pracowników zapowiedział – teraz do końca to już będzie sama muzyka kościelna i puścił disco polo. Dla zebranych był to dowcip a dla szefowej? Wszyscy uczestnicy sportowi otrzymali małe upominki ja natomiast byłam, o dziwo ,wyróżniona specjalnie. Zgłupiałam, naprawdę nie spodziewałam się wyróżnienia i wcale tego nie oczekiwałłam. Widzę, że pani dyrektor chce pozacierać wszystkie brudne ślady. Owszem będzie mi trochę lżej ale niestety nie zapomnę.
Ostatnio bardzo cierpię z powodu bólu nogi. Nie pisałabym o tym, bo to, że starą babę coś boli to żadna Ameryka, ale chodzi mi o podejście naszego lekarza do nas starych. Najpierw przychodziłam do niego z kartką od fizjoterapeutów z zapytaniem czy mogą być takie czy inne zabiegi. Podpisywał wszystko jak leci, bo po pierwsze – wisi mu każda stara baba, a po drugie jak zgodzi się na wszystko to będzie lubiany. Byłam u niego z tą nogą trzy razy. Ani razu jej nie obejrzał. To jest specjalista od leczenia bez diagnozy. Mówię mu – panie doktorze z tą nogą jest coraz gorzej, nie chciałabym mieć takich opuchniętych nóg jak mają tu prawie wszyscy. To pani nie grozi – odpowiedział. Wypisał jakieś tabletki po przyjęciu których czułam się bardzo źle. Zadziałały na mnie tylko skutki uboczne. Każdy kto widział mnie kulejącą mówił tylko, że wszystkie leki na schorzenia kostne tak działają. No kurczę ale ja wyraźnie czuję, że to nie dotyczy kości tylko tkanek miękkich. Przeczytałam dokładnie ulotkę i szlak mnie trafił na tę nie ludzką obojętność naszego lekarza na nas starych. Zaordynował mi czterokrotnie wyższą normę dopuszczalną dla osób po 65 roku życia. Przecież my wszyscy dawno jesteśmy po 65 roku życia. Taka dawka po jednym dniu spowodowała problemy a jeśli bym przyjmowała dalej to serce by wysiadło, porobiły by się zatory żylne a nogi miałabym jak beczki, czyli takie jak ma tutaj 50% ludzi. Po pierwszym dniu zatrzymał mi się mocz na 24 godziny. Pan doktor przyjmuje tylko raz w tygodniu, muszę więc poczekać żeby powiedzieć co o tym myślę.
Cz. IV str. 2
W lutym napisałam na forum naszej regionalnej gazety internetowej o sytuacji jaka miała miejsce w naszym domu trzy lata temu. Jakież było moje zdziwienie jak okazało się, że wywołałam burzę. Podpisałam się tak jak na blogu, chociaż bloga jeszcze nie prowadziłam a i tak miałam zadawane pytania typu – czy to ty jesteś tą babcią od słynnych pamiętników. Czyli, że wieści rozeszły się po mieście o formie przekazania mojej skargi Prezydentowi. I właśnie to było impulsem do prowadzenia bloga. Bo to znaczyło, że ludzie chcą mieć informacje z pierwszej ręki. U nas w domu opieki również zawrzało.
Ale o czym innym chciałam napisać. Nie wiem czy to jest odwaga czy głupota z mojej strony, chyba jednak głupota, to walenie prosto z mostu w oczy co się myśli. Wiem, że pochlebstwo otwiera wszystkie drzwi, ja również otwieram wszystkie drzwi ale chyba wytrychem, albo je po prostu wywarzam. Pochlebcy doprowadzają mnie do szału, nie znoszę ich, kontakt z nimi przyprawia mnie o mdłości. Uważam, że jest to najgorszy gatunek ludzi. To najwięksi tchórze. W minionym tygodniu pani dyrektor zorganizowała coroczne spotkanie z osobami które coś robią na rzecz domu. O dziwo zaprosiła i mnie. W ubiegłym roku nie zaprosiła, chociaż zawsze coś robię, co się stało że w tym roku tak, to nie wiem. Pewnie to za czwartkowe spotkania z rozrywką z tym, że ja cokolwiek robię to robię po to żeby nie zwariować od nic nierobienia. Pani dyrektor chcąc zagaić spotkanie opowiada jakie książki ostatnio przeczytała. Koniec końców biorę tę najbardziej zachwalaną. Mało czytam bo mam problem z oczami, po prostu wolę je oszczędzić. Nie umiem czytać książek jak normalni ludzie, ja książki ” połykam ” nie odłożę aż skończę. Takie czytanie wykańcza. Tak czytałam zawsze. Pani Jadzia zaczyna zachwalać wybór książki – ją się wspaniale czyta, jednym tchem. Ale widzę, że mówiąc to zerka na panią dyrektor czy słyszy jej słowa. Za dwa dni zaczepiam panią Jadzię i mówię jej, że ta książka to zupełnie nie moja bajka. Nie znoszę romansów, zaglądania do cudzej alkowy a na dodatek pod kołdrę, nie znoszę. Czytałam ją z niesmakiem a momentami z obrzydzeniem. Ja też to odczuwałam, mówi Jadzia. To po co pani ją tak zachwalała. No bo nie chciałam sprawiać przykrości pani dyrektor. No ludzie trzymajcie mnie – żeby nie urazić kogoś to nie wypowie swojego zdania. No jak można takich ludzi szanować? Po co z nimi w ogóle rozmawiać? Przecież to jest przelewanie z pustego w próżne. Oddając książkę pani dyrektor powiedziałam co o tej książce myślę. A ja nie lubię społeczno – obyczajowych, mówi pani dyrektor. No i dobrze niech każdy lubi to co lubi. Ale dosłownie za godzinę pani dyrektor przynosi książkę na okładce której jest średniowieczna para zakochanych. A ja na to – no pani dyrektor przecież mówiłam… Ale mówiła też pani, że lubi mądre dialogi. Na całe szczęście to nie był romans tylko miłość i na dodatek dwojga mądrych ludzi.
Cz. IV str. 1
Już mamy 2017r. a więc kilka wspomnień i dojdziemy do spraw bieżących. Styczeń zawsze nastraja mnie melancholijnie. Kiedyś w styczniu pisałam wiersze opisujące miniony rok. Już mi to przeszło dawno. Od wielu lat wraca do mnie uporczywie wspomnienie pewnego wydarzenia sprzed pół wieku. Z tym wydarzeniem łączy się udręka z powodu mojego charakteru. Nie umiem dziękować jakoś tak specjalnie. A to co mnie spotkało zasługiwało na podziękowanie specjalne właśnie. Wspomnienie które chcę opisać a nawet muszę, bo sumienie mnie zadręczy, było tak nie typowo piękne, że aż trudno uwierzyć. A to dzięki panu doktorowi z Warszawy. To jemu powinnam podziękować nawet po latach. Pokazać, że pamiętam. Niestety jak zaczęłam szukać możliwości kontaktu to znalazłam w internecie nekrolog. Był rok 197… – któryś ? Dostałam zaproszenie z rozgłośni Polskiego Radia w Warszawie do udziału w Podwieczorku przy Mikrofonie. Dla prowincjonalnej piosenkarki hobbystki było to wielkim wyróżnieniem. Podwieczorek przy Mikrofonie był programem rozrywkowym, co tygodniowym, o zasięgu ogólnopolskim transmitowanym na żywo z kawiarni w której była publiczność. W programie tym występowały same gwiazdy, a tu raptem mam być i ja. Przygotowałam repertuar i prymki dla zespołu muzycznego a dzień przed wyjazdem dostaję telegram, że muszę zmienić repertuar. No prawie dramat. Cały dzień przed wyjazdem pracowałam ze swoim zespołem. Dzień prób zakończył się o północy a o piątej rano mam pociąg do Warszawy. Zmęczona jak diabli napiłam się zimnej oranżady i dopiero o świcie zorientowałam się, że ja nie mam głosu. Nie mogę nic powiedzieć nie mówiąc o śpiewaniu. To ta oranżadka. No ale młodość myśli innymi kategoriami, takimi swoimi – jakoś to będzie. Zawsze we wszystkich moich wyjazdach towarzyszyła mi Ola – moja jedyna i wierna fanka. Brała urlop z pracy i zawsze i wszędzie była ze mną. Boże, jej też muszę specjalnie podziękować, żeby nie ona wszędzie jeździłabym sama. Po przyjeździe do Warszawy idę do rozgłośni na ul. Woronicza dostaję instrukcję co dalej i pieniądze za występ z góry, bo to sobota a więc żebym nie musiała czekać aż do poniedziałku. Dopiero jak znalazłyśmy się w hotelu dotarło do mnie że wzięłam pieniądze za coś czego nie jestem w stanie wykonać. Chyba, że stanie się cud, wpadłam w panikę. Żebym była w swoim mieście to poszłabym do laryngologa od śpiewających gardeł i on by mnie wyratował. A tu w Warszawie nikogo nie znam, nie wiem gdzie i kogo szukać. W ogóle Warszawa mnie przeraża. Ale coś zrobić trzeba. Wybiegłyśmy z hotelu. Na ulicy szukamy postoju taksówek, postój jest taksówek brak. Chcę jakąś zatrzymać, nic z tego. Zdenerwowana bardzo, wpadam na środek ulicy, Ola chce mnie zatrzymać bo ja jak oszalała zatrzymuję jadący prywatny samochód. Kierowca pyta co się stało, skąd taka desperacja ? Musi mnie pan zawieźć do laryngologa i mówię mu co się stało z moim gardłem i do czego ono mi jest potrzebne. Ów pan grzecznie zaprosił nas do samochodu i jedziemy. Jedziemy jak dla mnie coś za długo. Czy tu gdzieś bliżej nie ma lekarzy? Wiozę panią do szpitala. No trudno, niech będzie szpital. Przed szpitalem pan wysiada razem z nami i prowadzi nas na laryngologię. Idąc korytarzem widzę jak wszyscy mu się kłaniają. Okazało się, że jest to doktor laryngolog. Liczyłam na cud ale nie aż na taki. Pan doktor polapisował moje struny głosowe i nakazał – ani słowa przez 6 godzin, później letnia mała kawka i śpiewać. Chciałam coś powiedzieć, pokazał – ani słowa, do widzenia paniom. W kawiarni, na kilka minut przed występem telefon do mnie, to pan doktor, przypomina o kawce i życzy wszystkiego dobrego. Śpiewem nie oczarowałam ale nie musiałam zwracać honorarium. Zapamiętałam doktora imię i nazwisko – Ryszard Połubiński – CUDOWNY< PIĘKNY CZŁOWIEK, czy są dziś tacy? Zapamiętałam bo w moim zespole tak nazywał się perkusista. Pół wieku zbierałam się żeby podziękować, wstyd mi za siebie.
A na naszym podwórku, czyli w domu opieki znów dostałam fakturę za nie swoje leki. Leków nie dostaję tylko faktury do zapłaty. Wkurzyłam się i w ostrym tonie ostrzegłam, że będę rozrabiać. No dobrze, dobrze mówi socjalna teraz to już załatwię. Czyli dopiero teraz nie miesiąc temu.
Odpowiedzi na pytania zadane przez Pana Tomasza
Panie Tomaszu, przede wszystkim dziękuję, że napisał pan do mnie.
- Pyta Pan o opiekę medyczną i w ogóle o opiekę. Odpowiadam to żadna opieka. To z jednej i z drugiej strony tylko spełnianie obowiązków. Pielęgniarki roznoszą leki przy czym mylą się bardzo często, każdą swoją pomyłkę zwalają na nas bo to stare i głupie. Pani dyrektor wierzy im nie nam. Między mną a panią dyrektor jest taka właśnie różnica ( poza wszystkimi widocznymi ) , że ja wierzę podopiecznym, a ona personelowi a zwłaszcza pielęgniarkom. W późniejszej części swojego pamiętnika udowodnię, że trzeba nam wierzyć. Nie każdy nawet wie, że został narażony na pomyłkę, ale jak to trafi na mnie to nie zostawiam sprawy bez wyjaśnienia. Opiekunki starają się jak mogą ale niestety pracy mają ponad siły. Ich powinno być zatrudnionych trzy razy tyle ze względu na stan zdrowia chorych i w większości całkowicie nie świadomych.
- Sprawa z fakturą za leki jeszcze się powtórzyła a jak zaczęłam się ” czepiać ” to się okazało, że zamieszkała u nas pani o tym samym nazwisku co ja. Ponieważ to nazwisko dało się we znaki służbie zdrowia u nas to nie kojarzą z nim nikogo innego oprócz mnie. To nie ważne, że ta druga to Krystyna. Później zdarzało się, że moje leki trafiały do niej – ja swoje mam u siebie w pokoju a ona ma szufladę z lekami u pielęgniarek. Nie chciałabym dożyć chwili całkowitego uzależnienia od naszej służby zdrowia. To najsłabsze ogniwo. Im najbardziej odpowiadają ludzie bez świadomości. Zatrudnionych jest kilka nowych pielęgniarek może będą uważniejsze i potraktują nas z szacunkiem.
- Sprawa miłości przeszła bez echa. Może dlatego, że Eryk był bardzo krótko z nami. A może chociaż miłość traktowana jest u nas tak jak należy – czyli, że jest to sprawa dwojga serc.
- Jeszcze raz dziękuję za list, pozdrawiam prababcia 102
- PS nie umiem inaczej odpisać, w ogóle wiele rzeczy z komputerem nie umiem.
Cz. III str. 40
Już grudzień 2016r. – 6 grudnia przychodzi do mnie Agnieszka socjalna z rachunkiem za leki. Ja stanowczo twierdzę, że rachunek na pewno nie jest dla mnie, nie znam tych leków. Agnieszka pokazuje mi, że na fakturze jest moje imię i nazwisko i nawet pesel mój. To się zgadza tylko nie zgadzają się leki, ja takich nie przyjmuję. Nie przyjmuje pani np Acartu – nie przyjmuję. Przyjmuję Polocard. No to tylko inna nazwa a działanie przecież to samo. Ale ja nie zamawiałam Polokardu bo go jeszcze mam. I tak było przez dłuższą chwilę – ja twierdziłam stanowczo, że to nie jest faktura dla mnie a Agnieszka nie mając już argumentów poszła. Ilekroć dochodzi do podobnych incydentów to zawsze myślę – ja sobie dam radę a osoby już nie myślące? Zapłacą i już. Pracownicy nawet pytać nie będą tylko potrącą im z depozytu.
Na dwa dni przed świętami przeżyłam dezaterację u siebie w pokoju. Zalęgły się u mnie jakieś mrówko – muchy. Zarastwo pełzająco – fruwające. Zaczęło się od wymiany rur kanalizacyjnych i przez to skuwanie glazury a tam była wylęgarnia tego obrzydlistwa. No ale jakoś przeżyłam.
Święta Bożego Narodzenia jak zwykle spędziłam z rodziną i było bardzo miło. Serce ciągle boli, że jedna córka nie chce się spotykać z resztą rodziny, no ale trudno, może, kiedyś zatęskni.
Sylwester 2016 \ 2017 drugi sylwester za kadencji obecnej dyrektorki, mam wrażenie, że ta kobieta sylwestra spędzała do tej pory w kościele. Ona nie wie, że to jest święto muzyki i tańca a pracownicy nie mają odwagi powiedzieć jej o tym, no bo chyba wiedzą co to jest Sylwester. Wchodzę na salę i słyszę jak Olek gra na akordeonie kolędy. No wnętrzności się we mnie przewróciły. A pani dyrektor podchodzi do mnie i cała szczęśliwa pyta – no i jak ? No ni jak pani dyrektor, kolędy dzisiaj? A co powinno być? Chciałam zakląć ale ugryzłam się w język – tanga, walce, polki, nawet discopolo ale nie kolędy. Pani dyrektor podeszła do Olka i wydała dyspozycje zmiany repertuaru. Czyli, że nawet Olek – muzyk nie ośmielił się wcześniej zbojkotować kolęd. Stół sylwestrowy był bogatszy o owoce, bo poza tym była oranżada, tort i do wyboru kawa czy herbata. Za kilka dni przeczytałam w internecie jakie to mieliśmy piękne spotkanie sylwestrowe. Ten wpis podpisała Magda. Spytałam ją – czy oby na pewno aż takie piękne? A Magda na to – Ojej pani Danusiu, a co miałam napisać.
Tyle razy udowodniłam, że znam się na muzyce i wiem kiedy i co powinno być grane. Nie ma poza Olkiem osoby odpowiedzialnej za stronę muzyczną. Wystarczyło by powiedzieć – pani Danusiu za tydzień Sylwester, może pokarze pani co potrafi? Tylko tyle. Olkowi trzeba powiedzieć co ma grać, ja nie pytałabym się nikogo, bo wiem co ma być grane i mam tyle lat ile wszyscy dla których są organizowane tego typu imprezy. Zawsze umiałam rozdzielić co ludzkie to ludziom, co boskie to Bogu. Może dożyję trzeciego Sylwestra zorganizowanego tak jak należy.
Cz. III str. 39
Już październik 2016r. Czas leci jak szalony. Mijanie czasu na starość to jak błyskawica podczas burzy, zabłyśnie i już jej nie ma. Tak zleciała wiosna i lato. Bardzo lubię jesień, może dlatego, że urodziłam się w październiku. Heloo! schudłam 12 kg. Jakaś taka charakterna zrobiłam się na stare lata i palenie rzuciłam po półwiecznym kopceniu i teraz tak ładnie chudnę i to wszystko bez żadnych wspomagaczy.
Patrząc na to życie tu u nas w domu opieki dzisiaj, to wiem, że jak miałabym teraz podjąć decyzję o zamieszkaniu tu, to na 100% nie chciałabym tu mieszkać. Pomijam fakt co tutaj przeszłam chodzi wyłącznie o warunki jakie tu teraz panują. Na każdym kroku smród. Wczoraj wybrałam się do świetlicy żeby sobie pośpiewać ze wszystkimi. Ponieważ zaczęłam śpiewać to już chociaż jedną piosenkę trzeba było dośpiewać do końca, więcej nie dałabym rady. Smród paraliżował oddech. To była kumulacja smrodu. U nas śmierdzi wszędzie, na korytarzu, w windzie. Jak otworzysz okno u siebie w pokoju to przez szpary w drzwiach wciągasz smród z korytarza. Ludzie którzy już się przyzwyczaili do smrodu nie otwierają swoich okien żyją przy otwartych drzwiach. Mój sąsiad z naprzeciwka już w przedpokoju rozbiera się i się załatwia i wszystkie drzwi u niego są otwarte łącznie z drzwiami w toalecie. Opiekunki są tak zapracowane, że nie są w stanie dopilnować wszystkiego. Do godz. 14 wiele czynności opiekunek przejmują pokojowe ale to i tak jest bardzo mało. Na moim korytarzu mieszka 11 osób z tego przy ośmiu osobach trzeba się napracować nawet jeśli są to osoby chodzące. A opiekunka jest jedna. Trzeba te osoby umyć, ubrać, podać jedzenie i niejednokrotnie pomóc jeść. Nieraz i dwa razy dziennie trzeba zmienić pościel i kilka razy dziennie sprzątnąć pokój. Opiekunki i pokojowe pomagają w rozwożeniu posiłków 4 x dziennie, zwiezienie naczyń po posiłku 4x dziennie. Trzeba zawieźć do lekarza do miasta, na zajęcia różnego typu i z zajęć też trzeba przywieźć. Opiekunowie padają na twarz a podopieczni czują się zaniedbani, bo chcieliby i porozmawiać i wyjść na świeże powietrze. To wszystko od poniedziałku do piątku w godzinach przedpołudniowych to jest jako tako, gorzej jest po południu a już tragicznie w soboty i niedziele. Wszystkim jest źle, każdy narzeka tylko nie pani dyrektor, ona chodzi szczęśliwa i się uśmiecha. Życie towarzyskie toczy się na korytarzach, nie ma żadnego pomieszczenia do którego można by podjechać samodzielnie wózkiem i bez nadzoru posiedzieć i porozmawiać. Krysia narzeka, że u Anety wiecznie słychać discopolo, Ela narzeka, że pod jej drzwiami wieczne ploteczki kilku pań. Janeczka narzeka, że koło jej pokoju zbierają się ludzie i grają i śpiewają. A ogół narzeka – to miał być dom spokojnej starości a tu spokoju nigdy nie ma bo i w nocy są nieproszone wizyty. Kiedyś była w tym domu piękna duża świetlica zawsze pełna ludzi bo z dojazdem bez przeszkód. Z tamtej świetlicy zrobiono trzy pokoje dla pobytu dziennego. Pomieszczenie nazwane świetlicą jest salą zajęciową, nikt na wózku samodzielnie tam nie dojedzie. Tak więc ludzie siedzą w pokojach albo zatruwają życie innym pod ich drzwiami.
Część III, strona 38
8 lipca 2016 r. był pogrzeb Janeczki Ciecha… – chórzystki a mimo to porządnego człowieka. Przez to, że była porządnym człowiekiem bardzo często dostawała po głowie od swoich koleżanek. Miały ją po prostu za nic. A jak była do jakiegoś celu potrzebna to się nią wysługiwano. Czytaj dalej „Część III, strona 38”
